Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy opowiadanie "Cztery noce. Noc trzecia, cz.2"
#1
Kontynuacja trzeciej części opowiadania. Nadal nie ma wcięć przed akapitami – musicie się przyzwyczaić.


Bestia nie spała.
Skarbiec wypełniało niskie, natrętne buczenie, podłoga emanowała ciepłem, wydobywającym z desek zapach zgnilizny. Ściany drżały, a kiedy Longinus przyłożył ucho do kamienia tuż obok drzwi, usłyszał metaliczne zgrzyty i chrobot jakby setek trybów.
– Spodziewałem się czegoś niezwykłego, ale nie tego – mruknął chudy mężczyzna i odwrócił się do Jurka, który stał na środku komnaty z obnażonym mieczem i starał się dotykać podłogi jak najmniejszą powierzchnią stóp. Longinus dał mu znak głową, żeby podszedł do posągu, sam zaś wyciągnął swoją broń i obszedł rzeźbę z drugiej strony. Kiedy znalazł się na wyciągnięcie miecza od statuy, dźgnął lekko bok złotego potwora. – Złoto jest bardzo miękkie – oznajmił.
– Posąg jest ciepły – odparł Jurko, dotykając ostrożnie kolana rzeźby. – Tak jakby coś podgrzewało go od środka.
– Diabelska machina – mruknął Longinus. – Zdejmij tę maskę.
Jurko spojrzał w wytrzeszczone, zwierzęce oczy bestii, na jej długi, koński pysk, wysadzany zębami ostrymi jak noże. Doskonale pamiętał, jak nie tak dawno temu Mikan przyglądał się temu samemu obliczu kreatury, a potem odkrył drugą twarz potwora. Nie rozumiał, jak obaj mogli zapomnieć o tak intrygującym elemencie rzeźby – a może nie zapomnieli? Czy w czasie gorączkowych poszukiwań Angasta dwa pokrętła w litej statui ze złota mogły w czymś pomóc? Może po prostu nie uznali tego za ważne i w natłoku wrażeń zepchnęli obraz drugiej twarzy posągu gdzieś na dno umysłów? A może to jakieś cholerne czary?
Czy gdybym pomyślał o pokrętłach, kiedy szukaliśmy Angasta, Mikan i Kael byliby teraz z nami? – myślał Jurko. Czy mógłbym ich w ten sposób uratować? Tego się, kurwa, zaraz dowiem, ale czy mógłbym wcześniej…?
Nie – odpowiedział sam sobie – nie mógłbym. Wtedy nie wierzyłem, że rzeźba może porywać ludzi. Nie wierzyłem, że czterech mężczyzn może zniknąć, a następnego dnia pojawić się na zamkowej bramie – umocowani do niej włosami innego nieszczęśnika. Nie wierzyłem w takie rzeczy i nie brałem ich pod uwagę. Pokrętła były dla mnie tylko luźnymi śrubami, wystającymi z martwej bryły złota.
Jurko obszedł posąg i odwiązał łączące się na karku potwora druty. Przednia część ohydnej głowy zsunęła się na kolana istoty, a potem spadła na posadzkę z cichym stukiem.
Longinus przez chwilę przyglądał się drugiej, dużo bardziej ludzkiej twarzy rzeźby, o łagodnych rysach przystojnego mężczyzny.
– Myślisz, że kogoś przedstawia? – zapytał.
– Myślę, że to wyidealizowana projekcja erotycznych fascynacji rzeźbiarza, który zapewne kochał inaczej.
– Co to znaczy?
– To znaczy, żebyś nie zadawał durnych pytań. Przekręć pokrętła, tylko czekaj! – Dłoń Longinusa zawisła nad gałkami, umieszczonymi w nowo odsłoniętym czole rzeźby. – Najpierw opukajmy ten majdan, może znajdziemy coś, co podpowie nam, czego się spodziewać.
Longinus skinął głową i pochylił się nad posągiem. W kilku miejscach dźgnął go mieczem, zaś Jurko przykucnął i zaczął badać tył statui.
– Zobacz! – zawołał i dotknął palcem miejsca na plecach potwora. – Tu jest jakby… szczelina.
– To tylko rzeźbiona linia, ma udawać łopatki…
– A zawiasy co mają udawać?
Longinus pochylił się nad miejscem w okolicach nerek kreatury, które wskazał Jurko. Rzeczywiście, paznokieć jednookiego mężczyzny stukał w coś, co mogło być małymi, subtelnymi zawiasami, umieszczonymi na wyżłobionej delikatnie linii, ciągnącej się od karku, przez plecy, aż do pośladków złotej bestii.
– Z drugiej strony jest to samo – powiedział towarzysz Jurka, przechylając głowę, by przyjrzeć się drugiemu bokowi statuy.
– Jeśli tu są zawiasy, to cały ten maszkaron otwiera się naprzód, w kierunku drzwi – ocenił Jurko. – Przekręć pokrętła i stań z lewej, ja będę z prawej i zobaczymy, co się stanie.
Kiedy Longinus wykonał polecenie jednookiego i zajął przydzieloną sobie pozycję, razem obserwowali, jak złota bestia ożywa. Pośród zgrzytów wewnętrznej maszynerii posąg wstał z kucek i rozłożył potężne skrzydła; na jego piersi i brzuchu zarysowała się cienka, ciemna kreska, która w niecałą sekundę przekształciła się w szeroką szparę – rzeźba otwierała się jak gigantyczny małż. Jurko mocniej chwycił rękojeść swego miecza, gotów walczyć o życie z czymkolwiek, co kryło się w mrocznym wnętrzu diabelskiej rzeźby.
Longinus zmrużył oczy, by lepiej widzieć, gdyż kłęby siwej pary buchnęły z metalowych trzewi potwora. Gdy opadły, oczy mężczyzny rozszerzyły się w zdumieniu.
We wnętrzu posągu znajdowała się pusta przestrzeń, poziomy stalowy cylinder, wypełniony teraz kotłującą się masą czegoś, co towarzysz Jurka początkowo ze złudną nadzieją zidentyfikował jako brudne szmaty. Kiedy jednak w splotach tajemniczej materii dostrzegł charakterystyczną głowicę ludzkiej kości udowej, w brunatnej grudzie rozpoznał postrzępiony fragment wątroby, a jego nozdrzy doszedł buchający z upiornego cylindra smród rozkładającego się mięsa, stracił resztki złudzeń. Wewnątrz złotego posągu pełną parą pracowała maszyna mieląca ludzkie zwłoki.
– Mikan – jęknął Longin i opuścił miecz; wsparł się na ostrzu, jakby stracił raptem wszystkie siły.
Jurko nie zwracał uwagi na towarzysza, wpatrzony w obrzydliwą, śmierdzącą masę, przewracającą się w poziomym cylindrze. Przez sekundę podziwiał szczelność złotej obudowy maszyny, która nie przepuszczała na zewnątrz odurzającego odoru – potem jednak wszystkie myśli uleciały mu z głowy, gdyż z wirujących szczątków wynurzyła się ręka.
– Longinusie… – zawołał kompana, lecz jego głos był słaby i drżący. – Longin…
Ręka wynurzyła się po łokieć, po czym opadła, jakby szukając czegoś w krwawym szlamie. Po chwili znowu zaczęła się cofać, tym razem jednak trzymała za włosy czyjąś głowę.
Pokryty zakrzepłą krwią, biały jak kreda palec otarł zmielone szczątki z oczu, nosa i ust makabrycznego znaleziska. Twarz należała do Mikana. Jego oczy otworzyły się.
– Longinusie, Mikan jest… – szepnął Jurko, wskazując mieczem niecodzienny widok, po czym nogi się pod nim ugięły i usiadł ciężko na podłodze. Deski były ciepłe i drżały.
Longinus podniósł głowę i spojrzał w oczy brata.
– Longinusie – powiedziała głowa Mikana zdecydowanym tonem, zupełnie nie podobnym do kogoś, kto nie ma nic od tchawicy w dół. – Wiem, że mój widok może cię przerażać, ale musisz się skupić i uważnie mnie posłuchać.
Longinus postąpił krok naprzód, jego miecz upadł na deski podłogi. Mężczyzna opadł na kolana i wsparł się na dłoniach, zadarł głowę, by ani na chwilę nie spuścić wzroku z twarzy brata.
– Zostałem zamordowany – stwierdził Mikan. – Angast i Kael też, są tu ze mną. Nasi czterej towarzysze, którzy mieli wóz, też zostali bestialsko zabici, ale nie ma ich tu, bo nie byli godni.
– Kto? – Głos Longinusa zabrzmiał jak niskie, gardłowe szczeknięcie. Brzmiały w nim wściekłość i żądza krwi. – Kto ci to zrobił?
– Jurko. – Martwy palec wskazujący oderwał się od czupryny Mikana i wskazał jednookiego rabusia, który siedział na podłodze i z otwartymi ustami wpatrywał się w mówiącą głowę. – To on zabił nas wszystkich. Ciebie zostawił na koniec, bo jesteś najsilniejszy. Tylko ty możesz go pokonać, możesz go zabić. Zrób to teraz. Zrób to.
Longinus potrząsnął głową, jakby próbując zebrać myśli, po czym rzucił Jurkowi długie, badawcze spojrzenie.
– Zawsze był dla mnie miły – stwierdził obojętnie. – Pozwalał mi zjadać oczy, pozwolił mi zjeść oczy prawnika.
– Nie rozumiesz? Przecież on jest stąd, Longinusie – tłumaczyła głowa Mikana tonem nieznającym sprzeciwu. – To jego kraj, który on dobrze zna. Od samego początku chciał nas sprowadzić tutaj i pozabijać. Od początku prowadził nas do tej paszczy lwa, do tej krypty diabła. Chciał nas rozdzielić.
– Rozumiem.
Na dźwięk tej deklaracji Jurko otrząsnął się z szoku, zamrugał oczami, po czym wciągnął w płuca wypełniający teraz cały skarbiec smród rozkładu, i zawołał:
– On kłamie, Longin! Miesza ci w głowie!
– Każdy przestępca wypiera się swej winy – stwierdziła głowa Mikana.
– Nikogo nie zabiłem, Longin! Sam pomyśl, jego kłamstwa nie trzymają się kupy!
Longinus zmarszczył brwi, głęboko się zastanawiając.
– Kiedy zniknął Angast – zaczął niepewnie – to ty pierwszy wpadłeś do wieży, a Jurko wszedł tam dopiero za mną. Nie było go przy Angaście…
– Gdyby był, podejrzenia padłyby na niego – odparła głowa Mikana. – Byłby głupcem, gdyby pozwolił, by Angasta widziano po raz ostatni właśnie z nim. Zresztą, Angast jest tutaj. Sam ci powie.
W masie zmielonych ciał coś się poruszyło i na cuchnącą powierzchnię, pośród obrzydliwego bulgotu, wypłynęła twarz Angasta, z widocznymi już oznakami gnicia.
– To on mnie zabił – powiedziała, a z ust wypłynął jej krwawy szlam. – To Jurko. Zabij go teraz, Longinusie.
Obok twarzy Angasta utworzył się w szczątkach niewielki wir, z którego wynurzyła się łysa głowa Kaela.
– Pomścij i mnie – zażądała. – Zabij Jurka i wrzuć go tutaj, do nas.
– Skoro umarli sami mówią za siebie – powiedział Longinus cicho, wpatrując się wielkimi oczami w twarze swych byłych kompanów – to nie potrzeba mi więcej dowodów.
Chudy mężczyzna wstał z klęczek i otrzepał kolana. Odwrócił się do Jurka i powiedział z pewnym smutkiem:
– Nie spodziewałem się tego po tobie.
– Longin, chyba nie wierzysz w te bzdury?! – jęknął Jurko, również stając na nogi. – Przecież to ja cię tu przyprowadziłem! To ja odkryłem te pokrętła i powiedziałem ci o nich! Nie miałem pojęcia, co się stanie, przecież wiesz!
Longinus zawahał się i ponownie zwrócił twarz w kierunku wirującego powoli cylindra, buchającego smrodem z otwartych piersi złotego posągu, bluźnierczego sfinksa.
Ręka trzymająca dotąd głowę Mikana opuściła ją ostrożnie na powierzchnię krwawego szlamu i zanurzyła się w ohydnej mazi. Po chwili wyłoniła się z powrotem, tym razem trzymając w palcach prostą, srebrną maskę o łagodnych rysach. Położyła ją na twarzy Mikana, a potem znów chwyciła za włosy i podniosła jego głowę – maska nie spadła, a wręcz przylgnęła ciaśniej do ciała; obserwujących ją Jurka i Longinusa przeszył dreszcz, gdy zdali sobie sprawę, że oczy i usta pozbawionej wyrazu srebrnej twarzy nie należą do niskiego włamywacza, lecz są ziejącymi czernią dziurami, gardłami tuneli prowadzącymi do nieznanego świata.
– Ukrywał przed tobą tajemnicę sfinksa – stwierdził głos Mikana, lecz oblicze, które patrzyło na dwóch mężczyzn, nie należało ani do włamywacza ani do kogokolwiek, kogo Jurko skłonny byłby uznać za człowieka. Longinus jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ziejące pustką oczodoły maski. – Ukrywał przed tobą drugie oblicze rzeźby. Cały czas.
– Zapomniałem! – ryknął Jurko rozpaczliwie. – To… To coś z powrotem założyło maskę, ukryło pokrętła! Chciało pozostać w tajemnicy!
– Longin! – huknął Mikan, a chudy mężczyzna drgnął, zatopiony w otchłani wykutych w srebrze oczodołów. – Nie wierz mordercy! Uwierz mnie, swojemu bratu. Dbałem o ciebie zawsze i dbam teraz, mówiąc: dla własnego dobra zabij człowieka bez oka i wrzuć go do wnętrza sfinksa.
Sfinks, pomyślał Jurko. To określenie już wcześniej przychodziło mu do głowy. Skąd je znał? Może z książek, które przecież tak lubił, choć sam nie miał ich wiele – ale ile ich zdarzyło mu się wykraść z bibliotek swych ofiar! A może znał je z opowieści, którymi raczył go ojciec, wyolbrzymiający swe awanturnicze przygody? Wiedział, że sfinks oznaczał zagadkę i bogactwo – prawdziwe sfinksy strzegły piramid w odległym, pustynnym Kadnafarze; ale co mógł robić jeden z nich w ponurym zamku zagubionym w lasach zimnej, mglistej Otrewanii? Jurko zrozumiał bowiem – w chwili, w której to coś, co podawało się za jego zaginionych towarzyszy, użyło tego słowa i tym samym zdradziło się – że złoty potwór, który czaił się w skarbcu Karmenowów, nie był ani rzeźbą, ani posągiem, ani statuą, lecz właśnie sfinksem.
– Zabij go i wrzuć! – ponowił rozkaz Mikan.
– Opanuj się! Nie patrz na maskę! – krzyknął Jurko i podbiegł do Longinusa. Chwycił go za ramię i potężnym szarpnięciem odwrócił od rozwartego brzucha sfinksa. Potrząsnął towarzyszem, który zamrugał w zdziwieniu.
– Jurko – mruknął. – Mój brat mówi, że go zabiłeś, a przecież on powinien najlepiej wiedzieć, czyją padł ofiarą…
– Padł ofiarą tego… tej machiny, tego diabelstwa. To sfinks, Longin, sam słyszałeś!
– Nie wiem, co to takiego…
– To… – Jurko zawahał się. – Rzeźbią takie w Kadnafarze! To daleki kraj, plugawy kraj! Używają tam magii i… – umysł jednookiego przywołał na pomoc wspomnienia opowieści ojca. – … i nekromancji!
– Co to jest nekromancja?
– Nie wiem, ale, kurwa, brzmi okropnie!
Drugie ramię wynurzyło się z mazi po drugiej stronie głowy Mikana. Teraz ręce, niczym kończyny lalki poruszane sznurkami, wykonały gest przyzwania.
– Longinusie, chodź do mnie – powiedział Mikan, lecz teraz głos nie należał już do niego. Uszy Jurka wychwyciły rezonans, którego nie potrafił określić – to było tak, jakby ustami Mikana mówiło wiele głosów, z bardzo daleka. – Chodź do mnie teraz!
Longinus zamknął oczy.
– Słyszę go w głowie – stwierdził jak gdyby nigdy nic. – Mikan mówi do mnie, bardzo cierpi. Muszę do niego zajrzeć, inaczej nie zazna ulgi.
– Nie pierdol, trzeba uciekać! – warknął Jurko i przytrzymał Longinusa za ramiona. Chudy mężczyzna, wciąż nie otwierając oczu, chwycił krępujące go ręce Jurka i szarpnął potężnie, odciągając je. Jednocześnie wbił kolano w krocze rabusia, posyłając go na deski podłogi w srogim bólu.
Longinus wyciągnął przed siebie ręce, jak ślepiec wyszukujący drogę, po czym ruszył w kierunku obracającego się cylindra pełnego zmielonych szczątków. Jego palce zetknęły się z zimnymi palcami rąk służących chwilowo Mikanowi; martwe członki zacisnęły się na przegubach Longinusa. Kolejne ręce wynurzyły się z krwawej mazi, dwie pary – w sumie sześć ramion przytrzymywało brata Mikana, popychało go i wciągało głębiej pomiędzy rozwarte piersi sfinksa. W końcu ramiona sięgnęły karku Longinusa i z potężną siłą wepchnęły jego głowę w cuchnący szlam.
Jurko przyglądał się temu przez zasłonę łez; nie mógł nic zrobić, bał się podejść do szamoczącego się i najwyraźniej topiącego się w mazi Longinusa. Chwycił swój miecz i zaczął się wycofywać w kierunku drzwi, nie spuszczając oka z umierającego powoli brata Mikana.
W końcu Longinus przestał walczyć i znieruchomiał. Jurko przełknął ślinę, która zwilżyła zaschnięte ze strachu gardło, przez chwilę panowała cisza. Potem nagle ramiona oplatające Longinusa puściły jego ciało i cofnęły się; cztery ręce zanurzyły się z powrotem w plugawym szlamie. Jedna z dwóch pozostałych zdjęła srebrną maskę z twarzy Mikana, która zastygła w pośmiertnym skurczu, po czym założyła ją – z pomocą drugiego ramienia – na twarz Longinusa.
Brat Mikana wyprostował się i odwrócił – teraz ziejące mrokiem dziury spoglądały spod srebrnych brwi na Jurka. Ciało Longinusa zrobiło kilka korków – zatrważająco sprężystych, znaczących zwinność i szybkość – i podniosło z podłogi długi, ciężki miecz, należący do chudego mężczyzny.
Longinus podniósł dwa palce i przyłożył je do kości policzkowych maski, tak że wskazywały puste oczodoły, za którymi falowało groźnie morze ciemności.
– Zobacz – zwrócił się do Jurka. – Ktoś zjadł moje oczy.
Jurko nie zaśmiał się z ponurego żartu, tym bardziej, że Longinus rzucił się na niego, tnąc zza głowy długim ostrzem. Jednooki uniknął ciosu, przemknął pod ramieniem przeciwnika i wyrżnął go przy okazji łokciem pod żebra. Taki cios zapewniał osłabienie przeciwnika przez spowodowanie skurczu mięśni i zmniejszenie wydajności jego płuc, lecz na Longinusie nie zrobił wrażenia – cokolwiek kryło się teraz pod srebrną maską, nie oddychało.
Jurko przekręcił się na pięcie, tnąc z obrotu, lecz Longinus sparował jego cios i po chwili to Jurko musiał się bronić przed gradem morderczych uderzeń. Longinus zaczął go spychać niebezpiecznie blisko sfinksa, z którego trzewi ponownie wynurzyła się szóstka ramion, i wyciągnęła łapczywie do przodu, gotowa chwycić jednookiego rabusia, gdy tylko podejdzie zbyt blisko.
Jurko dostrzegł jednak niebezpieczeństwo, odbił kolejny cios i rzucił się na nogi Longinusa, przewracając go. Następnie kopniakiem wytrącił mu miecz z ręki i usiadł chudzielcowi na piersi. Z ogniem w oczach wzniósł miecz ostrzem do góry, po czym wbił go w oczodół pozbawionej wyrazu srebrnej maski.
To było tak, jakby wetknął ostrze w głęboki dołek. Jurko nie wyczuł pod nim ciała, tylko przestrzeń. Cienkie ostrze zagłębiło się aż po jelec w mroku ziejącym w oczodole maski. Jednooki pojął szybko, że w ten sposób nie wyrządzi przeciwnikowi żadnej krzywdy, wyszarpnął więc miecz i wbił go ponownie – tym razem tuż pod brodę maski, w gardło Longinusa.
Chudy mężczyzna kopnął odruchowo, z rozciętej grdyki popłynęła powoli gęsta krew – serce Longinusa najwyraźniej nie biło już od jakiegoś czasu.
Jurko już miał wypuścić miecz z oblepionych zimnym potem dłoni, kiedy za jego plecami rozległ się dziki wrzask. Rabuś stoczył się w panice z ciała przeciwnika i zobaczył, jak trzy głowy jego byłych kompanów – Angasta, Mikana i Kaela – krzyczą rozpaczliwie, widząc klęskę swego dopiero co zwerbowanego gladiatora. Sześć męskich ramion młóciło wściekle mięsną miazgę, wypełniającą plugawy cylinder, rozchlapując cuchnącą zawartość po podłodze i ścianach skarbca.
– Sami to zrobimy! – krzyczały głowy jednocześnie, równo jak głosy w chórze. – Sami go zabijemy!
Ramiona na sekundę znieruchomiały, po czym, z budzącym mdłości mlaśnięciem, wystrzeliły z cylindra. Jurko wrzasnął, widząc, że tam, gdzie kończyłyby się ramiona każdego normalnego człowieka, plugawe ręce sfinksa miały kolejny staw – sprzeczny z naturą drugi łokieć – a za nim następną część ramienia, łączącą się z kolejną trzecim łokciem. Upiorne ramiona, przypominające wijące się macki, opadły na podłogę, a z krwawej mazi wyłaniały się ich kolejne łokcie, jakby ręce sfinksa nie miały końca. Sześć dłoni wbiło paznokcie w deski podłogi i zaczęło z zatrważającą szybkością pełznąć w kierunku Jurka.
Mężczyzna wrzasnął i ciął mieczem, oddzielając jedną z dłoni od nadgarstka. Piątka pozostałych zwinęła się w pięści i zaatakowała; ich kłykcie wyżłobiły głębokie szramy w kamieniu, kiedy Jurko schylił głowę, unikając lawiny morderczych ciosów. Mężczyzna przemknął pod budzącymi odrazę cielistymi mackami, połączonymi kilkunastoma łokciami i sięgającymi od sfinksa aż na drugi koniec skarbca, i rzucił się do drzwi. Ręce pomknęły za nim, szybciej niż Jurko był w stanie biec. Mężczyzna ciął na oślep za siebie, licząc, że zrani i spowolni swego wroga, lecz gdy odwrócił się na sekundę, ze zdziwieniem stwierdził, że plugawe ramiona przestały go ścigać. Ręce sfinksa zatrzymały się tuż przed wąską kreską światła, padającego na podłogę przez wysokie okno, umieszczone w ścianie skarbca.
– Za jasno! Za jasno! – wrzasnęły chóralne głosy, a na twarzach byłych kompanów Jurka odmalował się wyraz bólu.
Jurko nie wahał się ani chwili dłużej, wpadł w drzwi, uważając, by nie przekroczyć przypadkiem linii światła, po czym zbiegł na złamanie karku po krętych schodach, odprowadzany wściekłym wrzaskiem:
– Dopadniemy cię! W nocy umrzesz! Nie uciekniesz!
Jednooki rabuś nie myślał czekać do nocy. Jurko wypadł z klatki schodowej, łączącej lewe skrzydło zamku Karmenowów ze skarbcem i czającym się w nim koszmarem, przemknął przez opustoszałe korytarze do głównego holu warowni, kilkoma susami pokonał kryte dywanem schody. Gdy gnał przez przepastną komnatę, drogę oświetlały mu blednące promienie słońca, wpadające przez wielką rozetę.
Rabuś wpadł do wieży bramnej i zatrzymał się przed potężnymi zamkowymi wrotami, na których wisiały poskręcane nienaturalnie ciała czterech włóczęgów. Przez chwilę się wahał, po czym uniósł miecz nad głowę i spuścił go na ramię mężczyzny, którego zwłoki blokowały mniejsze drzwi, umieszczone w prawym – patrząc od wewnątrz – skrzydle bramy. Mięso i kości ustąpiły pod ostrzem i ciało włóczęgi przechyliło się na bok. Jurko, utorowawszy sobie w ten sposób drogę do miejsca, w którym powinna znajdować się szczelina między drewnem a murem i zamek u drzwi, jęknął bezsilnie, widząc drugi raz tego dnia niezwykłe zjawisko – deski i kamień zrosły się, drzwi przestały być drzwiami, stały się jedynie fragmentem litej ściany, którą tworzyły zarówno mury, jak i potężne belki zamkowej bramy.
Zamek połknął drzwi, tak samo jak w kuchni – pomyślał zrozpaczony rabuś. Odwrócił się na pięcie i pognał do zamkowego salonu. Przypadł do okna i uderzył w szybę głowicą miecza – wiekowe szkło rozprysło się, miriady odłamków pokaleczyły Jurkowi twarz i zaplątały mu się we włosy. Mężczyzna chwycił kraty, ukryte za rozbitą szybą, po czym naparł na nie z całej siły. Żelazne pręty nie ustąpiły, jednak Jurko ponowił próbę i podwoił wysiłki. Gdy i dalsze starania zawiodły, mężczyzna zamachnął się znad głowy i uderzył w kraty mieczem – broń zadrżała mu w dłoni, ostrze z głośnym zgrzytem pękło tuż przy sztychu.
Jednooki przez chwilę patrzył tępo na okaleczony miecz, po czym odrzucił go na bok, zrobił krok do tyłu i oparł się o jeden z foteli, mających zapewne przydać pomieszczeniu uroku, w praktyce czyniących z zamkowego salonu ponurą galerię opuszczonych mebli – przybytek samotności, zaklętej w martwym kamieniu i zimnym palenisku. Rabuś osunął się na pokryte kurzem pufy, przez chwilę wpatrywał się we własne buty, po czym złożył twarz w dłoniach.
Z zamku najwyraźniej nie było wyjścia – poznikały drzwi, kraty w oknach najwyraźniej były twardsze od samych murów. Zmierzchało, a zgodnie z pogróżkami cuchnącego gnijącą krwią horroru, który krył się w trzewiach sfinksa, noc oznaczała dla Jurka śmierć.
Jednooki pozwolił sobie na kwadrans rozpaczania nad swym żałosnym położeniem, tragicznym losem kompanów, nad złotem, którego nie uda mu się zrabować, i znowu nad swoją beznadzieją sytuacją. Przez piętnaście minut bliski był pogodzenia się ze wszystkim, co miało go spotkać w ciągu najbliższych paru godzin – a potem pomyślał tak, jak często myśleli podobni mu awanturnicy, ludzie wykonujący pogardzany, lecz przecież niełatwy i wymagający hartu ducha zawód awanturnika i poszukiwacza skarbów: na przekór.
– Skoro nie mogę uciec, będę walczył – powiedział Jurko na głos, jakby chcąc w ten sposób samego siebie przekonać do karkołomnej decyzji. – Nawet jeśli nie wiem, jak to zrobić.
Ale od czego mam głowę? – zganił w myślach sam siebie. Przecież nie tylko do walenia z byka, jak Angast – świeć Sangozenie nad jego duszą. Mam ją od myślenia, i tym zawsze chełpiłem się w towarzystwie zbójnickiej braci!
Mężczyzna skupił się najpierw na wyrzuceniu z głowy natrętnych myśli o zbliżającej się śmierci, obrazów upiornych scen, których był świadkiem, widoku Longinusa w prostej, srebrnej masce na twarzy – oraz oczu tej maski, ciemnych jak wody podziemnych źródeł. Gdy odegnał od siebie niechciane fantazje, uspokoił się nieco i spowolnił oddech, skupił się na logicznym rozumowaniu.
W zamku Karmenowów dzieje się coś strasznego – myślał. Coś nienaturalnego i złego. Źródło tego koszmaru znajduje się najwyraźniej w skarbcu: to złoty sfinks, który pożera ludzi – a raczej wchłania ich i wykorzystuje jako przynęty. Sfinksa prawdopodobnie przebudził – uruchomił? – Angast, używając pokręteł umieszczonych na czole drugiej twarzy potwora, skrytej pod maską.
Ale potwór nie jest tak naprawdę potworem – to maszyna, pełna trybów i przekładni, z obracającym się w środku bębnem pełnym zwłok, choć zwłoki te wydają się przerażająco żywotne. Nie znam przeznaczenia tej maszyny, ale to, co uczyniła z Angastem, Mikanem i Kaelem – i z Longinusem, na moich oczach – świadczy o straszliwej mocy sfinksa i złych intencjach jego twórcy.
Kim jest twórca mechanicznego potwora?
Hrabia przecież wiedział o jego istnieniu. Czy to on go zbudował? A może zrobił to mityczny syn Karmenowa, Illam? Przecież sam hrabia potwierdził w rozmowie z Mikanem istnienie nieśmiałego panicza Illama, który kryje się w swoich komnatach przed obcymi.
Kto by nie był budowniczym sfinksa, o jego istnieniu musieli wiedzieć wszyscy domownicy, a z tego, co opowiadał w karczmie Bogdan, wynika, że szczególnie upodobał sobie tę diabelską maszynę Illam – to on dął w rogi potwora, strasząc wieśniaka; z pewnością też on wydobywał z machiny ten mrożący krew w żyłach dźwięk (muzykę?), kilkakrotnie napędzając stracha kompanom Jurka, kiedy już wdarli się do zamku.
Nie ulegało wątpliwości, że Karmenowowie wiedzieli o sfinksie i utrzymywali go w tajemnicy, być może też do czegoś wykorzystywali. Złoty potwór był ich rodzinnym sekretem, który ukryli w skarbcu razem z najcenniejszymi przedmiotami, i o którym nigdy nie dowiedział się żaden z ich plotkarskich poddanych. Jurko wiedział jednak z doświadczenia, że do każdej skrytki jest klucz, a każdy sekret – zwłaszcza taki, który absorbował uwagę i pochłaniał wiele energii, a mielący zwłoki sfinks w zamkowej wieży z pewnością spełniał oba warunki – miał swoją dokumentację.
Gdzieś w zamku musiały istnieć wskazówki tyczące przeznaczenia, mocy i możliwości zniszczenia sfinksa. Lecz gdzie?
W zamku nie było gabinetu, w zaciszu którego głowa rodu mogłaby załatwiać sprawy niezbędne do utrzymania rodzinnego sekretu – Jurko był bowiem pewien, że to hrabia Karmenow był głównym opiekunem sfinksa, powiernikiem tajemnic złotej bestii. Jednooki nie miał konkretnego powodu, by tak sądzić, poza znajomością otrewańskich obyczajów: w tej krainie kobiety nie decydowały o sprawach najważniejszych dla rodu, a jedynym mężczyzną w rodzinie poza hrabią był jego syn, Illam – którego nikt nigdy nie wiedział. Prawem starszeństwa to hrabia był głównym podejrzanym i zapewne sprawcą całego koszmaru, który wił się teraz i wrzeszczał dziko w zamkowym skarbcu.
Skoro hrabia nie miał gabinetu, w którym mógłby zapisywać obserwacje na temat sfinksa lub choćby dane ofiar bestii (by zapobiec ewentualnym problemom ze strony ich rodzin), albo nawet prowadzić dziennik, na którego karty zrzucałby z serca ciężar swego sekretu – to gdzie mógłby czynić podobne rzeczy?
Jurko uniósł głowę i spojrzał na drzwi do biblioteki, umieszczone w sklepionym łukowo portalu po jego lewej ręce.
Czy biblioteka, pełna zakurzonych ksiąg i woluminów, to dobre miejsce do pracy nad mrocznymi zadaniami hrabiego Karmenowa? „Ci przyjaciele nigdy mnie nie zawiedli”, powiedział o książkach hrabia w rozmowie z Mikanem, zgodnie z późniejszą relacją włamywacza. Bojar z pewnością spędzał w bibliotece wiele czasu…
Jurko nie miał pewności, czy skarb, którego szuka – prawda o sfinksie – ukryty jest między starymi pergaminami, lecz żaden lepszy pomysł nie przychodził mu do głowy.
Kilkoma krokami pokonał salon i pchnął drzwi. Podłoga biblioteki pokryta była zakrzepłą krwią członków rodziny Karmenowów – od czasu masakry, jaką zgotowali tym ludziom kompani Jurka trzy dni temu. Promienie słońca, z każdą minutą bledsze, wpadały do komnaty przez jedno wysokie okno – głównym źródłem światła był zapewne zwisający z sufitu drewniany żyrandol zapatrzony w kilka tuzinów świec o pracowicie oskrobanych z wosku knotach, gotowych do zapalenia. Ściany zastawione były regałami pełnymi kodeksów i pergaminów. Przy jednym z regałów stał fotel, na którym zginęła Mariszka Karmenowa, przy innym – drewniany pulpit. Jeśli jakikolwiek mebel w zamku nadawał się do intelektualnej pracy, jednooki właśnie go znalazł.
Jurko podszedł do drewnianego postumentu i zbadał mebel. Wykonany z prostej deski blat, zaopatrzony w stalowy uchwyt, służył zapewne do wygodnego układania czytanych ksiąg; pod nim znajdowała się obudowa, zapewne szafka, do której dostępu broniły skromnie rzeźbione drzwiczki, zamykane na klucz.
Jednooki już zaczął się zastanawiać, gdzie też może leżeć Mikanowy zestaw włamaniowy z wytrychem, kiedy uświadomił sobie, że jest w zamku jedynym człowiekiem i może darować sobie kurtuazję. Mężczyzna kopniakiem strzaskał drzwiczki i pochylił się nad zawartością szafki. Z bijącym sercem wydobył z niej i ułożył na blacie grubą księgę oprawną w zwierzęcą skórę, cieńszy kodeks z wybitymi na okładce literami, głoszącymi „Finanse”, oraz nożyk do papieru.
Jurko zajrzał najpierw do „Finansów”, a upewniwszy się, że notatnik wypełniają kolumny cyfr, odrzucił kodeks w kąt. Drążącymi z podniecenia palcami otworzył okładkę dużej, oprawnej w skórę księgi.
Na karcie tytułowej ktoś odręcznie napisał jedno słowo, opatrując je wspaniałymi zawijasami, godnymi prawdziwego arystokraty:
„Memoria”
Na następnej stronie widniał zaskakująco skromny podpis:
„Ignatius Gustavus Carmenov”
Serce zabiło mocniej w Jurkowej piersi, miał bowiem przed sobą to, czego istnienie wprawdzie przewidział, lecz w które w głębi ducha wątpił – pamiętnik hrabiego Karmenowa.
Jurko zaczął czytać, ciesząc się w duchu, że hrabia nie prowadził swych zapisków w starej mowie, ograniczając się jedynie do zapisania tytułu swego dzieła i własnego imienia w tym właśnie języku. Dialekt staronoliboński uchodził wprawdzie w całym prawowiernym świecie za piękną mowę władców, kapłanów, naukowców i artystów, jednak w dzikich ostępach Otrewanii jego znajomość wśród szlachty była nikła – na szczęście dla jednookiego rabusia.
Jurko napotkał jednak pewne trudności w odczytywaniu tekstu – nie tylko ze względu na fatalny charakter pisma wielmoży, ale też z uwagi na gwarę, którą posługiwał się w swym pamiętniku. Narzecze było tak starodawne, że jednooki miał miejscami problemy z odczytaniem znaczeń poszczególnych wyrazów, fraz, całych zdań. Mężczyzna już zaczął zachodzić w głowę, jak wsteczny trzeba mieć umysł, by silić się na tak przebrzmiałe sformułowania, kiedy nagle jedna z kart rozpadła mu się w palcach.
Jurko przez chwilę nie oddychał, bojąc się zniszczyć resztę bezcennych notatek. Najwyraźniej hrabia wcale nie silił się na stylizowanie języka – w czasach, gdy powstawały pierwsze zapiski w jego pamiętniku, zapomniana niemal gwara była w powszechnym użyciu.
Albo ten człowiek jest stary jak ten zamek, albo jego ojciec lub dziad nosili to samo imię, pomyślał Jurko, mając nadzieję, że pamiętnik nie okaże się śmieciem z minionej epoki, zupełnie nieprzydatnym w jego obecnej sytuacji.
Pierwsze stronice pamiętnika opowiadały historię młodzieńczych lat hrabiego Karmenowa – które ten przeżywał ponad dwieście wiosen temu. Ignacy, szumnie nazywający sam siebie Ignatiusem, prowadził hulaszczy żywot aż do czasu, kiedy ojciec – Gustaw – znalazł mu godną partię, córkę bojara, którego ziemie przylegały do włości Karmenowów. Ignacy ożenił się z Mariszką, lecz długo nie mieli dzieci. Dopiero po dwudziestu pięciu latach, kiedy para zaczynała już przekwitać, Sangozen pozwolił wreszcie Mariszce wejść w stan błogosławiony i urodzić córę, Ewę. Był to prawdziwy cud.
Albo to wyjątkowy zbieg okoliczności i imion, albo oni naprawdę mają po dwieście lat, pomyślał Jurko i natychmiast się poprawił – mieli po dwieście lat. Przeżyli dwieście wiosen z okładem, a potem spotkali nas.
Jednooki czytał dalej. Ignacy przejął schedę po ojcu, kiedy stary Karmenow umarł na ospę. Epidemia zebrała straszliwe żniwo, jednak Ignacy chwalił się w swym pamiętniku, że jego poddani nie chorowali, a to dzięki zaklęciu, które rzucił z pomocą pewnego wędrownego magika, podającego się za zbiegłego z odległego Kadnafaru kapłana. Jednocześnie Ignacy specjalnie pozwolił ojcu zachorować, by szybciej przejąć jego majątek, zaś z domniemanym kapłanem przestał się rozstawać.
Kawał był z ciebie skurwysyna, pomyślał rabuś. Magia była zakazana we wszystkich prawowiernych królestwach, a za bratanie się z pogańskim kapłanem, pochodzącym z kraju, w którym powszechne było ożywianie umarłych, karą nie była śmierć, lecz długoletnie tortury, po których koniec życia – ostateczny kres bólu – był nagrodą.
Ignacy, który po pogrzebie ojca przyjął jego imię i stał się Ignacym Gustawem, był okrutnym władcą. Gardził swymi poddanymi i nie żałował im batów ani stryczków; był dumny z wynalezienia trzeciej metody nabijania człowieka na pal i wkrótce ta forma zadawania śmierci stała się jego ulubioną.
Po trzydziestu latach okrutnych rządów – i pięciu od narodziny Ewy – hrabia doczekał się syna. Ponieważ Ignacy i jego żona byli już wtedy – jak na warunki otrewańskie – w podeszłym wieku, narodziny chłopca – Illama – stały się okoliczną sensacją, a dla Karmenowów powodem wielkiej radości: oto pojawił się długo oczekiwany dziedzic rodzinnej fortuny i wpływów. Jednak wkrótce na dom Karmenowów – czy raczej zamek – spadła straszna tragedia. Synek hrabiostwa zachorował na trąd; był to jedyny przypadek choroby, nie było mowy o kolejnej zarazie. Ignacy oszalał z gniewu i oskarżył swego najwierniejszego towarzysza, powiernika sekretów i doradcę, owego kadnafarskiego kapłana, o rzucenie klątwy na chłopca. Kapłan miał pragnąć śmierci Illama z prostego powodu: bał się, że prawowity syn hrabiego odziedziczy po nim wszystkie dobra, tymczasem od trzydziestu lat magik wkradał się w łaski Ignacego, by przejąć jego majątek w przypadku braku męskiego potomka hrabiego.
Kimkolwiek był naprawdę, kapłanem zbiegłym ze starożytnego królestwa czy zdolnym kłamcą i szarlatanem, długoletni towarzysz hrabiego Karmenowa został zabity przez upalowanie.
Tymczasem trąd zżerał ciało małego Illama – choroba postępowała powoli, minęły dwa lata, w czasie których chłopiec cierpiał męki, a jego rodzice rozpaczliwie szukali lekarstwa na jego przypadłość. Gdy najlepsi medycy nie pomogli mu, Ignacy zwrócił się w stronę magii, którą przecież kiedyś z sukcesami stosował. Zaczął żałować, że zabił swego kapłana, rozpoczął bowiem studia nad sztuką nekromancji, pozwalającą oszukiwać śmierć, praktykowaną ze szczególnym powodzeniem w odległym Kadnafarze. Ignacy wiązał z tą plugawą magią szansę na uleczenie Illama, lub przynajmniej wyrwanie go z objęć śmierci.
W końcu wiosną, sto pięćdziesiąt lat temu, Ignacy Gustaw Karmenow zostawił żonę, córkę i synka, i wyruszył w podróż na zachód, do pogańskich królestw. Powrócił po pięciu latach, wiózł ze sobą wiele skarbów, pięciu pomocników i kilka ogromnych skrzyń. Gospodarka tej części Otrewanii rozruszała się w owym okresie, bowiem Karmenowowie zaczęli na szeroką skalę zlecać mieszkańcom swych własnych oraz okolicznych włości liczne prace kamieniarskie, kowalskie, ciesielskie i tym podobne. Sprowadzono zza granicy architektów i złotmistrzów; wszystkim tym gorączkowym przygotowaniom przyglądała się z boku piątka cudzoziemców, przywiezionych przez hrabiego z jego dalekiej, lecz nie opisanej szczegółowo w pamiętniku, wyprawy.
Pomiędzy kartami księgi Jurko znalazł zapieczętowaną kopertę. Otworzył ją nożem do papieru i wyciągnął z niej plik pożółkłych kart. Słońce miało się już ku zachodowi, więc rabuś zdjął kilka świec z drewnianego żyrandola, przytwierdził je do pulpitu, przy którym czytał, i pozapalał; w drżącym blasku płomieni przyglądał się rysunkom umieszczonym na znalezionych w kopercie kartkach.
Były to plany machiny, którą kompania Jurka odnalazła na swoją zgubę w skarbcu Karmenowów, niemal półtora wieku po jej zbudowaniu. Plany sfinksa.
Ale nie tylko. Jurko znalazł też szkic zamku Karmenowów, bez baszty wznoszącej się dziś nad lewym skrzydłem głównego stołpu. Inna kartka zawierała plany budowy tej właśnie wieży, z uwzględnieniem posągu stojącego na środku komnaty.
Cała wieża jest specjalnie dla ciebie, pomyślał jednooki mężczyzna i przypomniał sobie drżenie ścian i ciepło desek pod stopami, które towarzyszyło jemu i Longinusowi, gdy szli na spotkanie ze sfinksem. Maszyna była większa i groźniejsza, niż obaj mogli wtedy przypuszczać.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Skarbiec wypełniało niskie, natrętne buczenie, podłoga emanowała ciepłem, wydobywającym z desek zapach zgnilizny.

Jakoś nie leży mi ten fragment zdania. Mam co do niego kilka propozycji:

"wydobywającego się z desek zapachu zgnilizny."
"oraz wydobywającym się z desek zapachem zgnilizny."


Cóż fabuła się rozwija, choć nieco koszmarna, ale mająca swój urok. Szkoda tylko, że większość, a raczej prawie cała grupka bohaterów nie żyje.
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
#3
Zgodnie z poprawką do regulaminu Art. 2, Pkt. 15, z mocą nadaną mi przez Admina, przesuwam temat do Kosza.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Obyczajowe Opowiadanie detektywistyczne bez jakiegokolwiek tytułu Mezaara 7 6,976 13-12-2013, 18:34
Ostatni post: Zojka
  I – nowe znajomości, nowy nauczyciel i... – opowiadanie EllieM631 19 11,185 14-11-2012, 14:46
Ostatni post: EllieM631
  Mesjasz – opowiadanie maciekbuk 5 3,764 03-06-2012, 20:24
Ostatni post: StuGraMP
  Romans Opowiadanie: RozPustka cziterr 7 4,107 01-10-2011, 22:12
Ostatni post: StuGraMP
  Obyczajowe W cztery oczy Trish 27 10,080 01-10-2011, 12:04
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości