Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Bar "Zacisze"
#1
Nie jestem jakimś koneserem kawy, ale to co podała mi zaspana rembrantowska Saskia, odziana w bazarową „Pradę”, można określić jako zamach islamskich fundamentalistów. Kiepskie zresztą odniesienie. Co jak co, ale kawę i bomby to oni robić umieją. A tu dostałem okropny, zwietrzały, brązowawy proszek, zalany przed chwilą wrzątkiem z czajnika. Dobrze chociaż, że dziewczyna zamówiła herbatę. Jest szansa, że ekspresówka jaka moczyła się w szklance, nie została popełniona ze zmiotek z taśmy produkcyjnej w fabryce nawozów sztucznych. Zaniosłem ostrożnie szklanki do stolika. Klimatyzator męczył się straszliwie, próbując uczynić znośnym duszne powietrze lipcowego wieczoru. Od nagrzanych kostek betonu i blaszanej wiaty, stanowiącej niebo dla czterech dystrybutorów, buchało żarem całodniowego, trzydziestostopniowego upału.
Ta stacja lata świetności miała już za sobą. Odkąd wybudowano dwa kilometry stąd nitkę autostrady, stara „siódemka” stała się mało uczęszczaną drogą dla traktorów i lokalnych aborygenów. Przy nowej wybudowano nowoczesne stacje benzynowe w kolorach firmowych – czerwonożółte „Orlenu” czy zielone „BP”. Wszystkie walone od jednego projektu i z jednakową, plastikową obsługą odzianą w nakrochmalone mundurki.
Tutaj wiało duchem poprzedniej epoki. Nikt nie inwestował w to miejsce, istniejące jeszcze zapewne siłą inercji. Obok stacji dogorywał mały motelik, wykonany z klimatycznej wielkiej płyty, choć sam do wielkich nie należał. Ot, parę pokoi z wyposażeniem, które dziś się spotyka w czasie ulicznych wystawek lub w pokojach zapomnianego przez władzę domu spokojnej starości. Biorę odpowiedzialność za to stwierdzenie, bo zarezerwowałem w „Zaciszu” pokój przed godziną. Desingu łazienki profilaktycznie nie sprawdziłem, ale specjalnej wyobraźni tu nie trzeba.
Stoliki i krzesła w stacyjnym barze wyglądały jak ukradzione z pobliskich posesji. Plastikowe, przetrenowane życiem oraz niejednymi imieninami pana domu. Kawa i herbata natychmiast rozlały się, kiedy dotknąłem tych chybotliwych pomiotów współczesnych wtryskarek.
– Ty długo czekasz – uśmiechnęła się z wysiłkiem, odgarniając niesforną blond grzywkę z upodobaniem spadającą na oko – a u mienia czas. Ty dopłacisz diengi.
Nie wiem, co mnie podkusiło by zjechać z autostrady. Tym bardziej nie wiem dlaczego, zatrzymałem się na tym zasyfionym parkingu, na którym ją zobaczyłem w świetle reflektorów. Lateksowa miniówka, rajstopy z wielkimi oczkami, popularnie zwane „burdelówkami”, fioletowe szpile (ohyda) i sraczkowata koszulka bez rękawów, z wydrukowanym napisem „Help me”. Perwersyjnie prowokacyjny tekst.
Nie była specjalnie ładna, a i ja nie miałem jakiegoś nadmiernego ciśnienia spermy na przysadkę mózgową. Jednak się zatrzymałem i dogadałem. To znaczy ustaliłem łamaną polszczyzną , pięćdziesiąt, ale jeśli pojedzie ze mną do pobliskiego motelu, stówa. Nie za bardzo chciała, chyba się trochę bała, lecz dodatkowa pięćdziesiątka plus obietnica szybkiej godziny przełamała opór. Ale minęły już prawie dwie, a my nic. Była wyraźnie zniecierpliwiona.
– Ty, czas – wskazała na zegarek wiszący nad blatem.
– Dobra, dopłacę ci. Dawno tu jesteś?
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Jakiś erotoman – gawędziarz.
– Knigu piszesz, czy pieprzysz? – „piszesz” zaciągnęła tak miękko. Rosyjski jest pięknym, melodyjnym językiem. Stwierdziłem również, sądząc po reakcji w spodniach, że jednocześnie zmysłowym i prowokującym.
Miała cudne oczy. W zielonkawym odcieniu, ale naznaczone szarymi i brązowymi cętkami. Duże i lekko skośne. Zmęczone pod grubą warstwą tynku, agresywnie narzuconego przez pijanego tynkarza. Taka jej robota, to i stylizacja taka. Ale piękne były mimo tego. Tylko za te oczy bym zapłacił.
No niech tam, zapłacę.
Wyjąłem stówkę i położyłem na zachlapanym blacie. Uśmiechnęła się i szybko schowała do malutkiej torebeczki.
– Ja tu miesiąc. Studentka ja z kijewskiego instituta. Historiu ja budu uczit. Raditieli na wsi; u nas ciężko w damoj. Brat, siestra, jej dieti. Ciężko. – westchnęła. Wzrok jej zmętniał, a głos stał się ciepły. Wyszła na chwilę z roli przydrożnej kurwy.
Ze stojącego na parapecie charkota usłyszałem Luisa Armstronga i jego „ A what Wonderfull live”. Wziąłem ją za rękę.
– Chodź – pociągnąłem stanowczo. Spojrzała lekko zdziwiona.
– Już?
– Chodź – szarpnąłem mocniej. – Zatańczymy.
Spojrzała nierozumiejącym wzrokiem, ale już byliśmy na kawałku wolnej przestrzeni. Miejscowa Saskia patrzyła na mnie jak na wariata. Tańczyliśmy, nie bardzo w rytm, kołyszącej melodii. Zachrypnięty głos wokalisty przepływał przez moją pamięć. Z Martą tańczyłem ten kawałek lata świetlne temu, na imprezie w akademiku. Potem jeszcze wiele razy już z Martą S., jako żoną. A teraz pewnie tańczy go z jakimś nadzianym palantem, szepcząc mu do ucha, jak bardzo lubi to nagranie. Durny ten świat!
Początkowo dziewczyna była strasznie spięta. Gładziłem ją po nagim ramieniu, opuszkiem krążąc po bliźnie po szczepionce przeciw ospie. Zaczęła mięknąć i coraz bardziej przywierać całym ciałem. Uśmiechnęła się lekko, kiedy wyczuła wybrzuszenie w moich spodniach.
– Poczekaj – odskoczyła na chwilę i energicznie zrzuciła ohydne, fioletowe szpilki. – Nogą bolą. Cały dień.
Malutka bez nich była. Głową sięgała mi do podbródka. Wcisnąłem nos w jej włosy. Pachniały świeżością, wiatrem. Tak jak włosy Marty. Dopadło mnie niepatrzenie.
Głośnik zamilkł. Przez chwilę jeszcze się kręciliśmy. Otworzyłem oczy i spojrzałem na jej twarz. Ona wciąż miala zamknięte powieki, a chrapki zadartego noska drżały szybko, ze świstem wciągając powietrze. Zaciągnąłem ją z lekka nieprzytomną do stolika. Wyjąłem z tylnej kieszeni portfel i drżącymi rękami rzuciłem wszystkie banknoty. Odwróciłem się i prawie pobiegłem do samochodu.
Kiedy mijałem bar stała w drzwiach.
– Jak ci na imię? – zapytałem, uchylając szybę. Patrzyła na mnie z wyrzutem tymi pięknymi oczami.
– Mówią na mienia Saskia.
Wspominałem już, że durny jest ten świat?!
Odjechałem z piskiem opon. Znając swoje palanciarstwo, gotowy byłem zakochać się w przydrożnej kurwie.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Tekst jest spoko, ale wyłapałem kilka błędów. Pierwszy – kolory firmowe Orlenu to nie czerwono-żółte tylko czerwono-białe. Poza tym między tymi dwoma kolorami powinien być łącznik, natomiast Ty napisałeś/aś po prostu "czerwonożółte". Drugi, mniejszy, jest w końcówce tekstu. Jedna osoba pyta drugą jak ma na imię. Zobacz sama co ta zapytany odpowiada ;)
Odpowiedz
#3
(24-04-2017, 18:22)puszczyk napisał(a): Nie jestem jakimś koneserem kawy, ale to co podała mi zaspana rembrantowska Saskia, odziana w bazarową „Pradę”, można określić jako zamach islamskich fundamentalistów. Kiepskie zresztą odniesienie. Co jak co, ale kawę i bomby to oni robić umieją. A tu dostałem okropny, zwietrzały, brązowawy proszek, zalany przed chwilą wrzątkiem z czajnika. Dobrze chociaż, że dziewczyna zamówiła herbatę. Jest szansa, że ekspresówka jaka moczyła się w szklance, nie została popełniona ze zmiotek z taśmy produkcyjnej w fabryce nawozów sztucznych. Zaniosłem ostrożnie szklanki do stolika. Klimatyzator męczył się straszliwie, próbując uczynić znośnym duszne powietrze lipcowego wieczoru. Od nagrzanych kostek betonu i blaszanej wiaty, stanowiącej niebo dla czterech dystrybutorów, buchało żarem całodniowego, trzydziestostopniowego upału.
Ta stacja lata świetności miała już za sobą. Odkąd wybudowano dwa kilometry stąd nitkę autostrady, stara „siódemka” stała się mało uczęszczaną drogą dla traktorów i lokalnych aborygenów. Przy nowej wybudowano nowoczesne stacje benzynowe w kolorach firmowych – czerwonożółte „Orlenu” czy zielone „BP”. Wszystkie walone od jednego projektu i z jednakową, plastikową obsługą odzianą w nakrochmalone mundurki.
Tutaj wiało duchem poprzedniej epoki. Nikt nie inwestował w to miejsce, istniejące jeszcze zapewne siłą inercji. Obok stacji dogorywał mały motelik, wykonany z klimatycznej wielkiej płyty, choć sam do wielkich nie należał. Ot, parę pokoi z wyposażeniem, które dziś się spotyka w czasie ulicznych wystawek lub w pokojach zapomnianego przez władzę domu spokojnej starości. Biorę odpowiedzialność za to stwierdzenie, bo zarezerwowałem w „Zaciszu” pokój przed godziną. Desingu łazienki profilaktycznie nie sprawdziłem, ale specjalnej wyobraźni tu nie trzeba.
Stoliki i krzesła w stacyjnym barze wyglądały jak ukradzione z pobliskich posesji. Plastikowe, przetrenowane życiem oraz niejednymi imieninami pana domu. Kawa i herbata natychmiast rozlały się, kiedy dotknąłem tych chybotliwych pomiotów współczesnych wtryskarek.
– Ty długo czekasz – uśmiechnęła się z wysiłkiem, odgarniając niesforną blond grzywkę z upodobaniem spadającą na oko – a u mienia czas. Ty dopłacisz diengi.
Nie wiem, co mnie podkusiło by zjechać z autostrady. Tym bardziej nie wiem dlaczego, zatrzymałem się na tym zasyfionym parkingu, na którym ją zobaczyłem w świetle reflektorów. Lateksowa miniówka, rajstopy z wielkimi oczkami, popularnie zwane „burdelówkami”, fioletowe szpile (ohyda) i sraczkowata koszulka bez rękawów, z wydrukowanym napisem „Help me”. Perwersyjnie prowokacyjny tekst.
Nie była specjalnie ładna, a i ja nie miałem jakiegoś nadmiernego ciśnienia spermy na przysadkę mózgową. Jednak się zatrzymałem i dogadałem. To znaczy ustaliłem łamaną polszczyzną , pięćdziesiąt, ale jeśli pojedzie ze mną do pobliskiego motelu, stówa. Nie za bardzo chciała, chyba się trochę bała, lecz dodatkowa pięćdziesiątka plus obietnica szybkiej godziny przełamała opór. Ale minęły już prawie dwie, a my nic. Była wyraźnie zniecierpliwiona.
– Ty, czas – wskazała na zegarek wiszący nad blatem.
– Dobra, dopłacę ci. Dawno tu jesteś?
Spojrzała na mnie podejrzliwie. Jakiś erotoman – gawędziarz.
– Knigu piszesz, czy pieprzysz? – „piszesz” zaciągnęła tak miękko. Rosyjski jest pięknym, melodyjnym językiem. Stwierdziłem również, sądząc po reakcji w spodniach, że jednocześnie zmysłowym i prowokującym.
Miała cudne oczy. W zielonkawym odcieniu, ale naznaczone szarymi i brązowymi cętkami. Duże i lekko skośne. Zmęczone pod grubą warstwą tynku, agresywnie narzuconego przez pijanego tynkarza. Taka jej robota, to i stylizacja taka. Ale piękne były mimo tego. Tylko za te oczy bym zapłacił.
No niech tam, zapłacę.
Wyjąłem stówkę i położyłem na zachlapanym blacie. Uśmiechnęła się i szybko schowała do malutkiej torebeczki.
– Ja tu miesiąc. Studentka ja z kijewskiego instituta. Historiu ja budu uczit. Raditieli na wsi; u nas ciężko w damoj. Brat, siestra, jej dieti. Ciężko. – westchnęła. Wzrok jej zmętniał, a głos stał się ciepły. Wyszła na chwilę z roli przydrożnej kurwy.
Ze stojącego na parapecie charkota usłyszałem Luisa Armstronga i jego „ A what Wonderfull live”. Wziąłem ją za rękę.
– Chodź – pociągnąłem stanowczo. Spojrzała lekko zdziwiona.
– Już?
– Chodź – szarpnąłem mocniej. – Zatańczymy.
Spojrzała nierozumiejącym wzrokiem, ale już byliśmy na kawałku wolnej przestrzeni. Miejscowa Saskia patrzyła na mnie jak na wariata. Tańczyliśmy, nie bardzo w rytm, kołyszącej melodii. Zachrypnięty głos wokalisty przepływał przez moją pamięć. Z Martą tańczyłem ten kawałek lata świetlne temu, na imprezie w akademiku. Potem jeszcze wiele razy już z Martą S., jako żoną. A teraz pewnie tańczy go z jakimś nadzianym palantem, szepcząc mu do ucha, jak bardzo lubi to nagranie. Durny ten świat!
Początkowo dziewczyna była strasznie spięta. Gładziłem ją po nagim ramieniu, opuszkiem krążąc po bliźnie po szczepionce przeciw ospie. Zaczęła mięknąć i coraz bardziej przywierać całym ciałem. Uśmiechnęła się lekko, kiedy wyczuła wybrzuszenie w moich spodniach.
– Poczekaj – odskoczyła na chwilę i energicznie zrzuciła ohydne, fioletowe szpilki. – Nogą bolą. Cały dień.
Malutka bez nich była. Głową sięgała mi do podbródka. Wcisnąłem nos w jej włosy. Pachniały świeżością, wiatrem. Tak jak włosy Marty. Dopadło mnie niepatrzenie.
Głośnik zamilkł. Przez chwilę jeszcze się kręciliśmy. Otworzyłem oczy i spojrzałem na jej twarz. Ona wciąż miala zamknięte powieki, a chrapki zadartego noska drżały szybko, ze świstem wciągając powietrze. Zaciągnąłem ją z lekka nieprzytomną do stolika. Wyjąłem z tylnej kieszeni portfel i drżącymi rękami rzuciłem wszystkie banknoty. Odwróciłem się i prawie pobiegłem do samochodu.
Kiedy mijałem bar stała w drzwiach.
– Jak ci na imię? – zapytałem, uchylając szybę. Patrzyła na mnie z wyrzutem tymi pięknymi oczami.
– Mówią na mienia Saskia.
Wspominałem już, że durny jest ten świat?!
Odjechałem z piskiem opon. Znając swoje palanciarstwo, gotowy byłem zakochać się w przydrożnej kurwie.

Tekst należy sformatować, dodać wcięcia akapitów – tu używamy tagu [p.] (bez kropki w nawiasie). Jeśli klikniesz na jakikolwiek tekst, używając przycisku "Odpowiedz", zobaczysz, jak należy to zrobić.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości