Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Half of the ghost- pierwsza część
#1


Witam wszystkich ^^ jest to pierwszy rozdział opowiadania o duchach. Dla fanów anime i mangi znajdą się tu techniki walki, intrygi, zdolności i tak dalej ^^ czyli to co charakterystyczne dla mangi shounen. Z góry przepraszam za błędy mam nadzieję że wszystkie sprawdziłem. Jeżeli coś
będzie nie tak to z góry przepraszam i obiecuje się dostosować.



Rozdział 1

„Zmiana na lepsze dobrze zrobi, ale szok pozostanie, a dotychczasowe zmiany dokonają nowych”

Dźwięk budzika o tak wczesnej porze, uświadomił Kamilowi, iż czas podnieść swe zmęczone od stresu i szkolnych obowiązków ciało, by móc powstać na równe nogi. Irytujący hałas powoli doprowadzał go do szału i nerwicy, a spod pierzyny, pod którą zagłębiony był po same koniuszki włosów, przydługa dłoń, raczyła obowiązkowo sięgnąć do nocnej szafki obok jego wąskiego łóżka, szukając drażniącej go o tej porze maszynki. Brzdęk zegarka, nawet na moment nie miał zamiaru ustąpić, dopóki jego właściciel się nie obudzi. Lecz mimo godziny siódmej rano, nastolatek nie miał ochoty na pójście do tej według niego, przeklętej szkoły. Wypatrując dotykiem dłoni urządzenie, przycisnął mechanizm, uciszając tym samym swego towarzysza, oświadczającego mu przez pięć dni w tygodni rozpoczęcie dnia. Leniwie przeciągnął ramie, wprawiając je w krótki ruch, przy czym włożył swą rękę na powrót pod błękitną kołdrę. Przypominała w tym momencie legowisko jakiegoś dzikiego zwierza. Nie zerknął nawet na staromodnego kumpla o kulistym kształcie, który z pewnością, gdyby mógł to włączyłby się ponownie, nie mogąc znieść jego lenistwa i najchętniej znów by je przerwał. Obyłoby się na szczęście bez tego, przez wpojone poczucie obowiązku. Głosiło ono samo przez się o tym, by chłopiec pamiętał, że edukacja w jego przypadku jest teraz najważniejsza. I pamiętał. Tyle że za bardzo nie przyjmował tego do wiadomości. Wiedza mało przydawała mu się w życiu, w którym od jedenastu lat żyje pod opieką naturalnie pięknej ciotki, dbającej o niego i troszczącej się o jego samopoczucie. Wiele jej zawdzięczał, a przede wszystkim to, że po śmierci rodziców, miał dach nad głową i coś co napełni jego żołądek, a w szczególności miał kogoś, kto jako jedyny dostrzegał jego istnienie i najważniejsze... kochał go.

Niestety, czy tego teraz chciał czy nie, musiał w końcu wstać z wygodnego wyrka, w którym leżeć mógłby całą wieczność, lecz rodzicielstwo jego opiekunki mu na to nie pozwalało. Na pierwszy dźwięk swego prostego imienia, podniósł się do klęku na materacu, unosząc tym samym kołdrę. Tkwiła dotychczas na jego plecach, więc gdy podniósł się, zleciała powoli wzdłuż tułowia na sam dół, okrywając spodnią stronę gołych stóp. Górna część ciała była swobodnie wyprostowana, a koszulka na ramiączkach upinała jego kruche i sflaczałe mięśnie klatki piersiowej i brzucha. Ziewnął przeciągle, zasłaniając usta lewą dłonią, a zaś drugą poczochrał swe sterczące, w kolorze sienny włosy, odstające od czubka głowy w górę, wycieniowane przy karku sympatycznym gestem. Od skroni, nieco ciemniejsze i niefarbowane również jak reszta kłaków, kosmyki spontanicznie i samoistnie proste, okrywały oba policzki do połowy. Nieduże czoło zakrywał strzęp grzywki, co czyniło fryzurę chłopaka nieco bardziej drapieżną, ale niestety przez prawie nikogo niezauważalną. Zaspane ślepia w kolorze jasnego błękitu z jasnożółtymi obwódkami wokół źrenicy, zaobserwowały niewielki nieład wokół jego łoża jak i w samym pokoju, gdzie estetyka i ład leżały na łopatki. Podrapał się po głowie znowu, zastanawiając się ile już czasu przebywa w tym syfie, który nie był porównywalny do czystości całego domu, do którego przeprowadził się z ciotką jakieś trzy miesiące po śmierci jego „stwórców”. Więc od tamtego momentu można by policzyć na palcach u jednej dłoni ile razem z opiekunką spędzili lat. W sumie liczył sobie już jedenaście, choć chodził wciąż do tej samej szkoły, gdzie zapisali go jego rodzice.

Była naprawdę rzadkim połączeniem podstawówki, gimnazjum i liceum, a odkąd mieszkał na terenie osiedla „Mydlice”, miał dużo bliżej niż z sąsiedniego miasta, skąd jego już nieżyjący staruszkowie go podwozili. Owa instytucja została wybudowana w zastępstwie za starą podstawówkę nr 30 wiele lat temu, a była nią szkoła imienia niejakiego Jerzego Ziętka. Tak się składało iż o owej postaci szybko zapomniano, a potem zastąpiono ją kimś zupełnie inny, kto wspiął się na szczyty kariery, rozbudowując według opinii owego ktosia, tą mizerną budowle, na potężny obiekt edukacyjny. Przez to już od niecałych dwunastu lat uczęszczało do niej wielu uczniów, nawet z poza Polski. Szybko Dąbrowa Górnicza z małego miasta, o którym rzadko się słyszy, stała się popularnym punktem, nawet już trochę bardziej od stolicy kraju, Warszawy. Kamil jednak za bardzo nie interesował się tego typu sprawami, uświadamiając sobie iż Dąbrowa zawsze będzie Dąbrową i to bez ingerencji jakiegoś tam bogatego Amerykanina, który dziesięć czy ileś tam lat temu, przyjechał do Polski z zamiarem dokonania czegoś, dzięki czemu mógłby zasłynąć. Teraz dla niego, istotnym faktem było to, żeby ciotka nie padła na zawał po obejrzeniu jego śmietnika, więc mimo dalszego zmęczenia, zszedł z łóżka. Od razu nastąpił na coś, co w dotyku jego nagich palców od stóp było miękkie i wręcz puchate po dotknięciu. Jak się później okazało był to zmięty sweter, który wcześniej powinien być i leżeć w koszu na pranie, tak jak inne mu podobne odzienia, lecz niestety po Kamilu można byłoby się spodziewać niechlujstwa. Zaczął szybko rozrzucać rzeczy po pokoju w poszukiwaniu szkolnego mundurka, który jak na złość został wprowadzony do szkoły, od niedawna. Było to nawiązanie do tego typu noszonych ubiorów przez amerykańskich wyrostków, gdzieś na innym kontynencie

-Kamil! Słońce, jest już po siódmej, mam nadzieje że wstałeś!– zaczynała ciotka, siląc głos z początkowego stopnia schodów prowadzących na piętro młodzika, opierając szczupłą i kobiecą dłoń o barierkę. Na moment udała się do kuchni smarując wychowankowi parę świeżych kanapek, by zaś później położyć przysmaki na bladym półmisku, spoczywającym dość długo na stole. Z lekkim pośpiechem zajrzała na zegar wiszący na pobliskiej ścianie, by później wrócić z powrotem i z pędem przed schodki, siląc mocniej gardło. Poprawiła przy okazji damską marynarkę w kolorze szarości, idealnie dopasowaną do jej długiej talii, a wszystko dopełniała czarna spódniczka „za kolanka”– Kochanie, nie mam czasu!

-Już idę ciociu! Sekundkę!– Odkrzyknął głos chuderlaka, który rozbudzony urządzał sobie po całym pokoju maraton, tym razem starając się wykonać parę rzeczy naraz. Mianowicie zakładał mundurek i pakował książki do torby na jedno ramie, nie zapominając oczywiście o odpowiedniej higienie...a właściwie przypominając sobie. Skleroza nie boli, a w przypadku Kamila to aj owszem. Wyszedł z pokoju mknąc ku schodom na dół, słysząc kroki cioteczki, która znów pośpiesznie dla wszelkiego wypadku chciała sprawdzić, czy jej siostrzeniec jest gotowy. Gdy ujrzała ciutkę od siebie wyższego chłopca, odruchowo się wystraszyła niekontrolowanie drgając i gestykulując na krótko

-Kamil! Dziecko drogie nie rób tak! Jesteś ubrany? To do...

-Nie ciociu!– przerwał już rwąc się jedną nogą w kierunku łazienki, w celu oporządzenia się– Jeszcze się nie umyłem....

-To zrób to szybko na miłość boską!– ruszyła żywo ramionami popędzając syna, zaś sama wróciła do kuchni zbierając stamtąd torbę na dokumenty i telefon komórkowy starej marki. Gdy miała już wyjść z pomieszczenia, chcąc udać się jeszcze do salonu, jej uwagę przykuło wiszące wysoko na ścianie na przeciwko schodów, oprawione w ramkę w kolorze błękitnym, zdjęcie. Była to fotografia Kamila gdy miał sześć lat z jego biologicznymi rodzicami. Teresa wciąż pamiętała i nie zapomniała nawet na sekundę o młodszej siostrze, której powodziło się w życiu o wiele lepiej niż jej, choć o to nigdy urazy do niej nie chowała i nie obarczała winą. Kochała ją tak bardzo jak teraz swojego siostrzeńca. Ilekroć patrzyła w jego błękitne tęczówki widziała w nich Beatę, a przyglądając się jego barwię włosów, wracała wspomnieniami do jej odwiecznej przyjaźni z Mateuszem. Piękne chwile oddane w jednej osobie...i wszystko przekreśliła tragiczna śmierć...Spoglądała z lekkim smutkiem na zdjęcie obejmujących małego chłopca rodziców, z widocznie udokumentowanymi uśmiechami na ustach- „On tęskni za wami...”– rzekła w myślach, wracając do wcześniejszych zajęć, nie zauważając nawet kiedy jej adoptowany syn minął ją przy korytarzu z jeszcze mokrą po umyciu głową– Dopiero teraz się umyłeś!? Chcesz się przeziębić?

-Nie zdążyłem się wczoraj wykapać i zasnąłem zmęczony...– tłumaczył się zakłopotany

-To co ty...Dobrze już nie ważne. Śniadanie na stole. Szybko! Szybko! Ja lecę do pracy. Ucz się i nie rozrabiaj...– rzuciła jeszcze podarowując chłopcu na pożegnanie całus w policzek, by później wyjść z rezydencji i pognać do swego do auta czym prędzej.

-Pa ciociu...– Trzask drzwi w odpowiedzi. Został sam ze sobą przy stole w kuchni zjadając powoli kanapki i nie śpiesząc się zbytnio do szkoły po wiedzę, gdyż na chwilę obecną jej nie potrzebował.

Myślał o swoim teraźniejszym życiu, w którym chciałby dużo zmienić, a przede wszystkim tą cechę, której w sobie nie znosił. Bycie niezauważalnym...bycie popychadłem...to chciałby zmienić. Nie był zwykle rozpoznawalny, a wręcz był unikany i traktowany niczym powietrze, a uwaga innych ludzi koncentrowała się na nim dopiero wtedy gdy zrobił coś głupiego, co było warte chamskiego komentarza. A nawet nie był potrzebny. Po prostu ludzie wykorzystywali jego niezdarny charakter tylko po to by pośmiać się wniebogłosy. Lecz to nie brało się samo bez powodu. Od niedawna miał dziwne wrażenie iż widzi coś...czego widzieć nie powinien...towarzyszył mu w tym oczywiście dziwny lęk i spięty wyraz twarzy, a także gorące powietrze wokół jego postaci, czasem nie pozwalające mu oddychać. Nie wiedział co to może znaczyć, ale czuł się dziwnie. Jakby przez moment wyczuwał ból na lewym nadgarstku, podczas codziennych zajęć, a jego głowa pulsowała w niebezpiecznym tempie. W dodatku miał dziwne halucynacje, jakby nadużył jakiś niebezpiecznych środków, o których istnienia nie miał pojęcia, lecz uznał iż nie warto się tym przejmować i że z czasem mu się polepszy.

Lecz jeżeli by wracać do szkolnej społeczności, w której przebywał...stosunki z ludźmi z „Americanii”, tak potocznie nazywanej szkoły, był bardzo oddalony i nie dający szansy na bliskie kontakty. Nie próbował nawet ich sam nawiązywać, po przez rozmowę, czy próbę zaprzyjaźnienia się, bo wiedział że nie miałoby to sensu. Nawet najmniejszego. Samotnie zawsze siedział w ławce...sam spędzał obiadowe przerwy...sam odrabiał lekcje...a jedynymi osobami, z którymi czasem rozmawiał byli nauczyciele. I nikomu nie mógł się zwierzyć. Nikomu nie mógł powiedzieć co czuje....a zwłaszcza o tych dziwnych pseudo wizjach i samopoczuciu. Był traktowany jak wyrzutek, który czekał aż wymażą wreszcie jego istnienie...Tak właśnie się czuł i nic nie zapowiadało poprawy jego humoru....No może z wyjątkiem jedzenia , które nie znajdowało już swego miejsca na bladym półmisku, a w żołądku bruneta znikając po jednej kromce. Za nim się obejrzał jego talerzyk stał się już pusty po brzegi, a kubek pełnej gorącej, wcześniej przyrządzonej przez Teresę herbaty został opróżniony

-No nic...czas iść...– rzekł do siebie, zabierając ze sobą torbę z jednym ramiączkiem, którą wcześniej wniósł do kuchni, po czym wstał, sprawdzając jeszcze czy w kieszeniach ma klucze do domu i do szkolnej szafki. Zwykle z rana miał zwyczaj, być nierozgarniętym bardziej niż w południe, więc wolał się upewnić.. O tak wczesnych porach nie ogarniał nic co się wokół niego działo, a przepyszne śniadanie nie dodawało mu nawet jednej małej dawki otrzeźwienia.

Po upewnieniu się iż wszystko ma ze sobą, naszykowany do szkoły zabrał ze sobą jeszcze kurtkę z powodu jeszcze chłodnego w tym roku marca, by zaś wyjść z „villi”, nieprędkim krokiem. Zamknął jeszcze w progu drzwi do domu, ruszając już potem ku drodze , znów oddalając się w spokoju i w zamyśleniu o teraźniejszym życiu. Odczuwał przy okazji kolejne bóle głowy i słyszał dziwny dźwięk prawdopodobnie wydobywający się spod jego butów. Zerknął od niechcenia w dół wprost na nie, zauważając i czując z opóźnieniem iż są jakby...wilgotne...a za sobą zostawia świeże ślady stóp. Obejrzał się dokładnie przyglądając się ścieżce , którą wydeptał, zachodząc w głowę, czy czasem nie zapomniał wyłączyć prania w domu, albo nie przetkał się zlew. Coś było nie tak...

-Dziwne? Dopiero co wyszedłem...coś się stało w domu...– po chwili zastanowienia i zmyślnego postoju, ruszył biegiem z powrotem w stronę domu, od którego za bardzo się nie oddalił – Kurcze! Mam nadzieje że nic się nie stało. Ciocia będzie zła, jak zapomniałem czegoś zrobić...– pośpiesznie dopadł do drzwi jak policjant do groźnego przestępcy, wyciągając z kieszeni klucze. Włożył jeden z nich do zamka i przekręcił we właściwą stronę, wpraszając się do własnego domu. Spodziewał się olbrzymiej powodzi wywołanej przez któryś ze sprzętów domowych. Stanął przy wejściu, nie zauważając nic co mógłby się wydawać falą destrukcji i nieporządku z jego strony- Co jest? Wszystko wygląda normalnie...– rzekł do siebie wchodząc w głąb środka domu, kierując się do łazienki gdzie powinna przebywać automatyczna pralka. Z tego co pamiętał, Teresa przygotowywała wcześniej pranie na następny dzień, ale nic mu nie mówiła by wyjął je z bębna. Zerknął do przestronnej łaźni nie dostrzegając nawet cienia problemu. Wgłębił się mijając swym lewym bokiem duże pionowe lustro wiszące o jakiejś dwadzieścia centymetrów wyżej od podłogi, obite w ładną drewnianą ramkę. Lecz co było dziwne i absolutnie go wystraszyło to pewien fakt. Kiedy chciał minąć dalej o jakiej pół meta lustro by sprawdzić wannę, miał wrażenie jakby w szklanej tafli....nie mógł znaleźć swojego przyjaznego odbicia. Szybkim odruchem cofnął się dysząc i jęcząc krótko w przestrachu, czy aby wzrok nie płata mu figli, przyjemnie się rozczarowując. Widział znów ta samą sylwetkę nie za niskiego, nieuczesanego, brązowowłosego gamonia o niebieskich oczach odziedziczonych po matce- Ze mną na serio dzieje się coś dziwnego- zachichotał stwierdzając po chwili iż wszystko...absolutnie wszystko jest w jak najlepszym porządku-...Myślałem że coś się stało w domu...spanikowałem a pewnie wdepnąłem w kałuże....– myślał dalej wychodząc z pomieszczenia nie zdając sobie sprawy z tego iż tam też...on sam tworzy nowe ślady..

***

Gdy dotarł pod szkolny budynek, najpierw począł udać się do szatni, chcąc schować w szafce kurtkę, więc przyspieszył nieco kroku, by zdążyć na pierwszą lekcje. Na schodach prowadzących do celu ktoś, bez słowa przepraszam biegnąc, potrącił go ramieniem. Osoba ta patrzyła na niego jakby z dziwnym uczuciem nienawiści, jakby to była wina Kamila, że ten się bardzo śpieszy

-Patrz jak chodzisz łamago!– typowe. Sam się śpieszy bóg wie gdzie, potrącą niewinnego i jeszcze ma pretensje. Ale i tak właśnie było. Kamil otarł z lekkim smutkiem ramie, po czym skierował swe kroki w kierunku klasy, uświadamiając sobie iż kurtkę odwiesi trochę później. Ściągnął ją po drodze przewieszając pod pachę, obserwując mijających go nastolatków. Usiadł na wolnej ławce, pod klasą z numerem 39, gdzie miały odbyć się zajęcia z lekcji historii, opierając głowę o ścianę za sobą. Przy udziale spokoju zatapiał się w wygląd części już przybyłych kolegów z klasy. Jedna z dziewczyn, uważających się za klasową piękność, o czarnych falistych długich włosach i niby przepięknej urodzie, plotkowała z trochę mniej od niej urodziwymi koleżankami, objeżdżając jakąś nieznaną Kamilowi osobę. Zaś gdzieś indziej, wysoki chłopak z zaczesanymi włosami i kucykiem z tyłu, opierał się o drzwi zamkniętej klasy, czytając jakąś dziwną książkę, której nazwa była zapisana po łacinie, czy też w innym języku. Ten typ, również zdawał się nie zwracać uwagi na osobę Kamila, mimo iż w klasie trochę razem byli. Długowłosy chłopak nosił proste jak on imię i dość śmieszne nazwisko Marek Karnisz, a dołączył do klasy jakieś dwa lata temu, a z nim nie zamienił nawet jednego słowa. Wyrzutek przyjrzał mu się z dystansem. Niby wyglądał normalnie...ale biło od niego jakieś dziwne uczucie...jakby znali się o wiele więcej czasu niż przypuszczał i....no właśnie...jego rozważania przerwała inna postać. Tym kimś była dziwna dziewczyna o lekko przydługich blond włosach, rozczochranych ładnie z tyłu głowy, o zielonych niczym szafiry oczach oraz o dziwnym według innych charakterze. Tak samo jak Marek, nie zwróciła uwagi na widok Kamila, a jedyne co zrobiła do stanęła obok niego naprzeciw ławki, kładąc jedną nogę zgiętą w kolanie na jej blat, zawiązując rozwiązane sznurówki buta. Odruchowo brunet zajrzał na nią, gdy wykonała ten normalny gest, by później zacząć przyglądać się innym obiektom. Ona zaś w przeciwieństwie do Marka, nie odezwała się do nikogo z całej klasy, oprócz czasem jakiejś odzywki, a można by rzec, że była od dłuższego czasu w jego klasie. Kamil dostrzegł nagle jak dziewczyny z naprzeciwka drugiej strony korytarza, w którym wszyscy się znajdowali, zaczęły z dziwnymi uśmiechami zawiści przyglądać się blondynce. Ta, jakby z bardzo wyczulonym słuchem, bez żadnej emocji na twarzy spojrzała na nie z góry, będąc odwrócona jakby tyłem, to bokiem do Kamila.

-Czego się tak na mnie patrzysz?– zapytała lodowato złotowłosa. Brązowowłosy siedząc zaczął sobie przypominać o niej istotne dane. Miała na imię Magdalen. Magdalen Gingle. Mimo tak obcojęzycznego nazwiska była polskiej narodowości i ponoć miała takowych rodziców. Lecz absolutnie nikt o niej nic nie wiedział, oprócz tego że mimo z pozoru spokojnego charakteru, potrafiła narobić problemów.

-Widzicie ją? Ta dziwaczka zwraca mi uwagę....– rzuciła oschło najpiękniejsza, występując przed „brzydsze”. Magdalen nie zrobiła nawet kroku. Patrzyła się jakby gniewnie owiewając atmosferę groźnym podmuchem

-Pokaż jej Alice- rzekła jedna o krótszych włosach z nieco pulchną twarzą, z perfidnym uśmiechem

-Właśnie!– odparła z entuzjazmem rudowłosa dziewczyna nieco niższa od brunetki, która zrobiła pierwszy krok w jej kierunku

-Znowu ta nadęta jędza...-mruknęła blond włosa w taki sposób iż jedynie Kamil był wstanie ją dosłyszeć. Nie wiedział że pomiędzy dziewczynami jest aż taka zawiść, a jeszcze nie widział wszystkiego...-Daj sobie dziś siana. Nie jestem w nastroju...– rzuciła chcąc udać się gdzieś na bok z dala od brunetki, która dosłownie nie zamierzała dać za wygraną–...na zawracanie sobie tobą głowy

–Że co niby...– nagle wraz z dźwiękiem dzwonka, pojawiła się jakaś niespodziewana postać o czarnych niczym kruk włosach, postrzępionych na różne strony. Ubrana w również tego samego koloru koszulę z zielonym krawatem i przyciasnych piaskowych spodniach, z dziennikiem w dłoni spojrzała na uczniaków przemiło

-Witajcie dzieciaczki! Jakiś problem?– rzucił z wesołym głosem nauczyciel, który przy okazji skierował swój uśmiech na siedzącego spokojnie Kamila, który widząc psora podniósł się z miejsca. Otóż owa postać to uwielbiana przez większość uczniów osobistość o dźwięcznym imieniu. Aleksander Mander. Niby to pochodził z Polski, ale w rzeczywistości to był bardzo tajemniczą postacią, a w szkole uczył już jakieś pięć lat i jest obecnie najbardziej zaufanym człowiekiem, w całym budynku. Oczywiście jakimś dziwnym trafem, według wyczucia Kamila, jedynie Magdalen nie była do niego zobligowana, by przyzwyczaić się do jego natury łagodności i wesołego usposobienia.

–Żadnego profesorze- ziewnęła niby zmęczona blondynka- Co pan tak dzisiaj punktualny?– rzuciła niespodziewanie znana z takich akcji- Zawsze się pan spóźnia...

-Nie jesteś dla mnie zbyt niesprawiedliwa?– zapytał z chichotem, po czym podszedł do drzwi przekręcając kluczyk w brązowych wrotach, po czym wraz z nudzącymi się już uczniami wszedł do środka zostając na początku chwile w tyle, przepuszczając towarzystwo. Kamil natomiast z Magdalen zostali jako ostatni, wchodząc za resztą, przez co zaszło dziwne zjawisko. Gdy według kultury, jaką uczyła go jego ciocia, chciał przepuścić zielonooką w drzwiach, stało się coś niespodziewanego. Dziewczyna, idąc przed chłopakiem, który powoli do niej dołączał krokiem, niechcący otarła się częścią odsłoniętego ramienia, o ramie brązowowłosego, stwierdzając dziwną rzecz. Poczuła jakby dziwny przepływ energii na swej ręce. Zajrzała szybko na nią, stojąc w progu jakby pomiędzy profesorem i Kamilem. Na dłoni Gingle, widniał dziwny ślad, jakby po szturchnieciu, tyle że w jakims zielonym odcieniu. Oboje z brunetem rozszerzyli wzrok patrząc po sobie i mierząc się zaskoczeni wzrokiem. Z ust młodego chłopaka już miało wyjąkać się coś na kształt „przepraszam”, lecz blondynka przerwała mu znacznie

-Ty jesteś....

-Jakiś problem? Panie Mruk? Pani Gingle?– zadał pytanie czarnowłosy, znów się uśmiechając. Oboje odruchowo zwrócili uwagę na nauczyciela, by zaś później znów na siebie spojrzeć zaskoczeni, siadając na własne miejsca. Kamil na koniec pod oknem, a Magdalen na środku w przedostatniej ławce, zerkając na swoją rękę, gdzie siniak jakby zniknął z jej skóry

–”Kurcze. Dlaczego teraz! No to nieźle....”– pomyślał nerwowo Kamil, walcząc z myślami i zastanawiając się, czy ta wyglądająca na spokojną dziewczyna, nie wpędzi go w jakąś ośmieszającą sytuacje za to że ją niechący potrącił . Powoli oboje zaczęli wsłuchiwać się w lekcję, starając się ignorować w klasie właśnie powstałe plotki o tym, iż tworzy się nowa para, a wnioskowano to z tego iż złotowłosa nie mogła oderwać od bruneta swych ciekawych oczu

Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Długo się zastanawiałem, czy przeczytać twój tekst. Nie jestem bowiem ani fanem mangi, ani anime. Nie kręcą mnie też opowieści o duchach (raczej bawią).
Już po pierwszych zdaniach stwierdziłem, że jest sporo błędów. Zacznijmy więc od pierwszego akapitu:

Cytat:Rozdział 1
„Zmiana na lepsze dobrze zrobi, ale szok pozostanie, a dotychczasowe zmiany dokonają nowych (Co 'nowych'? Zmian?)

Dźwięk budzika o tak wczesnej porze, uświadomił Kamila (Kamilowi i przecinek) iż czas podnieść swe zmęczone od stresu i szkolnych obowiązków ciało, by móc powstać na równe nogi. Irytujący hałas powoli doprowadzał go do szału i nerwicy, a spod pierzyny, pod którą zagłębiony był po same koniuszki włosów, przydługa dłoń, raczyła obowiązkowo sięgnąć do nocnej szafki obok jego wąskiego łóżka, szukając drażniącej go o tej porze maszynki (dziwny synonim budzika). Brzdęk miniaturowego zegara (Czyżby znowu chodziło o budzik? I po co ten przecinek?), nawet na moment nie miał zamiaru ustąpić, dopóki jego właściciel samoistnie się nie obudzi (skoro dzwoni budzik, to już nie samoistnie). Lecz mimo godziny, która uparcie wskazywała siódmą rano (zegar wskazuje siódmą, ale nie godzina), nastolatek nie miał chęci i ochoty (chęć i ochota znaczą to samo – wyszło masło maślane) na pójście do tej (przecinek) według niego (przecinek) przeklętej szkoły. Wypatrując dotykiem dłoni (dłoń wypatruje, a to dobre) urządzenie przycisnął mechanizm, uciszając tym samym swego towarzysza, oświadczającego mu przez pięć dni w tygodni rozpoczęcie dnia. Leniwie przeciągnął ramie wprawiając je w krótki ruch, przy czym zwrócił swą rękę (zwrócić – czyli oddać – można książkę lub pieniądze; a może ci chodziło, że zwymiotował swą rękę) na powrót pod błękitną kołdrę. Przypominała w tym momencie gęstą ściółkę leśną, przykrywającą legowisko niedźwiedzia (od kiedy legowisko niedźwiedzia jest pokryte ściółką – ściółka składa się z grzybów, sierści, piór, odchodów zwierząt itp: no to powodzenia). Nie zerknął nawet na staromodnego kumpla o kulistym kształcie, który z pewnością, gdyby mógł to włączyłby się ponownie, nie mogąc znieść jego lenistwa i najchętniej znów by je przerwał. Obyłoby się na szczęście bez tego, przez wpojone poczucie obowiązku, które głosiło samo przez się o tym by chłopiec pamiętał, że edukacja w jego przypadku jest teraz najważniejsza (zdanie bez ładu i składu). I pamiętał. Tyle że za bardzo nie przyjmował tego do wiadomości. Wiedza mało przydawała mu się w życiu, w którym od jedenastu lat żyje pod opieką nienaturalnie pięknej ciotki (czyli jest po operacjach plastycznych) , dbającej o niego i troszczącej się o jego samopoczucie. Wiele jej zawdzięczał, a przede wszystkim to (przecinek) że po śmierci prawowitych opiekunów (kogo masz na myśli, bo w świetle prawa wnuczek też może być prawnym opiekunem swojej babci), miał dach nad głową i coś co napełni jego żołądek, a w szczególności miał kogoś, kto jako jedyny dostrzegał jego istnienie i najważniejsze... kochał go.

Nie ma sensu, żebym kopiował cały rozdział, więc pominę błędy interpunkcyjne.
Cytat:lecz rodzicielstwo jego opiekunki (znowu masło maślane) mu na to nie pozwalało. Na pierwszy dźwięk swego prostego imienia, podniósł się do klęku na materacu (i zmówił modlitwę) , unosząc tym samym kołdrę. Tkwiła dotychczas na jego plecach, więc gdy podniósł się, zleciała powoli (latająca kołdra – unosi się i zlatuje) wzdłuż tułowia na sam dół, okrywając wewnętrzną stronę gołych stóp (a nie spodnią część stopy?) . Górna część ciała była swobodnie wyprostowana, a koszulka na ramiączkach upinała jego kruche i sflaczałe mięśnie klatki piersiowej i brzucha, zaś krótkie do łydek, granatowe spodenki, odziewały luźno jego dolne rejony (czyli genitalia – Po jakiego grzyba to piszesz? A co niby mają przyodziewać spodenki?). Ziewnął przeciągle, zasłaniając usta lewą dłonią, a zaś drugą poczochrał swe sterczące (nawet nie będę pisał, o czym pomyślałem) w kolorze sienny włosy, odstające od czubka głowy w górę,
Cytat:ale niestety dla prawie nikogo niezauważalną (ale niestety prawie przez nikogo niezauważalną).
(…)
Podrapał się po głowie znowu, (Znowu podrapał się po głowie – szyk) zastanawiając się ile już czasu przebywa w tym syfie, który nie był porównywalny do czystości całego domu, do którego przeprowadził się z ciotką jakieś trzy miesiące po śmierci jego „stwórców” (czyżby chodziło o 'rodziców' – boisz się tego słowa, czy co?). Więc od tamtego momentu można by policzyć na palcach u jednej dłoni ile razem z opiekunką spędzili lat. W sumie liczył sobie już jedenaście (dziwna ta ręka – ma 11 palców, co najmniej), choć chodził wciąż do tej samej szkoły, gdzie zapisali go jego rodzice.

Mam coraz większy ubaw:
„nieżyjący staruszkowie” – zapewne chodzi o rodziców, a nie o staruszków (uparcie unikasz tego słowa: rodzice)
Dalej jest jeszcze zabawniej:
Cytat:Szybko Dąbrowa Górnicza z małego miasta, o którym rzadko się słyszy, stała się popularnym punktem, nawet już trochę bardziej od stolicy kraju, Warszawy. (chyba w snach – to Sci-Fi jest?)
Cytat:więc przy udziale zmęczenia, zszedł z łóżka. (jak to zmęczenie czasem potrafi pomóc)
Cytat:Zaczął szybko rozrzucać rzeczy po pokoju w poszukiwaniu szkolnego mundurka, który jak na złość został wprowadzony do szkoły, od niedawna (tutaj Kamil go szuka, a jacyś kolesie wprowadzili go do szkoły – ale mundurki już tak mają, ciągle je gdzieś nosi). Było to nawiązanie do tego typu noszonych ubiorów przez amerykańskich wyrostków, gdzieś na innym kontynencie (niech zgadnę: w Afryce? w Azji?)
Cytat:Z lekkim pośpiechem zajrzała (spojrzała albo zerknęła) na zegar wiszący na pobliskiej ścianie, by później wrócić z powrotem i z pędem (bo pęd to taki przedmiot, z którym się chodzi) przed schodki, siląc mocniej gardło (to po co szła gardłem zamiast nogami). Poprawiła przy okazji damską marynarkę w kolorze szarości (pomny telewizorów czarno-białych twierdzę, że szary to żaden kolor, a przede wszystkim – nie ma takiego koloru 'szarość' – patrz wikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Barwa_szara ), idealnie dopasowaną do jej długiej tali, a wszystko dopełniała czarna spódniczka „za kolanka”.
Cytat:Gdy ujrzała ciutkę od siebie wyższego chłopca, odruchowo (dziwne by było, gdyby to zrobiła celowo) się wystraszyła niekontrolowanie drgając i gestykulując na krótko (pogrubienie moje)
Cytat:przerwał już rwąc się jedną nogą w kierunku łazienki, (jak to jest, gdy noga rozrywa ciało?)
Cytat:ruszyła żywo ramionami (trudno ruszyć martwo ramionami) popędzając syna (siostrzeńca), zaś sama wróciła do kuchni zbierając stamtąd torbę na dokumenty i telefon komórkowy starej marki. (Nokia – dobra, stara marka) (a nie, tobie chodziło o telefon starej daty, że taki stary?)
Cytat:Teresa wciąż pamiętała i nie zapomniała nawet na sekundę o młodszej siostrze, której powodziło się w życiu o wiele lepiej niż jej, choć o to nigdy urazy do niej nie chowała i nie obarczała winą (No tak; najlepiej to mieć pretensje do garbatego, że ma dzieci proste).
Cytat:towarzyszył mu w tym oczywiście dziwny lęk i spięty wyraz twarzy (jak ta twarz się czasem zepnie... to nie ma 'przebacz') , a także gorące powietrze wokół jego postaci (gość jest strażakiem) , czasem nie pozwalające mu oddychać (i ma astmę).
(…)
W dodatku miał dziwne halucynacje, jakby nadużył jakiś niebezpiecznych środków, o których istnienia nie miał pojęcia (gdzie on się uchował – nie słyszał nigdy o amfie, heroinie i LSD?)(a może ciocia do herbaty mu czegoś dosypuje), lecz uznał iż nie warto się tym przejmować i że z czasem mu się polepszy.
Cytat:Często objawiało się ono tym iż miejscu gdzie stanął, albo dotknął dłonią pojawiała się kleista płynna plama, za co często był w szkole wyśmiewany.(to niech się onanizuje w toalecie, a nie na korytarzu)
Cytat:Zwykle z rana miał zwyczaj, być nierozgarniętym (dziwny zwyczaj) bardziej niż w południe, więc wolał się upewnić.. O tak wczesnych porach nie ogarniał nic co się wokół niego działo, a przepyszne śniadanie nie dodawało mu nawet jednej małej dawki otrzeźwienia (on nie ćpał, on po prostu chlał).
Cytat:Odczuwał przy okazji kolejne bóle głowy i słyszał dziwny dźwięk prawdopodobnie wydobywający się spod jego butów. Zerknął od niechcenia w dół wprost na nie, zauważając i czując z opóźnieniem iż są jakby...wilgotne...a za sobą zostawia świeże ślady stóp. Obejrzał się dokładnie przyglądając się ścieżce , którą wydeptał, zachodząc w głowę, czy czasem nie zapomniał wyłączyć prania w domu, albo nie przetkał się zlew (bo jak zlew się przetka to wylewa). Sprawdził jeszcze czy to aby z jego ciałem nie dzieje się nic dziwnego, lecz pod pachami i na klatce piersiowej nie dostrzegł nawet cienia potu.
Koleś myślał, że tak się spocił, że zostawia wilgotne ślady stóp... i to będąc w butach... a nie – on nie miał butów, on miał budy:
Cytat:Był suchy jak pieprz i to nawet pod budami.
Cytat:Wszystko wygląda normalnie...– rzekł do siebie wchodząc w głąb środka domu (głąb wszedł w głąb środka), kierując się do łazienki gdzie powinna przebywać automatyczna pralka (a tu Henryk Zając od 11-tu lat naprawia pralki). Z tego co pamiętał, Teresa przygotowywała wcześniej pranie na następny dzień, ale nic mu nie mówiła by wyjął je z bębna. Zerknął do przestronnej łaźni (chyba gościu nie wiesz co to jest łaźnia)nie dostrzegając nawet cienia problemu. Wgłębił się (jeszcze bardziej się wgłębił? a to głąb ) mijając swym lewym bokiem duże pionowe lustro wiszące o jakiejś dwadzieścia centymetrów wyżej od podłogi, obite w ładną drewnianą ramkę (obić można meble albo komuś twarz, ale nie lustro). Lecz co było dziwne i absolutnie go wystraszyło to pewien fakt. Kiedy chciał minąć dalej o jakiej (jakieś)pół meta lustro by sprawdzić wannę (bo zaczęła fikać), miał wrażenie jakby w szklanej tafli....nie mógł znaleźć swojego przyjaznego odbicia (niczym wampir). Szybkim odruchem cofnął się dysząc i jęcząc krótko w przestrachu, czy aby wzrok nie płata mu figli, przyjemnie się rozczarowując (to zdanie jest bez sensu). Widział znów ta samą sylwetkę nie za niskiego, nieuczesanego, brązowowłosego gamonia o niebieskich oczach odziedziczonych po matce (dostał w spadku, więc mu przeszczepili)
Cytat:Usiadł na wolnej ławce, pod klasą z numerem 39, gdzie miały odbyć się zajęcia z lekcji historii, opierając głowę o ścianę za sobą. (lekcja historii oparta o ścianę)

Sory kolego, ale dalej już nie mogę :) :D
Jeśli naprawdę chcesz pisać, to masz przed sobą dużo pracy.
Albo zacznij pisać komedie.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Nie chce mi się nawet poprawiać błędów (jak zwykle zresztą). Ale taka drobna uwaga... Już drugie zdanie jest tasiemcem. Spróbuj przeczytać na głos, a może zrozumiesz co mam na myśli. Można się aż udusić. :P

Tak jak zauważył StuGraMP – sporo błędów językowych, co utrudnia płynne czytanie. Temat Twojej pracy też taki... No, nie jestem fanką mangi, może dlatego opornie idzie mi czytanie Twoich wypocin. Oczywiście nie bierz tego do siebie, bo każdy ma inne gusta. :)
:* dla Cowboy'a, by się mu nie nudziło, gdy mnie nie ma na forum.
Odpowiedz
#4
To nie jest zaczepka, ale nie powinnaś czyjejś pracy nazywać wypocinami. To jest, jaki by nie był, bo jeszcze nie czytałam, utwór.
Take my mind and take my pain
And heal




Odpowiedz
#5
spokojnie jesrem otwarty na krytyke, poza tym zastosowałem się do rad i poprawiłem to opo i tak smao na blogu wsyztsko jest poprawione
Odpowiedz
#6
(08-08-2011, 13:35)Edariano napisał(a): spokojnie jesrem otwarty na krytyke, poza tym zastosowałem się do rad i poprawiłem to opo i tak smao na blogu wsyztsko jest poprawione

Jakoś nie zauważyłem tych poprawek.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
już wstawiłem poprawiony tekst, tylko zapomniałem.
Odpowiedz
#8
Owszem, teraz tak.
Jednak wiele pominąłeś :)

W drugim rozdziale zamieściłem kilka wypunktowanych uwag ogólnych.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#9
okej ^^ dostosuje sie do uwag^^
Odpowiedz
#10
Moją opinię na temat tego tekstu znasz. :)
Jednak mogę powtórzyć – podoba mi się.

Błędy zostały ci wskazane, więc nie będę powtarzać. Zgodzę się tylko z Sturą, że wiele pominąłes, wstawiając poprawiony tekst. Przejrzyj to jeszcze – taka rada. :–)
Pozdrawiam i życzę weny.
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Minotaur – część I GhostOfThePast 3 1,767 16-05-2015, 12:51
Ostatni post: Arabella
  Half of the Moon- druga część Edariano 1 2,515 08-08-2011, 19:33
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości