Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Coś ode mnie!!
#1
Kiedyś napisałem dłuższą historię, która zaczynała się rozdziałem, który tu wklejam. Mam zamiar przepisać to jeszcze raz, dlatego ciekaw jestem wszej opinii, czy warto do tego zasiąść, czy może schować to z powrotem do szuflady?


Mijała właśnie połowa miesiąca, w którym godnie z cyklem rocznym ziemi, drzewa zamieniały swą zieloną szatę na krótkotrwały kolor złota i czerwieni. Był to czas opadających liści, które tańcząc na wietrze niczym motyle przysiadały w końcu u stóp ogołoconych pni, by tam ułożyć się kolorowym dywanem, po którym kroczyć będzie dumna i sroga, biała pani Zima.
Był to czas rozmyślań, czas podsumowań i wniosków. Ludzie siedząc w domach liczyli zebrane plony i porównywali je z zeszłorocznymi. Minął już czas zbiorów, minęły też dni pełne gorących promieni słonecznych. Cały świat wydawał się bardziej senny i ociężały.
Starsi wieczorami opowiadali młodym o zimach stulecia, o mrozach tak ostrych, że spluwana ślina zamieniała się w bryłki lodu nim na ziemię spadła, o śniegach spod których czubków najwyższych drzew nie było widać. Całe rodziny zasiadały przy domowym palenisku na środku głównej izby i razem wsłuchiwały się w wycie wiatrów. Były to chwile zadumy i wspomnień. Opowiadano o duchach, o zmarłych przodkach i innych stworzeniach mieszkających tuż za granicą życia. Wiele historii, wiele legend i mitów, które w ten czas opowiadano teraz zostało już zapomnianych. Jednak w tamtym czasie każde dziecko wiedziało kim jest wieszczka, rusałka, wodnik, wilkołak lub inna postać z ludowych wierzeń, każde dziecko wiedziało gdzie można je spotkać, jak się przed nimi obronić lub jak zachować się w ich towarzystwie. Całą tę wiedzę przekazywali im ich przodkowie właśnie w czasie takich wieczorów, gdy świszczący wiatr mieszał się z wyciem wilków, a każdy zimny powiew zdawał się dotknięciem zmarłego.
Właśnie jednego z takich wieczorów, w jednej z kilkudziesięciu chałup, które tworzyły osadę o nazwie Annoka, wydarzyło się coś co zakłóciło monotonię i wywołało wśród mieszkańców spore zamieszanie, ale też sporą radość.
Już od popołudnia zauważyć można było spore poruszenie, pan domu często biegał od studni do chałupy nosząc za każdym razem pełne wiadra wody. Pomyśleć można by, że dom mu się pali. Z kamiennego komina, sterczącego z połaci pokrytego strzechą dachu, cały ten czas snuły się gęste obłoki dymu, widocznie ktoś nieustannie dokładał do paleniska. Chałupę co rusz odwiedzali nowi goście i były to przeważnie same kobiety, które znosiły najróżniejsze tobołki i pakunki. Za każdym razem, gdy wchodząca lub wychodząca osoba otwierała drzwi od domostwa, z jego wnętrza można było usłyszeć dziwne krzyki i jęczenia kobiecego głosu, któremu towarzyszyły nieustanne komentarze i nakazy wydawane przez kogoś innego. Mężczyźni również okazywali zainteresowanie tym co działo się w ich sąsiedztwie. Lecz ich ciekawość ograniczała się jedynie do krótkich pytań kierowanych do niosącego kolejne wiadra gospodarza – „Już?” – albo – „Długo jeszcze?”, na co odpowiadał im przejętym i drgającym głosem – „Nie, nie wiem. O Boże chciałbym by było już po wszystkim!”, po czym szybko biegł do chałupy, rozchlapując niesioną wodę. Po kilku godzinach droga od studni do drzwi jego domu była jedną wielką kałużą, która w krótkim czasie stała się miejscem zabaw najmłodszych mieszkańców Annoki.
Tylko dzieci nie okazywały zainteresowania tym co działo się wokół nich, z sobie tylko znana lekkością i obojętnością przyjmowały wszystko co wywoływało stres i napięcie u dorosłych.
Gdy dzień miał się już ku końcowi, gdy szarość powoli ogarniała wschodnią część nieba, a matki pozganiały swe zabłocone pociechy do domów, gdzie czekały na nie pełne balie ciepłej wody do mycia. Gdy już nawet najciekawsi rozeszli się do swych domów, by tam spędzić resztę wieczoru, główne drzwi otworzyły się, a w blasku bijącym od paleniska pojawiła się postać gospodarza, który z pochyloną głową przyglądał się malutkiej rzeczy, jakby zawiniątku trzymanym przez siebie w wielkich, chłopskich dłoniach. W takiej zgarbionej pozie wyszedł przed dom, nie zwrócił nawet uwagi, że wdepnął aż po kostki w największe błoto, którego sam był sprawcą. Odszedł parę kroków od budynku, podniósł błyszczące od łez oczy ku niebu i krzyknął:
– Dzięki Ci Panie! Dzięki Ci Perihnusie!!!! – głos mu się łamał, dławiony przez łzy płynące po policzkach, jakby powietrze nagle gęstniało w gardle zamieniając się w ciecz blokującą oddech.
– Cóóóóorkkaaaaa!!!!!!!!! – tym razem wzruszenie nie zmroziło mu strun głosowych i pełną piersią, całą mocą swego donośnego głosu okazał radość współmieszkańcom Annoki. A oni momentalnie wybiegli ze swych domostw, by towarzyszyć mu w tej radosnej chwili.
......................................................................................................
– Spójrzcie jaki ładny bobas! Śliczny, po prostu śliczny!!
– To jest ona, Ty stara, ślepa ... .
– Patrz jak się uśmiecha, jakby nas widziała swymi malutkimi oczkami.
– Di-ora, co Ty tam robisz?
– Ludzie zawsze zostawiają nam tyle przysmaków – odpowiedziała przyglądając się drewnianej tacy stojącej na stoliku tuż przy kołysce dziecka. – Same zobaczcie!! Miód, wędzone ryby, pieczeń i ciasto, chyba z jabłkami.
Prócz trójki starych kobiet i dziecka w izbie nie było nikogo. Lecz nawet, gdyby ktoś nagle wszedł nie ujrzałby niczego więcej jak kołyski z dzieckiem i kilku skromnych mebli wypełniających przestrzeń pokoju.
– Jagra jak oni dali jej na imię? – zapytała ta, która zachwycała się urodą dziecka. – Jagra! Zapytałam cię o coś!!
– A niby skąd mam wiedzieć? Spytaj jej samej, może ci odpowie? –powiedział przyglądając się Di-orze, która pochylona nad tacą próbowała powąchać leżące na niej jedzenia.
– No mały brzdącu, jak dali ci na imię? No jak? No powiedz! – nie dawała za wygraną ta nad kołyską.
– Kryna, daj spokój, przecież ona Ci nie odpowie! – powiedziała Jagra – Czy kiedykolwiek widziałaś aby niemowlę mówiło? Di-ora przestań już i chodź tu do nas, bo czas nagli, a my nawet nie zaczęłyśmy. No chodź tu!!
– Pamiętacie jeszcze, jak pachnie albo smakuje wędzona ryba? – powiedziała podchodząc do towarzyszek stojących nad kołyską – Oj, ile bym dała żeby choć na chwilę wrócić do życia i móc posmakować tych smakołyków, które nam ludzie zostawiają.
– Starczy już tych wygłupów. Skupmy się nad tym co mamy do zrobienia.
– Jagra, mam jeszcze jedno pytanie.
– Słucham Di-ora, co się stało?
– Nic, przypomnij mi tylko, bo zawsze zapominam, czemu żywi zostawiają nam tyle jedzenia skoro my i tak nigdy go nie jemy?!
– Och! Di-ora, Ty jak zwykle tylko o jednym, a już myślałam, że masz jakieś poważne pytanie.
– Widzisz, dla niektórych jedno jest ważne, a dla drugich zupełnie coś innego.
– Dobra, już dobra! Ludzie myślą, że jedzeniem i innymi darami są w stanie nas udobruchać. Oni wierzą, że my, jak nas nazywają Trzy Stare Wieszczby, decydujemy o losie nowonarodzonych dzieci, że układamy już nad kołyską losy człowieka, że możemy wybierać, co ma go spotkać w ciągu życia, gdzie zajdzie, kim będzie, kiedy umrze i jak umrze. Myślą, że im więcej różnych dobrodziejstw nam dadzą, tym lepszy wybierzemy los dla dziecka.
– Ale przecież my nie mamy takiej mocy.
– Mi to mówisz! Powiedz to im, a nie mi. Ja doskonale o tym wiem. No dobra zaczynajmy! Kryno daj spokój już tej małej!
– Ale spójrzcie! Ona nas widzi!!
– To jest niemożliwe, doskonale o tym wiesz!
– No to spójrz! – mówiąc to przesunęła palcem tuż przed twarzyczką małej, a ta swymi małymi oczkami śledziła całą drogę poruszającego się przed nią obiektu. – No i co?!
– Niemożliwe aby nas widziała. Chyba że ... ? – powiedział zdziwiona Jagra.
– Chyba że co? – spytały dwie pozostałe.
– Nie jestem pewna. Zacznijmy wreszcie, a wszystko się okaże.
– No to od czego zaczynamy? – spytała Di-ora.
– Najpierw dowiedzmy się jak ma na imię nasza mała przyjaciółeczka. – powiedziała Kryna przykładając ręce tuż nad malutkim czułkiem roześmianej twarzyczki. – Saloma!! – wykrzyknęła po chwili – Bardzo ładne imię, nie sądzicie?
– Rzeczywiście ładne, ale nie to nas najbardziej interesuje – powiedziała Jagra i sama wysunęła ręce nad kołyską – Zaraz się dowiemy co tej małej jest przeznaczone. Jaki los czeka naszą małą Salomę. – na jej twarzy pojawił się wyraz skupienia, który z upływem każdej minuty zmieniał się. Usta zaczęły jej lekko drgać, a powieki coraz szczelniej naciągały swe zasłony na szklące się oczy. Jej towarzyszki przyglądały się jej z zainteresowaniem. Jeszcze nigdy nie widziały swej towarzyszki tak przejętej wizją czyjegoś życia.
Chwile milczenia przedłużały się w nieskończoność i zdawało się, że razem z trzema kobietami cały świat zwolnił oddech, żaden podmuch powietrza nie odważył się w tym czasie zakłócić gęstej masy powietrza wypełniającej izbę. Cały tlen zgromadzony w powietrzu skupił się wokół dłoni, które lekko muskając czółko dziecka wisiały nad jej losem.
– No i co? – nie wytrzymała ciszy Di-ora – No i co? To ona, czy nie ona?
– Ona – powiedziała spokojnie zabierając dłonie znad główki dziecka – Ona, na pewno ona!
– Jesteś pewna? – zapytała Kryna wpatrując się w twarz Jagry.
– A co przed chwilą powiedziałam?
– Ale jesteś stuprocentowo pewna, czy tylko prawie pewna?
– Gdy mówię, że jestem pewna to właśnie to mam na myśli.
– Więc to ona. Taka malutka. – powiedziała Di-ora pochylając się z wielkim uśmiechem nad kołyską. – A po czym to poznałaś?
– Noo właśnie po czym to poznałaś?
– Po tym, jaki jej jest przeznaczony los.
– To znaczy? Jaki jest jej przeznaczony los?
– Nie wiem! –odpowiedziała Jagra – Właśnie o to chodzi, że nie wiem jaki. Jej przyszłość jest czysta, nie jest skażona jakimkolwiek nakazem. Może ją spotkać wszystko i nic. Może być zwykłym człowiekiem, który niczego wielkiego nie dokona, a może być kimś ważnym i tylko od niej zależy, jaka będzie.
– Ale przecież wszyscy ludzie mają z góry narzucony los. Jedni bardzo precyzyjny, zaplanowany od samego narodzenia, poprzez wszystkie niemalże minuty życia, aż po ostatnie chwile przed śmiercią. Inni tylko pewien zarys, którego luki mogą wypełniać sami, lecz niezależnie, jak by je zapełnili i tak muszą przejść przez punkty, które wytyczają drogę wybraną im przez los. Nie ma ludzi, którym stwórca dałby wolną rękę w kierowaniu całym swoim życiem, nie stać go aż na tak wielkie zaufanie do ludzi. Obawiałby się, że mogą całkowicie zepsuć jego dzieło, jakim jest świat.
– To przyjmij do wiadomości, że istnieje taki człowiek i właśnie leży przed tobą w drewnianej kołysce, w jednej z chałup osady zwanej przez ludzi ANNOKA!!! To malutkie dziecko, które teraz uśmiecha się do nas, jest malutkim człowieczkiem, któremu stwórca dał wolną rękę. Nie naznaczył jej swym palcem, nie wskazał drogi, którą ma obrać w życiu, nie narzucił swojej woli, nie ustawił w zaplanowanym szeregu, dał jej całkowitą wolność, otworzył wszystkie możliwości i niebezpieczeństwa. Tak, właśnie tak postanowił zrobić. Ale nie jest to tak piękne jak mogłoby się wam wydawać. – powiedziała patrząc po uśmiechniętych twarzach koleżanek – Bo poza tym, że uwolnił ją od swej woli i nakazów, pozbawił ją również swej opieki, protekcji, tego co ludzie nazywają szczęściem, fartem, zrządzeniem Bożym. Za każdym razem, gdy to dziecko będzie liczyło na łut szczęścia, rozczaruje się. Stwórca planując życie każdej nowo narodzonej istoty stara wyważyć nieszczęścia i szczęście, tak aby dana osoba miała zawsze nadzieję. Saloma została tego pozbawiona, w jej życiu może nigdy nie nastać stan takiej równowagi. Niestety między ludźmi łatwej o nieszczęście niż o szczęście. Więc lepiej zastanówcie się czy jest się czym tak cieszyć .
– Ale powiedz jaka jest w tym wszystkim nasza rola? – spytała Di-ora. – Co możemy zrobić? W końcu my też podlegamy Stwórcy. A poza tym i tak to nie tłumaczy tego, że ona nas widzi.
– Czy ja muszę zawsze wszystko wam tłumaczyć? Czy nie możecie chociaż raz same się domyślić? Stwórca dał jej całkowicie wolną wole, więc nie podlega ona żadnym jego prawom, a przecież to on stworzył nas jako niewidoczne dla ludzi. Teraz od niej i od nas zależy czy będzie nas widziała czy nie. Teraz za każdym razem, gdy wystarczająco oczyści umysł z myśli o świecie ludzi i chociaż troszkę skupi się nad tym, co dla zwykłego człowieka niewidoczne, będzie w stanie dostrzec wszystko to, co my widzimy, a nawet więcej. Nawet to co stwórca ukrył przed nami.
– Więc co my możemy zrobić?
[/align]
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Zacznijmy od tego, że jest sporo błędów:

fudi napisał(a):Mijała właśnie połowa miesiąca, w którym godnie (zgodnie – literówka) z cyklem rocznym ziemi,
Cytat:że spluwana ślina zamieniała się w bryłki lodu nim na ziemię spadła (nim spadła na ziemię – szyk) , o śniegach spod których czubków najwyższych drzew nie było widać (których nie było widać czubków najwyższych drzew – szyk).
Cytat:Już od popołudnia zauważyć można było spore poruszenie, (Tu bym dał kropkę i nowe zdanie) pan domu często biegał od studni do chałupy (przecinek) nosząc za każdym razem pełne wiadra wody.
Cytat:Mężczyźni również okazywali zainteresowanie tym (Ja bym raczej napisał 'temu'; no i brak przecinka) co działo się w ich sąsiedztwie.
Cytat:na co odpowiadał im przejętym i drgającym (drżącym) głosem – „Nie, nie wiem. O Boże chciałbym (przecinek) by było już po wszystkim!”,
Cytat:Tylko dzieci nie okazywały zainteresowania tym (przecinek) co działo się wokół nich, (Tu nowe zdanie) z sobie tylko znana (znaną – lierówka) lekkością i obojętnością przyjmowały wszystko (przecinek) co wywoływało stres i napięcie u dorosłych.
Cytat:– Dzięki Ci Panie! Dzięki Ci Perihnusie!!!! – głos (Tu z dużej litery, bo jest to oddzielne zdanie) mu się łamał, dławiony przez łzy płynące po policzkach, jakby powietrze nagle gęstniało w gardle (przecinek) zamieniając się w ciecz blokującą oddech.
– Cóóóóorkkaaaaa!!!!!!!!! – tym (Z dużej litery) razem wzruszenie nie zmroziło mu strun głosowych
Cytat:– To jest ona, Ty stara, ślepa ... . (Trochę za dużo tu tych kropek; 3 kropki i koniec)
Cytat:Lecz nawet, (zbędny przecinek) gdyby ktoś nagle wszedł (przecinek) nie ujrzałby niczego więcej jak kołyski z dzieckiem i kilku skromnych mebli wypełniających przestrzeń pokoju.
– Jagra (przecinek) jak oni dali jej na imię?
Cytat:– No (przecinek) mały brzdącu, jak dali ci na imię?
Cytat:– Czy kiedykolwiek widziałaś (przecinek) aby niemowlę mówiło?
Cytat:– powiedziała (przecinek) podchodząc do towarzyszek stojących nad kołyską – Oj, ile bym dała (przecinek) żeby choć na chwilę wrócić do życia i móc posmakować tych smakołyków, które nam ludzie zostawiają.
Cytat:– Niemożliwe (przecinek) aby nas widziała. Chyba że ... ? – powiedział (powiedziała – literówka) zdziwiona Jagra.
Cytat:– Najpierw dowiedzmy się (przecinek) jak ma na imię nasza mała przyjaciółeczka. (bez kropki) – powiedziała Kryna (przecinek) przykładając ręce tuż nad malutkim czułkiem roześmianej twarzyczki.
Cytat:– powiedziała Jagra i sama wysunęła ręce nad kołyską (nad kołyskę) – Zaraz się dowiemy (przecinek) co tej małej jest przeznaczone. Jaki los czeka naszą małą Salomę. – na (Skoro kropka, to z dużej litery) jej twarzy pojawił się wyraz skupienia,
Cytat:– Ona – powiedziała spokojnie (przecinek) zabierając dłonie znad główki dziecka – Ona, na pewno ona!
– Jesteś pewna? – zapytała Kryna (przecinek) wpatrując się w twarz Jagry.
– Ale jesteś stuprocentowo pewna, czy tylko prawie pewna?
– Gdy mówię, że jestem pewna (przecinek) to właśnie to mam na myśli.
– Więc to ona. Taka malutka. (bez kropki) – powiedziała Di-ora (przecinek) pochylając się z wielkim uśmiechem nad kołyską. – A po czym to poznałaś?
– Noo właśnie (przecinek) po czym to poznałaś?
Cytat:Jedni bardzo precyzyjny, zaplanowany od samego narodzenia (samych narodzin) , poprzez wszystkie niemalże minuty życia, aż po ostatnie chwile przed śmiercią.
Cytat:Ale nie jest to tak piękne (przecinek) jak mogłoby się wam wydawać. (bez kropki) – powiedziała (przecinek) patrząc po uśmiechniętych twarzach koleżanek
Cytat:Więc lepiej zastanówcie się (przecinek) czy jest się czym tak cieszyć (mam tu obiekcje do szyku).
– Ale powiedz (przecinek) jaka jest w tym wszystkim nasza rola? – spytała Di-ora.

Aby zrobić wcięcie akapitu, wstaw [p.] (bez kropki) – wstawianie 5-ciu spacji nic nie daje :)
Dwa wykrzykniki są tu zamieniane na znak graficzny (podobnie dwa znaki zapytania) – więc ja oddzielam je spacją
!! – ! !

Jeśli jednak chodzi o fabułę – powiem tak: Jak nie wstawisz dalszych części, to się na ciebie obrażę.
:)
Wciągnęło mnie i chętnie będę czytał kolejne rozdziały tej historii.
Mam jeszcze jedno pytanie – jak rozumieć myślnik w imieniu 'Di-ora', to znaczy, jak to czytać?

Pozdrawiam
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Historia została już napisana w 2005 roku, obecnie zastanawiam się nad gruntownym przemeblowaniu, dlatego nie chciałbym zamieszczać większej ilości tekstu, który ma około 260 stron A5. Dzięki serdeczne za poświęcony czas. Wstawię jeszcze rozdział wyrwany ze środka, jeden z moich ulubionych.



Przedzierał się przez gęste chaszcze dziko rosnącego agrestu i jeżyn. Znał dobrze drogę na skróty, kilka razy zdarzyło się mu nią chodzić, jednak tym razem miał pójść jeszcze dalej niż zwykle. Tym razem miał się udać aż do samej siedziby bagiennej wiedźmy.
Minął wreszcie krzaczaste poszycie i wszedł w rzadziej porosłą część lasu. Klął pod nosem wyciągając z pod skóry wspomnienie kolczastych krzewów. Powoli zbliżał się wieczór, co go ani trochę nie cieszyło, najchętniej zaczekałby do rana i wraz ze wschodzącym słońcem ruszył w dalszą wędrówkę. Nie uśmiechało mu się wchodzić na teren uroczyska po zmroku. Czasu jednak było nie wiele, więc należało się śpieszyć, bo każda chwila mogła okazać się decydującą.
Spojrzał na postrzępione skrawki nieba, które wyzierały z poza gęstej plątaniny liściastych koron drzew.
– A niech to wszystko piorun trzaśnie!! – zaklął – Jeszcze się na deszcz zbiera – i rzeczywiście na jasną powłokę nieba nadciągały grube opony, ciężkich od wody chmur.
W ciągu kilku chwil pociemniało, jakby słońce zaszło i zerwał się lekki wiatr, który nim spadły pierwsze krople ulewy, nabrał mocy porządnej wichury. Fontanna z nieba, tak najtrafniej można by określić to co nastąpiło w ciągu następnych minut. Kacper parł przed siebie niemal na oślep, ścierał z twarzy wodę wdzierająca się do oczy, szedł z wyciągniętymi przed siebie rękoma macając przeszkody na drodze, które można było odsuwał na bok, inne omijał.
Skrył się na chwilę pod gęstszy parasol liści i rozglądał się dokoła, bał się zabłądzić, wypatrywał jakiś szczegółów w otoczeniu, jakiś wskazówek, ale wszystko stało się szarobure, jednakowe i mokre.
– Psia pogoda – klął zły i zziębnięty – Już powinienem być blisko, ale w taka ulewę za cholerę nie odnajdę tej ścieżki.
Stał jeszcze chwilę zastanawiając się i wypatrując oczy w nadziei, że przez kurtynę deszczu zdoła coś dostrzec. W końcu zdecydował się na kierunek dalszego marszu, wydawało mu się, że gdy na chwilę siekąca ulewa zelżała, w odległości kilkuset metrów zamajaczyła mu bile samotnej brzozy, która znaczyła początek bezpiecznej drogi przez mokradła.
Nie uszedł nawet połowy zakładanej odległości, gdy poczuł iż grunt nie jest już stabilny, falował, uginał się i mlaskał przebijającą się przez niego wodą. Tego nie planował i nie przypominał sobie ze swych wcześniejszych wizyt w tym miejscu. Coś jednak pomylił, zabłądził i znalazł się nie w tym miejscu co powinien. Stał na dywanie splątanych traw, wodorostów i innych zgniłych zielsk, które unosiły się na wodzie. Wiedział, że w każdej chwili, przy pechowym kroku ta tkanina może się przerwać, co gwarantowało mu w najlepszym wypadku niemiłą kąpiel, a o najgorszym nie chciał nawet myśleć.
Ten pechowy krok nastąpił szybciej niż mógł przewidywać w najgorszych scenariuszach. Przez szum bijącego deszczu usłyszał dźwięk, jakby rozdzieranego płótna, nie zdążył zareagować ...

– Ale pogoda, co??? Chyba tylko ropuch i jaszczurki się z niej cieszą? Jak myślisz Panie Syku?
– Schrrrr .... – odpowiedział jej.
– Tak, tak. Masz rację, dziś nici będą z wieczornego spaceru.
– Schhhhh ... schrrr .... – przytaknął.
– Za to jutro, z samego ranka pójdziemy poszukać przepiórczych jaj. Tak, tak jaj! Wiem, że jej bardzo lubisz – powiedziała drapiąc go za uchem.
– Schrrr ... rrrr ... rrr – odpowiedział rozleniwiony pieszczotami wielki bury kocur, a w zasadzie oswojony żbik.
– Może nawet uda ci się złapać jakąś ptaszynę albo polną mysz – mówiła, a on mruczał ze zrozumieniem.
Nagle zerwał się i podskoczył ku drzwi wejściowym. Nastawił uszu nasłuchując.
– Co się stało Panie Syku??? – spytała podnosząc się z posłania i podchodząc do swego pupila.
Nasłuchiwała, ale poza uderzeniami kropel o mokry świat nie uchwyciła żadnego odgłosu.
– Schhhhhhhrr .... schrr .... rrrr
Tym razem i ona to usłyszała. Coś jakby ludzkie wołanie. Krzyk rozpaczy, przerażenia i żałosna prośba o pomoc.
– To pewno tylko psotne duszki bagienne, co to wabią ludzi na złe drogi. Kuszą swymi wołaniami – powiedziała po krótki zastanowieniu – Nie ma się czym przejmować Panie Syku.
– Srrrch ... schrrrr
– Naprawdę myślisz, że to prawdziwy człowiek? – spytał zdziwiona zaglądając kotu w zielonoszare oczy – Ale co o tej porze i w taką pogodę może robić tu człowiek?
-Ssschhhrrrr ... rr – odpowiedział jej i zaczął drapać w nierówne deski drzwi.

... Wbił się w muł aż po sam pas, kilkadziesiąt centymetrów wody nad mułem wystarczyło, by zmusić go do zadzierania brody w obronie przed utonięciem. Nie na wiele się to zdało, gdyż gęsto padające krople deszczu równie skutecznie utrudniały oddychanie.
Czuł jak chciwe ramiona wodnika lub topielicy obejmujące go w kolanach i miarowo zasysają ku dołowi. Wołał o pomoc, a może tylko wydawało mu się, że woła. Chwytał się rękoma wszystkiego wokół, ale była tam tylko słaba trawa i trzciny, które przy szarpnięciu pękały i kaleczyły mu dłonie. Chciał kopać, uwolnić się z potrzasku, jednak pogarszało to sytuację, uchwyt miast zelżeć nabierał na sile.
Wyruszył na pomoc, na ratunek Królowi, a teraz sam potrzebował wybawiciela. Chyba znów udało mu się krzyknąć, jednak nie miał pewności, bo uszy wypełniała mu woda i przez to niemalże nic nie słyszał.
Zaplątał dłonie w długie trawy i inne zielska, teraz już nie szarpał, nie ciągnął, chciał tylko jak najdłużej wytrwać z ustami ponad powierzchnią wody. Błagał w duszy o to, by deszcz przestał już padać, czuł, że każda kropla spadająca z nieba podnosi poziom wody w bagnie.
Nagle poczuł, że coś szorstkiego i lepkiego ociera się o palce jego prawej dłoni, jednocześnie usłyszał czyjś odległy głos – „Gdzie żeś zawędrował Panie Syku??!! – być może to woda w jego uszach zwiększała dystans do krzyczącej osoby.
Jego dłonie lizał wielki, szary kot, a kilka metrów za zwierzęciem majaczył ludzka postać. Poznał od razu i kota, i osobę, która się ku niemu zbliżała.
– Niech niebiosa cię błogosławią Panie Syku – powiedział do żbika, poczym krzyknął na tyle głośno, na ile pozwalała mu woda sącząca się do ust przy szerszym ich otwarciu – Brohno!!! Brohno tu jetsem!! Brohhh ... pfuuuu – musiał wypluć wodę – .... hhhnnnnoooo!!!

– Masz chyba za swymi plecami całą armię potężnych duchów opiekuńczych – powiedziała nastawiając wodę do gotowania. Dorzuciła też do ognia, który od razu żywiej zatańczył.
– Szkoda tylko, że te duchy nie zaoszczędziły mi zimnej kąpieli – odpowiedział wciąż szczekając zębami z zimna. Ściągnął z siebie wszystkie mokre ciuchy i siadł przy palenisku owinięty tylko w wyliniałą, kozią skórę.
– Myślisz, że one nie mają nic ciekawszego do roboty, tylko pilnować byś nie wlazł w jakieś bajoro – odrzekła odrywając liście od pęków suszonej herbaty wiszących w jednym z rogów chaty. – Podziękuj Panu Sykowi, że usłyszał twoje żałosne skomlenie.
– Dziękuję. Dzięki kocurku – powiedział drapiąc zwierzaka pod brodą, a ten aż mruczał z przyjemności i nastawiał co rusz nowe miejsca do pieszczoty. – Dziękuję Panie Syku, dziękuję.
Nikt nie podziękował tylko Di-orze, która kucając także głaskała kota w nagrodę za posłuszeństwo. Nikt jej nie podziękował, choć to ona pokierowała kotem, by uratować Kacpra, nikt jej nie podziękował być może dlatego, że nikt jej nie widział.
– Masz, pij, to cię rozgrzeje – podała mu gliniany kufel z aromatycznym napojem – I mów co cię tu sprowadza w taką psią pogodę? Co cię skłoniło, by odwiedzić mnie w moim królestwie?
Więc zaczął opowiadanie wszystkiego od samego początku, to znaczy od spotkania z Zygfrydem, Rodrykiem i z ich nową przyjaciółką Salomą. Opowiedział przebieg całej rozmowy między nimi, opowiedział o tym co wiedzą, czego się domyślają i czego, by chcieli się dowiedzieć. Na koniec przytoczył jej ustalenia, podział ról jaki dokonali między sobą, a całą swą wypowiedź spuentował prośbą o pomoc.
– Widzisz więc jak wszystko wygląda Brohno. Oni poszli jednym tropem, a ja zaoferowałem się przeszukać kraj na własną rękę, wykorzystując swe znajomości z miejscowymi. – powiedział z proszącym uśmiechem na twarzy – Wiem, że ty wiesz niemal o wszystkim co dzieje się wokół, a nawet jeśli nie wiesz, to znasz sposoby, by się o tym dowiedzieć. Dlatego do ciebie jako pierwszej udałem się o pomoc. Pomóż Brohno, pomóż jeśli możesz, a obiecuję ci wynagrodzić twą pomoc. – patrzył na nią, a ona spoglądała w płomienie falujące w palenisku i namyślała się.
– Mogłabym spróbować, ale nie jest to tak proste jak ci się wydaje – mówiła nie odwracając się do niego – To bardzo trudne gusła, skomplikowane i niebezpieczne, przez nie możemy obydwoje stracić zmysły. – westchnęła i w końcu obróciła swój wzrok, by spojrzeć mu w oczy – Wiesz o co mnie prosisz? – nie czekała na jego odpowiedź, bo i tak by się nie doczekała – Prosisz bym oddała nas w moc zmarłych.

– Powiedz! Robiłaś już to kiedyś? – spytał się próbując rozeznać się w przygotowaniach do obrzędu.
Był środek dnia, jednak w chacie wiedzmy było ciemno, jak w piwnicy. Wszystkie najmniejsze szpary w ścianach i drzwiach od samego rana uszczelniał mieszanką glinianego błota i wiórów. W trakcie pracy zastanawiał się, czy to jest na pewno konieczne, czy może ona wykorzystała okazję, by uszczelnić swą siedzibę przed nadchodzącymi jesiennymi wiatrami.
Zalali też wodą palenisko i wyczyścili z resztek niedopalonego drewna i popiołu. Nawet najmniejsza iskra żaru nie niszczyła idealnej ciemności. Dziwiło go, że ona doskonale poruszała się w tych całkowitych ciemnościach, on sam już kilka raz potknął się o coś lub uderzył. Może doskonale znała swą chałupę i pamiętała miejsce wszystkich sprzętów, a może widziała w ciemnościach.
– Robiłaś już to kiedyś? – powtórzył pytanie, zaniepokojony brakiem odpowiedzi.
– Nie – odpowiedziała – Ale zawsze kiedyś musi być ten pierwszy raz – powiedziała żartobliwie, ale w głosie wyczuć można było napięcie, obawę i lęk.
– Więc skąd wiesz co należy robić? – spytał w nadziei, że chociaż w tej odpowiedzi znajdzie uspokojenie.
– Kiedyś, gdy była jeszcze młoda słyszałam jak jedna z największych czarownic tłumaczyła to innej.
– I co się stało? – spytał zlękniony – Tamta druga spróbowała ... No wiesz zrobiła to?
– Tak. Do dziś krążą o tym opowiadania – odpowiedziała wykonując jakieś czynności, jednak w ciemnościach Kacper nie potrafił zorientować się, czym dokładnie była zajęta – Na pewno słyszałeś historię o Jurdyce Siwej.
– Tak – odpowiedział z uśmiechem przypominając sobie tę historię, nagle jednak zbladł, chociaż nikt w ciemnościach tego nie mógł dostrzec – Ale przecież ona podobno oszalała i skoczyła w przepaść.
– O to właśnie mi chodziło, gdy mówiłam, że to jest dla nas niebezpieczne. – odpowiedziała poważna i skupiona – Ona tak jak my próbowała dostać się do świata zmarłych. Udało jej się wejść, ale nie udało wyjść. Duchy nie opuściły jej już nigdy, wszędzie jej towarzyszył i doprowadziły do utraty zmysłów.
Cieszył się, że jest ciemno, dzięki temu miał możliwość ukryć swój strach. Zaczął się nawet zastanawiać, czy nie wycofać się z tego przedsięwzięcia. Może udałoby się namówić Brohnę, by sama odprawiła cały rytuał, on poczekałby na zewnątrz na jego wynik nie narażając się na szaleństwo. Strasznie się bał, ale męska duma przezwyciężyła lęk, skoro taka starucha się nie lęka, to i on silny chłop też nie może się bać. Takie postanowienie na chwilę go uspokoiło.
– Uważaj, bo zaczynamy! – usłyszał z ciemności jej głos, który już wydawał się mu pochodzić zza grobu.
Nie wyjaśniła mu dokładnie tego co ma się wydarzyć, więc niemalże wszystko było dla niego zaskoczeniem. Może to i lepiej ...

Kilkanaście minut trwał w już pozycji siedzącej ze skrzyżowanymi nogami tak, jak nakazała mu Brohna. Wiedział czemu w chacie musiało być tak ciemno, powiedziała mu, że ma to ułatwić koncentrację, dzięki temu żaden obraz nie będzie przyciągał wzroku. Zniknął świat widzialny, rzeczywisty zwiększając tym samym szanse na dostrzeżenie tego, który na co dzień bywa dla ludzi ukryty. Wszystkie przygotowania miały przybliżyć ich dwoje do świata zmarłych.
Długa inwokacja recytowana przez wiedźmę, w nieznanym mu języku, zdawała się plątać jak bełkot kogoś półprzytomnego, bądź ogłupionego. Po chwili jednak wychwycić można było coś w rodzaju rytmy, zwrotek i agresywnych, rozkazujących refrenów, których słowa brzmiały jak jakieś dziwne, stare imiona. Chociaż Kacper nadal nic nie widział w mroku, pewien był iż nie ustawała w tańcu gestów. Słowa zagęszczały powietrze w izbie, robiło się coraz bardziej duszno, wydzielały dziwną woń, mdłą, powodującą zawroty głowy.
To był martwy zapach. Dokładnie tak określił go w myślach Kacper. Nie znaczy to, że przywodził na myśl cmentarz, trupy, rozkładające się zwłoki, nie była to woń żadnej martwej istoty, ona sam była martwa, pozbawiona tlenu, światła, wilgoci, jak gęsty, unoszący się kurz.
Kacper czuł się tak, jakby za chwilę miał stracić przytomność, zimny pot wystąpił mu na czole. Zwalczył w sobie to osłabienie, czego już w ciągu następnych kilkunastu minut pożałował. Najpierw jednak wydarzyło się kilka rzeczy, które przyprawiły go o szybsze bicie serca i gęsią skórkę strachu.
Początkowo przekonany był, że to tylko mroczki wywołane słabością i niedotlenieniem, zamrugał więc by się ich pozbyć z przed oczu. Jednak niebieskie, błyszczące muszki nie znikł, nadal jak płatki błękitnego śniegu opadały z nieistniejącej chmury pod dachem chaty. W ich delikatnej poświacie dostrzegł sylwetkę Brohny, siedziała naprzeciw niego, nie dostrzegał rysów jej twarzy, jednak rytmiczne kołysanie świadczyło iż znajduje się ona w transie. W rękach, rozłożonych na boki, trzymała pęki Wilczego Ziela, którego liście dymiły nie paląc się. Nie dostrzegał nawet najmniejszej iskry żaru, który by je trawił, a jednak cienkie nitki dymu zaplatały się ku górze w szaroniebieskie, od poświaty, warkocze.
Przypomniał sobie krótkie, pokrętne i szybkie tłumaczenia bagiennej staruch – „ Dym uniesie nasze prośby ku górze, gdzie usłyszane zostaną przez duchy. Bo wiedzieć musisz, że one nie zawsze są wokół nas. Przeważnie krąż w pewnej odległości od ziemi lub pod jej powierzchnią” – wtedy Kacper spytał jak dotrzeć z prośbami do tych pod ziemią – „Do tych pod ziemią radziłabym się nigdy nie zwracać, gdyż one nie są zbyt sympatyczne, jeśli wiesz co mam na myśli. Ale jest też i na to sposób. By z nimi nawiązać kontakt należy przygotować odpowiedni eliksir, który następnie nabiera się do ust i rozpyla, wypluwa na ziemię.” – zapytał jeszcze o skład tego eliksiru, ale już po pierwszych, wymienionych przez nią składnikach żałował swego pytania, bo słabo mu się zrobiło na myśl, że takie specyfiki mógłby ktoś wziąć do ust. Teraz te mdłości na nowo go nawiedziły, ale nie tylko one.
Głosy!!
Kacper usłyszał głosy. Niewyraźne, warczące, urywane dziwnymi akcentami. W pierwszym momencie nic z tego nie rozumiał, były jak obcy język, jak słowa mówione wspak. Rozglądał się po izbie szukając ich źródła, ust, które je wymawiają. Na próżno. W izbie był tylko on i Brohna, siedząca naprzeciw niego. Przyglądał się jej w podejrzeniu, że stał się ofiarą jej podstępu, wszak widział kilka razy na jarmarkach ludzi, którzy mówili nie ruszając buzią. Nazywano ich chyba brzuchomówcami, czy jakoś tak, słyszał też, że podobno nazwa ta wzięła się stąd iż mają oni jeszcze jedne usta w miejscu gdzie normalni ludzie mają pępki i to właśnie nimi przemawiają. Zaczął zastanawiać się, czy Brohna posada też dodatkową parę gęby i już chciał się do niej przybliżyć, by sprawdzić czy może źródło głosów nie znajduje się na wysokości pasa wiedźmy, gdy ta odezwała się cichym, ale stanowczym szeptem.
– Zamknij oczy! Zamknij oczy idioto!
Już miał jej odpowiedzieć co o niej myśli, jednak powstrzymała go kolejna fala dziwnych głosów. Posłusznie zamknął oczy i niemalże natychmiast otworzył zaskoczony tym co ujrzał pod powiekami.

– Czy ... wiecie co ... uczyniliście?
– Wiemy – odpowiedział Brohna tonem, który miał symulować pewność siebie, jednak bardzo nieudolnie.
– Wiecie?? HAHAHAHAHA .... AHAHHHAH .. . – Kacper klika razy w życiu określił czyś śmiech diabelski, ale dopiero teraz naprawdę zrozumiał sens tych słów – Nic nie wiecie naiwni!!! Nic nie ... wiecie i nawet nie jesteście ... w stanie sobie tego wyobrazić!!
Tyle razy mrugał już oczami, że teraz sam już nie wiedział, czy ma je nadal zamknięte, czy otwarte. Nie miało to już żadnego znaczenia, postacie, które ujrzał po ich pierwszym zamknięciu, już nie chciały zniknąć.
Początkowo dostrzegł tylko dwoje, jednak po chwili okazało się, że jest ich w izbie o wiele więcej. Poruszały się bardzo szybko i dlatego będąc w ruchu stawały się niemalże niewidoczne. Były jak cienie, jak odbicia w zadymionych, powykrzywianych lustrach. Były niespokojne, a może podniecone, nie potrafił tego ocenić.
Ten, który rozpoczął rozmowę z Brohną, był prawie na pewno mężczyzną, zamiast twarzy miał wielką czarną pustkę z dwoma płonącymi oczyma. Obok niego stał nieruchomo drugi, a może druga, Kacper nie potrafił w żaden sposób ocenić płci tego czegoś.
– Czego szukacie ... po tej stronie?? – mężczyzna pochylił się ku wiedźmie, rozpoznając w niej główną sprawczynie zaistniałej sytuacji – Czemu nas niepokoicie?? HAHAHAHA ... AAAHAA ...
Nagle Kacper uświadomił sobie, że kolejnego wybuchu tego śmiechu nie wytrzymają jego uszy. Zasłonił je, poczuł coś lepkiego wokół prawego, spojrzał na dłoń, to była krew, która w tym dziwnym oświetleniu była jak smoła. Wyciągnął zakrwawioną dłoń ku Brohnie, jak dziecko żalące się matce, że się skaleczyło.
Efekt był natychmiastowy.
Izba zaroiła się od wszystkich wcześniej niewidocznych gości. Wszyscy zatrzymali się wpatrując w Kacpra. Zrobiło się tłoczno. Kilkanaście, płonących fosforyzującym blaskiem, par oczu przyglądało się jego okrwawionej dłoni. Syk, chrząknięcia, sapania wydobywały się z martwych gardeł, jak głuche grzmoty zapowiadające burzę.
– Zabierz to durniu!!!!! – krzyknął gniewnie mężczyzna stojący nad nim.
Kacper chciał natychmiast schować rękę za siebie. Nie zdążył jednak. Szybkim, niedostrzegalnym ruchem towarzysząca mężczyźnie postać uchwyciła ją za nadgarstek i przysunęła ku sobie. Przerażony czuł jak ten dotyk zamraża mu krew w żyłach, jakby włożył dłoń pod lód na skutej rzece.
– Krrrrrrr ... – zaskrzeczała trzymająca go istota – Krrreee ... – zaciskała silniej uchwyt i wąchała niedostrzegalnym nosem, a reszta zainteresowanych zbliżyła się ku niej – Krrrr ...eewwwww, krrreeww, kreww – rzęziła upiorną radością, a reszta przybyłych wtórowała jej sykiem i mlaskaniem.
Długi, czerwony i jak najbardziej rzeczywisty jęzor wysunął się z czarnej plamy jej martwej facjaty. Falował, okrążał jego palce, ale nawet ich nie musnął, jakby upajał się tą chwilą przed skosztowaniem przysmaku.
– Stój!!!!!! – ostry głos zadźwięczał jak dzwon – Sorsha!! Ani się waż!!! On, on jest mój!!! – Kacper nie widział kobiety, która to powiedziała. Po głosie poznał iż na pewno była to kobieta władcza i w zaawansowanym wieku, jednak jej nie widział, gdyż stała za jego plecami. Widział za to twarz Brohny, która skurczyła się całkiem, ale nie był to grymas przerażenia, raczej jakby tik nerwowy. Z tego co było za nim widział tylko jakby łunę, która odbiła się w oczach wszystkich tych, którzy parzyli się za jego plecy.
– Myyyyśmy byyyliiii tuu pierwsziii – zasyczała gniewnie postać pochylona nad jego ręką, jednak jej uścisk wyraźnie zelżał – Onnni sssą naassiiiii – jęzor też wycofał się, ale nie schował się całkiem, pozostając wijącą się groźbą – Zossstawcieee nasss ssstaree kkkkwo ... kiiiii!
– Sorsha!! Nie zmuszaj mnie bym zrobiła to, czego ani ty, ani ja nie chcę!!! – głos kobiety nabierał w swój ton gniewu, jak dziurawa łódź, powoli, ale miarowo i jednostajnie – Znasz mnie!! Więc nie prowokuj!
– Sorsha. Daj spokój, następnym razem – odezwał się wyraźnie przestraszonym głosem martwy mężczyzna.
– Niiieee!!! – odpowiedziała obracając głowę ku niemu – Niiiee!!! – krzyknęła i szybkim, wężowatym ruchem na nowo pochyliła się nad ręką, tym razem w konkretnym i oczywistym zamiarze. Nie zdążyła, obrończyni Kacpra była szybsza.
Łuna zza pleców siedzącego wystrzeliła wielką jasnością oświetlając każdy szczegół w izbie. W tym blasku ujrzeć można było wszystko, nawet czarne wcześniej twarze przybyłych gości. Te oblicza przeraziły Kacpra, chociaż nie zdążył się im dostatecznie przyjrzeć, bo zemdlał. Nim bezwładna głowa przeciążyła go do tylu, poczuł jeszcze, że lodowaty uścisk na jego nadgarstku całkiem puścił.
Odpowiedz
#4
Witaj.
W pierwszym rozdziale wytknięto Co błędy. Ja zajmę się drugim.
Pierwszy rozdział też oczywiście przeczytałam.

A teraz do rzeczy:

Spoiler:

Uwagi: Musisz popracować nad zapisem dialogów i interpunkcją, bo to Twój najsłabszy punkt. Czasem robisz zbyt długie, chaotyczne zdania, które nijak da się zrozumieć.
Polecam poradnik o zapisie dialogów i interpunkcji. Poczytaj, przejrzyj swój tekst. Popraw.
A poza tym, pozamieniaj te wykrzykniki i pytajniki, bo forum robi z nich emotki.

Pomijając jednak te błędy, nie było źle. To dość dobry tekst...
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#5
Rozdział pierwszy, genialny. świetnie prowadzona akcja, odpowiednia ilośc opisów. Problem jest dalej:

Cytat:– Nic, przypomnij mi tylko, bo zawsze zapominam, czemu żywi zostawiają nam tyle jedzenia skoro my i tak nigdy go nie jemy?!
– Och! Di-ora, Ty jak zwykle tylko o jednym, a już myślałam, że masz jakieś poważne pytanie.
– Widzisz, dla niektórych jedno jest ważne, a dla drugich zupełnie coś innego.
– Dobra, już dobra! Ludzie myślą, że jedzeniem i innymi darami są w stanie nas udobruchać. Oni wierzą, że my, jak nas nazywają Trzy Stare Wieszczby, decydujemy o losie nowonarodzonych dzieci, że układamy już nad kołyską losy człowieka, że możemy wybierać, co ma go spotkać w ciągu życia, gdzie zajdzie, kim będzie, kiedy umrze i jak umrze. Myślą, że im więcej różnych dobrodziejstw nam dadzą, tym lepszy wybierzemy los dla dziecka.
– Ale przecież my nie mamy takiej mocy.
– Mi to mówisz! Powiedz to im, a nie mi. Ja doskonale o tym wiem. No dobra zaczynajmy! Kryno daj spokój już tej małej!

Aż do bólu naciągane, i przynajmniej dla mnie, nieco urażające. Bo co ja, kretyn, żeby przełknąć taki tekst? I właśnie ta rozmowa trzech staruszek jest najsłabsza, ale wciąż nie słaba. Należałoby ją tylko trochę, urealnić. (Swoją drogą, czy tlen i procenty są konieczne? Mnie osobiście drażni dodawanie takich pojęć)

Drugi rozdział świetny. Dużo za długich zdań, ale akcja wartka, świat coraz bardziej rozbudowany. W tle jakaś tajemnica... No miodzio! Pisz dalej!

EDIT:
Zgodnie z poprawką do regulaminu Art. 2, Pkt. 15, z mocą nadaną mi przez Admina, przesuwam temat do Kosza.
Odpowiedz
#6
W sumie nie wiem czy ktoś dotrze do tego tekstu tutaj, ale nie chce zaczynać nowego wątku, a chciałem usłyszeć opinię o tym fragmencie.


Promienie słoneczne przeciskające się przez szczeliny desek, z których zbita była szopa, rozbłysły na wypolerowanej powierzchni. Niczym spadające gwiazda, rozświetlony metal zatoczył łuk opadając nagle. Sklepienie czerepu chrupnęło i ustąpiło na grubość palca pod uderzeniem obucha siekiery. Głuchy świst wyplutego powietrza, ostatnia próba złapania równowagi i ciężkie cielsko zwaliło się w błoto, obryzgując kostki i łydki oprawcy.
Dwóch mężczyzn zacisnęło pętle grubego powrósła na nogach i łapiąc drugie końce, energicznie zaczęło podciągać ciężar ku belce u powały. Cienkie stróżki juchy rozpoczęły szlaki z nozdrzy i lekko uchylonej gęby. Po kilku jęknięciach liny ofiara wisiała głową w dół, delikatnie kołysząc się dwa łokcie nad polepą.
– Powiadasz, więc że nadajesz się do tej roboty? – Odezwał się mężczyzna, któremu minęło już pół wieku życia, a jego beczkowata postura i rozlane rysy twarzy, świadczyły iż obficie pojadał i popijał.
Młodzik mu towarzyszący odpowiedział energicznym kiwnięciem głowy, aż dwa nieposłuszne kosmyki odłączyły się od równo i gładko zaczesanych do tyłu włosów.
Stali dziesięć kroków od centrum wydarzeń.
– A co?! Czemuż bym miał się nie nadać? – Dodał, gdyż nie zauważył żadnej reakcji na twarzy rozmówcy.
– No dobra, to pokaż. Pokaż, co potrafisz warchlaczku. – Zażartował, wyciągając w jego kierunku dłoń z nożem o ostrzu prostym i długim na dwie ćwierci – Do dzieła!
Drwiący ton wzburzył młodzieńczą krew, rozpalając rumieńce i gniew w oku. Chłopak zawadiacko wyszarpnął ostrze i ruszył w kierunku wiszącego prosięcia. Obdarzył brzuchacza ostatnim zaciętym spojrzeniem, rzuconym przez ramię, gdy niespodziewane ciepło zalało mu krocze i uda. Oniemiały spojrzał na ciemną plamę na lnianych spodniach. Z mordem w oczach poszukiwał sprawcy upokorzenia. Jeden z oprawców równie zaskoczony, stał z pustym już cebrem w dłoniach, z którego unosiły się stróżki pary po ciepłej wodzie. Twarz chłopaka stężała jeszcze bardziej, zęby zazgrzytały złowrogo, uchwyt na rękojeści noża strzelił zaciskającymi się palcami. Od eksplozji gniewu i nieopatrznych czynów powstrzymał go jednak ostrzy głos otylca:
– Jura, ty wykastrowany knurze, co to ma być?! On powinien kwiczeć z bólu, jaja powinny mu się gotować, a nawet nie pisnął! To ma być, locha twoja mać, wrzątek bydlaku!
Młodzik zaskoczony komentarzem w pierwszej chwili nie zareagował, jednak szybko odzyskał rezon i złość skierował ku pryncypałowi.
– Że coś ty rzekł zafaj….
– Zawrzyj ryja pókim nic nie usłyszał, co by mnie mogło zadrażnić. – przerwał stanowczo młodemu – Było leźć w drogę bez obaczenia, czy kto wodą nie chluszcze? Dąsy zostaw białkom, a ty za robotę się bierz, bo słońce z zachodem czekać nie będzie!– dodał oglądając mokre portki, które okleiły się do nóg chłopaka już niemalże na całej długości nóg – Waszka, pogoń Jurę niech porządnie wznieci pod kotłem, a ty przyucz warchlaczka do fachu. Mam nadzieje, że ta odrobina wody … hehehehe … nie zgasiła w nim zapału … hehehe … do roboty. – zadowolony z udanego żarty, poklepując się po brzuchu, wyszedł z szopy.
Młody szarpnął mokrymi spodniami starając się odkleić je od nóg, efekt był marny i nie poprawił jego nastroju. Z zaciętą miną, zawrócił w kierunku wiszącego prosięcia i z zamachem zmierzył się na jego podgardle. Szerokie cięcie nie sięgnęło jednak celu, silny chwyt powstrzymał je w połowie ruchu. Człowiek, trzymający go za nadgarstek, odezwał się uspakajająco:
– Poczekaj. My tu nie mamy smokom głów ścinać, tylko prosięciu krwi upuścić – był to mężczyzna nazwany Waszką – Zaczekaj jeszcze chwilę, Jura spłucze wieprzka letnią wodą, co by szlam odpadł i juchy nie zafajdał, jak ją do michy będziem łapać – pociągnął chłopaka o dwa kroki do tyłu, by zejść linii chlustania wodą. Jura już zbliżał się z napełnionym wiadrem.
– Jak cię zowią? – zapytał. Nie doczekawszy odpowiedzi dodał – Jam Waszka, a ten co niechcący cię zmoczył, to Jura. Mam nadzieje, że nie boczysz się na niego.
– Nie, nie boczę.
– No to powiedzże jak cię wołają.
– Szady. – odrzekł młodzieniec wyciągając rękę do uścisku – Nie boczę się na was, ni na Jurę, choć mnie zlał wodą łajza. Rozdrażniło mnie jednak wyzywanie od warchlaków, jakbym w chlewie się chował.
– Hahaha … – uśmiał się pomocnik rzeźnika – Nasz pryncypał ma taką przywrę zawodową, że wszystkich nazwami zwierząt hodowlanych zwie. Nie raz już wiele śmiechu z tym mięli my. Nawykniesz i śmiać się jeszcze z tego będziesz, tolka w siebie tego nie bierz.
– Już się z tego śmiać zaczynam – Odparł Szady lecz bez nawet najmniejszej zmarszczki uśmiechu na twarzy – Hahaha … – dodał sztucznie.
– No i dobre. Czas brać się za robotę, prosie czyste jak nowo poczęte, a Jura już balię na krew niesie. Teraz cię wyuczę gdzie kuć, co by jucha jasna i zdrowa utoczona była.
"Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, mężom przystoi w milczeniu się zbroić!"
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(20-05-2012, 23:54)fudi napisał(a): W sumie nie wiem czy ktoś dotrze do tego tekstu tutaj, ale nie chce zaczynać nowego wątku, a chciałem usłyszeć opinię o tym fragmencie.
Oczywiście, że cię znajdę.

Bogaty język, ciekawy dobór słów i interesująca fabuła sprawiają, że zawsze chętnie czytam twoje teksty. Jakbyś jeszcze coś zrobił z interpunkcją... :)

Cytat:(...) rozświetlony metal zatoczył łuk (przecinek) opadając nagle.
Cytat:– Powiadasz, więc (przecinek powinien być w tym miejscu, anie wcześniej) że nadajesz się do tej roboty? – Odezwał (małą literą) się mężczyzna, któremu minęło już pół wieku życia, a jego beczkowata postura i rozlane rysy twarzy, świadczyły (i znowu przecinek za wcześnie) iż obficie pojadał i popijał.
Cytat:– A co?! Czemuż bym miał się nie nadać? – Dodał (małą literą), gdyż nie zauważył żadnej reakcji na twarzy rozmówcy.
Cytat:– No dobra, to pokaż. Pokaż, co potrafisz (przecinek) warchlaczku. (bez kropki i dalej małą literą) – Zażartował, wyciągając w jego kierunku dłoń z nożem o ostrzu prostym i długim na dwie ćwierci (a tu kropka) – Do dzieła!
Cytat:Obdarzył brzuchacza ostatnim zaciętym spojrzeniem, (zbędny przecinek) rzuconym przez ramię, gdy niespodziewane ciepło zalało mu krocze i uda.
Cytat:Jeden z oprawców (przecinek, bo wprowadzasz wtrącenie) równie zaskoczony, stał z pustym już cebrem w dłoniach, z którego unosiły się stróżki pary po ciepłej wodzie.
Cytat:(...) powstrzymał go jednak ostrzy (chyba miało być "ostry" – literówka) głos otylca:
Cytat:– Zawrzyj ryja pókim nic nie usłyszał, co by mnie mogło zadrażnić. (bez kropki) – przerwał stanowczo młodemu (kropka) – Było leźć w drogę bez obaczenia, czy kto wodą nie chluszcze? Dąsy zostaw białkom, a ty za robotę się bierz, bo słońce z zachodem czekać nie będzie!(spacja)– dodał (przecinek) oglądając mokre portki, które okleiły się do nóg chłopaka już niemalże na całej długości nóg (powtórzenie)
Cytat:Mam nadzieje, że ta odrobina wody (przed przecinkiem, kropką, wielokropkiem itp. nie robimy spacji) … hehehehe … nie zgasiła w nim zapału … hehehe … do roboty. – zadowolony (dużą literą) z udanego żarty (żartu – literówka), poklepując się po brzuchu, wyszedł z szopy.
Cytat:Młody szarpnął mokrymi spodniami (przecinek) starając się odkleić je od nóg, efekt był marny i nie poprawił jego nastroju. Z zaciętą miną, (zbędny przecinek) zawrócił w kierunku wiszącego prosięcia
Cytat:– Poczekaj. My tu nie mamy smokom głów ścinać, tylko prosięciu krwi upuścić (kropka i dalej dużą literą) – był to mężczyzna nazwany Waszką (kropka) – Zaczekaj jeszcze chwilę, Jura spłucze wieprzka letnią wodą, co by szlam odpadł i juchy nie zafajdał, jak ją do michy będziem łapać (kropka i dalej dużą literą) – pociągnął chłopaka o dwa kroki do tyłu, by zejść (chyba trzeba tu wstawić "z") linii chlustania wodą.
Cytat:– No to powiedzże (przecinek) jak cię wołają.
– Szady. (bez kropki) – odrzekł młodzieniec (przecinek) wyciągając rękę do uścisku (kropka) – Nie boczę się na was, (zbędny przecinek) ni na Jurę, choć mnie zlał wodą (chyba przecinek) łajza.
Cytat:– Hahaha … – uśmiał się pomocnik rzeźnika (kropka)
Cytat:– Już się z tego śmiać zaczynam – Odparł ("odparł" małą literą) Szady lecz bez nawet najmniejszej zmarszczki uśmiechu na twarzy (kropka) – Hahaha … – dodał sztucznie.

To fragment czegoś już gotowego czy dopiero przymiarki?
Jak już napisałem na początku – fabuła ciekawa. Postacie też są barwne.
Powodzenia w dalszej pracy. Zajrzyj do naszego forumowego poradnika o zapisie dialogów – mi dużo pomógł, z niego się uczyłem:
http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#8
To jest ten tekst który kiedyś ci mignął i znikł z forum. Miał to być początek historii o Szadym, a obecnie będzie to początek chyba trzeciego rozdziału. Sorry za interpunkcję, ale jakoś jak piszę to nie skupiam się bardzo na tym, wale przecinki jak leci. Pozdrawiam
"Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, mężom przystoi w milczeniu się zbroić!"
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Psychologiczne Nie zostawiaj mnie kochanie Morte 9 3,383 13-11-2013, 19:01
Ostatni post: Pablo

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości