Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Kryminał Wywiad z mordercą
#1
No to tego... Czas, abym i ja coś wstawiła. Nie obiecuję, że będę dodawała kolejne fragmenty regularnie, bo nie narzekam na brak pracy przy komputerze. Jest to taki mój pierwszy, dłuższy twór. Na pewno znajdzie się trochę błędów, więc z góry dziękuję za wszelkie poprawki. :) Na wstępie ostrzegam, że lubię w tego typu rzeczach używać wulgaryzmów.

Wstęp...

Polska, czasy niedalekiej przyszłości. Do kodeksu karnego wrócił paragraf, mówiący o karze śmierci. Główny bohater, oczekujący na dokonanie wyroku, opowiada o swoim życiu, znanemu polskim brukowcom, dziennikarzowi. Jest to Andrzej Warn – pisarz z kilkunastoletnim stażem, który dotychczas pisał wyssane z palca plotki o gwiazdach. Przed odejściem na emeryturę, postanawia napisać kontrowersyjny artykuł, bądź powieść o życiu seryjnego mordercy. Niechętny z początku mężczyzna, z czasem zaczyna fascynować się opowieścią zabójcy…

Rozdział pierwszy: "Świat mnie zmienił"

Typowa pogoda na rozpoczęcie tego rodzaju opowieści. Za oknem padał deszcz, czasem błysnęło. Krople wody obijające się o blaszany parapet momentami mogłyby doprowadzić do szału. Ale nie mnie. Siedziałem na zimnym, kiepskiej jakości krześle. Zwykłe, drewniane, wydające wysokie piski pod każdym moim ruchem. Przede mną stał stół o tak samo marnym wykonaniu. Metalowe nogi, dzięki którym mógł wytrzymać o wiele więcej lat niż krzesło, na którym się znajdowałem. Popisany w wiele wulgaryzmów, nieczytelnych słów i rysunków drewniany blat wcale nie zachęcał mnie do picia kawy, która na nim stała. Z kieszeni wyciągnąłem dyktafon. Póki co, w sali odwiedzających więźniów siedziałem sam. Przed samym spotkaniem czułem mimowolny strach, nad którym ciężko było mi zapanować.
– Wprowadzić! – Usłyszałem głos zza drzwi. Właśnie tak, pierwszy raz w życiu morderca będzie bohaterem mojego wywiadu. Dziwne uczucie, gdy przez całą karierę dziennikarską pisało się bzdety o gwiazdach, a teraz chodzę po brudnych zakładach karnych, aby rozmawiać z seryjnym zabójcą.
– Siadaj, Nowak! Ale bez żadnych numerów… – strażnik popchnął wysokiego mężczyznę na krzesło – Ale cokolwiek nie zrobisz… Twój los jest przesądzony.
– Możesz zostawić nas samych – rzekłem do wartownika, który wzruszył ramionami i stanął przy wyjściu.
– Mamy tu kamery – rzucił nieufne spojrzenie, zamykając za sobą metalowe drzwi. Zostaliśmy sami.
Przez dłuższą chwilę panowała niezręczna cisza, jakby mężczyzna czekał na pierwszy ruch z mojej strony. Nie myliłem się, bo gdy włączyłem dyktafon, przerwał milczenie.
– No proszę, umrę spoczywając na laurach – zarechotał i uderzył rękoma o blat. W małym, prawie pustym pomieszczeniu rozległ się huk – Dziwny z ciebie dziennikarz. Zadałbyś jakieś pytanie, a nie, siedzisz jak ciota – jego zimne, przeszywające spojrzenie wywołało u mnie nieprzyjemny dreszcz.
– Nie liczyłem na lepsze zachowanie człowieka twojego pokroju – próbowałem pozostać niewzruszony – Dobrze, dlaczego zacząłeś zabijać? Co zmusiło cię do zła, gdy byłeś skrytym, inteligentnym, wręcz idealnym dzieckiem? – wziąłem do ręki kubek z kawą. Moje dłonie dygotały, dlatego wiedziałem… Wiedziałem, że czuje mój strach.
– Co mnie zmusiło? Wiesz jak wyglądało wcześniej moje życie?!
– Tak, ale…
– Gówno wiesz! – przerwał mi z wielką wściekłością – Wiesz, jak to jest być całe dzieciństwo poniżanym? Za coś, co nie było moją winą?! Wątpię! Całe zasrane dzieciństwo żyłem w biedzie, w domu dziecka. Sam ze swoimi problemami.
– Do czego zmierzasz? – wtrąciłem niepewnie pytanie w obawie, że znowu zostanę zmieszany z błotem.
– Zmierzam do tego, że to świat mnie zmienił. Oni mieli pieniądze, ja miałem jedynie rozum. Rozum, który zbyt łatwo mógł poddać się manipulacji – westchnął ciężko i spuścił wzrok na czubek swoich butów. Kolejny raz zapadła cisza, choć nie na długo. Nie patrząc mi w oczy, kontynuował swój monolog – Nie byłem złym dzieckiem. Chciałem być normalny jak inni. Dobrze wyglądać, mieć szacunek i wzbudzać respekt. Tylko, że oni zdobywali wszystko pieniędzmi, które rzekomo szczęścia nie dają. Nawet nie wiedzą ile bym dał, aby je mieć…
– Szczęście czy pieniądze?
– W sumie to jedno i drugie. Mówi się, że szczęścia nie można kupić, ale dawałyby mi szacunek u innych. Pewnie myślisz, że to nie ma sensu. Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz – spojrzał na mnie – Mam rację, czyż nie?
– Masz – odpowiedziałem dość krótko – Więc może opowiesz mi resztę, by nikt więcej nie popełnił tego samego błędu, co ty?
– Błędu? Błehehe, co za dziwny tok myślenia – zadrwił ze mnie, choć po chwili zrozumiał co mam na myśli – Ale masz rację. Kara śmierci w moim wieku to trochę za szybko – spojrzałem w jego kartotekę. Michał Gabriel Nowak, wiek 27 lat, urodzony na granicy Polski z Niemcami.
– Miałbym ochotę powiedzieć, że zmarnowałeś całe swoje życie – oderwałem się od przeglądania dokumentów – Choć ty możesz mieć odmienne zdanie.
– Racja, bo mam zupełnie inny pogląd w tej sprawie. Moje życie było już zmarnowane przez takich jak ty – spojrzał prosto w moje oczy. Jego były typowo latynoskie. Ciemne, praktycznie czarne, nie wyrażały żadnych uczuć, jakby w środku nie było żadnego człowieka. Miał rację. Naprawdę się zmienił. Po jego dalszej opowieści mogłem powiedzieć, że sprzedał duszę samemu diabłu. – Takich, którzy mieli wszystko, nie brakowało im niczego. Rodzice dbali o to, aby zawsze mieli czyste pupcie, najnowsze zabawki, najlepsze wykształcenie – skrzywił się i zacisnął pięści – Ja mogłem sobie pomarzyć. I nagle pojawiła się nadzieja na lepsze jutro. Myślałem, że zacznę być szanowany, zdobędę uznanie pośród tych wszystkich kasiastych dupków. Gdybym wiedział o konsekwencjach, to nigdy bym się nie zgodził. Niestety, odpowiedź musiałem dać od razu. Gdyby dali mi czas do namysłu, to wszystko potoczyłoby się inaczej… – oparł się na krześle i wyciągnął nogi do przodu. Wyglądał na zamyślonego, wręcz śniącego na jawie.
– Rozumiem, ale chciałbym, byś opisał mi wszystko ze szczegółami – podsunąłem bliżej dyktafon.
– Przygotuj się na artykuł swojego życia, gwiazdorski pisarzu – zaśmiał się z wyczuwalną ironią – Bo artykuł będzie dziełem twojego życia. Możesz nawet napisać z tego książkę…
– Zobaczymy, możesz zaczynać. Więc powiedz wszystko od początku. Co cię zmusiło, kim byłeś, ile miałeś wtedy lat…
Rozsiadł się wygodnie i spojrzał na mój dyktafon. Trzeci raz zapadła między nami cisza, a ja czekałem w niepewności na jego opowieść. Na wszelki wypadek wyciągnąłem notatnik, by zapisać jakieś ważniejsze spostrzeżenia.
– Wybacz, musiałem zebrać myśli. Wszystko zaczęło się w 2010 roku, pierwszego września, trzynaście lat temu…
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Witam. Już przeczytałem twój tekst. Ciekawie się zapowiada – mnie zainteresował. Dobrze się czyta, nie ma problemów ze zrozumieniem.
Jest tylko mały problem z interpunkcją, ale z czasem pewnie będzie lepiej.

We wstępie jest ciekawy przykład w odniesieniu do przecinka przed imiesłowem przymiotnikowym.
Cytat:Do kodeksu karnego wrócił paragraf, mówiący o karze śmierci. Główny bohater, oczekujący na dokonanie wyroku, opowiada o swoim życiu (przecinek) znanemu polskim brukowcom (przecinek) dziennikarzowi.
Zarówno w pierwszym, jak i w drugim zdaniu, mamy do czynienia właśnie z takimi imiesłowami. W pierwszym zdaniu jednak ten przecinek jest zbędny. Dlaczego w drugim jest prawidłowo? Bo jest częścią wtrącenia, które oddzielamy dwoma przecinkami (stąd dwa kolejne przecinki). Tylko mała uwaga – z reguły wyrok się wykonuje, a nie dokonuje. :)

Cytat:Metalowe nogi, dzięki którym mógł wytrzymać o wiele więcej lat, (zbędny przecinek) niż krzesło, na którym się znajdowałem.
Cytat:a teraz chodzę po brudnych zakładach karnych, aby rozmawiać z seryjnym zabójcą.
To ten morderca przenosi się z zakładu do zakładu?
Cytat:– Tak (przecinek) ale…
Cytat:– wtrąciłem niepewnie pytanie, (zbędny przecinek) w obawie, że znowu zostanę zmieszany z błotem.
Cytat:Nie patrząc mi w oczy (przecinek) kontynuował swój monolog
Cytat:Tylko, że oni zdobywali wszystko pieniędzmi, a (bardziej tu pasuje 'które') rzekomo szczęścia nie dają.
Cytat:Nawet nie wiesz (przecinek) jak bardzo się mylisz
Cytat:Gdyby dali mi czas do namysłu (przecinek) to wszystko potoczyłoby się inaczej…

Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Dziękuję za recenzję. W życiu codziennym nie używałam przecinków kilka dobrych lat (na telefonie trzeba pisać szybko, niestety), przez co zapomniało się o tych mniej podstawowych zasadach interpunkcji. Ale myślę, że z czasem wszystko się przypomni i będzie o wiele mniej błędów, ewentualnie coś z pośpiechu. Akurat interpunkcja nie jest moją najmocniejszą stroną, więc będę wdzięczna za ewentualne poprawki. :) Jeśli niczego nie zapomniałam, to skorygowałam już wszystkie błędy.

Odnośnie Twojego pytania: "To ten morderca przenosi się z zakładu do zakładu?"
Czasem zdarza się, że człowiek, który jest niechętny do odwiedzenia jakiegoś miejsca zaczyna wyolbrzymiać całą sytuację, wypowiadając się w liczbie mnogiej. Jest to taki bardziej potoczny kontekst, choć nie wiem. Być może jest błędny.

Widzę, że znasz się na rzeczy, więc nim wstawię drugi rozdział (po ewentualnych poprawkach typu powtórzenia, poprawna składnia zdań, interpunkcja – i tak coś ominę :P) zapytam o jedną rzecz. Jak można się domyślić, rozdział pierwszy jest czasem teraźniejszym. I tu moje pytanie: W teraźniejszości narratorem jest dziennikarz, w przeszłości (czyli praktycznie prawie, że całości moich wypocin) tytułowy morderca. Nie spotkałam się nigdy z takim przypadkiem, więc jest to błędem? Osobiście wydaje mi się, że nie, ale wolę zapytać dla pewności. :)
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
#4
Ja nie widzę problemu. Takie zmiany narratora są czasem spotykane. Umieściłbym tylko zdanie napisane kursywą np: Warszawa, 13 lat wcześniej. albo coś w tym stylu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
Dlatego zaznaczyłam, że nie udało mi się trafić na zmianę narracji, dlatego spytałam dla pewności, aby nie być pierwszym takim wyjątkiem.
Wszystko da się zrobić, w szczególności, że rozdział jest jeszcze niedokończony i nie ma w nim poprawek. Postaram się zastosować do Twojej uwagi.
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
#6
Kolejny tekst Dareny. I ;–) bardzo mi się spodobał. Nie był za długi, więc szybko przeczytałam.
Nie obyło się bez drobnych wpadek, które wytknął już StuGraMP. Jednakże było tego tak mało, ze tekst można uznać za praktycznie bezbłędny – bo nie ma tekstów całkiem bezbłędnych. Zawsze coś się znajdzie. :D

Pozdrawiam i życzę koleżance weny.
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Wrzucam drugi rozdział. Dzisiaj to już chyba trzeci tekst, na który nanosiłam poprawki, więc mózg mi paruje. Więc zamiast poprawić – pewnie pogorszyłam sprawę. Ostrzegam, że ten rozdział jest dłuższy.


Rozdział drugi: „Strzelec wyborowy”

Trzynaście lat wcześniej…

To był dzień, który przesądził o całym moim życiu. Gorący i parny, dało się wyczuć resztki letniego słońca. Gdyby nie lekki wiatr, który powiewał od czasu do czasu, mało kto wychodziłby z domu. Liście, zmieniające się na złocisty kolor falowały pod wpływem ruchów powietrza. Całe miasteczko tętniło życiem: ludzie chodzili po sklepach, niektórzy szli na późniejszą porę do pracy, a większość już dawno pracowała. Jedyne, co nadawało wyjątkowości całemu dniu to odcienie bieli. Gdzie nie spojrzeć, biało. Na każdym skwerze, balkonie, przy budynkach, restauracjach… To mogło oznaczać jedno – rozpoczęcie roku szkolnego.
Szedłem powoli zaniedbanym chodnikiem. Typowe, kwadraciaste, betonowe płytki z licznymi pęknięciami mijały z każdym moim krokiem. Czasem zdarzyło się, że mruknąłem sobie coś pod nosem, nienawidziłem swojej samotności. Miałem ochotę wyć ze złości, bezradności, na którą nic nie mogłem zaradzić. W oddali ujrzałem Rudego i Mańka – typowych, szkolnych gwiazdorów. Wiedziałem, że już pierwszego dnia będę mieć przez tę dwójkę problemy. Oboje byli starsi, choć chodzili do tej samej klasy. Nie grzeszyli inteligencją, więc nauczyciele wręcz siłą przepychali ich z roku na rok. Z jednej strony im współczułem – rzekomo udane życie, choć wiecznie na łasce rodziców. Z drugiej zaś zazdrościłem, bo tyle zabawek, ubrań i innych bzdetów, nie nakupowałem przez całe czternaście lat życia, co oni w miesiąc. Uczucie nienawiści było jednak silniejsze, gdyż oboje nie mieli nad nikim skrupułów. Można się łatwo domyślić, że miałem na myśli siebie. Często wracałem z licznymi śladami pobicia. Jednak męska duma nie dawała mi o tym wyznać nikomu, nauczyłem się tłumić w sobie emocje, choć w nocy płakałem jak bóbr.
Powoli zbliżałem się do chłopaków, z oddali dało się zauważyć dym – musieli palić papierosy przed wejściem. Ruszyłem w stronę drugiego wejścia, by choć początek roku był w miarę do wytrzymania. Miałem pecha, bo czekali na mnie. Udałem, że nikogo nie zauważyłem i szedłem dalej. Nagle poczułem silny, tępy ból, zapadła ciemność, czułem jak powoli osuwam się na kolana. W uszach aż mi dzwoniło, powoli traciłem świadomość. Spróbowałem lekko unieść powiekę i zobaczyłem jak przez mgłę – przede mną stał Maniek, Rudy musiał być gdzieś z tyłu.
– I co? – usłyszałem głos Mańka – Myślałeś, że z okazji rozpoczęcia damy ci spokój, lamusie? – zarechotał i jednym ciosem popchnął mnie na ziemię – Taki dobry uczeń, a ma problemy z myśleniem, co nie, Rudy? – kiwnął głową do swojego kumpla.
– Ano – mruknął bez większego entuzjazmu wysoki, o marchewkowym kolorze włosów chłopak.
– Czekasz na zbawienie? Od dwóch lat próbujemy zrobić z ciebie mężczyznę, a ty kurwa nic! – kopniak w brzuch, który wywołał u mnie odruch wymiotny.
– Wiesz co? – kaszlnąłem i splunąłem krwią, było gorzej niż źle – Spierdalaj! – dało się wyczuć utratę cierpliwości, a zarazem złość w jednym, wulgarnym słowie.
– No proszę, wyrobił się przez te wakacje. Zaczął nawet przeklinać. Nasz trening jednak działa – w jego głosie wyczułem ironię.
– Maniek, daj spokój. Chodźmy już… – Rudy nim dokończył zdanie stanął jak wryty. Przy całym zamieszaniu nie zobaczyli nauczyciela historii. Pan Brzęczyszczykiewicz niczym błyskawica złapał obojgu za ramiona.
– Co tu się dzieje?! Jesteście poważni? Chcecie w ogóle ukończyć tę szkołę?! – krzyczał na cały korytarz, jednocześnie potrząsał chłopakami.
– Nie lubimy tu takich. Zwykła ciota, którą trzeba nauczyć męskości – Maniek pozostał niewzruszony.
– Zobaczymy jaki to będziesz męski, gdy spotka cię kolejna rozprawa sądowa – oczy nauczyciela błyszczały od gniewu – Do gabinetu dyrektora, ale to już!
Słowa pana Brzęczyszczykiewicza podziałały, bo oboje zniknęli w drzwiach gabinetu dyrektorki. Próbowałem wstać, choć nadal ledwo widziałem na oczy. Historyk pomógł mi otrzepać ubranie i dojść do ładu. W ustach miałem nieprzyjemny posmak własnej krwi, czułem jak rusza mi się tylny ząb – bodajże szóstka.
– Dobrze się czujesz, chłopcze? – wyciągnął chusteczki higieniczne, otworzył opakowanie i podał mi kilka sztuk.
– Nie za bardzo… – wymamrotałem, ledwo powstrzymując się od płaczu. Czułem się niczym oszołomiona mrówka. Bezradnie miotałem się we wszystkie strony, próbując znaleźć jakieś oparcie, choć bezskutecznie – Nie mam już na to wszystko siły… – w oczach stanęły mi łzy. – Chcę odreagować, odpocząć, zapomnieć…
– Wiesz? Chyba mam coś dla ciebie – na twarzy nauczyciela zagościł dość podejrzany uśmiech. Teraz wiem, że było w nim coś od samego szatana, wtedy tego nie wiedziałem – Próbowałeś kiedyś strzelać?
– Strzelać? – podniosłem brew ze zdumienia – Nie mam przecież na to pieniędzy. To dość drogi sport, chyba, że ktoś znajdzie sobie sponsora…
– Nie marudź. Chyba zdołasz uciułać piętnaście złotych na semestr. Zresztą, przyjdziesz na próbę. Nie trzeba płacić od razu.

***

Było już ciemno, pogoda różniła się od tej o poranku. Słońce dawno schowało się za dachami budynków, po czym zniknęło z linii horyzontu, a przy kompletnym braku światła liście drzew nie przyciągały takiej uwagi, niż kilka godzin wcześniej. Na drogach, chodnikach i parkingach widoczne były pozostałości po popołudniowej burzy. Kałuże co chwilę chlupotały pod wpływem nadmiernej prędkości samochodów. W oknach paliły się pojedyncze światła, czasem dało się usłyszeć ujadanie psów na balkonach gdzieś z osiedla. Szedłem bagnistym poboczem, uważając jednocześnie, by nie za bardzo wdepnąć w błoto. Zresztą chciałem być jak najszybciej na miejscu. I oto staje przede mną niczym grzyb po deszczu – budynek. Wyglądem przypominający staroświecką kamienicę. Geometryczne, równoległe kształty, typowe szare kolory. Ciężkie, drewniane, podniszczone przez lata drzwi odstraszyłyby niejednego czyściocha wyglądem. „Jestem na miejscu.” – myślę sobie i delikatnie, bez łapania za klamkę popycham prawą stronę wrót. Klatka schodowa również nie wygląda zachęcająco – stare graffiti, pełno bohomazów, w powietrzu czuć zapach moczu. Po podłodze walały się gdzieniegdzie kawałki szkieł po rozbitych butelkach, starych kuflach, bądź innych tego typu przedmiotach. Na wprost dało się zauważyć schody. Kamienne, prawdopodobnie wyłożone linoleum. Podszedłem na palcach, by nie skaleczyć nogi do stopni, prowadzących w dół. Już zrobiłem kilka kroków, gdy nagle…
– Ty kurwo! Myślisz, że możesz puszczać się pod moim dachem?! – krzyk dobiegał zza pierwszych drzwi. Wyglądało to na awanturę ojca z córką, bądź męża z żoną. Stanąłem jak wryty i nasłuchiwałem całej sytuacji. Zapadła chwila ciszy, prawdopodobnie ktoś odpowiadał na owe hałasy – Dziwko, myślisz, że ci wszystko wolno?! Idź się szmacić na ulicę, tam jest twoje miejsce! – Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Dało się słyszeć kolejny huk, jakby ciężki przedmiot upadł na podłogę. Po kilku sekundach usłyszałem płacz – Wynoś się! Tępa dziwka! Kurwa! Jaka matka, taka córka, precz z mojego domu! – zza progu mieszkania wyleciała dziewczyna. Upadła na ziemię, na korytarzu uniosło się jedynie trzaśnięcie drzwi i ciche szlochanie nastolatki. Niepewnym, choć szybkim krokiem znalazłem się tuż przy niej.
– Ej, mała. Nic ci się nie stało? – spytałem, próbując pomóc jej wstać.
– Oprócz tego, że wbiło mi się szkło do ręki, to chyba nic – Odpowiedziała załamanym głosem jasnowłosa dziewczyna. Dopiero, gdy byłem obok niej, zobaczyłem jej urodę. Ach, jaka ona była piękna! Oczy miała szlachetnie błękitne. Jakbym widział w nich odbicie nieba bądź wody na Lazurowym Wybrzeżu. Sam kolor był niczym w porównaniu umiejętności hipnotyzowania rozmówcy. Wystarczył moment, abym nie mógł oderwać od niej wzroku. Włosy naturalne, proste, do połowy pasa, o blond pasmach w przeróżnych odcieniach. Ciało bez jakichkolwiek skaz, wszelkie zaokrąglenia na swoim miejscu. Ona jest po prostu ideałem.
– Mogę jakoś pomóc?
– Pomóc? – schowała twarz w dłoniach i zaczęła głośno szlochać – Nie da się. Po prostu się nie da! – lament dziewczyny niósł się echem po całym korytarzu.
– Ciii… – pogłaskałem ją delikatnie po głowie – Wiem, że jest źle. Też nie mam łatwo, ech… – westchnąłem ciężko, jednocześnie odpływając na chwilę myślami.
– Ciebie ojciec też nawyzywał od najgorszych i wyrzucił z domu? – rzuciła mi wściekłe, jednocześnie pełne żalu spojrzenie. Jakbym to ja był winny jej nieszczęściu.
– Nie, ale od czternastu lat mieszkam w domu dziecka. Ojciec się zapił, matka nie dała rady i po prostu zostawiła mnie jak kundla pod drzwiami – zacisnąłem pięści, wykrzywiając jednocześnie wargi.
– Wybacz mi… – zmieszała się, po czym otarła nos o swoją dłoń i spojrzała prosto w moje oczy – Myślałam, że jesteś kolejnym rozpieszczonym dzieciakiem, które przychodzi postrzelać sobie na strzelnicy. Nie wiedziałam…
– Naprawdę, nic się nie stało. Przecież nie mogłaś o tym wiedzieć – wtrąciłem, gdy próbowała gorączkowo wytłumaczyć swoje zachowanie.
– Ale co ja teraz zrobię… – wbiła wzrok w ziemię – Nie mam dokąd wracać, ojciec mnie nienawidzi… – jej oczy zrobiły się wręcz szare, nie było w nich widać żadnych emocji, oprócz rozgoryczenia.
– Wybacz moją wścibskość… – kolejny raz przerwałem jej wypowiedź – Ale co się stało?
– Dowiedział się, że z kimś jestem. Rozumiesz ty to? Dziewczyny w klasie już dawno miały chłopaków, jeszcze w podstawówce. Niektóre nawet z nimi sypiały. A ja? Przyłapał mnie na pocałunku. Na jednym, marnym pocałunku. Szesnaście lat… – Zakrztusiła się własną śliną. Klepnąłem ją po plecach.
– Będzie dobrze. Jak chcesz… To możesz iść ze mną, bo w sumie nie mam pojęcia, gdzie dokładniej jest ta strzelnica, a rzekomo to dobry sposób, aby trochę odreagować od rzeczywistości – czułem, że mimowolnie uśmiecham się do dziewczyny.
– Dziękuję za zaproszenie. I wiesz co? Z miłą chęcią skorzystam – odwzajemniła mój uśmiech. Pomimo czerwonego nosa i ogólnych wypieków na twarzy, nadal wyglądała pięknie. Pomimo dwóch lat, które nas dzieliły, moje serce przy niej zabiło mocniej.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Okazało się, że klatką schodową wychodziło się na zamkniętą część podwórka. W samym centrum stał blaszano-ceglany barak z małymi okiennicami. To było to czego szukaliśmy – strzelnica. Nowopoznana dziewczyna miała na imię Amelia, o nazwisko nie zdążyłem zapytać. To był jej pierwszy dzień w szkole średniej. Ze względu na swoją sytuację rodzinną wybrała szkołę zawodową, kierunek fryzjerka. Była najmłodszą ze swojego rodzeństwa. Obaj bracia już dawno zdążyli się wyprowadzić ze swoimi żonami, przez co ona musiała mieszkać sama z ojcem – tyranem, który nie dawał zaznać życia. Matka zmarła przy jej narodzinach, za co ojciec zdawał się nigdy nie wybaczyć córce. Przynajmniej ona tak czuła. Nie musiała tego mówić, bo oczy wypowiadały się za nią. Nie wiem czy to ironia, czy po prostu przypadek, że bratnie dusze odnajduję u ludzi o podobnym życiorysie do mojego. Ale ona… Tak się cieszyłem, że ją spotkałem. To coś wyjątkowego!
– Zapukaj – oparła się o ścianę, patrząc jednocześnie w ziemię. Wyglądała na zamyśloną, bo przez dłuższą chwilę nie zmrużyła powiek, jakby się „zawiesiła”.
– Jak sobie życzysz – mruknąłem bez większego entuzjazmu i zapukałem kilkakrotnie w blaszane drzwi. Nie musieliśmy czekać długo na reakcję. Ze środka wyszedł potężny mężczyzna w wojskowych spodniach. Wydawało mi się, że spotkałem go już kilka razy w szkole. Nie pomyliłem się, bo zza jego pleców wychylił się pan Brzęczyszczykiewicz.
– Przyszedłeś… – historyk uśmiechnął się do mnie ciepło – Próbowałeś już kiedyś?
– Nigdy nie miałem w ręce broni, proszę pana, ale mówiłem to wcześniej – wszedłem do środka, przeciskając się przez groźnie wyglądającego mężczyznę. Amelia próbowała wejść za mną. Zatrzymał ją.
– Przyszła tutaj ze mną – syknąłem, posyłając nieufne spojrzenie wojskowemu.
– Nie wpuszczamy tu ulicznej hołoty – warknął na mnie i popchnął do środka.
– Amelia! – zdążyłem jedynie wykrzyczeć jej imię, po czym zniknęła za zamykającymi się drzwiami. Straciłem na chwilę świadomość, to była furia. Kolejny raz zostałem zwyczajnie zignorowany. Wstąpiła we mnie wściekłość, przez którą traciłem nad sobą panowanie. Gdy stanąłem przy stanowisku strzeleckim, nie słyszałem żadnego słowa, wypowiedzianego w moją stronę. Ruch ust historyka i wymachiwanie bronią, żadnego dźwięku. Jakby ktoś na chwilę wyłączył mój słuch.
Wziąłem broń do ręki, delikatnie załadowałem nabój, oparłem łokieć o miednicę i ustawiłem bokiem. Przymierzyłem się okiem do celownika, uspokoiłem bicie serca do absolutnego minimum, wstrzymałem oddech… Paf! Padł strzał, z oddali nie widać śladu, więc przyjeżdżam tarczą do siebie. Nie wierzę, dziesiątka! Myślę sobie „czysty przypadek” i przygotowuję broń do następnego strzału. Znowu! Skończyłem, oddając jeszcze osiem podobnych strzałów. Dziewięćdziesiąt siedem na sto punktów. Brzęczyszczykiewicz miał jednak rację, bo naprawdę odreagowałem, a mało tego – jestem szczęśliwy.

***

Po krótkiej chwili przerwy i pogawędki z resztą ekipy strzeleckiej, małe ogłoszenie.
– Jako, że zbliżają się zawody, zrobimy sobie teraz miniturniej – wykrzyczał się facet w wojskowych spodniach. Z tego co zdążyłem wywnioskować, miał stopień podpułkownika.
– Jakaś nagroda? – spytała brązowowłosa dziewczyna.
– Jak dla ciebie, to bieg do sklepu – rzucił ironicznie i spojrzał w naszą stronę – Na co czekacie? Do broni! – klasnął w ręce ze dwa czy trzy razy i sam usiadł na blacie stołu. Wybrałem tą samą broń co poprzednio. Mowa o zawodach nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, więc podszedłem do tego z ogólnym spokojem i pozytywnym nastawieniem. Przeładowałem, uspokoiłem oddech, oddałem strzał. Rezultat? Wynik jeszcze lepszy od poprzedniego. Fakt, że to tylko jeden punkt, ale jednak to zawsze dobry efekt. Przyszedłem pierwszy raz i wygrałem. Jestem lepszy od ludzi, którzy trenowali latami! To chyba jakiś sen.
Chciałem już wychodzić, gdy nagle zaczepił mnie Brzęczyszczykiewicz. Przytrzymał mnie chwilę aż wszyscy wyjdą, po czym przeszedł do rzeczy:
– No, no! Kto by przypuszczał, że masz taki talent. Brawo, chłopcze! Wierzyłem w ciebie od samego początku.
– To panu należą się brawa. Chociażby za to, że udało się mnie namówić na jakiekolwiek dodatkowe zajęcia – uśmiechnąłem się na myśl o minionym dniu. Pomimo paskudnego poranka, popołudnie uważam za najlepsze w swoim życiu. Uznanie za najlepszego strzelca i poznanie wyjątkowej dziewczyny. Chciałem go poprosić, by mnie uszczypnął.
– Nieważne, musimy porozmawiać.
– Ale my właśnie rozmawiamy.
– Aj, ty! To naprawdę ważne, bo od tego zależeć będzie cała twoja przyszłość – powiedział z namaszczonym wyrazem twarzy. Widać, że chodziło mu o coś naprawdę priorytetowego.
– Niech pan mówi, ja posłucham.
– Widzisz, nie jesteś tutaj przypadkiem – zaczął dosyć niepewnie – Chodzi o to, że wiem o tobie wszystko. Tak, obserwowałem cię od bardzo długiego czasu. Znam każdy szczegół z twojego życia.
– W pedofila się pan bawisz?! – przerwałem jego mowę, jednocześnie robiąc kilka kroków w tył.
– Ciii! Spokojnie, nic z tych rzeczy – zaprzeczył, robiąc gest dłońmi – Po prostu wiem wszystko. Nie masz bliskich, krewnych, przyjaciół, ukochanej… Gdybyś umarł, świat nie uroniłby ani jednej łzy… – zagryzłem nerwowo wargę. Przypomniał o samotności, mojej samotności. Jest moja, nie powinien wpychać buciorów w nieswoje życie.
– I? – próbowałem odpowiedzieć dość przyjaźnie, choć znowu rodziła się we mnie złość.
– Mam propozycję, bo jesteś dobry. Ba, wręcz najlepszy. Ormowski, chodź tu! – wrzasnął, po czym w progu drzwi stawił się mundurowy – Poznaj swojego nauczyciela. Pan Daniel Ormowski, choć wolimy określenie „Ormowiec” – zachichotał, z czego podpułkownik nie był raczej zadowolony.
– Będę cię uczył. Chcę, byś był strzelcem wyborowym, typowym snajperem z gier komputerowych – wysoki mężczyzna wręcz pluł śliną, gdy mówił – Nauczę ciebie jak być twardym, bez skrupułów, umieć zabijać – w tym momencie ogarnęło mnie przerażenie. Miałbym zabić człowieka?
– Jesteście wariatami! To jakiś żart, prawda? – nie wierzyłem w żadne ich słowo.
– Prawdą jest to, co mówimy. Będziesz miał wszystko. Pieniądze, dużo pieniędzy – oczy prawie mi się zaświeciły. To jest przecież moja szansa na lepsze życie. Koniec z poniżaniem!
– Wiem, pewnie jest jakieś ale – odpowiedziałem z dobrze udawanym brakiem zainteresowania.
– Warunek? Tylko jeden. Musisz zniknąć. Umrzesz dla świata, ale pociesz się tym, że nie będziesz musiał zmieniać imienia i nazwiska – historyk oparł się o stolik.
– By w końcu być kimś… – kolejny raz odpłynąłem myślami. Przecież to moja szansa, by zaistnieć. Nie wierzę w to co robię. Czuję, że całe życie będę marionetką, przynajmniej bogatą. Mam dość, chcę w końcu zasmakować życia.
– Więc? – spytali chórem.
– Zgadzam się!

***

Miałem w głowie jeden wielki burdel. Co mnie podkusiło, żeby się zgodzić? Ach tak, prawie bym zapomniał. To przez moją matkę, która wolała ułatwić sobie życie, a mnie skazać na wieczne potępienie ze strony rówieśników. Przysięgam, że jeśli ją spotkam, to będzie moją pierwszą ofiarą… Chyba zaczynam nawet myśleć jak morderca. Boję się sam siebie. Boję się własnych myśli. Wszystkiego się boję. Słusznie, bo wracam przez starą kamienicę, a drogę toruje mi foliowa taśma policyjna. Poczułem ukłucie w sercu i mimowolnie przyłożyłem rękę do klatki piersiowej.
– Ile lat miała? – spytał jeden z policjantów.
– Sąsiedzi twierdzą, że szesnaście. Zgłoś wszystkim patrolom poszukiwanie jej ojca. Prawdopodobnie próbuje uciec z miasta po zamordowaniu córki.
– Robi się, szefie – sięgnął po krótkofalówkę, po czym wydał krótkie hasło z rysopisem mężczyzny.
Nie znałem jej długo, ale wiedziałem, że nasza znajomość byłaby wyjątkowa, a ten skurwiel odebrał mi wszystko. Osobę, która mnie rozumiała, patrzyła na mnie takim ciepłym spojrzeniem. Policyjni technicy wyszli z mieszkania, a po chwili zabrano też ciało. Niczym jakiegoś śmiecia w foliowej torbie. Wtedy wiedziałem jedno – zemsta za Amelię będzie słodka, oj słodka…
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
#8
Ogólnie, bardzo pozytywnie! Dlatego zacznę może od negatywów.

Cytat:Wstęp... [...]
Szczerze, najdziwniejszy jaki widziałem. Proponowałbym by całość zmienić w rodzaj nagłówka gazety. Chyba, ze taki miał być od poczatku, to trzeba by to sprecyzować.

Cytat:Moje dłonie dygotały, ale wiedziałem… Wiedziałem, że czuje mój strach.
Po co to "ale"? Jak się trzęsły, to TYM BARDZIEJ wiedział.

Postaci są naprawdę żywe. Dialogi są świetne, bardzo realistyczne. Mimo, że forma utrudnia opisy uczuć wewnętrznych, jest ich więcej niż w niektórych pracach 3-osobowych. Pokazane są i mistrzowsko skonfrontowane, światy obu postaci. Dialogi nie są zwykłym zapisem "A powiedział kwestię, B powiedział kwestię", nie są zapisem jakimi informacjami wymieniły się postaci. twoje dialogi płyną, rozmowa się toczy, a nie jest rozgrywana. Zwłaszcza spodobał mi się fragment:
Cytat:[...]Nawet nie wiedzą ile bym dał, aby je mieć…
– Szczęście czy pieniądze?
– W sumie to jedno i drugie. Mówi się, że szczęścia nie można kupić, ale dawałyby mi szacunek u innych.

Rozdział 2:
Tu widać pewien problem z 1-osobową narracją. Jest masa szczegółów, świetnych szczegółów, ale rodzi się pytanie. Jak on to wszystko spamiętał?

Cytat:na którą nic nie mogę zaradzić.
mogłem

Cytat:nie nakupowałem przez całe czternaście lat życia, co oni w miesiąc.
Dziwny dobór słów

Cytat:– Wiesz? Chyba mam coś dla ciebie – na twarzy nauczyciela zagościł dość podejrzany uśmiech. [...] – Próbowałeś kiedyś strzelać?
Taka troszkę dziwna propozycja dla kogoś, kogo przed sekundą pobito. Ale do zaakceptowania.

Cytat:stare graffiti, pełno bohomazów, w powietrzu czuć się zapach moczu.
Bez "się"

Cytat:Podszedłem na palcach, by nie skaleczyć nogi, do stopni prowadzących w dół.

Cytat:Tym sposobem zakończyłem strzelanie.
To zdanie troszkę mąci. Sugeruje, że skończył po wystrzeleniu dwa razy, a zgaduję, że strzelał 10 razy. Powinno być, "w taki sam sposób"

Świetne dialogi, świetne opisy, intryga troszkę kuleje (dziwni ci rekrutujący), ale końcówka powala. Naprawdę, umiesz bawić się z czytelnikiem. Nawet sytuacja która w wielu pracach łamie immersję, jest obrócona w żart "musimy pogadać". Troszkę może zbyt gładko się zgodził, ale... Jest wyśmienicie.
Odpowiedz
#9
Wstęp akurat miał być taki trochę suchy, specyficzny. Tym bardziej, że ja sama jestem co najmniej dziwna. :D

Cytat: Moje dłonie dygotały, ale wiedziałem… Wiedziałem, że czuje mój strach.
Hm, więc może zamiast "ale" będzie pasowało "dlatego"?
Cytat: Rozdział 2:
Tu widać pewien problem z 1-osobową narracją. Jest masa szczegółów, świetnych szczegółów, ale rodzi się pytanie. Jak on to wszystko spamiętał?
Każde opisywane wspomnienie jest później lekko koloryzowane. To samo pytanie można zadać, gdy ktoś nakręcił film na faktach. Szczegółów jest masa, a babcia, która ma zaraz pójść do piachu, pamięta nawet po której stronie stała lampa. Po prostu... Czysta fikcja. :D
Cytat: nie nakupowałem przez całe czternaście lat życia, co oni w miesiąc.
Też miałam problem z tym zdaniem. Pominęłam je i pisałam dalej, zapomniało się do niego wrócić.
Cytat: stare graffiti, pełno bohomazów, w powietrzu czuć się zapach moczu.
Mój błąd, bo w pierwotnej wersji było "unosił się". Już kasuję.
Cytat: Tym sposobem zakończyłem strzelanie.
Rzeczywiście, lekko skopałam to zdanie jakoś zaraz poprawię.
Cytat: Troszkę może zbyt gładko się zgodził, ale...
Typowy nastolatek, indywidualista bez przyjaciół, w miarę inteligentny... Taki zazwyczaj jest naiwny i zrobi wszystko, by polepszyć swoje życie, które jest wystarczająco nieudane. Co do intrygi – spokojnie, dopiero się rozkręcam. :)
Akurat od Twojej strony nie spodziewałabym się aż takiego wielkiego pozytywu, dzięki! ;)
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
#10
Wybaczcie za post pod postem, jakoś tak wyszło. Kolejna część moich wypocin. Miłego czytania i wyszukiwania błędów! ;)

Rozdział trzeci: "Zemsta"

Policja kręciła się jeszcze jakąś chwilę w kółko, przepychając co jakiś czas przez tłum gapiów. Stałem na uboczu, nie potrafiłem wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. Niby natłok myśli, a jednak pustka w głowie. Nigdy nie czułem się tak dziwnie. Moje ciało przeszedł dreszcz, najpierw jeden, po chwili następny. Od chwilowej zadumy oderwał mnie żeński głos. Nawet nie zauważyłem, że w tym całym bałaganie przemyśleń zostaliśmy sami. Gliny, ludzie, technicy, lekarze... Powiedziałbym, że ich tu nigdy nie było, gdyby nie pozostałości po żółtych taśmach policyjnych.
– Przepraszam, dobrze się pan czuje? – spytała kobieta w gumowych laczkach o różowym, wściekłym kolorze.
– Ja? – spojrzałem na nią niczym idiotkę, która nie wie ile jest dwa plus dwa.
– Nikogo innego tu nie widzę – skrzyżowała ręce na piersiach, chyba było jej zimno – Halo? Proszę pana?! – jej twarz widziałem jak przez mgłę. Czułem, przechodzące przez ciało na zmianę uczucie zimna i gorąca. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, odpłynąłem.
Mam zamknięte oczy, czuję okropne zmęczenie. Nie mam nawet siły, by zerknąć w jakim miejscu się znajduję. Wiem jedynie, że leżę na czymś miękkim, najprawdopodobniej na łóżku. W powietrzu unosi się ten specyficzny zapach cudzego domu, przynajmniej mi nie capi piwnicą. Unoszę delikatnie powieki, widzę biały sufit, który obecnie ma miodowy odcień. To przez lampę, stojącą krok ode mnie. Przynajmniej tyle zdążyłem spostrzec kątem oka. Koniec tego dobrego, czas usiąść. Podnoszę się, w pokoju jestem tylko ja. Reszta mojego ciała została nakryta kocem. Rozłożona kanapa, na której obecnie siedziałem, stała pod oknem, naprzeciwko znajdowały się drzwi. Na lewo piec kaflowy, od którego czuć było przyjemne ciepło. Oprócz tego zauważyłem jeszcze kwadratowy stół z zielonym obrusem, drewnianą szafę, czerwony, zakurzony dywan, którego świetność mijała z biegiem czasu. Moją uwagę zwróciły zdjęcia, postawione na szafce. Powolnym krokiem podszedłem i wziąłem jedno z nich. Młoda dziewczyna uśmiechała się radośnie do obiektywu. Obejmował ją starszy mężczyzna, można by rzec, że prawdopodobnie jest jej ojcem. Odstawiłem posrebrzaną ramkę z powrotem na półkę.
– Jest tu kto? – spytałem nieco głośniejszym tonem głosu. W drzwiach dało się słyszeć szczęknięcie otwieranego zamka.
– Trzeba było krzyczeć, że się obudziłeś – młoda dziewczyna spojrzała na mnie z wyrzutem, po czym pociągnęła za sobą klamkę.
– Czemu mnie zamknęłaś? – oparłem się ręką o stół.
– Wybacz, to z przyzwyczajenia. Do tego zemdlałeś tak na tej klatce schodowej… Nie znam cię, boję się nieznajomych – widać było jej zakłopotanie, zaczerwieniła się ze wstydu.
– Nic się nie stało – odparłem z uśmiechem, by poczuła się odrobinę pewniej – Rozumiem, że pierwszy raz widzisz mnie na oczy i mógłbym coś wynieść z twojego domu.
– Mniej więcej. Usiądziesz? – wskazała na jedno z dwóch krzeseł, stojących obok stołu. Nie dając jakiejkolwiek odpowiedzi, rozsiadłem się wygodnie, a dziewczyna spoczęła na kanapie.
Przez chwilę panowała cisza. Nie mogłem uznać jej za niezręczną, co jest u mnie rzadkością. Przyjrzałem się uważnie kobiecie. Ubrana w porozciągany T-shirt, czarne, dobrze przylegające do jej zgrabnych nóg leginsy. Na ramiona miała zarzucony długi, powiewający sweterek. Całość psuły jedynie „wściekłe, różowe laczki”.
– Jak ci na imię? – spytaliśmy jednocześnie, po czym oboje wybuchliśmy śmiechem.
– Ja mam na imię Michał.
– Miło mi. Jestem Aga – odpowiedziała, pokazując białe, równe ząbki. Delikatny uśmiech był tak samo ciepły jak na zdjęciu.
– Mieszkasz tu sama? – jeszcze raz rozejrzałem się uważnie po pomieszczeniu.
– Tak… – mruknęła bez entuzjazmu, po czym znowu zapadła chwila ciszy – Mama zachorowała na raka. Umarła jakiś rok temu. Ojciec wtedy zwariował. Zaczął wszędzie dostrzegać jej twarz, dostał omamów. W końcu doszło do najgorszego… – nawet nie zauważyłem, gdy po jej policzku popłynęła łza – To było około pół roku temu w nocy. Tata usłyszał głos. Należał do mojej matki. Błagała, by przyszedł do niej, bo tęskni, nie może już dłużej wytrzymać. Rano weszłam do kuchni. I on… – schowała bezradnie twarz w dłoniach.
– Wybacz, że cię tak męczę…
– Nie, nic mi nie jest – otarła łzy – Znalazłam go tam. Leżał na blacie, zostawił mi jedynie list, w którym napisał, że idzie na spotkanie z mamą. Kazał się nie zamartwiać i nie smucić, bo jest z nią bardzo szczęśliwy.
– Jak sobie radzisz z pieniędzmi? – spróbowałem choć odrobinę zboczyć od poprzedniego tematu.
– Skończyłam zawodówkę, więc pracuję od dłuższego czasu. Akurat Amelia chodziła na mój kierunek…
– Chciałbym się zemścić na tym człowieku – zazgrzytałem zębami ze złości.
– To w czym problem? – uniosła pytająco prawą brew.
– Nic o nim nie wiem. Jak ja go znajdę, skoro nawet policja ma z tym problemy?
– Policja? Kompletni idioci – machnęła zrezygnowana ręką – Każdy wie, że jej ojciec ukrywa się w tej swojej wieżyczce.
– Nie rozumiem…
– Fakt, nic przecież nie wiesz – puknęła się w czoło – Jest leśniczym, więc na pewno zaszył się gdzieś w lesie. Gdzie miałby się niby ukrywać? Każde miejsce publiczne zostanie dokładnie przeczesane, a tam jest to szukaniem wiatru w polu.
– Wiesz co? – czułem, jak odradza się we mnie nadzieja – Jesteś kooochana! – rzuciłem się na nią w szaleńczym uścisku. Byłaby dobrą znajomą. Żałuję, że widzimy się prawdopodobnie ostatni raz.

***

Jedyna wieżyczka obserwacyjna jaką znałem, znajdowała się blisko brzegu jeziora. Zanim dotarłem do obrzeży lasu, minęła z dobra godzina. Nóż kuchenny, który dostałem od Agi (dobra, „pożyczyłem”) aż mnie palił w prawe udo. To chyba przez nerwy. Nie wiem, która mogła być obecnie godzina, ale grunt, że podświetlałem drogę podręczną latareczką – breloczkiem. Musiało być dość późno, bo zmniejszył się natłok aut. Poszedłem w głąb lasu, gdzie nie było już widać mijających świateł samochodów. Cień koron drzew uległ przerzedzeniu, co oznaczało jedno – jestem nad prawie samym brzegiem akwenu. Rzeczywiście, bo dało się słyszeć szum obijających o brzeg fal. Wyjrzałem zza krzaków, widok zapierał dech w piersiach. Cienie drzew wręcz falowały na wodzie, na której widniało jeszcze odbicie światła księżyca. Jak na dobry horror przystało – była pełnia. Bałem się ciemności, więc szukałem jak najszybciej wzrokiem wieży obserwacyjnej. Jest! Wyłączam latarkę i ruszam biegiem w jej stronę, jednocześnie uważając, by nie potknąć się o korzenie.
Od wieży dzieli mnie nieduża odległość, więc zwalniam kroku, by uspokoić oddech. Z daleka nie było widać, ale teraz widzę dokładnie. W środku pali się delikatne światło, prawdopodobnie jest to blask, pochodzący od świeczki. Nie wierzę, znalazłem tego skurwiela przed policją! Oby wystarczyło odwagi... Co ja chcę zrobić? Siadam cicho obok drabiny, prowadzącej na górę wieżyczki. Splotłem palce na swoim karku, skuliłem się niczym małe dziecko. Chcę przecież zabić człowieka! Kurwa, nie dam rady! Niech mnie szlag, wchodzę!
– Kto tam jest?! – wydarł się głos, dochodzący z góry. Niczym żołnierz na wojnie – schowałem się w wysokiej trawie. Przyłożyłem z całej siły rękę do swoich ust, by nie było słychać żadnego dźwięku. Wiedziałem, że to musi być on. Nie było innego wyjścia, bo niewinny człowiek nie siedzi po ciemku w szałasie i nie boi się byle szmeru. Po braku jakiejkolwiek reakcji, schował się z powrotem do środka. Leżałem tak trochę czasu, gdy zobaczyłem, że świeczka zgasła. To moja szansa…
Drewniana drabina wydawała piski pod ciężarem mojego ciała. Na szczęście były wystarczająco ciche. Klapa od podłogi nie miała żadnego zamknięcia, bo z łatwością uniosłem ją delikatnie, by sprawdzić czy ojciec Amelii nie kręci się w pobliżu. Słychać delikatne chrapanie, facet musiał zasnąć, bo zabicie własnej córki było bardzo męczącą czynnością. Dobrze, że temu kutasowi wystarczyło sił na ucieczkę. Uchyliłem do końca pokrywę, bezdźwięcznie wszedłem do środka. Spojrzałem w dół, albo mi się wydaje, albo mam lęk wysokości. Zamykam szybko wieko, by nie wzbudzać w sobie jeszcze więcej wątpliwości. Podszedłem do śpiącego mężczyzny.
– Obiecałem, że za to zapłacisz, gnoju – wyszeptałem, wyciągając jednocześnie nóż.
– Hmm, co? – wymamrotał zaspany ojciec Amelii.
– Gówno, kurwa! – wrzasnąłem i w furii zadałem ostrzem cios w jego brzuch. Postawiło go to na nogi.
– Kurwa mać! Dziabnąłeś mnie, mały skurwysynu! Kim ty w ogóle kurwa jesteś?! – złapał się za ranę – Zabijesz mnie i sam pójdziesz do pierdla, gówniarzu – zarechotał, choć jednocześnie zacisnął zęby z bólu.
– To ty powinieneś tam iść! Za Amelię! – przyłożyłem sztylet do jego szyi.
– Ty to robisz za tę dziwkę? – jego twarz pokryła się skurwysyńskim uśmieszkiem – Ciekawy jestem ile razy dała ci dupy. Długo ją rżnąłeś?
– Coś ty powiedział? – zacisnąłem mocniej dłoń na rączce noża.
– Jesteś taki tępy czy tylko udajesz? – syknął z wyczuwalną ironią w głosie – Ile razy pozwoliła się tobie przeorać? – uśmiech na jego twarzy poszerzył się jeszcze bardziej. Nie rozumiem jak mógł mówić takie rzeczy o swojej córce. Na dodatek martwej córce. Jego słowa sprawiły, że coś we mnie pękło, zniknęły wszelkie wątpliwości. Chyba mam kolejny atak furii.
– Wal się, matkojebco! – poderżnąłem mu gardło. Facet zaczął się dławić własną krwią. Jednak miał siłę, by wstać i skierować swoje spojrzenie prosto w moje oczy. Zimne, ciemne, miałem wrażenie, że potrafią pochłaniać światło. Nie, nie spojrzę na niego. Nie dam mu tej chorej satysfakcji, nawet w chwili śmierci.
– Dzięki za… uratowanie mnie… od siedzenia… w pace… – złapał się za szyję, po czym padł na kolana. Słyszałem to nieprzyjemne bulgotanie w jego gardle. Kaszlnął, jednocześnie wypluwając cały potok ciemnej, gęstej mazi, która spływała dalej po jego dłoniach, zostawiając plamy na koszulce. Po chwili upadł na podłogę, która stopniowo pokryła się kałużą krwi. Jego cera zrobiła się blada, wręcz sina. Dobrze, że miał przymknięte powieki, bo chyba osrałbym się ze strachu. I tak cały się trzęsę. Boję się, jest mi zimno. Zabiłem człowieka, kurwa! Odrzuciłem nóż gdzieś na bok. Sam miotam się po całym pomieszczeniu, wyrywając włosy z głowy. Nie wiem co mam zrobić z rękoma. Splamione krwią. Krwią! Bezwładnie opadam na podłogę. Jestem roztargniony, zaczynam wrzeszczeć, tarzać się po ziemi. Nie wiem co się dzieje, łzy ciekną po policzkach, w głowie słyszę szum – podobny do tego po kacu. Ale pomimo tego, ten kurwiszon zasłużył sobie…

***

Wpół przytomny zszedłem na dół po drabinie. Do mojej podświadomości powoli zaczęła dochodzić myśl o popełnionym czynie – zbrodni, za którą będę smażył się w piekle. Godzę się z losem i wolą tych tam… Na górze.
– Kto tam jest?! – echo niosło wrzaski nieznanych, męskich głosów.
– To policja, ja pierdolę! – powiedziałem sam do siebie, po czym zacząłem uciekać. Ledwo zdążyłem się odwrócić… Bach! Wpadłem na kogoś, kto złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą. Podniosłem wzrok ku górze. Nie wierzę własnym oczom, to Ormowski! Zaciągnął mnie do brzegu jeziora, zdjął ze mnie kurtkę i koszulkę.
– Ściągaj resztę i nie krzycz – warknął nieprzyjaźnie, ale wykonałem jego polecenie. Zdjąłem spodnie i buty, zostając w samych bokserkach. Ormowiec wyciągnął wojskowy scyzoryk.
– Co pan robi? – źrenice rozszerzyły mi się ze strachu.
– Ratuję twój tyłek, ofiaro – rozciął moje ramię, syknąłem z bólu. Wytarł krew moimi ubraniami, po czym wrzucił je do jeziora.
– To oznacza, że…
– Tak, dla reszty świata będziesz trupem. A teraz chodź za mną – po tych słowach ruszył w dalszą drogę. Nie minęło kilka minut, gdy znaleźliśmy się przy jego samochodzie. Wsiadłem do środka. Nie wiem co było dalej, zasnąłem.
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości