Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obcy nie biorą jeńców
#1
Niedługo zakończę urlop i opuszczę Rykowisko.
Przyszła pora na przedstawienie dalszych losów Ziemian w starciu ze swoimi dalekimi kuzynami.

Prolog

Czternasty czerwca

Punktualnie o północy z trzynastego na czternastego czerwca rozpoczęła się inwazja obcych. Nad portem w metropolii na wysokości pięciuset jardów ustawił się pierwszy statek. Sto jardów wyżej kolejny, potem następny, w sumie dziesięć. Jeden nad drugim.
Pierwszą salwę w ich kierunku oddały wojska obrony powietrznej kraju. Ponad dwieście rakiet jednocześnie uderzyło w najniżej ustawiony spodek. Pociski eksplodowały kilkanaście jardów przed osiągnięciem celu, rozbijając się o barierę ochronną. Siła uderzenia nie spowodowała przesunięcia obiektu nawet o cal, nie mówiąc o jakichkolwiek uszkodzeniach. Bariera wytrzymała. Kilka pocisków lecących najniżej odbiło się od niewidzialnej płaszczyzny i skierowało w dół. Po kilku sekundach w porcie nastąpiły eksplozje, zniszczyły nabrzeża i magazyny.
Nadleciały samoloty szturmowe. Po wystrzeleniu pocisków typu powietrze-powietrze zawróciły. Rakiety dotarły do bariery i eksplodowały. Nie wyrządziły żadnych szkód.
Użyto broni laserowej. Promienie rozbiegły się po barierze i dokładnie określiły jej kształt. Obejmowała ona wszystkie spodki, które wyglądały, jakby zostały umieszczone w niewidzialnym kokonie o średnicy dwustu jardów. Kokon miał na dole kształt półkuli, stopniowo rozszerzał się ku górze. Powstał w ten sposób „kielich”. Nad spodkami na wysokości dwudziestu mil wisiał statek-matka. Pociski typu ziemia-powietrze eksplodowały kilkadziesiąt jardów przed nim.
Obcy nie zareagowali. Poczekali, aż Ziemianie zużyli znaczną część swojego arsenału. Pół godziny po północy z najniższego spodka wystrzelił pionowo w dół niebieski promień, który po paru sekundach rozszerzył się, tworząc stożek. Na jego wierzchołku wisiał dysk, zaś średnica podstawy na powierzchni ziemi wynosiła około stu jardów. Rozszerzenie wąskiej wiązki światła trwało niczym mrugnięcie okiem. Po paru sekundach stożek utworzony z promieni zmniejszył swoją podstawę, a po następnych kilku rozszerzył ją do stu pięćdziesięciu jardów. Ten pulsujący ruch powtarzał się do momentu, aż średnica na powierzchni osiągnęła pół mili. Trzy kolejne spodki zmieniły swoje dotychczasowe miejsce postoju i ustawiły się nad okręgiem wyznaczonym przez snop światła padający z najniższego spodka. Pierwszy zawisł dokładnie na środku, dwa pozostałe po bokach. Po zajęciu pozycji postępowały identycznie. Najpierw pionowa wiązka wycelowana tuż przy granicy wyznaczonej przez spodek, który rozpoczął atak, następnie natychmiastowe rozszerzenie do stu jardów. Kolejne impulsy powtarzały się do stanu, gdy wszystkie podstawy stożków trzech statków połączyły się, utworzyły znacznie większy okrąg. Po godzinie półokrąg obejmował milę portu i nabrzeża. Ktokolwiek przebywał w jego środku – już nie żył. Zginął momentalnie, gdy tylko promień dotknął ciała. Człowiek nie miał żadnych szans na przeżycie. Wiązki zabójczego światła przenikały przez każdą przeszkodę, zagłębiały się pięćdziesiąt jardów w głąb ziemi. Spodki po raz kolejny zmieniły swój szyk. Wszystkie ustawiły się nad okręgiem i przystąpiły do jego poszerzania. O trzeciej godzinie nad ranem zajęły w ten sposób obszar, który objął półkole o promieniu trzech mili. Po kolejnych trzech godzinach było to już sześć mil – w południe dziewięć. Punktualnie o godzinie dwunastej nad opanowanym obszarem pojawiły się kolejne obiekty obcych. Nie miały jednak kształtu dysków, lecz ogromnych prostopadłościanów o wymiarach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, na dwieście jardów. Każdy z nich z przodu posiadał trzy potężne szczęki, największą pośrodku – statek-żarłacz.
Pierwszy z tych kolosów opuścił się w porcie, zanurzył w wodzie na głębokość kilkunastu jardów i wbił szczęki w nadbrzeże. Tył statku wystawał z wody, a na jego końcu otworzyły się wrota. Wlatywały do niego dyski transportowe z podczepionymi kontenerami, by po chwili wylecieć. Pełne pojemniki zostały przetransportowane na statek-magazyn umieszczony jedną milę nad miastem. Żarłacz wgryzał się coraz głębiej w port. Niszczył wszystko to, co było zakopane do piętnastu jardów w ziemi. Gdy napotkał wyższą przeszkodę, swój atak zaczynał od góry. W zajętym przez obcych obszarze „pracowało” dziesięć żarłaczy. Nie wszystko, co pożarły, zostało odtransportowywane. Czystą ziemię wyrzucały przez boczne otwory. Wśród ogromnych jednostek kręciły się dyski. Sprawdzały, czy na głębokości do pięćdziesięciu jardów, a więc takiej, do której dotarła śmiertelna wiązka, znajdowały się jeszcze jakieś żywe istoty. Jeżeli byłyby tam, zostałyby unicestwione. Wszelkie konstrukcje zbudowane przez człowieka pod ziemią zostały przez żarłacze zatkane na głębokości dwudziestu jardów. Wykorzystały do tego część surowców odzyskanych w trakcie niszczenia konstrukcji i budowli. Wieczorem o godzinie osiemnastej wybrzeże portu w pasie sześciu mil zostało pozbawione jakichkolwiek śladów pobytu człowieka. Sprawiało wrażenie naturalnego – fale morskie opłukiwały piaszczystą plażę. Żarłacze pracowały nieprzerwanie coraz dalej od wybrzeża. Po dwudziestu czterech godzinach od inwazji obcy zajęli teren w promieniu piętnastu mil od punktu lądowania, czyli od linii brzegowej w byłym porcie. Nieznacznie spadło tempo zajmowania terenu. Pierwszego dnia zginęło w metropolii ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Na nic zdały się próby machania białymi flagami, ukrywanie w piwnicach i kościołach. Na całym świecie śmierć poniosło blisko siedem milionów ludzi. Jeszcze nigdy w ciągu całej swojej historii ludzkość nie doznała takich ogromnych strat w tak krótkim czasie.
W przeddzień inwazji – trzynastego czerwca – pięć dysków o średnicy siedemdziesięciu jardów ustawiło się w pobliżu głównych sił strategicznych kraju, niedaleko od wyrzutni pocisków z ładunkami jądrowymi. Statki-bazy pozostały ukryte, nie były widoczne dla jednostek obrony powietrznej kraju. Na każdym z nich stacjonowało pięćdziesiąt statków przechwytujących. Dwadzieścia cztery godziny przed zasadniczym atakiem zajęły pozycje wyjściowe. Obcy znali rozmieszczenie wszystkich wyrzutni – nawet tych, które były w ciągłym ruchu. Kontrolowali je. Mogli jednorazowo przejąć dwieście pięćdziesiąt wystrzelonych rakiet, a po kilku minutach kolejne dwieście pięćdziesiąt sztuk. Gdy wydano rozkaz odpalenia pierwszych pocisków, już po piętnastu sekundach rakiety zostały przechwycone i odtransportowane do najbliższego obiektu latającego. Po przyjęciu pięćdziesięciu spodków statek-baza odleciał na Marsa, gdzie czekały już jednostki utylizacji broni jądrowej. Żadna z wystrzelonych przez ludzi rakiet nie dotarła do celu, wszystkie przechwycono. Ponad połowa arsenału nadal tkwiła w bunkrach. Obcy także je pilnowali. Wyrzutnie mobile zostały pozbawione załóg, a rakiety przejęte wraz ze środkami transportu. Nie pozostał po nich najmniejszy ślad. Ludzkość straciła cały arsenał jądrowy. Magazyny z bronią chemiczną i biologiczną również zneutralizowano. Personel unicestwiono, broń usunięto i odtransportowano na Marsa.
Były to jedyne działania podjęte przez obcych poza miejscami inwazji.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Miałam sprawdzać "Ukryte zabójstwo", ale gorączka położyła mnie na trzy dni do łóżka i nie byłam w stanie. Dzisiaj trochę lepiej, więc wzięłam się za coś krótszego. :)

(14-01-2017, 21:12)burak napisał(a): Czternasty czerwca

Siła uderzenia nie spowodowała przesunięcia obiektu nawet o centymetr, nie mówiąc o tym, aby spowodowała jakiekolwiek uszkodzenia.(Aby uniknąć powtórzenia, zmieniłabym na "(...)nie mówiąc o jakichkolwiek uszkodzeniach")

Kilka pocisków lecących najniżej,(zbędny przecinek) odbiło się od niewidzialnej płaszczyzny i skierowało w dół.

Po wystrzeleniu pocisków typu powietrze-powietrze –(zbędny myślnik) zawróciły

Nad spodkami na wysokości dwudziestu tysięcy metrów wisiał statek-matka. Pociski typu ziemia-powietrze eksplodowały kilkadziesiąt metrów przed statkiem.

Rozszerzenie wąskiej wiązki światła trwało ułamki sekundy. Po paru sekundach stożek utworzony z promieni zmniejszył swoją podstawę, a po następnych kilku rozszerzył ją do stu pięćdziesięciu metrów. Ten pulsujący ruch niebieskich promieni powtarzał się do momentu, aż średnica na powierzchni osiągnęła pięćset metrów. Trzy kolejne spodki zmieniły swoje dotychczasowe miejsce postoju i ustawiły się nad okręgiem wyznaczonym przez promień padający z najniższego spodka. Pierwszy zawisł dokładnie na środku, dwa pozostałe po bokach. Po zajęciu pozycji postępowały identycznie. Najpierw pionowy promień wycelowany tuż przy granicy wyznaczonej przez spodek, który rozpoczął atak, następnie natychmiastowe rozszerzenie do stu metrów. Kolejne impulsy powtarzały się do stanu, gdy wszystkie promienie podstaw stożków trzech statków połączyły się, utworzyły znacznie większy okrąg. Po godzinie półokrąg obejmował tysiąc metrów portu i nabrzeża. Ktokolwiek przebywał w jego środku – już nie żył. Zginął momentalnie, gdy tylko promień dotknął ciała. Człowiek nie miał żadnych szans na przeżycie. Promienie przenikały przez każdą przeszkodę, zagłębiały się pięćdziesiąt metrów w głąb ziemi.

Wlatywały do niego dyski transportowe z podczepionymi kontenerami, by po chwili wylecieć. Pełne kontenery zostały przetransportowane na statek-magazyn umieszczony tysiąc metrów nad portem. Żarłacz wgryzał się coraz głębiej w port.

Sprawdzały, czy na głębokości do pięćdziesięciu metrów, a więc głębokości(takiej), którą omiotła niebieska wiązka, znajdowały się jeszcze jakieś żywe istoty. Jeżeli byłyby tam, zostałyby unicestwione. Wszelkie konstrukcje zbudowane przez człowieka pod ziemią, (zbędny przecinek)zostały przez żarłacze zatkane na głębokości dwudziestu metrów.

Nieznacznie spadło tempo zagłębiania się w głąb lądu.

Żadna z wystrzelonych przez ludzi rakiet nie dotarła do celu, wszystkie zostały przechwycone. Ponad połowa arsenału została w bunkrach. Obcy także je(ich) pilnowali. Wyrzutnie mobile(mobilne?) zostały pozbawione załóg, a rakiety przejęte wraz ze środkami transportu. Nie pozostał po nich najmniejszy ślad. Ludzkość straciła cały arsenał jądrowy. Magazyny z bronią chemiczną i biologiczną również zostały zneutralizowane. Personel został unicestwiony, broń usunięta i odtransportowana na Marsa.    

Prawdę mówiąc, słabo mi się to czytało. W zasadzie nie tyle słabo, ile nudno i monotonnie, bez żadnych wrażeń. Tak mogłoby mi się czytać opis sceny z filmu akcji o kosmitach, o ile w filmie tym ludzie na Ziemi nie odgrywaliby żadnej roli. Sama akcja, masa danych liczbowych i suche opisy poczynań statków obcych. Wynudziłam się, a szkoda.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Dziękuję za pracę w gorączce.
To jest prolog.
Zgadzam się, że nudny opis, ale tak to sobie wydumałem.
A teraz polecimy w innym klimacie.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#4
1

Pięć spodków zwiadowczych zawisło tuż nad tarasem widokowym znajdującym się na skraju metropolii. Wszystkie miały odsłonięte okna. Pięcioro mieszkańców Ziemi obserwowało początek inwazji. Nie mogli zobaczyć ogromnych obiektów, znajdowały się zbyt daleko. Widzieli jedynie rozbłyski światła gdzieś hen za horyzontem. Po pewnym czasie docierał do nich odgłos wybuchów.
Wznieśmy się trochę wyżej – zaproponował Jack.
Gdy osiągnęli wysokość trzystu jardów, ujrzeli niebieską poświatę.
Atakują w porcie, możemy podlecieć bliżej.
Wilki zaczynają się denerwować – ostrzegła Zeni.
Zauważyłem.
Porozumiewali się telepatycznie. Perfekcyjnie opanowali umiejętność komunikowania się między sobą. Powoli zbliżyli się do portu na odległość pięciu mil. Teraz już bardzo wyraźnie widzieli spodki omiatające wybrzeże i port. Nie komentowali, doskonale wiedzieli, co oznaczają wiązki niebieskiego światła. Mieli odsłonięte okna i mogli dokładnie się widzieć.
Musimy się odsunąć, szybko przesuwają się do przodu – ostrzegła Anne. Najlepiej spośród całej piątki przyswoiła umiejętność latania dyskiem.
Nie zwracają na nas żadnej uwagi − uspokoiła ją Rose.
No i dobrze, oby jak najdłużej – oceniła Monica, której zależało na poznaniu możliwości technicznych przeciwnika.
Siedzieli w fotelach praktycznie nie wykonując żadnego ruchu. Od czasu do czasu wypili kilka łyków wody. Równo z nastaniem świtu dostrzegli pierwsze obłoczki białoszarego dymu.
Nie mogę na to patrzeć, tam giną ludzie i zwierzęta.
Anne, nie przyglądaj się, skup uwagę na czymś innym – poradziła Rose.
Łatwo ci mówić.
Anne nigdy nie mogła pogodzić się ze śmiercią, bez względu na to, czy dotyczyła ludzi, czy zwierząt. Zawsze protestowała. Jack widząc jej smutną minę, postanowił interweniować:
Nikomu nie jest łatwo. Zabrzmi to okrutnie, ale musimy przyzwyczaić się do tego widoku. Teraz będzie nam codziennie towarzyszył i nic na to nie poradzimy.
Upłynęły kolejne godziny, a oni odsuwali się od wiązki. Nie czuli konieczności spożycia posiłku. Obserwowali działania obcych z wielką uwagą. Musieli poznać taktykę wroga, wszyscy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Bez tej wiedzy niczego nie osiągną w przyszłości, jeżeli jeszcze jakaś istniała dla Ziemian. Byli jedynymi ludźmi, którzy mogli w miarę bezpiecznie przebywać bardzo blisko oddziałów agresora.
Do południa taktyka obcych nie uległa żadnej istotnej zmianie.
Patrzcie − Jack pokazał ręką nadlatującą grupę obiektów. − Ujawniły się jakieś całkiem inne jednostki latające. Jednak ukryli część sił inwazyjnych, nikt o tych statkach wcześniej nie wiedział.
Wszyscy byli pod wrażeniem ogromnych rozmiarów nowych konstrukcji. Jeszcze nigdy nie widzieli tak wielkich maszyn unoszących się w powietrzu. Poruszały się szybko i bezszelestnie.
Pozostaje zadać pytane: dlaczego je ukryli? − zapytała Zeni. Podejrzewała, że nie było to kwestią przypadku.
Na pewno nie z powodu oszczędzenia nam wrażeń. Czyżby te kolosy nie były odporne na naszą broń? – Rose kolejny raz poruszyła bardzo istotny problem. Jeszcze przed inwazją kilkakrotnie dzięki jej wnikliwym pytaniom znaleźli właściwe rozwiązania.
Starali się podlecieć jak najbliżej zgrupowania obcych. Liczyli się z koniecznością bardzo szybkiej ucieczki, gdyby agresorzy ruszyli w ich stronę. Rose potwierdziła przypuszczenia Zeni.
Mogły być „kryte” przed atakiem przez te największe. Może, gdy już nie mamy, czym ich strącić, ujawniły swoją obecność − głośno myślała Zeni.
Zobaczcie, co one robią? Dosłownie pożerają wybrzeże i port. Chcą oczyścić cały ten teren, to samo zrobią z miastem. Nie zostanie kamień na kamieniu – stwierdziła Monica.
A co robią z całym tym gruzem? − zapytała Anne.
Pakują w kontenery i wywożą na inny statek − odpowiedziała Monica.
Gruz?
Chyba jednak nie. Z boku tego potwora wysypuje się ziemia – zauważyła Zeni, obserwująca obcych przez lornetkę.
Czyżby rozkładali gruz na czynniki pierwsze?
Anne, to jest możliwe przy poziomie ich technologii − wyjaśniła Monica i nadal przyglądała się pracy maszyn. Bardzo ją interesowała technika obcych.
Tutaj już poznaliśmy taktykę najeźdźców. Sprawdźmy, jak to wygląda w innych miejscach – zaproponował Jack.
Jack, rozdzielmy się, ja z Anne polecimy do Kalifornii, wy możecie udać się w okolice Nowego Orleanu.
Zgoda, ale uważajcie na siebie.
Dwa spodki bardzo szybko oddaliły się na zachód, trzy poleciały na południe. Nie ukrywali swoich dysków, były widoczne dla przypadkowych obserwatorów. Gdy dotarli na miejsca, szybko przekonali się, że wróg wszędzie stosował taką samą taktykę. Wieczorem powrócili do swojego gniazda. Wilki natychmiast pobiegły do rezerwatu. Nigdy wcześniej nie przebywały tak długo w spodkach. Ledwo wytrzymały.
– Jutro późnym wieczorem mogą tutaj dotrzeć. To jest nasza ostatnia noc pod kołderką. Od rana będziemy ich obserwować – zadecydował Jack.
– Musimy uprzedzić sąsiada i poinstruować go, jak powinien się zachowywać. Najlepiej, jakby spędził kilka kolejnych dni w naszej jaskini.
W sąsiedztwie mieszkał emerytowany leśniczy, były opiekun, a zarazem strażnik parku. Jedyny spośród pracowników leśnych, który zdecydował się na pozostanie w swoim domu. Nie posiadał rodziny, nie miał, do kogo wyjechać. Podobnie jak tysiące innych mieszkańców metropolii łudził się, że obcy nie zrobią krzywdy staremu człowiekowi, który całe swoje życie poświęcił ochronie wilków. Próby namówienie go do wyjazdu skończyły się porażką dziewczyn. Monica ukryła nad jego jaskinią jeden spodek. Miała nadzieję, że może go ochroni.
– Anne, jeszcze raz spróbuję go namówić, a teraz zapraszam na uroczystą kolację.
– Kiedy ją przyrządziłeś?
– Jeszcze jej nie przygotowałem, liczę jednak na waszą pomoc.
Wspólnie, jak nigdy dotąd, pracowali przy kolacji. Trzy dziewczyny obserwowały Anne, już dawno nie widziały jej tak zaangażowanej przy produkcji stosu kanapek. Oczywiście nie dały po sobie poznać, że zwracają na nią uwagę. Gdyby się zorientowała, mogło dojść do nagłego przerwania przygotowań i rozpoczęłaby się bitwa na poduszki. Między nogami kucharek kręciły się dwa wilki, które dziwnym trafem znalazły się w kuchni. Ich pobyt w rezerwacie musiał być bardzo krótki. Zjedli w skupieniu, nikt nie miał ochoty na żarty. Po kolacji wszyscy razem wykąpali się, a potem udali do sypialni Jacka.
– Monico, kiedy mamy się spotkać z Darią?
– Za trzy dni. Dlaczego zadałeś to pytanie?
– Wtedy będziemy już wiedzieli, co się stanie z naszym gniazdem. Może zostaniemy zmuszeni do poszukania nowego miejsca. W takim wypadku opracujemy kolejny harmonogram spotkań z eskadrą Darii.
– Jack, nie przylecieli do naszego bunkra, czyżby zapomnieli o nim? − zapytała Anne.
– Doskonale o nim pamiętają, pojawią się tutaj, gdy opanują cały najbliższy teren − odpowiedział. Dobrze zdawał sobie sprawę, że obcy prędzej, czy później odwiedzą bunkier. Nie po to go obsługiwali przez dziesiątki lat, aby teraz porzucić.
– Będziemy musieli w końcu przelecieć przez ten niebieski promień.
– Zeni, przelecimy wtedy, gdy zobaczymy, że oni to zrobili. Nie będziemy ryzykować. Nie mamy pewności, czy spodek nas ochroni. To są tylko nasze przypuszczenia, że tak może być − ocenił.
Długo dyskutowali i omawiali to, co zobaczyli w ciągu dnia. W końcu zasnęli przytuleni do siebie.
Rano szybko zjedli śniadanie i czekali, aż Zeni przywoła swoich pupilów. Po wczorajszym wielogodzinnym pobycie w zamkniętej przestrzeni wilki nie bardzo miały ochotę na kolejne loty. W końcu przybiegły, wystartowali z półgodzinnym opóźnieniem w stosunku do planu Jacka.
Obcy do godziny szóstej powiększyli zajęty obszar o kolejne pięć mil. Do parku pozostało im kilkanaście. Jack z dziewczynami uważnie obserwowali ich działania. Szczególne baczenie mieli na krążące wśród żarłaczy spodki bojowe. Czekali na sytuację, w której mniejszy dysk przeleci przez barierę stworzoną przez niebieski promień. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Odsuwali się od portu, już go nie widzieli. Nie mogli zobaczyć, jakie działania podjęli agresorzy na pierwszym całkowicie oczyszczonym terenie.
Jack, gdy będziemy w piątkę obserwować ten sam teren, nie zobaczymy przelatującego spodka. Może ponownie się rozdzielimy?
Zeni, rozsądek podpowiada mi, że masz racje, ale serce...
Czasami musimy kierować się rozsądkiem. − Przerwała mu. Dziewczyny poparły propozycje Zeni.
Zgoda. Spotkamy się o dwudziestej i mam nadzieję, że się nie spóźnicie.
Dobrze, Jack.
Tym razem cztery spodki odleciały w różnych kierunkach. Jack udał się do leśniczego. Nie chciał go przestraszyć, dlatego pozostawił spodek w ukryciu. Wyskoczył wraz z Redem parę jardów za jaskinią. Wilk natychmiast oddalił się do swojego stada.
– Witam.
– Jak miło pana zobaczyć − odpowiedział zdziwiony nagłym pojawieniem się sąsiada, nie usłyszał go wcześniej. Po chwili zapytał: − A gdzie są kobietki?
Jack przysiadł na ławie, którą kilka tygodni temu sam zbudował dla leśniczego. Przez chwilę przyglądał się gospodarzowi. Nie zauważył na jego twarzy oznak zrezygnowania czy apatii. Nadal był spokojnym, pozbawionym jakichkolwiek obaw człowiekiem.
– Rozleciały mi się po świecie – zażartował Jack.
– Szkoda. − Nie ukrywał swojego rozczarowania. Stęsknił się za pięknymi sąsiadkami.
– Niedługo tu przylecą, mam dla pana propozycję.
– Słucham, jaką? − zaciekawił się i poprawił na ławie. Siedział teraz wyprostowany z wzrokiem utkwionym w sąsiada.
– Dzisiaj w nocy dotrą obcy i zapewniam pana, że nie będzie już tutaj bezpiecznie. Mogę pana odwieźć znacznie dalej. W równie piękne miejsce, a przede wszystkim spokojne i z dala od wroga.
– Nie ruszę się stąd. − Jego reakcja na taką propozycję zawsze wyglądała tak samo. W swoim postanowieniu był nieugięty i stanowczy. Zacisnął usta i odwrócił wzrok. Patrzył teraz przed siebie.
– To może choć na kilka dni przeprowadzi się pan do nas? − Jack jeszcze się łudził, że leśniczy zmieni zdanie.
– A wy będziecie? − zapytał z nadzieję w głosie, spoglądając na Jacka.
– Nie.
– To ja zostanę tutaj, co ma być, to będzie − odpowiedział kategorycznie i ponownie odwrócił wzrok.
Jack już wiedział, że nie przekona leśniczego. Postanowił zapewnić mu bezpieczeństwo w inny sposób.
– Czy ma pan śpiwór? – zapytał.
– Mam, a po co on panu? − Znowu wzbudził jego zainteresowanie.
– Zaraz wszystko bardzo dokładnie wyjaśnię.
Jack podszedł do skały i odsłonił dysk pozostawiony tutaj przez Monicę. Otworzył właz i okno. Dysk wisiał pół jarda nad jaskinią leśniczego. Emerytowany pracownik parku narodowego przyglądał się obiektowi z zaciekawieniem.
– To jest dysk − zaczął tłumaczyć. − W nim można przeżyć moment, gdy tutaj przylecą. Musi pan jednak znajdować się w środku. Wszystko dokładnie wyjaśnię. Teraz proszę przygotować sobie prowiant na dwa dni.
Leśniczy wrócił do kuchni w jaskini. Jack zabrał od niego śpiwór i rozłożył w spodku. Poczekał kilkanaście minut, zmienił trochę ustawienie obiektu. Leśniczy powinien bez problemu szybko do niego wskoczyć.
– Proszę wejść do środka.
Gdy obydwoje byli już na miejscu, Jack tłumaczył:
– Przez to okno widać wszystko dookoła. − Pokazał na przezroczystą ścianę spodka. − Od strony miasta będzie się zbliżał niebieski strumień światła − Jack wskazał ręką kierunek. − On jest zabójczy dla ludzi i zwierząt. Zobaczy go pan. Nastąpi to bardzo szybko, dosłownie w ułamku sekundy, potem znowu promień się cofnie. − Teraz gestami obu rąk zobrazował ruchy światła. − Należy przebywać cały czas w środku, nie wolno wychodzić. Można powrócić do jaskini dopiero wtedy, gdy to światło będzie daleko. Proszę zapamiętać: nie wolno wyjść ze spodka nawet za potrzebą. Ten właz będzie otwarty, więc w razie konieczności − z uśmiechem na twarzy, posiłkując się mimiką, dał do zrozumienia, co ma na myśli − może z niego skorzystać. Zapamiętał pan?
– Tak, kiedy mam wejść do środka?
– Najpóźniej w momencie, gdy ukaże się nad drzewami w odległości pół mili spodek rzucający niebieski promień.
Jack nie czuł się komfortowo. Nie miał stuprocentowej pewności, czy spodek ochroni leśniczego. Wiele razy rozmawiał z nim i wiedział, że nic nie zmieni jego decyzji w sprawie wyjazdu. Musiał zaryzykować, stwarzając tę nikłą szansę na uratowanie sąsiada.
– Pójdę już. Do zobaczenia. Red za mną!
Wilk przybiegł po paru sekundach, czekał na swojego pana w pobliskich krzakach. Szybko się oddalili od jaskini i wskoczyli do spodka. Jack odleciał w kierunku miasta. Nie przestawał myśleć o leśniczym. Ponownie obserwował agresorów. Nie nastąpiły większe zmiany w stosunku do poprzedniej taktyki obcych, poza jedną. Teraz miasto było systematycznie niszczone przez dziesięć żarłaczy. Znacznie przyspieszyło to tempo prac nad przywracaniem pierwotnego kształtu terenu.
Widząc spustoszenie i śmierć innych, uciekali ostatni ludzie. Doskonale się orientowali, że nie ma żadnych szans na przeżycie pod okupacją – obcy nie brali jeńców.
Szkoda, że tak późno zdecydowaliście się na ucieczkę – pomyślał Jack
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#5
(16-01-2017, 19:32)burak napisał(a): 1

(wcięcie) Anne nigdy nie mogła pogodzić się ze śmiercią, bez względu czy dotyczyła ludzi, czy zwierząt.

Tutaj już poznaliśmy taktykę najeźdźców, (raczej kropka i dalej duża literą) sprawdźmy, jak to wygląda w innych miejscach – zaproponował Jack.

– Musimy uprzedzić sąsiada i poinstruować go (przecinek) jak powinien się zachowywać – (raczej kropka i dalej dużą literą) najlepiej (przecinek) jakby spędził kilka kolejnych dni w naszej jaskini.

Wspólnie, jak nigdy dotąd (przecinek) pracowali przy kolacji.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że obsy (obcy) odwiedzą bunkier.

(wcięcie) Jack podszedł do skały i odsłonił dysk pozostawiony tutaj przez Monicę.

– To jest dysk − zaczął tłumaczyć. − W nim może pan przeżyć moment, gdy tutaj przylecą. Musi pan jednak znajdować się w środku.
(dlaczego to jest od nowego akapitu, skoro to dalsza wypowiedź?) Wszystko dokładnie panu wyjaśnię. Teraz niech pan przygotuje sobie prowiant na dwa dni.

Teraz leśniczy powinien bez problemu szybko wskoczyć do niego (szyk – do niego wskoczyć).

Niech pan pamięta: nie wolno wyjść ze spodka nawet za potrzebą. Ten właz będzie otwarty, więc w razie potrzeby (powtórzenie i to w innym znaczeniu) może (pan) z niego skorzystać.

Wilk przybiegł po paru sekundach, czekał na swojego pana w pobliskich krzakach. Szybko się oddalili od jaskini i wskoczyli do spodka. (wcięcie w środku akapitu?) Jack odleciał w kierunku miasta.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
Dziękuję, trochę niestarannie wklejam i wstawiam akapity.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Ci, którzy poruszali się samochodami, mieli duże szanse – piesi byli na straconych pozycjach. W pewnym momencie Jack zobaczył matkę z niemowlakiem na rękach. Postanowił im pomóc. Podleciał bliżej i zawisł nad jezdnią. Miał otwarte okno, dość szybko został rozpoznany.
– Proszę wskoczyć przez ten właz, pomogę pani.
Kobieta wykonała jego polecenie i po chwili była już w środku.
– Dlaczego pani wcześniej nie wyjechała? – zapytał, okazując niezadowolenie.
– Dwa tygodnie temu miałam bardzo ciężki poród − odpowiedziała szybko, rozglądała się dookoła. − Gdy przywieziono mnie do domu, mąż wyszedł po lekarstwa i już nie wrócił. Zostałyśmy same w mieszkaniu. Sąsiedzi wyjechali, a ja nie bardzo mogłam chodzić. Dobrze, że w domu były jakieś zapasy żywności. Dzisiaj zdecydowałam się na ucieczkę. − Umilkła, widząc szybko oddalające się miasto. Nie poczuła, kiedy zaczęli się wznosić.
– Zabiorę panią w bezpieczne miejsce. Polecimy daleko na północ, ale nie zajmie nam to dużo czasu − wyjaśnił Jack.
Kobieta rozglądał się po wnętrzu.
− Widzę, że nie ma kto panu posprzątać, a przydałoby się. Jakaś kobieca ręka na pewno zrobiłaby tu porządek. Te pana znajome to jakieś leniwe są.
Jack nie skomentował, tylko lekko uśmiechnął się do siebie. Już sobie wyobrażał, co by to było, gdyby którąś poprosił o pomoc w tej sprawie. Uwagę pasażerki wziął jednak sobie do serca. Postanowił w wolnej chwili zrobić porządek. Był też ciekawy, jak wyglądają spodki dziewczyn. Nigdy do nich nie zaglądał.
Po kilku minutach lotu skierował się do Kanady. Doskonale pamiętał lokalizację obozów dla uchodźców. Pół godziny później wysadził pasażerów w jednym z nich, niedaleko jeziora Great Bear Lake. Jego przylot wywołał sporą sensację. Dysk został otoczony przez uciekinierów.
– Czy zaatakowali? − To pytanie zadał praktycznie każdy. Ludzie w obozie nie widzieli, żadnego obcego spodka, niczego nie słyszeli.
– Tak − odpowiedział. Zobaczył wielkie rozczarowanie na twarzach pytających. Wielu łudziło się jeszcze, że nie dojdzie do inwazji.
Teraz nie mieli już żadnych nadziei, los ludzkości zdawał się przesądzony. Parę osób zapytało:
– Jaka jest sytuacja?
Jack odpowiadał na każde pytanie. Ludziom należała się informacja o przebiegu inwazji.
– Zajmują miasta i całkowicie je niszczą, nie zostaje nic. Usuwają gruz, zostawiają gołą ziemię.
– A co jest z naszymi wojskami?
– Żołnierze wycofali się, wystrzelili wszystko i uciekają.
– Strącili coś? − dopytywał się najbardziej dociekliwy uchodźca.
– Nie.
Jack, a ty, co tu robisz?
Rose?
Po chwili obok dysku Jacka pojawił się drugi. Wyskoczyło z niego kilkanaście osób a na końcu Rose, która natychmiast znalazła się w spodku Jacka. Widząc, jak wiele osób opuściło jej dysk, zadał pytanie:
– Ilu ludzi przyleciało z tobą?
– Szesnaścioro, upakowałam ich jak sardynki w puszce. Będę mogła zabrać nawet dwudziestu. Daj buziaka i spadam.
Jack pocałował Rose przy aplauzie licznych widzów. Nie mieli czasu na dłuższą rozmowę. Powrócili do swoich miast. Do godziny dziewiętnastej każdy spodek oklejony flagą oenzetowską wykonał jeszcze kilka lotów ratunkowych. W sumie wywieźli z zagrożonych rejonów ponad trzysta osób – najwięcej Rose. Tuż przed dwudziestą spotkali się nad swoim gniazdem. Obcy znajdowali się już w odległości pięciu kilometrów.
Gdzie jest leśniczy? − zapytała Anne, gdy tylko przyleciała na miejsce zbiórki.
Powinien siedzieć w spodku. Pokazałem mu dysk i poprosiłem, aby w nim przenocował i nie wychylał się, dopóki nie omiecie go promień.
Przecież nie masz pewności. − powiedziała z wyrzutem. − Mogłeś go zmusić do wyrażenia zgody na wywiezienie.
Nie mam, ale nie miałem wyjścia – nie chce, abym go stąd zabrał. Wybacz, ale nie będę nikogo zmuszał.
Ale ja mam pewność.
Rose, kochanie ty moje. Widziałaś?
Tak, tuż przed moim powrotem dwa spodki wyleciały z miasta w kierunku bazy wojskowej. Przeleciały przez barierę.
Dlaczego? − zapytał Jack, choć kamień spadł mu z serca.
Obserwowałam ich z daleka. Z bazy wystrzelono rakietę, a oni ją przechwycili, to znaczy jeden, drugi został nad bazą.
– Monico, jaka tam jest baza
? − zapytał. Monica była doskonale zorientowana w rozmieszczeniu wszystkich jednostek wojskowych. Na swoim laptopie miała skopiowane dane umieszczone przez wroga na centralnym komputerze znajdującym się w bunkrze.
Nie odpowiedziała od razu, musiała wyjąć komputer. Do jego przechowywania wykorzystywała jeden z licznych schowków w dysku
Piechoty, nie wiem, dlaczego był tam jakiś oddział rakietowy.
Na pewno nie była to rakieta z ładunkiem jądrowym − stwierdziła Zeni.
Czyżby bali się o swoje żarłacze − zastanowiła się Monica. Uwaga przyjaciółki okazała się bardzo sensowna.
Monico, dowiemy się później, najważniejsze jest to, że leśniczemu nic nie grozi. Wysiadamy i uzupełniamy zapasy. Nie wiemy, kiedy będziemy mogli ponownie odwiedzić naszą jaskinię – zdecydował Jack.
Wilkom kazali zostać na zewnątrz. Miały uprzedzić, gdyby jakiś spodek zbliżył się zbyt wcześnie. Szybko przystąpili do pakowania zapasów. Monica wyłączyła wszystkie urządzenia. Jaskinię opuścili w świetle latarek. Wystartowali w kierunku zbliżającego się promienia. Postanowili obserwować moment jego dotarcia do parku. Tu pozostało stado wilków, które obcy wykorzystywali w przeszłości. Około drugiej w nocy pierwszy promień dotarł do linii drzew i się zatrzymał. Po godzinie cały teren wokół parku był już „prześwietlony”.
Wygląda na to, ze nie mają zamiaru spenetrować parku promieniem – oceniła Anne.
Wątpię, coś kombinują.
Monica miała rację. Po kilku minutach promień ruszył dalej, ale zmienił swoją barwę. Nie był teraz intensywnie niebieski tylko bladoniebieski.
Ten promień prawdopodobnie nie zrobi krzywdy zwierzętom.
Miejmy taką nadzieję.
Musimy się oddalić – stwierdził Jack.
To nie zobaczymy, czy wchodzą do bunkra – zaprotestowała Anne.
Trudno. Nie będziemy niepotrzebnie ryzykować. Dobrze wiemy, co jest w bunkrze.
Masz rację, zawsze możemy sprawdzić to później.
Wycofali się na znaczną odległość. Nie mogli obserwować parku narodowego. Nie wiedzieli, jaki los spotkał stado wilków. O życie swojego sąsiada nie martwili się, byli przekonani, że nic mu nie grozi.
Bilans strat od pierwszego dnia inwazji to śmierć blisko dwudziestu milionów mieszkańców Ziemi. Całkowicie zniszczone miasta, które zostały zaatakowane w pierwszej kolejności. Obcy nie oszczędzali niczego, tak jakby ich to w ogóle nie obchodziło. Niszczyli systematycznie, zgodnie z wcześniej opracowanymi planami. Napastnicy nie ponieśli żadnych strat.

2

Pozostałą część nocy spędzili na opuszczonej farmie. Śpiwory rozłożyli na trawniku przed domem, nie chcieli nocować wewnątrz budynku mieszkalnego. Wilki rozbiegły się po okolicy w poszukiwaniu zwierzyny. Ponieważ niczego nie upolowały, wróciły do ludzi i położyły się obok nich. Rano zwinęli swój tymczasowy obóz i odlecieli w kierunku miasta. Obcy przesuwali się dalej, ale ich tempo ponownie spadło – „rozlewali” się wzdłuż wybrzeża. Te tereny były gęsto zaludnione i bogate w infrastrukturę. Oczyszczanie zajętych obszarów wymagało czasu.
Spróbujemy przedostać się do portu. Ja polecę pierwszy, a gdy przekroczę barierę, to dam wam znać.
Jack, dlaczego ty?
Bo to jest mój pomysł.
Po pierwsze – to nie jest twój pomysł, a po drugie – mamy takie samo prawo do pierwszego przelotu.
Rose, to nie podlega dyskusji. Tak będzie – zdecydowanie odpowiedział. Dziewczyny wiedziały, że w takim wypadku nie miało sensu dyskutowanie z nim.
Dobrze, ponieważ widziałam przelot, wiem, że to nic niebezpiecznego, ale zapamiętaj sobie na przyszłość to, co powiedziałam. – Pomimo zdecydowanego stanowiska Jacka, ostrzegła go, że w przyszłości tak łatwo nie ustąpi. 
OK. Lecimy.
Podlecieli do bariery i zatrzymali się dwieście metrów przed nią.
Do zobaczenia po drugiej stronie.
Jack ruszył i szybko zbliżył się do promienia. Nim w niego wleciał, zadziałał system bezpieczeństwa. Promień otoczył spodek w odległości kilku metrów. Jack przeleciał bez problemu i stanął po drugiej stronie.
– Kilka metrów przed barierą zapaliła się lampka ostrzegawcza – poinformował. – Nie zbliżajcie się zbyt szybko, raczej zróbcie to wolno. Jak lampka się nie zapali, musicie się cognąć. No to jazda, czekam.
Dlaczego mamy zawrócić, gdy lampka się nie zapali? – zapytała Anne, która zawsze dążyła do uzyskania wyjaśnień,
Bo to będzie oznaczać, że coś jest popsute.
Pozostałe cztery dyski wolno przeleciały przez barierę.
A teraz do portu. Uważajcie na spodki bojowe krążące wokół żarłaczy – poinstruował Jack.
Wznieśli się dość wysoko, około tysiąca metrów nad ziemię. Nikt nie zwrócił na nich uwagi. Wilki były bardzo niespokojne, pomimo że były ciągle uspokajane przez Jacka i Zeni. Im bliżej byli portu, tym mniej statków obcych znajdowało się pod nimi.
Monico, czy wyczułaś ich obecność w tym rejonie?
Tak, ale są skupieni na tym, co jest pod nimi, nie „spoglądają” w górę.
W byłym porcie nie było już żadnego obiektu zbudowanego przez człowieka. Teren do dziesięciu kilometrów od linii brzegowej został całkowicie zrekultywowany. Nie rosła tu jednak roślinność, pozostała goła ziemia. Polecieli nad morze. W odległości trzech kilometrów od linii brzegowej na wysokości dwustu metrów zawieszone były spodki, które nie wykonywały żadnych ruchów. Każdy z nich stworzył bladoniebieską zaporę.
Odcięli brzeg morza. Ta bariera biegnie wzdłuż całego wybrzeża. Jest nastawiona na ludzi, nie na zwierzęta.
Jack, to są tylko przypuszczenia. Nie mamy dowodu, że nasze stado wilków przeżyło.
Monico, masz rację. – Jack szybko się zgodził, gdyż nie chciał, aby teraz zastanawiały się nad losem wilków. Mieli ważniejsze zadania do wykonania. – Zanurzmy się i sprawdźmy, jak głęboko sięgają promienie.
OK.
Pięć spodków zapikowało w ocean. Przez parę minut obserwowali barierę pod wodą.
Osiąga dno.
Patrzcie, ryby swobodnie przez nią przepływają.
Zobaczymy, jak zadziała nasz system bezpieczeństwa.
Ostrzega mnie, a więc to na ludzi.
Anne była najbliżej niebieskiego promienia.
Czyli nasze wilki przeżyły – ucieszyła się Zeni.
Popłyńmy wzdłuż niej.
Stańcie! – rozkazała lekko zdenerwowana Anne.
Anne, co się stało?
Zapora się urywa. Wydawało mi się, że koniec był bliżej, a teraz znowu jest dalej.
Chyba ją dopiero stawiają. Podpłynę do powierzchni i zobaczę, co się dzieje.
Monica skierowała dysk w górę, zatrzymała się kilka metrów pod lustrem wody na tyle głęboko, aby mogła zobaczyć niebo nad morzem.
Widzę duży kontenerowiec, dwa spodki ustawiają barierę, to znaczy ustawiają spodek i wracają do kontenerowca po kolejny. Te w barierze prawdopodobnie są bezzałogowe.
Wycofajmy się, już wiemy, co tutaj robią. Wracamy do portu! – Kolejny raz Jack wydał dyspozycje.
Po kilku minutach wynurzyli się w porcie. Przez kilkanaście kolejnych w milczeniu przyglądali się nowemu krajobrazowi.
Przerażający widok. Oni chcą usunąć wszelkie ślady pobytu ludzi na Ziemi. Gdy zrealizują swoje plany – za parę lat nikt nie będzie pamiętał, jak wyglądała nasza planeta. Wszechświat o nas zapomni – skomentowała Anne.
Mordują ludzi, nie patrząc na nich. Nie widzą, jak umiera człowiek. Siedzą w tych swoich spodkach i kontrolują wiązki światła, nic więcej ich nie interesuje.
Ciekawe, dlaczego nie zwracają na nas żadnej uwagi? Zachowują się tak, jakby nas nie widzieli – zainteresowała się Zeni.
Nie chcą zobaczyć człowieka, nim go unicestwią.
Może. Dlatego szpiedzy nie interesowali się ludźmi, tylko bronią. Gdy im pomogliśmy, to potraktowali nas jak partnerów. Osadnicy mają przybyć za pół roku, gdy tu nie będzie już żadnego człowieka, a Ziemia będzie wyglądała, jak obrazek z bajki.
Dziewczyny analizowały sytuację. Jack tylko słuchał, nie uczestniczył w tych rozważaniach.
Tyche nam powiedziała, że pozostali szpiedzy mieli inne zadania. Dlaczego oni nie nawiązywali żadnego bezpośredniego kontaktu z ludźmi? – zapytała Monica.
Myślę, że Tyche powiedziała nam bardzo dużo, przekazała wiadomość, której nie zrozumieliśmy. Jest jedną z dziesięciu najważniejszych osób w ich społeczeństwie – nie dzielą się na państwa tak jak my. Ich ONZ jest jedyną władzą, a Tyche w niej uczestniczy. Stanowią jeden organizm. Interesuje mnie, w jaki sposób podejmują decyzje? Jednogłośnie czy poprzez przegłosowanie?– zastanawiała się Rose.
Pamiętacie, jak nam powiedziała, że nikt nie chciał zgłosić się do korpusu ekspedycyjnego? Czy tym stwierdzeniem nie dała nam do zrozumienia, że nie była to jednomyślna decyzja?
Anne, skoro to nie była jednomyślna decyzja, to mają coś w rodzaju opozycji.
A mnie interesuje; co osadnicy wiedzą o Ziemi i o tym, w jaki sposób ją zdobywają? − stwierdziła Monica.
Jestem ciekawa, co Tyche teraz robi? − Rose bardzo często starała się zrozumieć postępowanie Tetry. Nie mogła przestać myśleć o powodzie naznaczenia.
Jack ograniczył się jedynie do analizowania każdej ich wypowiedzi. Jednocześnie zastanawiał się, jakie powinni podjąć działania w najbliższym czasie.
Ponownie przekroczyli niebieską barierę. Krążyli tuż przed nią, wypatrując i zabierając ostatnich uciekinierów na pokłady swoich dysków. Już podczas drugiego nawrotu spotkali przed barierą trzy dyski oznakowane flagą oenzetowską.
Witam, majorze Denis. Co tutaj robicie?
Jack, witaj. Porucznik Daria rozdzieliła eskadrę na trzy dywizjony. Odprowadziliśmy ostatni konwój do obozu i teraz poleciła nam ratować tych, co uciekają. My jesteśmy tutaj, a dwa dywizjony na zachodzie.
Czy mieliście jakiś kontakt z obcymi?
Nie, widzieliśmy ich tylko, jak przechwytują rakiety, ale nie interesowali się nami. Nie przeszkadzaliśmy im.
Róbcie swoje, my polecimy na południe. Do zobaczenia pojutrze. − Jack przypomniał o zaplanowanym wcześniej spotkaniu.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#8
Grupa Jacka dotarła do drugiego miejsca inwazji na wschodnim wybrzeżu. Sytuacja, jaką tam zastali, wyglądała podobnie. Miasta zlokalizowane nad morzem już nie istniały. Nie przypuszczali, że jeszcze jest tak dużo mieszkańców w małych miasteczkach. Do późnych godzin nocnych podejmowali ludzi i odtransportowywali do obozów. Po kilkugodzinnym śnie – wilki w tym czasie rozprostowały kości na świeżym powietrzu – ponownie ewakuowali ludzi. Następnego dnia Jack poleciał na spotkanie z Darią, a dziewczyny kontynuowały loty ratunkowe. Porucznik Daria czekała już w ustalonym wcześniej miejscu.
– Cześć, Dario!
– Witaj. Porozmawiajmy na ziemi, dawno po niej nie stąpałam.
– OK.

Opuścili dyski. Red natychmiast pobiegł w pobliskie krzaki. Z Darią wysiadło jeszcze dwóch pilotów.
– Witaj, Jack.
– Witajcie, czy mieliście jakieś niezaplanowane przygody?
– Nie. Oni wyraźnie nas ignorują, a my nie narzucamy się ze swoim towarzystwem. Robimy, co do nas należy, oni chyba też.
– Przelatywaliście przez barierę?
– Nie, nie chciałam ryzykować, chociaż widzieliśmy, jak przelatują, więc zapewne można.
– Można. Czy widzieliście żarłacze? To te obiekty, które likwidują wszystko na swojej drodze.
– Z daleka.
– Podejrzewamy, że one nie są odporne na nasze rakiety, chyba nie posiadają pola ochronnego. Poza tym są otwarte zarówno z przodu, jak i z tyłu. Jeżeli znajdziesz jakiś magazyn wojskowy z ręcznymi wyrzutniami, to zabierz na pokład kilkanaście sztuk. Mogą się nam przydać w przyszłości. Jutro zaczyna się ich noc, będziemy mieli okazję dokładnie przyjrzeć się żarłaczom. Czy twoi piloci potrafią obsługiwać wyrzutnie?
– Przeszliśmy podstawowe szkolenie, ale zawsze możemy poćwiczyć.
Piloci byli zawodowymi żołnierzami. Ich szkolenie wojskowe nie ograniczyło się jedynie do nauki pilotażu.  
– Musimy ich spowalniać, przeszkadzać, sabotować, dopóki się nami nie zainteresują. Spotkamy się za cztery dni w wyznaczonym miejscu. Do zobaczenia.
Pożegnali się dość szybko. To nie był czas na dłuższe pogawędki. Jack poleciał do dziewczyn, a porucznik Daria na zachód. W sumie w ciągu pierwszego dnia inwazji, siedmiu dni Ziemian, śmierć poniosło ponad siedemdziesiąt milionów ludzi. Zbliżała się noc, noc dla agresora – będzie trwała trzy doby.    
Dwudziestego czerwca o świcie Jack i dziewczyny kolejny raz przekroczyli barierę i obserwowali obcych. Interesowały ich żarłacze. Dwie godziny przed ułożeniem się do snu, obcy podnieśli wszystkie kontenerowce na wysokość trzech kilometrów i połączyli je razem. Utworzyli w ten sposób jedną wielką bryłę. Do niej „przykleiły się” wszystkie dyski, jakie znajdowały się w pobliżu.
– Tak mają zamiar spędzić swoją noc. Dyski będą chroniły żarłacze – ocenił Jack.
– Dowodzi to tylko jednego, one są bezbronne − kategorycznie stwierdziła Zeni.
– Teraz też nic im nie zrobimy, nawet dokładnie ich nie obejrzymy. Tylko w ciągu dnia można się do nich dobrać.
– Jack, pozostały statki bezzałogowe, przyjrzyjmy się im z bliska.

Gdy ustał wszelki ruch w powietrzu, pięć dysków Ziemian podleciało do zewnętrznej bariery. Anne uderzyła w jeden z wiszących nieruchomo obiektów, a ten przeleciał kilkadziesiąt metrów. Monica podczepiła kolejny i przeniosła w inne miejsce.
– Zlikwidujmy tę barierę, mamy trzy dni, aby przenieść wszystkie spodki daleko stąd.
Nie musiał im tego mówić, od razu zorientowały się w sytuacji.
– Zajmie nam to trochę czasu, ale gra jest warta świeczki −
stwierdziła Zeni.
– Gdzie proponujesz je schować?
– Może spróbujmy je zatopić w porcie.
– Ok.

Przystąpili do realizacji planu. Wieczorem bariera otaczająca zdobyty przez Obcych teren, przestała istnieć. Wszystkie dyski znajdowały się pod wodą w porcie, ale ciągle wysyłały zabójcze promienie niebieskiego światła.
– Nadal są groźne, nie możemy wywieźć ich poza teren, który już opanowali.− Anne nie była z tego powodu do końca usatysfakcjonowana.
– Szkoda, łatwo je znajdą, ale będą musieli ponownie ustawiać barierę i stracą dużo czasu. − Rose starała się ją pocieszyć.
– Jutro poszukamy miejsca, gdzie będziemy mogli je ukryć. A teraz wróćmy do naszego gniazda. [/i]
Posłuchały Jacka. Bez przeszkód powrócili do parku narodowego i od razu udali się do leśniczego. Znaleźli go siedzącego przed jaskinią. Gdy wyskoczyli z dysków, nie był zdziwiony. Wilki natychmiast pobiegły do rezerwatu.
– Witam, jednak przylecieliście do mnie. − Przywitał je ucieszony widokiem sąsiadek.
– Witamy, udało się, niech pan opowiada.
– Panno Anne, to wyglądało dokładnie tak, jak mówił Jack.  Siedziałem w tym dysku i obserwowałem niebo. Zobaczyłem błysk światła, które przeleciało nade mną i zatrzymało się pięćdziesiąt metrów dalej. Potem wróciło i kolejny raz przeleciało, już znacznie dalej. Potem nic się nie działo. Przesiedziałem w dysku cały dzień, wieczorem po raz pierwszy z niego wysiadłem. Poszedłem do jaskini i zrobiłem sobie kawę.
– Czy widział pan jakieś spodki?
– Jack, nie widziałem, ale na pewno tu byli. Dwie samice ze stada przybiegły do mnie i ukrywały się w jaskini. One mnie pilnowały – takie odniosłem wrażenie. Dopiero dzisiaj rano pobiegły do rezerwatu. Cały czas siedzieliśmy w jaskini i nie pozwoliły mi wyjść z niej. To są bardzo mądre wilki i chyba dziękowały mi za wieloletnią opiekę nad nimi.
– Jack, pójdę zobaczyć, czy byli w małym bunkrze.
– Pójdę z tobą, Zeni.
Zeni i Jack pobiegli do bunkra, w którym kiedyś stało dziesięć statków bojowych. Dokładnie obejrzeli wejście. Jack dosyć długo oglądał małe zagłębienie, w którym był przycisk otwierający bunkier, nim powiedział:
– Tutaj nie ma żadnych śladów, kurtyna jest włączona.
– Zatem tutaj nie zaglądali, nie wiedzą o tym bunkrze.
– Oni nie, ale Tyche chyba jednak wie.
– Też nie zaglądała. Ciekawe, co ona teraz robi?
– Nie dowiemy się, dopóki jej nie spotkamy. Nie sądzę jednak, żeby to szybko nastąpiło. Nie może zdradzić się, że utrzymywała z nami jakiś kontakt.
– Wracajmy, niczego więcej nie ustalimy.
Po powrocie do kryjówki leśniczego zaprosili go do siebie. Skorzystał z propozycji. Do gniazda wszyscy podlecieli spodkami, był to dziewiczy lot dla sąsiada. Monica pierwsza weszła do jaskini i uruchomiła agregaty. Po kilku minutach w kuchni królował Jack, pomagała mu Rose. Zeni pobiegła do jaskini wilków, a Anne zabawiała rozmową leśniczego. Kolację zjedli w salonie.
− Proszę pana. − Anne podjęła kolejną próbę przekonania go do opuszczenia parku. − Rozumiem, że nie chce pan opuścić tego miejsca po tylu latach pobytu, ale jak długo można żyć na kawie i suchym prowiancie?
− To nie jest tak, moja kuchenka gazowa jest sprawna i czasami sobie coś ugotuję, ja nie potrzebuję wiele.
− Czasami to trochę za mało w pana wieku. Gotowanie prawdziwego domowego obiadu w pana jaskini nie jest wygodne, gaz się szybko skończy i co wtedy?
− Widzieliście mój dom, on ciągle stoi, chociaż jest opuszczony przeze mnie. Gdy tu nikogo nie ma i wilki swobodnie biegają odwiedzam go. Towarzyszą mi dwie samice. Czuję się bezpieczny w ich towarzystwie. Widzi pani, wszyscy uciekli, zostawili domy, samochody, wasze też tu stoją porzucone, ale ci bandyci nie wszystko tu zniszczyli. W tym parku jest tak samo jak przed inwazją, tylko ludzi nie ma. Wiem, że jak wylądują i będą już chodzić po ziemi to zlikwidują i te domy, ale na razie ich nie ma − ostatnie zdanie powiedział z nadzieją w głosie.
Pozostałe dziewczyny nie uczestniczyły w rozmowie. Wszystkim zrobiło się smutno, wkradł się przygnębiający nastrój. Monica postanowiła działać.
– Jutro polecimy do miasta, ale najpierw zobaczymy bunkier – zaproponowała.
– Pójdę już do siebie, nie chcę wam przeszkadzać. Czy mogę znowu przelecieć się tym dyskiem?
– Oczywiście, zaraz pana podrzucę.
– Dziękuję, panno Zeni.
Od czasu, gdy dowiedział się, że żadna z sąsiadek nie jest żoną, zwracał się do nich per panno. Zeni wróciła po trzech minutach. Nie wrócili do rozmowy Anne z leśniczym, ale nikt o niej nie zapomniał. Jack uruchomił saunę. Po kąpieli wygrzewali się w gorącej parze wodnej. Gdy położyli się w największym łożu, od razu usnęli. Rano Jack z Rose przygotowywali śniadanie, dziewczyny nie przeszkadzały im, za co Rose była bardzo wdzięczna.
– Chyba długo będziemy czekały na gong.
– Zeni, ja tam mogę poczekać – z uśmiechem stwierdziła Anne.
Jednak nie czekały zbyt długo. Anne przyglądała się Rose.
– Mam dobrze pozapinane guziczki. Przypilnowałam, wiedziałam, że będziesz sprawdzała.
– Nie sprawdzałam.
– Sprawdzałaś, Anne.
– Ale Jack ma krzywo.
Wszystkie spojrzały teraz na Jacka, a ten zaczął poprawiać zapięcie. Po chwili wybuchnęły śmiechem.
– Nic się przede mną nie ukryje – z satysfakcją powiedziała Anne.
– Ja się nie ukrywam, jedzcie, mamy pracę do wykonania.
– Dobrze, tygrysku.
Po śniadaniu podlecieli do głównego wejścia bunkra. Tutaj także nie zauważyli żadnych śladów.
– Jest zamknięty. Nie powinno być nikogo w środku. Wchodzimy.
– Oczywiście otworzyć mam ja
– powiedziała Rose.
Pomogę ci. – Zaoferował się Jack.
– Już lepiej ja jej pomogę, ty trochę przytyłeś i będziemy musiały wciskać cię w dziurę.
Jack nie skomentował, wolał nie dyskutować z Anne na temat wciskania. Po kilku minutach Rose otworzyła bunkier. Gdy znaleźli się w środku, stwierdzili drobne zmiany. Nie było popsutego spodka.
– Wzięli go do naprawy. Uruchomię mapę – powiedziała Monica.
Główny cylinder nadal funkcjonował i nadal były na nim fotografie, tysiące fotografii. Monica dokładnie się im przyglądała. Wszyscy opuścili dyski i stanęli przed cylindrem.
– Spójrzcie na naszą metropolię! Zniknęły fotografie miasta, a właściwie tylko te, na których były obiekty cywilne. Nie ma zdjęć portu i budynków mieszkalnych. Zostały tylko budynki wojskowe i bazy.
– Usunęli, bo już zajęli ten teren, ale dlaczego zostawili te fotografie? − zapytała Rose.
– Zobaczmy inne rejony.
Teraz wszyscy oglądali dokładnie mapę, nie tylko Stanów.
– Usunęli wszędzie widoki naszych miast.
– Chcą ukryć, jak wyglądała nasza cywilizacja przed inwazją.
– To nie ma sensu i tak każdy zada pytanie: gdzie mieszkali Ziemianie. − Ponownie Rose dążyła do uzyskania wyjaśnienia powodu usunięcia części fotografii.
– To każdy wiedział, gdzieś musieliśmy mieszkać, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
– Nie mają uczuć. To nie jest powodem − skomentowała Rose.
– Ale mają rozum − wtrąciła się Zeni.
– Korpus ekspedycyjny doskonale wie, jak wyglądała sytuacja, ale osadnicy mogą nie wiedzieć.
– Jack, to trzeba ich poinformować, dopóki możemy − zaproponowała Monica.
– Sądzisz, że jeszcze istnieją jakieś stacje nadawcze na Ziemi?
– Na pewno.
– Zgadzam się z Monicą, trzeba zorganizować przekaz dla osadników. To będzie nasza wojna propagandowa. Zasiejemy ferment – podsumowała Zeni.
– Teraz jest ich noc, wykorzystajmy ją na akcję sabotażową, zniszczmy bariery. Będą musieli je odbudować.
– Dobrze byłoby całkowicie zniszczyć dyski, ale tego nie potrafimy.
– Anne, dysków nie będziemy niszczyć. Przydadzą się nam w przyszłości – one są identyczne z tymi, które ma eskadra Darii. Musimy tylko nauczyć się je wyłączać.
– Dobrze, Jack, no to je ukryjmy. W końcu im ich zabraknie i będą mieli dziury w swoim systemie obronnym.
– Albo zmniejszą obszar, a to znacznie ich spowolni.
– Gdy zacznie się dzień, polecimy odszukać babcię i prezydenta. Będziemy musieli się rozdzielić – nie na długo.
Opuścili bunkier, zostawiając go w takim stanie, w jakim zastali. Polecieli do metropolii. Dotarli do swojego domu, a raczej do miejsca, gdzie on przedtem stał. Budynku nie było, rosły natomiast wszystkie drzewa – obcy je ominęli.
– Jack, miałeś rację. Zostawili drzewa, więc nasz system wentylacyjny powinien działać.
– Tak, ale nie wiemy, jak głęboko wryli się w ziemię i co zostało z naszych kanałów. Teraz tego nie sprawdzimy, poczekamy do następnej nocy.
– Bierzmy się za spodki z bariery, trzeba je gdzieś ukryć.
− Pogoniła Monica.
– Najlepiej w oceanie, oni mogą przebywać pod wodą dwie godziny. Wykorzystajmy to, my możemy znacznie dłużej pływać w wodzie.
Zaakceptowali pomysł Zeni. Dziewczyny przenosiły dyski w głąb oceanu, a Jack i Anne umieszczali je w głębokim podwodnym wąwozie. Obiekty nadal świeciły. Jack postanowił wypróbować, czy uda się zbudować gniazdo na dwa dyski, swój i podczepiony od spodu. Eksperyment się powiódł. Teraz we dwoje budowali gniazda, a raczej jego fragmenty. Zależało im na czasie, liczyło się tylko to, aby dysk był przyczepiony. Do północy schowali w ten sposób ponad pięćdziesiąt jednostek obcych. Wróg i tak nie będzie w stanie ich podnieść.
– No to te stracili bezpowrotnie.
– Wiele z nich odzyskają, jeżeli oczywiście je odnajdą w tej głębinie.
– Jutro wszyscy będziemy budować gniazda, stracą prawie wszystkie spodki. Teraz wracajmy do naszego domu. Mamy jeszcze jeden dzień.

Po powrocie do jaskini zastanawiali się, czy Daria też niszczy bariery.
– Zakładam się, ale nie wiem, o co. Daria robi to samo, co my. Jack bardzo dobrze ją wyszkolił.
– Rose, zgadzamy się z tobą, więc nici z zakładu.
– Miałam nadzieję, że się założycie, bo ja już wiem, o co – powiedziała Rose.
– O co?
– Jak wygram, polecicie w trójkę zobaczyć, jak wygląda sytuacja w Europie.
– Zakładamy się i to natychmiast − powiedziała Anne.
– Żartowałam, nie będzie żadnego pierwszego rzędu
Długo namawiały Rose do przyjęcia zakładu, ale bezskutecznie. Natomiast Jackowi spodobał się pomysł z wycieczką do Europy.
– Jutro chowamy spodki. Pojutrze realizujemy plan wojny propagandowej. Ja polecę na spotkanie z Darią. Anne najlepiej radzi sobie w locie, więc będzie obserwowała obcych. Włożyliśmy kij w mrowisko, już nie będą nas lekceważyć, raczej zaczną na nas polować. Anne, musisz być czujna.
– Będę.
– Monica odszuka prezydenta i zorganizuje przekaz informacji dla osadników. Zeni poleci do babci.
– A ja, co ze mną?
– Rose, poleć z Zeni. Babcia będzie zadowolona, gdy zobaczy dwie wnuczki.
– Pozdrówcie ją od nas.
– Wieczorem spotkamy się tutaj, prześpimy i rano polecimy do Europy.
Rozmowę prowadzili, leżąc w łóżku. Po wysłuchaniu zadań zleconych przez Jacka – usnęli.
W ostatnim dniu nocy postępowali zgodnie z planem. Wieczorem byli bardzo zadowoleni z siebie. Ukryli prawie wszystkie bezzałogowe dyski obcych znajdujące się w pasie czterystu kilometrów. Pozostawili trzy – ustawili je na środku pustego placu w mieście, które praktycznie już nie istniało.
– Gdy się obudzą, czeka ich niespodzianka.
– Anne, musisz być naprawdę bardzo ostrożna, ich złość skupi się na tobie.
– Rose, wiem.
– Obserwuj dokładnie i zapamiętaj zmiany w ich zachowaniu.
– Dziewczyny, dam sobie radę.

Wrócili do gniazda. Dziewczyny wzięły kąpiel, a Jack przygotował kolację.
– Anne, jesteś bardzo potargana – zauważył Jack, podając im kolację.
– Trudno było mi potargać wszystkie trzy.
W doskonałych nastrojach spożyli zrobione przez Jacka kanapki, a potem poszli spać. Anne leżała najbliżej Jacka.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#9
(22-01-2017, 10:47)burak napisał(a): W pewnym momencie Jack zobaczył matkę z niemowlakiem na rękach. Postanowił im pomóc. Podleciał do nich i zawisł nad jezdnią.

Dzisiaj zdecydowałam się na ucieczkę.(bez kropki)(u)Umilkła, widziała (Umilkła, widząc, patrząc lub obserwując szybko...) szybko oddalające się miasto.

Po pół godziny ('pół godzinie', ale lepiej 'pół godziny później') wysadził pasażerów w jednym z nich, niedaleko jeziora Great Bear Lake.

– Żołnierze wycofali się, wystrzelili wszystko, co mieli(przecinek) i uciekają. (Ten przecinek jest konieczny, gdyż słowa 'co mieli' stanowią tu dopowiedzenie. Możesz to usunąć i zostanie sensowne zdanie '...wystrzelili wszystko i uciekają'.)

Wyskoczyło z niego kilkanaście osób a na końcu Rose, która natychmiast znalazła się w spodka(u) Jacka.

Do godziny dziewiętnastej każdy spodek oklejony flagą oenzetowską,(zbędny przecinek) wykonał jeszcze kilka lotów ratunkowych.

Dlaczego? − zapytał Jack, (jakiś spójnik by się przydał – ale, choć) kamień spadł mu z serca.

Niszczyli systematycznie, zgodnie z wcześniej opracowanymi planami.(za dużo spacji)  Napastnicy nie ponieśli żadnych strat.

2

Ja polecę pierwszy, a gdy przelecę(przebrnę, przekroczę) przez barierę, to dam wam znać[/i].

Jack ruszył i szybko zbliżył się do promienia. Nim w niego wleciał (przyleciał, przeleciał, poleciał :D – za często używasz czasowników z przyrostkiem 'leciał' – Nim dostał się w jego pole? w jego obszar?), zadziałał system bezpieczeństwa.

Jack przeleciał (a nie mówiłam? – przedostał się) bez problemu i stanął po drugiej stronie.

Pozostałe cztery dyski wolno przeleciały przez barierę.

Nikt nie zwrócił na nich uwagi. Wilki były bardzo niespokojne, pomimo,(zbędny przecinek) że były ciągle uspokajane przez Jacka i Zeni.

Te w barierze prawdopodobnie są spodkami bezzałogowymi[/i]. ('Spodek' też jest nadużywany – tu mogłeś użyć 'są bezzałogowe')
Wycofajmy się, już wiemy, co tutaj robią. Wracamy do portu (. ewentualnie !)(K)kolejny raz Jack wydał dyspozycje.

Z twoją interpunkcją jest coraz lepiej. Za to mnóstwo powtórzeń. Sporo zdań złożonych nie posiada żadnych spójników, nie zawsze jest to uzasadnione – 'Usiadła z tyłu, nie rozglądała się na boki.' – tu nie trzeba spójnika, ale tu już trzeba 'Usiadła z tyłu, była chora.', gdyż z samego faktu bycia chorym nie wynika, dlaczego usiadła z tyłu. 'Usiadła z tyłu, ponieważ była chora. Tam miała więcej powietrza.' Może niespecjalne te przykłady, ale chciałam pokazać ci sens.
O treści nie będę się wymądrzać, znam tylko ten fragment. Jest inwazja i zniszczenie, tyle zdążyłam się zorientować. Sci-fi to nie mój świat w literaturze, nazbyt techniczna robota całkowicie mi wystarczy. Czasem coś przeczytam z gatunku postapo lub sci-fi.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#10
Dziękuję.
Obcy atakują.

3

Wyruszyli tuż przed świtem. Anne zdążyła ukryć swój dysk, zanim zaczął się dzień dla obcych. Była niewidoczna dla przeciwnika i mogła bezpiecznie obserwować. Po kilku minutach zauważyła, że spodki zaczęły „odklejać się” od żarłaczy. Dość szybko rozprzestrzeniły się na całym terenie, kierując się do barier. Kilka zatrzymało się w miejscu poprzedniej dyslokacji bezzałogowych obiektów. W tym czasie żarłacze rozdzieliły się, ale nie opuściły na ziemię. Wisiały na wysokości trzech kilometrów, nie wykonując żadnego ruchu. Część statków bojowych powróciła do nich i zawisła obok. Anne poczuła intensywną penetrację obcych. „Wyłączyła się” i na wszelki wypadek trzymała w ręce pudełeczko z maścią przygotowaną przez Jacka. Nadal była skupiona na obserwacji, ale jednocześnie pilnowała, czy nie została wykryta. Cześć dysków wypuściła promienie i w ten sposób odbudowała barierę. Obiekty te nie stały w miejscu, lecz wykonywały delikatne ruchy wahadłowe. Ponad połowa sił przeciwnika została skierowana do realizacji tego zadania. Pozostałe rozpoczęły omiatanie terenu wcześniej już oczyszczonego – usiłowano zlikwidować ewentualnych intruzów. Natomiast dziesięć największych, siedemdziesięciometrowych jednostek powróciło do swoich poprzednich zadań i przystąpiło do dalszego oczyszczania terenu. Żarłacze nadal pozostawały pod ochroną, ale już znacznie mniejszych sił. Kilkanaście dysków poleciało do portu, kilka z nich rozstawiło barierę, ale tylko osłaniającą były port. Nie było bariery wzdłuż wybrzeża.
Zabrakło wam – pomyślała.
Po godzinie nad portem pojawił się statek transportowy, a właściwie potężny magazyn. Rozpoczął się wyładunek dysków bezzałogowych i ustawianie bariery wzdłuż wybrzeża.
Nowa dostawa. Ciekawe skąd?
Gdy sytuacja została przez obcych opanowana, a zajęło im to ponad cztery godziny, dwa z żarłaczy rozpoczęły proces zmiany kształtu. Po kilku minutach nie były to już żarłacze. Tych zostało tylko sześć. Opuściły się na ziemię i przystąpiły do niszczenia wszystkiego, co napotkały na swojej drodze. Te, które zmieniły swój kształt, przyjęły postać walca o średnicy około pięćdziesięciu metrów wysokiego na dwieście. Powoli skierowały się do portu. Oddalały się i po pewnym czasie Anne już ich nie widziała. Poczuła natomiast narastający sygnał penetrujący, zbliżał się do niej jeden z dysków bojowych. O mało nie doszło do zderzenia – przeleciał w odległości trzydziestu metrów. Gdy myślała, że już po problemie, poczuła dwa znacznie silniejsze sygnały. Przyłożyła pudełeczko z maścią do głowy. Przemknęły stosunkowo blisko i poleciały za barierę. Leciały wzdłuż niej, a po pewnym czasie powróciły bardziej oddalone.
Zaczęli poszukiwania – stwierdziła.
Odłożyła pudełeczko, lecz natychmiast je przytknęła z powrotem do głowy. Uczyniła to zdecydowanie za późno. Zobaczyła, jak powoli zbliżył się do niej kolejny dysk. Był znacznie większy, około piętnastu metrów średnicy, wysmukły i w innym kolorze. Po raz pierwszy zobaczyła niebieski obiekt. Podleciał z otwartym oknem. Zobaczyła Tyche, która obserwowała miejsce, w którym wisiała. Przemieszczała się powoli, gdy dotarła na odległość dwudziestu metrów – skręciła. Była uśmiechnięta, do ust przyłożyła palec i pokręciła głową. Powoli oddaliła się w kierunku bariery. Lecąc wzdłuż niej, spodki stojące tam zatrzymywały się, by po chwili powrócić do poprzednich wahań.
Dostałaś nowy dysk, każdy wie, kto w nim zasiada. Oddają ci honory. Jesteś bardzo ważną personą, Tyche. I nie chciałaś, aby mnie wykryli. Nadal jesteś obserwatorem zdarzeń. Masz swój plan. Nie jesteś wrogiem – pomyślała.
Anne wisiała nad miejskim parkiem, dziesięć metrów nad największym drzewem. Postanowiła polecieć do portu. W pobliżu nie było już żadnych dysków. Zobaczyła dwa walce, które w międzyczasie trochę zmieniły swój kształt. Teraz na dole były kwadratowe o boku około pięćdziesięciu metrów. Jeden z nich wisiał kilka metrów nad ziemią i wysypywał z dolnego kwadratu piach. Drugi stał na ziemi, w znacznej odległości od pierwszego. Dziewczyna obserwowała je, nadal była skupiona na odbieraniu sygnałów. Z walców nie docierały do niej żadne. Postanowiła zrobić sobie przerwę i powrócić tutaj później. Poleciała wzdłuż nieistniejącej bariery, a następnie udała się na jedną z wysepek. Tam odpoczęła, wylegując się na plaży. Po godzinie powróciła do metropolii. Wieczorem zobaczyła pierwsze efekty pracy dwóch potężnych obiektów budowlanych. Jeden z nich usypał dwudziestometrowy kopiec, na którym wybudował pięćdziesięciometrowe kolumny. Pomiędzy nimi zasadził małe drzewka, wcześniej wykopane w innym miejscu, zasiał również trawę. Drugi zbudował kilka domów, identycznych, jakie wcześniej widzieli na przekazie kuli bilardowej. Tereny wokół budynków zostały zagospodarowane.
Budujecie miasto dla osadników. Te kolumny wyglądają na miejsce kultu.
Anne poczuła zbliżającą się grupę spodków, to nie był pojedynczy sygnał. Natychmiast przyłożyła pudełeczko. Zobaczyła, jak od strony oceanu nadlatuje grupa kilkunastu spodków. Z przodu ustawiły się trzy obiekty zwiadowcze, po bokach dwa bojowe, w środku spodek z podwieszonym białym obiektem zwiadowczym. Za nimi w pewnej odległości majestatycznie szybowały dwa niebieskie. Formację zamykały trzy dyski bojowe. Wszystkie skierowały się do wybudowanych kolumn. Spodek z podwieszonym obiektem zawisł tuż nad kolumną i opuścił biały dysk. Chwilę nad nim stał, aby po chwili odlecieć. Niebieskie spodki zbliżyły się do kolumny i zawisły obok. Po piętnastu minutach wszystkie odleciały. Na miejscu pozostał jedynie biały, ustawiony na szczycie kolumny. Walec, który usypał kopiec, nadleciał nad spodek i opuścił się w dół. Po minucie podniósł się i odleciał. Zobaczyła złote hieroglify umieszczone na całej kolumnie od góry do dołu.
To jest ich cmentarz i pierwsza ofiara inwazji. Przylecieli znad oceanu, widocznie tylko tutaj zbudowali cmentarz – pomyślała.
Walce systematycznie siały trawę i sadziły drzewa coraz dalej od brzegu. Dosyć rzadko stawiały domy mieszkalne. Zapadł mrok. Dziewczyna bez najmniejszych problemów powróciła do gniazda. Pierwsza zameldowała się w salonie. Postanowiła przygotować kolację.

Monica bardzo szybko odszukała kwaterę prezydenta. Głównodowodzący skorzystał z zaproszenia gubernatora stanu i urzędował w jego siedzibie. Wokół budynku rozmieszczone były stanowiska Secret Service. Wylądowała tuż przed siedzibą. Znacznie wcześniej odsłoniła spodek, aby nie wywoływać paniki – wzbudziła jedynie sensację. Gdy wyskoczyła z dysku, została powitana przez szefa ochrony i zaprowadzona do gabinetu prezydenta.
– Panie prezydencie, przyleciała pani Monica z Grupy Jacka.
– Witam, panie prezydencie.
– Witaj Monico, dziękuje za przybycie, zapewne ma pani dla nas ważne informacje.
Prezydent od razu zaprosił ją do gabinetu, w którym przebywało kilku oficjeli.
– Nie tylko informacje, ale także zadanie do wykonania. Zacznę jednak od informacji. Jak pan zapewne dobrze wie, wylądowali w zaplanowanych miejscach.
– To wiemy, ale co robią, to tylko z niepewnych źródeł − odpowiedział, zdradzając duże zainteresowanie. Chciał uzyskać informacje z pierwszej ręki. Monica szybko zreferowała:
– Niszczą całą naszą infrastrukturę, dosłownie do gołej ziemi. Po przejściu ich maszyn nie pozostaje nic. Stolica praktycznie nie istnieje, po prostu jej nie ma. Teraz można podziwiać pierwotny krajobraz, ale tego się spodziewaliśmy, nie zaskoczyli nas. Staramy się spowalniać ich marsz. W ostatnich trzech dniach stracili ponad czterysta statków bezzałogowych i myślę, że to jest kilkakrotnie zaniżona liczba.
Prezydent wysłuchał tej krótkiej relacji w skupieniu. Na informację o pozbawieniu wroga dużej ilości obiektów wyraźnie zareagował.
– Jakim sposobem? − zapytał. − Nasza broń nic im nie zrobiła, a wy w piątkę zniszczyliście tyle obiektów?
– Nie zniszczyliśmy, tylko ukradliśmy i utopiliśmy w oceanie. Nie znajdą ich. Przypuszczam, że porucznik Daria ze swoją eskadrą zabrała im znacznie więcej. Jack ma dzisiaj spotkanie z Darią i będziemy wiedzieli więcej. Za tydzień spróbujemy ponownie wziąć im trochę zabawek. W końcu odczują braki i nie będą mogli, tak szybko przesuwać się do przodu. Jutro polecimy do Europy. Jeżeli im nie pomożemy, to w końcu obcy przerzucą tu wszystkie swoje siły i będzie po nas.
Przerwała na chwilę, dając czas prezydentowi na „przetrawienie” wiadomości.
− Panie prezydencie − kontynuowała. − Podejrzewamy, że siły inwazyjne nie przekazują swoim osadnikom całej prawdy o sytuacji na Ziemi. Zauważyliśmy, że wykasowali ze swojej bazy danych wszystkie obrazy dotyczące naszej cywilizacji. Pozostawili tylko te, które w ich mniemaniu nas obciążają. Chcemy rozpocząć wojnę propagandową.
Prezydent chwilę się zastanowił. Przyglądał się w tym czasie Monice. Do tej pory jedynie z nią rozmawiał i nigdy nie widział na własne oczy. Jej uroda zrobiła na nim wielkie wrażenie.
– Czy mamy jeszcze jakieś stacje nadawcze, zdolne do wysłania informacji w kosmos? – zapytał. – Generale Kubric, proszę odpowiedzieć.
– Mamy jedną niedaleko stąd − odpowiedział najstarszy uczestnik zebrania. Był jedynym wojskowym.
– Oni dotrą tutaj za pięć miesięcy, chyba że znacznie spowolnimy ten marsz. Stacja musi nadawać do końca swoich dni − wytłumaczyła Monica.
– Co ma wysyłać w eter? − zapytał prezydent, oczekując na sugestie. W świetle dotychczasowych doświadczeń wolał zrealizować pomysły Grupy Jacka, niż poddawać je pod rozwagę i oczekiwać na propozycje swojego sztabu.
– Wszystkie informacje w postaci filmów, fotografii przedstawiających ludzi, jako inteligentne istoty. − Monica od razu wymieniła szereg zadań, jakie powinni wykonać. Była dobrze przygotowana do rozmowy. − Będziemy fałszować nasz obraz, prezentując siebie w bardzo korzystnym świetle. Jak wojna propagandowa, to wojna. Żadnych farm, mogą być pola uprawne, tym bardziej nie możemy pokazać zdjęć rzeźni, sklepów i półek z mięsem. Nie prezentujemy sportu opartego na bijatyce. Musimy przesłać obrazy szkół, uniwersytetów, plac zabaw dla dzieci. Akcje pomocy w przypadku klęsk żywiołowych, nie te prowadzone po zamachach terrorystycznych. Mamy być bezbronni, unikamy obrazów wojsk. Trzeba zebrać odpowiedni materiał i zrobić selekcję, wycinając nieodpowiednie sceny. Myślę, że przedstawiłam wystarczająco jasno, co ma zawierać materiał przeznaczony do emisji. Nie powtarzajcie tych samych scen, tylko ciągle nowe. My dostarczymy materiały z tego, co oni robią teraz, a więc zniszczone miasta, fabryki. Nie będzie na nich żadnych ofiar, bo po zmarłych nie pozostaje najmniejszy ślad. Być może będą chcieli uciszyć radiostację, niech ludzie będą z dala od nadajnika.
– Czy jest jakaś szansa na zniszczenie ich obiektów? − zapytał generał Kubric. Nie zrezygnował z możliwości użycia wojska. Monica spojrzała na niego zdegustowana, ale szybko się wycofała.
– Tych bojowych i zwiadowczych nawet nie zarysujemy − odpowiedziała. Po chwili dodała, wiedząc, że będą musieli skorzystać z pomocy wojska. − Możemy uszkodzić te, które niszczą miasta. Ukryli je przed nami, gdy zbliżali się do Ziemi. Nazywamy je żarłaczami, gdyż wszystko, co stanie na ich drodze pożerają i wypluwają czystą ziemię. Resztę urobku pakują w kontenery i wywożą na orbitę. Na razie nie rozpracowaliśmy ich do końca, ale to zrobimy.
– Możecie do nich podlecieć? − zapytał generał, zainteresowany możliwością dotarcia do przeciwnika.
– Tak, tak było do tej pory, nie zwracali na nas uwagi. Dzisiaj obudzili się i zobaczyli nasze dzieło, mogli się zdenerwować, chociaż taki stan ich nie dotyczy. Anne została na miejscu i obserwuje zachowanie obcych. Wieczorem będziemy wiedzieli, jak zareagowali.
Monica długo jeszcze odpowiadała na pytania. Wieczorem odleciała na spotkanie z całą grupą.

Rose z Zeni pół godziny szukały miejsca pobytu Komitetu Obrony. W końcu znalazły go w centralnej Kanadzie. Kawalkada samochodów rozlokowała się na dużej polanie w lesie. Samochody techniczne stały na małym wzniesieniu, a pod nim kilka kontenerów dowództwa. Wylądowały na środku polany, szybko zostały otoczone przez ochronę. Black skorzystał z okazji i natychmiast pobiegł do lasu. Nie musiały się przedstawiać, były dobrze znane. Babcia wybiegła na spotkanie, rzuciły się sobie w ramiona.
– Witaj babciu, wpadłyśmy z odwiedzinami. Przekazujemy całusy od Jacka i dziewczynek.
– Witajcie kochane wnuczęta, a gdzie przebywa reszta towarzystwa?
– Babciu, nie mogli przylecieć. Jack zlecił im inne zadania.
– Od kiedy to Jack coś wam zleca? − zapytała zdziwiona.
– Czasami mu pozwalamy, nie może być wiecznym chłopcem na posyłki – odpowiedziała Rose.
Babcia zaprosiła je do swojego biura zorganizowanego w kontenerze. Połowa powierzchni zajmowało biuro, drugą mieszkanie. Mogły ocenić, w jakich warunkach pracuje przewodnicząca Komitetu Obrony. Wzdłuż ścian zostały zamocowane liczne monitory, większość był wygaszona. Na biurku leżały przenośne radiostacje. Babcia uruchomiła jedną i zaprosiła Johna i Mike’a.
– Opowiadajcie, nie docierają do nas wiadomości z pierwszej linii frontu − poprosiła. − W międzyczasie przygotuję wam kawę.
– Front im trochę popsuliśmy, na pewno dzisiaj rano spotkała ich mała niespodzianka. Mogli się zdenerwować, boimy się o Anne, która została na miejscu. − Rozpoczęła Rose.
– Opowiadajcie wszystko dokładnie i po kolei, i nie zaczynajcie od łóżka.
– Babciu, łóżko to jest najciekawsze, co nas spotyka.
– Rose! Dorwę Anne i przeprowadzę z nią bardzo poważną rozmowę.
– Jesteś pewna, że ci się uda poważnie z nią porozmawiać? − zapytała, mrużąc oczy.
– Nie jestem, ale spróbować można. Dlaczego boicie się o Anne?
– Przez trzy ostatnie dni, a ich noc, ukradliśmy obcym prawie wszystkie bezzałogowe dyski, którymi chronili zdobyty teren. Schowaliśmy je tak, że ich nie znajdą. Stracili je bezpowrotnie. Powtórzymy to, w końcu im zabraknie i będą mieli poważny problem do rozwiązania. Na pewno to spowolni działania wroga. Anne została w mieście i ma obserwować obcych. Chcemy wiedzieć, jak zareagują na fakt utraty bariery, co zrobią i czy zmienią swoją dotychczasową taktykę działań. Anne najlepiej z nas porusza się dyskiem, więc Jack ją poprosił o wykonanie tego zadania.
Do biura przyszli zastępcy przewodniczącej. Usłyszeli część wyjaśnień Rose. Babcia poczekała, aż zajmą miejsca i zadała kolejne pytanie:
– Co oni robią? Jak przesuwają się do przodu?
Rose i Zeni przedstawiły taktykę agresora, opisały dokładnie, w jaki sposób niszczą miasta. Poinformowały, że cała metropolia przestała istnieć, ich dom też. Nie wszystko jednak zniszczyli – gniazdo w parku jest całe.
– Gdzie jest Jack?
– Poleciał na spotkanie z porucznik Darią. Monica spotyka się z prezydentem.
– Po co?
– Mamy prośbę. Przypuszczamy, że osadnicy obcych nie są informowani o przebiegu inwazji. Z komputera w naszym bunkrze zniknęły zdjęcia wszystkich obiektów cywilnych, pozostawili tylko wojskowe. Chcą nas przedstawić w jednym, najgorszym świetle, dlatego chcemy rozpocząć wojnę propagandową.
– W jaki sposób? − zapytał John.
– Chcemy, aby wysyłać w kierunku kawalkady z osadnikami idealny wizerunek ludzkości. Oczywiście lekko podbarwiony. Skoro oni oszukują, to my też możemy − wyjaśniła Rose.
– Rozumiem.
– Babciu, a mamy jeszcze takie możliwości? − zapytał Zeni.
– Tak, nawet tutaj posiadamy odpowiedni sprzęt. Teraz raczej nastawiony na odbiór, ale zmienimy kierunek transmisji. Słyszeliście, o co proszę moje wnuczki. Zorganizujcie pracę nadajników. − Babcia wydała polecenie swoim podwładnym. Uznała, że należy szybko przystąpić do działań. Zależało jej także na prywatnej rozmowie z „wnuczkami”.
– Tak jest.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości