Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Horror Mijamy się
#1
Witam.

To moje pierwsze opowiadanie na tym forum, mam nadzieję, że się spodoba. Proszę o opinie.


Każdemu z was na pewno przydarzyła się sytuacja, o której nie chciałby pamiętać. Część z życia, której samo wspomnienie przywołane niezamierzonym komentarzem znajomego przenosi was w oka mgnieniu do chwili, za jaką dalibyście wszystko… by jej nie pamiętać. Być może prześladowano was w szkole, starsi „koledzy” z bezlitosnym uśmieszkiem na spuchniętych od ciągłych walk wargach, po raz kolejny tego samego dnia domagali się pieniędzy, wiedząc że ich nie macie. A za brak pieniędzy oczywiście należy się kara.
Niektórzy błądzą teraz myślami po zakamarkach pamięci, starając sobie przypomnieć sytuacje, które mam na myśli. Ale jeżeli musicie je sobie przypominać, to możecie uważać się za szczęściarzy. To oznacza, że udało się wam zapomnieć lub też po prostu nigdy nie spotkało was to, o czym wspominam.
Jak większość się pewnie domyśliła, nie piszę o szkolnych potyczkach z mięśniakami o drobne. Mam na myśli sytuacje, po których człowiekowi zostaje na umyśle rysa. Taka, której nie da się zatrzeć, wypełnić czy wypolerować. Ta rysa, niczym Rów Mariański, przecina ocean naszej świadomości i osobowości, nie dając o sobie zapomnieć i decydując o zachowaniu w ciągu reszty życia.
A do tych, którzy tego nie doświadczyli, którzy jeszcze nie rozumieją, o co mi chodzi: Bójcie się. Na was też przyjdzie pora. Dopadnie to was w najmniej oczekiwanym momencie i złapie w swoje szpony, z których choćby nie wiem jak chcielibyście, nie uwolnicie się. Czas leczy rany, ale nigdy nie do końca.
Moja historia zaczyna się w dniu moich dwudziestych czwartych urodzin. Od czterech lat mieszkam sam. Możecie uważać mnie za szczęściarza, który znalazł pracę i wyprowadził się od rodziców, ale nic z tych rzeczy. Byłem jedynakiem, a rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Pieniądze z ubezpieczenia nie wystarczyły na wiele i po dwóch latach musiałem szukać pracy. Znalazłem posadę jako pracownik Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania, miałem piękny pomarańczowy uniform, jednym słowem zostałem śmieciarzem. Marna stawka, wstawałem o czwartej trzydzieści, wydaje mi się, że śmiało mogę powiedzieć, iż życie mnie nie rozpieszczało.
Mieszkałem sam, w domu po moich rodzicach, bez krewnych i bez znajomych. Nigdy nie byłem typem łatwo nawiązującym znajomości i przez dziesięć lat miałem tylko jednego przyjaciela, który rok temu ożenił się i wyprowadził z miasta.
Nie miałem również pieniędzy na szkołę. W Polsce szkolnictwo oczywiście jest bezpłatne, nikt tylko nie myśli o tym, że trzeba jeszcze łożyć na tony kserówek, mieszkanie, jedzenie. Cóż, po prostu nie stać mnie było na to wszystko. Z moją pensją ledwo dawałem radę do pierwszego. Może ktoś z was pomyślał: możesz sprzedać dom i przenieść się na kawalerkę. Nie wiem czy to zrozumiecie, ale ja nie chciałem tego zrobić. Dom to było wszystko, co pozostało mi po rodzicach. To była wciąż żywa historia wszystkich wspaniałych chwil spędzonych z rodziną.
Tak więc postanowiłem, że nie sprzedam domu, dopóki nie będę miał innego wyjścia.
Poza tym, nie był to zwykły dom z nowoczesnego budownictwa, jakich teraz na pęczki. Był wyjątkowy. Miał już ponad osiemdziesiąt lat, jeszcze pradziadkowie mieszkali w nim ze swoimi dziećmi. Byłem czwartym pokoleniem zamieszkującym ten niewielki, jednopiętrowy domek, niektóre meble pamiętały jeszcze pradziadka Bronka i prababkę Halinę. Jedyna niedogodność wiązała się z tym, że stał na uboczu, niedaleko brzozowego lasku i nawet do najbliższego przystanku miałem piętnaście minut szybkim krokiem (do ostatniego przystanku na trasie w dodatku). Nie przeszkadzało mi to jednak, bo jak już wspominałem, nie jestem osobą towarzyską i nie mam żadnych znajomych, jednak nieraz dzięki wyboistej drodze i braku oświetlenia spóźniłem się do pracy.
Tak się właśnie złożyło, że dwudziestego czwartego maja, w dniu moich urodzin zaspałem. Nie było ciemno (w końcu maj to nie zima), ale szarówka o tej porze dawała się we znaki. Zaspany, co chwilę potykałem się na nierównej drodze i w efekcie dotarłem na przystanek tuż po odjeździe autobusu kursującego raz na pół godziny.
Pięknie, pomyślałem. Drugie spóźnienie w tym miesiącu, szef znowu mnie opieprzy. Od początku nie darzył mnie ani zaufaniem (to pewnie przez te ciągłe spóźnienia) ani przyjaźnią, ale przynajmniej mnie nie zwolnił. Dzień urodzin zaczął się więc wspaniale. Pomimo słońca wspinającego się coraz wyżej po niebie okolica wcale się nie rozjaśniała. Dokoła panowały wszystkie odcienie szarości odbijając się na asfalcie i tańcząc pomiędzy drzewami. Nie miałem ochoty tego oglądać, ale nie miałem wyboru. W okolicy nie było nic oprócz drogi i drzew, na czym można by było zawiesić oko. Dodatkowo zaczęła wokół mnie gęstnieć mgła. Biorąc pod uwagę szary krajobraz, niezbyt przyjemne to uczucie: bycie otaczanym przez wilgotny opar niosący zapach stęchlizny i deszczu. Po chwili niebo w całości zakryły chmury i zaczęło mżyć. Przystanek to oczywiście nie była budka z daszkiem, tylko słupek ze zdartym rozkładem jazdy, który sam obskubywałem z nudów czekając na autobus.
Chcąc, nie chcąc, stałem więc w deszczu, moknąc i wciskając ręce w kieszenie kurtki, która w żadnym razie nie mogła być nazwana przeciwdeszczową. Po chwili mżawka zamieniła się w wiosenny deszcz, a po kilku minutach stałem przemoczony do majtek w ulewie stulecia. Nie oglądając się przebiegłem przez ulicę i stanąłem pod drzewami. Brzozowe gałęzie nie stanowiły wyszukanej kryjówki, ale zapewniały przynajmniej niewielką osłonę przed wodą. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że głębiej lasu deszcz nie pada tak jak tutaj, wszedłem więc pomiędzy drzewa, starając się by nie tracić z oczu ulicy. Do autobusu miałem jeszcze około dwudziestu pięciu minut.
Stałem tak, gdy nagle zorientowałem się, że czuję na sobie czyjś wzrok. Zaczęło mi towarzyszyć to uczucie, gdy wydaje się, że ktoś obserwuje cię i mimo woli obracasz się do tyłu, ale za każdym razem gdy to robisz, nie znajdujesz nikogo. Jedyne co słyszałem, to szum deszczu i mój własny oddech, jedyne co widziałem, to cienie drzew migające wokół drzew i one same, gnące się pod naporem wiatru i jakby kłaniające w dzikim tańcu natury. Mimo wszystko wszedłem jeszcze głębiej pomiędzy nie, bo uczucie to nie dając mi spokoju jednocześnie fascynowało. Poza tym, czego miałem się bać? Prawdopodobnie było to jakieś zwierzę, lub, co bardziej prawdopodobne, przywidzenie, żart podświadomości i umysłu, który wiedząc, że stoję sam w ciemnym lesie próbuje płatać mi figle, zapewniając sobie przypływ adrenaliny.
Nagle zza najbliższego drzewa wyszedł kot, popatrzył na mnie i zatrzymał się – ja również. Na pierwszy rzut oka widać było, że niejedno już przeżył, bo jego czarna jak bazalt sierść poprzeplatana była śnieżnobiałymi włosami. Co ciekawe, pomimo ulewy, kot zdawał się być suchy jak pieprz. Wpił we mnie swoje nad wyraz duże, zielone oczy, które zdawały się przenikać mnie na wskroś i czytać w moim umyśle, jak w książce. Nagle jego ślepia stały się jeszcze szersze i miauknął przeraźliwie. Otrząsnąłem się z osłupienia i jeszcze raz spojrzałem. Tym razem zwykły kot, najnormalniej w świecie patrzył na mnie rozleniwionym wzrokiem, który zdawał się mówić: „czy mogłem spotkać na swojej drodze kogoś bardziej nudnego? A… tak naprawdę to i tak mnie to nie interesuje..”.
– Kici kici – zacząłem, ale kot odwrócił się w miejscu i zniknął za obdrapanym pniem starej brzozy.
No pewnie, pomyślałem. Nie jestem przecież nikim interesującym, po czym dodałem głośniej: a miej sobie wszystko w tej swojej czarnej dupie. Też mnie nie obchodzisz.
Zacząłem wychodzić powoli z lasu. Dziesięć minut deszczu i jestem przemoczony do suchej nitki. Powiał wiatr, a mnie przeszły dreszcze, zimna, a może strachu, bo w tym samym momencie usłyszałem za sobą kroki dochodzące z oddali. Przez las przedzierał się ktoś z trudem, szeleszcząc mimo mokrej ściółki, nawołując coś lub kogoś. Stopniowo zacząłem rozróżniać przeciągane w wołaniu słowo, wypowiadane starym, drżącym głosem.
– Zguba! Zguba!
Poczułem się dziwnie. Tylko tego mi brakowało teraz, jakiś Cygan albo mormon nawołujący o końcu świata o piątej rano. Nie miałem ochoty wysłuchiwać kazań o tej porze, w dodatku mokry i zziębnięty. Szybkim krokiem przeszedłem na drugą stronę ulicy i stanąłem opierając się o słupek z rozkładem. Cały drżałem z zimna i już po chwili pociekło mi z nosa.
Nagle pomiędzy drzewami zamajaczył cień. Gdy zobaczyłem wyraźny kształt, zacząłem żałować, że to nie Cygan. Z lasu wykuśtykała stara kobieta, o twarzy tak brzydkiej, że aż cofnąłem się o krok. Ubrana była w szarobure szmaty narzucone również jak płaszcz na ramiona i otulające jej niekształtną głowę.
Starucha dostrzegła mnie i pokazała w przerażającym uśmiechu czarne pozostałości po zębach. Przez jedną z dziur zamigotał na moment język. Nie to było jednak najgorsze w jej twarzy. Ciarki przeszły mnie od czubka głowy aż po krzyż, gdy spojrzałem w jej wyłupiaste, zielone oczy.
Zdawały się równocześnie być równie puste, co diamenty, lecz nie miały w sobie nawet iskierki szlachetności. Przepełnione były doświadczeniem i wiedzą oraz czymś, czego nie mogłem nazwać, ponieważ nigdy w życiu się z tym nie spotkałem. Nigdy, podczas swojego dwudziestoczteroletniego życia, nie widziałem nikogo, kto miałby takie… wiem, przerażające. Przerażające oczy.
Chciałem odwrócić wzrok, ale powodował mną dziwny magnetyzm, któremu nie mogłem się oprzeć. Czułem się powoli hipnotyzowany. Naraz baba mrugnęła i na moje szczęście ten moment wystarczył, bym uciekł oczyma najdalej jak się da, od jej przeklętego wzroku.
Przełknąłem głośno ślinę, ale nie mogłem się już cofać. Za mną znajdował się rów przeciwdeszczowy odgradzający tę stronę szosy od lasu. Odrażająca baba, w dalszym ciągu uśmiechając się okropnie, przykuśtykała bliżej. Jedną nogę miała całkowicie sztywną i nie poruszając nią prawie wcale, tylko wlokła za sobą. W prawej ręce dzierżyła sękatą lagę, którą podpierała się na każdym kroku, lewą przytrzymywała kocyk przewiązany nad ramieniem i puszczony pod pachą niczym torba. Śmierdziała dziwnym, przenikliwym zapachem, który z czymś mi się kojarzył, ale nie mogłem sobie w tym momencie przypomnieć z czym. Zauważyłem, że brakuje jej dwóch palców u lewej dłoni.
– Nie bój się – powiedziała zadziwiająco skrzekliwym głosem – nie bój. Co może ci zrobić stara kulawa baba?
Nie odpowiedziałem. Całą siłą woli powstrzymywałem się, by ponownie nie skrzyżować z nią wzroku. Wpatrzyłem się więc w dal tuż obok niej, tworząc pozorny kontakt.
– Zapytanie mam jedno tylko – starucha podeszła bliżej. Sięgała mi zaledwie do ramienia. Stanęła w odległości jednego kroku i zadarła głowę.
– Nie widział kawaler przypadkiem kota mojego? Uciekła mi zaraza, jak padać zaczęło – to mówiąc przyłożyła pozostałości po palcach do nosa i smarknęła w trawę. – Zaziębię się przez cholerę.
Przełknąłem ślinę i odpowiedziałem nieswoim głosem.
– Po drugiej stronie między drzewami widziałem czarnego kota. Wbiegł w las.
Starucha łypnęła na mnie znowu, przekrzywiając czerep. Chwila, moment i znów jej magnetyczny wzrok przyciągnął moje oczy. Poczułem się jakbym tonął. Ostatkiem sił opamiętałem się. Babsko w dalszym ciągu patrzyło na mnie, tym razem obleśnie się uśmiechając. Pomiędzy resztkami zębów znów błysnął język.
– Jakby kawaler spotkał kota, niech go złapie i zaczeka. Jak ja go nie znajdę, to przyjdę odwiedzić. Niech się kawaler nie boi – dodała przeciągając ostatnie słowo. – Ja nie gryzę. Zębów ni mom – zaniosła się urywanym śmiechem, który wrzucił mi ciarki na plecy.
– Tak zrobię – zgodziłbym się na wszystko, byleby paskudna starucha zostawiła mnie w spokoju.
Babsko odwróciło się powoli i w dalszym ciągu śmiejąc i powtarzając „ni mom, ni mom” pokuśtykało z powrotem do lasu.
Już spomiędzy drzew obróciła się jeszcze na ułamek sekundy, częstując mnie na odchodnym swoim przenikliwym wzrokiem. Miałem wrażenie, że czyta mi w myślach. Że spogląda na moją duszę poprzez szkło powiększające wyłupiastych gał i szuka najmniejszego pęknięcia, by wetknąć w nie swój sękaty drąg i powiększyć skazę bez litości. Nie wiem czy znalazła to, co chciała, bo w następnej sekundzie zniknęła pośród drzew. Do mnie tymczasem dobiegł szum silnika.

***

O 14:30 byłem już w domu. Szef nie robił mi problemów, pomimo półgodzinnego spóźnienia, a praca przebiegała nam dzisiaj nadzwyczaj sprawnie. Punktualnie o wpół do trzeciej zamknąłem za sobą drzwi i poszedłem do kuchni przygotować jeden z niewielu posiłków, jakie umiałem zrobić – zupkę chińską. Już po chwili czajnik zagwizdał i nie czekając aż woda ostygnie, zasiadłem do posiłku przy niewielkim stole znajdującym się na środku równie niedużej kuchni.
Nagle odskoczyłem do tyłu jak oparzony przewracając krzesło i o mały włos nie wyrzucając w powietrze obiadu. Przede mną, na stole, siedział czarny kot wpatrujący się we mnie zielonymi ślepiami.
Podniosłem się obolały z ziemi masując stłuczone krzyże.
– Skąd ty się tutaj wziąłeś? – zapytałem, nie oczekując odpowiedzi. I słusznie – kot w dalszym ciągu siedząc bez ruchu mierzył mnie wzrokiem.
Musiałem nie domknąć któregoś okna, pomyślałem. Nie ważne. Teraz liczyła się tylko zupa.
Po skończonym posiłku, podczas którego kot pilnował każdego mojego ruchu, szybko obiegłem dom sprawdzając okna i drzwi. Na próżno. Wszystkie były zamknięte i nie istniała możliwość, żeby kot sam dostał się do domu. Jedynym wytłumaczeniem pozostawało to, że nie zauważyłem jak wszedł za mną, gdy wróciłem z pracy.
Poszedłem do kuchni i usiadłem naprzeciw niego. Popatrzył na mnie chwilę i zaczął się wylizywać. Nagle przypomniałem sobie, co powiedziała rano starucha i zrobiło mi się zimno. Nie miałem najmniejszego zamiaru czekać, aż spełni swoją obietnicę, więc wstałem z zamiarem wyrzucenia kota na dwór. Ten jakby odczytując moje zamiary, zeskoczył ze stołu miaucząc i wybiegł z pomieszczenia. Nie tracąc chwili pognałem za nim. Na próżno. Goniłem go chyba przez pół godziny i wiele razy zapędziłem w róg, ale ten jakimś przedziwnym kocim sposobem zawsze mi umykał. Wreszcie zrezygnowany usiadłem na schodach.
– Pieprz się – powiedziałem. A niech sobie przychodzi starucha jedna. Czego mam się bać? „Zębów ni mom” – przypomniałem sobie. Machnąłem ręką i poszedłem do łazienki się umyć. Na piętrze usłyszałem znajome miauknięcie. Stał za mną, koci syn. Tupnąłem raz i drugi, ale spojrzał na mnie jak na głupka.
Wszedłem do łazienki zamykając za sobą drzwi. Pomieszczenie nie było ciasne, ale zbyt małe, by wstawić wannę, dlatego tym, co musiało mi wystarczyć, był prysznic. Szybko zrzuciłem ubranie i wszedłem do kabiny. Odkręciłem wodę, ale zorientowałem się, że nie ma gąbki. Uchyliłem drzwi i zbaraniałem. Na pralce, przy uchylonych drzwiach, siedział sobie ten zapchlony kocur i znów wpatrywał się we mnie jak w obraz.
– Poczekaj tylko, jak wyjdę – rzuciłem w jego stronę. Zgarnąłem ręką z szafki gąbkę oraz mydło, przy czym mydłem rzuciłem w pchlarza. Nawet nie drgnął, gdy słusznych rozmiarów kostka przeleciała mu tuż nad uchem.
– Poczekaj – powtórzyłem i wróciłem pod prysznic. Przez cały czas czułem na sobie wstrętny wzrok kocura i przyznam, że było to paskudne uczucie.
Po skończonej kąpieli wyskoczyłem nagi na ręcznik dzierżąc szczotkę do mycia pleców niczym miecz, ale pralka stała, jak stała. Drzwi za to były otwarte na oścież, a na końcu korytarza stał on.
Rzuciłem w nerwach szczotkę na podłogę, ubrałem się i postanowiłem ignorować gnojka.
Przez resztę dnia czytałem książkę, oglądałem telewizję i snułem się bez celu po domu, bacznie obserwowany przez dziwnego kota. Ja z kolei całkowicie go ignorowałem. Wieczorem nakarmiłem rybki, zastanawiając się czy zwierzę nie zainteresuje się przypadkiem moim akwarium, ale kot nie zwracał na glonojada i bojownika otoczonego przez armię gupików najmniejszej uwagi. Można by powiedzieć, że byłem całym jego światem.
Wreszcie o dziewiątej położyłem się do łóżka. Zmęczony pracą i bezowocnymi gonitwami zasnąłem niemal natychmiast.
Obudziłem się nagle, bez żadnego powodu. Na zegarku była za trzy dwunasta. Za oknem księżyc dawał nikły blask, rzucający pokręcone wzory z firanki na mą pościel. W pomieszczeniu poczułem dziwny zapach, ten sam, którym pachniało stare babsko z rana. Tym razem rozpoznałem ten dziwny smród, niczym przepocone skarpetki. Tak śmierdzi waleriana.
Obróciłem się i zobaczyłem zgarbioną sylwetkę przy akwarium, oświetloną mdłym blaskiem lampki. Postać wodziła wykrzywionym kikutem dłoni po szklanej ściance i mruczała coś pod nosem. Nagle obróciła się w moim kierunku, przekrzywiając znajomo głowę.
Błyskawicznie zerwałem się z łóżka i zaświeciłem światło. Przy akwarium nie było nikogo. Na szafce obok akwarium stał kot, świdrujący mnie swymi zielonymi ślepiami.
Nie zgasiłem światła. Byłem taki roztrzęsiony, że odeszła mi cała ochota na sen. Wiedziałem, że nie ma sensu gonić kota. I tak bym go nie złapał. Wstałem i zszedłem na dół do salonu. On oczywiście razem ze mną. Załączyłem telewizję, ale nie oglądałem jej. Zrobiłem sobie za to gorącej herbaty, bo w domu panował nieprzyjemny chłód. Co jakiś czas oglądałem się za siebie, bojąc się, że znowu zobaczę potworną postać.
Wróciłem do salonu i usiadłem na kanapie. Nikt mi nie uwierzy, że w domu nachodzi mnie starucha, ale przysięgłem sobie, że jeżeli zobaczę ją jeszcze raz, to zadzwonię na policję i po prostu powiem, że mnie napadli.
Siedząc z podkulonymi nogami na kanapie, wpatrując się w dal, gdzieś hen za telewizorem, zastanawiałem się, co dalej.
Za oknem usłyszałem najpierw nieznaczny, stopniowo coraz bardziej równomierny stukot kropel deszczu, który powoli przemienił się w jednostajny szum. Błysnęło kilka razy, po chwili uderzył grom, drugi, trzeci. Jeszcze deszczu mi brakowało.
Nagle obraz w telewizji zaczął szumieć, a dźwięk dziwnie trzeszczeć i spowalniać. Wreszcie coś trzasnęło i odbiornik zamilkł. Zerwałem się na równe nogi, wylewając przy okazji na siebie wrzącą herbatę. Przy moim krzyku zgasło światło. W tym samym momencie usłyszałem za sobą znajome stukanie. Odwróciłem się i wpatrzyłem w ciemność. Przy nikłym świetle księżyca ujrzałem staruchę, kuśtykającą w moim kierunku. Przy nagłych rozbłyskach zza okna, na zmianę to widząc wyraźnie, to pogrążając się w ciemności zbliżała się do mnie albo kaleka baba, albo czarny kocur.
Wreszcie światło zaświeciło się na dobre, a przede mną stał wyprężony, czarny kot z zielonymi jak szmaragd oczami. Leniwie otworzył mordę wydając z siebie przeraźliwe miauknięcie z sekundy na sekundę przypominające najpierw krzyk, a potem charczący, piskliwy śmiech. Kształt zwierzęcia zaczął zmieniać się wraz z dźwiękiem. Łapy zaczęły się wydłużać coraz bardziej przypominając ludzkie kończyny, sierść wyglądała jak stare szmaty, śmierdząc przy tym jak diabli. Już po chwili stała przede mną starucha spotkana wczoraj rano na przystanku łypiąc na mnie swoimi gałami i z wystającym spomiędzy dziur po zębach językiem, wijącym się niczym wąż.
Stałem sparaliżowany strachem. Chciałem uciekać jak nigdy dotąd, ale nie mogłem nawet mrugnąć powieką. Hipnotyzujący wzrok dopadł mnie i tym razem nie wypuścił ze swoich objęć. W głowie zaczęły pojawiać się obrazy ludzi, krzyczących w nieskończonym cierpieniu i agonii. Ludzie ci żyli i nie mogli umrzeć, dopóki starucha im nie pozwoliła, a ona wysysała z nich energię zostawiając na koniec powykręcane i wysuszone zwłoki. W pewien sposób zrozumiałem, że taki czeka mnie los, jeżeli szybko czegoś nie zrobię. Nie byłem jednak w stanie nawet kiwnąć palcem.
Starucha podeszła do mnie na odległość kilkunastu centymetrów i położyła twarde dłonie na moich ramionach zniżając moją twarz na wysokość jej. Śmiejąc się obleśnie zbliżyła się jeszcze bardziej.
– Jesteś mój, chłoptasiu. Już mi nie uciekniesz – jej oślizgły język dotknął mojego policzka. Ogarnęło mnie niewypowiedziane obrzydzenie.
Babsko zaczęło coś mruczeć pod nosem, śmiejąc się co chwila. W pewnym momencie położyła swoją odrażającą łapę na mojej piersi. Poczułem silne pieczenie spowodowane podrażnieniem oparzenia. Drgnąłem, a ona zaskoczona na moment obniżyła wzrok. To wystarczyło, by wyrwać się z zaklęcia. Odepchnąłem babsko z całej siły i skoczyłem za kanapę. Starucha zatoczyła się i upadła na ziemię.
Nie czekając na to, co się stanie popędziłem do drzwi wyjściowych, ale nawet nie drgnęły. Jak opętany wybiegłem po schodach na górę, słysząc za sobą przeraźliwe miauczenie.
Po raz pierwszy tego dnia udało mi się zamknąć drzwi przed kotem. Znalazłem się w małej spiżarce bez okien, służącej za składzik na stare i niepotrzebne szpargały. Po chwili do mych uszu dotarł mrożący krew w żyłach dźwięk drapania pazurami o drzwi. Oparłem się o nie plecami i zacząłem modlić. Skrobanie i miauki ustały po kilku minutach, by powrócić pod postacią huku drąga walącego w drewno. Nic z tego, drzwi były solidne. Po chwili i ten hałas ustał, a zza moich pleców dał się słyszeć skrzekliwy głos.
– Ja tu jeszcze wrócę. Nie bój się kawalerze. Nie uciekniesz mi. – zachichotała. – Raz upatrzonej zdobyczy nigdy nie puszczam.
Po tych słowach nastała długa cisza.

***


Od tego czasu siedziałem w spiżarce, aż do teraz. To już trzeci dzień. Muszę jednak wyjść, chociaż po jedzenie, dlatego spisałem tą historię przy świetle latarki, w starym zeszycie, ogryzkiem ołówka, znalezionymi pomiędzy innymi szpargałami. Padam z wycieńczenia. Wychodzę.

***

– Na tych słowach kończy się pamiętnik, proszę pana – policjant popatrzył w stronę siedzącego na schodach detektywa.
– Trzeba będzie popytać sąsiadów i w pracy – mężczyzna nazwany detektywem po raz kolejny popatrzył na nagie ciało młodego chłopaka wiszące pod sufitem, po czym odwrócił wzrok. Musiał tu wisieć co najmniej od trzech dni. Opuchnięte zwłoki dziwnie wysuszone i powykręcane śmierdziały okropnie, a licznych ran na ciele znaczyła ślady zakrzepła krew.
– Ładnie go te koty ocharatały. Cały pogryziony i podrapany tak, że w innych okolicznościach byłyby problemy z identyfikacją.
Technikom kryminalnym wreszcie udało się odciąć linę i powoli opuścić ciało na ziemię.
– Co pan o tym sądzi? – zapytał policjant. – To może być ciekawa sprawa.
– Co ja o tym sądzę? – detektyw ożywił się nagle. – Kolejny świr! – Ja myślę, że chłopak był walnięty! – dodał. – Po wypadku rodziców mu odwaliło i zbzikował. Spisał bajeczkę i się powiesił! Koniec kropka! Tracę tutaj czas – to mówiąc wstał i włożył kapelusz.
– Idę łapać prawdziwych przestępców! A ty jak chcesz się tutaj bawić, to droga wolna! – krzyknął, trzaskając drzwiami na odchodne.
Policjant popatrzył na zwłoki i rzekł.
– Przykro mi chłopcze. Ja ci wierzę, ale szef nie.
To mówiąc wyszedł w ślad za inspektorem. Zza okna przypatrywał mu się zielonymi jak wiosenna trawa czarny kot.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Witam

Autorze przeczytaj nim zejdziesz niżej!

Z góry przepraszam, za niektóre słowa mojej opinii, które mogą być przez autora odebrane za dość gorzkie i brutalne, ale mają one na celu zmobilizować Ciebie, autorze do jeszcze cięższej pracy, i do zwalczania swoich słabych pkt. i niedociągnięć



Po pierwsze mam zastrzeżenia co do akapitów, gdyż bez nich nie czyta się zbyt dobrze.. Aby napisać akapit zamieść to [p.] (bez kropki) przed tekstem.

Cytat:Czas leczy rany, ale nigdy nie do końca.

Niepotrzebne "nie".

Cytat:Znalazłem posadę jako pracownik Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania, [...]

Czegoś mi tu brakuje, tak jakbyś czegoś tu nie napisał, jakiegoś elementu nazwy.

Cytat:Od początku nie darzył mnie ani zaufaniem, (to pewnie przez te ciągłe spóźnienia) ani przyjaźnią, ale przynajmniej mnie nie zwolnił.

Brakowało mi tu przecinka. :)

Cytat:Pomimo słońca wspinającego się coraz wyżej po niebie, okolica wcale się nie rozjaśniała.

Również brak przecinka.

Cytat:Dokoła panowały wszystkie odcienie szarości odbijając się na asfalcie i tańcząc pomiędzy drzewami.

Jakoś nie podoba mi się to zdanie. Co powiesz na taką zmianę:

"Dokoła panowały wszystkie odcienie szarości, odbijały się na asfalcie i tańczyły pomiędzy drzewami."


Cytat:W okolicy nie było nic oprócz drogi i drzew, na czym można by było zawiesić oko.

Zmieniłbym to na coś takiego:

"W okolicy nie było nic oprócz drogi i drzew, więc na czym innym mógłbym zawiesić oko?"

Cytat:Nie miałem ochoty wysłuchiwać kazań o tej porze, w dodatku byłem mokry i zziębnięty.

Cytat:Nigdy, podczas swojego dwudziestoczteroletniego życia, nie widziałem nikogo, kto miałby takie… wiem, przerażające. Przerażające oczy.

Zmieniłbym to:

"Nigdy, podczas swojego dwudziestoczteroletniego życia, nie widziałem nikogo, kto miałby takie… wiem, przerażające, przerażające oczy."


Cóż mogę powiedzieć o twojej pracy... nie obyło się bez wpadek, ale mimo to jestem mile zaskoczony. Opowiadanie napisane bardzo starannie, język, jak i narracja odpowiednie do tego typu dzieła. Fabuła spójna i przemyślana. Co do postaci, hmm... gł. bohater wyśmienity, pełny uczuć, czułem się tak jakbym to ja stał na jego miejscu. Duże brawa dla autora, chylę czoła. :ok:

Pozdrawiam :peace:
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
#3
Bardzo długi tekst, który ma masę błędów i niedoskonałości. Ale każdy je popełnia i wszystko da się doszlifować, tak?
No właśnie.
Ale muszę powiedzieć, że nie jest też najgorzej. Tekst bardzo mi się spodobał, mimo tych wszystkich wpadek. Bardzo ciekawy temat, akcja. Jest ślicznie, tylko posiedź nad poprawkami :)
Niemy krzyk, najgorszym z możliwych. Cierpienie na własne życzenie. Krzyk i błaganie o litość nie zawsze są ratunkiem. Natłok straszliwych myśli, nie do odpędzenia. Ból i uczucie, jakby cała radość i szczęście zostały wyssane, jakby zostały same najgorsze chwile.

Cierpi ciało, cierpi umysł, cierpi dusza...
Odpowiedz
#4
Dokładnie tak jak to mówi Azz posiedź nad poprawkami i nie zrażaj się moją krytyką, ma ona Ci pomóc, a nie zniechęcić.
[Obrazek: sygnatura_hrwnpws.jpg]

Odpowiedz
#5
Krytyka wcale a wcale mnie nie zraziła, wręcz przeciwnie – dziękuję za poświęcony czas i wyłapanie błędów. Jak tylko znajdę chwilę czasu, natychmiast je poprawię (teraz mam urwanie głowy, dlatego odpisuję po dwóch dniach). Bardzo się cieszę, że opowiadanie się Wam podobało. Taka krytyka i słowa sprawiają, że aż chce się pracować nad swoim warsztatem. Jeszcze raz dzięki!
Odpowiedz
#6
Zauważyłam trochę błędów, ale wytykać Ci ich nie będę – przejdę do oceny.
Na początku myślałam, że to będzie kolejna opowiastka o sierocie bez przyjaciół, której przydarzają się różne niewyjaśnione, złe zdarzenia, nikt go nie lubi i takie sprawy, lecz na końcu dobro zwycięża sratata – i pomyliłam się! Główny bohater świetny, bardzo dobrze wyrażone uczucia, dokładny opis Staruchy...Takie opowiadania aż miło się czyta =D
Odpowiedz
Reklama AdSense
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości