Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Między młotem a kowadłem
#1
Cześć. No więc, po tych kilku latach obecności tutaj, wrzucam swój tekst. Nie dlatego, że napisałem coś, co choć po części spełnia moje pisarskie ambicje i z czego byłbym szczególnie zadowolony. Wstawiam dlatego, ponieważ doszedłem do wniosku, że pewnie nigdy czegoś takiego nie napiszę, i zamiast się nadymać i próbować być na siłę lepszy, niż faktycznie jestem, po prostu posłucham ludzi mądrzejszych i bardziej doświadczonych – a nuż z tej lekcji coś uda mi się wyciągnąć i zrobię krok do przodu. Ale dość o tym.

Opowiadanie piszę na spółkę z kolegą – nasze style różnią się, wydaje mi się, dość mocno, lecz obaj opisujemy zupełnie różne historie, osadzone w naszym autorskim świecie. Ja wstawiam do oceny oczywiście tylko swoją część, bo to o moją pisaninę chodzi, ale jest pewien haczyk. Aby dobrze zrozumieć o czym ja w ogóle piszę, należy przebrnąć przez kilka akapitów niezbyt dobrze zredagowanego prologu (lub czegoś, co w przyszłości nim się stanie), niestety w ogromnej większości nie mojego autorstwa. Oczywiście mam zgodę autora na publikację tego tekstu – żeby nikt mi nic nie zarzucał. Ewentualnych czytelników i krytyków proszę jednak o nie skupianie się na tym wstępie i potraktowanie go jako, powiedzmy sobie, informację. Wiem, że to wszystko jest dość kłopotliwe, szczególnie, że mój własny tekst urósł do dość pokaźnych rozmiarów (z racji czego nie wstawię wszystkiego na jeden rzut), ale liczę, że znajdzie się ktoś o tak żelaznej determinacji, że będzie w stanie to przeczytać, a może i nawet oceni i udzieli cennych wskazówek :).

Koniec biadolenia. Przejdźmy do konkretów. Ewentualnym czytelnikom optymistycznie życzę miłej lektury i z góry dziękuję za poświęcony czas :).



Wstęp:
Cytat:
Królestwa

Ochridia, to kontynet podzielony na 6 państw. Na południu w ciepłych rejonach włada Nikfur V, mając pod sobą Eglerię, największy kraj pod względem powierzchni oraz ludności, leżący nad Oceanem Hritas. Egleria, traktowana jako centrum handlu kontynentalnego wzbogaca się z roku na rok, a stolica owego królestwa – Glerion, nie ma sobie równych pod względem rozwoju kulturowego i militarnego. Ludzie żyją tu w dostatku i pokoju, trudniąc się handlem morskim lub lądowym, górnictwem i rolnictwem, nie brakuję też wspaniałych dowódców, stojących na czele elitarnych oddziałów, pilnujących granic kraju. Głównymi towarami eksportowymi Eglerii, była sól morska, złoto, srebro, diamenty, i wielce lubiana na całym kontynencie, herbata. Na północ od Eglerii znajdowało się państwo środka, kontynetalne serce – Fedesz. Królestwo to, nie było już tak bogate, ze względu na nikłe pokłady metali szlachetnych. Rejon ten należał do najbardziej wyalienowanych pośród wszystkich państw, powodem było górzyste położenie, które budowało sporą ścianę dla podróżników. Wedle niewielu wpisów zaznaczanych przez kronikarzy prowadzących księgi historyczne, król, który tam włada, Lucian II Lamuria, mocno uciska własny lud, dławiąc wszelkie przejawy buntu w sposób brutalny i niegodziwy. Fedesz posiada największą armię, doskonale wyposażoną i wyszkoloną, oczywiście przedkłada się to na ubóstwo panujące wśród zwykłej społeczności. By wjechać do "Kamiennej" stolicy – Haszkasz, należy posiadać glejt dyplomatyczny lub mieszek wypełniony złotymi dukatami, korupcja nie była tu tematem tabu.

Przejdźmy do zachodniego królestwa Kaniva, obejmującego rejony pustynne, będące pod pieczą Harukana, samozawańczego króla, który objął władzę poprzez krwawą rewolucję. Sylwetka władcy należy do największych zagadek, wedle plotek konszachtuje on z oficerami Armii Fedesz. Fedesziańscy wojskowi zasilają jego legiony najemnikami z całego kontynetu, kupionymi za resztkę złota ze skarbca Luciana II Lamurii. Jakiż jest powód tego, że Lucian wspiera wojsko Harukana? Póki co, jest to niewiadome. Kaniva słynie z wyjątkowo dobrej stali, którą produkują znamienici hutnicy, ich wyrób ceniony jest na całym kontynencie. Poza tym, kraj ten nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród innych krain. W jego granicach mieszczą się bowiem ogromne połacie nieprzyjaznej dla człowieka pustyni, której piaski pochłonęły już niejedno ludzkie życie i wypiły sporo krwi. Pozostała część terenu, na którym Harukan położył swoje łapska, usiana jest brzydkimi, umęczonymi wojną, biedą i głodem, brudnymi miastami. W miejsce starych zabudowań, wyróżniających się popularną na kontynencie, choć dziś strawioną ogniem rewolucji architekturą zachodu, wzniesiono mrowie budowli sześciennych, postawionych z najpopularniejszego i najtańszego w tej części świata budulca, czyli piaskowca. Każde z tych toczonych zarazą, bliźniaczych miast, jest niczym innym, jak slumsami, tonącymi w ludzkich nieczystościach. Nad wszystkim wznosi się równie piękna i bogata, co niedostępna dla prostej ludności stolica – Samborra, obrośnięte w mity i legendy, dumne Złote Miasto. Niegdyś powód do dumy Kanivijczyków, dzisiaj jedynie otoczony morzem slumsów złoty kolos, symbol przelanej przez Harukana krwi i ucisku.

Pozostałe trzy państwa, to dalekie kraje północy i wschodu. Pierwsze z nich zachodnio – północne Dur – Dlum, o małej powierzchni, w większości zalesione, obejmuje najzimniejsze rejony kontynentu. Ludzie żyją tu z połowu ryb, płynących ławicami w górę rzeki Ahel – nex. Królestwo nie posiada większych miast, dzisiejsza stolica jest nikłych rozmiarów, spłonęła dwa lata temu niemal w całości, przez wojnę trawiącą północ, odbudowuje ją młody król Len – Ga, który przejął tron po śmierci ojca. Jakież będą dalsze losy nastoletniego władcy? Bliskim sąsiadem Dur – Dlum, jest Apporum – centrum północy, głowne miasto to Ersum. Kraj osobliwy, którego zwierzchnikiem jest najwyższy kapłan wilczego boga wojny, Weldoza. Kapłan ów, zwie się Kirian Gades, który od dwóch dekad stara się podbić Dur – Dlum w imię religii. Przez lata przejął jedynie przygraniczne miasteczka i wsie. Udał mu się również zamach na poprzedniego króla Dur – Dlum, Tek – Ga. Przed świętem "Bursztynowej Ryby Dahh" kapłan najął profesjonalnego skrytobójcę, który skutecznie ominął pijaną straż króla, po czym w środku nocy poderżnął gardło Tek – Ga, ten pochłonięty przez głęboki sen, nie doczekał poranka. Dzień następny zasiał trwogę wśród mieszkańców Ahelen. Chaos spowodowany śmiercią króla, doprowadził do wielu zamieszek na ulicach miasta, dywersanci wykorzystali moment  zamieszania, podpalili ważniejsze budynki. Na nieszczęście mieszkańców, izby w większości składały się z drewna i słomy, a w dniu pożaru panował porywisty wiatr, który rozprzestrzenił ogień na niebywałą skalę, niszcząc doszczętnie serce Dur – Dlum. Zostawmy na jakiś czas północne konflikty i poznajmy wschód.

Republika Linar, państwo wschodu, zamożne oraz niewiele mniejsze od Eglerii pod względem powierzchni, również ma dostęp do Oceanu Hritas, przez co jest handlowym rywalem Eglerczyków. Linar dzieli się na piętnaście landów, każdy land ma pięciu przedstawicieli wybieranych w wyborach odbywających się co dziesięć lat, w których głosują wszyscy obywatele powyżej szesnastego roku życia, kobiety jak i mężczyźni. Przedstawiciele landów zasiadają w "Komnacie Władzy" znajdującej się w stolicy czyli Ranil, posłowie podejmują tam najważniejsze decyzje dotyczące państwa. Ustrój ten przyciąga wielu ludzi z całego kontynentu, ponieważ po trzech latach pobytu w Linar, można uzyskać obywatelstwo oraz wszystkie prawa z nim związane, stanowi to alternatywę dla niewolników z ościennych królestw, którzy masowo uciekają przed krwawymi panami. Ciepły klimat sprzyja uprawie winogron i oliwek, oraz innych ciekawych owoców i warzyw, mniej znanych reszcie kontynentu. Najpopularniejszym towarem eksportowym jest Linarskie wino, goszczące na stołach całego znanego świata. Polityka republiki jest neutralna, nie mieszają się w konflikty, z nikim nie utrzymują bliższych sojuszy. Zaprzestano inwestycji w masową armię, skupiono się bardziej na  technologii mogącej powstrzymać hordy najeźdźców, w ciągu ostatnich lat wynaleźli czarny proch, a co za tym idzie, broń mogącą z niego korzystać – muszkiety i stalowe działa. Technologia dawała im przewagę nad resztą państw, przez co każdy król czuł respekt do republiki.



A tutaj moja część historii:

Kaniva

Deski posadzki zaskrzypiały pod butami odzianego w czerń, jasnowłosego mężczyzny. Choć był dobrze zbudowany, miał twarz nastoletniego chłopca. I kontrastujące z nią dziwne, błędne, jakby niedobre oczy. Tuż za nim do niewielkiego, oświetlonego oliwną lampą pomieszczenia weszła kolejna osoba. Był to niespotykanie wysoki mężczyzna o kruczoczarnych włosach i brodzie, z pięknym, zdobionym puginałem zatkniętym za pas. Poprawił okulary na nosie i zamknął za sobą małe, nieszczelne drzwiczki, przez które ledwie się przecisnął.
Generał Telga siedział naprzeciwko, za dębowym stołem, z rękami złożonymi na krzyż. Oderwał się od przeglądanych raportów i obdarował ich srogim, surowym spojrzeniem, zapewne wyćwiczonym przez lata praktyki w dowodzeniu wojskiem i służbą wywiadowczą. Blizny szpecące jego twarz w świetle lampy zdawały się jeszcze bardziej paskudne, a w zestawie z potężną aparycją generała, który zdawał się wyrastać znad stołu niczym góra, wręcz krzyczały, by trzymać się od niego z daleka.
– Generale – odezwał się okularnik tonem świadczącym o wykonaniu zadania.
– Możesz odejść Altra. Dobra robota. – Powietrze niemal zadrżało pod jego mocnym basem.
Altra skinął głową, odwrócił się na pięcie i wyszedł, kurcząc się w przejściu o połowę. Młody odprowadził go wzrokiem.
– Ha. A więc naprawdę tu jesteś, Kasper.
– Jestem. Ale nie Kasper. Jestem Johan. Wędrowny handlarz i hodowca wielbłądów – odparł młody z przekąsem, wytrzymując spojrzenie.
Generał wykrzywił wargi, wyrażając znużenie tego typu szczeniackim cynizmem.
– Czegóż to może chcieć ode mnie, prostego kupczyka, szanowny pan generał? – Młody przerwał milczenie.
– Ano tak się składa, że jest taka jedna rzecz. Nie mam czasu ani ochoty na pierdolenie, Kasper – rzucił obcesowo pan generał i z hukiem opuścił olbrzymią łapę na stół, czego widok przywodził na myśl wielki skalny blok, odrywający się od morskiego klifu. – Mam zlecenie. Słyszałem, że jesteś skuteczny. Skuteczniejszy niż reszta. Zapytam wprost: ile?
Kasper żachnął się i, jak zwykle, beznadziejnie odegrał rolę niemającego o niczym pojęcia prostaczka. Po chwili jednak uległ pod spojrzeniem dającym wyraz poważnie nadszarpniętej cierpliwości Telgi, Łamacza Kości. Nie było sensu udawać przed kimś, kto od dawna doskonale wiedział, kim był Kasper. I to, że z hodowcą wielbłądów łączyło go tyle, co szlachciankę z portową kurwą.
– Więcej niż Ona – odparł z łobuzerskim uśmieszkiem, zrzucając maskę głupca.
Generał Telga zaśmiał się w głos, po chwili jednak spoważniał, charknął przeciągle i  ohydnie splunął na podłogę.
– To jest mniej więcej tyle – Wskazał na przyklejony do parkietu, wielki rozbryzg flegmy – ile te obdartusy mogłyby ci zaoferować. Bo na tyle, plus minus, byłoby ich stać. Nie sprzedawaj mi banałów, ta cała Rebelia to jakiś ponury żart. Chcę szybko zamknąć sprawę, przecież to tylko kwestia ceny. Chcę dobić targu, Pustynny Wilku. Dobijmy targu – dodał w sposób, w jaki wydaje się rozkazy.
Nastała chwila milczenia. Podmuch ciepłego wiatru, przeciskającego się w szczelinach starych drzwiczek, musnął Kaspra po karku. Płomień w lampie zatańczył i zamigotał, wraz z nim zatańczyły cienie. Zahukała sowa. Na zewnątrz zapadł zmrok.
– Pustynny Wilku – podjął Kasper. – A ja głupi myślałem, że wciąż mnie nazywają Krwawym Rosomakiem.
– Do rzeczy, Krwawy Rosomaku – uciął Generał.
– Dwa tysiące denarów. Połowa przed, połowa po.
– Jak to: przed? – zdziwił się.
– W takim razie wracam do wielbłądów – odparł, odwracając się na pięcie w kierunku drzwi.
– Czekaj – zatrzymał go, wiedząc, że drugi raz taka okazja się nie powtórzy. Nawet generał nie chciał mieć tego zagadkowego szczyla ze świdrującym spojrzeniem przeciwko sobie.
Sprawa była wyjątkowo delikatna, a królewski skarbnik prawdopodobnie nawet nie zawracałby sobie głowy tak niewielkim brakiem i wpisałby go w margines błędu. A jeśli nawet by się zorientował, generał znał sposoby, aby sprawić by szybko o tym zapomniał. Samozwaniec Harukan miał plany względem tej kobiety, to prawda. Chciał wżenić się w królewski ród. Problem, jaki stanowił fakt, że kobieta stała na czele ugrupowania mającego na celu zdetronizowanie Harukana wcale mu nie przeszkadzał i, jak sądził, był w zasadzie niewielki. Generał miał jednak skryte wątpliwości. Ot, przeczucie, zwykły, instynktowny niepokój. Chciał więc rozwiązać sprawę w korzystny dla siebie, najprostszy zresztą z możliwych sposobów. I zacierał ręce na nadchodzącą ku temu sposobność.
Jeszcze raz zlustrował zabójcę wzrokiem, jakby zastanawiał się, czy jest on godnym zaufania partnerem w interesach. Kasper nie dostrzegł w tym spojrzeniu nawet cienia zaufania.
– Stoi. – Można było więcej, pomyślał Kasper, przeklinając w duchu swoją skromność.
– Elaina ibn Barrata. Dziewka roszcząca sobie, kurwa jej mać, prawa do tronu. Ona musi zginąć. Dwa dni przed Świętem Quarry, w Harran. Ona tam będzie. Jej krew ma wsiąknąć w piaski Kanivy, Kasper. Ale głowy mi nie przynoś – wypalił bezpośrednio. Generał lubił konkrety. W tym miejscu nie musiał silić się na dyskrecję. – Będę wiedział. Bo ja też tam będę – dokończył.
Kasper nie odpowiedział. Od początku wiedział, jak będzie brzmiało zlecenie. Wiedział również, że generał też tam będzie. Powiedziała mu o tym "dziewka, roszcząca sobie, kurwa jej mać, prawa do tronu". Kiedy negocjował z nią cenę jego głowy. Ukłonił się lekko na znak zgody. Generał uśmiechnął się paskudnie.
– Altra wypłaci ci kwotę. Potraktuj to jako akt dobrej woli i kredyt zaufania. Olbrzymi kredyt. I gorąco nie polecam zapomnieć go spłacić. Altra! – zagrzmiał. Drzwiczki ponownie uchyliły się, skrzypiąc w zawiasach, a zza nich wyłoniła się obrośnięta czarną jak węgiel, mchowatą szczeciną głowa okularnika. Najwyraźniej ani myślał ponownie przeciskać się do środka. – Tysiąc. I odprowadź kolegę po fachu – dodał ze złośliwym uśmieszkiem. Altra z ogromnym trudem zachował kamienną twarz, przepuszczając Kaspra w przejściu. Bolał go fakt, że potrzebowali jego. Jestem do tej roboty, psiakrew, stokroć bardziej odpowiedni od tego konusa, myślał sobie, gotując się niemal w środku.
I pewnie, psiakrew, miał rację.

***

Kasper przetarł spocone czoło wierzchem dłoni, odgarniając przy tym na bok jasne włosy, poprawił pasek od spodni i przycupnął pod murkiem, zasapany po kilkunastominutowym truchcie. Słońce wznosiło się wysoko na horyzoncie. Zdążył na czas, choć wiedział, że pozostało go już niewiele. Denerwował się.
W swoim życiu zabijał wiele razy. W pamięci zapadł mu tylko jeden, z pewnością jednak nie pierwszy. Wtedy, gdy podczas wędrówki ku Północnej Ścianie został wynajęty do zlikwidowania monarchy. To był dobry test dla młodego asasyna. Wpadł wtedy w nieznaną mu wcześniej ekstazę. Czuł się jak ktoś postawiony ponad wszelkim prawem. Ktoś ponad każdym. Nikt o zdrowych zmysłach nie przyjąłby tego zlecenia. Ale on przyjął. To był jego manifest. Innych razów nie rozpamiętywał, bo wiedział, że niedobrze jest o tym zbyt dużo rozmyślać. Od tamtego dnia zmieniło się bardzo dużo. Nauczył się robić to z należytym dystansem, wykonywać pracę tak jak rolnik na polu i rzemieślnik w warsztacie. Na chłodno. Dzisiaj znów miał zabić i choć nie powinien – bo powiedzieć, że umiejętności i doświadczenie miał nieliche to jak nie powiedzieć nic – mocno się denerwował.
Żar lejący się z nieba stawał się coraz dotkliwszy, a na wielkim placu targowym w Harran zaczęło robić się tłoczno. Handlarze schowani pod plandekami straganów przekrzykiwali się jeden przez drugiego, starając się zwabić potencjalnych klientów. Przyjezdni kupowali dużo i płacili hojnie. Dokładnie tak Kasper zapamiętał to miejsce. Już tutaj bywał. Kiedyś miał tutaj przyjaciół. Ale dzisiaj i tak wszyscy byli już martwi. Kolejne bezimienne ofiary krwawych rządów Harukana. Dzisiaj dla niego nie miało to już żadnego znaczenia.
Harran było dużym miastem leżącym kilkadziesiąt mil na południe od stolicy. Każdego dnia ciągnęły doń tłumy kupców, polityków, bankierów i wielmożów, a także zbirów, najemnych zbójców, szulerów, złodziei i wszystkich innych, których sakwy wypchane były złotem po brzegi. I choć niejeden mógłby dziwić się, że w tym surowym, umęczonym wojną kraju istnieje miasto takie jak to, nie był to wcale przypadek. Ta niegdyś niewielka osada nie bez kozery ewoluowała w dobrze prosperujące miasteczko kupieckie. Położenie Harran było bowiem punktem, w którym schodziły się wszystkie szlaki handlowe Samborry, od tych prowadzących na dalekie, południowe stepy, po te wiodące ku mroźnym szczytom północy. Z czasem kupcy przejeżdżający przez Harran wzbogacili wieś nie tylko obyczajowo, ale i finansowo. Urbanizacja postępowała, zaczęto wznosić coraz to liczniejsze budowle – domy, magazyny, kantyny i sklepy, nie zapominając oczywiście o burdelach. W końcu postawiono niezbyt wyróżniający się, lecz w pełni funkcjonalny ratusz. Kupiecka hanza z Harran rosła w siłę, przejmując kontrolę nad wszystkimi lądowymi szlakami handlowymi wiodącymi od Eglerii poprzez Kanivę na północ i wschód kontynentu. Wszystkimi, które omijały niedostępne dla świata, kamienne królestwo Fedesz. A hanza, trzeba rzec, była to wyjątkowo parszywa, bo choć w interesach prawa i sumienna, tak względem ludzi była niczym wiecznie spragniony, nienasycony wampir. I z godnym takiego wampira rozmachem wysysała z okolicznej ludności życie.
Tumult na targowisku wzmógł się jeszcze bardziej, ludność ciągnęła tłumami i zbierała się wokół szafotu postawionego w centralnej części placu. Publiczne egzekucje stały się bardzo popularne, bo pomimo że walka z przestępczością była dla władz pojęciem obcym, lub, wydawać by się mogło, wręcz abstrakcyjnym, to zdrada i wszelkie przejawy buntu wobec niepodzielnych rządów Harukana były karane bezwzględnie i zawsze jednakowo. Na tym właśnie szafocie. I na wielu innych jemu podobnych.
Nagle, od przeciwnej strony targowiska, wrzawa wyraźnie straciła na sile. Głosy zaczęły cichnąć, najpierw pomału i stopniowo, po chwili wśród tłumu zapadła głucha cisza. Ludzie zaprzestali rozmów, z zainteresowaniem obserwując wkraczający właśnie na plac, ustawiony w równym szeregu oddział Białej Straży. Na jego czele kroczył rosły mężczyzna w błyszczącym napierśniku, ozdobionym emblematem ze złotym symbolem półksiężyca, okalającego słońce. Telga, pierwszy generał harukańskiej armii, bezceremonialnie wkroczył na plac, a u jego boku herold Puracjusz, opasły dziadyga ze zdartym gardłem. I, nawiasem mówiąc, nosem złamanym w kilku miejscach. Bo ciężka jest dola herolda.
Kasper ze swojej perspektywy widział jedynie srebrne groty gizarm pełznące nad głowami gapiów w rytm równego marszu. Nie mógł zobaczyć natomiast, jak między ustawionymi w dwóch rzędach strażnikami prowadzona była ponura, podzwaniająca łańcuchami grupa skazańców. Mimo to, dobrze o tym wiedział. Wiedział również, choć nie widział, że na placu znajdowały się w tej chwili ponad dwa tuziny uzbrojonych rebeliantów czekających na sygnał do ataku. Czekali na śmierć generała Telgi. Czekał, ukryty w tłumie, dowódca harukańskiego wywiadu Altra i czekał generał Telga. Na sygnał. Na śmierć Elainy, prawowitej dziedziczki kanivskiego tronu. A on musiał wybrać.
Zabójca przecisnął się przez grupę śmierdzących potem i uryną pachołków, zanurkował w jedną z odbiegających od rynku, wąskich uliczek i skrywając się w cieniu, ruszył przed siebie. Po kilku minutach lawirowania między budynkami, wiedząc, że wciąż pozostało trochę czasu, przykucnął i sięgnął ręką za pazuchę. Rozejrzał się ukradkiem, czy nikt się nie zbliża, po czym wyciągnął niewielkie, ozdobne puzderko, prawdopodobnie pozostałość po jakimś damskim kosmetyku.
– Cześć, kociaku... – mruknął do siebie, otwierając kasetkę.
Wnętrze wypełniał biały proszek wydzielający dziwną, ostrą woń. Wyciągnął mały palec, oblizał go, zanurzył w specyfiku i z właściwym sobie roztargnieniem wtarł proch w dziąsła. Narkotyk wsiąknął w śluzówkę i mocno uderzył do głowy. Pierwsza fala była potężna, wyczulone receptory odbierały bodźce ze zdwojoną siłą. Obraz zamigotał kalejdoskopem barw, każdy dźwięk niósł za sobą echo. Po krótkim czasie organizm jednak się przyzwyczaił, narkotyk wyostrzył zmysły oraz dał zastrzyk energii i przyjemne, euforyczne odczucie. Kasper potrzebował tego, by nie dać się ponieść zgubnym emocjom. Po kilku minutach wstał, przeciągnął się leniwie i ruszył w dalszą drogę.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
No dobra, to jadę. :) Tu masz poprawki i wgląd do moich wrażeń z czytania.

(31-07-2017, 20:21)Orzech napisał(a):
Kaniva
Tuż za nim,(zbędny przecinek)  do niewielkiego, oświetlonego oliwną lampą pomieszczenia,(Zbędny przecinek – nie traktowałabym tego jako wtrącenia. Wprawdzie to zdanie spełnia założenia wtrącenia, ale moim zdaniem ten krótki opis pomieszczenia jest ważny i spokojnie mógłby być "pełnoprawną" częścią zdania) weszła kolejna osoba. Był to niespotykanie wysoki facet(mężczyzna/jegomość – "facet" nie pasuje do stylu, jest zwrotem potocznym) o kruczoczarnych włosach i brodzie, z pięknym, zdobionym puginałem zatkniętym za pas.

Oderwał się od przeglądanych raportów i obdarował ich srogim, ciężkim spojrzeniem (Spojrzenie nie może być ciężkie), zapewne wyćwiczonym przez lata praktyki w dowodzeniu wojskiem i służbą wywiadowczą. Blizny szpecące jego twarz w świetle lampy zdawały się jeszcze bardziej paskudne, a w zestawie z potężną aparycją generała, wyrastającą znad stołu niczym góra(Aparycja nie może wyrastać znad czegokolwiek, bo jest wyglądem zewnętrznym, a nie jakimś obiektem), wręcz krzyczały, by trzymać się od faceta z daleka.

– Generale – odezwał się okularnik, (zbędny przecinek) tonem świadczącym o wykonaniu zadania.

– Możesz odejść(przecinek) Altra. Dobra robota. – Powietrze zadrżało pod jego mocnym basem.(To by może było fajne określenie, gdyby miało sens. Niestety, powietrze nie drży pod niczyim głosem, chyba że koleś był głośnikiem)

– Czegóż to może chcieć ode mnie, prostego kupczyka, szanowny Pan Generał(pan generał – to nie jest nazwa własna. Chyba że traktujesz to jako przezwisko bohatera, to może być)? – m(M)łody przerwał milczenie.

– (...) Nie mam czasu,(zbędny przecinek) ani ochoty na pierdolenie, Kasper – rzucił obcesowo Pan Generał i z hukiem opuścił wielką łapę na stół, czego widok przywodził na myśl walenia wyrzuconego na brzeg. (Nie leży mi to określenie. Pomijam już, że przyrównywanie łapska do walenia jest moim zdaniem abstrakcyjnym przerysowaniem. Ale opuszczanie łapy na stół to czynność, zatem lepiej przyrównać to do innej "czynności", na przykład... bo ja wiem, odrywania się skały od klifu czy cokolwiek dużego, co spada. Waleń na brzegu jest statyczny, więc moim zdaniem porównywanie do niego opadającej ręki nie ma większego sensu) – (...) Skuteczniejszy, (zbędny przecinek)niż reszta. Zapytam wprost: ile?

Kasper żachnął się i, jak zwykle, beznadziejnie odegrał rolę nie mającego(niemającego) o niczym pojęcia prostaczka. Po chwili jednak uległ pod spojrzeniem, (zbędny przecinek)dającym wyraz poważnie nadszarpniętej cierpliwości Telgi, Łamacza Kości. Nie było sensu udawać przed kimś, kto od dawna doskonale wiedział(przecinek)kim jest(był – czas narracji) Kasper. I to, że z hodowcą wielbłądów łączy(łączyło) go tyle, co szlachciankę z portową kurwą.

– Więcej,(zbędny przecinek) niż Ona – odparł z łobuzerskim uśmieszkiem, zrzucając maskę głupca.

– To jest mniej więcej tyle – w(W)skazał na przyklejoną do parkietu, wielką flegmę(Przydałoby się dać ilość, w jakiej ta flegma tam była – na przykład "przyklejony do parkietu, wielki rozbryzg flegmy". Sama flegma nie może być wielka. To podobnie, jakbyś zamiast "wielka kałuża mleka" napisał "wielkie mleko") – ile te obdartusy mogłyby ci zaoferować. Bo na tyle, plus –(zbędny myślnik – sama spacja) minus, byłoby ich stać. Nie sprzedawaj mi banałów, ta cała Rebelia to jakiś ponury żart. Chcę szybko zamknąć sprawę, przecież to tylko kwestia ceny. Chce(ę) dobić targu, Pustynny Wilku. Dobijmy targu – dodał w sposób, w jaki wydaje się rozkazy.

Podmuch ciepłego wiatru, przeciskającego się w szczelinach starych drzwiczek(przecinek – skoro uznałeś, że to ma być wtrącenie, dając przecinek po "wiatru", to tu wypadałoby je zamknąć) musnął Kaspra po karku.

– Pustynny w(W)ilku – podjął Kasper. – A ja głupi myślałem, że wciąż mnie nazywają Krwawym Rosomakiem.

– Do rzeczy, Krwawy Rosomaku – urwał(Jak to urwał? Przecież powiedział normalnie. Może być "uciął/przerwał mu") Generał.

– W takim razie,(zbędny przecinek) wracam do wielbłądów – odparł, odwracając się na pięcie w kierunku drzwi.
– Czekaj – zatrzymał go, wiedząc, że drugi raz taka okazja się nie powtórzy. Nawet generał(A tu generał jest małą literą. Zdecyduj się na jeden zapis, albo traktujesz to jak przezwisko i piszesz dużą literą, albo jako stopień wojskowy i zapisujesz małą) nie chciał mieć tego zagadkowego szczyla ze świdrującym spojrzeniem przeciwko sobie.

Sprawa była wyjątkowo delikatna, a królewski skarbnik prawdopodobnie nawet nie zawracałby sobie głowy tak niewielkim brakiem i wpisałby go w margines błędu. A jeśli nawet by się zorientował, łatwo można było sprawić, by szybko o tym zapomniał. Samozwaniec Harukan miał plany względem kobiety, o której była mowa, to prawda.

Problem, stanowiący fakt(jaki stanowił – imiesłowu w takim kontekście nie można zastosować – brzmi to tak, jakbyś stwierdzał, że problem jest faktem, a to przecież oczywista oczywistość), że kobieta stała na czele ugrupowania mającego na celu zdetronizowanie Harukana wcale mu nie przeszkadzał i jak sądził, był w zasadzie niewielki.

Jeszcze raz zlustrował go(Zastąpiłabym "go" konkretniejszym zwrotem, bo była całkiem spora przerwa od ostatniego określenia drugiego bohatera) wzrokiem, jakby zastanawiał się, czy jest(był) godnym zaufania partnerem w interesach.

– Elaina ibn Barrata. Dziewka, (zbędny przecinek) roszcząca sobie prawa do, trzymajcie mnie, tronu.

Powiedziała mu o tym Dziewka(dziewka – to nie jest nazwa własna i to, że bohater niejako cytuje słowa drugiego bohatera tego nie zmienia),(zbędny przecinek) roszcząca sobie prawa do, „trzymajcie mnie”(Dlaczego to jest w cudzysłowie? Jeśli już, to ujęłabym całe powtórzenie wypowiedzi generała w cudzysłów, traktując to jako cytat), tronu.

Ukłonił się lekko,(zbędny przecinek) na znak zgody.

(...)a zza nich wyłoniła się obrośnięta czarnym jak węgiel mchem głowa okularnika. (Miał... mech na głowie? Meh. Rozumiem, że chodziło o to, że jego włosy wyglądały jak czarny mech, niemniej żeby nie brzmiało to absurdalnie, zapisałabym to: "czarnymi jak węgiel, przypominającymi mech włosami/czarną jak węgiel, przypominającą mech szczeciną")

Jestem do tej roboty, psia krew(psiakrew – tak, tak, łącznie :p), stokroć bardziej odpowiedni od tego konusa, myślał sobie, gotując się niemal w środku.

I pewnie, „psia krew(psiakrew)(Znów – po co ten cudzysłów? Prowadzisz tu narrację, nie cytujesz), miał rację.

(...) poprawił pasek od spodni i przycapnął(przycupnął – "przycapnąć" ma zupełnie inne znaczenie) pod murkiem, zasapany kilkunastominutowym truchtem (zasapany po kilkunastominutowym truchcie).

To był dobry test,(zbędny przecinek) dla młodego asasyna.

Nauczył się robić to z należytym dystansem, wykonywać pracę,(zbędny przecinek) tak jak rolnik na polu i rzemieślnik w warsztacie. Na chłodno. Dzisiaj znów miał zabić i choć nie powinien – bo powiedzieć, że umiejętności i doświadczenie miał nieliche,(zbędny przecinek) to jak nie powiedzieć nic – mocno się denerwował. Zupełnie, (zbędny przecinek) jakby już wtedy coś przeczuwał. (Trochę mi przeszkadzają takie wstawki w narracji – okej, narrator trzecioosobowy jest wszechwiedzący, ale kurczę, psujesz tutaj cały efekt. Moim zdaniem nie musisz tak dobitnie informować czytającego, że coś pójdzie nie tak jak powinno. Dopiero co dowiedziałam się, że bohater przyjął dwa wykluczające się zlecenia – dzięki za info, narratorze, ale ja już się domyślam, że będzie burdel :p)

Żar lejący się z nieba stawał się coraz dotkliwszy, a na wielkim placu targowym w Harran(Tak jak miasto z gry "Dying Light"? :D) zaczęło robić się tłoczno. Handlarze schowani pod plandekami straganów, (zbędny przecinek)przekrzykiwali się jeden przez drugiego jak przekupki(Moim zdaniem to określenie to takie trochę masło maślane – przecież przekupki trudnią się właśnie handlem, więc handlarze właśnie tak się przekrzykują, to dla nich norma), oferując co raz(coraz) to rozmaitsze towary i usługi. (To sugeruje, że handlarze w ciągu dnia zmieniali usługi, które oferowali i zaczynali handlować innym towarem)

Kolejne,(zbędny przecinek) bezimienne ofiary krwawych rządów Harukana.

Harran było dużym miastem,(zbędny przecinek) leżącym kilkadziesiąt mil na południe od stolicy. Każdego dnia ciągnęły doń tłumy spragnionych przygód kupców(A jakich przygód mogą oczekiwać kupcy w miastach? Oni przygody miewali raczej na szlaku, w mieście to handel i tyle :p), polityków, bankierów i wielmożów, a także zbirów, najemnych zbójców, szulerów, złodzieji(złodziei) i wszystich(wszystkich) innych, których sakwy wypchane były po brzegi złotym kruszcem.(Wystarczy po prostu "złotem")

Należy wyjaśnić(przecinek) jak to się stało, że w tym surowym, nieprzyjaznym i umęczonym wojną kraju istniało miasto takie jak to, zróbmy to więc należycie, od samego początku. (Nie, proszę, narratorze, nie teraz, ja nie chcę, nie jestem na wycieczce krajoznawczej... :/ A tak na poważnie: moim zdaniem to kiepski sposób na wprowadzenie do przedstawiania miasta. Mnie to już sugeruje, że opis będzie długi, nudny i średnio mnie w tym momencie interesujący. Według mnie lepiej byłoby pozostać przy opisywaniu z punktu widzenia bohatera – niech to bohater wspomina, co wie o mieście, patrząc na te stragany i ruch na targowisku. Taki gwałtowny przeskok od opisywania "oczami" bohatera do opisu z punktu widzenia narratora wypada moim zdaniem bardzo słabo. Zwłaszcza jeśli mówisz wprost czytelnikowi "a teraz, czytelniku, zostaw już tego bohatera, zaraz oberwiesz opisem od narratora)

Niegdyś była to niewielka osada, jedna z licznych,(zbędny przecinek) oblegających niedostępne dla zwykłego pospólstwa Złote Miasto, Samborrę. Harran wyróżniał jednak pewien fakt, nie dotyczący(niedotyczący) żadnej innej z okolicznych wiosek. Położenie Harran, (zbędny przecinek)było bowiem punktem, w którym schodziły się wszystkie szlaki handlowe Samborry, od tych prowadzących na dalekie, południowe stepy, po te,(zbędny przecinek) wiodące ku mroźnym szczytom północy.

Urbanizacja postępowała, zaczęto wznosić co raz(coraz) to liczniejsze budowle – domy, magazyny, kantyny i sklepy, nie zapominając oczywiście o burdelach. (No tak, zwłaszcza tych ostatnich nie może braknąć w szanującym się opowiadaniu fantasy :D)

Kupiecka Hanza(hanza – chyba że całość "Kupiecka Hanza" to nazwa własna) z Harran rosła w siłę, przejmując kontrolę nad wszystkimi lądowymi szlakami handlowymi,(zbędny przecinek) wiodącymi od Eglerri, (zbędny przecinek)poprzez Kanivę na północ i wschód kontynentu. Wszystkimi, które omijały niedostępne dla świata, kamienne królestwo Fedesz. A Hanza(hanza), trzeba rzec, była to wyjątkowo parszywa, bo choć w interesach prawa i sumienna, tak względem ludzi była niczym wiecznie spragniony, nienasycony wampir. I z godnym takiego wampira rozmachem,(zbędny przecinek) wysysała z okolicznej ludności życie.

Tumult na targowisku wzmógł się jeszcze bardziej, ludność ciągnęła tłumami i zbierała się wokół szafotu,(zbędny przecinek) postawionego w centralnej części placu. Publiczne egzekucje stały się bardzo popularne, bo pomimo,(zbędny przecinek) że walka z przestępczością była dla władz pojęciem obcym, lub, wydawać by się mogło, wręcz abstrakcyjnym, to zdrada i wszelkie przejawy buntu wobec niepodzielnych rządów Harukana,(zbędny przecinek) były karane bezwzględnie i zawsze jednakowo. Na tym właśnie szafocie. I na wielu innych,(zbędny przecinek) jemu podobnych.

Ludzie zaprzestali rozmów, z zainteresowaniem obserwując wkraczający właśnie na plac, ustawiony w równym szeregu oddział Białej Straży,(zbędny przecinek) prowadzony przez rosłego mężczyznę zakutego w napierśnik(Moim zdaniem to lekka przesada, jeśli z elementów pancerza miał na sobie tylko napierśnik, to nie był wcale zakuty),(zbędny przecinek) ozdobiony emblematem ze złotym symbolem półksiężyca, (zbędny przecinek)okalającego słońce. (Za długie to zdanie i zbyt wiele w nim informacji. Dałabym kropkę po "Białej Straży" i dalej "Prowadził go...")

Telga, pierwszy generał Harukańskiej(harukańskiej – przymiotnik) armii(przecinek) bezceremonialnie wkroczył na plac, a u jego boku herold Puracjusz, opasły dziadyga,(zbędny przecinek) ze zdartym gardłem i dwukrotnie, nawiasem mówiąc, złamanym nosem,(zbędny przecinek) za sprawą swojej wieloletniej działalności. (Przebudowałabym to, bo koniec jest okropnie zagmatwany. Zrobiłabym tak: "ze zdartym gardłem i, za sprawą swojej wieloletniej działalności, dwukrotnie złamanym nosem)

Kasper ze swojej perspektywy widział jedynie srebrne groty gizarm,(zbędny przecinek) pełznące nad głowami gapiów w rytm równego marszu. Nie widział natomiast, jak między ustawionymi w dwóch rzędach strażnikami prowadzona jest(była) ponura, podzwaniająca łańcuchami grupa skazańców. Ale nie musiał tego widzieć, bo dobrze o tym wiedział. Wiedział również, choć nie widział, że na placu znajduje(znajdowały) się w tej chwili ponad dwa tuziny uzbrojonych rebeliantów,(zbędny przecinek) czekających na sygnał do ataku.

Czekali na śmierć generała Telgi. Czekał (przecinek)ukryty w tłumie, dowódca H(h)arukańskiego wywiadu Altra i czekał generał Telga. Na sygnał. Na śmierć Elainy, prawowitej dziedziczki K(k)anivskiego tronu.

Zabójca przecisnął się przez grupę śmierdzących potem i uryną pachołków, zanurkował w jedną z odbiegających od rynku, wąskich uliczek i skrywając się w cieniu(przecinek) ruszył przed siebie.

Rozglądnął(Lepiej: "rozejrzał") się ukradkiem, czy nikt się nie zbliża(zbliżał), po czym wyciągnął niewielkie, ozdobne puzderko, prawdopodobnie pozostałość po jakimś damskim kosmetyku.

– Cześć(przecinek) kociaku... – mruknął do siebie, otwierając kasetkę.

Wnętrze wypełniał biały proszek,(zbędny przecinek) wydzielający dziwną, ostrą woń.

Wyciągnął mały palec, oblizał go, zanurzył w specyfiku i z właściwym sobie roztargnieniem wtarł proch w dziąsła. (Roztargniony asasyn? Przypominam, że "roztargnienie" to trudność ze skupieniem się i zapominanie o wielu rzeczach. Nie jest to więc w żadnym razie cecha, którą powinien mieć asasyn. A to zdanie sugeruje, że była dla niego charakterystyczna)

Narkotyk wsiąknął w śluzówkę i mocno uderzył do głowy. Pierwsze uderzenie było potężne, wyczulone receptory odbierały bodźce ze zdwojoną siła(ą).
Spoiler: Komentarz schowany, bo długi
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Vet, dzięki wielkie za komentarz i poprawki. W wolnej chwili zredaguję tekst, żeby wyeliminować błędy, które wskazałaś. Naprawdę nie spodziewałem się pozytywnych opinii, więc się bardzo cieszę i w ogóle jestem cały w skowronkach, choć łapię się za głowę widząc jak tragiczna jest moja interpunkcja :D.

Co do samego wstępu, to może faktycznie był niepotrzebny. Wstawiłem go jednak, ponieważ w pewnym stopniu "podpiąłem" się pod ten tekst za namową kolegi, więc głupio byłoby wstawiać tylko swój fragment, osadzony w świecie, którego strukturę wykoncypował sobie ktoś inny. Poza tym jestem trochę upośledzonym twórcą i zawsze wydaje mi się, że aby cokolwiek napisać, to muszę zbudować sobie pod to solidny fundament, bo inaczej nikt mi nie uwierzy. Choć wiem, że w praktyce to wygląda w sumie na odwrót i świat powinno się kreować i opisywać wraz z rozwojem fabuły, a mi po prostu brakuje wiary w czytelnika i jego wyobraźnię. Ale niestety wiedzieć, a potrafić tak konstruować tekst, to zupełnie inna bajka. Opowiadanie traktuję więc jako ćwiczenie i czystą praktykę, i mam nadzieję, że uda mi się doprowadzić je do końca (bo nigdy takiej sztuki jeszcze nie dokonałem). No i że kolejne fragmenty będą lepsze, ciekawsze i nie popsują pierwszego wrażenia.

Jeszcze raz stokrotne dzięki za poświęcony czas :).

EDIT:

Tekst poprawiony, mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. No dobra, niektóre poprawki z braku lepszego pomysłu wprowadziłem dość sztywno, ale lepszy wróbel w garści i w ogóle.

Przy okazji chciałbym jeszcze wyjaśnić dwie kwestie. Pierwsza jest taka, choć to niezbyt istotne, ale powiem (a co!), że tytuł w zasadzie też nie jest mój, więc umywam ręce :D. Tak czy siak poprawię, żeby nie kłuł w oczy. A druga sprawa jest baaardzo ważna. Otóż chciałbym zdementować, jakobym zerżnął nazwę miasta z jakiegoś tam Dying Light, bo nigdy w taką grę nie grałem i nic mi o tym nie wiadomo. Nigdy taka gra nie poszłaby na tym gracie. Zbieżność jest zatem przypadkowa!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości