Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Mesjasz – opowiadanie
#1
Bóg Wszechmogący zawsze dba o swe owieczki, dlatego co jeden cykl li, ludzkie tysiąc lat, zsyła między zbłąkane dusze pasterza, który wskazać im winien właściwy kierunek na nieprzeniknionej drodze życia. Choć Mesjasz ten należy do świata wiecznego, w momencie zejścia między śmiertelnych staje się ich człowieczeństwu podobny. Jednak w przeciwieństwie do zakutych w kajdany żywota ludzi ogranicza go jedno zaledwie prawo: prawo siedmiu cudów. Otóż przy każdym zniebozstąpieniu otrzymuje moc uczynienia siedmiu zjawisk, dzięki którym dusze niepokorne uwierzą w jego święte posłannictwo. Siedem cudów – tyle musi wystarczyć, aby dzieci Boże nawróciły się na drogę swego Ojca.

W tym tysiącleciu między brzozami się pojawił, w pięknym gaju, niedaleko głośnej szosy, po której pochłonięte życiem istoty pędziły ku swym nieistotnym celom. Pierwszym, co usłyszał, był szum liści i cichy świergot ptaków – pokochał to natychmiast. Pierwszym, co zobaczył, był błękit nieba ponad strzechą zielonych liści – pokochał go natychmiast. Jednak wiedział, że nie jest to miejsce przeznaczone dla niego, nie było w nim bowiem choćby jednego człowieka. Spojrzał po sobie i przejechał dłońmi po białym materiale luźnej szaty, która okalała jego silne ciało. Włosy i broda jego niczym płomień świecy mieniły się ognistożółtą barwą, zaś skrywające głębię równą oceanom oczy przyjmowały lazur ich tylko wodom przybrzeżnym podobny. Człowiekiem był, lecz jakże boskim w swej harmonijnej fizjonomii.
Nie wiedział, dokąd pójść, więc wybrał kierunek gwiazdy polarnej. Szedł wolno między wysokimi pniami, a do uszu jego coraz wyraźniej płynął nierównomierny szum. „Dziwny nurt tej rzeki” – pomyślał, lecz gdy dotarł do skraju drzew, zdziwił się niezmiernie: szeroki pas ziemi w dwie przeciwstawne strony z dużą prędkością przemierzały różnobarwne wehikuły. Stanął tuż przy ciemnym asfalcie, aby nie zderzyć się przypadkiem z którymś z blaszanych tworów, i z ogromną fascynacją obserwował zastany pośpiech. Mknący zaś w swych kosztownych autach ludzie z zaskoczeniem spostrzegali wariata w białej szacie, który sterczał w połowie krajowej autostrady i najwyraźniej chciał rzucić się pod którąś z pędzących maszyn. Gdy jego postać śmignęła im przed przednią szybą, zastanawiali się z politowaniem, ilu to dziwaków można spotkać w świecie i jak dobrze w życiu się stało, że im podobne szaleństwa do głowy nigdy nie przyszły.
Mesjasz stał tak jeszcze kilkadziesiąt minut, aż postanowił ruszyć w dalszą drogę. Nie wiedział, skąd ci wszyscy ludzie wyjechali i dokąd zmierzają, lecz jako że pędzili w obu możliwych kierunkach, oba te kierunki musiały prowadzić do ich siedlisk. Postanowił pójść zgodnie z ruchem najbliżej jadących maszyn i zwrócił się w prawo. Maszerował długo, ale słusznie, ponieważ co jakiś czas białe napisy na dużych blachach oznajmiały bliskość miasta Jentburg. W trakcie drogi cieszył się widokiem czystego nieba, delikatnymi podmuchami muskającego skórę wiatru i piękną przyrodą kwitnącą poza asfaltową jezdnią. W końcu zza horyzontu wyłoniło się skupisko wieżowców, gdzie okiem sięgnąć otoczonych mnóstwem rozmaitych zabudowań.

Przemierzywszy wiele przecznic miejskich, ujrzawszy wiele budowli i placów, dotarł wreszcie do ścisłego centrum, gdzie wysokość smukłych biurowców zapierała dech w piersi. Jakkolwiek okazale ludzie budowali w tych czasach, niestety, wyniki ich pracy nie odznaczały się takim wyrafinowaniem i ozdobnością jak kiedyś. Ponadto nie były to pałace królów czy świątynie Boga Jedynego, do których wcześniej przykładali najwięcej starań, ale proste, szklane bloki, których przeznaczenie nie było do końca jasne.
Mesjasz wszedł na obszerny, brukowany deptak, w wielu miejscach urozmaicony jasnobrązowymi ławeczkami oraz pojedynczymi drzewkami. Ze wszystkich stron w oczy rzucały się krzykliwe witraże, a każdy z nich starał się usilnie zwrócić na siebie uwagę. W tym momencie jednak to nie szyby sklepowe przyciągały powszechne zainteresowanie, ale człowiek w białej szacie, który boso kroczył zatłoczoną ulicą i nie okazywał najmniejszego zażenowania swym komicznym strojem. Mijający go ludzie spoglądali na niego ze skrzywionymi lub rozbawionymi minami, a on im wszystkim odpowiadał życzliwym uśmiechem. Kilkukrotnie ktoś zapytał, czy gra jakieś przedstawienie, a zabawna szata jest jego kostiumem, ale on za każdym razem grzecznie zaprzeczał i podkreślał, że jest zesłanym przez Boga Mesjaszem, co w najlepszym wypadku przechodniów wprawiało w dobry humor. W końcu uznał, że już wystarczająco napatrzył się na przedstawicieli tego tysiąclecia i postanowił odnaleźć ich władcę. Jednak nikt z pytanych nie był w stanie mu pomóc – jedni kręcili głową, robiąc przy tym zdumione oczy, inni najzwyczajniej ignorowali go i szli we własnym, sobie tylko znanym kierunku. Dopiero gdy dotarł do wąskiej uliczki, zastawionej ciemnozielonymi kontenerami na śmieci, zdołał podtrzymać rozmowę z grzebiącym w nich człowiekiem:
— Witam cię, mój bracie. Czy mogę o coś zapytać?
Mężczyzna wynurzył się ze śmietnika i spojrzał na dziwnego gościa, który uśmiechał się tak, jakby ten mu obiecał złote góry. Pomacał się po niedbałym zaroście i odparł zachrypniętym głosem:
— Wal, blondasku. Pytać zawsze można.
Mesjasz ukłonił się z wdzięcznością i zadał chyba najbardziej nieoczekiwane pytanie:
— Kto jest twoim władcą?
Mężczyzna skrzywił się i wydał jeden tylko dźwięk:
— Hę?
Mesjasz zrozumiał niejasność swego pytania i sprecyzował:
— Mam na myśli tego, który włada tą krainą. Faraon, cesarz, król – czyli twój władca.
— Nie wiem, o co ci się rozchodzi, ale widzę, że jesteś trochę stuknięty. Ale jak chcesz, żeby stary Hermes ci odpowiedział, to się nie zawiedziesz – nie ma już żadnego króla czy tam faraona, bo teraz rządzą politycy.
— Politycy? — zdziwił się. — A cóż to, jakaś nowa klasa?
— A gdzie tam — skwitował. — Klasy to oni żadnej nie mają. Ot zwykła banda na władzę łasa.
Mesjasz nic nie mógł z tego zrozumieć, więc zapytał ze zmarszczonym czołem:
— Czy to jacyś uczeni? Mędrcy tego narodu?
Odpowiedział mu suchy rechot.
— Zabawnyś, przyjacielu — stwierdził ze szczerbatym uśmiechem. — Oni są tak uczeni jak ja bogaty, i tyle ci powiem. Wiedzą jedynie szubrawcy, jak pieniądze od człowieka wyciągnąć.
— Kimże więc oni są? Jak ich odnajdę?
— Jak chcesz ich odnaleźć, to jedź do parlamentu w stolicy. Ale kim są, to ci nie powiem, bo i sam tak naprawdę tego nie wiem. I wydaję mnie się, że prócz ich samych nikt tego dobrze nie wie.
Im więcej Mesjasz dowiadywał się od tego człowieka, tym mocniej się jego słowom dziwił.
— Nie znacie własnych władców? W takim razie jak doszli do rządów i dlaczego się przy nich utrzymują?
— Dzięki kłamstwom i przekrętom do władzy doszli. Oszukują naród jak się patrzy — odrzekł ze szczerym zbulwersowaniem. — Nie ma człowieka, co by później na nich nie klął.
— Czemu więc nie obalicie złej władzy i nie obierzecie nowej, cnotliwej?
— A bo teraz mamy czasy demokracji i wszystko robi się demokratycznie. Nie można ich tak zwyczajnie wyrzucić. Ale za parę lat będą wybory; pewno rządy znowu zdobędą tacy sami, ale przynajmniej ludziska w głosowaniu się wyżyją. Jak tak o tym pomyślę, to może i przydałby się jakiś król – takiego skróciłoby się o głowę i następny już by nie był taki odważny. Widzisz, niepotrzebnie się przez ciebie zdenerwowałem. Po co w ogóle pytasz o takie rzeczy?
Nieznajomy wytłumaczył z ukłonem:
— Ponieważ jestem Mesjaszem Boga i muszę błagać twego władcę, aby nawrócił lud na właściwą drogę.
Mężczyzna patrzył na niego ze szczerą kpiną i uświadomiwszy sobie, że on wcale z tym „Mesjaszem” nie żartuje, wybuchnął rubasznym śmiechem. Jedną ręką trzymając się za brzuch, a drugą przecierając łzy, zapytał:
— Poważnie? Jesteś od Boga? To może poprosisz go o jakiś cud dla mnie?
— Właściwie, to mam prawo do siedmiu cudów — odrzekł szczerze.
Mężczyzna wyprostował się i po wzięciu głębszego oddechu przemówił:
— Ta? To w takim razie spraw, żebym już nigdy nie był biedny.
Mesjasz patrzył na niego przez chwilę, aż odparł, kręcąc głową:
— Nie jestem w stanie tego dokonać.
— Nie? — zdziwił się ze skrzywioną miną. — To jaki z ciebie Mesjasz? — Zaśmiał się ponownie.
— Nie mogę tego zrobić, ponieważ ty nie jesteś biedny.
Mężczyzna spoważniał i teraz już całkowicie pogubiony, zapytał:
— Jak to?
Mesjasz wskazał na niego dłonią.
— Widzę, że masz na sobie ciepłe i niepostrzępione odzienie. Jesteś zdrowy i nie głodujesz. Po zapachu wnioskuję, że wczoraj bawiłeś się przy alkoholu. Czujesz się biedny, ponieważ pragniesz więcej, ale to wcale nie oznacza, że jesteś biedny.
Mężczyzna patrzył na niego zmrużonymi oczami; choć w głębi duszy skłonny był przyznać mu rację, w żadnym wypadku nie wypowiedziałby tego na głos.
— Zbyt to pokrętne, jak dla mnie. Jesteś jakimś filozofem, czy co? Tacy to potrafią tylko gadać wyniośle i dupę zawracać…
— Bo czynienie spoczywa na tych, do których swe słowa kierują — przerwał mu uprzejmie.
— Hej, może zamiast się wymądrzać, zajmiesz się tym swoim władcą? Ja znam tylko tych, co rządzą ulicą.
— Więc kto rządzi ulicą? — zapytał bez cienia urazy wobec mniej przyjaznego tonu.
— Wirsten ze swoją bandą — odparł odruchowo.
— A gdzie ten człowiek przebywa? — zapytał, wyraźnie zaintrygowany.
— Jest właścicielem klubu „Nigdy Dziewica”, jakieś cztery przecznice stąd. — Wskazał palcem kierunek, ani przez chwilę nie dając wiary, że dziwny przybłęda z tej informacji skorzysta. — Gdybym miał jakiś grosz, sam bym poszedł się tam zabawić… — Urwał, gdy Mesjasz obiema dłońmi uścisnął jego prawicę i powiedział z wdzięcznością:
— Dziękuję ci, stary Hermesie. Oby twoje czyny w życiu przyniosły dużo dobrego tobie samemu, jak i otaczającym cię ludziom. — Po tych oryginalnych życzeniach odwrócił się i ruszył w brukowany deptak.
Hermes pozostał w miejscu i jeszcze długo główkował nad tym, czy ten człowiek naprawdę był tak nienormalny, czy po prostu stroił sobie żarty.

Niedługo mu zajęło dotarcie do wspomnianego przez żebraka klubu. Chociaż nie zapadła jeszcze noc i życie przybytku dopiero się rozkręcało, ujrzał wiele wzbudzających rozpacz rzeczy. Przykładowo nie potrafił zrozumieć, dlaczego mężczyzna w skórzanej kurtce podli się pijaństwem i nieczuły na upokorzenie leży w błocie, gdzie porzucili go dwaj ochroniarze lokalu. Współczucie wywołał w nim również widok prostytutek, których upadłe życia odcisnęły piętno zarówno w spojrzeniu, jak i zachowaniu. Szybko stał się obiektem zainteresowania z ich strony, chociaż zamiast pieniędzy domagały się ze śmiechem, aby podwinął „tę fikuśną szatę”, jak to formułowały. Gdy spróbował im wyjaśnić, że powinny się zmienić, ponieważ hańbiąc swe ciała, kalają również duszę, odpłaciły mu agresywnymi wyzwiskami i mściwym rechotem. Odszedł więc od nich i w poszukiwaniu informacji zbliżył się do grupki młodych ludzi, którzy stali na uboczu, przy siatce ogradzającej klubowy parking. Zauważyli go z daleka i przywitali z szyderczymi uśmiechami na twarzach.
— Czego chcesz, dziwaku? — zapytał jeden.
— Może jest jakimś zboczeńcem i lubi dostawać po pysku w takich śmiesznych ciuszkach? — wtrącił inny.
Mesjasz ukłonił się i zaprzeczył:
— Nie, nie jestem zboczeńcem. Ale chciałem dowiedzieć się, gdzie mogę odnaleźć osobę, która tu rządzi. Pomożecie mi, bracia?
Młodzieniec przyjął to z rozdziawionymi w zdumieniu ustami, a jeden z jego kompanów stwierdził ze śmiechem:
— Jednak wariat. Kim ty w ogóle jesteś? — zwrócił się do niego.
— Mesjaszem Boga — przedstawił się, czemu zawtórował gromki wybuch śmiechu.
Dużo czasu minęło, zanim zginający się w pół i płaczący ze śmiechu młodzieńcy uspokoili się na tyle, aby można było do nich przemówić ponownie. Gdy to nastąpiło, zapytał:
— Nie wierzycie mi?
— Jesteś idiotą? — zapytał jeden z nich, oddychając głęboko po męczącym śmiechu. — Uwierzę ci w to, jak sprawisz, że z nieba spadnie deszcz pieniędzy — zakpił.
— Jeśli tak mówisz, spróbuję zdobyć twoją wiarę. — Rozłożył szeroko ręce i przymknął oczy w głębokim skupieniu.
Młodzieńcy na ten widok pogrążyli się w kolejnym napadzie śmiechu, jednak ucichli jak pod wpływem komendy, kiedy rozległy się masowe odgłosy uderzających o ziemię monet. Różne nominały obijały się z głośnym hukiem o dachy samochodów, co włączyło kilka alarmów; hałas dodatkowo potęgowały dobiegające spod lokalu piski. Prześmiewcy stali początkowo jak wryci, nie wierząc własnym oczom, a na sprawcę zamieszania patrzyli z niekrytym przerażeniem. Wreszcie jeden z nich rzucił się do panicznej ucieczki, a za jego przykładem poszła reszta. Mesjasz pozostał w miejscu i ze smutkiem obserwował oddalające się sylwetki; był mocno zawiedziony, że jego starania nie przyniosły zamierzonego rezultatu.
Z klubu wyległ tłum zaalarmowanych histerycznymi krzykami ludzi i podniosła się głośna wrzawa. Gdy nad głowami zebranych pojawiły się wolniej spadające banknoty, rozpoczęła się chaotyczna bitwa: rozległy się straszliwe wrzaski, ludzie niby zwierzęta rzucili się drapieżnie na pieniądze, wyrywali je sobie nawzajem, skakali po leżących, a ich oczy świeciły prawdziwym zatraceniem. Mesjasz, patrząc na to wszystko, uczuł ogromny smutek; widok najgorszych instynktów człowieczych wzbudził w nim wstręt, którego w prawdzie mocno się wstydził. Odwrócił się od zamieszania i starając się nie myśleć, że sam je nieopacznie spowodował, ruszył z opuszczoną głową w kierunku centrum.

Kiedy pogrążony w smutku siedział na schodach do mieszkalnego bloku, a świat wokół niego szarzał wraz z zachodem słońca, zagadnęła go tęga kobieta z torbami pełnymi zakupów w ramionach:
— Przepraszam, czy wszystko z panem w porządku?
Podniósł wzrok na jej sympatyczną twarz i przegoniwszy ponure myśli, uśmiechnął się szeroko.
— Oczywiście, wszystko ze mną w porządku. Dziękuję za troskę, siostro.
Kobieta spojrzała na jego bose stopy i zapytała delikatnie:
— Nie ma pan, dokąd pójść?
Zaprzeczył ruchem dłoni i uspokoił:
— Mogę iść wszędzie, droga siostro. Cały świat stoi przede mną otworem.
Jej to jednak nie przekonało i ze współczuciem pokręciła głową. Wahała się przez długi czas, ale w końcu zapytała:
— Jest pan głodny? Może zje pan u nas posiłek?
Poruszył się, mile zaskoczony tym nieoczekiwanym zaproszeniem.
— Proponujesz mi wieczerzę? — Gdy kiwnęła głową, uraczył ją promiennym uśmiechem. — W takim razie nie mogę odmówić.
— Więc zapraszam do siebie. Mieszkam na trzecim piętrze. — Wskazała na drzwi, do których przejście zagradzał, i weszła na pierwszy stopień schodów. On podniósł się natychmiast i odebrał od niej dwie papierowe torby, aby mogła swobodnie przekręcić klucz w zamku.
Z ogromnym zainteresowaniem przyglądał się prostemu wnętrzu mieszkania, do którego weszli. Ściany przedpokoju pokrywała jasna boazeria, a na niskich szafkach stało mnóstwo kolorowych figurek. Później okazało się, że porcelanowe posążki, szklane dzbanuszki i drewniane ikony stanowią tam wiodący element wystroju. Gdy weszli do obszernego salonu z rozłożystym żyrandolem pod sufitem oraz ciemnym dywanem na podłodze, z sofy skierowanej na włączony telewizor wstał mocno wyłysiały mężczyzna, i choć nieoczekiwana wizyta zaskoczyła go do głębi, ani na moment nie pozwolił sobie na jakąkolwiek nieuprzejmość.
— Pan zje z nami kolację — wyjaśniła żona, a Mesjasz uścisnął kościstą dłoń gospodarza.
— Jestem niezwykle wdzięczny za okazaną dobroć — oznajmił z uśmiechem.
— To nic takiego — wyjąknął skromnie mężczyzna.
Przed pójściem do kuchni gospodyni wskazała na sofę i zaproponowała:
— Proszę spocząć, kolacja będzie gotowa za niecałe dwadzieścia minut.
Mesjasz ukłonił się i skorzystał z zaproszenia. Szczupły gospodarz usiadł obok niego i wspólnie wbili spojrzenia w ekran telewizora. Po kilku minutach wiadomości, w których mówiono o toczonej wojnie, zabójstwie małej dziewczynki oraz korupcji odkrytej na najwyższych szczeblach ministerstwa sprawiedliwości, przyszła pora na mniej drastyczne informacje i prezenterka oznajmiła:
— A teraz o niezwykłym zjawisku, jakie według wielu świadków miało miejsce w pobliżu centrum Jentburga. „Deszcz pieniędzy”, który rzekomo zalał okolicę jednego z tamtejszych lokali rozrywkowych, doprowadził do groźnych zamieszek. Na miejscu pojawiła się policja i służby ratunkowe. Do miejskiego szpitala trafiło dwanaście osób, które odniosły ciężkie obrażenia. Ich życiu na szczęście nie zagraża niebezpieczeństwo. — Pojawiły się urywki filmowe z miejsca zdarzenia. Prezenterka wyjaśniła dokładnie przebieg zamieszek i po wypowiedzi jednego ze świadków dodała: — Nikt jeszcze nie wie, co mogło spowodować tę nienaturalną ulewę pieniędzy, ale wstępnie uważa się to za kaprys znudzonego milionera…
— Heh, deszcz pieniędzy — odezwał się gospodarz. — Kto by pomyślał? Tym bogaczom majątki zbytnio do głów uderzają.
Przytłoczony poczuciem winy Mesjasz pozostawił to bez komentarza. Wkrótce pojawiła się gospodyni i podała do stołu. Gdy mężczyźni przesiedli się na krzesła, oznajmiła, że idzie po Klaudię i zniknęła w przedpokoju. Wróciła z młodą dziewczyną, której długi, jasny warkocz sięgał bioder, a oczy były trwale zamknięte. Matka poprowadziła ją ostrożnie do krzesła i przedstawiła przybyszowi. Mesjasz podał jej dłoń z uśmiechem, lecz w głębi serca podzielił jej ból spowodowany kalectwem; wrócił do swego miejsca i wspólnie ze wszystkimi odmówił modlitwę dziękczynną.
Kolacja minęła w bardzo dobrej atmosferze. Gospodyni dziwiła się na głos, jak tak inteligentny człowiek może być włóczęgą, a ponieważ nie dociekała tożsamości, nie zdążyła uznać go za szaleńca. Gdy nadszedł czas pożegnania, Mesjasz zadał pytanie, które wywołało sporą konsternację:
— Klaudio — zwrócił się do rozpromienionej dziewczyny. — Czy chciałabyś widzieć?
Rodzice zamarli, a jej mina z uśmiechniętej przeszła w zakłopotaną.
— Oczywiście, to jest moje największe marzenie. Ale Pan Bóg zdecydował inaczej, a ja nie mam siły zdolnej to zmienić. — Wymusiła uśmiech, lecz reszta twarzy pogrążała się w żalu.
Mesjasz, głęboko poruszony tą odpowiedzią, ruszył do niej i mimo przepełnionego obawą protestu matki przyłożył dłoń do jej powiek. Dziewczyna zadrżała mocno, a on zabrał prędko rękę i powiedział:
— Więc spójrz.
— Co to ma znaczyć?! — zawołał zbulwersowany ojciec, jednak dziewczyna z ufnością kiwnęła głową.
Mimika jej twarzy mówiła sama za siebie – najpierw otworzyła oczy, których tęczówki miast mętnego, przyjęły teraz ostry, zielony kolor, i natychmiast uniosła brwi w skrajnym oszołomieniu. W ułamku sekundy całą jej twarz oblał karmazyn, a rysy zmarszczyły się w tłumionym płaczu; mimo starań na policzki wypłynęły dwie obfite łzy. Przykryła dłońmi usta i już nie trudząc się na powstrzymywanie szlochu, powiedziała łamiącym się głosem:
— Mamo, ja widzę.
Rodzice patrzyli na to oniemiali. Po bladej, zszokowanej twarzy matki spłynęły strugi łez, a ojciec, którego oczy były równie szkliste i czerwone, wyciągał do córki drżącą dłoń. W końcu ochłonął i wstrząsany następującymi po sobie spazmami, zwrócił się do Mesjasza:
— Kim jesteś? Jak… jak to zrobiłeś? Powiedz, że to nie jest żadna sztuczka. Moja córka… — Dalsze słowa ugrzęzły mu w gardle.
— Jestem Mesjaszem Boga i właśnie wykorzystałem drugi z siedmiu powierzonych mi cudów — wyjaśnił spokojnie.
Wstrząśnięci członkowie rodziny nawet na moment nie podali jego słów w wątpliwość; po tym, czego doświadczyli, byli skłonni uwierzyć we wszystko. Zalali go gorącymi wyrazami wdzięczności, którym towarzyszyły obfite łzy. Momentami czuli, jakby to wszystko było nierealne, graniczące z pięknym snem, ale przytłaczająca radość za każdym razem przepędzała zwątpienie. Dziękowali Bogu w szczerej modlitwie, co stanowiło balsam dla strapionego serca Mesjasza; tym razem był pewny, że swój dar wykorzystał właściwie. Uszczęśliwieni do granic gospodarze po kolei oferowali mu wszystko, co posiadali, a nawet więcej, ale on przyjął jedynie komplet ubrań od gospodarza. Wkrótce w ciemnych dżinsach, letniej kurtce i brązowych butach opuścił mieszkanie tych miłych ludzi, choć wylewnym pożegnaniom nie było końca, a krok przez próg drzwi okazał się najtrudniejszą rzeczą, jaka go do tej pory spotkała. Ostatecznie ruszył w dalszą drogę i z radością pierwszy dzień wśród ludzi uznał za pomyślny.

Nocą miasto przyjmowało zupełnie inny obraz: z każdej strony otoczone mrokiem, zdawało się być hermetyczne, jakby odrębne od świata zewnętrznego. Rozświetlone mnóstwem świateł i kolorowych neonów oddychało pełnią życia; niestety, przez tę jasność nie było najmniejszej szansy na ujrzenie ugwieżdżonego nieba, choć w prawdzie jego urok zupełnie deklasował wszystkie ludzkie świecidełka. Mesjasz, błąkając się raz jasnymi, raz ciemnymi ulicami, czuł się mocno wyobcowany w tym betonowym otoczeniu; był pewien, że na łonie natury noc byłaby czystą przyjemnością, a tutaj, zważywszy, że nie musiał spać, pozostawało snuć się niczym zjawa od jednej przecznicy do następnej i czekać na zbawienny brzask.
Około północy przy chodniku, którym akurat przechodził, zatrzymał się samochód i oślepił go blaskiem przednich świateł. Rozległ się odgłos otwieranych z obu stron drzwi i zbliżyło się do niego dwóch jednakowo ubranych mężczyzn.
— Dobry wieczór — powiedział rześko jeden z nich. — Co pan tutaj robi w środku nocy? Otrzymaliśmy skargi, że po tym osiedlu kręci się podejrzana osoba.
Mesjasz ukłonił się, zadowolony z tego, iż w końcu ktoś postanowił z nim porozmawiać.
— Czekam na świt, bracie. Chciałbym pomóc, ale niestety nie spotkałem żadnej podejrzanej osoby.
Drugi policjant zmrużył jedno oko i rozkazał:
— Proszę się wylegitymować. Sprawdzimy, czy nie widnieje pan w naszej bazie danych.
Mesjasz przechylił lekko głowę i oznajmił:
— Nie rozumiem.
— Żarty pan sobie stroi? — zdenerwował się funkcjonariusz. — Proszę okazać dowód tożsamości.
— Dowód tożsamości? — zdziwił się. — Niestety, nie posiadam.
— W takim razie zapraszam do radiowozu; wytłumaczy się pan na komisariacie. — Wskazał na zaparkowane auto.
Mesjasz, zaskoczony, że po raz drugi w tak krótkim czasie oferują mu gościnę, ukłonił się z wdzięcznością.
— Dziękuję za propozycję i chętnie z niej skorzystam — powiedział i posłał im szczery uśmiech.
Policjanci spojrzeli po sobie niepewnie i mimo nieodpartej chęci zakucia dziwaka w kajdanki, poprowadzili go do pojazdu bez zbędnych środków ostrożności. Na komisariacie dowiedzieli się, że jest Mesjaszem Boga, po czym zamknęli go w areszcie i poinformowali najbliższy ośrodek dla obłąkanych. Mesjasz co prawda dziwił się, że oferują mu pokój odizolowany od korytarza kratami, ale nie chciał być nieuprzejmy i podziękował zdumionemu funkcjonariuszowi za gościnę. Okazało się, że pomieszczenie dzieli z nim kilku mężczyzn, którzy początkowo podchodzili do niego z wrogim nastawieniem, lecz po dłuższym czasie dyskutowania na temat dobra i zła oraz odkupienia swych czynów przekonali się do jego osoby, i chociaż zgodnie uznali za wariata, to cały czas podkreślali, że to „wariat pozytywny” i przyjmowali rolę wdzięcznych słuchaczy wszelkich nauk. Gdy wczesnym rankiem przybyli po niego pracownicy szpitala psychiatrycznego, wszyscy więźniowie stanęli w jego obronie: krzyczeli o braku sprawiedliwości i zapewniali gorliwie, że jest niegroźny i należy mu się wolność. Nie pomogło to jednak wcale i Mesjasz białą furgonetką wyjechał poza miasto, do strzeżonego ośrodka z dużym ogrodem i szklarniami, w których pacjenci mogli zająć się uspokajającą pielęgnacją roślin.
Szpital okazał się bardzo przyjemnym miejscem. Poza dziwnymi pigułkami, które kazali mu łykać, kratami w oknach i często nieuprzejmymi postawami pracowników wszystko inne dostarczało mu wiele radości: pacjenci wierzyli jego słowom bez potrzeby okazywania dowodów, większość z nich stale się uśmiechała, a pełen zieleni ogród stanowił cudowne miejsce, w którym można było spocząć i pogrążyć się w przyjemnych rozmyślaniach. Pozwolono mu nawet nosić normalne ubranie, czego się uparcie domagał, bowiem za nic nie chciał rozstawać się z darem przypominającym mu o miłej rodzinie, u której gościł. Choć na pobyt w ośrodku nie narzekał, a pacjenci każde jego słowo brali sobie głęboko do serc i zgodnie nazywali go prorokiem, wiedział, że nie może przebywać tam zbyt długo, ponieważ ciąży na nim odpowiedzialność związana z ważnym zadaniem. Spostrzegł również ze smutkiem, że mieszkający w ośrodku ludzie nie są do końca zdrowi; niektórzy cierpieli na nieuzasadnione napady gniewu, inni z kolei nie potrafili dojść do zgody z rzeczywistością. Jedna kobieta, która udusiła w przeszłości własne dziecko, nie okazywała najmniejszego przejęcia tym czynem, twierdząc wciąż, że uratowała duszę malucha przed biedą i dzięki temu reinkarnował się w bogatej rodzinie gdzieś na wschodzie. Dziwiła się niezmiernie łzom Mesjasza, które popłynęły ze smutnych oczu, kiedy to opowiadała; nachyliła się wtedy do niego i czule otarła chusteczką jego policzki. Nadal jednak nie rozumiała swej winy.
W końcu nastał dzień, w którym postanowił opuścić szpital, więc udał się poinformować o tym dyrektora.
— I jak tam, bezimienny, zdecydowałeś się powiedzieć prawdę o sobie? — zapytał mężczyzna z dużym brzuchem i gęstymi wąsami pod nosem.
— Ja zawsze mówię prawdę — odparł zaskoczony jego pytaniem.
— Tak, tak, jesteś Mesjaszem Boga, ale póki będziesz tak twierdził, ja nie mogę cię wypuścić. Nie zrozum mnie źle, życzę ci jak najlepiej, ale zobowiązują mnie precyzyjne przepisy. I nie ma znaczenia, że jesteś tu najnormalniejszym ze wszystkich wariatów – prawo to prawo.
Mesjasz pokręcił spokojnie głową.
— Ja nie przyszedłem prosić o zgodę; przyszedłem poinformować, że jutro z samego rana wyruszam w dalszą drogę.
Dyrektorem wstrząsnął napad śmiechu.
— Aha, wobec tego żegnam — zakpił. — I przyślij mi pocztówkę na święta. — Zaśmiał się ponownie i skinął na pracownika, aby ten wyprowadził pacjenta z gabinetu.

Tego ranka dyrektor przybył do ośrodka w bardzo złym humorze; przed wyjściem z domu pokłócił się o jakiś drobiazg z żoną i teraz żałował niektórych nieprzemyślanych słów, co denerwowało go jeszcze bardziej. Rozsunął żaluzje w gabinecie i usiadłszy za dębowym biurkiem, sięgną do szafki po markową whisky. Nie zdążył jeszcze sobie nalać do szklanki, gdy nagle drzwi gabinetu otworzyły się z impetem; w popłochu schował butelkę pod biurko, ale gdy ujrzał przed sobą zdyszanego pracownika, postawił ją z powrotem na stole, a na jego twarzy rozrysował się srogi gniew.
— Co to ma znaczyć, Hirsten? — warknął.
— Panie Kremer, nie wiemy, co się stało, ale prorok zniknął ze swojego pokoju — odparł w panice.
Dyrektor zrobił się cały czerwony i wrzasnął:
— Jak to zniknął?! Nie można tak po prostu sobie zniknąć! Znajdźcie go natychmiast!
Pracownik, już całkowicie wystraszony, wyjąknął:
— Ale szukaliśmy wszędzie. Jego pokój cały czas był zamknięty, a on po prostu rozpłynął się w powietrzu. Co więcej z pacjentami dzieją się dziwne rzeczy. To tak jakby wszyscy nagle… znormalnieli.
Dyrektor wytrzeszczył zaczerwienione oczy.
— O czym ty bredzisz? Jak to „znormalnieli”?
— Naprawdę nie wiem. Po prostu zachowują się normalnie, jakby byli zrównoważeni. Pani Greta wpadła w histerię i błaga o karę śmierci za zabicie swojego dziecka. Inni zapowiedzieli protest, jeśli ponownie nie przebadamy ich stanu psychicznego.
Kremer oparł się na fotelu i przetarł pokryte kroplami potu czoło. Kręcąc głową z niemal obłędnym wzrokiem, wymamrotał:
— Co… co to ma znaczyć? Nie wierzę ci. Może myślisz, że to ja tu jestem szaleńcem? Nabijasz się ze nie, prawda? Powiedz, że się nabijasz. — Spojrzał z nadzieją na mężczyznę, a ten z obawą pokręcił głową.
— Nie nabijam się z pana, panie Kremer. To wszystko prawda: pacjenci mówią, że prorok ich uzdrowił i wyruszył na spotkanie z władcą tej krainy. Sam nie wiem, o co tutaj chodzi.
Dyrektor zawiesił na pracowniku wstrząśnięte spojrzenie. Sięgnął drżącą ręką po butelkę whisky i nalał sobie do pełna.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Stał przed masywnym, szarym gmachem, którego liczne okna w czterech rzędach przecinały całą długość fasady. Przed urzędem powiewało kilka oficjalnych flag przytroczonych do wysokich żerdzi, a trawnikami i niskimi żywopłotami rządziły ład i niezachwiane proporcje. W tej siedzibie faktycznie musiał przebywać władca, o którym wspominali pacjenci szpitala.
Mesjasz wszedł do środka przez obrotowe drzwi i zauważył, że nie tylko on składa burmistrzowi wizytę, bowiem pod drzwiami kolejnych pokoi tkwiło wielu oczekujących ludzi. Nie wiedział, gdzie się udać, ale na szczęście za szerokim kontuarem siedział młody mężczyzna, który w grzeczny sposób pokierował go na wyższe piętro; Mesjasz ukłonił się w podzięce i ruszył tam natychmiast. Niestety, okazało się, że burmistrz nie ma czasu na przyjmowanie nieumówionych gości, co dobitnie podkreślała szczupła blondynka zza biurka zawalonego stertą papierów:
— Powtarzam, że nie mogę pana wpuścić, ponieważ burmistrz jest zajęty. Dzisiaj odbywa się konferencja przedwyborcza i pan Morlander nie ma czasu dla interesantów.
— W takim razie kiedy będzie miał czas? — zapytał uprzejmie.
— Możliwe, że przyjmie pana jutro, ale nic nie obiecuję – teraz mamy dosyć zabiegany okres.
Mesjasz pokiwał ze zrozumieniem głową i oznajmił:
— W takim razie poczekam. Dziękuje za informację. — Cofnął się kilka kroków i stanął pod ścianą.
— Zaraz — oznajmiła. — Chyba nie chce pan czekać tutaj? Mówiłam przecież, że burmistrz przyjmie pana dopiero jutro.
— Nic nie szkodzi; poczekam do jutra — odparł z uśmiechem.
Kobieta patrzyła na niego przez chwilę podejrzliwie, aż w końcu przeprosiła i ruszyła do wysokich drzwi ze złotą tabliczką; weszła do gabinetu burmistrza i poinformowała go o upartym gościu. Burmistrz, uznając to za dziennikarską prowokację, kazał go natychmiast wpuścić, na co kobieta kiwnęła głową i wróciła do swego pokoju.
— Jednak pana przyjmie — oświadczyła. — Ale nie ma zbyt dużo czasu, dlatego proszę nie przedłużać rozmowy.
Mesjasz przyjął to z radością i wyraziwszy swą wdzięczność, wkroczył do przestronnego, dobrze oświetlonego gabinetu, zastawionego rzeźbionymi, ciemnymi meblami i wysokimi kwiatami w donicach. Burmistrz okazał się mężczyzną w sile wieku; nosił drogi, granatowy garnitur i krótką brodę. Miał czarne włosy, ale wystylizowane w taki sposób, aby wyglądały na lekko posiwiałe. Wstał od biurka i podszedł do niespodziewanego gościa; przywitał go uściskiem dłoni i zaprosił na fotel przeznaczony dla interesantów. Gdy usiadł we własnym, zapytał:
— Więc w jakiej sprawie mam przyjemność z panem mówić? — Powiedział to z fałszywym uśmiechem, który po wieloletnim doświadczeniu politycznym był dla niego odruchowy.
— Jestem tutaj, by prosić cię o pomoc, jaśnie burmistrzu — odparł z powagą. — Czy pragniesz dobra swego ludu?
Mężczyzna zmrużył oczy i teraz już w zupełności przekonany, że ma do czynienia z prowokacją, zapewnił:
— Oczywiście, że tak. Po to właśnie jest mój urząd – aby jak najlepiej służyć obywatelom.
Mesjasz natychmiast wyczuł nieszczerość, ale brnął dalej:
— Więc na pewno leży ci na sercu ich nawrócenie.
— Nawrócenie? — zdziwił się. — To jest temat związany z religią, a nie urzędem państwowym.
Mesjasz pokręcił głową.
— Religia jest efektem, a nie przyczyną nawrócenia — wyjaśnił. — To na władcy spoczywa obowiązek właściwego przykładu i poprowadzenia ludu w stronę światła.
Burmistrz zirytował się:
— Przestańmy może udawać, dobrze? Dla której gazety pan pracuje? I czego ta rozmowa ma dowieść?
Mesjasz zmarszczył brwi.
— Nie pracuję dla żadnej gazety. Jestem Bożym posłannikiem.
Ta odpowiedź wywołała w rozmówcy oburzenie.
— To ma być jakiś żart? — zawołał.
— Nie, to nie jest żart — zapewnił. — Jeśli mi nie wierzysz, burmistrzu, mam prawo udowodnić swe słowa Bożym cudem.
Burmistrz zaśmiał się na całe gardło.
— Nie, to są jakieś kpiny — stwierdził. — Kto to wymyślił? Drobren? Ten stary błazen…
— Jeśli nie ufasz moim słowom, wybierz cud, a ja go uczynię — przerwał mu.
Polityk spojrzał na niego i szczerze rozbawiony, postanowił pociągnąć ten żart dalej:
— A więc mówisz o cudzie, tak? Więc pomóż mi wygrać wybory, bo to niewątpliwie byłby cud. Jeśli tego dokonasz, masz moje wsparcie w nawracaniu kogokolwiek. — Zaśmiał się na koniec.
— Niech więc tak będzie — zgodził się i zamknął w skupieniu oczy.
Burmistrz patrzył na to z szerokim uśmiechem i czekał na dalszy scenariusz kawału, a ponieważ znał dobrze radnego Drobrena i jego pomysły, przewidywał coś zabawnego. Nie zdziwił się więc, kiedy rozległo się pukanie do drzwi, po których do gabinetu weszła sekretarka.
— Panie burmistrzu, właśnie przyszły wyniki wczorajszych sondażów — powiedziała z ogromnym przejęciem. — Niech pan na to spojrzy. — Podeszła do biurka i podała mu kilka arkuszy.
Burmistrz spoglądał z uśmiechem to na nią, to na Mesjasza i w końcu rzucił okiem na papiery. Słupek poparcia nad jego nazwiskiem sięgał osiemdziesięciu procent, co skwitował szczerym śmiechem.
— Panią też w to wciągnęli? — zwrócił się rozbawiony do blondynki. — Okrutny żart z waszej strony.
Kobieta uniosła w zdumieniu brwi i powiedziała:
— To nie jest żart, panie burmistrzu. Ten faks przysłali przed chwilą z Ośrodka Badań Publicznych. Sama byłam zaskoczona, więc zweryfikowałam to telefonicznie; okazuje się, że nie zaszła żadna pomyłka – wyniki są prawdziwe.
Burmistrz patrzył na nią z lekko przechyloną głową i zmrużonym okiem, próbując dać do zrozumienia, że już przejrzał cały dowcip, jednak na widok jej poważnej miny pogubił się do reszty. Spojrzał na Mesjasza ze zmarszczonymi brwiami i zwrócił się do kobiety:
— Dziękuję, pani Gopsen. — Gdy wyszła za drzwi, przemówił poirytowanym głosem: — Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale wcale mi się to nie podoba.
— Czy nie tego właśnie chciałeś, burmistrzu? — zapytał, zdumiony jego reakcją.
— Chciałem, ale nie jest możliwe, żeby to była prawda. Musi pan mieć jakieś znajomości w OBP, to oczywiste, ale nie rozumiem, po co to wszystko. Pracuje pan dla kogoś?
— Tak — potwierdził. — Dla Boga. A ty, burmistrzu, obiecałeś mi pomóc w nawróceniu twego ludu.
— Jakiego mojego ludu?! — zawołał. — Ja nie mam żadnego ludu! Czy pan w ogóle jest normalny?
— Nie jesteś władcą tego ludu, burmistrzu? — zdziwił się. — Kto więc sprawuje tu rządy?
Burmistrz złapał się drżącą dłonią za twarz i pokręcił głową.
— To lud sprawuje rządy! — odparł wściekle. — Pytam raz jeszcze: co to wszystko ma znaczyć?
Mesjasz zmarszczył czoło i przemówił do siebie:
— Lud rządzi sam sobą? Nie ma przywódcy? Autorytetu? Przecież to niezgodne z naturalnym porządkiem…
— Co pan plecie? — przerwał mu ze złością. — Skończyłem już z panem! Nie mam ochoty na dalszą dyskusję!
Mesjasz spojrzał mu w oczy.
— Przepraszam, że wzbudziłem w tobie gniew, burmistrzu. Proszę cię tylko o jedną radę – powiedz mi, jak mogę przemówić do ludu?
— A idź pan na jakąś paradę, albo stadion piłkarski! Byle z daleka od tego gabinetu!
— Tak zrobię — powiedział i ukłonił się głęboko. — Dziękuję za pomoc. — Wstał i ruszył do wyjścia, pozostawiając burmistrza w stanie skrajnego zdenerwowania.

O paradzie nikt z przechodniów nie słyszał, ale mecz piłkarski miał się rzekomo odbyć na stadionie miejskim w wieczornych godzinach. Udał się więc Mesjasz w kierunku areny i czekał tam na rozpoczęcie zawodów. Wkrótce zobaczył, jak trybuny zapełniają się kolorowo ubranymi tłumami, i usłyszał, jak podnosi się żywiołowy gwar z tysięcy gardeł. Rozległy się śpiewy, a nad głowami widzów załopotały ogromne transparenty. Cała arena wrzała, lecz przez ten gromki hałas przebijał się wyraźny głos spikera meczowego, który za pośrednictwem licznego nagłośnienia przedstawiał istotne dla kibiców informacje. Mesjasz upatrzył w tym idealny sposób na przemówienie do zebranych, więc czym prędzej pojawił się w strzeżonej loży komentatorskiej.
— Kto pana tu wpuścił? — zdziwił się mężczyzna siedzący najbliżej spikera.
— Nikt — odrzekł spokojnie. — Sam tutaj przybyłem, aby prosić was o pomoc, bracia.
— Ale tutaj nie można przebywać. Proszę wrócić na trybuny.
Jednak tym razem determinacja Mesjasza była na tyle duża, że nie myślał ustępować komukolwiek.
— Nie wrócę na trybuny — oświadczył. — Przemówię do zebranych tu ludzi. — Spojrzał na pochłoniętego pracą spikera – okazało się, że jego głos potęgują skomplikowane urządzenia elektroniczne. Zwrócił się więc do niego bezpośrednio: — Bracie, pozwolisz mi skorzystać z tego instrumentu?
Spiker, skończywszy wymieniać składy drużyn, odruchowo przykrył dłonią mikrofon i odwrócił się do natręta.
— Przeszkadza mi pan — zganił go. — Jeśli pan stąd nie wyjdzie, poślę kogoś po ochronę.
Mesjasz zrozumiał, że od nikogo z obecnych pomocy nie otrzyma, więc wziął sprawy we własne ręce – przemówi głośno, a jego słowa mimo braku mikrofonu popłynęły wyraźnie ze wszystkich głośników:
— Ludu Boży, wysłuchaj mnie. — Donośny głos przetoczył się ponad trybunami, a gdy dotarł do uszu zebranych, wszechobecna wrzawa przycichła znacznie.
Obecni w loży komentatorskiej mężczyźni oderwali oczy od wyświetlaczy laptopów i w osłupieniu spojrzeli na intruza.
— Jak pan… — zaczął spiker, ale urwał, gdyż ponownie rozległ się głos Mesjasza:
— Błądzicie okrutnie, bracia i siostry. Błądzicie, ponieważ błąd jest wpisany w waszą naturę. Lecz ja przychodzę do was ze słowem Bożym, aby wskazać wam drogę prawdy. Wybierzcie cud, a ja wam unaocznię moc naszego Pana.
Ludzie początkowo patrzeli po sobie zdumionymi oczami, ale prędko uznali przemowę za żart organizatorów i zapanowała atmosfera wesołości. Postać Mesjasza pojawiła się na wielkich telebimach, co publiczność natychmiast skwitowała gromkimi oklaskami; ze wszystkich stron padały propozycje cudów, przy czym najczęściej dotyczyły wygranej gospodarzy. Spiker nie mógł pojąć, dlaczego nieznajomy przemawia bez żadnego nagłośnienia, więc również uznał to za wybieg swych pracodawców, i choć w głębi duszy wściekł się o niewtajemniczenie go w projekt, przemówił do mikrofonu z dobrze udawanym rozbawieniem:
— Tak jak słyszeliście, moi drodzy, możemy zażyczyć sobie dowolnego cudu; oczywiście nie dotyczy to fanów drużyny przyjezdnej…
— Dotyczy to wszystkich — przerwał mu Mesjasz.
— Tak, dotyczy to wszystkich — powtórzył, mocno rozdrażniony. — Ale to przewaga głosów zdecyduje, jakiego cudu będziemy świadkami. A więc kto jest za zwycięstwem AC Jentburg? — Zawtórowała mu ogromna wrzawa publiczności – ludzie krzyczeli, gwizdali, klaskali, ale nikt słów Mesjasza nie traktował poważnie. Zasmucony tym faktem posłannik Boży przemówił ponownie:
— Nie uczynię tego, bowiem nie zdobędę tym waszej wiary. Poproście o coś innego.
Spiker zaśmiał się sztucznie i zirytowany jego brakiem profesjonalizmu, oświadczył:
— Jeżeli zwykła wygrana naszej ukochanej drużyny nie przekona nas do wiary, to na pewno pomoże w tym zwycięstwo osiem do zera. Chyba że nasz cudotwórca woli zmienić płytę boiska w jezioro? — zapytał sarkastycznie.
— A więc niech tak będzie — oznajmił Mesjasz i zamknął oczy w głębokim skupieniu.
Kibice widzieli doskonale wszystkie jego ruchy na dużych telebimach, ale nagle ich spojrzenia zwróciły się na zieloną murawę, a usta zamilkły. Dokładnie po środku boiska wystrzelił wysoki słup wody, który w szybkim tempie zalewał wszystko wokół. Ludzie z pobliża murawy uciekali na trybuny, a poziom wody podnosił się drastycznie, sięgając już szczytów podłużnych banerów reklamowych. Wśród przerażonej publiczności rozległy się piski i krzyki. Zszokowany spiker starał się opanować sytuację:
— Uwaga, prosimy o spokój; nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Wszystko jest pod kontrolą organizatorów — oświadczył, choć sam własnym słowom nie dawał wiary. Zwrócił się ze złością do Mesjasza: — Co to ma znaczyć? Kto za tym wszystkim stoi?
— Nie rozumiem — odparł zdumiony. — Poprosiłeś przecież o jezioro, więc spełniłem twe życzenie.
Spiker spojrzał w równie przestraszone oczy zebranych w pomieszczeniu ludzi. Przełknął ślinę i oznajmił stanowczo:
— Nie wiem, o co tutaj chodzi, ale nie ruszysz się stąd na krok, rozumiesz? Poczekasz na policję i oni wszystko wyjaśnią. Jeśli faktycznie stoją za tym organizatorzy, to będą mieli duże kłopoty…
Mesjaszem wstrząsnął żal, jakiego nigdy jeszcze nie doznał; skrył twarz w otwartych dłoniach i zapytał rozpaczliwie:
— Dlaczego we mnie nie uwierzycie? Co mam uczynić, żeby was przekonać? Wykorzystałem już pięć cudów, a wy nadal nie akceptujecie mego posłannictwa. Co mam uczynić, żeby was nawrócić? — Mówił to tak poważnym i jednocześnie dramatycznym głosem, że wszyscy wkoło poczęli patrzeć na niego ze szczerym strachem.
— Nie wiem, o czym ty mówisz, człowieku, ale mnie nie omamisz — wymamrotał spiker. — Nie mam pojęcia, jak to zrobiłeś, ale jak dla mnie miało tu miejsce przestępstwo. Masz czekać na policję i przed nimi będziesz się tłumaczył.
Mesjasz spojrzał z żalem na ewakuujące się trybuny i pochylił głowę; po jego policzkach spłynęły dwie szkliste łzy, które zginęły ostatecznie w splotach jasnej brody. Odwrócił się i bez słowa ruszył do wyjścia. Ludzie obecni w loży próbowali go zatrzymać, ale ponieważ nikt nie odważył się na użycie siły, po chwili zupełnie zniknął im z oczu. Szukano go później przez długi czas, lecz przepadł jak kamień w wodę i nikt z pytanych nie był w sanie wskazać kierunku, w jakim się udał.

Pogrążony w transie, siedział na szczycie Mitre Peak i obserwował jak ognisty pomarańcz zachodzącego słońca zlewa się z niebieskim horyzontem Oceanu Indyjskiego. Wschód ciemnożółtej gwiazdy urzekał go z kolei na tanzańskiej sawannie, gdzie cały nieboskłon pogrążył się w malowniczej czerwieni. Mesjasz podziwiał uroki przyrody w wielu zakątkach Ziemi i jednocześnie płakał nad nieszczęsnym losem trwającej w zaślepieniu ludzkości. Przepraszał w modlitwie Boga za własną bezsilność i błagał gorąco o pomoc przy dotarciu do głuchych na naukę bliźnich. Gdy przechadzał się brzegiem Jeziora Nordenskjold, które majestatycznie otoczone górami, marszczyło się pod wpływem lekkich podmuchów wiatru, naszła go nieodparta pokusa, aby udać się na przeciwległy ląd. Zszedł więc kamienistym osuwiskiem do bladobłękitnej tafli i postawił na niej stopę; wzbudziło to ogromną sensację wśród licznej grupy turystów, która stała nieopodal. Natychmiast w ruch poszły aparaty i kamery, a Mesjasz, nie zwracając uwagi na nic innego poza pięknem przyrody, szedł powoli przed siebie, otoczony jedynie masą pomarszczonej wody. Wiedział, że wkrótce będzie musiał wypełnić swe posłannictwo i jego czas na tym cudownym świecie dobiegnie końca; wcale nie smuciło go jednak to, co dopiero miało nadejść, ale całym duchem dziękował za wszystko, co zostało mu dotąd dane, dzięki czemu odebrane nie mogło być nigdy.
Zanim postanowił wrócić do krainy, w której pojawił się po raz pierwszy, podróżował między kontynentami przez prawie trzy tygodnie. Zauważył z zaskoczeniem, że w miarę upływu czasu u spotykanych ludzi wzbudza coraz większe zainteresowanie – wielu, w szczególności młodych, zagadywało go z przejęciem w rodzimych językach i wspominało coś o popularności w Internecie. Dowiedział się, że posiada własny portal, na którym gromadzone są materiały związane z dokonywanymi przez niego cudami, a wiele osób z całego świata loguje się na koncie jego wyznawców. Choć nic z tego nie mógł zrozumieć, cieszyło go niezmiernie, iż ludzie otworzyli się w końcu na jego posłannictwo. Dodatkowo w Jentburgu jego popularność była tak duża, iż za każdym razem, gdy rozmawiał z kolejnym przechodniem, rósł wokół niego tłum zafascynowanych słuchaczy. Po dwóch dniach pobytu w mieście utworzyła się nawet grupka wiernych uczniów, która podążała za nim krok w krok. W grupie tej obecna była spotkana niegdyś rodzina, większość byłych pacjentów szpitala psychiatrycznego, a nawet sam dyrektor tegoż szpitala, który zapewniał gorliwie, że pod wpływem jego osoby odstawił alkohol i przestał zdradzać żonę. Mesjasza to wszystko niezmiernie radowało, ale nadal nie spełniało jego posłannictwa – musiał dotrzeć do wielu więcej ludzi niż tylko mieszkańców jednego miasta. Na szczęście w głowach jego uczniów zrodził się obiecujący pomysł:
— Powinieneś dokonać jakiegoś wielkiego cudu, który zarejestrują media. Wtedy każdy ci uwierzy — oznajmił niski brunet.
— Tak, to by na pewno pomogło — podtrzymała z entuzjazmem jego towarzyszka.
Mesjasz zmarszczył czoło i zapytał:
— Ale jakim cudem mogę ich sobie zjednać?
— Może jakimś na wzór Biblijnych? — zaproponował czarny mężczyzna. — Mojżesz sprawił, że Morze Czerwone rozstąpiło się przed wszystkimi Żydami – gdybyś zrobił coś podobnego, nikt by już nie wątpił w twoje słowa.
— Myślę, że mogę tak uczynić — zgodził się.
Rozmówca przyjął to z zadowoleniem.
— W takim razie musimy wszystko zorganizować. Jeśli kamery zarejestrują taki cud, będziesz na ustach całego świata. Wtedy każdy człowiek przyjmie twoje nauki.
Pomysł był bardzo dobry, więc natychmiast zabrano się za jego wykonanie. Ustalono czas i dokładne miejsce dokonania cudu, a informacja o tym błyskawicznie obiegła wszystkie kontynenty. Miało to być wydarzenie na miarę tysiąclecia, więc zainteresowanie przyjęło niezwykłe rozmiary – na umówionej plaży jeszcze kilka dni przed wyznaczonym terminem koczowały tysiące ludzi, a z każdą godziną ich liczba powiększała się znacznie. Pojawiło się wielu dziennikarzy z profesjonalnym sprzętem, aby poprowadzić transmisję na żywo do większości krajów. Gdy wreszcie na miejscu pojawił się Mesjasz, zebrane tłumy ogarnęła fala euforii – ludzie chcieli choć z daleka ujrzeć go na własne oczy lub posłuchać, co ma do powiedzenia. Nagłaśniano więc każdą jego przemowę, a zaraz przy brzegu morza wzniesiono wysokie rusztowanie, z którego, widoczny dla wszystkich, miał uczynić zapowiedziane zjawisko. Ludzie czekali na tę chwilę z niecierpliwością, i choć wielu do plotek o jego cudach podchodziło z niemałym dystansem, każdy czuł, że będzie świadkiem czegoś wyjątkowego. Wreszcie nadszedł moment, w którym zagadka miała się wyjaśnić, toteż wszystkie oczy skupiły się na morskich falach. Mesjasz stał na wysokim podeście twarzą do bezkresu wody i przez chwilę przyglądał się hałaśliwym śmigłowcom, które krążyły nad nim jak sępy nad dostrzeżoną padliną. W końcu rozpostarł szeroko ręce i zamknął oczy w głębokim skupieniu.
Naraz uderzające o plażę fale ustały na dużej szerokości, a woda jakby rozpychana ogromną siłą zamiast do przodu zaczęła przeć na boki; przez zgromadzone przy nadbrzeżu tłumy przetoczył się głośny pomruk zdumienia. Nawet ci, którzy bezgranicznie wierzyli w spełnienie zapowiedzi, na nadprzyrodzone zjawisko patrzyli w głębokim oszołomieniu. Wąwóz, który powstał w masach spienionej wody, pogłębiał się z każdą sekundą, aż w końcu odsłonił głęboką, piaszczystą dolinę ciągnącą po sam horyzont. Ogrom tego zapierał dech w piersi. Ludzie łapali się za głowy, padali na kolana i wznosili gorliwe modlitwy do Boga. Podniósł się ogromny lament, bowiem wielu nie mogło powstrzymać płaczu. Morze rozstąpiło się na ich oczach, jak i na oczach setek milionów zszokowanych widzów przed telewizorami. Mesjasz tym czynem w pełni udowodnił swe posłannictwo i nie było jednego człowieka, który nie uznałby go teraz za świętego. W końcu pozwolił wzburzonym wodom na powrót zalać głęboki korytarz, po czym na plaży wybuchło ogromne zamieszanie, ponieważ każdy chciał się zbliżyć do wielkiego cudotwórcy. Natężenie krzyków było tak duże, że pomyśleć by można, iż mogą usłyszeć je ludzie po drugiej stronie rozległego akwenu. Mimo wszystko przez całą tę wrzawę wyraźnie przebił się ryk wojskowych helikopterów, które w mgnieniu oka pojawiły się nad rozszalałym tłumem. Z megafonu rozbrzmiał dobrze wszystkim znany głos:
— Proszę zachować spokój! Mówi premier Finan Gronhold! Proszę zachować spokój! Za chwilę wkroczy armia, więc proszę zachować spokój!
Ostrzeżenia powtarzały się co chwilę, a na tyłach tłumów faktycznie pojawili się uzbrojeni żołnierze. Przerażeni ludzie wrzeszczeli, jakby zagrażało im niebezpieczeństwo, a wojskowi starali się uspokoić sytuację na tyle szybko, aby nie dopuścić do konieczności użycia ciężkiego sprzętu. Największe zamieszanie powstało wokół konstrukcji, na której stał Mesjasz, bowiem podchodziły tam do lądowania trzy dwuwirnikowe śmigłowce. Ludzie uciekali w popłochu na boki, ale ponieważ z każdej strony przejście zagradzał im tłum, tratowali się wzajemnie i panikowali, tracąc wszelką orientację. Dopiero gdy z ciemnozielonych Boeingów wysypały się na linkach dziesiątki komandosów, sytuacja została opanowana na tyle, aby imponujące maszyny mogły osiąść spokojnie na piachu.
Do Mesjasza podbiegła grupa uzbrojonych żołnierzy, aby odeskortować go do jednego z helikopterów.
— Musi pan pójść z nami! — zawołał jeden z nich, starając się przekrzyczeć hałas.
— Gdzie chcecie mnie zabrać? — zapytał spokojnie.
— Do bastionu w stolicy! — odkrzyknął. — Grozi panu niebezpieczeństwo ze strony tłumu, dlatego musimy pana stąd wydostać! Na miejscu spotka się pan z premierem!
Mesjasz pojął, że chodzi o ważną w kraju osobę, więc pozwolił poprowadzić się do statku powietrznego. Eskortujący go komandosi weszli za nim na pokład i wszystkie trzy maszyny uniosły się w powietrze, aby w krótkim czasie zniknąć za dachami wysokich domów.

W miejscu, do którego go przetransportowano, panowało niezwykłe ożywienie – wszyscy już wiedzieli, że jest on Mesjaszem, i w każdym skierowanym na niego spojrzeniu krył się podziw lub strach. Do dyspozycji otrzymał przestronny salon, zapełniony pięknymi obrazami, eleganckimi meblami i innymi przejawami rzadko spotykanego przepychu. Podano mu iście królewski posiłek, a obsługujący go ludzie co chwilę wyrażali gotowość do spełnienia każdego życzenia. Jednak nikt nie potrafił rozjaśnić mu przyczyny sprowadzenia do rządowego gmachu, a pytani o premiera, oznajmiali, że znajduje się obecnie na ważnej naradzie i przybędzie zaraz po jej zakończeniu. Czekał więc Mesjasz cierpliwie, a czas umilał sobie widokiem ruchliwej ulicy, która biegła przed zabytkowym bastionem i była doskonale widoczna przez wysokie, łukowate okna salonu.
Wreszcie, po niemal trzech godzinach oczekiwania, oznajmiono przybycie szefa rządu. Okazało się, że posiwiały mężczyzna o jastrzębim spojrzeniu nie jest sam, lecz w towarzystwie dwóch dumnych mężów – jeden nosił ciemnoniebieski mundur z wieloma odznaczeniami, a drugi krwistoczerwoną sutannę z białymi, koronkowymi elementami. Ten ostatni na widok Mesjasza przeżegnał się ruchem ręki na wzór krzyża i powitał go Bożym pozdrowieniem. Zaraz po tym wszyscy zasiedli przy pozłacanym stole. Jako pierwszy przemówił poważny premier:
— Z góry chciałem przeprosić, że tak długo kazaliśmy na siebie czekać, ale powstało niemałe zamieszanie, które wymagało natychmiastowej reakcji z naszej strony. Ludzie sądzą, że porwaliśmy pana wbrew woli i teraz więzimy, co jest oczywistym nonsensem. Przedstawiam panu ojca Nazareta, kardynała Kościoła rzymskokatolickiego. — Wskazał dłonią na mężczyznę o popielatych włosach i szerokiej szczęce, a ten pochylił uniżenie głowę. — Generał Henrikson natomiast zajmuje urząd naczelnego dowódcy sił zbrojnych. Ja nazywam się Finan Gronhold i aktualnie jestem prezesem rady ministrów.
— Jesteś władcą tej krainy? — zapytał spokojnie Mesjasz.
— Każdy z nas na swój sposób jest władcą — odrzekł. — Dlatego to właśnie na nas spoczywa rozwiązanie tej… delikatnej sprawy. A więc przechodząc do rzeczy, twierdzi pan, że jest posłannikiem Boga, w którego o zgrozo wcześniej nie wierzyłem?
— Skończyłbyś z tym Finanie — przerwał mu kardynał. — Ten cud był rozstrzygającym dowodem. Mesjasz nadszedł i nic nie powstrzyma Sądu Ostatecznego.
Premier spojrzał niepewnie na Mesjasza.
— Czy to prawda? — zapytał z obawą. — Bóg postanowił zniszczyć świat?
Mesjasz przyjął to ze zdumieniem.
— Zniszczyć? — powtórzył. — Dlaczego Stwórca miałby niszczyć własne dzieło? Kiedy wasz świat się skończy, będzie to naturalna kolei rzeczy; Bóg troszczy się wyłącznie o istnienie, a nie o jego koniec.
Choć mężczyźni niewiele z tego zrozumieli, premier z ulgą pokiwał głową.
— Więc nie ma się czego obawiać. Przyznam, że niezmiernie mnie to ucieszyło. Ale w takim razie co jest pańskim celem?
— Nawrócenie ludzkości — odparł. — Aby tego dokonać, otrzymałem prawo siedmiu cudów.
Oczy premiera zalśniły w porywie.
— To znaczy, że może pan jeszcze uczynić dowolny cud?
— Tak, pozostał mi jeszcze jeden — potwierdził. — I uczynię, co zechcecie, jeśli pomożecie mi nawrócić ludzkość na właściwą drogę.
Kardynał ożywił się.
— W takim razie niech cały świat nawróci się na chrześcijaństwo — zaproponował. — Przecież o to właśnie chodzi, prawda?
Mesjasz zmarszczył brwi.
— Dlaczego sądzisz, że sensem nawrócenia jest religia, którą wyznajesz? Przecież choć jesteś jej kapłanem, sam błądzisz nie mniej od pozostałych. To nie w bliskich ci wyobrażeniach Stwórcy leży Jego droga, ale w prawdziwej wierze przekutej na właściwe postępowanie.
Kardynał oburzył się i zaznaczył z wyciągniętymi przed siebie dłońmi:
— Przecież mówiłeś, że możesz dokonać wszystkiego. Dlaczego nie sprawisz, żeby po prostu…
— Dosyć, kardynale — przerwał mu szorstko generał o marsowej twarzy. — Twoje religijne ambicje nie mają dla nas praktycznego przekładu. Wiesz doskonale, że obecnie prowadzimy kilka wojen z pustynnymi krajami. Potrzebujemy silnej armii. Jeżeli zwyciężymy, to twoi heretycy ulegną nam cywilnie i ekonomicznie, a nie tylko religijnie. Potrzebujemy teraz ropy i nowych rynków zbytu – tylko to się liczy.
Mesjasz pokręcił w smutku głową.
— Wy ludzie zawsze popełniacie ten sam błąd: chcecie własne zasady siłą dyktować innym, a przecież Pan dał wam tak doskonały przykład – otrzymaliście wolną wolę i na wiele sposobów możecie grzeszyć wobec właściwej drogi. Nie zakuł was w kajdany, nie narzucił wam swej woli, a ja, Jego jedyny posłannik, mogę tylko błagać o nawrócenie i świecić wam dobrym przykładem. Z Jego łaski wyłącznie wasza łaska jest w stanie zmienić kierunek, w którym zmierza ten świat.
Odpowiedź Mesjasza wyprowadziła generała z równowagi.
— Myślisz, że możesz się o nas wypowiadać w ten sposób? Ty w ogóle nie rozumiesz naszego świata…
— Nie, to wy nie rozumiecie własnego świata i siebie nawzajem. Od zawsze pragniecie spokoju i bezpieczeństwa, a stale wszczynacie wojny, które je burzą najmocniej – czy nie nazwałbyś tego brakiem zrozumienia?
— Nie próbuj narzucać mi swojego sposobu myślenia! — wykrzyczał ze złością, ale prędko zainterweniował premier:
— Proszę o spokój, panie Henrikson. Nie jesteśmy tu po to, aby wdawać się w awantury. Jeśli możemy zażyczyć sobie jednego tylko cudu, musimy poważnie przemyśleć sprawę i skonsultować ją z parlamentem.
— W którym większość ma twoja partia — wtrącił kardynał. — Oczywistym jest, że decyzja i tak będzie należała do ciebie, premierze.
— Nie w tym rzecz — zaprzeczył ostro. — To jest zbyt ważna kwestia, żebyśmy mogli o niej decydować za plecami parlamentu. Musimy też bezwzględnie poinformować media; jak pan myśli, kardynale, jak wypadnę w oczach wyborców, jeśli to wszystko zataję?
— No tak, przecież o to w tym wszystkim chodzi — przemówił generał. — Nie możesz stracić cennych głosów, prawda? Więc znowu wykonasz coś pod publikę. A wszystko po to, żeby zdobyć kolejne cztery lata iluzorycznej władzy. Nienawidzę tego twojego populizmu.
— Ale dzięki temu populizmowi jesteś naczelnym dowódcą armii, Klaud. Więc bądź łaskaw nie oceniać moich posunięć — odwarknął.
Te przepychanki niewątpliwie zaostrzyłyby się, gdyby nie rozbrzmiał cichy głos Mesjasza:
— Dlaczego? — zapytał z opuszczoną głową, a obecni zwrócili na niego uwagę. — Co się z wami stało, że już nawet nie przyświeca wam wspólny cel? Gdzie się podziały wasze ideały i cnoty? Z jakiego powodu prosicie o wojnę zamiast o pokój? Dlaczego władca nie pragnie jedynie dobra swego ludu? Czy zmieniliście się aż tak bardzo?
Mężczyźni wysłuchiwali tego w dużym zakłopotaniu – na chwilę zapomnieli, z kim mają do czynienia, i dali się ponieść negatywnym emocjom.
— Przepraszam — przemówił w końcu premier. — Nie powinniśmy prowadzić rozmowy w ten sposób. Jak powiedziałem, decyzja zapadnie na nadzwyczajnym posiedzeniu parlamentu. Do tego czasu chciałbym, aby pozostał pan w bastionie; jest to dobrze strzeżony budynek i nikt tu nie będzie pana niepokoił. Jeszcze dzisiaj zwołam konferencję i wyjaśnię wszystko społeczeństwu. Czy zgadza się pan ze mną?
Mesjasz potwierdził nieznacznym kiwnięciem głowy, ale nie odezwał się już słowem. Gdy mężczyźni opuścili przestronny salon, wrócił do wysokiego okna i ze wzrokiem wbitym w błękit nieba rozmyślał nad wszystkim, co się do tej pory wydarzyło.

Zamiast w uczuciu spełnienia pogrążał się w coraz większym smutku. Informacja o ostatecznym cudzie i miejscu pobytu Mesjasza została ujawniona, toteż na ulicy, którą widział z okna, zebrały się rozkrzyczane tłumy. Jedni wołali o uzdrowienie, inni o pokój na świecie, jeszcze inni o zniknięcie głodu, a wszyscy swe postulaty wypisywali na trzymanych nad głowami transparentach. Mesjasz dostrzegł prośby o zatrzymanie globalnego ocieplenia, ratunek zagrożonych gatunków, rozum dla polityków, a nawet tak bezczelne, jak osobiste bogactwo czy nieśmiertelność, ale żadnej z nich nie myślał spełniać. Czekał na decyzję premiera, która przeciągała się w czasie ze względu na żywiołowe debaty, jakie w ostatnich dniach wstrząsnęły opinią publiczną. Ludzie, którzy w normalnych warunkach zgodnie uznaliby go za wariata, teraz z całą energią starali się o jego przychylność. W kraju ogłoszono stan wyjątkowy i przeprowadzano w pośpiechu mobilizację armii, ponieważ inne państwa również rościły sobie prawo do Mesjasza, grożąc wręcz atakiem zbrojnym. Ludzkość zamiast nawrócić się, pogrążała się powoli w nowym konflikcie, którego konsekwencje mogły okazać się tragiczne.
Mesjasz nie mógł tego wszystkiego znieść, ale ponieważ posiadał jeszcze iskierkę wiary w ludzkie opamiętanie, całym sercem pragnął doprowadzić to do końca. Niestety, ostatecznie jego nadzieje rozwiał sam premier, który szóstej nocy wkroczył zdyszany przez dębowe drzwi salonu i stanął przed nim, walcząc wciąż ze skrajnymi myślami. Swym zachowaniem zdradzał olbrzymie zdenerwowanie, a jego twarz była blada i nieruchoma niczym maska.
— Zdecydowałem — oznajmił drżącym z przejęcia głosem.
— Więc, jaki cud mam spełnić? — zapytał z niekrytą nadzieją.
— Chcę, abyś pozwolił mi rządzić całym światem — odrzekł i zawiesił nieruchomy wzrok na jego twarzy.
Mesjasz patrzył przez chwilę w przepełnione chorą ambicją oczy polityka i z całych sił powstrzymywał się od płaczu – ostatnie słowa reprezentanta ludzkości zawierały egoizm i żądzę jej tylko właściwe. Nie odpowiedział nic, tylko odwrócił się i ponownie spojrzał przez wysokie okno. Premier odchrząknął niepewnie i zapytał:
— Możesz to zrobić, prawda? — Jednak gdy Mesjasz skwitował to milczeniem, zamrugał nerwowo i tracąc resztki odwagi, gnębiony poczuciem winy, wyszedł na korytarz.
Mesjasz pozostał przy oknie i obserwował mnogie świetliki jarzące się w mroku nocy za sprawą koczujących przed bastionem ludzi. Niedaleko rozłożystego dębu wznieśli mu wysoki ołtarz, który był teraz najbardziej oświetlonym punktem; za każdym razem, gdy Mesjasz spojrzał w tamtą stronę, jego serce przeszywał ból: z całych sił starał się nauczyć ich bycia oddanym jednemu tylko Panu – Stwórcy wszystkiego, co widzialne i niewidzialne, a oni jak zwykle przyjęli to na swój wypaczony sposób. Doszedł do wniosku, że nie ma dla niego miejsca wśród tych istot, a w sercach tych istot najwyraźniej nie ma miejsca na prawdę. Gdy to sobie uświadomił i z ogromnym żalem przyznał się do porażki, padł na kolana i płacząc rzewnie, wzniósł ręce ku niebiosom.
— Panie, zawiodłem ciebie i twoje dzieci! — wykrzyczał rozpaczliwie.
W głowie jego niczym huk rozbrzmiał święty głos:
— Non, meus filie, id proderunt nostri.
Uspokoił się i wstał. Najchętniej podjąłby się ostatniej próby nawrócenia błądzących, ale jeśli sam Bóg uznał sprawę za przegraną, on również wyzbył się wszelkich złudzeń. Mógł tylko stać i patrzeć na tłumy, które przyszły do niego z samymi roszczeniami, zapominając przy tym, o ile bardziej istotna jest wdzięczność za rzeczy już otrzymane.

Mesjasz zniknął ze świata równie nagle, jak się w nim pojawił. Pozostał mu jeden niewykorzystany cud, którego nie oddał żadnemu człowiekowi, ale w ostatnich sekundach pobytu na Ziemi spożytkował na własne życzenie: sprawił, że ludzie po raz pierwszy w historii swych dziejów zrozumieli się nawzajem. Chrześcijanie zrozumieli muzułmanów, a muzułmanie zrozumieli chrześcijan; zapanował między nimi pokój oparty o wspólnego przecież Boga. Władza zrozumiała potrzeby ludu, a lud zrozumiał pobudki dążących do władzy; rozpoczęła się era wielkich przywódców, którzy obierani byli na podstawie cnót i idei, a nie z premedytacją wykreowanego wizerunku. Naród zrozumiał naród, jego prawa i obyczaje; już nigdy nie wybuchła wojna, w której bliźni zabijałby bliźniego. Człowiek zrozumiał człowieka, jego pragnienia, dążenia, jego krzywdę i wewnętrzne piękno; zapanowała powszechna sprawiedliwość, a kłamstwo i nieporozumienie na zawsze zniknęły z ludzkiego życia. To wszystko mogło nastąpić jedynie za sprawą wspaniałego cudu, ale zapytam Cię szczerze, mój bracie lub siostro, któż dzisiaj wierzy w cuda?
Odpowiedz
#3
Już po pobieżnym przejrzeniu widać dużą różnicę (czytaj 'poprawę') w sposobie zapisu. Tekst jest przejrzysty, dialogi właściwie zapisane. Brak jest wcięcia akapitów, ale rozumiem, że tekst był żywcem skopiowany z edytora.
Na dokładniejszą ocenę musisz trochę poczekać :) Faktycznie, jest co czytać.
Pozwolisz, że będę sprawdzał twój tekst 'na raty'.
Oto propozycje poprawek do fragmentu, który zdołałem dziś w nocy przeczytać:
Cytat:Pierwszym, co usłyszał, był szum liści i cichy świergot ptaków – pokochał to natychmiast. Pierwszym, co zobaczył, był błękit nieba ponad strzechą zielonych liści – pokochał go natychmiast. Jakoś dziwnie mi brzmi to "pierwszym". Moim zdaniem powinno być "pierwsze".
Cytat:Włosy i broda jego niczym płomień świecy mieniły się ognistożółtą barwą, zaś skrywające głębię równą oceanom oczy przyjmowały lazur ich tylko wodom przybrzeżnym podobny. Musiałem kilka razy przeczytać to zdanie, żeby je zrozumieć. Stosujesz tu szyk przestawny i być może on sprawia takie problemy.
Cytat:Stanął tuż przy ciemnym asfalcie, aby nie zderzyć się przypadkiem z którymś z blaszanych tworów, (zbędny przecinek) i z ogromną fascynacją obserwował zastany pośpiech.
Cytat:W końcu zza horyzontu wyłoniło się skupisko wieżowców, gdzie okiem sięgnąć otoczonych mnóstwem rozmaitych zabudowań. (szyk i słowo "gdzie" – powinno być: (...) wieżowców otoczonych, jak okiem sięgnąć, mnóstwem rozmaitych zabudowań.)
Cytat:Jakkolwiek okazale ludzie budowali w tych czasach, niestety, (zbędny przecinek) wyniki ich pracy nie odznaczały się takim wyrafinowaniem i ozdobnością jak kiedyś.
Cytat:Mesjasz wszedł na obszerny, brukowany deptak, (zbędny przecinek) w wielu miejscach urozmaicony jasnobrązowymi ławeczkami oraz pojedynczymi drzewkami.
Cytat:Dopiero gdy dotarł do wąskiej uliczki, (zbędny przecinek) zastawionej ciemnozielonymi kontenerami na śmieci, zdołał podtrzymać rozmowę z grzebiącym w nich człowiekiem:
Cytat:Ale jak chcesz, żeby stary Hermes ci odpowiedział, to się nie zawiedziesz (ja bym raczej dał tu kropkę) – nie ma już żadnego króla czy tam faraona, bo teraz rządzą politycy.
Cytat:— Oni są tak uczeni (przecinek) jak ja bogaty, (kropka) i tyle ci powiem. Wiedzą jedynie (przecinek) szubrawcy, jak pieniądze od człowieka wyciągnąć.
Cytat:Mężczyzna spoważniał i teraz już całkowicie pogubiony, (zbędny przecinek) zapytał:
Cytat:— Zbyt to pokrętne, (zbędny przecinek) jak dla mnie.
Cytat:Odszedł więc od nich i w poszukiwaniu informacji zbliżył się do grupki młodych ludzi, którzy stali na uboczu, (zbędny przecinek) przy siatce ogradzającej klubowy parking.
Cytat:Kiedy pogrążony w smutku siedział na schodach do mieszkalnego bloku, a świat wokół niego szarzał wraz z zachodem słońca, zagadnęła go tęga kobieta z torbami pełnymi zakupów w ramionach: (w rękach, bo ramiona są wyżej i nie mają możliwości chwytać torby)
Cytat:— Nie ma pan, (zbędny przecinek) dokąd pójść?
Cytat:Poruszył się, (zbędny przecinek) mile zaskoczony tym nieoczekiwanym zaproszeniem.
Cytat:Gdy weszli do obszernego salonu z rozłożystym żyrandolem pod sufitem oraz ciemnym dywanem na podłodze, z sofy skierowanej na włączony telewizor wstał mocno wyłysiały mężczyzna, (zbędny przecinek) i choć nieoczekiwana wizyta zaskoczyła go do głębi, ani na moment nie pozwolił sobie na jakąkolwiek nieuprzejmość.
Cytat:— To nic takiego — wyjąknął (wyjąkał – nie ma takiego słowa "wyjąknąć", chyba że "zająknąć") skromnie mężczyzna.
Cytat:W końcu ochłonął i wstrząsany następującymi po sobie spazmami, (zbędny przecinek) zwrócił się do Mesjasza:

Na razie zakończyłem w momencie, jak wyszedł od tej rodziny.
Przyznam szczerze, że ująłeś mnie za serce tym opowiadaniem. Ciekawa fabuła. Masz swoisty styl. Sam temat, jaki poruszasz, już jest intrygujący. A przyznaję, że przedstawiasz go w ciekawy sposób.
Większość moich uwag dotyczy niepotrzebnego przecinka – stawiasz go przed imiesłowami przymiotnikowymi, co jest niepotrzebne. Co innego, gdyby chodziło o imiesłowy przysłówkowe (zakończone na –ąc, –łszy, -wszy), przed którymi stawiamy przecinek i ty też tak prawidłowo czynisz.
Dzięki, że wkleiłeś tu ten tekst :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#4
Dzięki za analizę. Rozumiem już ten błąd z rzeczownikiem między przymiotnikami. Przy okazji, jak wstawiać akapity? Kiedy wklejałem tekst były, a po dodaniu wątku zniknęły.
Odpowiedz
#5
Takie?

za pomocą [ p]
Odpowiedz
#6
(03-06-2012, 18:11)Naxster napisał(a): Takie?

za pomocą [ p]

Kilka przydatnych kodów:
[p.] – wcięcie akapitu
[b.] – pogrubiony tekst
[i.] – kursywa

oczywiście bez tych kropek przy literkach – pogrubienie i kursywę trzeba zamknąć za pomocą tagów [/b.][/i.]
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Obyczajowe Opowiadanie detektywistyczne bez jakiegokolwiek tytułu Mezaara 7 7,017 13-12-2013, 18:34
Ostatni post: Zojka
  I – nowe znajomości, nowy nauczyciel i... – opowiadanie EllieM631 19 11,242 14-11-2012, 14:46
Ostatni post: EllieM631
  Romans Opowiadanie: RozPustka cziterr 7 4,121 01-10-2011, 22:12
Ostatni post: StuGraMP
  Fantasy opowiadanie "Cztery noce. Noc czwarta, ostatnia" Bruno 4 3,608 01-10-2011, 00:30
Ostatni post: Naxster
  Fantasy opowiadanie "Cztery noce. Noc trzecia, cz.2" Bruno 2 2,315 01-10-2011, 00:28
Ostatni post: Naxster

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości