Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Psychologiczne Sumienie
#1
 Jest taka część nas, z którą nie da pójść się na kompromis. To sumienie.
 Chyba, że je ogłuszysz. Ale wtedy przestaniesz już być człowiekiem.
     – Archanioł

 Nie wiedziałem jak to się stało, ale zostałem psychologiem więziennym. Gdy wchodząc do brzydkiego, okratowanego miejsca mojej pracy, zastanowiłem się co mnie tutaj przywiodło, bez wahania zaznaczyłem pole z odpowiedzą: rodzice. Mogli opatrznie zrozumieć te kupowane od czasu do czasu książki o psychice człowieka i działaniu tego niesamowitego kłamcy jakim był mózg.
 Ale przymus posłania mnie na studia jakoś mi do nich nie pasował.
 Irytowało mnie to, że nie mogłem znaleźć jasnej odpowiedzi. Ale tego dnia moja pamięć była w opłakanym stanie. Taki właśnie był urok pracy z dziwakami. Stres zwyczajnie mnie dobijał, czułem się jak pęknięty balon. Nawet nie pamiętałem jakim cudem znalazłem się na krześle przed ubranym w białą kamizelkę od garnituru facecie, który mierzył mnie uważnym spojrzeniem spod przetłuszczonej grzywki.
 Zerknąłem na jego CV, jak raczyłem nazywać wszelkie dane odnośnie życia „pacjentów”. Zaciekawiło mnie to, że wszystkie rubryki były puste, prócz nakreślonego pośpiesznie przezwiska Archanioł, które brzmiało dziwnie znajomo.
 Odstawiłem dokumenty na bok i przyjrzałem mu się uważnie.
 – No cóż. Może, na dobry początek, się przedstawię. Jestem Piotr Kamiński, psycholog więzienny. Przyszedłem tutaj z tobą porozmawiać… – odczekałem grzecznie chwilę. – A ty jak się nazywasz?
 – Piotr Kamiński – powtórzył głucho morderca, choć spojrzenie miał całkiem trzeźwe.
 – Nie, nie. – Palce wskazujące wymierzyłem we własną pierś. – To ja się tak nazywam. A ty jesteś… – Zajrzałem do notatek. – Archanioł, mam rację?
 – Co to za różnica? – wypalił nagle, jakby budząc się z letargu.
 Nie mogłem dobrać żadnej adekwatnej strategii.
 – No tak. Zatem Archaniele, czy chcesz… mi coś powiedzieć, coś…?
 – Ile razy pieprzył pan swoją żonę?
 Tylko siłą woli nie pozwoliłem szczęce powędrować w dół.
 – Słucham?
 Nikt mnie na takie rozmowy nie przygotowywał.
 – Zadałem pytanie. Ile razy pieprzył pan swoją żonę?
 Miał wysoką barwę głosu, całkiem podobną do mojego.
 – Ja… yyyy… nie rozumiem.
 Nachylił się nad stołem patrząc przenikliwie.
 – Ile razy gził się pan ze swoją samicą?
 – To chyba… – urwałem nagle, zdawszy sobie sprawę z tego, że nie odpuści. Musiałem chwycić przynętę. – Dlaczego chcesz wiedzieć?
 – To całkiem proste. Chcę wiedzieć czy ją pan kochał. No, chyba nie chce mi pan wmawiać, że tu chodzi o miłość. Jest pan facetem, pański mózg preferuje pociąg fizyczny, no a to sprowadza się do jednego.
 Pokręciłem szybko głową.
 – Przecież to by było, n-nie wiem, zboczenie jakieś.
 – Zboczenie? – uśmiechnął się wyrozumiale jak ojciec wykładający dziecku, że dwa i dwa to nie pięć. – To nie byłoby nawet odstępstwo od normy. Chyba, że te sex – shopy, eksponowanie narządów płciowych przez statystycznych Kowalskich, noosfera zapierdolona trzema iksami i co piąty internauta śliniący się przy pornosach, to dla pana bajka. – Ten jego niemiły uśmiech nagle jeszcze się poszerzył. – Wiem, że pan nie zaprzeczy. Bo to by godziło w pańską dumę tłumacza ludzkich emocji. – Znowu nachylił się nad blatem, wywołując u mnie skurcze w żołądku. – Bo wtedy ja byłbym realistą, a pan tylko idealistą.
 Nie pozostawił mi nic innego jak jedno krótkie:
 – Nonsens…
 – Nonsens? – Miał irytującą tendencje do powtarzania moich słów. – Proszę wyjść na ulicę, przejść się trochę. Ile kurew pan spotka po drodze? No, ile?
 W tym momencie musiałem mu przyznać rację.
 – No dobrze, ale co to zmienia? Przecież nie muszę być dokładną kopią reszty społeczeństwa? Nie muszę być taki jak oni.
 Spojrzał w sufit, jak pedagog znudzony tępotą ucznia.
 – Jest pan szczęśliwy?
 – Tak – odparłem, zanim pomyślałem nad rolą pytania w rozmowie. Wyciągnąłem dłoń przed siebie i zacząłem zaginać palce. – Mam rodzinę, dom, dobrą pracę… – Po samych oczach widziałem, że czeka na więcej. – Psa, samochód, ogródek, komputer.
 Chwila ciszy i nagły ruch głowy tego popaprańca.
 – …I?
 Rozłożyłem bezradnie ręce.
 – A potrzeba czegoś więcej?
 Spojrzał na mnie szeroko rozwartymi oczami kobiety tłumaczącej oczywistości.
 – Sensu?
 Kompletnie zbił mnie z tropu. I nie wiedziałem, czy to sumienie, czy wyuczona podświadomość podsunęła mi odpowiedź.
 – Przecież on jest. Zawarty w tym wszystkim.
 – Nie rozumiem dlaczego ludzie utożsamiają szczęście ze stanem posiadania. Oszukują przecież sami siebie, bo w końcu… dlaczegóż to miałby pan pić, gdyby własność była naprawdę satysfakcjonująca? – Rozsiadł się wygodnie w fotelu, dokładnie naśladując moją pozę, gdy tylko kosztowałem pierwszy łyk. – Po co pan ucieka w tą błogą nieświadomość, ha?
 – Skąd… skąd wiesz? – zdobyłem się by zadać najistotniejsze pytanie.
 – Bo jestem Piotrem Kamińskim. – Spojrzałem nań zdziwiony, on nagrodził mnie uśmiechem cwaniaczka kradnącego pieniądze z tacy w kościele. – Tak, jak wszyscy inni. Wszyscy, którzy pomylili życie z trwaniem. Nie, pan... – Wytknął mnie palcem. – … nie jest taki jak oni. To oni są tacy jak pan. Alkohol, komputer, używki… co za różnica? Zawsze ucieczka, ucieczka przez korytarz samozatrzaskujących się drzwi bez klamek. Biegnie pan, choć każdy próg oznacza brak odwrotu. – Przeżuł ślinę w ustach i przejechał językiem po wnętrzu policzka. – Jedna – Wielka – Pa – Ra – No – Ja. Więc, proszę nie mówić, że świat pana nie dotyczy. Tylko powiedzieć wreszcie, czy pieprzył pan swoją żonę.
 – Tak, kocham ją – przetłumaczyłem na swoje.
 To chyba było przeczucie, może jakaś inna forma instynktu, ale wiedziałem, tak po prostu, że następne pytanie mną wstrząśnie. Już zanim otworzył usta zacząłem się bać.
 – A co by było, gdyby zginęła?
 Ten skurwysyński uśmiech był niczym innym jak czystą kpiną. Zdecydowanym ruchem sięgnąłem do teczki i namacałem foliowe opakowanie. Cisnąłem je na stół i wskazując, zapytałem:
 – Ty masz w tym spore doświadczenie, nieprawdaż Archanioł?
 Całkiem spokojny kiwnął w stronę broni z zaschniętą krwią.
 – Ja tego nie zrobiłem.
 – A kto?
 – Pan.
 Na chwilę zapomniałem, że zaczerpnąłem powietrza. Wraz z wymuszonym wydechem opadła ze mnie wzbierająca złość.
 – Jeżeli w ten sposób chcesz udowodnić swoją niepoczytalność, to marnie ci to idzie.
 – Doprawdy? – wypalił ni z gruchy, ni pietruchy. Był szczerze zdziwiony. –  Naprawdę do tej pory nie miał mnie pan za szaleńca?
 Tak, miałem – mówiło serce.
 – Moje subiektywne odczucia nie są w tej chwili istotne… – kazał powiedzieć wyćwiczony rozum.
 – Ha! Prowadzą źli po strzale dobrych do własnej bramki! – Oparł się łokciem o blat stołu i przyjrzał mi uważnie. – Proszę mi powiedzieć, dlaczego nie są takie ważne? Jak człowiek, który zabił moją rodzinę może mówić, że subiektywne odczucia nie są ważne? – Machnął dłonią, kreśląc kąt prosty. – Może to chłodna kalkulacja pana do tego zmusiła?
 W tym momencie zrezygnowałem. Chwyciłem za teczkę i zacząłem wstawać.
 – Widzę, że się nie dogadamy…
 – A jak się miewa Matylda? – Zamarłem. Serce zrobiło fikołka i ruszyło do opętańczego biegu. – Ta mała, słodka blondynka? Tatuś ją kocha?
 – Matylda? – powtórzyłem. – S-skąd wiesz?
 – A co by było, gdyby zginęła? – zapytał jak skretyniały gówniarz.
 – Ani mi się waż jej dotknąć, skurwielu! Bo własnoręcznie zabiję! – wypaliłem przez zaciśnięte zęby.
 – Śmiało. – Wskazał nóż. – Ma pan czym. No, proszę bardzo. Będzie pan miał spokój na całe życie. Wystarczy pchnąć, no już.
 Oczy. To jego oczy się śmiały.
 – Nie. Nie, nie zniżę się do twojego poziomu, Archanioł. Nawet o tym nie śnij.
 Kajdanki na jego nadgarstkach zagrzechotały, gdy pchnął nóż w moją stronę.
 – Oj, mógłbyś, Piotrek. Przypomnij sobie jak to było z moją rodziną. Chyba nagle nie wzięło cię na wyrzuty sumienia. No, śmiało.
 – Jesteś chory! Niepoczytalny! – zaskomliłem.
 – Czy to ja krzyczę? – zapytał unosząc brew.
 Opadłem na siedzenie. Musiałem się uspokoić, stłumić wszelkie emocje, bo to była tylko gra, tylko zabawa psychopaty, który męczy swoją ofiarę swoim brakiem zahamowań. Musiałem…
 – Masz taką ładną siostrę. Ach, te nogi. – Zamlaskał głośno.
 Rąbnąłem pięściami o stół i poderwałem się z miejsca.
 – Skąd ty to wszystko, kurwa, wiesz, ha? Myślisz, że podglądanie ludzi ujdzie ci na sucho? Że cię nie udupię, chuju? Skąd ty to, kurwa, wiesz? SKĄD?!
 Nachylił się i dalej całkiem spokojny, wyjaśnił.
 – Bo jestem Piotrem Kamińskim. I wiesz, dziwię ci się. Jak ty w ogóle możesz protestować, skoro zatłukłeś mi rodzinę? Jak możesz w ogóle tego nie pamiętać? Jak możesz bluźnić, mówiąc, że kochasz żonę, skoro ona nie żyje?
 – Ty pokurwiony…
 Pokręcił głową.
 – Nic nie wiedziała o romansie. Bo nawet jej nie powiedziałeś. Stchórzyłeś.
 Wstałem, odwróciłem się doń plecami. Zarzuciło mną, oparłem się o krzesło.
 – Ewa? – zapytałem, czując swędzenie na twarzy.
 – I Matylda też.
 – M-m-moje dziecko…
 I wtedy nadeszła ona – rozpacz. Najprawdziwsza rozpacz.
 – Jak mogłeś zapomnieć? – wciąż pytał Archanioł. – Ile razy mówiłeś im, że je kochasz? No, ile? Przyznaj się chociaż do tego.
 Odwróciłem się, patrząc na niego szklanymi oczami człowieka, który nagle dowiaduje się, że rzeczywistość odebrała mu wszelkie marzenia.
 – Ty! Ty! Ty…!
 – No dalej – rzucił, podbródkiem celując w nóż. – Śmiało. Uderz. Zabij mnie.
 Spojrzałem na ostrze zaciskając dłonie na oparciu krzesła. Nagle zawył alarm.  Przeciągły, świdrujący wizg.
 – No już. Na co czekasz? Uderz mnie, pijaku. Nie wahaj się. Uderz mnie! No już! UDERZ MNIE!
 Nagle wybuchł, oślepiając mnie. Lawina srebrzystych klocków opadła na komodę z ponurym trzaskiem. Lustro patrzyło na mnie krzywym, pełnym pretensji spojrzeniem. Zawartość butelki wsiąkała właśnie w nowy dywan.
 Popędziłem do kuchni, wołając żonę po imieniu. Wpadłem przez drzwi, ciesząc się, że nie widzę nikogo. Paroma krokami znalazłem się w salonie i tam upadłem na ziemię. Na podłodze leżała Ewa, z całunem promienistych włosów. Gdzieś nieopodal zwinięta w kłębek Matylda, zastygła w tej agonalnej pozie.
 Płakałem. Płakałem jak nigdy, łykając łzy, kiwając się to w przód i w tył, z rękoma obejmującymi kolana, jak sierota porzucona przez świat. Nie wiedziałem ile czasu minęło. Rozrzucałem wszystko co było pod ręką. Cały ten misternie budowany światek, moja oaza, nagle runęła. I cały ten syf, ten marmur, to drewno gówno już znaczyło.
 Nagle z całej siły, zacisnąłem pocięte dłonie w pięści. Ruszyłem w stronę komody, chcąc rozwiązać zagadkę, kim był ów Archanioł, który zabił całą moją rodzinę w urojonym odwecie.
 Już przed lustrem zrozumiałem. Jak oddalające się echo, raz po raz rozbrzmiewał jego głos:
 – Jestem Piotrem Kamińskim. – I miałem wrażenie, że śmieje się przez łzy, w tych krzywych odbiciach popękanego zwierciadła. – Teraz widzisz, jak zabiłeś moją rodzinę. A później widziałeś, jak człowiek zabija w sobie człowieka.
 Płakałem dokąd tylko mogłem. Ściśnięty w kłębek przed rozbitym lustrem. Płakałem dokąd tylko pamiętałem.
 Bo śmierć nie tolerowała łez.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Przepraszam, za złamanie zasady nr II-9. Myślę, że zostanie mi to wybaczone

Zajebiste ;o
(28-02-2011, 17:04)Duśka wyrażająca się o moich obowiązkach napisał(a): (...)kawy nie robię, herbaty też nie, nie zmywam naczyń i nie myję podług. To robota Norbisia.


Odpowiedz
#3
(29-01-2011, 20:48)Archanioł napisał(a): Mogli opatrznie zrozumieć te kupowane od czasu do czasu książki o psychice człowieka i działaniu tego niesamowitego kłamcy jakim był mózg.

"opacznie"

(29-01-2011, 20:48)Archanioł napisał(a): samozatrzaskujących się drzwi bez klamek.

samo-zatrzaskujących? Oo'
Nie jestem pewna!

(29-01-2011, 20:48)Archanioł napisał(a): Rozrzucałem wszystko co było pod ręką.

"wszystko, co"




Arche, ładne. Bardzo ładne. Sumienie to... Wiesz, dla mnie to coś złego. Ale Ty powód znasz. Ja nie mogę go mieć.
Tekst jest genialny. Nie mogę zbyt wiele napisać, z racji tego, że zbyt wielu poznałoby Duś, którą znasz Ty ;]

No, nieważne. Mnie się bardzo podobało.


Pozdrawiam, Duś

Take my mind and take my pain
And heal




Odpowiedz
#4
Błędy popełnione w tekście wskazała Duś. Ja się podpiuję pod jej komentarzem, a od siebie dodam, że całkiem fajne. :)
Pozdrawiam, Azz.
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#5
Archaniele... Jednak zostajesz moim bogiem.
Odpowiedz
#6
Danke, danke za pochlebstwa i wskazanie błędów. :)
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Nigdy nie dziękuj za prawdę i za szczerość. NIGDY.
Odpowiedz
#8
No ładnie. I nie mówię (piszę?) tego z przekąsem. Właśnie jest to dosłowne "no ładnie", które wyraża mój zachwyt wywołany tekstem. Bo gdybym napisała zwykłe ładnie, to złamałbym osiemdziesiątą ósmą zasadę społeczeństwa: "Ładny to może być tylko ładny tekst. Taki 'no ładny' jest znacznie lepszy i prawie równoznaczny z 'świetny'.
Tak więc, podobało mi się, bardzo.

EDIT: Nie, literówka. xD przepraszam.
[Obrazek: R33wB.gif]

Sorry, I'm allegic to BULLSHIT.
Odpowiedz
#9
Moim zdaniem wspaniałe. Zastanawiam się nad psychiką autora opowiadania :D Ale naprawdę, trzeba być kimś nieprzeciętnym żeby potrafić w ten sposób opisać psychikę ludzką.
Odpowiedz
#10
Na podstawie 15-go punktu regulaminu temat przenoszę do kosza.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości