Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Kilka opowiadań
#1
Gua'rnon

Podróżując po bukowym lesie, Eson poczuł nagły zapach zgnilizny. Zatrzymał się na chwilę, aby zorientować się co to, ale po dłuższej chwili ruszył dalej. Mijał co i rusz stada jeleni i saren szukających pożywienia. Ale szczególną uwagę przykuł mu przedmiot, który świecił się jasno w kępie traw. Podszedł do niego rozglądając się wokół. Przykucnął i podniósł ów przedmiot, okazało się , że był to miecz z niezwykle zdobioną rękojeścią. Chłopiec z zaciekawieniem włożył go do swojego worka. Ruszył dalej wciąż podziwiając uroki okolicy. Nagle zorientował się, że niebo stawało się bardziej czerwone i słonce zniknęło za pobliskim wzgórzem. Cofnął się i ruszył w drogę powrotną.
Eson był szesnastoletnim chłopcem, który mieszkał w małej wiosce Carawall wraz z rodziną. Żyli skromnie, bez zbędnych wygód. Ojciec i matka pracowali na własnym gospodarstwie, Eson chętnie im pomagał, ale dużą pasją darzył podróże po pobliskim lesie. Gdy dotarł do wioski, nie udał się od razu do domu, ale skierował swe kroki do znajomego kupca. Nazywał się Wranth i mieszkał w skromnym domku zbudowanym z drewna. Gdy chłopak doszedł do jego chatki, było już ciemno. Zapukał do drzwi.
-Czego?!-Odezwał się głos z wnętrza.
-To ja Eson- Odpowiedział chłopak.
-Ach, to ty. Proszę wejdź– Drzwi otworzyły się a w nich stanął rosły mężczyzna z lekkim zarostem. Odsunął się na bok i wskazał gestem, aby Eson wszedł do środka. W środku było sucho, ciepło i przyjemnie. Po lewo znajdowała się kuchnia z, której wydobywały się przyjemne zapachy. Po prawo pokoje gościnne, i składzik z towarem. Wranth poszedł do kuchni a Eson pośpiesznie ruszył za nim. Kupiec wskazał miejsce przy stole, aby Eson tam usiadł, sam zaś podszedł do kuchni i zaczął kończyć swoją potrawę.
-Co cię tu sprowadza.-Zapytał niespodziewanie.
-Otóż-Zaczął– znalazłem pewien przedmiot w lesie i mógłbyś mi wyjaśnić skąd on się tam wziął? Chyba raczej nikt nie zostawia swojego miecza ot tak w lesie.– Mówiąc to położył broń na stole.
-Hmm, ciekawe znalezisko, muszę przyznać. Miecz jest wykonany z szlachetnego metalu Adamtnynum. Taką broń potrafią wykonać jedynie krasnoludy. Ale na pytanie, skąd się tam wziął nie znam odpowiedzi. Ale chętnie poszedłbym z tobą w tamto miejsce, może znaleźlibyśmy tam jakąś wskazówkę. Zgadzasz się? A na razie proponuję Ci zjeść moją zupkę.– Odparł z lekkim uśmiechem Wranth.
-Owszem, zgadzam się. A zupki chętnie skosztuję, dziękuję.– Rzekł Eson, chowając miecz do plecaka.
Po zjedzeniu kolacji u Wrantha, Eson ruszył do swojego domku na obrzeżach wioski. Po przejściu kilkunastu kroków, jego oczom ukazuje się gospodarstwo. Dom był wykonany z cegieł, z komina ulatywała czarna smuga dymu. Po zachodniej stronie znajdowała się wioska natomiast po wschodniej pola uprawne, wraz z budynkami rolnymi. Chłopak przyśpieszył kroku. Znalazł się już przed drzwiami domostwa. Wszedł do środka. W domu panowało miłe, ciepłe powietrze. Na środku izby znajdował się stół przy, którym siedział jego ojciec, umięśniony rosły mężczyzna z długą brodą i jego matka, smukła, chuda blondynka o licznych już zmarszczkach i zniszczonych od pracy rękach.
-Witajcie!– krzyknął w ich stronę.
-A, coś ty taki w dobrym humorze dzisiaj?– Zapytał ojciec. – I co tak późno wracasz do domu?
-Zupa już wystygła-Dodała matka.
-Jadłem u Wrantha, nie uwierzycie co znalazłem dzisiaj w lesie- Zaczął opowiadać całą historię, a na koniec pokazał miecz.
-I co o tym sądzisz Eleno?– Rzekł ojciec Esona, do żony.
-Nie wiem co mam o tym myśleć, Gardon- Odparła- Musisz jutro udać się z Wranthem na to miejsce, i dowiedzieć się czegoś więcej.
-Tak zrobię.– Powiedział z dumą w głosie.-Ale teraz pozwolicie, że pójdę się przespać.– I udał się w stronę pokoju po prawej stronie pomieszczenia. Znalazł się w ciasnym i ciemnym pokoju. Po prawej stronie znajdował się kufer, po prawej zaś łóżko. Eson, zostawił worek przy kufrze a potem, pośpiesznie rozebrał się i prędko przyodział piżamę. Położył się wygodnie i zasnął.
Wczesnym rankiem, w twarz Esona uderzyły promienie słońca. Ociężale zwlókł się z łóżka, ubrał się, wziął plecak i opuścił pokój. Znalazł się w głównej izbie, rodzice jeszcze spali. Przygotował sobie śniadanie i z wielkim apetytem je zjadł. Opuścił dom. Po wyjściu skierował swe kroki do chatki Wrantha. O świcie ludzie jeszcze spali, ale Eson postanowił wyruszyć wcześniej aby nie nabierać podejrzeń mieszkańców. Wranth czekał już przed chatką. Powitał serdecznie Esona i rzekł:
-Zabierzemy ze sobą jeszcze Borumira. Jest może trochę dziwny, ale zna zwyczaje krasnoludów jak mało kto. Na pewno się przyda.
-Dobrze, ruszajmy- Odparł i ruszył w stronę chatki starca.
Borumir mieszka w małej chatce nieopodal chaty Wrantha. Jest on już stary i trochę szalony, ale zna historię i zwyczaje krasnoludów jak mało kto. Po dotarciu do chaty, okazało się, że Borumira nie ma w domu. Postanowili więc ruszyć bez niego. Droga przebiegła bez problemu. Gdy dotarli na miejsce znalezienia miecza, zaczęli przeszukiwać uważnie okolicę. Po dłuższej chwili bezowocne poszukiwania przerwało znalezisko Esona. Pół mili dalej, pod wielkim dębem leżał martwy rycerz. Ubrany był w srebrną zbroję, u boku miał tarczę z złotym gryfem, a na głowie zdobiony hełm. Miał zakrwawione i pogryzione nogi, i ręce, a na sercu ranę kłutą po mieczu. Eson wzdrygnął, gdy go zobaczył. Natychmiast zawołał Wrantha. Przybiegł szybko, gdy ujrzał zwłoki po jego plecach przeszedł zimny dreszcz. Po chwili uspokoił się i zaczął uważnie oglądać zwłoki. Gdy uważnie obejrzał ciało zwrócił się do Esona:
-Nie żyje. Zginął poprzez uderzenie miecza kilka dni wcześniej, padł ofiarą wilków i robactwa co prawdopodobnie przyspieszyło rozkład.
-Ale… -nie mógł z siebie wydusić słowa Eson- ja czułem zapach zgnilizny, ale teraz już wiem, że to był zapach rozkładu. Kto mógł tego dokonać.?– Zaczął histeryzować.
-Uspokój się. Musimy myśleć racjonalnie. Rycerza nie może zabić byle kto, i druga zagadka co on tutaj robił? Najbliższy zakon rycerski jest dziesięć mil stąd nieopodal wioski Derwalen. Musimy się tam udać jak najszybciej, ale to długa droga. Musimy być odpowiednio przygotowani, mogą się tam czaić różne stwory. Kiedy będziesz gotowy przyjdź do mnie, a ja zaprowadzę Cię do znajomego wojownika, który nauczy Cię wojowniczego fachu o ile się zgodzisz.
Eson zaczął myśleć i po chwili odpowiedział
-Zgoda, tu się dzieje coś dziwnego. Trzeba to jak najszybciej zbadać, bo może zagrażać wiosce. Muszę tylko uprzedzić rodzinę. Powiadom władze o tym zdarzeniu. Żegnaj.– Odszedł w stronę wioski, ciągle będąc w lekkim szoku.
Gdy doszedł do gospodarstwa było wczesne popołudnie. Rodzice pracowali w polu, skierował swe kroki w ich stronę.
-Co tak wcześnie wróciłeś?– Spytała zaciekawiona matka.
-Nie uwierzycie co się stało.– Zaczął opowiadać całe zdarzenie.– i chyba sami rozumiecie, że bezpieczeństwo wioski jest pod znakiem zapytania. Czy zgadzacie się żebym wziął udział w treningu i ruszył na tę wyprawę?
-Jeżeli musisz idź, nie zatrzymujemy Cię. Ale pamiętaj, nie ufaj nikomu nawet temu Wranthowi. Nie wierzę, że robi to tak bezinteresownie, musi mieć w tym jakiś zysk.– Odpowiedział, z dumą w głosie Gardon.
Eson ukłonił im się serdecznie i udał się do Wrantha. Zapukał w drzwi chatki. Otworzył mu Wranth, przywiązujący sobie pochwę miecza do pasa.
-Już jesteś? Tak wcześnie?– Spytał zdziwiony.– czy w ogóle przygotowałeś się na ten trening?
-A co było do przygotowania? Przyniosłem trochę wody w bukłaku i kilka kanapek.– Pokazał swój ekwipunek. Oraz oczywiście miecz.– Wyjął go dumnie.
-Schowaj go szybko- warknął– Jak go tak będziesz pokazywał to długo się nim nie nacieszysz. A przygotowanie na trening miało wyglądać tak, że rozgrzejesz wszystkie mięśnie, ale cóż ruszajmy. A i jeszcze jedno, wróc do domu i zostaw ten miecz w bezpiecznym miejscu. Na razie się nam nie przyda.
Eson posłusznie zaniósł miecz i ruszył za Wranthem do północnego krańcu wioski. Znaleźli się przed małą słomianą chatką. Grzecznie zapukali do drzwi. Otworzył im umięśniony mężczyzna w kwiecie wieku z niewielkim zarostem na twarzy.
-Witam. To zapewne ten młodzieniec, który ma zamiar nauczyć się władać mieczem tak? Proszę za mną.– Skinął głową i ruszył okrążając chatkę. Znajdował się tam niewielki plac treningowy, o dom opierały się dwa drewniane miecze, a na środku stał wielki manekin wypchany słomą.
-A więc- Zaczął wojownik.– zobaczymy co ty w ogóle potrafisz.– Podszedł do mieczy chwycił jeden, a drugi rzucił w stronę chłopaka i krzyknął:
-Broń się!
Ale do walki w ogóle nie doszło bo miecz uderzył chłopaka w głowę i ten natychmiast zemdlał.
-Galn, nieźle go załatwiłeś– Zadrwił Wranth.
– Trzeba go ocucić, a tak w ogóle to po co tak Ci zależy żeby go nauczyć walczyć?– Spytał.
– Wiosce zagraża niebezpieczeństwo, wyruszamy właśnie w długą podróż i przydałby mi się pomocnik. Jemu zależy głownie na tym aby przeżyć nową przygodę i obronić wioskę, a mi żeby oczyścić szlak handlowy. Tylko mu o tym nie mów, niech myśli, że mi też zależy na wiosce.
-A nie zależy?– Spytał ponownie.
-Owszem zależy, ale nie tak bardzo jak na interesach. Ale dość gadanie ocuć go.
Galn poszedł do chatki i wrócił dźwigając wiadro wody. Podszedł do Esona i wylał całą wodę na jego twarz. To go postawiło na nogi.
-Achh- moja głowa!– ryknął
-Jeszcze nie zacząłeś walki a już przegrałeś.– Zadrwił z niego kupiec.
-Jeszcze zobaczymy.– Chwycił broń i zaatakował Galna. Z rozbiegu chciał wymierzyć silny cios w głowę , ale ten zrobił szybki unik i chłopak wpadł do pobliskiej kałuży.
-Użyj głowy a nie mięśni.– Dawał mu wskazówki Galn. Po kilku godzinach ciężkiego treningu powiedział:
-Na dziś wystarczy. Przyjdź do mnie jutro z brzaskiem słońca będziemy kontynuować.
Eson kiwnął głową, na znak, że się zgadza i ruszył wolnym krokiem w stronę domu wciąż pojękując z bólu po treningu.
Eson obudził się, ledwo co zgramolił się z łóżka. Miał obolałe całe ciało. Na zewnątrz było jeszcze ciemno, ale im wcześniej uda się na trening tym lepiej. Więc ubrał się i popędził co sił w nogach na plac. Postanowił potrenować na razie na sucho zanim zacznie walczyć z Galnem. Wykonywał na manekinie przeróżne ataki i bloki, aż w końcu zaczęło świtać. Już miał iść do chatki wojownika, gdy znienacka ktoś próbował zaatakować go w głowę. Na szczęście Eson miał szybki refleks i uniknął ciosu, sparował kilka kolejnych uderzeń i sam zaczął atakować. Dziwiło go tylko to, że napastnik również posługuje się drewnianym mieczem. Po długiej wymianie ciosów, chłopak schylił się aby wróg spudłował uderzenie, w mgnieniu oka okrążył go i zadał potężny cios w potylicę. Przeciwnik został ogłuszony. Eson obrócił go na plecy aby ujrzeć jego twarz, którą do tej pory miał ukrytą pod kapturem. Okazało się, że był to Galn. Eson pośpiesznie go ocucił a ten zaczął chichotać :
-Brawo, pierwszy raz widzę, żeby uczeń po jednym dniu treningu zdołał mnie pokonać. Nic więcej cię już nie nauczę, jesteś lepszy ode mnie. Masz po prostu wrodzony talent. A teraz pomóż mi wstać.– Wyciągnął rękę. Eson chwycił ją i pomagał wstać gdy nagle Galn przewrócił go na ziemię i zdyszany rzekł:
-Nawet pokonany wróg stwarza dla ciebie zagrożenie, pamiętaj o tym.– Galn wstał o własnych siłach i chciał pomóc Esonowi ale ten odtrącił jego pomoc i upokorzony wstał bez pomocy.
-Mam nadzieję, że lekcje ze mną wybawią Cię nie raz z opresji. A teraz niestety muszę się pożegnać.– Machnął mu ręką na pożegnanie i udał się do chatki. Eson również opuścił plac i skierował swe kroki nie do domu, ale do pobliskiej karczmy aby napić się miodu. Po kilkunastu krokach jego oczom ukazał się szyld „Karczma pod jednorożcem”. Od razu przyśpieszył kroku, w karczmie był niewielki ruch, Eson od razu poczuł się swobodnie. Pewnie przez to, że spędzał w niej dużo czasu. Podszedł do lady, rozsiadł się wygodnie i rzekł:
-Miodu. Tylko nie byle jakiego, ma być pierwsza klasa.
-Ma się rozumieć.– Odpowiedział karczmarz i nalał mu pełen kufel miodu.
Eson zapłacił za usługę, wziął kufel i zaczął rozglądać się po karczmie szukając znajomej twarzy. W rogu dostrzegł starego bajarza i znawcę krasnoludów Boromira. Opuścił miejsce przy ladzie i podszedł do jego stolika.
-Można?– Spytał wysuwając krzesło.
-A siadaj.– Odpowiedział staruszek.
-Wiesz co może o Adamtnynum?– spytał
-A wie się to i owo. No ale wiesz, w gardle susza.– Powiedział z uśmieszkiem i wyciągnął rękę.
-Na zdrowie.– Rzekł kładąc mu na dłoni kilka monet- a teraz mów co wiesz o tym minerale.
-A więc- zaczął– wydobywany jest w górach Był’ejsm to właśnie tam też mają siedzibę krasnoludy. Jedynie one potrafią wykuć z niego oręż, ale posiąść go może tylko wybraniec. Miecz sam wybiera sobie właściciela, pojawia się znikąd w takich miejscach aby tylko wybrany mógł go zdobyć. Oręż ten jest zaklęty, jeśli ktoś inny zacznie się nim posługiwać, zostanie przeklęty na wieki. Jeżeli posiadacz miecza zginie w walce, jego miecz przenosi się do nowego właściciela. Jeśli jednak śmiercią naturalną, miecz ulega zniszczeniu…
-A czy z mieczem jakiś związek mają rycerze z Derwalen?– Przerwał mu niespodziewanie.
-Otóż mają. Właśnie miałem o tym mówić ale mi przerwałeś. Rycerze z Derwalen jak ich nazywasz, tak naprawdę noszą nazwę Strażnicy Miecza. Oni chronią miecz, póki nie znajdzie on swojego władcy, nie rozstają się z nim na krok. Tacy posiadacze są nazywani Mistrzami Oręża.
-A czym zajmuje się taki Mistrz? I skąd taka nazwa?
-Mistrz Oręża wziął się stąd, że jego posiadacz zostaje natchnięty tajemniczą mocą, dzięki której zostaje mistrzem w władaniu bronią. Co do zajęcia? Cóż dawniej byli osobistą gwardią króla, dziś coraz mniej osób nosi ten tytuł i nie mają żadnych zobowiązań.
-Dziękuję Ci. Bardzo chciałbym aby to, że do ciebie przyszedłem zostało między nami.– Dał mu garść monet.
-Już nic nie pamiętam.– Uśmiechnął się po czym zawołał karczmarza.
Gdy chłopak opuszczał karczmę, było już ciemno. Poszedł do domu, rodzice pracowali jeszcze w polu. Chłopak czmychnął do swojego pokoju, wyjął broń z kufra i zaczął ją uważnie oglądać, wymachiwać nią, a przede wszystkim myślał nad tym wszystkim co powiedział mu Boromir. Teraz już wiedział skąd nagle stal się mistrzem walki mieczem i dlaczego akurat on znalazł ten miecz. Pod naciskiem wielu pytań, chłopak runął na łóżko i zasnął.
Obudził się nazajutrz przedpołudniem. Słońce raziło go niemiłosiernie, przerywając mu wypoczynek. Zgramolił się z łóżka, wziął miecz obejrzał go uważnie i odłożył na miejsce. Ubrał się przywiązał do pasa pochwę i włożył w nią miecz. Po pożywnym śniadaniu składającym się głównie z bułek i herbaty udał się do Wrantha. Gdy zbliżył się do jego chatki, odkrył, że nie było go w domu. Poszedł więc spytać się ludzi czy go nie widzieli, okazało się, że poszedł w stronę Derwalen zupełnie sam.
-Co go mogła do tego skłonić?– Zastanawiał się.
Postanowił działać szybko. Uprzedził tylko rodziców o tym, że wyrusza go odszukać i popędził w stronę Derwalen. Po kilku minutach biegu zorientował się, że znowu czuje zapach zgnilizny jak wtedy gdy odnalazł miecz. Wzdrygnął na samą myśl o tym co mogło się stać. Otrząsnął się szybko i ruszył w kierunku źródła zapachu. W małym zagajniku dostrzegł bestię, z sześcioma łapami, w każdej trzymałA miecz, na całym ciele była włochata a oczy miała czerwone jak ludzka krew. Przerażony Eson zorientował się, że pożera żywcem Wranta. Wrant wyjął swój miecz z pochwy, chciał ugodzić potwora w bok. Stwór jednak, sparował atak tak, że kupiec upuścił broń. Już miał mu wymierzyć kończący cios, gdy wtem nadbiegł Eson i obronił Wrantha. Z bliska poznał to był Gua’rnon, niezwykle potężne stworzenie, zdolne zabić cały oddział rekrutów. Teraz dopiero można było wyczuć, to nie był zapach zwłok, to Gua’rnon wydziela taki zapach. Eson lekko przerażony ilością ostrzy u wroga, zaczął parować jego ataki skutecznie, choć opadał przez to z sił. Nie mógł długo zwlekać z atakiem, zamachnął się i celnie trafił potwora w jedną z sześciu łap odcinając ją. Potwor ryknął głośno i żałośnie, zaczął chaotycznie wymierzać ciosy w stronę chłopca. Eson parował je ale opadał z sił, uderzył ponownie potwora tym razem pudłując. Po długiej wymianie ciosów, Eson opadł z sił, chciał sparować atak, ale potwor uderzył z nieludzką siłą. Chłopca aż odrzuciło. Potwór ponownie wydał ryk, tym razem znacznie donośniejszy i weselszy. Gua’rnon podszedł ponownie do Wrantha, krzyczącego żałośnie. Miał go już ugodzić w serce gdy wtem dźgnęło go w plecy. Potwór dostał drgawek, zaczął trząść się, aż w końcu upadł. Zza jego pleców ukazał się Eson trzymający się za lewą rękę, natomiast w prawej trzymał zakrwawiony miecz. Chłopak wbił miecz w serce Gua’rnona i powiedział mrocznym tonem:
-Nigdy nie lekceważ swojego przeciwnika, nawet kiedy myślisz, że go pokonałeś.
Eson pomógł wstać Wranthowi. Miał pogryzione nogi ale z pomocą Esona zdołał dojść do wioski. Gdy stanęli przed jego chatą, kupiec zwrócił się do niego:
-Dziękuję Ci, na pewno kiedyś Ci się odwdzięczę. Gdy ty lub twoja rodzina będziecie potrzebować jakichś towarów mówcie, dostaniecie je.
-To miło z twojej strony, ale korci mnie jedno pytanie. Dlaczego poszedłeś sam?
-Nie mogłem dłużej na Ciebie czekać. Musiałem dowiedzieć się czegoś o tym zdarzeniu. Przecież na trakcie groziło niebezpieczeństwo i jak ludzie mogli do mnie przyjeżdżać kupować towary?
-Wiedziałem, że chodziło Ci od początku o pieniądze.– Zachichotał Eson- przekaże rodzicom jaki jesteś hojny. Bywaj.
–Żegnam, do następnego spotkania.
Wranth dotrzymał słowa. Dostarczał rodzinie wszystkiego czego potrzebowali. Eson zaś zaciągnął się do służby w Derwalen. Jest jedynym rycerzem, który jest prawowitym właścicielem miecza i jednocześnie opiekunem innego.

Irm 1 cz. 1 i 2
Wraz z nastaniem świtu, Irm ocknął się z około ośmiogodzinnego snu. Ociężale zgramolił się z leża. Pierwsze promienie słońca przedostały się, przez szpary w ścianach, do Jego, jakże wykwintnej komnaty, która była zbudowana jedynie, z drewna i strzechy. W środku zaś znajdowały się, słomiane łóżko, krzywy, drewniany stolik, oraz nikomu nie potrzebny kawałek metalu. Pokój godny stanu szlacheckiego. Człowiek przyjrzał się owemu dobytkowi, nie mógł się zorientować, co tu robi. Przywdział leżącą obok łóżka zieloną tunikę, oraz skórzane spodnie. Podszedł do drzwi i otworzył je. Po całym pomieszczeniu rozległ się ogłuszający skrzyp, zardzewiałych zawiasów. Po izbie rozniósł się zapach nadchodzącej wiosny. Jego źródłem był naturalny nawóz, roznoszony właśnie przez rolnika na polu.
-Ach, wiosna!– Mruknął do siebie Irm, jednocześnie wykonując ruchy przypominające, poranne przeciąganie się.
Po jakże męczącej gimnastyce, postać wyłoniła się, z ciasnej chatki. Po rozejrzeniu się po okolicy, doszedł do wniosku, że znajduje się… dokładnie to sam nie wiedział co tu robi i skąd się wziął. Mimo tego iż wiele faktów pozostało niewyjaśnionych, postanowił ruszył w stronę rolnika, który właśnie rozrzucał z wozu, przyjemny zapach nadciągającej wiosny. Owy człowiek znajdował się zaledwie, kilka kroków, od miejsca Jego noclegu. Po kilku chwilach, znalazł się w bardzo bliskiej odległości, od wehikuł, przez co na Jego prawie nowy but, spadła bardzo nieprzyjemna w dotyku, kupka krowiego łajna.
-Czy byłby pan łaskaw, objaśnić mi gdzie ja się właściwie znajduje i co to za szopa? Acha i czyje to ubranie?
-Przecież panocku, wczoraj sami mnie prosiliście, abym użyczył Wam tej chałupy, twierdziliście, że jest urządzona po królewsku. Znajdujecie się na mojej farmie, kilka mil od miasta, którego nazwy nawet nie jestem w stanie wymówić. A ten oto strój, jest Wosz, mości panie. Czyżcie nic od wczoraj nie pamiętali?
-Nie
-A nie dziwie się Wam, bo jo i som nic nie pamiętom. Nawet Wos ledwo pamiętom. Motli mi się w mózgu jedynie to, że… wczoraj tarzaliście się w tym, co tero wioze.
-A to pocieszenie. No trudno, ruszam, jestem wielce rad za gościnę.
-Chwilecke. A zapłoci to kto?
-Ale ja nie mam pieniędzy.
-Jest na to sposób. Władujta się na wóz, bedzieta mi podawać nawóz.
Nie zastanawiając się wiele, zwłaszcza, że przed sobą miał uzbrojonego w widły wieśniaka, który z pewnością nie zawahałby się ich użyć, wdrapał się na wóz i posłusznie spełniał polecenia. Po chwili, całkowicie przesiąknął urodziwą wonią, odchodów. Miał dość, co mu ten rolnik może zrobić? Nawet go nie dogoni. Wziął do ręki, duży kawał lepkiej mazi i pacnął nią w farmera. Dodatkowo wyrwał mu z rąk narzędzie i popędził na zachód, skąd widać było zarys murów. Po kilku minutach szaleńczego biegu, zorientował się, że nie zaszczycił dzisiaj swego żołądka posiłkiem, nie licząc oczywiście kilku upadków w nawóz, przez co chcąc nie chcąc, wchłonął go w siebie. Obejrzał się. Mężczyzna zaprzestał pogoni. Irm oparł się o drzewo, był wycieńczony, potrzebował strawy. Zerknął pod nogi, stał na polanie, która obfitowała jedynie w źdźbła trawy. No cóż skoro krowy i króliki, żywią się w większości tym, czemu i on nie może? Po posiłku wyruszył dalej. Co krok mijał, kolejne pola uprawne. Nie miał jednak ochoty pytać się przebywających tam, czy mogą mu dokładniej opisać tę okolicę. Nie miał zamiaru, zafundować sobie kolejnej kąpieli, w krowich plackach. Po godzinie szybkiego marszu, dotarł do bram miasta. Z daleka miasto nie wyróżniało się niczym szczególnym, nie licząc licznych baszt. Przed wjazdem widniał napis: ”Źdohcw ein ut jeipel”, który z pewnością był trudny do wymówienia. Nie próbując nawet rozszyfrować hasła, Irm pewnym krokiem opuścił dzikie polany i znalazł się w pozornie bezpiecznym miejscu. Wszyscy mieszkańcy byli ubrani w czerń, nie można było dostrzec ich twarzy skrytych pod kapturem. Kilkoro z nich dostrzegło przybysza i otoczyło go. Teraz zobaczył ich oblicza. To wampiry. Potwory rzuciły się na niego, a z Jego gardła wyłonił się krzyk, po którym zapadła grobowa cisza.
xxx

-Hej, ho!– Padły radosne okrzyki z ust wampirów, które odrzuciły już, swe kaptury, ukazując Irm’owi olbrzymich rozmiarów, białe kły, które nie mieszcząc się w szczęce, spoczywały na dolnej wardze. Biała cera, kontrastowała, z czerwonymi, płonącymi oczyma, nadając całej twarzy, groźnego wyrazu. Przybysz, siedział pośród nich, zajadając się delicjami, jakie leżały na stole. W końcu, nie licząc ohydnej trawy i gnojówki, Jego żołądek nie odwiedził dzisiaj, żaden wartościowy posiłek. Mimo, iż wampiry okazały, się przyjaznymi i gościnnymi stworzeniami, odczuwał pewną obawę, siedząc pośród nich. Te wszystkie opowieści, o tym, że są seryjnymi mordercami, że wysysają krew swym ofiarom, oraz to, że potrafią przybrać postać nietoperza, nie wzięły się z pewnością z nikąd. Postanowił, czym prędzej, najeść się do syta i uciekać stąd, gdzie pieprz rośnie. W pewnym momencie, jeden z gospodarzy, siwy staruszek, o przygarbionej sylwetce i zmęczonej życiem twarzy, opierając się o lasce, wstał ze swego miejsca. Pomogło mu w tej czynności, dwoje dzieci-wampirów, najpewniej jego wnucząt. Wszyscy, natomiast przerwali posiłek i urwali w pół słowa rozmowy. Irm widząc, że coś się dzieje, też przestał jeść i skupił swój wzrok na mówcy. Ten nie śpieszył się jednak z przemową. Najpierw, jęknął cicho, podrapał się po biodrze, westchnął, wypił lampkę wina, którą, właśnie podał mu kelner i dopiero odezwał się, skrzekliwym, zmęczonym głosem:
-Moi drodzy! Gościmy dzisiaj przy naszym stole, przybysza, który odważył się zapuścić do naszego miasta, mimo krążących o nas pogłosek i legend. Rzadko ktoś nas odwiedza, ale zawsze wędrowiec nie wychodzi od nas z pustą sakwą i burczeniem w brzuchu.-Wyraźnie zaakcentował NIE.– Chcemy, aby ludzie nie patrzyli na nasz jak na swoich wrogów. Mamy, nadzieję, że nam pomożesz i będziesz głosił światu co Cię u nas spotkało. W podzięce, z góry zapłacimy ci 1000 sztuk złota.-Skinął głowa, na jednego z wnucząt, ten zwinnymi ruchami, wyjął z kieszeni, skórzany mieszek i podał go Irm’owi. Ten przyjął go i przesypał zawartość, do swojej sakwy, przypiętej do pasa, w której od dawna już nie leżały złote krążki. Widząc, że wampir usiadł, a wszyscy gapią się na niego wyłupiastymi oczami, powstał ze swego miejsca. Domyślił się, że teraz kolej na to, aż on podziękuje za gościnę, pieniądze, całą resztę, bla, bla, bla. Postanowił użyć bardziej oficjalnego tonu, a co? Niech nie myślą, że spotkali jakiegoś włóczęgę (To akurat był zły, przykład.)
-Kochani! -Zaczął.– Jest mi niezmiernie miło, jedząc i bawiąc się razem z Wami, dziękuję za okazaną mi szczodrość. Z pewnością, nie zapomnę reklamować tego miejsca, swoim rozmówcom. Jeszcze raz za wszystko serdecznie dziękuję.– Powinno wystarczyć.– Powiedział w myślach, i wystarczyło. Gdy usiadł wszystko wróciło do normy. Znowu, wszyscy, jedli i pili. Nawet pewien grubasek, siedzący, tuż obok niego, rozszalał się na dobre, a do tej pory, nie sprawiał wrażenia, duszy towarzystwa. Właśnie wgramolił się na stół, omal nie zwalając kufla z miodem Irm’owi. Był już w stanie nieważkości. Z początku coś mamrotał przez zęby, potem zaczął recytować balladę, w jakimś arabskim języku. Kilku kamratów, próbowało go ściągnąć na ziemię, ale próby spełzły na niczym. Ostatecznie grubas, zwymiotował, paskudząc wszystkie dania. Wszyscy wstali z miejsc, zaczynając krzątać się we wszystkie kierunki. Jedni, ściągali winowajcę, całej tej afery, inni zbierali naczynia ze stołów, rzucając przy tym resztki, bezdomnym psom. Jeszcze inni, po prostu stanęli obok, kontynuując rozmowy. Irm, wykorzystał zamieszanie, by wymsknąć się bez pożegnania. Ruszył dalej, poszukując przygód.

Mgliste lochy

„Mgliste lochy”
…Tak, tak! Nie zmyśliłem tej historii. Naprawdę istnieją Mgliste lochy. Trzeba tylko uwierzyć, że się je odnajdzie, a wtedy odkrywcy nie ominie nagroda.
Stary bajarz przerwał na chwilę swą mowę, po czym podjął znowu.-Opowiadałem tę historię już wielu osobom, lecz żadnej o ile mi wiadomo, nie udało się odnaleźć tego miejsca. Mam nadzieję, że tobie się uda.
-Być może znalazłbym, te całe Mgliste lochy, gdybym miał na to czas i ochotę. Ale na co mi to? Jestem bogatym i wpływowym człowiekiem. Niepotrzebne mi żadne nagrody, ani wiara w te bajki. Ale dziękuję, za ciekawą opowieść. Masz tu starcze kilka srebrników.-To mówiąc zrobił gest, którego nigdy się nie dopuścił. Sypnął kilka monet na stół, nie po to aby wesprzeć bajarza, ale po to aby go upokorzyć. Potem opuścił domostwo, w którym aktualnie przebywał. Starzec pożegnał go jedynie cichym westchnieniem.
Po wyjściu od starca, mężczyzna skierował swe kroki na wschód, ku swej willi. Zapadł zmrok, jedynie, w niektórych oknach, w kamieniczkach można było dostrzec nikłe płomyki świec. Mirus Karos, bo tak nazywał się owy człowiek, był tęgiej budowy ciała. Zazwyczaj chodził ubrany w strój, którym najczęściej mogli pochwalić się ludzie należący do najwyższej warstwy społecznej. Dzisiaj w skład stroju weszły: czarne gustowne buty, eleganckie płócienne spodnie, oraz zdobiony jednoręczny miecz, który dumnie zwisał, przypięty do pasa. Na tors została nałożona biała koszula, zaś na nią czarna skórzana kurtka. Postać ma czarne włosy, piwne oczy oraz gładko ogoloną twarz.
Maszerował dalej, równym, spokojnym korkiem, gdy nagle poczuł silny ból z tyło głowy, stanął niepewnie w miejscu. Czuł spływającą mu po szyi, strużkę jakiejś cieczy. Nastąpiły gwałtowne zawroty głowy, po czym upadł na zimny bruk. Został napadnięty i ogłuszony.
***
Ocknął się w jakieś jamie. Był związany, półnagi, bez broni i wypchanej po brzegi złotem, sakwy. Na dodatek wciąż doskwierał mu nieznośny ból głowy. Wkoło niego nie było nikogo. Najwyraźniej po rabunki, zostawiono go tutaj na pastwę dzikiej zwierzyny. Był w nienajlepszej sytuacji. Znikąd pomocy, a Jego wołanie o pomoc odbijało się tylko głuchym echem, w głąb jaskini. Mirus nie omal nie rozpłakał się. Zawsze żył w luksusie, teraz był zdany tylko i wyłącznie na łaskę i niełaskę świata. Po chwili załamania, przyszedł czas na racjonalne myślenie. Na początku należało znaleźć ostre narzędzie, aby przeciąć wiążący go sznur. Znalazł! Znalazł kawałek szkła, leżący tuż przy nim. Po wielu próbach udało się. Był wolny. Wyszedł z jamy, znajdował się w niewielkim zagajniku. Wkoło rozciągały się tylko tereny leśnie i łąki. Ani jednej siedziby ludzkiej. Bogaty właściciel majątku ziemskiego, szanowany i wpływowy, w jednej chwili stracił wszystko. Stał się dosłownie nikim. Przypomniały mu się słowa bajarza, który wspominał coś o Mglistych lochach. Prawdopodobnie śmiałem, który się w nie zapuści, otrzyma nagrodę o jakiej marzył. Gdyby okazało się to prawdą, Jego kłopoty mogły by ustąpić miejsca dobrobytowi. Gdy był w położeniu przed napadem, nie zaprzątał sobie głowy, takimi bzdetami. Teraz gdy stoczył się i uderzył głową o samo dno i w dodatku zgubił się w nieznanym mu lesie, postanowić zawierzyć swemu szczęściu i ruszył przed siebie. Prędzej czy później, znajdzie te lochy, lub jakichś ludzi. Oba warianty są dla niego korzystne.
W tym okresie dni były ciepłe, to dobrze, bo inaczej zmarzłby w samych tylko spodniach. Problem nastąpi, gdy nadejdzie noc, wtedy może darzyć się przymrozek, ale o tym pomyśli później. Ruszył. Było południe, więc komary i inne plugastwo tych ziem, nie doskwierało mu zbytnio. Obawę stanowił fakt, że sam do końca nie wiedział, gdzie zmierza, oraz strach przed atakiem Muragów. Muragi to drapieżniki, wyglądem przypominające wilka, lecz znacznie od niego większe. Muragi mają odstające, szpiczaste usze, spłaszczony pysk, oraz zakręcony jak u świni ogon. Bawra ich sierści to brąz, przeplatany z jasną żółcią. Mogą śmieszyć swym wyglądem, lecz tak naprawdę są zmorą, dla samotnych wędrowców. Występuję niemal wszędzie.
Pozostanie w jaskini, byłoby rozsądniejszym wyjściem, jeśli chodzi o obronę przed bestiami, ale na jak długo? W końcu musiałby ją opuścić, a zdobyć pokarm, a wtedy byłby dla nich łatwym łupem. Przemieszczając się, ma szansę na ucieczkę, zdobycie pożywienia, oraz co najważniejsze, odnalezienie ludności. Tak, opuszczenie jamy było najmądrzejszym rozwiązaniem. Niestety wciąż pozostawał problem pożywienia, wody, oraz co najważniejsze ubrania i oręża. Nim dotrze do terenów zamieszkałych, lub lochów (o ile w ogóle tam dotrze), może minąć wiele dni. Przez ten czas będzie zdany wyłącznie na siebie. Natura nie wyposażyła człowieka, tak jak ptaków w kości pneumatyczne i skrzydła, ani jak ssaków drapieżnych w pazury i kły. Obdarzyła go jednak bardziej rozwiniętym mózgiem, dzięki któremu człowiek może przetrać. To właśnie ten narząd pozwoli przetrwać Mirusowi Karusowi.
***
Zapadł niechciany wieczór. Przez całą kilkugodzinną podróż szlachcic zdołał zdobyć jedynie kilka jagód i dość chrustu, by móc rozpalić ognisko, ponadto odnalazł odpowiednie miejsce na obóz. Był to kanion, otoczony stromym, wysokim zboczem, tylko od południa zabrakło skalnej ściany. To właśnie tam postanowił rozpalić ogień, aby być całkowicie bezpiecznym przed Muragami, które wyruszają na łowy głównie w nocy i o świcie. A powszechnie wiadomo, że zwierzęta boją się panicznie ognia. Iskrę zdołał zaprószyć, ale pozostały główne problemy: jedzenie i odzież. W celu zdobycia tych rzeczy, mężczyzna postanowił dokładnie przeszukać kanion. W skale nie było wykutych żadnych jaskiń, zaś na zewnątrz, nie wydać było żadnych kufrów ani skrzyń, w których można coś schować. Znudzony, dalszymi poszukiwaniami człowiek, począł wracać do ogniska, W drodze powrotnej potknął się o jakiś przedmiot wystający z podłoża. Okazała się nim być zakorkowana butelka, z małą figurką ludzika w środku. Postać ubrana była i wyglądała, jak Mirus przed napadem. Gdy mężczyzna pojął, kogo tak naprawdę ona przedstawia, odrzucił ją z krzykiem. Czuł strach, lecz po chwili go opanował. Podszedł do naczynie i podniósł je. Kolejną ciekawostką jaką odkrył, był wypalony napis na szyjce butelki, który odruchowo przeczytał na głos.:
-Amis, Detis, Kenis!
Korek wystrzelił, a przedmioty zaczął się wydalać dym, o zapachu siarki. Nastąpił oślepiający błysk. Gdy mężczyzna odzyskał wzrok, pył już ulotnił się, a przed nim dumnie stanęło Jego lustrzane odbicie, które przemówiło, dobrze znanym mu głosem.
-Witaj!– Barwa głosu była identyczna jak u Mirusa.
-Kim jesteś?– Odparł przerażony szlachcic.
-W pewnym sensie Tobą.
-Ale jakim cudem?– Padło kolejne pytanie, lecz zamiast odpowiedzi mężczyzna dostał „swoją” kurtkę.
-Masz, załóż to.
Karos posłusznie spełnił polecenie, było mu teraz cieplej.
-Może usiądziemy? Mam ze sobą pyszną kuropatwę, wystarczy upiec.– Zaproponowało lustrzane odbicie.
-Usiądźmy- Zgodził się tylko dlatego, że był potwornie głodny.
Po skończonym posiłku, z ust szlachcica padło kolejne pytanie:
-Jakim cudem jesteśmy tacy sami?
-Nie jesteśmy.-Odparł spokojnie tamten.– Ja jestem silniejszy. Ty jesteś jedynie pionkiem w grze, którą mam Ci pomóc wygrać.
-Nie rozumiem.
-Nie musisz, wiedz tylko, ze ty jak i inni mieszkańcy jesteście nikim, w porównaniu z waszym władcą.
-Co?
-Tak, tak! Już wiesz jakie to uczucie, mieć nad sobą kogoś silniejszego, komu nie można się przeciwstawić.
-Ale co…?
-Musisz odnaleźć Mgliste lochy. Tylko tyle musisz wiedzieć.
-A co jeśli tego nie zrobię? I o co Wam wszystkim chodzi, z tymi lochami?
-Wolałbyś nie wiedzieć, co Ci zrobię. Co do drugiego pytania, dowiesz się w swoim czasie, żegnaj.
Kolejny błysk, po którym lustrzane odbicie zniknęło. Z powodu nadmiaru wrażeń, szlachcic miał dziś ciężką noc.
Następnego ranka zbudziły go kropelki rosy, które delikatnie pieściły Jego policzek. W nocy dzięki kurtce, nie zmarzł, lecz na Jego ciele, komary urządziły sobie krwawą ucztę. Po przypomnieniu sobie wczorajszych wydarzeń, Mirus zabrał się za jedzenie wczorajszych resztek. Po posiłku, przyszedł czas na przemyślenie dalszych kroków. Mógł iść dalej szukać ludzi, bądź poszukiwać tych Mglistych lochów, albo zostać tutaj. Na dobry początek, lepiej zostać, zorganizować jakieś zapasy i zdobyć broń. Po pięciu dniach poszukiwań, udało się zebrać sporo jagód, które zaspokoją Jego głód i jednocześnie pragnienie.
Nadszedł dzień, w którym trzeba zdecydować, w jakim kierunku trzeba się udać. Pobyt w kanionie był bezpieczny, lecz pozostawały takie problemy, jakie zmusiły go do opuszczenie jamy. Metodą losowania padło na północ. Jego celem, było odnalezienie ludzi, bądź lochów.
Po kilkugodzinnej podróży, natknął się na jakiś otwór w ziemi, przykryty gałęziami. W głąb schodziło się po lekko opadającej ścieżce, więc problemów z dostaniem się tam nie było. Po wejściu do środka, mężczyzna szybko stwierdził, że są to legendarne Mgliste lochy,. Poznał je po unoszącej się w nich mgle. Prócz mgły, nie różniły się niczym innym, od innych tego typu instytucji. Mirus zaczął je przeczesywać, w poszukiwaniu wskazówek. W najdalej odsuniętym, od wejścia pomieszczeniu, znalazł tajemniczy przedmiot. Był nim mały, niebieski sześcian. Po Jego dotknięciu, wszystko wokół szlachcica zawirowało, straciło kształt i barwę.
Po chwili wszystko się uspokoiło, lecz nie znajdował się już w lochach. Znalazł się z powrotem w mieście i to w okresie, tuż przed napadem. Był w swoim ubraniu, ad o pasa ponownie miał przypięty miecz, Tym razem mężczyzna był przygotowany. Zrobił szybki obrót, jednocześnie wyjmując miecz z pochwy, po czym wykonał błyskawiczne cięcie wzdłuż brzucha napastnika. Atak był celny. Ostrze przeszło przez ciało, niczym nóż przez masło. Zostawił rannego zbója, który właśnie wykonywał manewr wycofania się i ruszył dalej ku swej willi, próbując to wszystko pojąć. Nie znalazł sensu, w tej historii, nie zmienił się. Nadal był egoistą i tyranem. Nadal dbał tylko o swój interes, lecz zapamiętał jedno. W każdej historii, musi być ziarnko prawdy.


Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Na 'dzień dobry' mam taką prośbę, byś wstawił kreski oddzielające poszczególne opowiadania. Robi się to za pomocą polecenia [h r] bez spacji w środku, a wygląda to tak:

Postaram się w najbliższym czasie przeczytać i umieścić komentarze.
Pozdrawiam.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
gotowe
Odpowiedz
#4
Tekst nie jest porywający. Akcja toczy się za szybko – wygląda jak streszczenie. Dialogi infantylne.
Czeka cię dużo pracy.
Uwagi dotyczące opowiadania „Gua'rnon”:
Spoiler:

Dobra – wystarczy.
Kilka podstawowych uwag:
1. Interpunkcja – podstawowe informacje na ten temat znajdziesz na naszym forum http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...nkcja.html
2. Zapis dialogów; chodzi zarówno o pauzy, jak i duże/małe litery po owych pauzach – informacje na naszym forum http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logów.html
3. Zrób wcięcia akapitów – wystarczy wstawić [p.] (bez kropki)

Kolejne opowiadania sprawdzę później, jak już naniesiesz w nich poprawki.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
Nie podobało mi się. Takie... nijakie. Dziecinne. Nieporywające. Tematyka bardzo ciekawa, jednakże kiepsko przedstawiona.
A mogłoby być naprawdę dobrze, a wygląda jak jakieś dwuminutowe olśnienie, nabazgrane w pół godziny.
Natomiast przypadł mi do gustu styl pisania. Bardzo lekki i przyjemnie się czyta.
Ale, drogi autorze, długa droga przed Tobą.
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#6
Akurat gatunek opowiadań fantasy nie należy do moich ulubionych i trzeba naprawdę czegoś mocnego, by mnie zachwycić. Nie piszesz wyjątkowo źle, choć były zdania, do których mogłabym się przyczepić pod względem szyku. Zresztą... Już na początku gryzie mnie ten fragment, a dokładniej "się".
Cytat: Nagle zorientował się, że niebo stawało się bardziej czerwone i słonce zniknęło za pobliskim wzgórzem. Cofnął się i ruszył w drogę powrotną.
Zorientował się, cofnął się... Bardziej by mi pasowało "zrobił kilka kroków wstecz". Wybacz, ale jak dla mnie – bez rewelacji.
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Wielkie dzięki, za te opinie. Przynajmniej wiem, że muszę jeszcze dużo poczytać, aby osiągnąć lepszy poziom. Nie będę poprawiał tych opowiadań, ponieważ napisałem je aby się sprawdzić, a nie aby chwalić. Użytkowniku Van Tesse, nawet nie wiesz jak bardzo trafiłaś, ze słowem "dziecinne", w końcu mam tylko 13 lat. Temat do usunięcia. Do zobaczenia.
Odpowiedz
#8
... lol niby czemu nie chcesz poprawić opowiadań? Właśnie oto tu chodzi... I nie porzucaj od razu projektu zaraz po tym jak otrzymasz słabsze opinie...
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
#9
Nie zrozumiałeś mnie. Chcę podszkolić się i napisać kolejne opowiadanie, tym razem takie, do którego naprawdę się przyłożę i to właśnie będę poprawiał.
Odpowiedz
#10
Cowboy, nie narzucaj. Eson, choć zabrzmi to nieco dziwnie, popieram cię. Przemyśl dokładnie fabułę, wymyśl nietuzinkowe postaci, pomyśl nad kilkom ciekawymi zagraniami na uczuciach czytelnika i spróbuj jeszcze raz.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Obyczajowe Cykl opowiadań mirek13 19 5,640 15-09-2014, 08:16
Ostatni post: Sem
  Fantasy Kilka fragmentów książki Meratula :) Meratul 4 3,501 15-12-2012, 01:40
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości