Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Absente Reo
#1
Witam.
Mam do zaprezentowania na razie pierwszy rozdział mojego opowiadania pod tytułem "Absente Reo" co oznacza z łaciny "Pod nieobecność oskarżonego". Fabuła ma być intrygująca i zaskakująca, czy mi się uda Was zaciekawić? To już sami bedziecie musieli powiedzieć ;)

Niektórzy może gdzieś już go widzieli, bo napisałem ten rozdział w styczniu tego roku, aczkolwiek kontynuuję pisanie, więc zamieszczam naturalnie od początku.

Zapraszam, jest to moje pierwsze opowiadanie po bardzo długiej przerwie w pisaniu.

Prolog
Załoga transportowca New York klasy Earth leciała z Ziemi na odległą planetę Dwen Go. Rozkazy były jasne i konkretne, celem misji było dostarczenie trzydziestu ton plastiku. Kapitan Nealson nie chciał jednak wspomagać obcej cywilizacji surowcami wynalezionymi na ojczystej planecie, dlatego powstanowił odrobinę zboczyć z kursu.
– Co robisz, Tony? – zapytał młodszy kapitan Lowel. – Wywalą nas na zbity pysk...
– Nie gorączkuj się, stary. – odrzekł pilot. – Polecimy na Zhuk Urg i przeczekamy, aż wojna się skończy.
– Tony! Ta wojna nigdy się nie skończy. Poza tym twój ojciec...
– No co? – Podniósł głos kapitan. – Co mój ojciec? Trzęsiesz przed nim gaciami, bo jest dyrektorem FBI?
Chris Lowel umilkł, a Nealson kontynuował lot w innym kierunku niż powinien.

Lot przebiegał dość spokojnie, żadne ciała obce nie znajdowały się na kursie kolizyjnym, jednak wiele małych planetoid przelatywało obok statku w niebezpiecznej odległości. Ziemskie transportowce nie były cudem techniki, były powolne, miały małą ładowność i kokpit mieścił jedynie czterech członków załogi. Mimo to naukowcy z NASA wyposażyli je w system ochrony przed kolizjami, w skrócie ACDS. Silne pole grawitacyjne wytworzone wokół statku ściągało blisko przelatujące obiekty, ale gdy zbliżyły się one na odległość dziesięciokrotnie większą niż ich średnica, zostawały odepchnięte przez słabsze pole antygrawitacyjne. Duże obiekty wciąż jednak sprawiały zagrożenie i zostawały po prostu ręcznie zestrzeliwane małym działkiem laserowym o częstotliwości dwudziestu impulsów na sekundę.

Lowel kręcił się na fotelu w lewo i prawo, aż Nealson go nie uspokoił. Pozostali członkowie załogi grali w pokera na, tak zwane, dni. Był to popularny środek płatniczy w Korpusie Międzyplanetarnym. Do konkretnego statku kosmicznego przyznawana była jedna załoga, która służyła na nim aż do awansu lub śmierci. Co roku wyżsi stopniem oficerowie korpusu dawali swoim podwładnym trzydzieści kuponów upoważniających do nieodbywania służby przez jedną dobę ziemską, co powodowało handel tym środkiem.

Wszystko przebiegało zgodnie z planem, dopóki w kokpicie nie rozległo się piszczenie i czerwone światło diody alarmowej.
– Kapitanie, melduję zestrzelenie obcej sondy wywiadowczej klasy Zhuk – poinformował ładowniczy.
– Odległość do celu? – zapytał Nealson.
– Aparatura wskazywała czterysta kilometrów, ale sonda wysyłała sygnał manipulujący. Na oko było o wiele mniej.

Tony pomyślał, że nie są tu mile widziani.

– Kapitanie – zwrócił się do przyjaciela Lowel. – Może powinniśmy zawrócić?
– Czekaj, myślę.
Gdyby nie odgłosy pracy aparatury pomiarowej, silników i układów podtrzymujących życie, na pokładzie zapanowałaby grobowa cisza. Dowódca statku próbował opracować plan awaryjny, który zapewni im bezpieczne lądowanie na Zhuk Urg. W końcu wydał rozkaz:
– Lowel, kurs dziesięć stopni w prawo. Sheperd, wyłącz silniki, będziemy stopniowo zwalniać, a Cooler wyśle sondę pocztową z przekazem IIM.

Była to wiadomość o tożsamości wszystkich członków załogi statku. Każdy żołnierz Korpusu Międzyplanetarnego posiadał taką kartę, która była wysyłana w sytuacjach awaryjnych. Jeżeli dostarczano ją sprzymierzeńcom, oznaczało, że przybywają przyjaciele i prosi się, aby nie wysyłano sond wywiadowczych, natomiast karty wysłane wrogowi były zwykle obwieszczeniem kapitulacji.

– Szefie, odesłali wiadomość.
– Referuj.
Ambasada Ziemska na Zhuk Urg poinformowała nasze władze o dezercji transportowca New York. Polecono nam nie wpuszczać was w naszą atmosferę. Wysłaliśmy już okręty bojowe, które mają za zadanie sprowadzenie załogi do ambasady, a statek zestrzelić.

Część Pierwsza
Potępiają, czego nie rozumieją

Rozdział 1. Acta est fabula

Załoga New Yorka jechała wozem opancerzonym do budynku ambasady ziemskiej na Zhuk Urg. Wydawałoby się, że tak rozwinięta technologicznie planeta powinna mieć zadbane drogi, lecz tak nie było. Samochód wpadający co chwilę w dziurę trząsł na lewo i prawo pasażerami, którzy obijali sobie głowy, łokcie i kolana. Wielu mieszkańców planety drwiło z władz mówiąc, że koleiny mają na celu obniżenie prędkości osiąganej przez pojazdy.

Przejeżdżając obok bazy lotniczej, Tony zauważył startujące okręty bojowe uzbrojone w rakiety małego zasięgu. Nie zdążył jednak przypatrzyć się, czy zostały wyposażone w głowice nuklearne. Lowel, patrząc na kapitana, z żalem uświadamiał sobie, że owe statki lecą zestrzelić ich transportowiec. Nealson również zwrócił wzrok na podwładnego. Po krótkiej wymianie spojrzeń, dostrzegli niewielką eksplozję na niebie.
– To smutne – powiedział Tony. – Spędziłem na tamtym statku sześć lat jako kapitan. Za rok dostałbym awans…
– A ja bym wstąpił na twoje miejsce – odparł Chris.
Obaj przez pięć minut wgapiali się w niebo, oczekując powrotu okrętów bojowych.

Gdy wóz zatrzymał się przed ambasadą, od strony kierowcy podszedł żołnierz z Obrony Planetarnej i poprosił o przepustki. Z powodu przewozu potencjalnych zdrajców zaprzyjaźnionej planety, wymagane były także dowody tożsamości każdego z pasażerów. Kapitan Nealson podał przez okno cztery wielofunkcyjne karty magnetyczne, zawierające imiona, nazwiska, stopnie oraz dane medyczne takie jak grupa krwi, czy ostatnio przyjęte szczepienia. Żołnierz spojrzał na dokumenty, po czym zwrócił się do Tony’ego:
– Cholera, jak to się stało, że zasłużony żołnierz zdradza swoją planetę?
– Nic nie rozumiesz – odparł zdenerwowany Nealson.
– Jasne, każdy się tak tłumaczy.
– No oczywiście. Każdy. Ale nie każdy robi to dla dobra swojej ojczyzny.
Oficer Obrony Planetarnej na chwilę zawiesił na kapitanie wzrok, pokręcił głową i odszedł, zostawiając dokumenty kierowcy pojazdu.

Zaparkowali tuż przed głównym wejściem. Żołnierze Korpusu Galaktycznego wyprowadzili załogę New Yorka z wozu i zaprowadzili do podziemnego aresztu tymczasowego. Obchodzili się z nimi z szacunkiem z powodu niższego stopnia. Na Zhuk Urg więzień, dopóki nie została udowodniona mu wina, zachowuje wszystkie tytuły i przywileje z nimi związane, również z innych planet. Jedynie podejrzani o morderstwo nie mają żadnych praw już w chwili zatrzymania. Zwykle po oczyszczeniu z zarzutów domagają się przez to wysokich odszkodowań, ale przegrywają w sądzie.

– Może umieścimy ich w normalnej celi? – zaproponował jeden z konwojentów.
– Kurwa, a jak uciekną?
– Nie uciekną… Przecież to żołnierze.
– A jeśli? – kontynuował drugi.
– To nas wypierdolą z roboty.
Nealson wraz z resztą załogi zostali umieszczeni w niestrzeżonej celi. Jedynym zabezpieczeniem ze strony ambasady była kamera skierowana na okno w korytarzu. Jakby ktoś miał zamiar przez nie uciec.

Kapitan z nudów pisał opowiadanie o pracy żołnierzy Korpusu Galaktycznego. Lowel czyścił broń.

Bardzo dziwne było to, iż więźniom nie odebrano pistoletów ani małych działek laserowych. Sprawiało to zagrożenie ucieczki bądź utraty strażnika. Kraty w celi nie były przeciwpancerne i łatwo było przeciąć je nawet zwykłym pilnikiem, a promień lasera przeszedłby przez nie jak przez masło. Tony nie chciał jednak uciekać. Nie teraz.

Po kilkunastu godzinach aresztu, do celi Nealsona wszedł komandor Andy Allen. Popatrzył na Tony’ego i wyszeptał:
– Spierdalamy, przyjacielu!
Załoga New Yorka posłusznie opuściła zimną i śmierdzącą klitkę udając się za zaprzyjaźnionym żołnierzem.
– Czemu zdezerterowaliście, Nealson? – pytał Allen.
– Wiecie, panie komandorze, nie mam zamiaru pomagać Dwen Go – odparł Tony.
– Cholera, skończmy z tym oficjalnym tonem. Powiedz mi tylko, dlaczego Zhuk Urg?
– Wydało mi się bezpiecznym miejscem na ucieczkę. Poza tym jest sojusznikiem Ziemi, nie zabiliby nas w Przestrzeni.
– Racja. Ale mogli po wylądowaniu, idioto.
Nealson spojrzał na Allena spode łba, mruknął coś pod nosem i szedł dalej bez słowa.

– Macie broń? – zapytał Allen po dziesięciu minutach marszu podziemnymi korytarzami ewakuacyjnymi.
– Tak – mruknął Tony. – Nie wiem czemu nam jej nie zabrali.
– Pewnie uznali, że nie uciekniecie. – Komandor zachichotał i szedł dalej.
Zbliżali się do pierwszego punktu kontrolnego. W normalnych warunkach nie powinno być tu nikogo, jedynie w czasie stanu najwyższej gotowości strażnicy kierowali akcją ewakuacyjną. Teraz sytuacja wymagała, aby zatrzymano uciekinierów. Trzech żołnierzy Obrony Planetarnej otworzyło ogień do kapitana. Na nic nie zdały się słowa Allena, informującego o przeniesieniu więźniów na salę rozpraw.
Tony nie wytrzymał napięcia, wyjął poczciwego Colta i strzelił do najbliższego klawisza. Cały czas liczył strzały. Schował się za filarem, wskazał palcem pozycję, którą miał zająć Lowel. Wymienili spojrzenia i wspólnie zaatakowali drugiego strażnika, który, znalazłszy w ogniu krzyżowym, nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Widząc, że przy życiu został jeszcze jeden przeciwnik, Tony wyszedł spokojnie z ukrycia i stanął przed nim. Zdumiony żołnierz próbował strzelić do Nealsona.
– Kurwa mać! – wykrzyknął odkrywając, że skończyła mu się amunicja.

– Gdzie komandor? – zapytał Chris.
Tony rozejrzał się po tunelu, zza jednego filaru płynęła krew. Allen był ranny.
– Uciekaj w stronę Vininghen, Tony – nakazał kapitanowi postrzelony przyjaciel.
– Do kogo mam się zgłosić?
– Do nikogo. Nikomu nie ufaj. Jedyną osobą, która wie o naszej akcji, jest Sean Shannon z Korpusu.
– Dzięki, stary. Niedługo się zobaczymy.
– I to bardzo niedługo – zaśmiał się komandor, a Nealson z załogą poszli dalej.
Chris otworzył właz i wszyscy wyszli na powierzchnię planety. Zobaczywszy znak drogowy dowiedzieli się, że są dwanaście kilometrów na południe od Vininghen. Gdy szli ulicą, chcąc zatrzymać jakiś cywilny pojazd, podszedł do nich żołnierz Obrony Planetarnej.
– Witam na terytorium Zhuk Urg, panowie. Kapitan Brown.
– Eee… Dzień dobry – odrzekł Lowel.
Brown spojrzał na mundur Tony’ego, po czym wyjął broń.
– Acta est fabula, panie kapitanie. Wasza załoga musi iść ze mną.

Żołnierze z transportowca New York zostali zakuci w kajdany. Mieli się dostać do Vininghen pieszo.


Rozdział 2. – Anguis in herba
Podróż była męcząca. Trudno przemieszczać się w kajdanach, po pustyni skąpanej gorącymi promieniami gwiazdy Zhuk. Rękawy Nealsona były już mokre od ciągłego wycierania potu, zaś Lowel zdjął koszulę i zrobił z nich czapkę chroniącą przed udarem. Do Vininghen zostało jeszcze dziesięć kilometrów, które w takim tempie pokonaliby w co najmniej trzy godziny.

Tim Shepard poprosił kapitana Browna o postój, próbował także doprosić się o butelkę wody, jednak spotkała go odmowa. Eskortujący żołnierz obrony planetarnej był dla jeńców wyjątkowo okrutny, chociaż nie wykraczał poza ustalone przez Sojusz normy. Po pewnym czasie zlitował się i rzucił na ziemię dwie litrowe butelki z czystym, sztucznie uzyskanym hydratem.
– Chyba chcą was tam żywych – powiedział i ruszył dalej sam.

Skuci żołnierze ruszyli za Brownem, nie mogli uciec w kajdanach, które posiadały lokalizatory GPS.

Pustynia urgijska była niemal idealnym odwzorowaniem pustyń występujących na Ziemi. Gwiazda macierzysta paliła za dnia, w nocy zaś panowały temperatury minusowe. Nie było żadnej roślinności ani zwierząt. Vininghen była hamadą – pokrywały ją różnej wielkości kamienie w odcieniach koloru czerwonego. Wędrować można jedynie wyznaczonymi ścieżkami, przy których co pół kilometra znajdują się włazy do podziemnych korytarzy ewakuacyjnych. Drogi te co jakiś czas przecinają się również z ulicami oraz torami kolei magnetycznej. Na takich skrzyżowaniach zazwyczaj stoją tablice informacyjne o najbliższych miastach oraz punkt, w którym można kupić sztuczny hydrat.

Grupa dochodziła już do kolejnego włazu awaryjnego. W pewnej chwili przed oczami kapitana Browna świsnął pocisk z broni palnej, ale nikt nie słyszał strzału.
– Szybko, za ten głaz – rozkazał więźniom żołnierz. Nealson oraz reszta załogi posłusznie schowali się za wielkim czerwonym kamieniem.
Kapitan nie wiedział ilu jest napastników, jakiej broni używają, a nawet tego, gdzie się znajdują. Po chwili kolejna kula wbiła się w skałę znajdującą się za Brownem.
– Kto tam jest? – krzyczał. – Wyjdź z ukrycia!
Napastnik strzelił kolejny raz, znów bezgłośnie. Brown doszedł do wniosku, że tylko pneumatyczne karabiny nie wydają odgłosu strzału przy ogniu pojedynczym, a fakt ten znacznie utrudnia zlokalizowanie celu. Nie poddając się, kapitan ponownie nawoływał, aby napastnik wyszedł z ukrycia. Tym razem skutecznie.

Tony rozpoznał z daleka komandora Allena. Zrozumiał, że jest to prowokacja i próba oswobodzenia więźniów. Przez chwilę załoga New Yorka obserwowała strzelaninę, po czym ruszyli w kierunku włazu. Zeszli szybko i schowali się, czekając na Allena. Przyszedł on po kilkunastu minutach, z krwią na dłoniach.
– Co się stało, panie komandorze? – zapytał Nealson.
– E tam, Tony, tylko kolejna rana – odburknął.
– Jaka kurwa rana? Skurwiel postrzelił cię w brzuch, wykrwawisz się! – Tony się wściekł.
– Tak? Jemu to powiedz. Dostał dwie kule między oczy.
– Nie żyje?
– A ty byś pewnie tańczył mając dwie dziury w czole i zwisający mózg z tyłu?
Lowel się uśmiał, Tony parsknął tak głośno, że Cooler podskoczył ze strachu. Komandor również zaczął chrząkać, ale nikt nie spostrzegł, że jest w agonii.
– Tony. Tony! – wołał. – Proszę cię, zapisz sobie gdzieś to, co zaraz powiem.
– Nie mam na czym. Zapamiętam.
– To pamiętaj: Vortex 4533 XXX-OOO-452. To bardzo ważne. Dowiedz się prawdy i powstrzymaj tych, którzy źle życzą tej planecie.
Komandor skonał na rękach Nealsona. Z telefonu Allena Tony wezwał pogotowie, aby zabrali ciało do kostnicy, dlatego wszyscy uciekli w stronę Vininghen. Kapitan New Yorka w biegu próbował rozszyfrować wiadomość przyjaciela.

Wszystko przebiegało zgodnie z planem kapitana. Po godzinie biegu dotarli w końcu do miasta, gdzie udali się na spotkanie z dowódcą brygady antyterrorystycznej.

– Witam – zasalutował Tony. – Nazywam się Anthony Nealson, jestem kapitanem ziemskiego transportowca New York. Komandor Allen polecił mi spotkanie się z panem.
– Komandor Allen? – Zdziwił się Shannon. – Jego prośba… – zawiesił na chwilę głos. – Jego prośba, abyś udał się do mnie, oznacza jego śmierć.
– Niestety tak jest.
– Ale jak? – zapytał załamującym się głosem dowódca.
– Komandor został postrzelony w brzuch podczas akcji odbijania więźniów, czyli nas.
– Sukinsyn, zawsze się pcha, gdzie nie potrzeba…
– Mam czuć się winny śmierci Allena? – obruszył się Tony.
– Ehh, nie. Przepraszam.
Tony patrzył jeszcze przez chwile w oczy dowódcy antyterrorystów. Zrozumiał, że był on jednym z bliższych przyjaciół zmarłego żołnierza. Aby nie dopuścić do przytulania i pocieszania rozklejonego Shannona, kapitan ciągnął rozmowę:
– Allen przekazał mi pewną wiadomość, którą pan miałby rozszyfrować.
– Tylko po to przyszliście?
– Na razie tak. Czy mógłby…
– Mogłby, mógłby – przedrzeźniającym tonem przerwał Nealsonowi dowódca. – Dyktuj.
Vortex 4533 XXX-OOO-452.
Sean Shannon poczerwieniał na twarzy. Przez jego głowę musiało właśnie przetaczać się tysiąc myśli na sekundę. Zakłopotanie, czy zawstydzenie? Nie wiedział co odpowiedzieć, zdobył się jedynie na naukę geografii:
– Na południu jurysdykcji Vininghen znajduje się miasto Vortex. Zapewnie o nie chodzi w tej wiadomości. Znajdują się tam zakłady produkujące broń atomową. Naprawdę, nie radzę wam tam iść, to zbyt niebezpieczne.
– Dziękuję, ale czy nie wie pan, co oznaczają następne symbole?
– Niestety nie mogę wam pomóc, wybaczcie – skłamał Shannon.
Tony wpatrywał się jeszcze przez moment w antyterrorystę. Wyczuł w jego głosie narastający od chwili przeczytania notatki niepokój i wiedział, że kłamie.
– No nic, dziękuję raz jeszcze. Żegnam! – Niemal wykrzykując ostatnie słowo, Nealson wraz z załogą ruszyli zwiedzać Vininghen.



Proszę o opinie jak i krytykę ;)


@down
Dzięki, pierwszy rozdział poprawiony.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Prolog bardzo mnie zaciekawił. Gładko toczy się akcja, nie ma zbyt wielu błędów, można zatem skupić się na czytaniu. W rozdziale pierwszym wyłapałem kilka kwestii:
Cytat:Na Zhuk Urg więzień, dopóki nie została udowodniona mu wina, zachowuje wszystkie tytuły i przywileje z nimi związanymi (przywileje z nimi związane), również z innych planet.
Cytat:Kraty w celi nie były przeciwpancerne i łatwo było przeciąć je nawet zwykłym pilnikiem, a laser przeszedłby przez nie jak przez masło (chyba raczej światło lasera, bo sam laser jest urządzeniem).
Cytat:W normalnych warunkach, (zbędny przecinek) nie powinno być tu nikogo, jedynie w czasie stanu najwyższej gotowości strażnicy kierowali akcją ewakuacyjną.
Cytat:który, postawiony w ogniu krzyżowym (kto go tam postawił?), nie miał najmniejszych szans na przeżycie.

W wolnej chwili przeczytam drugi rozdział i może coś więcej 'skrobnę'.
Pozdrawiam
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Niestety znów muszę coś skrytykować, choć wcale tego nie lubię. Niemniej spokojnie, nie jest tak źle.

Po pierwsze to zdanie:
Cytat:Brown doszedł do wniosku, że tylko pneumatyczne karabiny nie wydają odgłosu strzału przy ogniu pojedynczym, a fakt ten znacznie utrudnia zlokalizowanie celu.

Naprawdę zaskakujący wniosek! Coś w stylu "doszedł do wniosku, że wystrzelona kula przebija ciało, a fakt ten znacznie utrudnia przeżycie." Jak się domyślam chciałeś dać opis nie z perspektywy narratora, ale szczerze mówiąc niepotrzebnie. Wystarczy wyciąć ten nieszczęsny wniosek i będzie ok.

Druga sprawa (znów pewnie ktoś mi wytknie "że sie nie znasz"), trochę za dużo szcegółów co do świata. Nie wszędzie, ale czasami.
Cytat:Duże obiekty wciąż jednak sprawiały zagrożenie i zostawały po prostu ręcznie zestrzeliwane małym działkiem laserowym o częstotliwości dwudziestu impulsów na sekundę.
O na przykład po co ta częstotliwość?
Czasem też wychodzi coś nielogicznego. Na przykład, czemu statek ma system który ściąga obiekty? Czy może on jest tak wielki?
Skąd na środku pustyni wziął się żołnierz? Czemu nie wziął nikogo do pomocy, a zwłaszcza żadnego pojazdu?

Dalej, pewna nieścisłość
Cytat:Jedynym zabezpieczeniem ze strony ambasady była kamera skierowana na okno w korytarzu. Jakby ktoś miał zamiar przez nie uciec.
Jak rozumiem to przerwanie zdania i zaczęcie od "jakby", ma oznaczać sarkazm ze strony narratora Tylko, że niezbyt rozumiem czemu ucieczka przez to okno miałaby być głupim pomysłem.

Przechodząc do meritum. dialogi są troszkę drętwe. Mało.. ludzkie? Można nad tym popracować. Ale najbardziej przeszkadza brak "mięska". Są szczegóły, elementy opisu świata, ale są tuż obok siebie. Jest cały szkielet akcji i świata, ale brakuje tego "czegoś" pomiędzy. Troszkę odczuć bohaterów, opisu otoczenia, małych nagłych bodźców (uderzyło oślepiające światło i gorące powietrze"; "kanał ewakuacyjny z powodu długiego nieużywania cały pokryty był pajęczynami" – takie rzeczy). Po prostu wszystko dzieje się straasznie szybko, a przy tym wszystkie sceny mają mało plastyczności.

Podoba mi się jednak, i zobaczymy jak będzie dalej.
Odpowiedz
#4
Ok, zakładając z góry, że nie będzie wielu błędów, postanowiłem nie cytować całego tekstu, a jedynie fragmenty. Mam nadzieję, że nie będę żałował tej decyzji pisząc resztę posta.

Cytat:– Nie gorączkuj się, stary. – odrzekł pilot.
Missclick.

Cytat:Silne pole grawitacyjne wytworzone wokół statku ściągało blisko przelatujące obiekty, ale gdy zbliżyły się one na odległość dziesięciokrotnie większą niż ich średnica, zostawały odepchnięte przez słabsze pole antygrawitacyjne.
Brak mi w tym logiki... Jeśli pole antygrawitacyjne jest słabsze od grawitacyjnego:
Spoiler:
Zatem, stała pola antygrawitacyjnego musiałaby być większa od stałej grawitacyjnej, bez względu na okoliczności, więc twoje rozumowanie jest błędne, gdyż ewidentnie albo obie siły by się anulowały, albo jedna z nich przeważała, toteż statek nie może przyciągać obiektów przy określonej odległości i powyżej innej już je odpychać.

Cytat:Pozostali członkowie załogi grali w pokera na, tak zwane, dni.
To wtrącenie tutaj nie ma praktycznie żadnego sensu. Moim skromnym zdaniem, powinno to być napisane bez przecinków: Pozostali członkowie załogi grali w pokera na tak zwane dni.

Cytat:Wszystko przebiegało zgodnie z planem, dopóki w kokpicie nie rozległo się piszczenie i czerwone światło diody alarmowej.
Czerwone światło się nie rozlega, więc wypadałoby przed nim wstawić jakiś inny czasownik.

Cytat:Dowódca statku próbował opracować plan awaryjny, który zapewni im bezpieczne lądowanie na Zhuk Urg.
Zapewniłby.

Cytat:Jeżeli dostarczano ją sprzymierzeńcom, oznaczało, że przybywają przyjaciele
Oznaczało to.

Cytat:–Ambasada Ziemska na Zhuk Urg poinformowała nasze władze o dezercji transportowca New York.
Brakująca spacja.

Cytat:Wysłaliśmy już okręty bojowe, które mają za zadanie sprowadzenie załogi do ambasady, a statek zestrzelić.
Brak mi w tym spójności logicznej.

Cytat:Samochód wpadający co chwilę w dziurę trząsł na lewo i prawo pasażerami
Szyk – trząsł pasażerami na lewo i prawo.

Cytat:Kapitan Nealson podał przez okno cztery wielofunkcyjne karty magnetyczne, zawierające imiona, nazwiska, stopnie oraz dane medyczne takie jak grupa krwi, czy ostatnio przyjęte szczepienia.
Przecinek po 'medyczne'.

Cytat:– Kurwa mać! – wykrzyknął odkrywając, że skończyła mu się amunicja.
– wykrzyknął, odkrywając, (...)

Cytat:Trudno przemieszczać się w kajdanach, po pustyni skąpanej gorącymi promieniami gwiazdy Zhuk.
Bez przecinka.

Cytat:zaś Lowel zdjął koszulę i zrobił z nich czapkę chroniącą przed udarem.
Nie muszę chyba mówić o co chodzi ;]

Cytat:Po pewnym czasie zlitował się i rzucił na ziemię dwie litrowe butelki z czystym, sztucznie uzyskanym hydratem.
A nie tlenkiem wodoru? Hydraty to raczej chemia organiczna, albo sole z cząsteczkami skrystalizowanej wody. No, chyba, że rzucił im wódkę, więc spoko...

Cytat:– Chyba chcą was tam żywych – powiedział i ruszył dalej sam.
Znaczy co? Zostawił ich i pozwolił uciec?

Cytat:– A ty byś pewnie tańczył mając dwie dziury w czole i zwisający mózg z tyłu?
Tańczył (przecinek) (...)

Cytat:– Niestety nie mogę wam pomóc, wybaczcie – skłamał Shannon.
Niestety (przecinek) (...)



No i koniec poprawiania. Sorki, jeśli coś pominąłem. Ogólnie było nieźle, choć dialogi i akcja nieco naciągane. Tutaj strzelanina, Allen krwawi, mówiąc Tonyemu, by uciekał, na co on bez chwili wahania spieprza. Potem spotykają się ponownie, tym razem Allen będący bliski śmierci, ale co tam, ważne, żeby zrobić sobie jajca ze strażnika i śmiać głośniej, niż podczas oglądania Niekrytego Krytyka.

Liczbowo mógłbym to opisać w ten sposób:
Fabuła – 5
Dialogi – 4-
Ortografia, interpunkcja, etc. – 4+

Czyli jest dobrze, pomysł da się przegryźć, ale poćwicz nad warsztatem.
Czasami, gdy pojawiają się nowi, próbują na jeden raz wrzucić wszystko, co mają. Zupełnie, jakby portal miał lada dzień zniknąć z Internetów, a administracja pojechać do Afryki, sprzedawać olejek do opalania rdzennym murzynom.
~Yami
Odpowiedz
#5
I znów ktoś ubiegł mnie, jeśli chodzi o wytknięcie błędów. :)
Jednakże długo mnie nie było, więc mam co nadrabiać. A tekst jest dość spory. Jednakże długość mnie nie odstraszyła.
Jednakże, gdy czytałam, trochę się przeraziłam. Dużo błędów... zapis dialogów nieco kuleje. Ale od początku.

Cytat: Załoga New Yorka
Imho, może być New Yorku. Jednakże głowy za to nie dam...

Cytat: Skuci żołnierze ruszyli za Brownem, nie mogli uciec w kajdanach, które posiadały lokalizatory GPS.
To zdanie mi się nie podoba. Jak na moje, do przeredagowania.

Cytat:– Witam ( . ) Z (wielka litera)asalutował Tony. – Nazywam się Anthony Nealson, jestem kapitanem ziemskiego transportowca New York. Komandor Allen polecił mi spotkanie się z panem.
– Komandor Allen? – z (mała litera)dziwił się Shannon. –
Poprawki w dialogach. Poczytaj poradnik dotyczący ich zapisywania. Więcej tego typu potknięć nie rzuciło mi się w oczy, co nie znaczy, że ich nie ma. Przejrzyj jeszcze raz. Szczególnie rozdział drugi.


Na koniec powiem, że było okej.
Ocena: -4
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#6
Na podstawie 15-go punktu regulaminu temat przenoszę do kosza.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Witajcie, chciałbym zasięgnąć waszej opinii, porady...
Mam już od dawna naszkicowaną całą fabułę a chciałbym napisać jakieś opowiadanie SF i tu moje pytanie do Was: poprawiać w tym błędy, które nieopatrznie popełniłem i pisać dalej, czy zacząć zupełnie nową historię, wylewając na to opko wiadro ciepłego moczu?
[url]http://sciencefantasia.blogspot.com[/url]
Opowiadania SF i Fantasy
O mnie
Opowiadania na forum:
Trzy warunki, Cztery godziny
Odpowiedz
#8
To zależy, co chcesz osiągnąć, do czego dojść.
– jeżeli masz gotową koncepcję całego opowiadania i jest ciekawe, to warto poświęcić czas i siły, by nanosić odpowiednie poprawki (zwłaszcza, że w ten sposób lepiej się uczymy i utrwalamy dobre nawyki)
– jeśli zaś w twoim osobistym odczuciu temat jest mało rewelacyjny i nie masz wielkiej ochoty na jego kontynuację, mając przy okazji w głowie już nowy projekt, to lepiej jest sobie darować poprawianie i zacząć pisać nowe opowiadanie, uwzględniając rady i wyciągając wnioski z własnych błędów (uff... jaki kilometrowiec mi wyszedł – sory)
Pozdrawiam i życzę weny.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości