Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Ashwar: Smocze Wyspy
#1
Cześć wszystkim! Jest to mój pierwszy udostępniany tekst, ale nie pierwszy napisany. Mam nadzieję, że się spodoba, choć to zaledwie prolog. I że, jeśli zobaczycie jakieś rażące po oczach błędy, wytkniecie mi je. Z interpunkcją nigdy się nie lubiłem, ale mam nadzieję, że jest w miarę na poziomie. Zapraszam.

Edit: Postanowiłem wrzucić krótki opis. Nie wrzuciłem go na początku, mój błąd. Ale lepiej późno niż wcale.
Spoiler: opis opowiadania
Rozdział 1: Smocza Jaskinia

Za dopuszczenie się zbrodni niegodziwej i haniebnej, jaką jest morderstwo Agermona Armita, żołnierza stopnia oficerskiego, Kertrad Maridok, dwunastego dnia miesiąca Ishin, zostaje skazany na śmierć poprzez zesłanie do Smoczej Jaskini! Wyrok zostanie wykonany w trybie natychmiastowym na podstawie prawa wojennego! Niech Ashwarowie nie litują się na jego duszą!
Kertrad nadal słyszał w myślach słowa herolda, jakby ten wypowiadał je tu i teraz, kiedy w rzeczywistości minęło kilka dni. Prawie tydzień mycia pokładu, szorowania garów i bycia sługą wszystkich żołnierzy na okręcie wojennym ochrzczonym mianem „Pogrzebacz". Na zwykłym statku on i pozostali siedzieliby w celach, przykuci do ścian i podłogi, ale Pogrzebacz przez ostatnie pięć lat kursował na wyspy i z powrotem i nikt nie bał się już buntu czy niespodziewanego ataku więźniów. Żołnierze byli przygotowani, a skazańcy pilnie strzeżeni.
Płynęli na Wyspę Tchu, z której mieli dotrzeć do jaskini, gdzie przez ostatnie lata wysyłano skazańców za najpoważniejsze zbrodnie. Podobno nikt stamtąd nie wrócił. Kertrad modlił się w duchu, by nastał sztorm, połamał żagle, a legendarny Ważorogan stworzony przez Ashwara Cienia, półboga, który panował nad morzami, pojawił się na horyzoncie. Wtedy miałby czas na ucieczkę, chwyciłby miecz i zaatakował, inni więźniowie płynący na Pogrzebaczu z pewnością również podjęliby walkę. Rozważał tę opcję, ale zakaz jakichkolwiek kontaktów między skazańcami wszystko komplikował. Nawet pracę wykonywali w odległości co najmniej trzech metrów od siebie. Gdyby tylko miał okazję, gdyby ktoś wywołał zamieszanie i udałoby się im ukraść broń... Wykorzystałby szansę, nawet, jeśli byłby zmuszony sam zabić wszystkich żołnierzy na tym statku. Wiedział, że nie ma co liczyć na współwięźniów.
Obserwując innych pracujących skazańców, zastanawiał się, co zrobili, że lordowie postanowili wysłać ich do Jaskini. Czy jak on byli mordercami? Ukradli konie lub skrzynię najdroższych kamieni szlachetnych, mignamów? A może byli zdrajcami królestwa, dezerterami lub więźniami wojennymi? Nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. On był mordercą, jedynym wydziedziczonym członkiem rodziny Maridoków od wielu pokoleń i żołnierzem w armii lorda Nageta, który osobiście podpisał wyrok śmierci. Inni skazańcy pewnie nie byli lepsi.
Spojrzał w stronę dziobu, stało tam trzech strażników, każdy trzymający włócznię. Jeden z nich obserwował Kertrada i innych więźniów. Kolejnych dwóch stało na prawej burcie, pięciu z tyłu, trzech kłóciło się o coś przy sterze, reszta na dolnym pokładzie. Zbyt wielu na atak z zaskoczenia.
Kertrad zaczął szorować deski pokładu, kiedy pierwszy oficer wyszedł ze swojej kajuty i zaczął się przechadzać, doglądając więźniów. Maridok po pierwszych dwóch batach, które zerwały skórę z jego pleców, zrozumiał, że jeśli chce przeżyć podróż i dotrzeć na Wyspy Tchu, musi pracować. Jego nadzieje na ucieczkę powoli umierały. Sam, jeszcze tydzień temu, służył w wojsku. Nie znęcał się nad więźniami, ale żadnemu nie pozwolił uciec. Nigdy. Przez całe dziesięć lat.
Szóstego dnia podróży marynarz siedzący na bocianim gnieździe krzyknął, że widzi wyspy. Zaczęły się przygotowania do zejścia na ląd. Wszyscy więźniowie zostali brutalnie oderwani od pracy i ustawieni w ciasnym szeregu. Kertrad gorączkowo szukał drogi ucieczki, ale jej nie znalazł. Tylko żołnierze, bezkresne Morze Cienia i wyspy, na których samotnie nie przeżyłby tygodnia. Nadzieja zniknęła tak szybko jak kamień wrzucony do wody. Zacisnął mocno dłonie, kiedy zobaczył zarys Świątyni Tchu w oddali.
– Spokojnie, chłopcy, odprowadzimy was pod jaskinię i poczekamy, aż zaczniecie krzyczeć. Dopiero później odpłyniemy. Stójcie ładnie w szeregu i czekajcie – powiedział żołnierz w pełnej płytowej zbroi stojący za nimi, kładąc dłoń na rękojeść buławy przyczepionej do pasa, a później zarechotał.
Więzień stojący obok Kertrada, młody szczupły chłopak, z jasnymi włosami sięgającymi ramion, zacisnął szczękę i odwrócił się do niego, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, pięść w metalowej rękawicy trafiła go prosto w nos. Jasnowłosy chłopak zachwiał się mocno, ale nie wywrócił i Kertrad pochwalił go w myślach. Zaraz jednak wrócił do obserwowania wyspy, ostatniej, którą dane było mu zobaczyć. Ich cel podróży był tuż za nią. Zginę tam, pomyślał, nikt nigdy nie wrócił ze Smoczej Jaskini. Nikt.
W końcu dobili do brzegu, a on poczuł, jakby coś ciężkiego usiadło mu na plecach. Zgarbił się i pochylił głowę, jednak instynkt żołnierza kazał mu nadal czujnie obserwować. Skazańców było w sumie ośmiu, sądząc po posturze i spojrzeniu, domyślał się, że tylko on służył w wojsku. Żołnierzy było dwudziestu, czterech ciężkozbrojnych, w płytowych zbrojach utwardzanych mignamem, które były zarezerwowane tylko dla szlachetnie urodzonych. Jednym z nich był ten, który uderzył jasnowłosego. Z tego, co Kertradowi udało się usłyszeć, nazywał się Ausigar Skuld. Należał do pomniejszego rodu, odłamu głównych rodzin królestwa Alwhardu. Nie wiedział, dlaczego akurat jego zapamiętał, podczas gdy na pokładzie usłyszał prawdopodobnie imię każdego z wojaków. Może dlatego, że on, podobnie jak Skuld, miał kiedyś równie paskudną robotę i również należał do pomniejszego rodu? Teraz to chyba było nieistotne.
Zeszli ze statku.
Szli jeden za drugim, pilnowani przez żołnierzy. Nie było drogi ucieczki, nie uda im się ich pobić, zostali skazani. Każdy z nich miał tego dnia trafić na Bagna Trala, boga śmierci, i topić się w nich po kres czasów. Kertrad przez chwilę zastanawiał się, czemu bogowie zaplanowali dla niego taki koniec. Czy zamordowanie Agermona Armita było tego warte? Tak, odpowiedział sobie stanowczo. Gdybym mógł zrobić to drugi raz, nie zawahałbym się. Kertrad, od kiedy tylko poznał Armita, jednego był pewny. To dobry dowódca, ale parszywy człowiek. Byli do siebie bardzo podobni.
Szli na szczyt wyspy, do świątyni, gdzie Skuld miał odebrać mapę prowadzącą do jaskini od kapłanów. Kertradowi krwawiły stopy. Nie miał butów, a kamienie były ostre, zimne i śliskie jak klinga miecza przeszywająca ciało. Jeśli mógłby wybrać, wybrałby ścięcie. Nie myślałby wtedy o ucieczce ze statku ani o żadnych nierealnych scenariuszach następnych kilku dni. Nie miałby nadziei.
– Ruchy! Nie mamy całego dnia! – ryknął żołnierz na przedzie, który szedł już kilka dobrych metrów przed nimi, choć miał na sobie pełną zbroję płytową. Inni natychmiast zaczęli popychać więźniów, którzy niechętnie przyspieszyli, jęcząc i mamrocząc pod nosem obelgi.
– Im i tak już wszystko jedno, Narsech. Równie dobrze mogliby biec – zażartował Skuld, a część żołnierzy zaśmiała się sucho.
– Hm... Chyba masz rację. W takim razie biegiem, panowie! Chyba że chcecie zakończyć podróż już teraz!
Kertrad zacisnął zęby z wściekłości, postąpił duży krok do przodu i uniósł ręce, nie wiedząc, co dokładnie chciał zrobić. Rozległ się metaliczny dźwięk kajdan, a zaraz po nim nastąpiło uderzenie w plecy, które go powaliło.
Krzyknął, kiedy buława go trafiła, żołnierze zaczęli się śmiać, a skazańcy patrzyli beznamiętnie, jak Skuld chwyta go za włosy i podnosi w górę.
– Puszcza... – nie dokończył, bo metalowa rękawica trafiła go w twarz i ponownie powaliła na ziemię. Mimo że buława rozerwała skórę na jego plecach, a dwie długie blizny po bacie otworzyły się, Skuld nie uznał, że to wystarczy. Kopnął go jeszcze w bok i ponownie rąbnął buławą, tym razem w łopatkę. Kertrad miał wrażenie, że słyszy, jak pękają mu kości.
– Będziesz szedł – wysyczał beznamiętnie i bez oznak najmniejszego zmęczenia. – Bez wybryków, albo połamię ci ręce, nogi, wydłubię oczy i zostawię tutaj na pastwę morsów, morderco. – Ostatnie słowo wypowiedział z nienawiścią. Kertrad już słyszał podobny ton z ust ludzi, którym żołnierze odbierali ziemię i rodziny na wojnie, cywile przepełnieni wściekłością, jadem i wrogością. Podniósł się powoli, splunął krwią na ziemię i spojrzał na Skulda. Musiał się opanować. Wziął głęboki oddech i oczyścił umysł, jak to zawsze robił przed bitwą. Nie myśl o niczym, powiedział sobie.
– Morsy nie zabijają ludzi, idioto – szepnął cicho, bardziej do siebie, a Skuld zdawał się nie dosłyszeć.
– Coś nie pasuje, panie Maridok? Jakieś zażalenia? – zapytał żołnierz na przedzie o imieniu Narsech.
– Nie – odpowiedział po chwili, nie odrywając wzroku od Ausigara, jednak jego ton sugerował coś innego. – Wszystko w porządku.
Nic nie jest w porządku, pomyślał wściekle, czując, jak krew spływa mu po plecach, a jego poszarpana koszula nią nasiąka. Jednak to nie miało znaczenia, dotarcie na tę wyspę oznaczało koniec, był martwy. Nikt nie opatrzy martwego. Powoli rodziła się w nim rezygnacja. Nie zostało mu już nic, co mogłoby pchać go w stronę życia. Śmierć czekała.
Ruszył dalej i, jak zaproponował Skuld, zaczęli biec. Skazańcy zdzierali sobie skórę ze stóp, zostawiali krwawe odciski na czarnej ziemi i syczeli z bólu. Jednak byli wytrwali, nikt się nie wywrócił, tylko jeden starszy mężczyzna, wyglądający jakby już dawno przekroczył pięćdziesiątkę, wydawał się osłabiony. Miał szerokie wyćwiczone ramiona, ale był przeraźliwie chudy. Kertrada nie bardzo to dziwiło, na statku jedynym, co dostawali, była kasza z odpadków, pełna glonów i słonej wody.
Kiedy wbiegli na szczyt i zatrzymali się przed świątynią, nie czuł już stóp. Zgiął się, bardziej z bólu niż zmęczenia, i spojrzał na swoje palce. Były całe czerwone, w jednym brakowało mu paznokcia i nie mógł przypomnieć sobie chwili, kiedy go stracił. Nieważne. Nic nie miało już znaczenia.
Świątynia nie była duża, jeden główny budynek ze szpiczastym dachem i dwie dobudówki po bokach. Wszystko z drewna. Żadnych ołtarzy na zewnątrz. Z wnętrza wyszedł kapłan Tchu, wysoki mężczyzną o oczach nieokreślonego koloru i krótkiej brodzie. Był łysy, nosił szarą szatę wlokącą się za nim po ziemi, a długie rękawy zakrywały dłonie. Skuld podszedł do niego prędko, unosząc podbródek i uśmiechając się wrednie. Każdy kapłan uznałby to za brak szacunku, jednak nie kapłani Ashwara Tchu, który, według świętych pism, został odrzucony i potępiony przez bogów za zdradę. Była to jego jedyna znana świątynia.
– Bądź pozdrowiony, niech Pan Tchu czuwa nad tobą – rzekł kapłan cichym, poważnym głosem. Skuld nie odpowiedział, wyprostował się tylko bardziej, próbując nieco dorównać wzrostem o głowę wyższemu kapłanowi, i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Jego zbroja wydała z siebie dziwny jęk.
Kapłan skrzywił się i sięgnął prawą ręką za siebie, wyciągnął mapę i podał ją Skuldowi bez słowa. Ten zacisnął pięść, jakby chciał ją zmiażdżyć, po czym bezceremonialnie odszedł.
Sługa Ashwara Tchu nadal stał w miejscu, obserwując, jak więźniowie są prowadzeni na śmierć. Kertrad spojrzał na niego. Oczy kapłana były szare, wydawały się puste i głębokie jak studnie. Nagle uniósł dłoń.
– Stójcie! – powiedział twardym głosem, a oni stanęli.
– Czego chcesz kapłanie? – warknął nienawistnie Skuld. Maridokowi zaczęło się wydawać, że nie ma na tym świecie osoby, do której mógłby odnosić się innym tonem. – Już zbyt wiele czasu nam zabrałeś.
– Zaczekajcie, proszę – odparł, już ciszej. Ku przerażeniu Kertrada, ten ruszył w jego stronę, żołnierze nerwowo sięgnęli po broń, ale jedno uniesienie dłoni Skulda ich powstrzymało.
Kapłan zatrzymał się przed Kertradem, wszyscy skupili na nich wzrok, ale przez dłuższą chwilę nie stało się nic. Skuld i żołnierze zaczęli się niecierpliwić, niektórzy nerwowo gładzili rękojeści mieczy, aż w końcu dłoń kapłana Tchu skierowała się w stronę twarzy Kertrada tak szybko, że ten prawie nie zdążył zarejestrować zdarzenia. Na chwilę krótszą niż jedno uderzenie serca ogarnęła go przerażająca ciemność i chłód, a później wszystko wróciło do normy. Kapłan nie trzymał już dłoni na jego twarzy i wcześniejszy gest wydawał się tylko złudzeniem. Jednak jego twarz była inna, nie utrzymywał już maski powagi. Teraz wydawał się przerażony.
– Jesteś... Błogosławiony – wyszeptał, a te słowa mogli usłyszeć tylko ci, którzy stali najbliżej.
Kertrad otworzył szeroko oczy, a później zaśmiał się głośno i sucho, bez wesołości.
– Nie, kapłanie – odparł, pochylając głowę i unosząc nieznacznie kajdany. – To raczej przekleństwo, nie sądzisz?
Tak, to przekleństwo. Ashwarowie żadnemu Błogosławionemu nie pozwoliliby pójść na pewną śmierć. Nie dopuściliby, żeby wdał się w konflikt i zamordował własnego przełożonego. Nie pozwoliliby mu na takie życie, jakie wiódł. Kapłan musiał się mylić. Błogosławieni byli wzorem dla ludzkości. On z pewnością nie.
– Możliwe – rzekł, już normalnym, stalowym tonem. – Może to faktycznie przekleństwo, Kertradzie Maridoku. Bagienny Tral o tym zadecyduje.
Kapłan spojrzał na niego po raz ostatni, po czym odwrócił się i odszedł w stronę świątyni, jakby stracił zainteresowanie. Kertrad patrzył tępo w jego plecy.
– Skąd? – zapytał za nim. – Skąd znasz moje imię?!
– Morda, morderco.
– Skąd je znasz?! Kapłanie!
I po raz drugi tego dnia stalowa pięść Skulda spotkała się z jego twarzą i posłała na glebę. Czuł jak ostre kamienie ranią go po rękach, na których próbował się podeprzeć. Spojrzał w stronę świątyni. Kapłan zniknął, nie odpowiadając.
Później, znowu biegnąc, znaleźli się na końcu wyspy, przed mostem prowadzącym na kolejną. Nie mogli podpłynąć, Wyspa Tchu była jedyną drogą prowadzącą do Smoczej Jaskini, bo brzegi były najeżone skałami i nawet płynięcie łodzią było śmiertelnie niebezpieczne. W niektórych miejscach nadal można było dostrzec wraki mniejszych statków. Mosty między wysepkami były niestabilne, chwiały się na boki kołysane wiatrem, a kiedy Skuld postawił na pierwszym z nich stopę, ten wydał dźwięk, jakby deski miały pęknąć, a liny zerwać. Wydawał się niezdecydowany, popatrzył na mapę, chcąc się upewnić, że to dobry most, bo po bokach odchodziły jeszcze dwa, prowadzące do innych nieznanych miejsc. Później spojrzał po towarzyszach broni. Zatrzymał spojrzenie na więźniach.
– Maridok, idziesz pierwszy – rozkazał, wskazując buławą most.
Kertrad nie protestował, wiedział też, że stąd już nie będzie ucieczki, mosty prowadziły tylko do jaskini lub na inne wyspy, z których i tak by się nie wydostał. Mógłby skoczyć, ale nie łudził się, że przeżyje. Mimo wszystko wolał wejść do jaskini niż skakać na ostre niczym włócznie skały. Postawił pierwsze kroki na moście, deski skrzypiały ostrzegawczo, a kiedy znalazł się już prawie po drugiej stronie, usłyszał jęk zawodu Skulda. Pewnie sądził, że spadnie, wtedy po prostu zabiliby innych więźniów i wrócili. Teraz musieli iść, a Kertrad jako pierwszy szedł każdym mostem, sprawdzając, czy liny nie puszczą w połowie.
Ostatnia wyspa i widok jaskini było niczym stanięcie samemu przed wrogą armią. Nie. Było nawet gorzej. Stojąc przed wrogiem, zawsze miał miecz, włócznię, tarczę, cokolwiek, czym mógłby się bronić. Przed wielką, ciemną jaskinią miał tylko kajdany. I siedmiu jemu podobnych towarzyszy.
W końcu stanęli przed Smoczą Jaskinią, jedynym wejściem na Smocze Wyspy, prawdopodobnie jedynego miejsca na świecie, na którym człowiek nie postawił stopy.
– A oto, chłopcy, koniec naszej wspólnej wędrówki – rzucił lekceważąco Narsech, ten, który kazał im biec. – Wzruszyłbym się, ale nie żal mi was. Osobiście bym was ściął, powiesił i połamał kołem, ale lordowie życzyli sobie, by tutaj właśnie was zesłać.
Narsech wykonał gest w stronę Skulda, a ten wydał rozkaz swoim ludziom, by ustawili więźniów. Po chwili wszyscy stali w szeregu, a za nimi żołnierze, w każdym momencie gotowi zadać cios. Kertrad znowu stał obok jasnowłosego chłopaka, który teraz miał opuszczoną głowę, a włosy zasłaniały jego twarz.
– Jak wiecie, z jaskini nikt nigdy nie wyszedł. Ostatni skazańcy wytrzymali tylko dziesięć minut, zanim rozpoczęły się wrzaski.
– Może udawali? – zapytał jeden ze skazańców, uśmiechając się drwiąco, czego zaraz pożałował, bo Skuld rąbnął go w bok. Rozległ się jęk i mężczyzna padł na kolana, kaszląc.
– Udawali? Gdybyś kiedyś brał udział w bitwie, słyszał krzyki umierających, paniczne wrzaski mężczyzn, którzy nagle orientują się, że przeciwnik odciął im kończynę... Wiedziałbyś, że tego nie da się udawać. Ostatnia grupa otrzymała od nas broń, możliwe, że sami się pozarzynali, ale i tak żaden nie wrócił. Nadal jest w środku, może przeżyjecie na tyle długo, by się do niej dostać.
Po tym przemówieniu nastała cisza, tylko Skuld parsknął pod nosem. Jasnowłosy chłopak obok Kertrada jęknął żałośnie, starszy mężczyzna stojący na drugim końcu szeregu zaczął cicho szlochać, a reszta zachowała godność. I Kertrad Maridok w swoich ostatnich chwilach nie okazywał strachu. Od początku wiedział, że umrze. W końcu był przeklęty.
Skuld osobiście odpiął im kajdany, Kertrada racząc ostatnim wymuszonym uściskiem dłoni, tak silnym, że prawie zmiażdżył mu palce. Pieprzony sadysta, pomyślał jeszcze, ale nie powiedział mu tego w twarz.
Cała ósemka ruszyła powoli w głąb jaskini. Jej wejście było ogromne, sięgało kilka metrów w górę i przypominało trójkąt. O skały po bokach nie dało się nawet oprzeć, były ostre i wilgotne. Żołnierze ich obserwowali.
– Czekajcie! – krzyknął nagle Narsech. Wszyscy spojrzeli w jego stronę, niektórzy nawet z nadzieją. – Zapomniałem dać wam światło. Zawsze dajemy skazańcom światło.
Kertrad zaśmiał się w myślach. W jaskini panowała ciemność, ale jeśli coś tam się czaiło, nie miało to znaczenia. Jeśli miał być ze sobą szczery, to nawet nie marzył o jakimkolwiek źródle światła.
– Czy ktoś, do kurwy, wziął pochodnię?! – Żołnierze, jeden po drugim, zaczęli zaprzeczać. – Skuld! Zdaje mi się, że to ty miałeś ją zabrać.
I w tym momencie Kertrad odwrócił się i ruszył dalej. Skuld nie miał pochodni. Na koniec słyszał tylko krzyki wśród ciemności, żeby już wchodzili, bo ich wystrzelają. Dwóch z nich miało łuki i wystarczająco strzał, by naszpikować nimi całe wejście.
Kertrad zatrzymał się wśród ciemności, stał po kolana w wodzie i słuchał. Słyszał przekleństwa więźniów, dostrzegał lekki zarys sylwetki chłopaka tuż za nim. Zrozumiał, że to jasnowłosy.
– Jak się zwiesz, chłopcze? – zapytał. Nie widział jego twarzy, nie mógł wiedzieć, czy chłopak się krzywi, czy może uśmiecha, ale jednego był pewien. Jego oczy były pełne łez.
– A... jakie to ma... znaczenie?
– Żadne – odparł cicho.
Stał tak długo, w nadziei, że nic się nie stanie, że przeżyją nieznane i uciekną z jaskini, kiedy żołnierze odejdą. Nie chciał iść do środka, poruszył stopą, by znaleźć wygodniejszy kamień, który nie podrażniałby ran. Syknął, kiedy natrafił na coś ostrego.
– Co się stało? – szepnął nerwowo jasnowłosy.
– Nic, przeciąłem się – odpowiedział i sięgnął ręką do wody. Kiedy tylko dotknął, wiedział, że jego palce trafiły na klingę miecza. Wyszukał rękojeść i wyciągnął go z wody. Był krótki, długości przedramienia dziecka i szeroki na dłoń dorosłego. Poruszył nogą jeszcze raz, tym razem przeniósł ją dalej, zatoczył nią łuk, aż trafił na coś miękkiego i śliskiego. Ciało. Więc tamci dotarli tylko tutaj, pomyślał, ściskając rękojeść.
– Znalazłem miecz – szepnął nagle jasnowłosy, wyciągając go z wody. Po chwili rozległy się podobne słowa gdzieś z tyłu. Kertrada dezorientowało to, że w ciągu kilku dłuższych chwil każdy z nich miał broń. Znowu zanurzył dłoń, tym razem w innym miejscu, po swojej lewej stronie, i trafił prosto na rękojeść drugiego. Szybko zrozumiał. To pole bitwy, miecze i trupy były wszędzie. Przed nimi. Za nimi.
W końcu wśród ciszy rozległ się dźwięk, któremu najbliżej było do syku węża. Coś poruszyło się w oddali, Kertrad już nieco przystosował wzrok do ciemności, udało mu się na krótką chwilę ujrzeć chyba ludzką sylwetkę, nim ta zniknęła. Rozległ się pierwszy przerażający wrzask bólu, trzask łamanych kości i chwila ciszy. Jeden z więźniów uniósł broń i obrócił się, nie wiedząc, że obok niego stoi towarzysz, którego trafił w bok. Krzyk i przekleństwa zwabiły do nich potwora, wrzaski agonii rozdzierały powietrze, a Kertrad milczał, zaciskając szczękę, czując tak wielkie przerażenie, jak nigdy w życiu.
W ciemności coś było, coś, co zabijało w mgnieniu oka. Zginę tu! – pomyślał, unosząc jeden miecz przed siebie, a drugim pilnując boku. Przyjął postawę bojową, jedną nogę wysunął przed siebie, drugą nieco w tył. Nigdy nie walczył dwoma mieczami.
– Co to kur...! – Skazaniec nie zdążył nawet dokończyć, bo niewidoczny potwór skoczył na niego, wywalił i zabił. Słychać było tylko dźwięk szarpanego ciała. Starszy rzucił się do ucieczki, To za nim podążyło, machnęło łapą, a nogi mężczyzny pękły niczym dwie zapałki. Runął i zaraz po tym umilkł. Minęła jeszcze chwila i znowu nastąpiła głucha cisza. Kertrad słyszał, jak młodszy opróżnia pęcherz ze strachu. Bestia w kilka sekund zabiła sześciu ludzi.
– Ja... nazywam się... – Kertrad nigdy nie dowiedział się, jak jasnowłosy miał na imię. Jego spojrzenie zdołało jedynie uchwycić przerażenie na twarzy chłopaka, który z pewnością nie miał jeszcze dwudziestu lat i czerwone ślepia potwora, jego czarną niczym węgiel skórę, która była wyraźna nawet w ciemnościach. Może było to tylko zwykłe wyobrażenie bestii, ale mógł przysiąc, że przypominała człowieka. Wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka, jasnowłosy nie zdążył nawet krzyknąć.
Kertrad czekał, uniósł miecze, stał nieruchomo, a usta nie chciały się otworzyć, by sprowokować bestię. Został sam. Zawsze ostatni. Wiedział, że w ciemnościach nie ma najmniejszych szans, mimo to...
Bestia go znalazła. Czuł jej oddech na plecach, miał tylko ułamek sekundy na reakcję i wykorzystał to. Odwrócił się, machnął szybko mieczem, z ust wyrwał się okrzyk bojowy, ale trafił tylko w powietrze. Słyszał uderzenia o wodę, podążał za nimi. "Za tobą!" – rozległ się krzyk w jego głowię. Instynktownie uniósł oba miecze i odparł atak niemożliwy do sparowania w tej sytuacji. Nie miał czasu na obrót, skrzyżował broń za plecami, bestia trafiła w nie pazurami, ale ostrza wbiły się w skórę Kertada, tnąc głęboko. Ból sprawił, że wypuścił je z rąk i runął. Szybko, ignorując ból, odwrócił się w stronę monstra. Ujrzał je w pełni. Wielkie i chude, czarne niczym smoła, z czerwonymi, jarzącymi się oczami. Jego ręce wydawały się stworzone z samych kości i łuskowej skóry, a pazury miał długie niczym miecz. Nie widział jego nóg.
Na wszystkich Ashwarów i Bogów! Niech Bagienny Tral zmiłuje się nad moją duszą! – pomyślał w ostatniej chwili, bo cios bestii wyrzucił go w powietrze. Trafił w udo, Kertrad widział, jak część jego ciała wiruje w powietrzu, a krew tryska na wszystkie strony. Wylądował w wodzie, głową uderzył w jakiś kamień, ale nie stracił przytomności. Nie miał siły krzyczeć, tracił krew zbyt szybko. Tral powoli, jakby niechętnie zabierał go do swojego bagiennego królestwa. Kertrad Maridok patrzył tylko na sklepienie jaskini, aż powoli ogarnęła go ciemność, a ostatnim, co zobaczył, była szkarłatna para oczu.
Potwór.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cześć Zigi,
najpierw mały pstryczek w nos. Mamy tutaj taki kącik nazwany Przywitalnia. Zajrzyj i napisz parę słów o sobie, a przede wszystkim przywitaj się z nami.
Wrzuciłeś kawał prologu i teraz musisz chwilę poczekać, aż nasze niebieskie stworki przetrawią. Ja, jako człek o marnym układzie pokarmowym, przeżuwam trochę szybciej. Jednakże sęk tkwi w tym, że żaden ze mnie specjalista od interpunkcji. Krytyk także marny, literacki ma się rozumieć. Krytykanctwo lepiej mi wychodzi.
Wracajmy jednak do dzieła.
Pomimo kurzej ślepoty i wielkiej głupoty, dojrzałem. Czy jednak mam rację, to się dopiero okaże po nalocie stworków.

Cytat:Nadzieja zniknęła tak szybko przecinek jak kamień wrzucony do wody.

Cytat:Szli na szczyt wyspy, do świątyni, gdzie Skuld miał odebrać od kapłanów mapę prowadzącą do jaskini od kapłanów.[/quote]

Cytat:– Będziesz szedł – wysyczał beznamiętnie i bez oznak najmniejszego zmęczenia. – Bez wybryków, zbędny przecinek albo połamię ci ręce, nogi, wydłubię oczy i zostawię tutaj na pastwę morsów, morderco.

Cytat:Kertrad już słyszał podobny ton z ust ludzi, którym odbierali ziemię i rodziny na wojnie, cywile przepełnieni wściekłością, jadem i wrogością.

Coś mi tutaj zazgrzytało to zdanie.

Cytat:Kertrad otworzysz ł szeroko oczy, a później zaśmiał się głośno i sucho, bez wesołości.

Cytat:Czuł przecinek jak ostre kamienie ranią go po rękach, na których próbował się podeprzeć.

Cytat:Teraz musieli iść, a Kertrad jako pierwszy szedł każdym mostem, sprawdzając przecinek czy liny nie puszczą w połowie.

Cytat:Pieprzony sadysta, zbędny przecinek pomyślał jeszcze, ale nie powiedział mu tego w twarz.

Cytat:Jeśli miał być ze sobą szczery, to nawet nie marzył o jakimkolwiek żadnym źródle światła.

Cytat:– Jak się zwiesz, chłopcze? – zapytał. Nie widział jego twarzy, nie mógł wiedzieć przecinek czy chłopak się krzywi, czy może uśmiecha, ale jednego był pewien.
Jak już wspomniałem, wrzuciłeś kawał prologu. Przeczytałem z zainteresowaniem, chociaż nie wyjaśniasz zbyt wiele, sygnalizujesz, powoli budujesz uniwersum ( w końcu naumiałem się tego ). Należy się spodziewać, że będziemy mieli do czynienia z Wybrańcem, który o tym nie wie. Jest to dosyć popularny temat w gatunku fantasy. Będzie zatem wymagał dużo pracy ze strony Autora, aby zaciekawić Czytelnika nowymi, atrakcyjnymi rozwiązaniami, odbiegającymi od utartych ścieżek.

Zapowiada się interesująco, więc z ciekawością poczekam na dalsze losy Kertrada.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#3
Cytat:żołnierzy na okręcie wojennym
Jak dla mnie ktoś, kto służy na okręcie wojennym jest marynarzem.


Płynęli na Wyspę Tchu prowadzące do jaskini    – ?? Nie kumam, o co Ci chodziło.



A może byli zdrajcami kraju
Czepiając się, powiem, że jakoś mi ten zwrot nie pasuje. Zdrada stanu, obraza majestatu króla. Jakoś w tym kierunku.



kiedy hetman wyszedł ze swojej kajuty
Jak dla mnie: kapitan, pierwszy oficer, admirał, komandor. Hetman nie kojarzy się z 'osobą decyzyjną' na okręcie.



Maridok po pierwszych dwóch batach, które zerwały skórę z jego pleców już pierwszego dnia,


przeżyć podróż i dotrzeć przynajmniej na Wyspę Tchu



Zaczęły się przygotowania do wyjścia na ląd.
Zejścia na ląd.



Kertrad widział, jak krople krwi przez moment wiszą w powietrzu, a później grawitacja ściąga je na deski pokładowe.
?? wiszą w powietrzu...


Ruszył dalej i, jak zaproponował Skuld, zaczęli biec.
Hm, czy to była propozycja? Raczej rozkaz.


Kapłan wyszedł, ś
Świątynia nie była duża, jeden główny budynek ze szpiczastym dachem i dwie dobudówki po bokach. Wszystko z drewna. Żadnych ołtarzy na zewnątrz. Z wnętrza wyszedł kapłan Tchu [przecinek] był wysokim wysoki mężczyzna o oczach nieokreślonego koloru i krótkiej brodzie. Miał łysą głowę, od której odbijało się światło słoneczne, szarą szatę wleczącą się za nim po ziemi i długie rękawy zakrywające dłonie.

To ostatnie zdanie też bym jakoś zmienił, jakoś niezgrabnie mi brzmi.

I po raz drugi tego dnia stalowa pięść Skulda spotkała się z jego twarzą i posłała na glebę.
W dialogu bym to przełknął, w narracji chyba wolałbym tu widzieć inny zwrot.


– Maridok, idziesz pierwszy – rozkazał, wskazują buławą most. – wskazując


"
Za tobą!" – rozległ się krzyk w jego głowię, uniósł oba miecze i sprawował  [odparł ?]atak niemożliwy do sparowania w tej sytuacji.
Hejka,
Powyżej wskazałem Ci kilka błędów, które rzuciły mi się w oczy podczas czytania.

Ogólne wrażenie. Hm. Nie jest źle. Jest akcja, jest zarys jakiegoś świata. Jak na prolog całkiem ok.
Na pewno należy pewne fragmenty doszlifować, ale opowiadanie ma potencjał i gdy wstawisz kolejne fragmenty, na pewno zajrzę.
Pozdrawiam, Misiek

EDIT: O, widzę, żeśmy z Burakiem od tego samego pomysły dzień zaczęli :)
Odpowiedz
#4
Dzięki za komentarze :)
Zastosowałem się do Waszych uwag, naniosłem poprawki w wordzie i za niedługo zrobię edit. Kilka naprawdę przeoczyłem, np. "sprawował atak" zamiast "sparował". Postaram się, żeby w następnym rozdziale nie było już takich literówek :)
Cieszę się, że się spodobało.
Pozdrawiam, Zigi
Odpowiedz
#5
(22-03-2017, 17:38)Zigi napisał(a): Płynęli na Wyspę Tchu prowadzące do jaskini, gdzie przez ostatnie lata wysyłano skazańców za najpoważniejsze zbrodnie.
Co prowadzące do jaskini? Kable?

Cytat:Nawet pracę wykonywali w odległości, co najmniej trzech metrów od siebie.
Raczej zbędny przecinek. To niewielu tych więźniów, skoro mogli stać po trzy, cztery metry od siebie.
BTW, skazanie na śmierć przez wysłanie na wyspę jest nieekonomiczne – trzeba opłacić żołnierzy, zapewnić im wyżywienie, i więźniom zapewnić wyżywienie... Nie prościej po prostu na miejscu poderżnąć gardło?

Cytat:Z doświadczenia wiedział, że nie ma co liczyć na towarzyszy.
Skoro chce, żeby ktoś inny rozpoczął rewoltę, to jednak na nich, mniej lub bardziej, liczy ;]

Cytat:A może byli zdrajcami kraju, dezerterami lub więźniami wojennymi?
O ile tych dwóch pierwszych to ok, luzik, można skazać na śmierć i tak dalej, to więźniowie wojenni – jak mniemam, jeńcy – nie bardziej opłaca się zrobić z nich niewolniczą siłę roboczą?

Cytat:On był mordercą, jedynym wydziedziczonym członkiem rodziny Maridoków od wielu pokoleń i żołnierzem w armii lorda Nageta, który osobiście podpisał wyrok śmierci.
Z tego zdania wynika mi, że Maridok osobiście podpisał wyrok śmierci – własny.

Cytat:Zbyt wielu, na atak z zaskoczenia.
A ten zbędny przecinek to tutaj się z jakiej racji tak pasie?

Cytat:Wszyscy więźniowie brutalnie zostali oderwani od pracy i ustawieni w ciasnym szeregu.
Szyk.

Cytat:powiedział żołnierz w pełnej płytowej zbroi, stojący za nimi, kładąc dłoń na rękojeść buławy przyczepionej do pasa, a później zarechotał.
Też mi szyk nie leży. Prędzej "powiedział stojący za nimi żołnierz w płytowej zbroi, kładąc dłoń na rękojeści buławy przyczepionej do pasa" i mam problem z "a później zarechotał". Czy nie lepiej by brzmiało "a następnie/potem zarechotał"?

Cytat:Skazańców było w sumie ośmiu, sądząc po posturze i spojrzeniu, domyślał się, że tylko on służył w wojsku.

W sumie zgadłam, że ich niewiele, ale w sumie, to wciąż... To naprawdę opłacalne w tym uniwersum? Cały statek, wyżywienie i tak dalej, dla OŚMIU skazańców?
Poderżnijcie im gardło, poderżnijcie...

Cytat:Czy zamordowanie Agermona Armita było tego warte? Tak, odpowiedział sobie stanowczo. Gdybym mógł zrobić to drugi raz, nie zawahałbym się. Kertrad, od kiedy tylko poznał Armita, jednego był pewny. To dobry dowódca, ale parszywy człowiek.
Ogarniam, że to mówił do siebie w myślach, ale i tak mam wrażenie, że narrator się zmienia jak chorągiewka na wietrze...

Cytat:Słyszał przekleństwa więźniów, lekki zarys sylwetki chłopaka tuż za nim.
Niech mi ktoś wyjaśni, jak można słyszeć zarys sylwetki...

Cytat:Nie widział jego twarzy, nie mógł wiedzieć czy chłopak się krzywi, czy może uśmiecha, ale jednego był pewien. Jego oczy były pełne łez.
Dość ordynarne powtórzenie.

Cytat:– Znalazłem miecz – szepnął nagle jasnowłosy, wyciągając go z wody.
.
Określanie kogoś – non stop – kolorem włosów jest co nieco dziecinne i męczące.

Cytat:Kertrada dezorientowało to, że w ciągu pięciu minut każdy z nich miał broń.
Pięć minut to jednak sporo czasu...

Cytat:To pole bitwy, miecze i trupy są wszędzie.
Tym bardziej.

Cytat:W końcu wśród ciszy rozległ się dźwięk, któremu najbliżej było do syku węża i charczenia starego dziadka.
Charczenie a syk to jednak dwa różne odgłosy. Charczenie i rzężenie – okay, ale charczenie i syk? Sssssssssssłyszałeś kiedyś węża? :D

Cytat: sprawował atak niemożliwy do sparowania w tej sytuacji.
Biorąc pod uwagę, że pewnie chodziło o "sparował atak niemożliwy do sparowania", to bardzo ordynarne powtórzenie.

Strasznie dużo nadziabanych "się", trochę razi po oczach.

Nie wiem, co myśleć o tym prologu. Wydawał mi się trochę dłużyć, motyw nieświadomego wybrańca jest już okropnie oklepany – ciężko zrobić z tego coś oryginalnego. Jak na tę chwilę nie wciągnęło mnie, ani nie zachwyciło, odnoszę wrażenie, że główny bohater jest jakiś taki... Bez charakteru. Zmienny okropnie.
Zobaczymy, co będzie dalej.
Say farewell to this predestined world.
Odpowiedz
#6
(24-03-2017, 16:44)Ginger napisał(a): Nie wiem, co myśleć o tym prologu. Wydawał mi się trochę dłużyć, motyw nieświadomego wybrańca jest już okropnie oklepany – ciężko zrobić z tego coś oryginalnego. Jak na tę chwilę nie wciągnęło mnie, ani nie zachwyciło, odnoszę wrażenie, że główny bohater jest jakiś taki... Bez charakteru. Zmienny okropnie.
Zobaczymy, co będzie dalej.

Heh, naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego wszyscy uważają, że jest to motyw wybrańca. "Błogosławiony" nie znaczy ""Bohater naznaczony przez boga, przeznaczony do wielkich rzeczy, ale przede wszystkim, do ratowania świata przez złem". Co do braku charakteru, to postaram się nadać mu odpowiedni w innych rozdziałach.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Ledwie zerknęłam na komentarze poprzedników, więc możliwe, że usłyszysz znów to samo. :p
(22-03-2017, 17:38)Zigi napisał(a): Prolog: Smocza Jaskinia

Kertrad nadal słyszał w myślach słowa herolda, jakby (Dodałabym tutaj "ten/ów", bo wtedy wiadomo będzie, że to herold jakby wypowiadał, a nie Kertrad) wypowiadał je tu i teraz, kiedy w rzeczywistości minęło kilka dni.

Na zwykłym statku on i pozostali siedzieliby w celach, przykuci do ścian i podłogi, ale Pogrzebacz przez ostatnie pięć lat kursował na wyspy i z powrotem, (zbędny przecinek) i nikt nie bał się już buntu czy niespodziewanego ataku więźniów.

Płynęli na Wyspę Tchu prowadzące do jaskini(Co prowadzące? Czegoś tu zdecydowanie brakuje), gdzie przez ostatnie lata wysyłano skazańców za najpoważniejsze zbrodnie.

Nawet pracę wykonywali w odległości,(zbędny przecinek) co najmniej trzech metrów od siebie. Gdyby tylko miał szansę, gdyby ktoś wywołał zamieszanie i udałoby się im ukraść broń... Wykorzystałby szanse(ę), nawet, (zbędny przecinek)jeśli byłby zmuszony sam zabić wszystkich żołnierzy na tym statku. Z doświadczenia wiedział, że nie ma co liczyć na towarzyszy. (Nie gra to stwierdzenie w sytuacji, gdy parę zdań wcześniej ten sam bohater sądzi, że inni więźniowie z pewnością dołączyliby się do walki. To co, można liczyć na tych towarzyszy czy nie można?)

A może byli zdrajcami kraju(Lepiej: zdrajcami stanu, bo to raczej o ten typ przestępstwa chodzi), dezerterami lub więźniami wojennymi?

Zbyt wielu,(zbędny przecinek) na atak z zaskoczenia.

Szóstego dnia podróży,(zbędny przecinek) marynarz siedzący na orlim gnieździe (Raczej: bocianim gnieździe, o orlim jeszcze nie słyszałam) krzyknął, że widzi wyspy.

Wszyscy więźniowie brutalnie zostali(zostali brutalnie) oderwani od pracy i ustawieni w ciasnym szeregu.

Tylko żołnierze, bezkresne morze Cienia(Morze Cienia – skoro to nazwa własna, tak należałoby to zapisać) i wyspy, na których samotnie nie przeżyłby tygodnia.

– Spokojnie(przecinek) chłopcy, odprowadzimy was pod jaskinię i poczekamy, aż zaczniecie krzyczeć. Dopiero później odpłyniemy. Stójcie ładnie w szeregu i czekajcie – powiedział żołnierz w pełnej płytowej zbroi,(zbędny przecinek) stojący za nimi, kładąc dłoń na rękojeść buławy przyczepionej do pasa, a później zarechotał.

Więzień stojący obok Kertrada, młody szczupły chłopak,(zbędny przecinek) z jasnymi włosami sięgającymi ramion, zacisnął szczękę i odwrócił się do niego, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, pięść w metalowej rękawicy trafiła go prosto w nos.

Kertrad widział, jak krople krwi przez moment wiszą w powietrzu, a później grawitacja ściąga je na deski pokładowe.(Slow motion działa w filmach, nie w tekstach literackich. A grawitacja nie jest na zawołanie, tak jak to wynikałoby z tego kawałka)

Zaraz jednak wrócił do obserwowania wyspy, ostatniej, którą dane było mu zobaczyć. Miejsce, do którego zmierzali, było tuż za nią.

Zginę tam, pomyślał, nikt nigdy nie wrócił ze Smoczej Jaskini. Nikt. (O, znam to. :D Cytując, niekoniecznie dosłownie, z paru gier: "Nikt nie uciekł z kopalni Cidhna. Nikt", "Nikt nie uciekł z Cesarskiego Więzienia", "Nikt nie uciekł zza Bariery"... I pewnie temu jednemu się uda, co? :p Trochę sztampowy zwrot moim zdaniem)

Nie miał butów, a kamienie były ostre, zimne i śliskie, (zbędny przecinek)jak klinga miecza przeszywająca ciało.

Kertrad zacisnął zęby we wściekłości(z wściekłości), postąpił duży krok do przodu i uniósł ręce, nie wiedząc, co dokładnie chciał zrobić. Rozległ się metaliczny dźwięk kajdan, a zaraz po nim uderzenie w plecy, które go powaliło.(Uderzenie raczej nie tylko się rozległo, a spadło na plecy bohatera, więc przydałoby się dodać jakieś adekwatniejsze określenie)

Krzyknął cicho, kiedy buława go trafiła, żołnierze zaczęli się śmiać, a skazańcy patrzyli beznamiętnie, jak Skuld chwyta go za włosy i podnosi w górę.(Cios buławą to nie jest coś, co kwituje się cichym krzykiem)

Mimo że buława rozerwała skórę na jego plecach(Buława rozerwałaby pewnie znacznie więcej niż skórę, chyba że władający nią żołnierz go nią głaskał), a dwie długie blizny po bacie hetmana otworzyły się, Skuld nie uznał, że to wystarczy. Kopnął go jeszcze w bok i ponownie rąbnął buławą, tym razem w łopatkę. Kertrad miał wrażenie, że słyszy, jak pękają mu kości.(Byłoby bardziej realistycznie, gdyby to nie było tylko wrażenie :p)

Kertrad już słyszał podobny ton z ust ludzi, którym odbierali(Kto odbierali? Przydałby się w tej części zdania podmiot) ziemię i rodziny na wojnie, cywile przepełnieni wściekłością, jadem i wrogością.

Musiał się opanować, żeby się na niego nie rzucić.(Po otrzymaniu paru ciosów buławą? Nie sądzę)

– Coś nie pasuje, panie Maridok? Jakieś zażalenia? – zapytał żołnierz na przedzie,(zbędny przecinek) o imieniu Narsech.

Jednak byli wytrwali, nikt się nie wywrócił, tylko jeden starszy mężczyzna, wyglądający(przecinek) jakby już dawno przekroczył pięćdziesiątkę, wydawał się osłabiony. Miał szerokie wyćwiczone ramiona, ale był strasznie(W języku polskim jest wystarczająco wiele przysłówków, by nie używać słowa "strasznie" – dość nieliteracko to brzmi) chudy.

Zgiął się, bardziej z bólu niż zmęczenia(przecinek) i spojrzał na swoje palce. Były całe czerwone, w jednym brakowało mu paznokcia i nie mógł przypomnieć sobie chwili, kiedy go stracił. (Mocne urazy paznokcia bolą. Bardzo. Więc nie sądzę, by łatwo było zapomnieć moment, w którym traci się cały paznokieć. Inna sprawa, że nie jestem w stanie sobie wyobrazić, po czym i jak trzeba by biec, aby z palca u nogi "wyleciał" cały paznokieć)

Kapłan wyszedł, świątynia nie była duża, jeden główny budynek ze szpiczastym dachem i dwie dobudówki po bokach. (Zdecydowałabym się, o czym ma być to zdanie, a raczej cały ten kawałek. Czy o kapłanie, który wychodzi, czy o wyglądzie budynku. Żeby było sensownie, najpierw zajęłabym się samym budynkiem, a dopiero potem osobą, która z niego wychodzi)

Miał łysą głowę, od której odbijało się światło słoneczne, szarą szatę wleczącą(wlokącą) się za nim po ziemi i długie rękawy zakrywające dłonie.

Maridokowi(Dotychczas używałeś imienia bohatera, więc pozostałabym przy tym albo używała nazwiska również wcześniej. Informacja o tym, jak brzmi nazwisko bohatera, pojawia się chyba tylko w jednym miejscu w tekście i czytający ma prawo nie zapamiętać jej od razu)zaczęło się wydawać, że nie ma na tym świecie osoby, do której mógłby odnosić się innym tonem.

Skuld i żołnierze zaczęli się niecierpliwić, niektórzy nerwowo gładzili rękojeści mieczy, aż w końcu dłoń kapłana Tchu wystrzeliła(Nie lepiej "skierowała się", "poczęła/zaczęła zmierzać", "uniosła się"? "Wystrzeliła" brzmi tak, jakby kapłan chciał dać bohaterowi z liścia) w stronę twarzy Kertrada tak szybko, że ten prawie nie zdążył zarejestrować zdarzenia.

Kapłan nie trzymał już dłoni na jego twarzy i wcześniejszy gest wydawał się tylko złudzeniem. Jednak twarz kapłana była inna, nie utrzymywał już maski powagi. Teraz wydawał się przerażony.
– Jesteś... Błogosławiony – wyszeptał, a te słowa mogli usłyszeć tylko ci, którzy stali najbliżej.

Czuł(zbędny przecinek) jak ostre kamienie ranią go po rękach, na których próbował się podeprzeć.

Kertrad nie protestował, wiedział też, że stąd już nie będzie ucieczki, mosty prowadzą(prowadziły – zachowuje się ten sam czas narracji) tylko do jaskini lub na inne wyspy, z których i tak by się nie wydostał.

Teraz musieli iść, a Kertrad jako pierwszy szedł każdym mostem, sprawdzając(przecinek) czy liny nie puszczą w połowie.

Stojąc przed wrogiem, zawsze miał miecz, włócznie(ę), tarczę, cokolwiek, czym mógłby się bronić.

Skuld osobiście odpiął im kajdany, Kertrada uraczając(racząc) ostatnim wymuszonym uściskiem dłoni, tak silnym, że prawie zmiażdżył mu palce.

Słyszał przekleństwa więźniów, lekki zarys sylwetki chłopaka tuż za nim. (Słyszał zarys sylwetki? Niezły jest)

– Jak się zwiesz, chłopcze? – zapytał. Nie widział jego twarzy, nie mógł wiedzieć(przecinek) czy chłopak się krzywi, czy może uśmiecha, ale jednego był pewien. Jego oczy były pełne łez.

Znowu zanurzył dłoń, tym razem w innym miejscu, po swojej lewej stronie(przecinek) i trafił prosto na rękojeść drugiego.

W końcu wśród ciszy rozległ się dźwięk, któremu najbliżej było do syku węża i charczenia starego dziadka. (Połączenie tych dwóch tak odmiennych odgłosów nie mogłoby brzmieć inaczej niż groteskowo)

Krzyk i przekleństwa zwabiły do nich potwora, wrzaski agonii rozdzierały powietrze, a Kertrad milczał, zaciskając szczękę, czując tak wielkie przerażenie, (zbędny przecinek)jak nigdy w życiu. Czuł zbliżającą się śmierć, oddech Trala na plecach.

Nigdy nie walczył dwoma mieczami.(No tak, bo bycie wrzuconym do ciemnej jaskini, w której grasuje potwór, to świetna okazja na próbowanie stylu walki, którego nigdy w życiu się nie stosowało)

– Co to kur...! – s(S)kazaniec nie zdążył nawet dokończyć, bo niewidoczny potwór skoczył na niego, wywalił i zabił. Słychać było tylko dźwięk szarpanego ciała. Starszy skazaniec rzucił się do ucieczki, To za nim podążyło, machnęło łapą, a nogi mężczyzny pękły niczym dwie zapałki.

Wszystko wydarzyło się w mgnienie(w mgnieniu oka), jasnowłosy nie zdążył nawet krzyknąć, a potwór zniknął.

"Za tobą!" – rozległ się krzyk w jego głowię(głowie), uniósł(Brzmi to tak, jakby krzyk w jego głowie uniósł oba miecze) oba miecze i sprawował(sparował) atak niemożliwy do sparowania w tej sytuacji. (No to mamy tutaj sprzeczność, co?)

Nie miał czasu na obrót, skrzyżował broń(bronie) za plecami, bestia trafiła w nie pazurami, ale ostrza wbiły się w skórę Kertada, tnąc głęboko.(Aż chciałoby się powiedzieć "A nie mówiłam?" I gdzie tu sens walki dwoma mieczami, skoro bohater tak się nimi posługuje, że obrywa?)

Ujrzał go(je – monstrum) w pełni. Wielki i chudy, czarny niczym smoła, z czerwonymi, jarzącymi się oczami.(Wielkie, chude/czarne – podmiotem ciągle jest "monstrum", czyli rodzaj nijaki)

Jego ręce wydawały się stworzone z samych kości i łuskowej skóry, a pazury miał długie na długość(Źle to brzmi) miecza.
Sprawdzone, przeczytane. Zawarłam komentarz w spoilerze, bo lubię sobie pogadać.
Spoiler: Komentarz
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#8
 Rozdział 2: Mistrzyni Mignamu


– Szybciej, dziewczyno.
Kanna Vilgerstanv przyspieszyła kroku, prowadzona przez najbardziej znienawidzoną nauczycielkę w Akademii Magii. Pięknie, warknęła w myślach, chcąc wyrzucić z siebie nadmiar frustracji i zdenerwowania. Znowu musi się we wszystko wtrącać. Mogłaby dać sobie spokój!
Hanna Bilhah jeszcze bardziej przyspieszyła, jakby właśnie usłyszała myśli młodej adeptki. Kanna zirytowana zachowaniem nauczycielki zaczęła wolno biec, zwalniając co dwa stąpnięcia i znów przyspieszając. Było to dla niej najgorsze możliwe tempo, szybkie, ale jednocześnie nie na tyle, żeby iść równym krokiem. Zaczęły wchodzić po schodach, Kanna przeskakiwała po dwa, narzekając cicho pod nosem i starając się powstrzymać złość.
Nienawidziła tego miejsca. Mieszkała w Akademii Magii prawie całe życie, było to prawdą, ale nie potrafiła pokochać tych murów. A Akademię w Wyros mogło się kochać lub nienawidzić. Nikt nie pozostawał obojętny, niektórzy nawet podejmowali decyzję zbyt szybko i pochopnie. Kanna, patrząc na Hannę Bilhah, wiedziała, że ta kobieta w przeszłości dokonała złego wyboru. Niektórzy mylą nienawiść z miłością i kończą tak jak ona – jako osoby zaślepione, niewidzące świata poza tymi ceglanymi murami.
Po chwili dotarły do miejsca docelowego; gabinetu Arcymistrzyni Magii – Satyly Themerghan. Hanna Bilhah uderzyła mocno dwa razy w czarne dębowe drzwi i, nie czekając na zaproszenie, nacisnęła klamkę, pchając je lekko. Od razu usłyszały krzyki. Najwyraźniej trafiły w sam środek kłótni. Hanna Bilhah uśmiechnęła się przebiegle. Kanna słyszała, że wiele lat temu poróżniła się z Arcymistrzynią i od tamtej pory utrzymywały wrogie stosunki. 
– To czysty idiotyzm! Musiałabym być szalona, żeby to poprzeć! – Kanna natychmiast schowała się za Bilhah. Nigdy wcześniej nie słyszała Arcymistrzyni tak zezłoszczonej. – A ty… Ty! Powinnaś się w końcu opamiętać i dorosnąć, zamiast zachowywać się…
– No? Jak niby? Ty, Satyla, powinnaś po prostu przyznać, że się boisz, zamiast nadmuchiwać niczym Marge. Wielkie przedsięwzięcia nigdy nie były w twoim stylu. – Kobieta, w przeciwieństwie do Arcymistrzyni, wydawała się opanowana. Jej głos był miękki i spokojny.
– Racja – odparła – były w twoim stylu i z tego, co pamiętam, nigdy nie przyniosły nam nic dobrego! – Uniosła głos, uderzając otwartą dłonią w biurko.
Obie kobiety wydawały się nie dostrzegać niespodziewanych gości, stały naprzeciw siebie, a Bilhah uśmiechała się odrażająco i milczała, nie chcąc powiadomić o swojej obecności. Kanna pomyślała, że gdyby teraz umknęła, nauczycielka nawet by tego nie spostrzegła. Wolała jednak nie ryzykować. Wpatrywała się piękną szkarłatną szatę nieznanej kobiety, ze srebrnymi naszyciami i fałdowanym materiałem u spodu.
– Nie przyniosły nic dobrego tobie, siostrunio…
– Miałaś mnie tak nie nazywać!
– Ty chyba nie rozumiesz, o co toczy się gra. Tu nie chodzi tylko o ambicje… – Kobieta przerwała, kiedy dłoń Arcymistrzyni uniosła się gwałtownie. Kanna poczuła chłód w okolicach karku, wzdrygnęła się i cofnęła o krok. Włosy Hanny Bilhah wydawały się na krótki moment stanąć dęba.
– Hanna! – zawołała z udawaną radością Satyla, dostrzegając ją. Okrążyła wielkie mahoniowe biurko i zatrzymała się na czerwonym dywanie pośrodku gabinetu. Stanęła obok kobiety, która pokręciła głową, odwróciła się prędko i wbiła spojrzenie w portret poprzedniego Arcymistrza. – Jak wiele słyszałaś? – zapytała cicho, ale nawet Kanna potrafiła wyczuć groźbę kryjącą się za tymi słowami.
– Niewiele – odparła. – Nie na tyle, żeby zrozumieć… – przerwała nagle.
Szczęka Bilhah zacisnęła się w tej samej chwili, co pięść Arcymistrzyni. Kobieta zaczęła się trząść, Kanna odskoczyła w bok i pisnęła, zakrywając usta dłońmi. Kiedy jej oczy spotkały się z zimnym spojrzeniem największej czarodziejki w królestwie, przez chwilę myślała, że i ją trafi podobna klątwa. Nic takiego się nie stało. Satyla wypuściła współpracownicę z magicznego uścisku.
– Nigdy więcej – powiedziała, już nie ukrywając wrogości – nie podsłuchuj moich rozmów. Zrozumiałaś?
– T-tak, zrozumiałam.
– To świetnie! Z czym do mnie przychodzisz? Kanna znów coś narozrabiała?
– Tak. Ona…
– Niech zgadnę, znów prowadziła eksperymenty na terenie biblioteki? A może czytała zakazane księgi? Nie? Czyżby niedozwolone kontakty między uczniami? – Arcymistrzyni zmierzyła Kannę wzrokiem. – Jest już w tym wieku…
– Próbowała uciec z terenu akademii – wtrąciła szybko, prostując się i uśmiechając, niemal z dumną. Kanna przeklęła ją w myślach. O ile wymienione wcześniej przewinienia były poddawane surowej karze, tak kara za ucieczkę była sto razy gorsza. Adeptka po prostu nie mogła porzucić nauki i odejść. W najgorszym przypadku zostałaby okrzyknięta apostatką.
Arcymistrzyni westchnęła i przeczesała dłonią swoje złociste włosy.
– Rozumiem. Możesz odejść.
Znienawidzona Hanna Bilhah z wahaniem odwróciła się na pięcie i odeszła bez słowa. Kanna opuściła głowę, schowała ręce za plecami i błagała w myślach, by kara nie była tak ostra jak poprzednia. Tak naprawdę nie chciała uciec. Wiedziała, że nie może, a zaklęcie, którym starała się otworzyć bramę, nie zadziałało w najmniejszym stopniu. Jednak teraz była pewna, że jeśli miałaby zaklęty mignam, mogłoby się udać. Za pierwszą próbą ucieczki dostała półroczny szlaban, zakaz swobodnego używania magii, zabrano jej pokój i spała w kwaterach służby. Najgorsze było jednak to, że musiała przez cały ten czas milczeć i w tym celu sama Arcymistrzyni zmuszona była rzucić na nią urok. Kanna wolała tego nie powtarzać.
– Wejdź. – Kanna natychmiast wykonała polecenie, nieco zbyt pospiesznie. Denerwowała się i czuła, że obie kobiety stojące w gabinecie widzą to. Na krótką chwilę spojrzała w stronę wielkiego okna, za którym widać było dzielnicę portową. Chciała kiedyś zobaczyć morze z bliska, zanurzyć się w nim i dowiedzieć, czy woda naprawdę jest słona.
– Siadaj – rzekła Arcymistrzyni Satyla, wracając na swoje miejsce.
Tajemnicza kobieta stanęła w rogu gabinetu i przyglądała się szklanym kulom, obracając je w dłoniach i przystawiając aż do nosa. Wokół jej oczu były charakterystyczne tatuaże przypominające kościste skrzydła ptaka. Jej jasne włosy miały niemalże złoty połysk. Nagle gwałtownie odsunęła kulę od twarzy, robiąc zdziwioną minę.
– Z czego one są? – zapytała, marszcząc nos.
– Ze szkła.
– A czym wypełnione? Wodą? Nieee, to chyba jakiś gęsty płyn.
– Żaden płyn… Egzystencjalną pustką.
– Bardzo śmieszne.
Kiedy kobiety skończyły krótką wymianę zdań, Kanna postanowiła się odezwać:
– Mistrzyni, ja…
– Próbowałaś uciec, słyszałam – przerwała jej, opierając się ciężko o fotel. Kanna uznała to za zły znak. – Pamiętasz ostatni raz? Nie chciałabym karać cię ponownie…
– Zakazy… Nakazy… Rozkazy… To wszystko tylko ogranicza młode umysły, ty powinnaś wiedzieć to najlepiej – odezwała się kobieta, patrząc na Arcymistrzynię. – Siedzenie wiele lat w tym stęchłym budynku nazywanym szkołą magii, to obraza dla samej sztuki Władania. Jak te dzieci mają ją poznać, jeśli nie mogą eksperymentować?
– Nie ty ustalasz zasady, Alyosho! I nie przerywaj mi, rozmawiam z uczennicą, a to ważniejsze niż twoje widzimisię.
– Yhym…
– Kanno – znów zwróciła się do dziewczyny – na ten moment nie mam zamiaru cię karać. Wrócimy do tego tematu jutro, obecnie nie mam na to sił. Może nie wiesz, ale stojąca w rogu kobieta to moja siostra, Alyosha Themerghan, mistrzyni władania mignamem.
Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, spojrzała w stronę kobiety i szybko musiała powstrzymać zdziwienie, kiedy spotkała się z chłodnym spojrzeniem zielonych oczu. Czytała o Alyoshy Themerghan, w wielu dziedzinach magii zasłynęła nawet bardziej niż jakikolwiek Arcymistrz. Zrewolucjonizowała magię mignamem, kamieniami szlachetnymi używanymi przez wojowników jako utwardzenie zbroi lub oręża. Teraz mignam stał się dostępny również dla magów jako katalizator zaklęć. Było to światowe osiągnięcie.
– Jak się nazywasz, dziewczyno? – spytała Alyosha. Jej spojrzenie nieco złagodniało.
– Kanna.
– To wiem. Pytam, z jakiego majętnego rodu pochodzisz.
– Vilgerstanv.
– Słucham?
– Nazywa się Kanna Vilgerstanv – odpowiedziała jej Satyla. – Nie słyszałaś?
– Słyszałam, ale… ile masz lat?
– Szesnaście.
– Szesnaście – powtórzyła powoli, na chwilę wpadając w zamyślenie. – Czy twoja matka żyje?
– Zmarła przy porodzie.
– Rozumiem… Zastanawia mnie, dlaczego o tobie nie wiedziałam. Ród Vilgerstanv jest dość szanowany w królestwie. Masz jakieś doświadczenie w dziedzinie magii?
– Praktykuje magię od czwartego roku życia.
– Korzystałaś kiedyś z mignamu?
– Raz – przyznała.
– Ile stref opanowałaś?
– Cztery. Znam jednak kilka zaklęć z piątej strefy i potrafię ich prawidłowo użyć – rzekła. Zaklęcia dzieliły się na strefy, każda była oddzielną dziedziną magii, a Kanna, jako jedyna adeptka czwartej strefy, mogła się pochwalić znajomością piątej. Samo to, że szesnastoletnia adeptka potrafi rzucić klątwę piątej strefy, było niemałym osiągnięciem, ale w porównaniu z całkowitym panowaniem znaczyło bardzo niewiele. Było jak upicie pierwszego łyku wody z wielkiego dzbana.
– Aly, mogłabyś przestać wypytywać moją uczennicę?
– Nie. – Alyosha Themerghan odłożyła szklaną kulę na szufladę i ruszyła w stronę dziewczyny, nie spuszczając z niej wzroku. Jej oczy były poważne, poruszała się z gracją, lekkim krokiem. Kanna zdziwiła się, kiedy stanęła za nią i oparła dłonie na jej ramionach w niezrozumiałym dla adeptki geście. Arcymistrzyni wpatrywała się to w dziewczynę, to w siostrę. Kanna wbiła spojrzenie w księgi na biurku, starając się pojąć sytuację.
Co się właściwie dzieje? – spytała samą siebie, ale nie potrafiła wymyślić żadnej sensownej odpowiedzi. Obie kobiety spoglądały po sobie, jakby prowadziły niewerbalną rozmowę. Miała wrażenie, że znalazła się między młotem, szykującym się do potężnego uderzenia. a kowadłem. W pewnym momencie Alyosha nieco mocniej zacisnęła palce. Kanna czuła ucisk na ramionach, ale nie bolesny.
Chcę stąd wyjść, myślała szybko. Chcę stąd wyjść. Daleko. Teraz. Chcę stąd wyjść! Błagam, cholera, chcą stąd już iść!
– Wyczuwam w niej ogromny potencjał. Chcę ją – oświadczyła Alyosha. Satyla patrzyła na nią w niezrozumieniu przez dłuższą chwilę.
– Że co? Czego znowu chcesz?
– Dziewczynę. – Położyła jedną dłoń na czarnych włosach Kanny, jakby tłumaczyła dziecku, o co jej dokładnie chodzi. – Zabieram ją ze sobą.
Młot uderzył o kowadło z większą siłą, niż Kanna mogła się spodziewać. Wyjście. Czy jej modlitwy w końcu zostały wysłuchane i dane będzie jej poznać świat poza akademią? Nie wiedziała. Przerażało ją to, a jednocześnie radowało jak nic innego. „Zabieram ją”. Te dwa słowa z sekundy na sekundę stały się ciężkie, jakby właśnie sama musiała unieść młot i wykuć na kowadle swoje własne przeznaczenie. Kanna nie wierzyła w przeznaczenie, nie mogła znieść myśli, że coś kieruje jej losem, pcha do chwili zapisanej na kartach niebios, jak zwykli mówić kapłani. Jednak teraz chciała wierzyć. Nieważne było, że nie znała Alyoshy, chciała odejść. Natychmiast.
Arcymistrzyni Satyla zacisnęła palce na nosie i wzięła głęboki, uspokajający oddech. Wypuszczała powietrze bardzo powoli, ostrożnie, jakby powstrzymywała wybuch wściekłości. Kanna przełknęła ślinę, a Alyosha ścisnęła jej ramiona jeszcze mocnej.
– Chcesz… zabrać moją uczennicę?
– Nie! Gdzież bym śmiała. Zabieram swoją uczennicę. Od tej chwili biorę ją pod swoją pieczę – rzekła.
– Nie pozwolę…
– Powołuję się na trzecie prawo Mistrzyni – powiedziała szybko, nie pozwalając dokończyć siostrze zdania. – Biorę tę dziewczynę jako uczennicę i będą przekazywać jej swoją wiedzę. Szach mat – zaśmiała się.
– Ja ci dam szach mat. Kanno, czy mogłabyś zaczekać za drzwiami?
Kanna z trudem wstała na nogi. Kolana miała jak z waty, czuła się, jakby szła po grubej warstwie żelu. Obie kobiety odprowadzały ją wzrokiem, a zanim zamknęła drzwi, miała wrażenie, że słyszy wybuch złości Arcymistrzyni.
Wszystko ucichło. Kanna wzięła szybki oddech, oparła się o ścianę i już nie ukrywała przerażenia. Wszystkie emocje natychmiast wyszły na wierzch. Nadal słyszała te słowa.
"Zabieram ją".
Czekała pół godziny, zdążyła ochłonąć i wszystko przemyśleć. Siedziała pod ścianą, podrzucając okruch mignamu. Właśnie, mignam, najdroższy kamień szlachetny z – prawie – nieograniczonymi możliwościami w dziedzinie magii. Raz czarowała za jego pomocą, użyła zwykłego zaklęcia powstrzymania wiatru, ale z mignamem, zamiast zatrzymać go w promieniu trzech metrów, usunęła wiatr na terenie całej akademii. Było bezwietrznie, a upał panował nawet w cieniu. Wtedy właśnie wpadła na pomysł wykorzystania kamienia do ucieczki. Okruch jednak był zbyt słaby, potrzebowała bryły albo kuli. Koniec końców i tak nie wiedziała, skąd może zdobyć mignam potężniejszy niż ten wielkości paznokcia, który uparcie ściskała w dłoni. 
Jeśli mnie zapytają, pomyślała zdecydowana, powiem, że chcę odejść. W końcu się uwolnię z tego więzienia. Chcę poznać świat. Nie będę tak głupia jak Bilhah, nie zostanę tutaj na zawsze!
W końcu drzwi się otworzyły, Kanna zerwała się na równe nogi. Arcymistrzyni stała z burzą złotych włosów na głowie, jakby trafiło w nie zaklęcie piorunu. Alyosha Themeghan obok, w podobnym stanie. Nie chcę wiedzieć, co się tam wydarzyło, pomyślała przerażona.
– Idź się spakować – poleciła Satyla. – I to szybko, od tej chwili nie jesteś uczennicą mojej akademii.
Mimo iż Kanna bardzo chciała odejść, te słowa wywołały ukłucie żalu. Na szczęście tylko na krótką chwilę. Spojrzała pytająco na Alyoshę, a kiedy ta skinęła głową, pobiegła przez korytarz. Nie przejmowała się, co pomyślą, powiedzą czy zrobią. Obchodziło ją tylko zabranie najważniejszych rzeczy i odejście.
– Tak! – krzyknęła radośnie, zbiegając ze schodów, nie mogąc się już powstrzymać. 
* * *
Stała przed głównym wejściem akademii i znowu czekała. Nareszcie mogła odejść. Czuła, jak wiatr wolności porywa jej czarne włosy. Słońce wyszło zza chmur, a odgłosy miasta ją wołały. Chciała je w końcu zobaczyć z bliska, wejść do sklepu, spróbować miejskiego jedzenia, zobaczyć z bliska statek i wejść po kolana do Jeziora Giganta.
Jej przyjaciele, a raczej znajomi, zostali w środku. Nie czekali, żeby pomachać jej, kiedy przekroczy bramę. Kiedy przekazała im radosną wieść, ucieszyli się, ale słyszała też zawód w ich głosach. Z pewnością chcieliby znaleźć się na jej miejscu, wiedziała to aż nazbyt dobrze. Od kiedy pamiętała, z akademii odeszła tylko czwórka uczniów i wszyscy byli starsi od niej. Nie mogła uwierzyć we własne szczęście, brakowało tylko…
– A co ty robisz poza szkołą? – rozległ się nieoczekiwanie znajomy głos, którego miała nadzieję już nie słyszeć.
– Mistrzyni Bilhah! – powiedziała głośno, uradowana. Kanna pomyślała, że to pierwszy raz w życiu, kiedy odezwała się tak wesoło do tej kobiety. – Jakże miło panią widzieć. Już ostatni raz, całe szczęście.
– Słucham? – zapytała zszokowana zachowaniem adeptki. – Co przez to rozumiesz, dziewucho?! I jak ty się zwracasz do Mistrzyni?! Wracaj natychmiast do akademii albo do końca życia będziesz żałować, że Arcymistrzyni Satyla nie rzuciła na ciebie zaklęcia milczenia! Ale już!
Kanna niemal płakała ze śmiechu, widząc wściekłą minę kobiety. Cofnęła się o krok, nieudolnie udając przerażenie, bo jej twarz była czerwona od powstrzymywanego śmiechu.
– I tutaj panią zaskoczę – powiedziała, chichocząc cicho. – Nie wrócę, uciekam. I mam szczerą nadzieję, że już nigdy pani nie spotkam. Ani żadnej tak wrednej kobiety!
Po tych słowach szybko przerzuciła swoją torbę przez ramię i ruszyła biegiem w stronę bramy. Bilhah stała chwilę oszołomiona, a następnie w jej ręce pojawił się kryształ mignamu. Kanna przyspieszyła, przez krótką chwilę żałowała tej jawnej prowokacji, ale mogła już nie mieć takiej okazji. Niebieska wiązka zaklęcia wystrzeliła w jej stronę, ale nie było to zbyt celne i Kanna nie musiała nawet go unikać. Drugie było takie samo, trzecie również. Zdawało się, jakby wokół niej stała niewidzialna bariera, która odstraszała klątwy. W końcu znienawidzona Bilhah ruszyła za nią biegiem.
– Ty smarkulo! Jak tylko cię dorwę, to cię nawet… – Potknęła się nagle, rąbnęła twarzą o równo ostrzyżony trawnik. Kanna zatrzymała się gwałtownie, a kobieta podniosła twarz z ziemi. Z jej nosa kapała krew, twarz wyrażała większe szaleństwo niż kiedykolwiek wcześniej.
– Ty… Ty suko – warknęła pod nosem, ale na tyle głośno, by Kanna mogła dosłyszeć. Zaczęła się podnosić, zaciskając palce na krwawiącym nosie. – Ty mała…
Znowu nie dokończyła, bo jakaś niewidzialna siła przycisnęła ją do ziemi niczym but nadeptujący na robaka. 
– Jak ją nazwałaś? – ciche pytanie, wypowiedziane stalowym głosem Alyoshy Themerghan podchodzącej do czarodziejki, sprawiło, że Kanna znieruchomiała. – Z pewnością jesteś świadoma, Bilhah, że obrażanie uczennicy to jak obrażenie jej mistrza, prawda? Zgadnij, kto jest jej mistrzem? – Kobieta otworzyła usta, ale nie wydała żadnego dźwięku. – Właśnie. Ja. Obraź mnie jeszcze raz, a przygniotę cię czymś więcej niż grawitacją.
Alyosha anulowała zaklęcie, Bilhah wydała z siebie dźwięk, jakby brakło jej powietrza i podniosła się na kolana. Mistrzyni mignamu podeszła do Kanny wolnym krokiem, obracając w dłoni wyładowany mały kryształ.
– Nie jestem przeciwna odrobinie zabawy i rozrywki – powiedziała tak cicho, by Bilhah nie mogła nic usłyszeć. – Wiem też, że rozpiera cię radość, ale czarodziejka winna znać umiar. Musi potrafić się opanować i odnaleźć w najróżniejszych sytuacjach. I pamiętaj, nie szybkość biegu jest naszą bronią, lecz słowa. A te, odpowiednio dobrane, potrafią sprawić równie wielką frajdę.
Kanna pochyliła pokornie głowę i starała się nie patrzeć na Mistrzynię. Kiwnęła tylko głową na znak, że zrozumiała.
– Odpowiednia reakcja. Chodźmy, nim noc nas zastanie.
Kiedy mijały bramę, Hanna Bilhah wpatrywała się w nie zazdrośnie. One nie odwracały się za siebie, nie patrzyły w tył, brnęły do przodu. Wtedy też Hanna Bilhah przetarła krew z twarzy, rozumiejąc, że również nie może cały czas trwać w jednym punkcie. Że już czas wrócić na ścieżkę, z której dawno temu zboczyła. Spojrzała na szkołę, wstała z ociąganiem i niechętnym krokiem ruszyła w jej stronę.


* * * * *
Spoiler:
Odpowiedz
#9
Szczerze mówiąc, nie widzę sensu we wstawianiu opisu treści opowiadania w pierwszym poście. Zwłaszcza takiego, który brzmi – bez obrazy – jak typowa notatka z tyłu sztampowej książki fantasy albo jakiegoś filmidła i tak na dobrą sprawę nie podaje żadnego konkretu, który mógłby poinformować potencjalnego czytającego na forum, czy to coś dla niego, czy nie. Jeśli ktoś ma zamiar przeczytać, to przeczyta, jeśli nie, to i tak tego nie zrobi, żadne "reklamy" tutaj nie pomogą. :p Chyba że reklama polegająca na skomentowaniu paru tekstów innych użytkowników.

(04-04-2017, 17:02)Zigi napisał(a):  Rozdział 2: Mistrzyni Mignamu

Szybciej, dziewczyno.(Zakładam, że to czyjaś wypowiedź, więc powinien być myślnik na początku)

Hanna Bilhah, (zbędny przecinek) jeszcze bardziej przyspieszyła, jakby właśnie usłyszała myśli młodej adeptki.

Kanna zirytowana zachowaniem nauczycielki zaczęła biec, zwalniając,(zbędny przecinek) co dwa stąpnięcia. (Biegła, ale zwalniała? Nie brzmi mi to zdecydowanie, ujęłabym to inaczej, na przykład: "zwalniając do kilka kroków, a potem znów przyśpieszając", o ile to jest to, o co ma chodzić w tym zdaniu)

Kanna(Zbyt dużo się tego imienia nagromadziło, czasami możesz je pominąć, skoro podmiotem wyraźnie jest ta konkretna bohaterka) nienawidziła tego miejsca. Mieszkała w Akademii Magii prawie całe życie, było to prawdą, niezaprzeczalnym faktem(zbędne – skoro to prawda, to jest to fakt, nie ma sensu powtarzać tego samego, bo robi się "masło maślane"), ale nie potrafiła pokochać tych murów.

Niektórzy mylą nienawiść z miłością i kończą tak, (zbędny przecinek)jak ona – jako osoby zaślepione, niewidzące świata poza tymi ceglanymi murami.

Wpatrywała się piękną szkarłatną szatę nieznanej kobiety, ze srebrnymi naszyciami i falowanym(fałdowanym) materiałem u spodu.

– Ty chyba nie rozumiesz, o co toczy się gra. Tu nie chodzi tylko o ambicje… – Kobieta przerwała, kiedy dłoń Arcymistrzyni gwałtownie uniosła się górę("W górę" zbędne – nie da się unieść w innym kierunku).

Satyla wypuściła z magicznego uścisku współpracownicę.(wypuściła współpracownicę z magicznego uścisku)

Kanna opuściła głowę, schowała ręce za plecami i błagała w myślach, by kara nie była tak ostra,(zbędny przecinek) jak poprzednia.

Za pierwszą próbą ucieczki dostała półroczny szlaban, zakaz swobodnego używania magii, zabrano jej pokój i musiała spać w kwaterach służby. Najgorsze było jednak to, że musiała przez cały ten czas milczeć i w tym celu sama Arcymistrzyni zmuszona była rzucić na nią urok.

Denerwowała się i czuła, że obie kobiety stojące w gabinecie,(zbędny przecinek) widzą to.

Wokół jej oczu były charakterystyczne tatuaże przypominające kościste skrzydła ptaka. Jej włosy były jasne, miały niemalże złoty połysk

Kiedy kobiety skończyły krótką wymianę zdań, Kanna postanowiła się odezwać.(dwukropek zamiast kropki)
– Mistrzyni, ja…

(...)Siedzenie wiele lat w tym stęchłym budynku nazywanym szkołą magii,(zbędny przecinek) to obraza dla samej sztuki Władania. Jak te dzieci mają ją poznać, jeśli nie mogą eksperymentować?(Tutaj przydałoby się napisać, kto to mówi, bo można odnieść wrażenie, że Kanna)

Zrewolucjonizowała magię mignamem, kamieniami szlachetnymi używanymi przez wojowników,(zbędny przecinek) jako utwardzenie zbroi lub oręża. Teraz mignam stał się dostępny również dla magów,(zbędny przecinek) jako katalizator zaklęć.

Samo to, że szesnastoletnia adeptka potrafi rzucić klątwę piątej strefy, było niemałym osiągnięciem, ale w porównaniu z całkowitym panowaniem, (zbędny przecinek)znaczyło bardzo niewiele.

– Nie. – Alyosha Themerghan, (zbędny przecinek)odłożyła szklaną kulę na szufladę i ruszyła w stronę dziewczyny, nie spuszczając z niej wzroku.

Miała wrażenie, że znalazła się między młotem a kowadłem,(zbędny przecinek) szykującym się do potężnego uderzenia. (Młot uderza, nie kowadło, a czytając to zdanie, można wywnioskować coś odwrotnego)

(spacja)Wyczuwam w niej ogromny potencjał. Chcę ją – oświadczyła Alyosha.

Nie ważne(Nieważne) było, że nie znała Alyoshy, chciała odejść. Natychmiast.

– Biorę tę dziewczynę, (zbędny przecinek)jako uczennicę i będą przekazywać jej swoją wiedzę. Szach mat – zaśmiała się.

Kolana miała jak z waty, czuła się(przecinek) jakby,(zbędny przecinek) szła po grubej warstwie żelu.

Chce(ę) poznać świat. Nie będę tak głupia jak Bilhah, nie zostanę tutaj na zawsze!

Czuła(przecinek) jak wiatr wolności porywa jej czarne włosy.

Chciała je w końcu zobaczyć z bliska, wejść do sklepu, spróbować miastowego(miejskiego) jedzenia, zobaczyć z bliska statek i wejść po kolana do Jeziora Giganta.

– I tutaj panią zaskoczę – powiedział(a), chichocząc cicho. – Nie wrócę, uciekam.

Zdawało się, jakby wokół niej stała niewidzialną barierę(niewidzialna bariera), która odstraszała klątwy.

– Jak ją nazwałaś? – ciche pytanie, wypowiedziane stalowym głosem Alyoshy Themerghan, (zbędny przecinek)podchodzącej do czarodziejki, sprawiło, że Kanna znieruchomiała. – Z pewnością jesteś świadoma, Bilhah, że obrażanie uczennicy,(zbędny przecinek) to jak obrażenie jej mistrza, prawda?

– Nie jestem przeciwna odrobinie zabawy i rozrywki – powiedziała cicho, (albo tu zbędny przecinek...)tak,(...albo tu zbędny przecinek) by Bilhah nie mogła nic usłyszeć. – Wiem też, że rozpiera cię radość, ale czarodziejka winna znać umiar.

Kiwnęła tylko (głową – przydałoby się zaznaczyć, czym kiwnęła, bo można to zrobić i głową, i ręką) na znak, że zrozumiała.

Może ten fragment pisało ci się nieco topornie, ale mnie czytało się go zdecydowanie lepiej niż poprzedni. :p Szkoła magii i mistrz oraz uczeń to dość często wykorzystywane motywy w opowiadaniach, ale całkiem mi się podoba sposób, w jaki ty do nich podszedłeś. Niewiele mam do powiedzenia – co autora tekstu powinno raczej cieszyć :D – poczekam z wypowiadaniem się na kolejne fragmenty. Ten rozdział nieco nadrobił w moich oczach to, czego zabrakło poprzedniemu.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
 

Rozdział 3: Pierwszy Skok

Zatrzymały się, kiedy tylko minęły bramę Akademii.
— Coś się stało?
— Nie — odpowiedziała niepewnie, rozglądając się na boki. Widziała zarys wielkiego miasta, wysokie i niskie budynki, statki w oddali i tłumy ludzi. Nigdy nie widziała tylu w jednym miejscu. — Ja nigdy…
— Nigdy nie byłaś za bramą. Nie powiem ci, że rozumiem. Nigdy nie byłam w takim więzieniu. Świat jest wielki, ale przywykniesz. Jednak teraz chodź, muszę załatwić kilka spraw w mieście, a później wyruszamy.
Kanna kiwnęła sztywno głową i podążyła za swoją nową mistrzynią. Nadal nie mogła w to uwierzyć, wszystko zdawało się takie nierealne.
Spojrzała na pierwsze budynki. Widziała już je, ale z daleka. Z bliska były jeszcze piękniejsze. Nie można było porównać ich do budynku akademii, ale nadal sprawiały ogromne wrażenie. Zrobione z białej, czerwonej, niebieskiej i czarnej cegły. Niektóre były szare. W nieco dalszej części miasta kolory były już tak różnorodne, że nawet kostka chodnikowa zmieniała barwę co kilka ulic. Wszystko wydawało się żyć, ludzie tłoczyli się po ulicach, powozy jeździły w tę i z powrotem, zwierzęta plątały się po bocznych alejkach, było pięknie. Istna sielanka. Akademia była surowa, tylko wnętrze biblioteki posiadało inne barwy niż czerwień i srebro, ale to zdawało się niczym w porównaniu z miastem Wyros. Może dlatego nazywano je Magicznym?
— Mistrzyni? — odezwała się w końcu, zbierając w sobie odwagę.
— O co chodzi?
— Dlaczego jest tu tak…
— Kolorowo? Cóż, nie mam pojęcia, ale zbiera mi się na wymioty. Zdecydowanie przesadzili z kolorystyką. Nie martw się, zaraz miniemy tę dzielnicę i wejdziemy do normalniejszej części miasta.
Nie minęło pięć minut od tych słów, a kolory zniknęły. Znalazły się między budynkami z czerwonej i szarej cegły. Wcześniej panował ruch i poruszenie, tutaj był spokój.
Zatrzymały się pod sklepem zielarza, którego szyld był obdrapany i dawno niemalowany. Alyosha kazała Kannie zaczekać i wróciła po kilku chwilach. Tak samo było z innymi sklepami. Po pięciu przestała już liczyć, zawsze czekała na zewnątrz, ale nie długo, bo Alyosha Themerghan od początku wiedziała, czego chce. I natychmiast to dostawała.
Kanna przyglądała się ludziom. Obserwowała, co robią, jak się zachowują i rozmawiają. Posługiwali się wieloma językami, różnymi dialektami, a akcent cudzoziemców przypominał głos ludzi, którzy próbowali się popisywać słowami, tworzyli z nich werbalne dzieła sztuki. Najbardziej jednak dziwili ją Tar'roshakowie, którzy nie byli ludźmi. Charakteryzowali się ciemną, niemal czarną skórą, gdzieniegdzie pokrytą łuskami, byli wzrostu przeciętnego, dobrze zbudowanego człowieka. Ich twarze, choć bardzo ludzkie, różniły się: oczy nie posiadały białek, pod nimi rozciągały się chude pasy włosów, które zapuszczali i spinali za szyją, niczym łańcuch lub ozdobę, a uszy prawie całkowicie przylegały do głowy. Było ich bardzo niewielu. Ich ojczyzną mieściła się w Tu—Umce i na Martwych Ziemiach, gdzie, według przeczytanych przez Kannę ksiąg, przenieśli się po inwazji Alwhardu na południe.
Widziała też kilku rdzennych preleńczyków z północy, niewielką grupę mężczyzn, którym nikt w mieście nie dorównywał wzrostem. Kanna, przechodząc obok jednego, miała wrażenie, że ten jest, co najmniej trzy razy wyższy od niej. Ich skóra była kredowa, oczy szare ze stalowym pobłyskiem, a włosy białe, całkowicie pozbawione pigmentu. Nie dziwiła się, tak naprawdę miała nadzieję ich zobaczyć. W końcu do królestwa Prel można było dostać się na trzy sposoby: północną granicą, wschodnią pod górami lub przez Jezioro Giganta. Trzecia była najlepszą możliwością w stanie wojny i choć dwa lata temu królestwa Alwhardu i Prelu zawarły pokój, Kanna pamiętała wojenne okręty, jakby było to zaledwie wczoraj.
W portowej części miasta śmierdziało rybą, stęchlizną i potem, ale mimo odoru wszyscy wydawali się ożywieni. Kanna powstrzymała chęć zaciśnięcia nosa. Spojrzała tylko na swoją mistrzynię, a ta, widząc zachowanie swojej uczennicy, powiedziała, że są już blisko. Weszły do niewielkiej, zatłoczonej gospody. Tutaj natomiast śmierdziało dymem z fajek i alkoholem, ale było bardzo schludnie i czysto. Ludzie siedzieli spokojnie przy stołach. Alyosha wymieniła kilka słów z barmanem, a później poszła na górę. Kanna pobiegła za nią po chwili, bo zapatrzyła się jak dwóch chłopców, niewiele młodszych od niej samej, grało w karty, dokładając do puli kolejne brązowe monety. W akademii hazard był zakazany, a adepci musieli przestrzegać nakazów. Regulamin był tam czymś, co wpajano od najmłodszych lat. Kanna na szczęście zachowała nieco własnego rozumu.
Miała pokój razem z nową mistrzynią, było tam tylko jedno duże łóżko, biurko pod oknem, dwie szafki i solidna skrzynia. Kolor ścian przypominał kolor piasku.
Słońce zachodziło powoli, na niebie wzbierały się ciemne chmury. Jezioro Giganta z okna gospody wydawało się jeszcze większe niż z gabinetu arcymistrzyni. Wraz z tą myślą przypomniała sobie, że tylko z nią się nie pożegnała. Ściągnęła torbę, rzuciła ją pod okno i westchnęła ciężko. Stała tak jakiś czas, wpatrując się w horyzont, na którym już pojawiały się pierwsze gwiazdy.
— Idziesz? — spytała Alyosha. Kanna wyrwała się z zamyślania i spojrzała na nią ze zdziwieniem.
— Słucham?
— Kąpiel. Woda stygnie, a nie przygotują nam drugiej. Chodź już.
Kanna otworzyła szeroko oczy. Był to najdziwniejszy dzień jej życia. Najpierw próbowała uciec, a raczej sprawdzić siłę zabezpieczeń i została przyłapana, później mistrzyni mignamu wzięła ją pod swoje skrzydła, ujrzała więcej ludzi niż przez całe swoje życie, a teraz miała się z nią kąpać w jednej balii? W akademii nigdy nic podobnego nie miało miejsca. Czuła się dziwnie wiedząc, że wspólnie będą brały kąpiel. Zastanawiała się, czy może odmówić.
— Nie będę na ciebie czekać — powiedziała Alyosha, znikając za drzwiami drzwiami.
Kanna przez chwilę nie wiedziała, co zrobić. W końcu zebrała w sobie całą swoją pewność siebie i poszła.
* * *
Siedziały w kąpieli prawie godzinę, bala była ogromna. Woda nadal pozostawała gorąca, ponieważ starsza czarodziejka, co chwila podgrzewała ją zaklęciem. Kanna wzdychała raz na jakiś czas z gorąca. Chciała wyjść, ale było jej zbyt przyjemnie. Jeszcze nigdy nie siedziała tak długo w ciepłej wodzie. Przyglądała się Alyoshy. Z pewnością była najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziała. Ciekawiło ją czy to dzięki magii, czy to natura była dla niej łaskawa. I ile ma dokładnie lat? Słyszała, że niektóre czarodziejki za pomocą zaklęć i eliksirów utrzymując swoje piękno przez dziesięciolecia. Zazdrościła jej.
Mistrzyni mignamu nagle wycelowała w nią palcem i wyszeptała jakieś słowa. Kanna nie zrozumiała. Błysnęło blade światło.
— Co pani zrobiła? — zapytała, patrząc po sobie, szukając jakichś zmian.
— Skóra zaczęła ci się marszczyć — oparła po prostu. — Kobieta musi dbać o swoje piękno, woda je niszczy.
Kanna nie do końca rozumiała, jak woda może zniszczyć piękno, ale nie pytała. Bardziej interesowała ją inna kwestia, nad którą wcześniej nie myślała. Co miała teraz robić? Decyzja została podjęta nagle, nikt jej nie powiedział, jakie niesie ze sobą konsekwencje. Co właściwie robi uczennica mistrzyni mignamu? To, co w akademii? Ślęczy nad książkami i uczy się panowania nad strefami zaklęć? A może coś bardziej zaawansowanego? Nie miała pojęcia. Ciekawiła się też, czy wszystkie inne uczennice wielkich czarodziejek zostały wybrane w podobny sposób. Pewnie nie, pomyślała, podciągając kolana pod brodę.
Woda powoli robiła się chłodna. Alyosha przestała ją podgrzewać i Kanna zrozumiała, że za moment będą wychodzić.
— Postaraj się dziś wyspać — powiedziała mistrzyni, przeczesując palcami włosy i zmywając z nich pianę. — Jutro się zmęczysz. Czeka nas ciężki dzień.
— Zmęczę? — spytała, zanik ugryzła się w język.
Alyosha wydawała się znudzona, zanurzyła się bardziej w wodzie i westchnęła. Po chwili zanurzyła się niżej, pod wodę i wypuściła powietrze z ust tworząc bąbelki. 
— Tak — odpowiedziała po wynurzeniu, ponownie zrzucając pianę z włosów. — Wyruszamy na północ. Mam tam kilka spraw do załatwienia. Muszę się spotkać ze starym przyjacielem.
— Rozumiem.
— Nie, nie rozumiesz. Wszyscy tylko tak mówią. Ale nie czas na takie rozmowy. Jesteśmy czarodziejkami, nie filozofami. Interesuje nas tylko nauka i fakty. A faktem jest, że twoje paznokcie u palców są nieco zbyt długie jak na twój wiek
Kanna uśmiechnęła się słabo, chowając dłonie pod wodę. Zbyt wiele myśli zaprzątało jej umysł dzisiejszego dnia, nie chciała dodatkowo wspominać swoich niedoskonałości.
— Dlaczego wzięła mnie pani na uczennicę? — zapytała. Chciała to zrobić wcześniej, jednak nie miała okazji.
— Przeczucie — odparła, odchylając głowę w tył. — Pewnie myślisz, że mamy jakieś wymagania, że wybieramy tylko tych, którzy coś osiągnęli, wykształcili się w wielu dziedzinach, opanowali połowę stref i potrafią czarować mignamem. Nie. Gdyby tak było, nasi uczniowie byliby zbyt starzy, a przede wszystkim byłoby ich zbyt wielu. Dlatego prawie wszyscy kierujemy się przeczuciem, wybierając młodych adeptów, pełnych życia i pasji. Nazywaj to sobie, jak chcesz. Wiedz jednak, że nie przyjmujemy na naukę głupców.
Kanna na to nie odpowiedziała. Z doświadczenia widziała, żeby nie zadawać mistrzyniom wiele pytań, ale postanowiła zadać jeszcze jedno.
— A na jakie prawo się pani wtedy pani powołała?
Alyosha uśmiechnęła się, spojrzała na nią, a później zaśmiała się głośno i szczerze.
— Prawo mistrzyni? Nie żartuj, nie ma żadnego takiego prawa. My po prostu robimy i bierzemy to, co chcemy. A teraz czas wychodzić. Co za dużo to nie zdrowo.
* * *
Następnego dnia Kanna obudziła się rano. Słońce raziło ją w oczy, czuła się zmęczona i głodna. Kiedy o tym pomyślała, wczoraj na kolacje przez stres nic nie zjadła. Teraz żałowała. Zaburczało jej w brzuchu, kiedy wstawała.
— Lepiej nic teraz nie jedz — usłyszała — mam nadzieję, że jesteś spakowana.
— Tak, jestem.
— Świetnie, zatem wyruszamy natychmiast.
— Na północ?
— Bardzo daleko na północ. Czarne Miasto — rzekła. Później podeszłą do torby leżącej na biurku i wyciągnęła z niej mignam wielkości pięści. Kanna nigdy nie widziała tak wielkiego, w akademii miała dostęp tylko do okruchów. Musiał kosztować fortunę. — Skakałaś kiedyś przez portal?
— Nie, nigdy — odparła zszokowana. Nie mogła uwierzyć, że zobaczy Czarne Miasto, stolicę królestwa Alwhardu! Brakowało jej słów i nie potrafiła zebrać myśli.
— Świetnie — sapnęła. — W takim razie szybka instrukcja. Wstrzymaj oddech, złącz dłonie, skul się i wskocz w portal. To chyba tyle. Ty pierwsza, to działa tylko w jedną stronę, a ja nie mogę skoczyć przed tobą. Gdyby coś poszło nie tak, muszę cię wyciągnąć.
Kanna obserwowała, jak Alyosha rzuca mignam na podłogę, a ten rozpływa się i formuje w coś na wzór tafli wody. Wyglądało jak drzwi stworzone z cieczy. Kanna podeszła niepewnie do portalu, pierwszy raz w życiu widziała coś takiego, a w księgach, które czytała, były o tym tylko wzmianki. Złączyła dłonie, skuliła się i wstrzymała oddech wedle instrukcji. Była przerażona i jednocześnie podekscytowana. Spojrzała na kobietę, a ta kiwnęła zachęcająco głową. Skoczyła bez wahania.
Świat zniknął, przez krótki moment znalazła się w ciemnościach, czuła, że wiruje, jakby była liściem w środku huraganu, aż w końcu coś ją wyniosło. Momentalnie nastał spokój i znalazła się w powietrzu, nad ziemią, widziała bezchmurne niebo. Była to krótka chwila, po której przyszedł ból pleców i ciemność. Uderzyła o ziemię, jęknęła, dłonie się rozłączyły, a ciało samo wyprostowało. Czuła paraliżujący ból, miała ochotę się skulić, ale zdawało jej się, że nie mogła poruszyć nawet małymi palcami. Patrzyła w niebo, na lecące po nim czarne ptaki. Ktoś klepnął ją po policzku. To była Alyosha. 
— Żyjesz, dziewczyno?
Zdołała tylko kiwnąć głową.
— Świetnie. Gratuluję pierwszego przeniesienia. Tylko dwie na pięć osób przeżywa, więc możesz być z siebie dumna. A teraz na nogi.
Kanna miała wrażenie, że jej ciało zostało zbudowane z drewna, a ona była wystruganą figurą. Wszystko ją bolało, ciężko się oddychało, a świat nadal lekko się kołysał i był niewyraźny. Nie miała nawet siły myśleć nad słowami mistrzyni. Czuła dreszcze przechodzące po całym ciele.
— Ja… źle się czuję — powiedziała cicho.
— Tylko mi tutaj pawia nie puszczaj, młoda damo — rzekła, chwytając Kannę za łokieć, bo ta zachwiała się lekko. — Zaraz ci się poprawi.
Mijały ciągnące się w nieskończoność minuty, ale Kannie się nie poprawiało. Nie wiedziała nawet, kiedy znalazła się w tawernie na przedmieściach. Jedz, mówiła jej Aloshya, więc jadła. Rozpoznała ziemniaki, później był sufit. Zdziwiła się, czas jej umykał, sceny zmieniały się, co kilka sekund. Za oknem panowała ciemność, Kanna miała wrażenie, że Alyosha przenosiła się z miejsca na miejsce, raz siedziała na krześle i coś mamrotała, a raz chodziła nerwowo po pokoju. Niekiedy obraz był całkowicie zamazany. Unosiła lekko głowę, żeby spojrzeć, ale zawsze zaraz po tym zasypiała.
Miała wysoką gorączkę, Alyosha robiła wszystko, co mogła, aby zatrzymać chorobę. Zbijała ją zaklęciami, a kiedy to nie skutkowało, używała tradycyjnych metod.
Alosha Themerghan nie była kobietą, która opiekowała się innymi ludźmi. Zwyczajnie nie lubiła tego, ale wzięła odpowiedzialność za tę dziewczynę. Nie mogła pozwolić sobie na jej stratę. Zwłaszcza, że nosiła nazwisko Vilgerstanv. Opiekowała się nią bez ustanku przez całe dwa dni. Obmywała jej ciało, dbała i leczyła, aż w końcu, po trzech dniach, dziewczynie zaczęło się poprawiać. Alyosha odetchnęła. Gorączka w końcu zaczęła odpuszczać, niczym zwierze, które z początku warczy i ryczy, aż z czasem się nudzi i odchodzi w swoją stronę.
* * *
Kanna obudziła się nad ranem, otworzyła powoli oczy i rozejrzała się po pokoju. Był duży, ze stołem pełnym ksiąg, ziół i pustych fiolek. Mimo zasłoniętych zasłon w pomieszczeniu było jasno. Zauważyła jarzący się na niebiesko kryształ mignamu, unoszony zaklęciem pod sufitem. Drugi leżał obok poduszki, już lekko wygaszony, prawie wyczerpany. Zastanawiała się, gdzie teraz jest. Pokój był inny, ale ściany również miały kolor piasku. Przez jeden krótki moment myślała, że znalazła się w jakimś domku, na plaży. Zaraz jednak usłyszała denerwujące krzyki za oknem, chyba kłótnie, ale nie miała ochoty wstać i spojrzeć. Odgłosy miasta z każdą chwilą zdawały się nasilać i rozbijać jej czaszkę od środka.
Podparła się na łokciach i wtedy ktoś otworzył drzwi. Weszła przez nie Alyosha. Nie nosiła już pięknej szaty, teraz miała na sobie zwyczajny ubiór: ciasne czarne spodnie, białą koszulę i szmaragdowy płaszcz, pasujący jej do oczu. Nie tylko to zmieniła, kolor włosów też się nie zgadzał, były czarne, rozpuszczone i kręciły się. Całkowite przeciwieństwo tych prostych i niemal złotych. Gdyby nie charakterystyczne tatuaże wokół oczu, Kanna nie rozpoznałaby jej.
— Obudziłaś się. To dobrze — powiedziała, wchodząc szybko do środka i ściągając z dłoni rękawiczki. Kanna mrugnęła, czując tępy ból z tyłu głowy. Wydawało jej się, że było to najdłuższe mrugnięcie w jej krótkim życiu. Mistrzyni usiadła na krześle obok okna. Jej mina wyrażała żal, smutek i zmartwienie. — To… Ten teleport… To było bardzo niebezpieczne. — Jej głos był pełny troski. — Przepraszam, że cię na to naraziłam. Najwidoczniej twoje ciało nie było jeszcze przygotowane na taki szok.
Nastała krótka chwila milczenia. Kanna starała się zebrać rozbiegane myśli.
— Gdzie… — spróbowała powiedzieć, ale jej głos był ochrypły. Zamilkła, czując suchotę w gardle.
— Nie gadaj, tylko siedź. Schorowana na nic mi się nie przydasz. Poczekamy, aż wyzdrowiejesz, a później załatwimy wszystkie inne sprawy. Jeśli to cię pocieszy, to tylko pierwszy skok działa tak destrukcyjnie na organizm, później stanie się to naturalne. Jeszcze kilka dni i będziesz skakała bez obaw.
Kanna kiwnęła głową. Naprawdę nie chciała tego powtarzać. "Dwie na pięć osób przeżywają" — przemknęło jej przez głowę wspomnienie tamtej chwili. No tak, portal, przeniosłam się, pomyślała szybko.
To wariactwo. Kompletne wariactwo.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Ashwar. Droga Ognia Zigi 2 1,125 14-01-2018, 18:31
Ostatni post: xNaxtkax

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości