Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy opowiadanie "Cztery noce. Noc druga"
#1
Dalsza część "Czterech nocy". Ta i dwie następne są dużo krótsze od pierwszej.
Gwoli wyjaśnienia dodam, że to jednak ciągle fantasy – jest świat fantastyczny, będzie trochę magii – choć wpadające w horror. Przynajmniej tak mi się wydaje; kim jestem, żeby ustalać ramy gatunków?

Noc druga: Tylko głupiec patrzy na palec


Mikan obudził się. Było mu zimno, choć leżał wciśnięty między śpiących głęboko Jurka i Longinusa, nieco dalej na lewo pochrapywał Kael, zaś charakterystyczny zapaszek z prawej strony zdradzał miejsce odpoczynku czwórki zapuszczonych właścicieli wozu. Ogień, który rozpalili w kominku w zamkowym salonie, gdzie poprzedniej nocy zginęła służąca Swietlana, wygasł.
Mikan chuchnął na próbę i skrzywił się, gdy jego oddech zmienił się w parę.
– Jest koniec lata, kurwa, no…! – szepnął do siebie, usiadł i roztarł zgrabiałe ręce. Mógł sobie być nawet środek lata, lecz tu, wśród grubych murów, których mieszkająca samotnie rodzina hrabiowska od lat nie ogrzewała, zawsze panował chłód.
Włamywacz wstał, uważając, by nie kopnąć przypadkiem żadnego ze swych towarzyszy. Przekroczył ostrożnie śpiących mężczyzn i wyszedł z salonu do głównego holu, mając nadzieję znaleźć coś do jedzenia w spiżarni.
W połowie drogi zatrzymał się. Rozejrzał. Wokół niego ziała mroczna otchłań ogromnej komnaty; trupioblade światło księżyca wpadało do holu przez ogromną rozetę. Wytarte arrasy, zdobiące ściany, skąpane były w cieniach, które – Mikan mógłby przysiąc – nadawały wyhaftowanym scenom wrażenie ruchu. Wysoko ponad głową włamywacza, w powiewach przeciągów, niczym koszmarne chmury falowały gęste, pradawne, obwieszone girlandami kurzu kotary pajęczyn.
Całość sprawiała upiorne wrażenie.
Oczywiście, Mikan nie bał się ani ciemności, ani pajęczyn – ani pająków! – ani księżyca. Jednak wszystko to razem…
… i to po tajemniczym zniknięciu Angasta...
… wszystko to razem przyprawiało go o dreszcze. Gdy przypomniał sobie, co jeszcze – poza dawno zgniłym jedzeniem – leży w spiżarce w głównym holu, Mikan zupełnie stracił apetyt. Odwrócił się na pięcie, mając zamiar wrócić do salonu i spróbować znowu zasnąć, kiedy usłyszał charakterystyczny zachrypnięty baryton Angasta:
– Mikan! Tutaj jestem!
Włamywacz zbladł i gdyby nie wieloletnia praktyka powstrzymywania krzyku, którą odbył w czasie niebezpiecznych nieraz włamań do domów niebezpiecznych nieraz ludzi, Mikan wrzasnąłby – a w tamtej chwili był pewien, że byłby to wrzask godny nadobnej panienki.
Mężczyzna jednak ugryzł się w język i obrócił szybko, by zlokalizować miejsce, z którego dobiegał głos.
– Angast! – zaszeptał gniewnie. Sam nie wiedział, czemu szepcze. – Szukaliśmy cię cały wieczór! Jaja sobie robisz, ty chuju złamany? Wyłaź natychmiast!
– Chodź tutaj! Znalazłem coś!
Głos osiłka dobiegał zza drzwi po drugiej stronie holu, naprzeciw wejścia do salonu. Znajdowały się za nimi piwnice i lochy, w których po południu Longinus i Kael szukali skarbów, a wieczorem Angasta.
Mikan przeszedł przez hol i stanął przed drzwiami. Nie otworzył ich jednak. Dziwiąc się samemu sobie, zamiast wpaść do pomieszczenia, stanąć przed Angastem i powiedzieć parę cierpkich słów o jego matce, włamywacz przyłożył ucho do desek. Nasłuchiwał, lecz żaden dźwięk nie dobiegał od strony piwnic.
– Jesteś tam? – zapytał.
– Jestem! Chodź, znalazłem coś!
– Co znalazłeś, Angast?
– Sam zobacz. Chodź!
Głos był Angasta, lecz złe przeczucia i niewytłumaczalny lęk wypełniały Mikana po sam czubek głowy. Wytłumaczalny lęk, poprawił się w myślach włamywacz, zupełnie wytłumaczalny. Mroczny zamek, zwłoki w spiżarce, głupie żarty tego złamanego chuja Angasta – to wszystko wytrąciło mnie z równowagi, myślał. Ale dość tych gierek.
Mikan pchnął drzwi i wszedł do długiego korytarza, łagodnie opadającego w dół, po obu stronach którego w ciemnych wnękach tkwiły zakratowane drzwi do cel. Na drugim końcu sklepionego łukowo kamiennego tunelu, wilgotnego i lodowato zimnego – jak uzmysłowił sobie Mikan, kiedy kłąb pary z własnych ust przesłonił mu na chwilę widok – stał Angast. Mikan widział tylko jego plecy; osiłek trzymał w wyciągniętej na bok ręce świecznik, który rzucał na ściany lochu drżące plamy światła. Włamywacz zmrużył bystre oczy i dostrzegł z tyłu głowy Angasta coś dziwnego, jakby zaplecione misternie na jego karku druciki, sięgające nad uszami i biegnące wzdłuż skroni w stronę twarzy.
– Angast? – powiedział na próbę Mikan, a jego głos zabrzmiał tak głucho, jakby mówił do wnętrza pustego słoja.
– Chodź, zobacz! – zawołał Angast z entuzjazmem, który zupełnie nie pasował do jego nieruchomej, sztywnej postawy. – To wspaniałe!
– Co jest takiego wspaniałego w kawałku ściany? Odwróć się do mnie. Czy ty… czy masz coś na głowie?
– No, mam.
– Po co ci te druty z tyłu?
– Żeby nie spadło.
Angast odwrócił się powoli, a Mikan poczuł, jak włosy na głowie i karku jeżą mu się jak wściekłemu kotu. Jednak nie czuł gniewu, lecz strach, ponownie irracjonalny, ale jak dla Mikana wystarczająco cholernie podstawny.
Angast miał na twarzy maskę, tę właśnie, która tak przypominała zasłony używane przez trędowatych wielmożów. W świetle kończącego się powoli dnia, w skarbcu, wyglądała niewinnie, jednak teraz wyraz zaklętej w srebrze twarzy spowodował, że serce stanęło włamywaczowi w gardle.
Rysy maski nie zmieniły się, to nie to; Mikanowi dobrą chwilę zajęło uświadomienie sobie szczegółów, które jego organizm zarejestrował wcześniej niż świadomość i zareagował na to pierwotnym lękiem. Tym, co tak przerażało mężczyznę i przywoływało głosik, który gdzieś z tyłu jego czaszki wrzeszczał, by uciekać, były oczy i usta maski dla trędowatych.
Nie było w nich widać oczu Angasta ani ust Angasta. W ogóle nie było w nich widać ciała – trzy otwory ziały czernią, jakby to były studnie, wydrążone tunele, prowadzące w głąb innego świata.
Pod maską musiało być coś zupełnie innego, niż stary, poczciwy Angast.
Mikan pisnął cicho, odwrócił się gwałtownie i rzucił na drzwi, które jednak najwyraźniej zamknęły się, kiedy wszedł do lochu. Włamywacz nacisnął rozpaczliwie na mosiężną klamkę, lecz drzwi nie ustąpiły.
Zamknięte! – wrzasnęło coś w jego głowie, prawdopodobnie instynkt włamywacza, gdyż zaraz potem krzyknęło: Otwórz nożem!
Mikan sięgnął do paska i wyciągnął ze sprytnie umieszczonej w nim saszetki swój długi nóż. Ręce mu drżały, więc przez sekundę skrobał ostrzem drewno przy zamku, nim wreszcie trafił. Rozległ się metaliczny brzęk.
Mikan rzucił przez ramię szybkie spojrzenie. To podkute buty Angasta brzęknęły o kamienną posadzkę; rębajło ruszył się wreszcie z miejsca, i zaczął iść w kierunku Mikana. Włamywacz ponownie, z powodu drżenia dłoni tracąc wiele z wrodzonej precyzji, spróbował wsunąć ostrze do dziurki zamka, lecz ponownie rozległ się metaliczny brzęk.
Co jest, kurwa?, pomyślał, po czym w świetle niesionego niespiesznie przez Angasta świecznika dostrzegł przyczynę owego brzęknięcia – w zamku nie było dziurki, nóż uderzał w lity metal.
Zamek bez dziurki, pomyślał Mikan tępo. Nie mogłem tego nie zauważyć. Musiała być dziurka. Teraz zniknęła.
Włamywacz odwrócił się i spojrzał w dwie bezdenne przepaście, otwierające się w miejscach, gdzie w masce trędowatych powinny znajdować się oczy Angasta. Osiłka od Mikana dzieliły może cztery metry.
Mikan nie tracił więcej czasu, rzucił się do najbliższej wnęki, żywiąc szaleńczą nadzieję, że drzwi celi są otwarte. Były. Włamywacz szarpnięciem otworzył je, po czym zatrzasnął za sobą. Padł na kolana, by lepiej widzieć zamek, po czym wetknął ostrze swego noża do dziurki od klucza, która po bożemu była na swoim miejscu.
Teraz należało się uspokoić. Należało się skupić.
Mikan wsłuchał się w zamek. Był prosty. Podważył dwie stalowe igiełki, które oczyma wyobraźni widział wyraźnie, skryte we wnętrzu zamka. Zapadki poszły w ruch i zamek zamknął się w chwili, w której Mikan stracił go z oczu – cela zatonęła w cieniu, jaki rzuciło na nią muskularne ciało Angasta, który stanął przed kratą. Włamywacz, pokwikując ze strachu, na czworakach cofnął się w głąb celi. Pomieszczenie było skandalicznie ciasne, lecz szczęśliwie oddzielone od korytarza grubymi kratami, których Angast w swojej diabelskiej masce nie mógł przekroczyć.
Mimo to spróbował. Osiłek wsunął dłoń między kraty, jego ramię utknęło jednak na wysokości bicepsa między stalowymi prętami. Mikan niemal wcisnął się w przeciwległą ścianę, rozczapierzone palce Angasta zaciskały się i rozwierały w powietrzu, może trzydzieści centymetrów od czubka nosa włamywacza.
– Musisz się zbliżyć – stwierdził Angast pogodnym tonem. – Nie dosięgnę cię tak.
– Spierdalaj! – zawołał Mikan histerycznie, po czym nabrał powietrza w płuca i ryknął: – Pomocy! Kurwa, ratujcie mnie! Jestem w piwnicy!
– Chyba cię nie usłyszą. – Angast kucnął, tak że dwie otchłanie, wyżłobione w masce jako bluźniercza kpina z ludzkich oczu, znalazły się na wysokości czoła Mikana. – To grube drzwi, a hol jest bardzo duży. Pewnie zauważyłeś.
– Ratunku! Boże! Pomocy! Ciebie popierdoliło, Angast!
– Mnie popierdoliło? To ty zamknąłeś się w lochu, wrzeszczysz histerycznie, a ja nawet nie ma broni. To ty masz nóż, pamiętasz? Ja nie ma broni.
Mikan zamilkł i zmarszczył brwi. Ciężko mu się myślało.
– Masz tę maskę – wybełkotał, język plątał mu się ze strachu. – I zabrałeś dziurkę od klucza.
– I mówisz, że to ja jestem popierdolony. – W głosie Angasta słychać było satysfakcję. – Oj, Mikan, Mikan. Źle z tobą.
Ramię osiłka przesunęło się o centymetr między kratami; Mikan z cichym kwikiem wcisnął się jeszcze mocniej w ścianę celi.
– Odejdź! – zawołał. – Zostaw mnie! Nic ci nie zrobiłem!
– Skąd wiesz, kim jestem?
Mikan zamrugał. Angast wskazał na swoją twarz.
– Widzisz? Mam maskę. Dzięki niej nie wiesz, kim jestem. Jeśli tego nie wiesz, to skąd ta pewność, że nic nigdy mi nie zrobiłeś?
– Jesteś, kurwa, Angast, złamany chuj!
Maska trędowatych przekręciła się delikatnie w prawo, potem w lewo, w niemym przeczeniu.
– Nie.
Palce Angasta zwinęły się w pięść, tylko jeden, wskazujący, mierzył oskarżycielsko w Mikana.
– Zabieraj, kurwa, palec! Zabieraj go!
– Palcem nie poderżnę ci gardła, prawda?
– Zabieraj go!
– Żaden Angast nie ma takiego paznokcia, żeby poderżnąć nim komuś gardło, mam rację?
– Ujebię! – Mikan machnął rozpaczliwie swym nożem. – Ujebię ci palec! Zabieraj go!
Palec Angasta ciągle mierzył między oczy włamywacza, Mikan doszedł więc do wniosku, że dalsze groźby mijają się z celem i ciął. Nóż wszedł głęboko w dłoń zamaskowanego mężczyzny, rozciął ciało pomiędzy palcem wskazującym a środkowym, doszedł aż do ptasich kosteczek śródręcza, zatrzymując się na nich. Mikan z bojowym okrzykiem wyszarpnął ostrze, ciemna krew bluznęła z rany. Angast cofnął dłoń i przyjrzał się jej uważnie przy świetle świecznika, który postawił obok siebie na kamiennej posadzce. Kończyna była niemal rozpołowiona.
– Nie rzucasz słów na wiatr, Mikan – powiedział cicho zamaskowany. – Ale nie do końca, jak to ująłeś, ujebałeś mi palec, raczej go nadciąłeś.
Angast chwycił swój palec wskazujący i szarpnął mocno. Z obrzydliwym plaśnięciem skóra pomiędzy nim a kciukiem pękła, a palec wysunął się z dłoni jak papieros z paczki. Jednak nie spadł na podłogę. Za wyrwanym stawem wyrastała następna, okrwawiona kość.
– O kurwa – szepnął Mikan zbielałymi wargami.
Angast znowu szarpnął i wyrwał nadprogramową kość; za nią była następna. Teraz palec wskazujący osiłka składał się nie z trzech, lecz z pięciu paliczków; niemal komicznej długość, palec zwisał smętnie z okaleczonej dłoni.
Angast uniósł głowę i łagodne oblicze diabelskiej maski znalazło się na powrót na wysokości twarzy Mikana.
– Zdziwiony? – mruknął osiłek. – Zobacz teraz.
Ponowne szarpnięcie ukazało szóstą kość, potem siódmą. Następnie, wbrew nadziei Mikana, że oszalały rębajło chce go tylko nastraszyć, Angast poruszył swym nowym, groteskowym palcem. Włamywacz nie mógł już cofnąć się jeszcze bardziej w głąb celi.
Krew skapywała z odsłoniętych kości i mięsa, z których składał się nowy palec Angasta. Cuchnęła.
– Jak sądzisz? – zapytał Angast głosem tak głuchym, jakby mówił do wnętrza trumny. Jego palec niczym ohydna macka zawinął się na swych licznych stawach wokół jednej z grubych krat. – Dosięgnę cię teraz, czy jeszcze nad nim popracować?
● ● ●
Kael miał dziwny sen. Biegł przez las, uciekał przed parą ogromnych butów z zębami. Jego ognista grzywa powiewała na wietrze, nasiąkając zapachem żywicy i piżma.
A potem się obudził.
– Ależ miałem popieprzony sen! – jęknął sam do siebie i złapał się za głowę.
Dzięki temu zorientował się, że nie ma włosów.
Dotyk gładkiej skóry na głowie spowodowałby niechybnie, że włosy stanęłyby Kaelowi dęba – gdyby ciągle je miał, oczywiście. Niedowierzając własnemu zmysłowi dotyku, Kael raz jeszcze przejechał dłonią po czaszce, a potem przejechał po niej obiema dłońmi. Ciągle nie do końca rozumiejąc, co się stało, rozejrzał się dookoła. Przez wąskie okno do zamkowego salonu wpadały promienie słońca, ciągle chłodne, poranne. Obok Kaela spali Jurko i Longinus – zniknął gdzieś Mikan i cała czwórka włóczęgów.
Kael potrząsnął ramieniem Jurka.
– Porcelanowy! Obudź się!
– Spierrmmmm… daaaalooajjj… – wymruczał rabuś.
– Obudź się i spójrz na mnie!
– Już się na ciebie dość napatrzyłem…
– Musisz sprawdzić, czy mam włosy!
Oryginalność prośby nie pozwoliła dalej spać Jurkowi, który otworzył oczy i spojrzał na swego towarzysza. A potem otworzył oczy jeszcze szerzej.
– O kurwa, gdzie twoje włosy?!
– Zajebali mi włosy – wyszeptał Kael. Jeszcze raz pogładził się dłońmi po gładkiej głowie; jego twarz poszarzała, gdy nieodwołalność faktu spadła na niego jak polujący sokół na myszoskoczka. – To te brudasy. Dopadnę ich!
– Spokojnie, Kael, gdzie jest reszta…?
– Zajebię! Na kawalątki porąbię!
– … reszta kompanii? Gdzie Mikan?
– Czemu rudy wrzeszczy? – zapytał Longinus, siadając niemrawo, gwałtownie obudzony pogróżkami Kaela. – I czemu nie ma włosów?
Kael zerwał się z podłogi i dobył swego miecza – cienkie ostrze zalśniło jak samo słońce w promieniach światła sączących się przez brudną szybę. Mężczyzna machnął wściekle bronią, tnąc ze świstem powietrze; lewą dłoń ciągle przyciskał do swej oszpeconej głowy. Ruszył w kierunku drzwi do głównego holu.
– Znajdę ich i pozabijam, brudasów, kurwich synów… – syczał z wściekłością. Jurko pośpiesznie wstał i pobiegł za nim; zatrzymał Kaela tuż przy drzwiach, łapiąc go za ramię. – Czekaj, do cholery! – warknął. – Głupi jesteś? Po co czterech włóczęgów miałoby golić ci głowę? W środku nocy?
– Ogolili i uciekli ze złotem… – Kael zamrugał, uzmysłowiwszy sobie kruche podstawy takiej teorii.
– Uciec mogli – potwierdził Jurko i, ciągle trzymając dłoń na ramieniu Kaela, poprowadził go przez hol do wieży bramnej. Otworzył mniejsze drzwi w skrzydle wrót z pomocą klucza, który Mikan odebrał Horacemu, po czym ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Zmrużył oczy, przyzwyczajone do półmroku panującego w zamku Karmenowów.
Przed bramą wóz czwórki obdartusów stał tak, jak go zostawiono – na krytej płachtą pace stało kilka skrzyń z kosztownościami. Nieopodal stała Aleksis, pasąc się na kępie trawy porastającej pobocze stromej ścieżki prowadzącej z lasu do warowni.
– Zostawili wóz – stwierdził Kael ze zdziwieniem. – Więc gdzie są? Pewnie kryją się w zamku, kurwie syny…!
– To wszystko jest bardzo podejrzane, Kael – stwierdził Jurko poważnie, wzmacniając uchwyt na ramieniu impulsywnego towarzysza. – Chyba nie myślisz, że ci czterej śmierdziele zgolili ci włosy dla żartu, a teraz kryją się w jakiejś szafie i chichoczą? I gdzie jest Mikan? Nie było go, jak się obudziłeś, prawda?
– Nie, zresztą zaraz potem zbudziłem ciebie… Jeśli to nie ci od wozu, to kto mnie tak urządził?
Jurko zasępił się.
– Być może będziemy musieli na powrót uwierzyć w istnienie ostatniego członka rodu Karmenowów, Illama.
Mężczyźni wrócili do głównego holu, gdzie czekał na nich Longinus.
– Nie mogę znaleźć brata – stwierdził. – Wołałem, ale nie odpowiada.
– A brudasy? – zapytał Jurko.
– Także ani śladu.
– Będziemy ich szukać, tak jak Angasta – zarządził jednooki rabuś. – To wszystko bardzo mi się nie podoba.
– A jak kurewsko mnie się nie podoba! – krzyknął Kael i strząsnął z ramienia dłoń Jurka. – Każdy mój stracony włos będzie dla nich oznaczał dźgnięcie prosto w dupę!
Kael uniósł miecz w groźnym geście, zapewne znowu chcąc przeciąć powietrze w bezsilnej złości, lecz Jurko powstrzymał go, chwytając tym razem za przegub.
– Zaczniemy od biblioteki, potem obejdziemy cały parter i… Na ręce też nie masz włosów, Kael.
– Co? – Jurko puścił przegub mężczyzny, by ten mógł mu się samemu przyjrzeć. Skóra na ręce poszkodowanego była gładka jak ta na jego głowie. Kael szarpnął w górę rękaw koszuli i zbadał sobie przedramię – ani włoska.
Trzej mężczyźni wymienili zdumione spojrzenia.
Kael bez ceremonii wepchnął sobie dłoń w spodnie. Zdumienie na jego twarzy mogłoby być komiczne, gdyby stanowiło część dobrze zagranej pantomimy, nie zaś efekt absurdalnej sytuacji.
– Tego już, kurwa, za wiele – szepnął poszkodowany po kilkusekundowym badaniu. – Nie mam włosów. Nigdzie.
– Przynajmniej zostawili ci brwi – zauważył usłużnie Longinus.
– Pierdol się.
– Zostało nas trzech, więc lepiej się pośpieszmy. – Jurko omiótł ogromną komnatę niespokojnym wzrokiem. – Rozdzielimy się, inaczej nie zdążymy przeszukać całego zamku przed zmierzchem…
– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – Kael wskazał wymownie na swoją głowę. – Ktokolwiek to zrobił, musi świetnie posługiwać się brzytwą, a przy tym jest niesłyszalny. Jeśli zniknięcie naszych czterech cuchnących kompanów to również sprawka tej samej osoby, lepiej żebyśmy byli razem, gdy natkniemy się na nią w zamku.
– To musi być niezły szaleniec – mruknął Longinus, a na jego twarzy odmalował się wyraz ponurej satysfakcji. – Ja nigdy nikogo nie ogoliłem.
– Zjadanie oczu jest jednak bardziej chore od strzyżenia jaj – rzucił wściekle Kael. – To jak, idziemy kupą czy osobno?
Jurko podjął decyzję.
– Kupą, co trzej mordercy to nie jeden. Zabierzmy się do pracy.
● ● ●
Poszukiwania Mikana i czwórki właścicieli wozu, podobnie jak próby odnalezienia Angasta poprzedniego dnia, nie odniosły skutku. Jurko, już-nie-rudowłosy Kael i Longinus zdołali wprawdzie przeszukać jedynie dwa skrzydła zamku – do lewego dotarli tuż przed zapadnięciem nocy i żaden z mężczyzn nie miał ochoty zapuszczać się w mroczne korytarze – jednak całodzienne nawoływania, których echo rozchodziło się po całej budowli i które nie znalazły żadnego odzewu, jednoznacznie świadczyły o tym, że albo piątka zaginionych opuściła zamek, albo nie odpowiadała na krzyki, bo była martwa.
– Illam mógł też zakneblować ich i gdzieś ukryć – podsunął Longinus. Choć nigdy nie był lubiany przez swych kompanów, teraz budził ich współczucie: w poszukiwania brata wkładał serce i wszystkie siły, wykazując się niespotykaną dotąd u niego inicjatywą.
– Wrzeszczeliśmy cały dzień – stwierdził Jurko. – Musieli nas usłyszeć. Jutro przeszukamy lewe skrzydło i znajdziemy wszystkich.
– Wątpię – mruknął Kael od nosem. – Kiedy szukaliśmy Angasta, obeszliśmy cały zamek i gówno znaleźliśmy. Może powinniśmy się stąd wynieść?
Jurko i Longinus wymienili spojrzenia.
– Musimy znaleźć Mikana – stwierdził jednooki stanowczo. – No i nie możemy zostawić tego całego złota. Spakowanie go we trzech zajmie nam przynajmniej cały jeden dzień.
– Za część łupu kupisz sobie najlepszą perukę – podpowiedział Longinus.
– Może i prawda – stwierdził niechętnie Kael. – Ale tej nocy musimy wystawić warty.
– Dobry pomysł – przyznał Jurko. Stali w głównym holu i ostatnie promienie zachodzącego słońca wpadały przez dziesiątki barwnych szybek wspaniałej rozety, odbijając się w łysinie Kaela. Widowisko mogłoby być zabawne, gdyby nie wydarzenia całego dnia, poranka, i jeszcze poprzedniego dnia, kiedy zniknął Angast.
Może naprawdę są tu gdzieś tajne komnaty, myślał Jurko. Mikan i inni mogli je odkryć przypadkiem i zatrzasnąć się w ich wnętrzu… Nie, to głupie. Więc co? Nawet jeśli Illam – zakładając, że naprawdę istnieje, ale chyba mamy na to coraz więcej dowodów – jest mistrzem w posługiwaniu się brzytwą, jak podprowadził Mikana i czterech brudasów sprzed naszego nosa, nie mówiąc o ostrzyżeniu całego ciała Kaela? Musiał ich czymś zwabić, ale czym? Złotem? Mamy go w bród w skarbcu na górze. Jedzeniem? Też go pełno w zamkowej kuchni, dawno nie jedliśmy tak dobrze. Może… kobiety?
Jurko przypomniał sobie słowa przerażonego włóczęgi, jego opowieść o Ewie, która przyniosła mu jabłko, choć przecież Angast zrobił na niej użytek ze swego noża kilka godzin wcześniej. Zaszlachtował ją jak prosiaka, by uniknąć zbędnych eufemizmów. Teoria Mikana była przekonująca, ale czy w świetle ostatnich wydarzeń myśl o istnieniu duchów nie stała się jakby… mniej absurdalna?
Nie takie rzeczy działy się na tej ziemi, Jurko całkiem nieźle znał historię ponurej Otrewanii. Nazwę swą kraj brał od miasta Otrew, to zaś miano pochodziło bezpośrednio od nazwiska rodu Otrewów, którego członkowie podobno żywili się ludzką krwią. Jurko tylko raz był w Otrewie, miasto zrobiło na nim wielkie wrażenie: dachy drewnianych domostw niemal stykały się nad wąskimi, krętymi uliczkami, które niczym rzeki wpadające do morza wychodziły na ogromny plac, pośrodku którego wznosiła się wspaniała, smukła katedra. Świątynia patrzyła na miasto okiem okrągłego witraża, zajmującego niemal połowę frontonu; olśniewającej rozety, na której – być może – wzorowany był witraż zdobiący główny hol zamku Karmenowów. Ponad miastem wznosiła się twierdza, wmurowana w zbocze góry. Nocą, kiedy światła chwiały się w oknach wolnostojących wież i gigantycznych komnat, wykutych w surowej skale, wpuszczonych głęboko w mrok góry i wspartych tuzinami kolumn, grubych jak najstarsze drzewa, siedziba władców Otrewu wyglądała jak przyczajona nad miastem bestia o tysiącu zmrużonych oczu. Jurko, który podziwiając ten widok miał dziewięć lat, natychmiast wyobraził sobie, że światła to nie okna izb zamieszkałych przez ludzi, lecz zagubione na górskim zboczu dusze umarłych – idący powoli w kierunku miasta legion lamii, potępionych wyjców, garnących się do ciepła i zapachu ludzkiej krwi.
Nie spał potem przez cztery dni, lecz na całe życie zapamiętał nocną panoramę Otrewu, miasta, w którym życie toczyło się przed wszystkim w świetle księżyca. Dlaczego mieszkańcy metropolii nie lubili słońca, pozostawało tajemnicą – nie jedyną, którą ludzie wiązali ze spowitą mgłami krainą lasów i gór.
– To kto pierwszy robi za stójkę? – Z zamyślenia wyrwał Jurka natrętny głos Kaela. – Ja mogę, pewnie i tak nie zmrużę oka.
– Dobrze. Obudź mnie po trzech godzinach, potem ja obudzę Longinusa.
Trzej mężczyźni wrócili powoli do zamkowego salonu – Jurko pogrążony w domysłach, Longinus przybity jak nigdy, a Kael łysy jak kolano.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Opinię o twojej pracy już ode mnie otrzymałeś, a ten kolejny fragment jest równie dobry jak poprzednie. Wyłapałem kilka błędów, których wypis masz poniżej:

Cytat:kim jestem, żeby ustalać ramy gatunków?

Jesteś autorem, to ty kreujesz fabułę, bohaterów, ich losy i wszystko inne co ich otacza. Autor, który nie wie w jakim gatunku pisze, tak na prawdę nie wie o czym pisze.

Cytat:którą odbył w czasie niebezpiecznych nieraz włamań do domów niebezpiecznych nieraz ludzi,

Powtórzenie.

Cytat:Wytłumaczalny lęk, poprawił się w myślach włamywacz, zupełnie wytłumaczalny.

Powtórzenie.

Cytat:Nie było w nich widać oczu Angasta ani ust Angasta.

Powtórzenie. "Nie było w nich widać oczu Angasta ani jego ust."

Cytat:Co jest, kurwa?, pomyślał, po czym w świetle niesionego niespiesznie przez Angasta świecznika, dostrzegł przyczynę owego brzęknięcia

Sądzę, że powinien się tu znaleźć przecinek.

Cytat:Angast kucnął, tak że dwie otchłanie, wyżłobione w masce, jako bluźniercza kpina z ludzkich oczu,

Wstawiłbym tu przecinek.

Cytat:To ty zamknąłeś się w lochu, wrzeszczysz histerycznie, a ja nawet nie mam broni.

Literówka.

Cytat:Ja nie mam broni.

Ponowna literówka. Czyżby celowa?

Cytat:w którym życie toczyło się przed wszystkim w świetle księżyca.

przed? a nie czasem przede :)

Pozdrawiam :peace:
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
#3
Zgodnie z poprawką do regulaminu Art. 2, Pkt. 15, z mocą nadaną mi przez Admina, przesuwam temat do Kosza.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Obyczajowe Opowiadanie detektywistyczne bez jakiegokolwiek tytułu Mezaara 7 7,408 13-12-2013, 18:34
Ostatni post: Zojka
  I – nowe znajomości, nowy nauczyciel i... – opowiadanie EllieM631 19 12,037 14-11-2012, 14:46
Ostatni post: EllieM631
  Mesjasz – opowiadanie maciekbuk 5 4,012 03-06-2012, 20:24
Ostatni post: StuGraMP
  Romans Opowiadanie: RozPustka cziterr 7 4,373 01-10-2011, 22:12
Ostatni post: StuGraMP
  Obyczajowe W cztery oczy Trish 27 10,907 01-10-2011, 12:04
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości