Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Złoty amalet
#1
Cześć wszystkim jeszcze raz.
Ośmielam się wrzucić pierwszą część prologu mojego tekstu. Nieznacznie przekroczyłem limit 30 tyś znaków, więc musiałem podzielić go na pół. Na początku zamysł był taki, żeby napisać jakiś krótki, ciekawy fragment tekstu, wprowadzający do wymyślonego świata, ale w trakcie jakoś tak rozciągnęło się na cztery tysiące słów, bo dobrze się pisało i krajobrazy wychodziły dość kolorowe. Nie chciałem uśmiercać weny. Będę wdzięczny za wszelkie opinie, jak to się czyta. Czy tekst nie jest zbyt nużący? Przydługi?  :ziew:


Prolog (1/2)
Dwa słońca opadały ku czarnej linii horyzontu. Prawe, w kształcie litery "D”, wygrywające w całodniowym wyścigu po nieboskłonie, pokryło się kolorem ciemnego złota. Drugie, z formy lustrzane odbicie pierwszego, podążało równoległą ścieżką nieopodal. Mając za nic to, że stoi wyżej niż swój podniebny brat, już teraz przybrało ciemniejszy, pomarańczowy odcień.
Świetliste półkola rozlewały po niebie ciepłe barwy i malowały nimi wrzecionowate skrawki obłoków. Zarumienione chmury wlekły się ku południu jak flota długich toykano, wypalonych, wydłubanych i ociosanych z pni drzew.
Nad piaszczystą równiną górowały ogromne skalne formacje z czerwonego budulca. Ich ściany pięły się pionowo jak klify fiordów, natomiast szczyty zostały ścięte na płasko. Węższe wyglądały jak samotne kolumny pozostawione ze zburzonej świątyni, szersze stały dumnie niczym okrągłe kamienne ołtarze. Pustynia Krwawiących Pięści była spokojna. Tylko od czasu do czasu na otwartej przestrzeni bądź w wąskim kanionie wiatr zaszumiał delikatnie, nawet nie próbując podnieść z powierzchni czerwonawego, gruboziarnistego piachu, leżącego między żwirem i głazami.
Cisza.
Zza skał wychynął szpiczasty, rudo-biały pyszczek fenkota. Sześć wąsików sterczało na boki tuż za noskiem, a para niewielkich ciemnych patrów rozglądała się dookoła. Zastrzygł długimi słuchami, powęszył czarnym noskiem. Pobiegł. Na wąskich łapkach bezszelestnie przebył rynnę kanionu i zniknął.
Na szczycie jednej z wysokich skał, niczym rzeźba wykuta z kamienia, tkwiła nieruchomo siedząca postać. Jej smukłe nogi, u góry upierzone, od dołu pokryte żółtą, twardą skórą, spoczywały skrzyżowane na rozgrzanej słońcami skale. Nagie stopy rozgałęziały się z przodu na trzy długie palce z ostrymi szponami, a w miejscu pięty wyrastał do tyłu czwarty, równie ostro zakończony egzemplarz. Ramiona miała pokryte białymi piórami, gdzieniegdzie tak krótkimi i rzadkimi, że przypominającymi jedynie puch. Dłonie były chude i kościste. Dzierżyła w nich tulejkowaty, błyszczący przedmiot, który przyłożyła do upierzonej brwi. Jedno oko stworzenia, usytuowane po orlemu z przodu głowy spoglądało w otwór urządzenia. Drugie było zamknięte. Zakrywała je wychodząca od dołu powieka bez rzęs. Pomiędzy ślepiami zaczynał się hakowaty dziób z niewielkimi nozdrzami w połowie długości, okraszony schematycznym malunkiem rośliny, wykonanym mieszanką ochry i tłuszczu.
Istota miała na sobie ciasną, zapinaną na podłużne guziki, poszarpaną kamizelkę z wytartymi zdobieniami wyszywanymi żółtą nicią oraz luźne spodnie kończące się tuż przed kolanami. Na wysokości pasa materiał spodni pocięty w równe paski opadał swobodnie w postaci zielonych oraz fioletowych frędzli zakończonych pętelką. Z tyłu wzdłuż tułowia spoczywała złożona para jasnych, długich skrzydeł, wyrastających z pleców tuż pod łopatkami i wystających przez wycięcia w kamizelce.
Na krawędzi skały coś zachrzęściło. Parę kamiennych okruchów oderwało się, potoczyło i spadło ku przepaści, odbijając się z trzaskiem od klifu. Na szczyt gramolił się aukotmat. Wspinał się, zaczepiając pazurkami o nierówności skały. Powoli, ale wytrwale. Kiedy już niewielkie stworzenie stanęło u celu, otrzepało się z pyłu, po czym lekko poczłapało na czterech delikatnych odnóżach ku nieruchomemu szofinako. Usiadło obok niego, na wyciągnięcie ręki i zaczęło lizać łapki pokryte oliwkowym futerkiem, poruszając rytmicznie okrągłą główką z parą uszu w kształcie rombów. Długi ogon przerywany ciemniejszymi pręgami podwinęło wokół odnóży.
Pierwsza, druga, trzecia, w końcu czwarta łapka były już czyste. Zamrugał szarymi oczkami, patrząc, jak pierwsze słońce zanurza się do połowy w widnokręgu. Zamruczał. Przysunął się bliżej szofinako i potarł głową o jego kolano, wydając cichy, wibrujący odgłos.
Tamten odsunął nieznacznie nogę.
— Już niedługo zrównanie, Biały Wietrze — powiedziała mniejsza istota. Nie było żadnej odpowiedzi, więc monologowała dalej. — Uwielbiam zachody słońc. Szczególnie podczas jasnego zrównania. Są wtedy takie piękne. Dal i Ceneb łączą się jak dwie przecudnie dobrane części całości. Jak dwoje kochanków, w idealnym, czerwonym pocałunku w błękitnym basenie przestworzy. Mógłbym być poetą, uważasz? Nie? Nie masz zdania? Mógłbyś czasami więcej mówić, wiesz? Przydałoby ci się. Jak nie będziesz się odzywał, to kobiety już zawsze będą cię uważały za dziwaka. A lat na karku coraz więcej! Jakbyś miał takie umiejętności towarzyskie jak ja, już dawno miałbyś żonę. Albo i dwie.
Mięśnie na twarzy szofinako lekko drgnęły.
— Oj, nie gniewaj się, tylko żartowałem. Wiem, że wy macie tylko po jednej żonie. A taki aukotmat jak ja wcale nie potrzebuje żadnej. Wiedziałeś o tym? — Spojrzał w górę na twarz swojego „rozmówcy”. Po czole tamtego chodził jakiś owad i spokojnie czyścił sobie swoje przednie odnóża. — Jak to nie potrzebujecie żon? Zapytasz może. Czyżbyście obywali się bez małżeństw? Otóż, mój przyjacielu, obywamy się. Bo my nawet nie mamy kobiet. Ha! Jak wszystkie rasy na Arze (małe czy duże, mądre czy głupie, ładne czy… brzydkie i małomówne) mają swoje żony, matki, siostry. A my nie! Ale jak to nie macie kobiet, Pirseacz? Co ty opo…
— Koślawego Guślarza nie mam już — zabrzmiał ochrypły, niski głos.
— O! Jednak nie zapomniałeś, jak się mówi? Ja na razie dziękuję, ale może później sobie zażyjemy, skoro już wspominasz o Guślarzu. Wy ptaki wiecie, jak dobrze odlecieć. Nie ma co!
Owad podniósł się z czoła szofinako, zostawiwszy na nim czarną kropkę, i próbował teraz dobrać się do miękkiego futerka jego towarzysza. Pirseaczowi nie spodobało się jednak ubrudzić sobie wypielęgnowanej sierści obrzydliwym hlavem, który, jak mniemał, jeszcze dzisiejszego dnia z pewnością obiadował na czyichś odchodach, jeśli się w nich nie tarzał.
— Słyszałem ostatnio świetny kawał, pewnie go znasz. Spadaj, hlavie, przed chwilą lizane. W sumie to nie jest kawał, tylko historyjka, ale śmieszna jak cholera. Pieprzony hlav. Won! — Machnął parę razy łapką, aż trafił i owad uciekł zygzakiem. — No więc leciał sobie bryj, a że było bardzo zimno, to zamarzł i spadł na ziemię. Leżał taki biedny, leżał, aż przyszła krolama i nasrała na niego. Obsrała go całego! Od góry do dołu. — Gdyby w tym momencie Aukotmat był cicho, usłyszałby zapewne delikatne trzeszczenie policzka Szofinako, wywołanego nieznacznym poruszeniem kącika jego ust. — Bryjowi zrobiło się ciepło, więc śpiewał wesoło, ćwierkał. Usłyszał go fenkot. Przyszedł, wylizał go całego i zjadł.
Gdzieś tam w kanionie leniwy wiatr świstał lekko.
— No cóż, ja się śmiałem trochę głośniej, jak usłyszałem ten kawał. Ale to jeszcze nie koniec. Jaki jest morał z tej bajki? Nie każdy, kto cię osra, jest twoim wrogiem. Nie każdy, kto cię wyliże, jest twoim przyjacielem.
— Albo: za dużo kto ćwierka, szybciej tego zjedzą.
— No, to te… Eeej, przyjacielu. Czy ty może do czegoś nie pijesz? Od kiedy to ty taki wredny? Miejsca w jajku za mało miałeś?
— Szofinako z jaj nie lęgną się, ale łona matki swojej. Hlebwig! — Odjął od twarzy tulejowaty przedmiot i schował w sakiewce przy pasie. Na świat spojrzało dwoje niebieskich oczu bez białek, mieniących się jak dwa górskie kryształy.
— Oj, ale żeby zaraz tak przeklinać?
— Jadą, hlebwig!
— Już? Są? Widzisz ich? Eeej, poczekaj na mnie. Ja tak szybko nie schodzę!
Białe skrzydła rozłożyły się z furkotem. Wojownik dziobatego klanu za pomocą paru potężnych machnięć uderzył w powietrze, wzbijając w górę oślepiający tuman kurzu i uniósł się nad ziemię. Aukotmat przez moment mógł tylko obserwować przez przymknięte oczy śmigający po podłożu cień, a potem sylwetkę znikającą za urwiskiem, nim został sam.
Szofinako szybował bezpiecznie w dół spiralnym torem, nie zadając sobie najmniejszego wysiłku machaniem skrzydeł. Kremowy dziób płynnie przecinał powietrze. Pod naporem wiatru frędzle u spodni trzepotały jak końcówki lotek. Dostrzegł cienistą plamę u podstawy rudego klifu. Wyrównał lot, zakręcił ostro i wleciał do jaskini, składając na moment skrzydła. Potem zmienił nagle kąt ich ułożenia, wyhamował, prześlizgując się jeszcze parę ramion do przodu i wylądował, uginając nogi, jakby nic nie ważył.
W jaskini panowała ciemność i gwar, ale ten ostatni momentalnie zamienił się w zupełne milczenie. Przez dłuższą chwilę nie rozpoznawał twarzy zwróconych w jego stronę. Było tam nader tłoczno jak na jaskinię, zwłaszcza jak na jaskinię pośrodku pustyni. Największą część zbieraniny stanowili ludzie, z czego jeden był tak barczysty i wysoki, że przewyższał wszystkich o głowę. Byli srebrzyści w liczbie siedmiu, trzech drakitów o jaszczurczych, obrzydliwych gębach i dwunożnych, gadzich ciałach oraz parę innych nacji, chowających się w ciemnościach. Obrzucił ich wszystkich zimnym wzrokiem, niewyrażającym żadnej emocji. Szukał.
Grota nie była głęboka. Na jej końcu, w nikłych promieniach wieczornego światła stał nieruchomo młody mężczyzna. W jednym ręku trzymał krzywą szablę z burszstali, błyskającą nieśmiele żółtym promyczkiem światła, w drugim podłużną osełkę. Spotkał wyzywający wzrok jego brązowych oczu, osadzonych w gładkiej twarzy. Ruszył ku niemu.
Mężczyzna miał na sobie lekką kamizelkę, ale całkiem inną od tej, którą nosił szofinako. Ta była dłuższa, zachodziła za błękitny, gładki pas materiału, była sznurowana i odsłaniała pośrodku sporą część owłosionego torsu. Głowę miał wygoloną. Z ciemienia na czubku łba wyrastała jedynie kitka włosów, owinięta ciasno u podstawy niebieską tasiemką. Uszy były pełne różnych małych kolczyków, a palce u dłoni szczyciły się drogimi pierścieniami i sygnetami.
Żaden z nich nie spojrzał ukradkiem w bok, nawet nie mrugnęli, jakby patrzenie prosto w oczy było wyzwaniem sprawdzającym charakter. W końcu jednak szofinako przystanął, tuż przed granicą zasięgu szabli, i jego kamienna, dziobata twarz skrzywiła się w nieznacznym uśmiechu.
— Jadą.
Mężczyzna wyszczerzył żółtawe zęby i powtórzył głośno w stronę zebranych, aż po jaskini odbiło się echo:
— Jadą! 
Zebrani krzyknęli z radości. Szczęknęły wyciągane szable, miecze, pirysy. Zaczął się ruch. Wszyscy brali proce zwinięte ze sznurów, owijali twarze szmatami zabarwionymi na kolor pustyni, wiązali na plecach skórzane, okrągłe tarcze. Obijali się jeden o drugiego, zasypywali swoje własne ślady i ukrywali toboły. Wysypali się z jaskini długim rzędem. Podzieliwszy się na grupki, w milczeniu poukrywali się za skałami na wzniesieniach po jednej i po drugiej stronie wąwozu. Zaczęli niecierpliwie wyczekiwać, każdy w wyznaczonym miejscu.
I znów na Pustyni Krwawiących Pięści słychać było tylko świst lekkiego wiatru. Ceneb, ciemniejsze słońce, właśnie dotykał niepewnie horyzontu, jak dziecko próbujące końcówką stopy wodę w rzece i malował pasmo czerwonego światła. Kamienne słupy pokładły długie cienie, dające wytchnienie po dniu pełnym skwaru lejącego się z nieba i gorących powiewów, wysuszających łzy w oczach. Na sklepieniu zamrugała pierwsza gwiazda. Rybie Oko z konstelacji Płomiennego Drzewa. Tu i ówdzie, po dłuższym przyglądaniu się można było zobaczyć też inne, coraz jaśniejsze brylanty nieba. Na wschodzie wyłoniła się do połowy okrągła tarcza Orinu, srebrzystego księżyca, strażnika światła i ciemności.
Gdy cały wąwóz wypełnił się cieniem, u jego wylotu pojawili się jeźdźcy. Poruszali się z wolna na zarach, czteronożnych wierzchowcach pokrytych łuskami, tworząc długą kawalkadę. Na czele jechał szofinako z rudymi piórami i głową owiniętą chustą, spomiędzy której wystawał zakrzywiony dziób. Dalej za nim ludzie w długich, przewiewnych szatach i turbanach z chustami do zasłaniania twarzy oraz elementami zbroi z nizarysu. Na okrągłych tarczach, przewieszonych na plecach, widniał znak, odwrócona litera „A”. Część z nich miała przy sobie włócznie, których końce opierali o strzemiona, oraz dodatkowo krótkie miecze bądź toporki za pasem. Inni natomiast posiadali sajdaki wypełnione łukami i strzałami.
Przywódca pustynnej bandy uważnie przypatrywał się zbrojnej kolumnie. Szacował swoje szanse. Jeszcze uważniej przyjrzał się drewnianej karecie, ciągniętej pośrodku kawalkady przez cztery masywne kasapije. Był to zadaszony, prosty pojazd sklecony z ciemnego drewna, z czterema pełnymi kołami, zarysem drzwi i bez jakiegokolwiek otworu, pozwalającego zajrzeć do środka. Wyglądał jak wielka skrzynia na narzędzia. Stangret siedzący na ławeczce z przodu karocy prawie zasypiał. Herszt uśmiechnął się na ten widok. Jechali długo, byli zmęczeni.
Kawalkada wkroczyła w wąwóz. Rudy szofinako jadący na przedzie kolumny rozglądał się dyskretnie na boki. Od czasu do czasu zerkał też do tyłu na kroczący tłum. Jego zaniepokojenie zauważył rycerz, jadący tuż za nim.
— Co się dzieje, Burszstalowe Pióro? — zapytał, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi. — Widziałeś coś? Mów!
Tamten znów odwrócił się do tyłu, nie zwracając uwagi na towarzysza.
Jakiś ptaszek zaszczebiotał wysoko w skałach. Rycerz zwrócił głowę w poszukiwaniu źródła dźwięku i w górze zauważył ciemnozielone, czworonożne stworzonko, schodzące w dół po skalnej ścianie. Chciał powiedzieć o tym przewodnikowi. Nie zdążył.
Wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Na wylot wąwozu przed kolumną zsunęła się nagle lawina kamieni, blokując dalszy przejazd. Przewodnik natychmiast wstrzymał wierzchowca i ze wzniesionym w górę toporkiem krzyknął do rycerzy, aby zawracali i uciekali w stronę pierwszego wyjazdu. W ten sposób czoło kolumny zatrzymało się.
Tymczasem na środek posypał się grad pocisków. Pierwszy padł stangret, rażony kamieniem w głowę. Mgnienie później parę jeźdźców obok zsunęło się martwych na ziemię. Kilka zwierząt, które oberwało pociskami, parsknęło przerażone i albo pognało na ślepo przed siebie, popychając się nawzajem, albo wierzgnęło.
Kolumna się stłoczyła. Podniósł się raban.
Co przytomniejsi łucznicy zdążyli wyjąć broń i odpowiedzieli procarzom, wychylającym się zza skał po lewej i po prawej stronie. Kapitan zbrojnych, który jechał tuż przed karetą, zakrzyknął.
— Do mnie! Obrócić wóz! Do tyłu! Do tyłu!
Ogon kolumny kryjąc się za tarczami sprawnie obrócił się i podążył ku jedynemu wyjściu z wąwozu, także szyjąc strzałami do atakujących. Sznur jeźdźców rozciągnął się i jego początek był już przy wyjeździe.
Kapitan skoczył z zara na karetę, po czym zaczął bez wytchnienia walić batem po ślimaczących się kasapijach. Zauważył, że na szczycie stromego zbocza przy potężnym głazie grupka ludzi uczepiona długiego badyla właśnie stara się podważyć skalną kulę.
— Łucznicy! Przy skale! Przy skale! Zabić ich!
Wykonali rozkaz. Dwóch bandytów padło martwych. Trzeci, jedną ręką dzierżący tarczę najeżoną strzałami, nadal stał.
Łucznik napiął broń. Cięciwa zadzwoniła.
Tamten oberwał tuż pod uchem. Badyl odskoczył i wraz z tryskającym krwią ciałem stoczył się po zboczu.
Kareta była już zawrócona.
— Heja, heja! Naprzód, ścierwa! — krzyczał, coraz silniej bijąc batem.
Kasapije ruszyły galopem i pojazd zaczął zbliżać się do wylotu kanionu, w którym groziło mu uwięzienie.
Wtedy jakiś potężny mąż z pustynnej bandy wyskoczył z ukrycia, po czym pognał ku głazowi. Przywarł do kuli. Strzały natychmiast powędrowały w jego stronę i bogato umięśnione ciało przykryte skórzanym kaftanem przyjęło ich dobre pół tuzina. Wojownik nawet się nie zachwiał. Skała drgnęła. Po chwili kula ruszyła powoli w dół, zabierając po drodze masę mniejszych kamieni.
Lawina zatrzymała się dopiero na samym dole. Kareta zdołała wyhamować tuż przed świerzo usypaną hałdą, ale paru jeźdźców z przodu nie miało tego samego szczęścia. Jeden zniknął pod gruzem, inny krzyczał z bólu, przygnieciony do połowy. Przejazd zablokowany. Tuż po lawinie z góry ruszył atak bandytów. Brzęknęły o siebie miecze, szable i pirysy. Włócznie dźgały, nie znając zmęczenia. Rycerze, którzy wydostali się z wąwozu, ale nie mieli sposobności wrócić do niego na zarach, zsiedli z nich i ruszyli pieszo. Część z nich wspięła się rozpaczliwie po hałdzie, dołączając do walki, druga zorganizowała się i ubezpieczana kręgiem tarczowników, torowała drogę dla karety, odrzucając głazy na bok.
Przeciwny koniec kolumny również wdał się już w walkę. Rudy szofinako zmienił front i powalił toporkiem trzech towarzyszy, biorąc ich z zaskoczenia. Rycerze bronili się zaciekle, godnie swojej szkoły, ale ustępowali wszędzie jeden po drugim. Liczebność wroga przeważała szalę zwycięstwa.  
Bitwa nie trwała długo. Na końcu ostatni żywi bronili się, zebrani kręgiem wokół karety.
— Udrożnić przejazd! — krzyczał nadal kapitan rycerzy, ale nie było już komu sięgać po kamienie. Dostrzegł to w krótkiej przerwie między wymianą kolejnych pchnięć i cięć nizarysowym ostrzem. Moment później coś przyćmiło mu umysł. Zapadł się w ciemność.
Walka była skończona.
Herszt bandy dobił kapitana i usiadł na ławce stangreta. Wytarł dokładnie ostrze szabli, pociągnął wina z bukłaka, po czym zaczął leniwie przeżuwać suchy pasek mięsa. Było już ciemno i gwiazdy świeciły w pełni na niebie. Obrzucił wzrokiem swoich ludzi. Jedni pomagali rannym, inni ściągali łupy z trupów, a jeszcze inni stanęli grupką przed karetą. Jeden z drakitów ostentacyjnie bawił się toporem.
— Długo jeszcze każesz czekać nam, Artras? — zapytał rudy szofinako. — Uszy moje długo znosiły tezaureskich hurdwara rozkazy. Dość czekania, skarb zobaczyć chcę.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(22-11-2017, 13:19)Blockfush napisał(a): Prolog (1/2)
Ciemnozłote, świetliste półkole Dali bardzo powoli, ale zauważalnie dla ludzkiego oka schodziło ku czarnej linii horyzontu, poszarpanej nagłymi uskokami zarysów skalnych formacji przybierających czworokątne kształty, od wąskich kolumn, po szerokie płaskowyże o pionowych klifach. (Stanowczo za długie zdanie. Zwłaszcza jak na opis)

Nieopodal za nim,(zbędny przecinek) równoległą ścieżką podążał Ceneb(Na tym etapie nie mam pojęcia, co jest Ceneb i to drugie, więc oba zdania nie mają dla mnie większego sensu), który już teraz przybrał ciemniejszą, pomarańczową barwę i tym głębszym rumieńcem wydawał się rekompensować sobie przegraną w wyścigu po błękitnym sklepieniu nieba. (Ten sam problem co w poprzednim zdaniu)

Tylko od czasu do czasu na otwartej równinie bądź w wąskim kanionie, (zbędny przecinek)wiatr zaszumiał delikatnie, nawet nie próbując podnieść z powierzchni czerwonawego, gruboziarnistego piachu, leżącego pomiędzy żwirem i głazami o ostrych krawędziach.

Zza skał wychynął szpiczasty, rudo biały(rudo-biały) pyszczek Fenkota(O ile Fenkot to nie imię, tylko gatunek zwierzęcia, to małą literą), z sześcioma wąsikami,(zbędny przecinek) sterczącymi na boki jak struny i parą niewielkich ciemnych trzyszczy. (Słownik i Google na hasło "trzyszcz" pokazują jedynie przystojnego chrząszcza, więc o ile nie dysponujesz jakimś dodatkowym źródłem, które by mnie oświeciło, zmieniłabym słowo. Chyba że serio były tam żuki)

Przystrzygł(Zastrzygł) długimi słuchami, noskiem czarnym pociągnął(pociągnął czarnym noskiem – piszesz prozę, nie poezję, więc takie dziwne szyki radzę sobie odpuścić. Poza tym zwierzęta węszą, nie pociągają nosem).

Na szczycie jednej z wysokich skał siedziała (przecinek)nieruchomo niczym rzeźba wykuta z kamiennego podłoża("wykuta z kamienia", nie z żadnego podłoża), siedząca postać. (Siedziała siedząca postać, łał)

Wąskie(Nogi można określić trafniejszymi przymiotnikami, choćby "smukłe") nogi, od góry gęsto upierzone, pokryte od dołu żółtą, twardą, pomarszczoną grudkami (Zbędne. Nie ma czegoś takiego jak "pomarszczony z grudkami") skórą, z nagimi stopami, rozgałęziającymi się do tyłu jednym, do przodu czterema długimi palcami, kończącymi się równie długimi (Równie długimi w porównaniu do czego? Dotychczas nie pojawiła się informacja, by coś w wyglądzie istoty było długie) szponami, spoczywały skrzyżowane na skale rozgrzanej upałem mijającego dnia. (To zdanie to opisowy potwór)

Ramiona pokryte białymi piórami, gdzieniegdzie tak krótkimi i rzadkimi, że przypominającymi jedynie puch, podtrzymywały dzierżony w kościstych dłoniach podłużny, błyszczący przedmiot, przyłożony do oka usytuowanego po sowiemu z przodu głowy. (To jest zupełnie niezrozumiały kawałek. Co ma sowa do "podłużnego przedmiotu"? Żeby to jakoś uratować, napisałabym "który usytuowana na skale istota przykładała do oka". To zdanie też jest za długie i jak w poprzednich za dużo w nim informacji)

Drugie było zamknięte. (Chwila, podmiotem w poprzednim przeładowanym informacjami zdaniu były ramiona. To co, drugie ramiona były zamknięte?)

Pomiędzy nimi zaczynał się hakowaty dziób z niewielkimi otworami nozdrzy(nozdrzami) w połowie długości, okraszony schematycznym malunkiem rośliny, wykonanym mieszanką ochry i tłuszczu.

Istota miała na sobie ciasną, zapinaną na podłużne guziki, poszarpaną kamizelkę z wytartymi zdobieniami,(zbędny przecinek) wyszywanymi żółtą nicią oraz luźne spodnie kończące się tuż przed kolanami.

Na wysokości pasa materiał spodni pocięty w równe paski,(zbędny przecinek) opadał swobodnie w postaci zielonych oraz fioletowych frędzli zakończonych pętelką.

Kropelka potu wystąpiła na łyse czoło stworzenia. Na jej kopulastej powierzchni odbiły się krzywo czerwień pustyni, purpura chmur i błękit ciemniejącego nieba. Drobinka cieczy poruszyła się nieznacznie, następnie nieco szybciej i pognała w dół po skroni. Minęła oko. Zaczepiła o kant dziobu, gdzie zmieniła kurs, by przez chwilę zawisnąć na ostrym czubku paszczy, a tam rozciągała się nieznacznie, aż w końcu oderwała i po niedługim locie wsiąkła w materiał spodni.(Jak dla mnie to zakrawa na grafomanię. Co daje czytającemu opis tej kropli? Przy takim natłoku opisów wyglądu postaci i tak już zdążyłam zapomnieć, że akcja dzieje się na pustyni, taki opis pocenia się tego nie zmienia)

Tymczasem na krawędzi (Na krawędzi czego?) coś zachrzęściło.

Na szczyt gramolił się Aukotmat(Jeśli to nazwa gatunku, to małą literą). Wspinał się, zaczepiając pazurkami o nierówności skały. Powoli, ale wytrwale. Kiedy już niewielkie stworzenie stanęło u celu, otrzepało się z pyłu, po czym lekko poczłapało na czterech delikatnych odnóżach ku nieruchomemu Szofinako(Jeśli to nie imię, to też małą literą). Usiadło obok niego, na wyciągnięcie ręki(przecinek) i zaczęło lizać łapki pokryte oliwkowym futerkiem, poruszając rytmicznie okrągłą główką z parą uszu w kształcie rombów. Długi ogon przerywany ciemniejszymi pręgami podwinęło(owinęło) wokół siedzenia(Wokół łap. Siedzenie brzmi w tym przypadku kuriozalnie)

— Oj(przecinek) nie gniewaj się, tylko żartowałem.

— O! Jednak nie zapomniałeś, jak się mówi? Ja na razie dziękuję, ale może później sobie zażyjemy, skoro już wspominasz o Guślarzu. Wy ptaki wiecie(przecinek) jak dobrze odlecieć.

Owad podniósł się z czoła Szofinako, zostawiwszy na nim czarną kropkę(przecinek) i próbował teraz dobrać się do miękkiego futerka jego towarzysza.

(...) Spadaj(przecinek) hlavie, przed chwilą lizane.

Wojownik dziobatego klanu za pomocą paru potężnych zamachów(machnięć – zamach to nie jest słowo, o które tu chodzi) uderzył w powietrze, wzbijając w górę oślepiający tuman kurzu(przecinek) i uniósł się nad ziemię.

Szybował(Trzeba zaznaczyć kto, bo ostatnio podmiotem był kot) bezpiecznie w dół spiralnym torem, nie zadając sobie najmniejszego wysiłku machaniem skrzydeł.

Potem obrócił nagle kąt ich ułożenia(kąt ułożenia można zmienić, nie obrócić), wyhamował, prześlizgując się jeszcze parę ramion do przodu i wylądował, uginając nogi, jakby nie ważył nic(nic nie ważył).

Kamienna kieszeń (Co kamienne? Kieszeń? Jeśli to ma byś zamiennik jaskini, to stare dobre słowo "grota" będzie okej) nie była głęboka. Na jej końcu, obrzucany(oblany) znikomą ilością wieczornego światła(przecinek) stał Tezaures, nieruchomo trzymający w jednym ręku krzywą szablę z burszstali, błyskającą nieśmiele(nieśmiało) żółtym promyczkiem światła, w drugim podłużną osełkę.(Znów za długie i zbyt pełne informacji)

akapit)Mężczyzna miał na sobie lekką kamizelkę, ale całkiem inną od tej, którą nosił Szofinako.

Uszy były pełne od(zbędne) różnych małych kolczyków, a palce u dłoni szczyciły się drogimi pierścieniami i sygnetami.

Żaden z nich nie spojrzał ukradkiem w bok, nawet nie mrugnęli, jakby patrzenie prosto w oczy było wyzwaniem,(zbędny przecinek) sprawdzającym charakter. W końcu jednak Szofinako przystanął, tuż przed granicą zasięgu szabli, i jego kamienna, dziobata twarz skrzywiła się w nieznacznym uśmiechu.(Bardzo jestem ciekawa, jak wygląda uśmiech w wykonaniu kogoś z dziobem. Wydaje mi się, że to niemożliwy grymas w takim przypadku)

Ceneb właśnie dotykał niepewnie horyzontu, jak dziecko próbujące końcówką stopy wodę w rzece(przecinek) i malował pasmo czerwonego światła.

Kamienne słupy pokładły długie na dwunastki dwunastek(Co? O ile nie wyjaśnisz czytającemu systemu, w jakim liczą twoi bohaterowie, to to nie ma w tym miejscu sensu) ramion cienie, dające wytchnienie po długim dniu, pełnym skwaru lejącego się z nieba i gorących powiewów, wysuszających łzy w oczach.

Tu i ówdzie, po dłuższym przyglądaniu się(przecinek) można było zobaczyć też inne, coraz jaśniejsze brylanty nieba.

Gdy cały wąwóz wypełnił się cieniem, w jego bramy wjechali jeźdźcy. (Wąwozy nie mają bram)

Poruszali się z wolna na zarach(Co to jest?), para za parą, tworząc długą kawalkadę.

Na czele jechał Szofinako z rudymi piórami i owiniętą głową("Owinięta głowa" brzmi kuriozalnie, a jeszcze bardziej kuriozalne są moje wyobrażenia tejże głowy. Napisałabym "z głową owiniętą chustą" czy czym tam był owinięty), z której wystawał zakrzywiony dziób.

Dalej za nim Tezaurowie w długich, przewiewnych szatach i turbanach z chustami do zasłaniania twarzy oraz częściami metalowej zbroi, na które składały się między innymi naramienniki, nakolanniki i lamelkowe pancerze z błękitnego nizarysu.(Czemu "z częściami metalowej zbroi"? Jeden miał naramienniki, drugi nakolanniki, a inni pancerz? Źle to brzmi)

Na okrągłych tarczach, przewieszonych na plecach(przecinek) widniał znak, odwrócona litera „A”.

Część z nich miała przy sobie włócznie, których końce opierali o strzemiona, oraz dodatkowo krótkie miecze,(zbędny przecinek) bądź toporki za pasem.

Przywódca pustynnej bandy z ukrycia przypatrywał się dokładnie zbrojnym.(uważnie przypatrywał się zbrojnym)

Był to zadaszony, prosty pojazd sklecony z ciemnego drewna, z czterema pełnymi kołami, zarysem drzwi i bez jakiegokolwiek otworu,(zbędny przecinek) pozwalającego zajrzeć do środka.

Jego zaniepokojenie zauważył rycerz,(zbędny przecinek) jadący tuż za nim.

Zwierzęta, które oberwały pociskami, parsknęły przerażone i albo pognały na ślepo przed siebie, popychając się nawzajem, albo wierzgnęły.(Czyli strzelono w nie tylko raz i tyle?)

Co przytomniejsi łucznicy zdążyli wyjąć broń i odpowiedzieli procarzom, (zbędny przecinek)wychylającym się zza skał po lewej i po prawej stronie. Dowódca zakrzyknął jakiś rozkaz.(To wykrzyknął "jakiś" rozkaz czy zakrzyknął: "Do mnie!(...)?) Do mnie! Obrócić wóz! Do tyłu! Do tyłu!

Kryjący się za tarczami ogon kolumny sprawnie obrócił się i podążył ku jedynemu wyjściu z wąwozu, także prując(strzałami się szyje) strzałami do atakujących.

Łucznicy! Przy skale! Przy skale! Zabić ich!(To ktoś woła, więc przydałoby się to oddzielić od narracji)

Zrozumieli rozkaz. (A mogliby nie zrozumieć, że jest to zaznaczone? Lepiej poinformować czytającego, że natychmiast wykonali rozkaz, a nie że go zrozumieli)Dwóch wrogów padło martwych. Trzeci, jedną ręką dzierżący tarczę najeżoną lotkami strzał(najeżoną strzałami – same lotki raczej by mu z tarczy nie sterczały), nadal stał.

— Heja, heja! Naprzód(przecinek) ścierwa!

Przyparł się go.(Nie ma czegoś takiego. "Przywarł do niego" albo "zaparł się o niego")

Przejazd zablokowany. Paru jeźdźców przygniecionych. (A teraz znowu równoważniki zdań w kontraście do zdań-tasiemców. Nie, to też nie wygląda dobrze i źle się to czyta)


Część z nich wspięła się rozpaczliwie po hałdzie, dołączając się (zbędne) do walki, druga zorganizowała się i ubezpieczana tarczami i kręgiem wojowników(przecinek) torowała drogę dla karety, odrzucając na bok głazy.

Jedni pomagali rannym, inni ściągali łupy z trupów, a jeszcze inni stanęli kupką(grupką) przed karetą. Drakita Kiryoa Dao(Czyli kto?) ostentacyjnie bawił się toporem.


Dobra, przeczytane i sprawdzone. Teraz czas na moją opinię, której część widać już w poprawkach.

Zacznę od tytułu. Sądząc po liczbie neologizmów w tym tekście, mam nadzieję, że w tytule "amalet" też jest stworzonym przez ciebie słowem, a nie pospolitą i godną pożałowania literówką.

A teraz o samym tekście. Ogólnie rzecz biorąc, źle mi się to czytało. Zwłaszcza początek. Pierwszy fragment, czyli pierwszy kontakt czytającego ze światem, ma czytającego do tego świata wprowadzić. Ma powiedzieć: "Hej, patrz, co dla ciebie mam", a potem stopniowo przekonywać, że warto czytać dalej. Moim zdaniem taki początek, jaki Ty zastosowałeś, robi coś w stylu "HEJ!", a potem wali czytającemu w twarz masą szczegółów, opisów-tasiemców z długaśnymi, poplątanymi zdaniami i masą dziwnych nazw. Zrobiłeś sobie utrudnienie w postaci bohaterów, którzy są przedstawicielami jakichś dziwnych ras, w dodatku wymyśliłeś pełno neologizmów, żeby to wszystko ponazywać. I wpadłeś we własną pułapkę, bo chcąc przedstawić czytającemu, jak wygląda ten sowo-człowiek (być może główny bohater), walnąłeś taki opis, że da się w nim utonąć. Tym bardziej, że ten opis następuje po tak samo rozwlekłym opisie krajobrazu i słońc. W związku z tym brnęłam przez ten początek jak przez mokradła, a po wszystkim nie pamiętam praktycznie nic.

To wszystko mogłoby być nieco bardziej strawne (chociaż trzeba być prawdziwym wirtuozem opisów, żeby móc pozwolić sobie na taką obszerność), gdyby zdania nie były tak długie i tak przeładowane informacjami. Już pierwsze dwa zdania tekstu są w moim odczuciu stanowczo za długie i zawierają zbyt wiele. A potem się to nie zmienia. To niedobra maniera i lepiej się jej wyzbyć. Wiem, że jako autor na pewno masz głowę pełną pomysłów i chcesz, żeby czytający na pewno, na sto procent rozumiał, co chcesz mu przekazać, żeby widział to tak jak ty. Ale to tak nie działa. Żeby widzieć to tak jak ty, czytający musiałby wejść ci do głowy. Najlepiej jest postawić przede wszystkim na to, żeby to, co chce się przekazać, było zrozumiałe. W moim odczuciu w tym tekście miejscami tej łatwości w zrozumieniu, o co ci chodzi, nie ma.

Opis starcia pod koniec fragmentu też mnie nie zadowolił. Ten z kolei jest moim zdaniem stanowczo zbyt chaotyczny. Podczas czytania nie wiedziałam nawet, kto jest kim w tej bitwie, bo praktycznie nikt nie był nazwany w jednoznaczny sposób, a z tej całej zbieraniny jakieś pojęcia miałam tylko o tym Szofinako. Wiadomo, w walce jest chaos. Ale w opisie już chaosu być nie powinno, w każdym razie nie takiego, który sprawia, że czytający nie wie dokładnie, o której stronie mowa.

Takie mam odczucia po tym fragmencie. Średnie, jak widać. Nie zrażaj się jednak, ja często marudzę, na pewno częściej niż chwalę. :p Radziłabym ci na ten moment przede wszystkim celować w większą prostotę – najważniejsze jest to, by czytający wiedział, o co chodzi autorowi. Dopiero kiedy to jest załatwione, można się pokusić o większą poetyckość opisów. Jeśli kolejność jest odwrotna, efekt jest zdecydowanie nie najlepszy.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Dzięki, za poświęcony czas i szczegółową analizę :)

Przyjąłem do wiadomości wytknięte błędy i w miarę możliwości zastosowałem się do porad. Przekształciłem opis krajobrazu na początku i troszeczkę pozmieniałem w opisie bitwy. Wyciąłem parę neologizmów. Reszta bez większych zmian. Poświęciłem trochę czasu tekstowi, ale i tak zakładam z góry, że z nowo skonstruowanymi akapitami pojawiły się nowe niedociągnięcia, których ja nie dostrzegam. Na razie chyba jednak dam sobie spokój z dalszym edytowaniem.

Zdania tasiemce zostały usunięte. Być może starałem się aż za bardzo przy tworzeniu pierwotnego tekstu i stąd pojawiły się takie długie kolosy.

A w tytule jest archaizm. Celowo. Broń Boże "godna pożałowania literówka" :D Jeszcze raz dzięki za sprawdzenie.
Odpowiedz
#4
No to powoli do przodu. Druga część prologu.  :)

Prolog (2/2)

— Wyśmienicie się spisałeś Burszstalowe Pióro. — Artras zaklaskał w dłonie. — Cały dzień spędziłeś w siodle, nie wolałbyś chwilkę odpocząć?
— Głowa moja na worku monet spocząć pragnie.
— Niech będzie. Kiryoa!
Drakita wyszczerzył smocze zębiska i zaczął rąbać toporem w zarys drzwi w miejscu, gdzie spodziewali się zamku. Po paru mocnych uderzeniach w drewnie powstała nieznaczna dziura. Kiryoa zanurkował w niej ręką, ale natychmiast cofnął z grymasem bólu. Z dłoni popłynęła krew.
— O jebane! Coś mnie upierdoliło!
Artras zeskoczył na ziemię i odepchnął go.
— Odsuń się. W środku pewnie jest strażnik. Halo! Jest tam kto? — zapytał, stukając w drzwi. — Odezwij się albo podpalimy wóz. Noc zrobiła się zimna, chętnie przydałoby się mnie i moim towarzyszom ciepłe ognisko.
Nie było odpowiedzi.
— No dalej. Czy może jesteś tchórzem?
— Odejdźcie! Nie wiecie, z czym macie do czynienia. — zabrzmiał ze środka kobiecy głos.
Zanieśli się śmiechem.
— Nasz szczęśliwy dzień chłopaki — wyszeptał do zebranych wokół, a głośno odpowiedział. — Rzeczywiście, rzekłaś prawdę, pani. Nie wiedzieliśmy z kim mamy do czynienia, wybacz nam. Otwórz, proszę, abyśmy mogli cię zobaczyć.
— Niedoczekanie twoje!
— Nie pójdzie z nią tak łatwo — wysapał Kiryoa.
— Zamknij paszczę, jaszczurze — syknął. — Zabiliśmy wszystkich twoich kompanów, pani, ale naprawdę nie jesteśmy barbarzyńcami! Każdy z nas ma swój honor, jeśli nie żołnierski, to męski. Obiecuję, nie wyrządzimy ci żadnej krzywdy i puścimy wolno.
Zastanawiała się przez chwilę.
— Nie mam żadnej pewności, że dotrzymasz obietnicy.
— Oh! Jakże zraniłaś moje serce, najdroższa pani. Jak mogłaś pomyśleć, że w ogóle mógłbym ją złamać? My biedacy też mamy duszę i uczucia. Nie wstajemy codziennie rano tylko po to, żeby przerzucać gnój i łamać dane słowo. Umówmy się tak. Otworzysz nam, okupisz swoją wolność pocałunkiem w policzek i pójdziemy w swoje strony. Co ty na to? Daj nam się ujrzeć. Nie codziennie przychodzi mężczyźnie podziwiać piękno szlachetnie urodzonej damy. Nie daj się błagać.
— Nie jestem jak te wszystkie dziewczyny, które podrywałeś. Twoja gładka mowa mnie nie oszuka.
— Tezaures daje się rządzić kobiecie — wtrącił się Burszstalowe Pióro. — Da, wyciągnę ją ze środka i za zarem po ziemi pociągnę.
— Słyszała… Tfu, słyszałaś pani? Mój kompan szofinako chce cię obedrzeć ze skóry! Przemawiam mu do rozsądku, ale już mu nie staje cierpliwości. Błagam cię, nie każ mu dłużej czekać. To się nie musi źle kończyć.
— Dobrze. Niech będzie — powiedziała z lekką rezygnacją. — Przysięgnij, że puścisz mnie wolno.
— Przysięgam na głowę swojej matki.
Drzwi szczęknęły. Uchyliły się. W srebrnym świetle księżyca zobaczyli najpierw szare ostrze wynurzające się z ciemności karety, za nim gładką dłoń i rękaw aksamitnego materiału, a tuż potem twarz młodej kobiety. Być może to tylko brak dostatecznej ilości światła, a być może nie bez podstaw wydała się Artrasowi najpiękniejszą kobietą, jaką widział w swoim życiu. Nad czołem połyskiwały splatające się pnącza, liście i kwiaty chrylizatowego diademu, wysadzanego drogimi kamieniami. Nie sposób było odgadnąć koloru jej oczu, usadowionych między czernionymi rzęsami, ani tego jak bardzo ciemne są jej włosy. Czy są brązowe? Kasztanowe? Czarne? Jej długa suknia zaszeleściła, gdy postawiła nogi na schodkach karety.
— Mam nadzieję, że twoja matka nie jest martwa.
— Och nie. Jeżeli zechcesz, pani, chętnie jej cię przedstawię. A może i całej rodzinie.— Miał nadzieję, że za ten żart podziękuje mu, chociażby przelotnym uśmiechem. Niestety, jej usta utrzymywały ten sam, zimny wyraz.
Mężczyźni otaczali ją kręgiem, ciasnym na tyle, na ile pozwalała im uniesiona ręka kobiety, dzierżąca krótkie, wąskie ostrze.
— Umowa, zbóju. Każ im zrobić przejście.
Szofinako stojący za kobietą chwycił ją za nadgarstek i wykręcił brutalnie rękę. Sztylet upadł z brzękiem. Zaczęła się rzucać, co sił i krzyczeć. Wtedy chwycił za drugi nadgarstek i wykręcił obie ręce jeszcze mocniej. Jęknęła z bólu. Przestała się kręcić.
— Przeszukać wóz! — rozkazał Artras.
Paru ludzi rozpaliło lampki z oliwą i weszło z nimi do środka.
— Przysięgałeś na głowę matki! — powiedziała głosem przytłumionym przez ból.
— Tak, wiem. Być może dotrzymam słowa, ale najpierw muszę zadbać o moich ludzi i zabrać wszystkie fanty. Ach, przy okazji. Pamiętasz może swojego przewodnika przez Pustynię Krwawiących Pięści? Pióro, przywitaj się z panią.
Zaklęła wściekle, aż na jej delikatnym podbródku znalazła się stróżka śliny.
— Mogłam się spodziewać po szofinako — wysyczała przez zęby.
— Milcz kobieto! — Znów bez wahania zadał jej ból.
Młody mężczyzna przyglądał się smukłemu ciału kobiety. Studiował nagą szyję, dekolt, wąską talię, długie nogi i stopy w eleganckich pantofelkach. Zbliżył się do niej na tyle, że czuł na swoich ustach jej niespokojny oddech. Ściągnął jej z głowy diadem. Następnie uklęknął i odpiął z kostki metalową bransoletę.
O ziemię huknęła mała skrzynia, okuta drogim metalem. Wieko zabezpieczone było kłódką. Kiryoa natychmiast wziął zamach i przydzwonił toporem w kłódkę, rozwalając w strzępy nie tylko ją, ale i część wieka.
— Kiryoa, czy ja powiedziałem: weź topór i rozpierdol to w drobny mak?! — zacietrzewił się Artras.
— A jak inaczej chcesz to otworzyć?
— Ty to byś wszystko tylko całował tym swoim toporkiem. A może księżniczka ma klucz?
— Tak było szybciej. — Wzruszył ramionami.
— Tak. Tylko że skrzynka też sama w sobie była coś warta. Teraz można tylko kurwa zedrzeć okucia i sprzedać za część ceny, jaką byś uzyskał za całą skrzynkę.
— Może się sklei?
— Chuja tam. Sklei się.
Artras otworzył wieko. W środku leżała luźno chrylizatowa bransoleta ozdabiana żłobieniami, które teraz ledwo mógł zobaczyć. Wziął przedmiot do ręki. Oglądał go ze wszystkich stron, macał, podrzucał, w końcu wyprostował się i powiedział.
— Szukać dokładnie! Rozebrać wóz na części i przeszukać dziewczynę. Albo nie — dodał, widząc lubieżne uśmieszki paru jego podwładnych, którzy zbliżali się do kobiety. — Sam to zrobię.
Krzyknęła wniebogłosy, zanim jeszcze jej dotknął. Wierzgała na wszystkie strony, kręciła się, wyrywała, nawet gdy Burszstalowe Pióro wykręcał jej łokcie do granic możliwości. Musiał w końcu wyjąć swój nóż i zagrozić, że poderżnie jej gardło, jeśli się nie uspokoi.
— Prawie ci się udało, moja pani — mówił Artras, wodząc dłońmi po jej sukni, jak na razie omijając wrażliwe miejsca. — Ale nawet mało przenikliwy kiep nie uwierzyłby, że w takiej fikuśnej skrzyneczce leżałaby jedna, mała bransoleta, do tego jeszcze ciepła, jakbyś dopiero co zdjęła ją z ręki.
— Proszę! Nic nie rozumiesz.
— Aha! — Znalazł coś z lewej strony, nad biodrem. Zanurkował dłonią pod suknię i wyjął walcowate, szerokie, a niskie, metalowe pudełko, na tyle małe, że mieściło się w jednej dłoni. Przypominało pojemnik, w jakim medycy zwykle trzymali zdrowotne maści. Było przewiązane czarnym sznurkiem jak prezent wstążką. Na powierzchni zauważył wyryte litery, czy może jakieś inne znaki. Zresztą i tak nie za bardzo potrafił czytać. Rozsupłał sznur.
— Nie otwieraj!!! — wyrwała się tonem na tyle rozkazującym, że Artras odruchowo znieruchomiał.
— Dlaczego?
— Nie otwieraj, bo wszyscy zginiemy. — Pióro przycisnął mocniej sztylet do jej szyi. — W środku jest demon.
Artras roześmiał się.
— Demon zamknięty w pudełeczku? Tego jeszcze nie widziałem.
— Rozważ, zanim zrobisz coś pochopnie. Możesz zaryzykować i otworzyć. Jeżeli to zrobisz, to zginiemy wszyscy, albo najwyżej troszkę się wzbogacisz. Ale jeśli nie otworzysz, odejdziesz w spokoju ze swoimi łupami. Zobacz, jaki już jesteś bogaty. Będziecie mogli przez tydzień od rana do wieczora pić wino, bawić się. Możecie poubierać się jak panowie, albo kupić sobie dom. Czegokolwiek za pragniecie. Na Rennda, nie otwieraj tego.
— Ona ma rację — powiedział Kiryoa. — Na cholerę nam to puzderko?
— Kobieta pokrętny język ma — rzekł na to Pióro. — Jak się dasz okpić takiej bajeczce, toś głupi. Nikt do kufra demonów nie pakuje i w eskorcie nie przewozi.
Przyjrzał się uważnie jej twarzy, potem pudełeczku. Poruszył przedmiotem. W środku zagrzechotało coś ciężkiego, jakby kamień.
— No tak ciężkiego demona jeszcze nie widziałem, ale niech będzie, że ci wierzę, pani — odrzekł, kłaniając się z uśmiechem po dworsku i zawołał. — Biały Wietrze!
Biały Szofinako właśnie zdejmował z jednego z martwych rycerzy skórzane buty. Wywołany, podszedł bez pośpiechu do grupki zgromadzonej przy karecie.
— Umiesz odpędzać złe duchy? — Dał znak, że potrafi. — Świetnie. Ta kobieta twierdzi, że w środku jest demon. Potrafiłbyś go zaczarować, czy cokolwiek tam się robi z demonami, żeby nas nie zjadł?
Przytaknął.
— To świetnie. No to co? Do dzieła?
Wiatr wziął pudełko i położył je na ziemi. Zaczął chodzić wokół niego, mamrocząc na wydechu i wdechu dziwne słowa. Trwało to przez dłuższą chwilę. Potem przystanął, wzniósł do góry pierzaste, kościste ręce, rozłożył skrzydła i znów ruszył, ale tym razem szybszym krokiem, przeplatanym podskokami. Przypominało to taniec. Uderzał rytmicznie pięściami o pierś, przerywając monotonny, gardłowy śpiew.
— Hayayaya, hajayah, hayaya.
Kiryoa chciał rzucić jakąś swoją mądrością, ale Artras złożył dłoń w pięść, na znak, żeby nie próbował się odzywać. Obserwowali Szofinako, wyglądającego w świetle Orinoku, jak czarno-biały, oszalały ptak.
— Hayayaya, hajayah. Duaha! Duaha! Du!
Biały wiatr złożył skrzydła, spojrzał na zgromadzonych i wskazał przedmiot palcem. Obrzęd był skończony.
— To nic nie da. Demon jest zbyt potężny! — krzyczała przez cały ten czas kobieta, ale nikt już nie zwracał na nią uwagi. Gdy herszt zabierał się z powrotem do otwierania, zamknęła oczy i zaczęła szeptać szybko jakieś niedosłyszalne słowa.
Zebrani odsunęli się o parę kroków. Artras dotknął wieka prawą ręką, lewą przytrzymywał spód. Wstrzymał oddech. Odjął wieko z najwyższą ostrożnością. Otworzył. 
W środku była tylko ciemność. Dla pewności obejrzał od spodu samo wieko, ale prócz niewyraźnego odbicia jego twarzy na metalowej powierzchni, nie było tam niczego.
— Pusto — powiedział, odwracając na moment wzrok od pudełeczka. Gdy znów zwrócił ku niemu głowę, jego spojrzenie odwzajemniła para płonących oczu, wisząca pośród pustki.
Wąwóz wypełnił się purpurowym ogniem.
Odpowiedz
#5
(27-11-2017, 22:45)Blockfush napisał(a):
Prolog (2/2)

— Wyśmienicie się spisałeś(przecinek) Burszstalowe Pióro. — Artras zaklaskał w dłonie.

Drakita wyszczerzył smocze zębiska i zaczął rąbać toporem w zarys drzwi w miejscu, gdzie spodziewali się zamku(zamka).

Kiryoa zanurkował w niej ręką(zanurzył w niej rękę), ale natychmiast cofnął z grymasem bólu.

— O(przecinek) jebane! Coś mnie upierdoliło!

— No(przecinek) dalej. Czy może jesteś tchórzem?

— Odejdźcie! Nie wiecie, z czym macie do czynienia.(zbędna kropka) — zabrzmiał ze środka kobiecy głos.

— Nasz szczęśliwy dzień(przecinek) chłopaki — wyszeptał do zebranych wokół, a głośno odpowiedział.(dwukropek zamiast kropki) — Rzeczywiście, rzekłaś prawdę, pani. Nie wiedzieliśmy (przecinek)z kim mamy do czynienia, wybacz nam.

— Oh(Och)! Jakże zraniłaś moje serce, najdroższa pani.

Nad czołem połyskiwały splatające się pnącza, liście i kwiaty chrylizatowego diademu,(zbędny przecinek) wysadzanego drogimi kamieniami. Nie sposób było odgadnąć koloru jej oczu, usadowionych(osadzonych) między czernionymi rzęsami(Lepiej "okolonych/ozdobionych czernionymi rzęsami"), ani tego(przecinek) jak bardzo ciemne są(były) jej włosy. Czy są(były – nie zmieniaj czasu narracji ze zdania na zdanie) brązowe?

— Och(przecinek) nie. Jeżeli zechcesz, pani, chętnie jej cię przedstawię. A może i całej rodzinie.(spacja)— Miał nadzieję, że za ten żart podziękuje mu, chociażby przelotnym uśmiechem. Niestety, jej usta utrzymywały ten sam,(zbędny przecinek) zimny wyraz.

Zaczęła się rzucać,(zbędny przecinek) co sił i krzyczeć.

— Milcz(przecinek)kobieto! — Znów bez wahania zadał jej ból.

Młody mężczyzna(Który? Mężczyzn było tam wielu, nie mam pojęcia, który był młody) przyglądał się smukłemu ciału kobiety.

Zbliżył się do niej na tyle, że czuł na swoich ustach jej niespokojny oddech. Ściągnął jej z głowy diadem.

O ziemię huknęła mała skrzynia,(zbędny przecinek) okuta drogim metalem. Wieko zabezpieczone było kłódką. Kiryoa natychmiast wziął zamach i przydzwonił toporem w kłódkę, rozwalając w strzępy nie tylko ją, ale i część wieka.

Oglądał go ze wszystkich stron, macał(Lepiej "dotykał", w narracji macanie źle brzmi), podrzucał, w końcu wyprostował się i powiedział.(dwukropek zamiast kropki)

Wierzgała na wszystkie strony, kręciła się, wyrywała, nawet gdy Burszstalowe Pióro wykręcał jej łokcie do granic możliwości. Musiał w końcu wyjąć swój nóż i zagrozić, że poderżnie jej gardło, jeśli się nie uspokoi.

Zanurkował dłonią pod suknię i wyjął walcowate, szerokie, a(ale/i – wtedy bez przecinka) niskie, metalowe pudełko, na tyle małe, że mieściło się w jednej dłoni. Przypominało pojemnik, w jakim(którym) medycy zwykle trzymali zdrowotne maści. Było przewiązane czarnym sznurkiem jak prezent wstążką. Na powierzchni zauważył wyryte litery,(zbędny przecinek) czy może jakieś inne znaki.

— Nie otwieraj!!! — wyrwała się(zawołała/krzyknęła czy coś w tym stylu) tonem na tyle rozkazującym, że Artras odruchowo znieruchomiał.

(...)Jeżeli to zrobisz, to zginiemy wszyscy,(zbędny przecinek) albo najwyżej troszkę się wzbogacisz. Ale jeśli nie otworzysz, odejdziesz w spokoju ze swoimi łupami. Zobacz, jaki już jesteś bogaty. Będziecie mogli przez tydzień od rana do wieczora pić wino, bawić się. Możecie poubierać się jak panowie, (zbędny przecinek)albo kupić sobie dom. Czegokolwiek za pragniecie(zapragniecie).

— No(przecinek) tak ciężkiego demona jeszcze nie widziałem, ale niech będzie, że ci wierzę, pani — odrzekł, kłaniając się z uśmiechem po dworsku i zawołał.(dwukropek zamiast kropki) — Biały Wietrze!

Biały Szofinako(Skoro "szofinako" to nie imię, to małą literą, to nie jest nazwa własna. To samo dotyczy reszty tekstu) właśnie zdejmował z jednego z martwych rycerzy skórzane buty.

Potrafiłbyś go zaczarować, (zbędny przecinek)czy cokolwiek tam się robi z demonami, żeby nas nie zjadł?

Potem przystanął, wzniósł do góry pierzaste, kościste ręce, rozłożył skrzydła i znów ruszył, ale tym razem szybszym krokiem,(zbędny przecinek) przeplatanym podskokami.

Kiryoa chciał rzucić jakąś swoją mądrością, ale Artras złożył dłoń w pięść,(zbędny przecinek) na znak, żeby nie próbował się odzywać. Obserwowali Szofinako, wyglądającego w świetle Orinoku, (zbędny przecinek)jak czarno-biały, oszalały ptak.

Biały w(W)iatr złożył skrzydła, spojrzał na zgromadzonych i wskazał przedmiot palcem.

(Od nowej linijki)Gdy herszt zabierał się z powrotem do otwierania, zamknęła oczy i zaczęła szeptać szybko jakieś niedosłyszalne słowa.

Dla pewności obejrzał od spodu samo wieko, ale prócz niewyraźnego odbicia jego twarzy na metalowej powierzchni,(zbędny przecinek) nie było tam niczego.

Gdy znów zwrócił ku niemu głowę, jego spojrzenie odwzajemniła para płonących oczu, (zbędny przecinek)wisząca pośród pustki.

W tym fragmencie dostrzegam odwrotny problem niż w poprzednim – tak jak poprzedni kipiał od żmudnych opisów, tak ten jest prawie cały jednym wielkim dialogiem. To nie jest równowaga opisowo-dialogowa i źle mi się to czyta, bez żadnych wrażeń, tak... sucho. Moim zdaniem, choć są tutaj oględne opisy akcji, brakuje opisów, które zbudowałyby napięcie. A jest co budować – całe to rozważanie, czy otworzyć pudełko, czy nie, desperackie nawoływanie kobiety, by tego nie robić i olanie jej ostrzeżeń przed zbójów. Gdyby opisy zbudowały taki  nastrój (przy czym nie mówię, że powinny to być opisy długie, bynajmniej), otwarcie pudełka byłoby wyśmienitym punktem kulminacyjnym i zwieńczeniem fragmentu. A tak przez cały czas czytałam bez większych wrażeń, dopiero pod koniec bardziej się zaintrygowałam.

Mimo to podoba mi się znacznie bardziej niż poprzedni fragment – coś się dzieje, a demony wyskakujące z pudełek brzmią ciekawie. :p
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
Rozdział pierwszy. Minęło sporo czasu od publikacji prologu na forum. Jakoś nie kwapiłem się, żeby dostarczyć pierwszy rozdział, bo nie byłem do końca zadowolony z historii i bohaterów, ale do tej pory nie wymyśliłem nic lepszego. Wyszło trochę, jakbym pisał powieść dla młodzieży, chociaż wcale w to nie celowałem. Zobaczymy co z tego będzie.


Rozdział I

Piotr Tarniecki leżał nieruchomo na wznak na podłodze swojego pokoju. Sufit nad nim epatował spokojem odpowiednim dla góry, milionami lat niezauważenie dźwigającej się ponad krajobraz. Był milczący i statyczny. Chłopak zatonął w jego widoku, w niewzruszonej bieli i odpadającej miejscami farbie, wypuszczając z jednej z umysłowych przegródek stadko wspomnień. Przechodziły mu przed oczyma jak baranki, liczone dla szybszego zaśnięcia, ale pośpiechem bardziej przypominały krowy, wlokące się do poidła. Niektóre wymykały się jakimś tylnym przejściem i bodły go swoimi rogami drugi, trzeci, czwarty raz – zawsze w to samo czułe miejsce po lewej stronie klatki.
Wtedy właśnie, pośród zupełnej ciszy, przerywanej jedynie tykaniem zegara dwa pomieszczenia dalej, usłyszał to po raz pierwszy. Odgłos był połączeniem skrzypienia zawiasów w drzwiach i grania niskich tonów trombity. Zabrzmiał przeciągle, wibrująco.
Ustał.
Pauza przedłużała się i Piotrowi przez głowę zdążyła przemknąć myśl, że się przesłyszał. Potem jednak odgłos znów dał o sobie znać. Nie był wcale głośny. Wydawał się przytłumiony, jakby dochodził spod wody, albo z bardzo daleka.
Chłopak natychmiast przysiadł i zaczął nasłuchiwać. Źródło znajdowało się poza pokojem. Tylko tego był pewien. W środku nie było potencjalnie niczego, co mogłoby go wydać. Stało tam jedynie proste łóżko, zaścielone brązowym kocem z wyszytym jaśniejszą nicią wizerunkiem lwiej głowy, drewniane, zupełnie puste biurko pod oknem z kiwającym, rozlatującym się krzesłem i dwa kartony, jeden po telewizorze, drugi po wieży stereo, wypełnione po brzegi ułożonymi w kostki ubraniami. Odgłos nie dochodził jednak zza ścian, więc wykluczone, by może sąsiedzi, albo ktoś, lub coś, jeszcze dalej od domu tak hałasował. Odgłos dochodził z góry.
Z sercem walącym jak młot podniósł głowę i wyczekiwał na trzeci sygnał. Nie doczekawszy się go, wytarł wodę z policzka i wyszedł pospiesznie z pokoju. Odruchowo postanowił zajrzeć do brata. W małym pokoiku, przyciemnionym przez zasunięte zasłony, między szczeblami drewnianego kojca zauważył jego główkę z rumianymi policzkami i czuprynką czarnych włosków na czubku. Wiktor spał nakryty miękkim, dziecięcym kocykiem i wydawał się miewać całkiem dobrze.
Wyszedł na paluszkach i przymknął ostrożnie drzwi.
W domu nie było nikogo więcej. Tata przesiadywał jeszcze w pracy, mama nadal nie wracała ze sklepu (pewnie znowu zagadała się z jakąś nowo poznaną sąsiadką, albo wybrała się do odzieżowego), a Weronika od rana bawiła się u jednej z koleżanek. Mógł liczyć tylko na siebie.
Miał ochotę schować się pod swoim łóżkiem albo przykryć się kołdrą i udawać, że niczego nie słyszy. Zamiast tego skierował się na strych. Był teraz panem domu, musiał zobaczyć, co się tam dzieje. Tata ostrzegał go, żeby nie chodził po starych schodach, które tam prowadzą. Niektóre deski wyglądały od spodu na spróchniałe, a ślady świadczące o chwytającym je grzybie wołały o odmalowanie albo wymianę. „O wypadek nie trudno”, ale tym razem sytuacja była nietypowa.
Stawiał ostrożne kroki, w trzęsącej się dłoni trzymając miotłę. Stopnie skrzypiały okropnie, mimo że starał się wydawać jak najmniej hałasu. Bezpośrednio na strych prowadziła metalowa klapa, stara, poznaczona brązowymi plamami rdzy, z łuszczącą się na powierzchni czerwoną farbą. Pośród brudu i pajęczyn zauważył miniaturowy napis, wyryty jakimś ostrym narzędziem na metalowej powierzchni. Przyjrzał się mu uważniej. Litery były dziwne. Część z nich przypominało zdeformowane kwadraty i trójkąty, z różnymi kreskami, przekreślającymi je bądź wiszącymi nad nimi, jak kropki nad literą „i”. Pozostałe wyglądały jak schematyczne rysunki choinki albo litery „T”oraz „F” z falistymi ramionami.
Nie miał czasu zastanawiać się nad ryciną. Ostrożnie pchnął klapę w górę. Ani drgnęła. Dopiero teraz zauważył, że wejście na strych jest zamknięte na miedzianą kłódkę. Popędził w dół, przemknął do pomieszczenia, które od niedawna pełniło funkcję gabinetu taty. Wysunął szufladę z wielkiego, mahoniowego biurka. W środku leżały dwie kolorowe teczki po brzegi wypełnione dokumentami, spinacze do papieru, dziurkacz, śrubokręt, pęk kluczy z brelokiem w kształcie piłkarza i szeroką smyczą, oraz parę innych bibelotów. Porwał pęk kluczy. Zasunął szufladę. Spojrzał czy wszystko jest na miejscu i nie wskazuje na jego nagłe wtargnięcie i po chwili znów był przy klapie.
Kolejno próbował wciskać klucze w dziurę kłódki. Trzy miedziane nie pasowały. Cztery żelazne też nie. Nie było szans, żeby weszły do niej te duże, z których jeden służył do zamka we frontowych drzwiach domu.
Przyjrzał się nazwie producenta na kłódce. Żaden z kluczy nie był z tej samej firmy.
„Gdzie to jest?” pomyślał.
Schody znów zaskrzypiały pod jego nogami.
Pamiętał, że w poprzednim domu to tata zawsze trzymał wszystkie klucze, łącznie z tymi zapasowymi, w swoim biurku. Klucz od bloku i domu miała też mama, a klucz do piwnicy z paroma innymi wisiał na haczyku wystającym ze ściany przy wejściu, zaraz przy wieszakach na kurtki. Ale w nowym, starym domu nie było jeszcze wieszaków na kurtki, nie mówiąc już o samym haczyku. Gdzie mógł być więc ten szukany przez niego? Zanim sprzedali działkę pod Krakowem – tę, na którą Piotrek od niepamiętnych czasów kochał jeździć i podziwiać z niej panoramę na spowite szarą chmurą smogu królewskie miasto – mama zostawiała klucze do furtki i domku na lodówce. Tamten sprzęt był na tyle niski, że bez wspinania się na palce mógł zobaczyć, co leży na wierzchu. Obecna lodówko-zamrażarka była natomiast o wiele wyższa, dlatego musiał na oślep błądzić ręką po pokrytym kurzem blacie.
Już tracił nadzieję, gdy natrafił na pojedynczy, chłodny, płaski przedmiot. Rodzice mogli mieć dla niego mniej czasu, kupować zdrowsze jedzenie i mniej się do siebie odzywać, ale niektóre zwyczaje w nowym miejscu zostały te same.
Pasował. Ucho kłódki odskoczyło ze szczękiem. Odchylił lekko klapę i zajrzał na strych przez wąską szparę. Przez chwilę nasłuchiwał w bezruchu. Wydawało się tam pusto. To znaczy, już teraz widział nogi jakichś półek, żelastwa, pełno drewnianych skrzynek i pudełek, ale po pełnej brudu podłodze nikt nie chodził. Nikt ani nic. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Wtedy dźwięk zabrzmiał trzeci raz. Usłyszał go dużo lepiej niż przedtem. Krzyknął. Natychmiast zamknął klapę. Upuszczona miotła ze stukotem stoczyła się na podłogę. Paroma ruchami nałożył kłódkę, ale nie zdołał jej zamknąć. O mało nie zabił się na schodach. Wparował do pokoju Wiktora, strzelając drzwiami. Przykucnął, schowany za kojcem.
Młodszy brat zaczął się kręcić pod kocem. Wciągnął głęboko powietrze i uchylił oczka.
— Cśś. Śpij sobie, śpij. — Piotr pogłaskał go po główce i poprawił mu koc.
— Mama — powiedział chłopiec, zaspanym głosem.
— Mama zaraz przyjdzie. Nie bój nic.
Zamknął na moment oczy i ziewnął, ale zaraz potem powtórzył całkiem głośno.
— Mama!
— Jest w sklepie. Zaraz będzie. Cichutko. — Podsunął pod drzwi krzesło, starając się zablokować nim klamkę. — Jak będziesz cichutko — wyszeptał Piotr — to ci kupi coś dobrego. Tylko trzeba być cichutko.
Starszy chłopak czuł, jak coś ściska mu gardło, a serce nadal galopuje jak antylopa po sawannie. Szukał w głowie logicznego wytłumaczenia, co mogło być źródłem hałasu, ale jakoś nic nie przychodziło mu do głowy. Pierwszy raz w życiu słyszał coś takiego. Tymczasem młodszy przeciągał się chwilę na leżąco. Potem wstał i przewiesił jedną nóżkę nad kojcem, próbując wyjść.
— Nie, nie wychodź! — Zatrzymał go pierworodny. — Leż sobie. Leż, aż mama przyjdzie.
— Nie! — zaprotestował z grymasem.
— O! Popatrz tu! Co ja tu mam? — Dotknął swojego nosa wskazującym palcem i zatrąbił po cichu jak trąbka od roweru. — Co ten nosek robi? O, zobacz! Pip!
Nie był zainteresowany. Na ponowne strącenie swojej nogi z drewnianej poręczy zareagował piskliwym grymasem i dziecięcym, lekkim klapnięciem dłoni o policzek Piotra, który mógł imitować uderzenie.
— Zostań no!
Coś przeszło korytarzem na zewnątrz. Zauważył to po cieniu, który przyćmił na moment światło, wpadające przez oszklenie drzwi. Odwrócił głowę w tamtym kierunku, ale niczego nie zauważył.
Nagle cień znów się pojawił, wyraźniejszy i większy. Piotra przeszył dreszcz. Klamka drgnęła i opadła – krzesło zawiodło. Przeskoczył całą długość pokoju jednym susem i przykucnął na nim, blokując drzwi. Ktoś po drugiej stronie naparł mocniej, ale chłopak zeskoczył i podpierając się o podłogę, nacisnął całym ciężarem ciała. Strzeliły, ponownie zamknięte. Przytrzymał klamkę, z zaciśniętymi zębami. Czuł napór.
— Wiktor, otwórz drzwi. — Usłyszał znajomy, kobiecy głos.
— Mama! — odpowiedział Wiktor, który wygramolił się w tym czasie z kojca i stał na środku pokoju w swojej turkusowej piżamce.
— Mama? — zdziwił się Piotr.
— Piotrek? Co ty robisz? Nie baw się, otwórz.
Odetchnął, gdy już zobaczył ją w progu. Miała na sobie wyjściowe ubranie: dżinsowe spodnie i czerwoną koszulkę z krótkimi rękawami, przyozdobioną na środku jakimiś napisami w obcym języku, a w ręku trzymała wypełnioną po brzegi foliową reklamówkę. Patrzyła na niego ciemnobrązowymi oczyma, które po niej odziedziczył, osadzonymi w zaznaczonej kośćmi policzkowymi twarzy.
— Czemu zamknąłeś drzwi?
— Przepraszam. Nie słyszałem, jak weszłaś do domu. — powiedział chłopak, nadal jeszcze drżącym głosem — Myślałem, że to ktoś inny.
— Ktoś inny?
Zbierał myśli.
— Tak. Słyszałem jakiś dziwny dźwięk na strychu. Myślałem, że ktoś tam jest.
— Na strychu? — zapytała zdziwiona. Spojrzała na miotłę, leżącą na podłodze.
— Tak. Taki jakby ryk albo buczenie. Chciałem tam iść, ale… Wiktor się obudził i musiałem do niego iść. Musimy sprawdzić, co to było.
— Myszy pewnie chodzą. Masz. — Podała mu reklamówkę, wzięła Wiktora na ręce i ruszyła w stronę kuchni — Zobacz, czy ci kupiłam dobre zeszyty. Masz już wszystko kupione do szkoły?
— Mogą być — sapnął, nie zajrzawszy do reklamówki. — Mama, trzeba sprawdzić, co to było! Na pewno nie myszy. Na sto procent. To było bardzo dziwne. Może ktoś tam rzeczywiście chodzi?
Z worka leżącego na kuchennym stole wyjęła chleb i kostkę masła. Spojrzała na niego, marszcząc brwi. Po chwili zastanowienia postawiła Wiktora na nogi i podeszła do lodówki. Macała ręką blat, póki Piotr nie okazał, że ma klucz. Chłopak ruszył za nią z miotłą, gdy szła na górę po piekielnie skrzypiących schodach.
Otwarta klapa huknęła o podłogę i w gorące, suche powietrze wzbiły się języki kurzu. Strych powitał ich iście saunowym zaduchem oraz masą zwisających pajęczyn, uginających się od sporej ilości przyklejonego brudu, przypominających cienki, szary materiał. Pachniało tam zbożem i książkami, a pył łaskotał nos aż do podniebienia. Było tam bardzo jasno. Słońce ustawiło się pod idealnym kątem i przez małe, kwadratowe okienko z zakurzonymi szybami w trójkątnej ścianie poddasza wpadał snop światła, przebiegający przez całą długość strychu i zatrzymujący się w kącie przy przeciwległej ścianie. W świetlistej, skośnej kolumnie można było zobaczyć chmurkę kurzowych drobinek, poruszających się w chaotycznym tańcu miniaturowych powietrznych prądów. Piotr przesunął przez niego ręką, wtedy zawirowały i ruszyły się żwawiej.
Na samym środku strychu straszył szary, szorstki blok komina, pokryty ze wszystkich stron ciemnymi pajęczynami, przypominającymi koronkowy haft. Pomiędzy pionowymi belkami podtrzymującymi płatwy po południowej stronie, to znaczy od strony ściany z kwadratowym okienkiem, stały dwa sporawe pojemniki z drewna, wysokie na półtora metra, przykryte drewnianymi płytami. Wszędzie na nich, pomiędzy oraz za nimi leżały, stały i walały się przedmioty wszelakiej maści. Były tam stosy gazet, książek, narzędzia, metalowe cosie i wihajstry, ubrania, puste i wypełnione skrzynki oraz pudełka. Natomiast po północnej stronie stała drewniana, chyląca się ku upadkowi półka, wypełniona po brzegi reklamówkami oraz sprzętem elektronicznym w postaci starego komputera, rozebranego na części Atari, drukarki i paru innych, bliżej nieokreślonych urządzeń. Poza tym zobaczył jeszcze kilka dywanów zwiniętych w rulon, czegoś, co mogło być kołowrotkiem, albo kołem od roweru, metalowe ostrza kos i sierpów, puszki po farbie i rząd obramowanych, zafoliowanych obrazów, opierających się grzecznie o komin.
Piotr rozglądał się dookoła z otwartymi ustami i nawet nie słyszał, jak jego mama zwraca mu uwagę.
— Piotrek! Słyszałeś? Chodź. Zamykamy ten interes.
— Mogę tu na chwilę zostać? Dalej nie wiemy, co tak hałasowało.
— Już mówiłam. Radio się pewnie odzywało. — wzruszyła ramionami. — Chodź. Nie mam czasu, muszę zrobić Wiktorowi kanapkę, bo jest głodny i ostrugać ziemniaki na obiad. Pomożesz mi, jak nie masz nic innego do roboty.
Dopiero teraz zauważył, że pod nogami ma radio podłączone do przedłużacza. Zamrugał znacząco oczami.
— Skąd tutaj radio? — Podniósł je. Był to stary, plastikowy odbiornik z paroma guzikami, pokrętłami i przedziałką z czerwonym wskaźnikiem, pokazującym długość odbieranych fal. Z przodu przedmiot miał dwie białe, plastikowe listwy, jedną na górze, drugą na dole, służące wyłącznie dekoracji. Pomiędzy nimi było zaś, wyglądające trochę jak więzienne, ponure okno, kratkowane lico, za którym schowany był głośnik. Szumiał cicho. Obok uchwytu sterczała częściowo wysunięta antena, a z tyłu na czarnym plastiku widniało logo, podobne do litery „U”. Obok niego znów ktoś wydrapał dziwne znaki, być może podpis właściciela. — Ono nie jest nasze. Kto tutaj w ogóle mógł go słuchać? Przez cały czas było włączone?
— A ja wiem? Pewnie stary właściciel zapomniał go wyłączyć — mówiła, schodząc po schodach. Z dołu dochodziły już grymaśne nawoływania Wiktora. — Chodźże już, nie mam całego dnia.
Odłączył radio i zabrał je ze sobą. Postawił w swoim pokoju na parapecie okna za nowo kupioną firanką i przekręcił na ulubioną stację radiową. Działało bez zarzutu.
Przez cały dzień, czy to pomagając mamie przy obiedzie, czy tacie w przenoszeniu kartonów z rzeczami, czy w skręcaniu mebli zgodnie z kilkustronicową instrukcją obsługi, albo koszeniu trawnika obok domu, spoglądał ukradkiem w stronę klapy na strych, bądź małego, kwadratowego okienka.
Wtorek minął mu niezwykle pracowicie.
W nocy nie spał do późna. Leżał na łóżku z otwartymi oczyma i gapił się w szary sufit nad głową. Za oknem było zupełnie ciemno, najbliższa latarnia świeciła jakieś dwie wioski dalej. Przez oszklenie drzwi wpadały do środka jedynie resztki pomarańczowego światła, docierające z innego pomieszczenia. Zza drzwi dochodziła też do pokoju kłótnia rodziców. Rzucane argumenty i kąśliwe uwagi były ciche, ale niektóre zdania wyrywały się głośniej. Zakrył uszy rękoma. Nie pomogło. Leżał tak przez dobre dwadzieścia minut, nucąc pod nosem monotonne „La, la, la”. W końcu włączył radio, ściszył i postawił sobie tuż obok głowy. Musiał przełożyć poduszkę w nogi i położyć się odwrotnie niż zazwyczaj, żeby kabel mógł dostać do kontaktu. Stacja radiowa od paru godzin nadawała już wyłącznie polskie piosenki.
Płynęły jedna po drugiej.


*


Otworzył oczy.
— Chcesz?
Zobaczył dziewczynę z dwoma warkoczami brązowych włosów. Podała mu czekoladowego wafelka. Wziął go i odwzajemnił się uśmiechem.
Siedział w szkolnej ławce. Wszyscy koledzy i koleżanki z klasy patrzyli na tablicę z przodu. Nie widział, co jest na niej napisane. Widział za to ich wszystkich. Patryka, Maćka, Wojtka, Damiana i innych. Byli tam, co do jednego. Widział też Klaudię w pierwszym rzędzie. Pisała coś w zeszycie różowym długopisem. Wszystko było znowu tak, jak miało być.
— Co się stało? — zapytała Klaudia. Siedziała tuż obok niego. Nie zrozumiał jej. — Co się stało z naszą klasą?


*


Obudził się. Gdzieś podziała się jego półka z figurkami i zabawkami. Nie było komputera. Przez moment nie poznawał swojego pokoju, ale kiedy tylko do świadomości dotarło to, że znów słyszy skrzypiąco-bucząco-wibrujący odgłos, przypomniał sobie wszystko.
Przekręcił głowę w prawo. Radio leżało na podłodze obok łóżka. Głośnik przestał nadawać piosenki i wydawał się oszaleć. Podniósł się z trudem, pokonując potężną grawitację ciepłej pościeli. Wyciągnął kabel z gniazdka. Sprzęt ucichł, ale dziwny dźwięk brzmiał nadal. I nadal brzmiał ze strychu.
Piotrowi zrobiło się gorąco. Przykrył się kocem, zamknął powieki i wtuliwszy mocno policzek w poduszkę, zaczął modlić się w myślach, by jak najszybciej zasnąć. Udawał, że niczego nie słyszy.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(13-02-2018, 23:27)Blockfush napisał(a):
Rozdział I
Sufit nad nim epatował spokojem odpowiednim dla góry, milionami lat niezauważenie dźwigającej się ponad krajobraz. Był milczący i statyczny. Chłopak zatonął w jego widoku, w niewzruszonej bieli i odpadającej miejscami farbie, wypuszczając z jednej z umysłowych przegródek stadko wspomnień. (Sam początek tekstu, a już mamy niepotrzebnie poetycki opis czegoś, co jest do bólu prozaiczne. Sufit to sufit. Może być ładny albo brzydki, ale nie ma nic wspólnego z żadnymi górami i milionami lat. I każdy sufit jest statyczny, w tym tutaj nie ma nic niezwykłego)

Przechodziły mu przed oczyma jak baranki, liczone dla szybszego zaśnięcia, ale pośpiechem bardziej przypominały krowy, wlokące się do poidła. (Zatem nie pośpiechem)

Niektóre wymykały się jakimś tylnym przejściem i bodły go swoimi rogami drugi, trzeci, czwarty raz – zawsze w to samo czułe miejsce po lewej stronie klatki.(Jakiej klatki? Zakładam, że piersiowej, ale to trzeba napisać, bo skoro porównujesz wspomnienia do krów, to równie dobrze mogłaby to być klatka dla ptaków)

Wtedy właśnie, pośród zupełnej ciszy, (zbędny przecinek) przerywanej jedynie tykaniem zegara dwa pomieszczenia dalej, usłyszał to po raz pierwszy.

Wydawał się przytłumiony, jakby dochodził spod wody,(zbędny przecinek)albo z bardzo daleka.

W środku nie było potencjalnie(Zbędne – albo było coś, co mogło wywołać taki dźwięk, albo nie było) niczego, co mogłoby go wydać.

Odgłos nie dochodził jednak zza ścian, więc wykluczone, by może sąsiedzi,(zbędny przecinek) albo ktoś, (zbędny przecinek)lub coś, jeszcze dalej od domu tak hałasował.

Nie doczekawszy się go, wytarł wodę z policzka i wyszedł pospiesznie z pokoju. (A skąd ta woda na policzku?)

Tata przesiadywał jeszcze w pracy, mama nadal nie wracała ze sklepu (pewnie znowu zagadała się z jakąś nowo poznaną(nowopoznaną) sąsiadką,(zbędny przecinek) albo wybrała się do odzieżowego), a Weronika od rana bawiła się u jednej z koleżanek.

Miał ochotę schować się pod swoim łóżkiem albo przykryć się kołdrą i udawać, że niczego nie słyszy. Zamiast tego skierował się na strych.(Typowy motyw horrorów – boję się, ale wejdę :D)

Tata ostrzegał go, żeby nie chodził po starych schodach, które tam prowadzą(prowadziły – czas narracji utrzymuje się ten sam). Niektóre deski wyglądały od spodu na spróchniałe, a ślady świadczące o chwytającym je grzybie wołały o odmalowanie albo wymianę. „O wypadek nie trudno(nietrudno)”, ale tym razem sytuacja była nietypowa.(Czemu to "o wypadek nietrudno" jest w cudzysłowie, jakby było myślą, a dalsza część już nie? Co tu jest myślą, a co nie? Wypadałoby napisać, że bohater to pomyślał)

Część z nich przypominało zdeformowane kwadraty i trójkąty, z różnymi kreskami,(zbędny przecinek) przekreślającymi je bądź wiszącymi nad nimi, (zbędny przecinek)jak kropki nad literą „i”.

Nie miał czasu zastanawiać się nad ryciną (Rycina to rysunek, a nie pismo).

Ostrożnie pchnął klapę w górę(Nie mógł pchnąć tego w żadnym innym kierunku – zbędne).

...), dziurkacz, śrubokręt, pęk kluczy z brelokiem w kształcie piłkarza i szeroką smyczą,(zbędny przecinek) oraz parę innych bibelotów.

Spojrzał(przecinek) czy wszystko jest(było/zostało) na miejscu i nie wskazuje(wskazywało) na jego nagłe wtargnięcie i po chwili znów był przy klapie.

Ale w nowym, starym(Nowy stary dom? Jaki to ma sens?) domu nie było jeszcze wieszaków na kurtki, nie mówiąc już o samym haczyku.

Gdzie mógł być więc(Gdzie mógł więcej być) ten szukany przez niego?

Obecna lodówko-zamrażarka była natomiast o wiele wyższa, dlatego musiał na oślep błądzić ręką po pokrytym kurzem blacie.(Jakim blacie? Lodówka nie ma blatu)

To znaczy,(zbędny przecinek) już teraz widział nogi jakichś półek, żelastwa, pełno drewnianych skrzynek i pudełek, ale po pełnej brudu podłodze nikt nie chodził.

Wparował do pokoju Wiktora, strzelając(trzaskając) drzwiami.

— Mama — powiedział chłopiec, (zbędny przecinek)zaspanym głosem.

Na ponowne strącenie swojej nogi z drewnianej poręczy zareagował piskliwym grymasem(Grymas to wyraz twarzy, nie wydaje dźwięku) i dziecięcym, lekkim klapnięciem dłoni o policzek Piotra, który mógł imitować uderzenie.

Zauważył to po cieniu, który przyćmił na moment światło, (zbędny przecinek) wpadające przez oszklenie drzwi.

Strzeliły, (Drzwi nie strzelają, trzeszczą, trzaskają – to tak) ponownie zamknięte. Przytrzymał klamkę, z zaciśniętymi zębami. (Lepiej brzmiałoby "Zacisnąwszy zęby, przytrzymał klamkę") Czuł napór.

Patrzyła na niego ciemnobrązowymi oczyma, które po niej odziedziczył, osadzonymi w zaznaczonej kośćmi policzkowymi twarzy. (Każda twarz posiada kości policzkowe, więc jest nimi "zaznaczona". Rozumiem, że chodzi o to, że miała "wyraźnie zarysowane kości policzkowe" lub "wydatne kości policzkowe" i tak trzeba by to ująć)

— Przepraszam. Nie słyszałem, jak weszłaś do domu. (zbędna kropka) — powiedział chłopak, nadal jeszcze drżącym głosem(kropka) — Myślałem, że to ktoś inny.

Spojrzała na miotłę, (zbędny przecinek) leżącą na podłodze.

— Myszy pewnie chodzą. Masz. — Podała mu reklamówkę, wzięła Wiktora na ręce i ruszyła w stronę kuchni(kropka) — Zobacz, czy ci kupiłam dobre zeszyty. Masz już wszystko kupione do szkoły?

Macała ręką blat(Jak już mówiłam, na górze lodówki raczej nie ma blatu), póki Piotr nie okazał(pokazał), że ma klucz.

Poza tym zobaczył jeszcze kilka dywanów zwiniętych w rulon, czegoś(coś), co mogło być kołowrotkiem, (zbędny przecinek) albo kołem od roweru, metalowe ostrza kos i sierpów, puszki po farbie i rząd obramowanych, zafoliowanych obrazów, opierających się grzecznie o komin.

— Już mówiłam. Radio się pewnie odzywało. — w(W)zruszyła ramionami. — Chodź. Nie mam czasu, muszę zrobić Wiktorowi kanapkę, bo jest głodny(zbędny) i ostrugać ziemniaki na obiad.

Zamrugał znacząco oczami.(W jaki sposób znacząco? Mrugał znacząco do tego radia? Znacznie lepiej brzmiałoby "z zaskoczeniem")

Obok uchwytu sterczała częściowo wysunięta antena, a z tyłu na czarnym plastiku widniało logo,(zbędny przecinek) podobne do litery „U”.

Przez cały dzień, czy to pomagając mamie przy obiedzie, czy tacie w przenoszeniu kartonów z rzeczami, czy w skręcaniu mebli zgodnie z kilkustronicową instrukcją obsługi, (zbędny przecinek) albo koszeniu trawnika obok domu, spoglądał ukradkiem w stronę klapy na strych,(zbędny przecinek) bądź małego, kwadratowego okienka.

Przez oszklenie drzwi wpadały do środka jedynie resztki pomarańczowego światła,(zbędny przecinek) docierające z innego pomieszczenia.

Musiał przełożyć poduszkę w nogi i położyć się odwrotnie niż zazwyczaj, żeby kabel mógł dostać(dosięgnąć) do kontaktu.

Głośnik przestał nadawać piosenki i wydawał się oszaleć(oszalały).

Ciekawy ten fragment, choć zastanawia mnie, jak ma się do prologu, skoro tak od niego odstaje. Napisany jest moim zdaniem o wiele przystępniejszym w odbiorze stylem, może poza paroma momentami. Ale czytało mi się zdecydowanie lepiej niż poprzednie. Motyw dziwnych hałasów w mieszkaniu już mi się przewinął w różnych źródłach, niemniej nadal potrafi być intrygujący i taki też jest w tym fragmencie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#8
Dzięki Ci wielkie Vetala. Twoja ocena jest mi wielce pomocna. Powiedz, czy mniej czytelne fragmenty, to te z większą ilością opisów i dłuższymi zdaniami? Czy problem leży w czymś innym?
Odpowiedz
#9
(17-02-2018, 20:12)Blockfush napisał(a): Dzięki Ci wielkie Vetala. Twoja ocena jest mi wielce pomocna. Powiedz, czy mniej czytelne fragmenty, to te z większą ilością opisów i dłuższymi zdaniami? Czy problem leży w czymś innym?

Tak, wydaje mi się, że to może być kwestia opisów i długości zdań. Moim zdaniem w dłuższych opisach dobrze jest bardzo uważać, żeby nie przesadzić z liczbą zdań złożonych, zwłaszcza wielokrotnie. Najlepiej celować w jak największą przystępność opisu – w pierwszej kolejności opis ma być zrozumiały i ma pokazywać czytającemu to, co opisujesz, finezja powinna być na dalszym miejscu. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Złoty Gepard DeadHuman 43 4,278 17-10-2016, 19:28
Ostatni post: Vetala

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości