Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
[Vexion] Podszepty przeszłości
#31
Wielkie dzięki, Vet :) Chyba wychodzę z wprawy, biorąc pod uwagę to, ile pojawiło się błędów. Z jednym się tylko nie zgodzę: tam, gdzie jest poprawka z "jaśnie pana" na "jaśnie panie" – chodzi tutaj o jego potrawy, a nie sam zwrot do niego.
I kolejny fragment, miłej lektury :)


Rozdział II – Touko, czyli ogień emocji i istnienia
Część II


– To musi być niezwykłe miejsce. A tymczasem my, nawet jako jedna rasa, nie potrafimy żyć w zgodzie – westchnął Shin'kel. – Nie więcej jak cztery tygodnie temu mój dwór przygotował potrawy na ożenek harla Taren'vita, a już kilka dni później otrzymywałem raporty o wzmożonej aktywności bandytów w prowincji.
– To są wyjątkowo złe wieści, baronecie. Poinformowałeś o tym harla Taren'vita? – zaniepokoił się Ambert.
– Naturalnie. Oczywiście, tylko moje ziemie są celem ataków. Moja drobna armia jakoś sobie radzi, ale mam wrażenie, że pozostali baroneci i lordowie są wyjątkowo niezadowoleni, że taki zaszczyt spłynął na moje barki. A wiadomo, dokąd najczęściej zmierza niezadowolenie.
– Jaśnie pan podejrzewa o te ataki innych baronetów i lordów? – zdumiała się Emilia. Wszyscy spojrzeli na nią, jakby to było oczywiste.
– Naturalnie. W polityce ciężko znaleźć sojuszników, którzy służą temu samemu lordowi – powiedział Ambert. – To jest walka o wpływy.
Dziewczyna przez długi czas myślała, marszcząc brwi. Nie potrafiła sobie wyobrazić sytuacji, w której neva, rody rządzące, miały ścierać się między sobą o wpływy u cesarza.
– Nie rozumiem tego, jaśnie panie – zwróciła się do Amberta. – Czemu dążyć do walki zamiast poświęcić swoje siły na wzmocnienie pozycji miasta? Skupiając się na innych aspektach rządów, można by poprawić jakość życia mieszkańców, co bezpośrednio wpłynęłoby pozytywnie na rozwój jednostek oraz rozkwit gospodarki.
– Te słowa brzmią jak czysty idealizm – stwierdził baronet, kręcąc. – To nigdy się nie uda. Ci ambitni zawsze będą starali się ścierać między sobą o jeszcze więcej władzy, ci chciwi będą próbować wyrwać złoto z gardła innych.
– Dalej nie rozumiem, jaśnie panie. Wielu neva było niesłychanie chciwych, ale przekuli tę wadę w zaletę i stali się najlepszymi negocjatorami. Ambicja pozwoliła, by miasto, którym rządzili, rozkwitało dużo szybciej, a także zaszczepiali ambicję w sercach mieszkańców. Dlaczego więc jest taka różnica?
– Nie bali się, że inni zaatakują ich w chwili słabości? – zdziwił się Ambert.
– Zaatakować? Po co? – zapytała z niezrozumieniem Emilia.
– Jeżeli nie po wpływy, ziemię czy bogactwo, to po co innego? Każdy, kto zasmakuje władzy, staje się na to wyjątkowo wyczulony – stwierdził Shin'kel.
– Wpływy? U kogo? Wszyscy neva, czy starzy, czy młodzi, czy z dużego miasta, czy z małego, ich głos miał tę samą wagę przed obliczem najświętszego cesarza.
Ambert wysłuchiwał jej w milczeniu. Jej słowa brzmiały wyjątkowo idealistycznie, przedstawiały jakąś nieosiągalną utopię, a jednak mówiła prawdę. Gdzieś tam istniał kraj, w którym nie istniały brudne, polityczne gry. Powoli zaczynał rozumieć jej wcześniejsze słowa. Utrzymywanie porządku w prefekturze, a także dodatkowej, regularnej armii kosztowało go prawie połowę budżetu. Jeżeli ta połowa byłaby nagle dostępna dzięki bezgranicznej ufności między lordami i musiałby wydać ledwie ułamek poprzedniej sumy na utrzymanie ładu, to możliwości gwałtownie rosły. Wiedział jednak, że taka sytuacja była kompletnie niemożliwa.
– To jest chyba to, co nazywa się barierą kulturową – powiedział nagle.
– Hm, najwyraźniej – potwierdził baronet, choć odrobinę niechętnie. Chciał jeszcze trochę porozmawiać z tą niezwykłą dziewczyną, ale słowa harla wyraźnie miały zakończyć dyskusję, zanim ta przybierze zły obrót. Zauważył, że Emilia, jak ją nazywał harl Ambert, marszczyła teraz w zamyśleniu czoło. To, z jakiego wyidealizowanego świata pochodziła, stawało się coraz większą zagadką nie tylko dla baroneta. Jednak te myśli szybko zostały przepędzone.
Ktoś zapukał w drzwi i te otworzyły się po chwili, a do środka weszli służący baroneta, niosąc w rękach parujące półmiski z jedzeniem. W końcu mogli zabrać się za jedzenie. Emilia nie wiedziała jedynie, co miałaby wybrać. Poczuła rozczarowanie, kiedy do jej nozdrzy nie trafił zapach potraw. Ciężko było powiedzieć, by potrawy wyglądały apetycznie, a te, które wyglądały dobrze, były jej kompletnie nieznane. Dlaczego to coś, co wyglądało jak pieczeń ze świni wciąż miało rogi? Coś przypominającego zieloną, pokrojoną kiełbasę leżało tuż obok dziwnie brązowej mazi. Jakkolwiek nie patrzyła, wszystko wyglądało niezwykle obco. Słysząc rozmowy innych o tym, jakie dobre było jedzenie, przestała się rozglądać i nałożyła sobie pierwszą rzecz z brzegu, jaka mogła być smaczna.
Wzięła drobny kęs i zaczęła powoli przeżuwać. Jednak nieważne, ile czekała, smak w ogóle nie nadchodził. Mięso było kompletnie pozbawione aromatu. Spodziewała się, że pod tą chrupką skórą mogło coś się kryć, ale czuła, że żuła dosyć delikatną tekturę. Powoli zakryła usta, próbując powstrzymać łzy. To nie jedzenie było bez smaku, a ona. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, coś zaczęło w niej pękać. Pewna część jestestwa zapadła się i wszystkie nienormalności jej ciała, które ciągle odpychała, nagle otoczyły ją, nie pozwalając na ucieczkę.
Wypuściła z dłoni metalowe sztućce, które głośno zadzwoniły o talerz. Drobne łzy, które spływały z jej policzków, spadały na drewniany stół z lekkim stukotem i przetaczały się jak małe klejnociki. Nie uszło to uwadze harla i baroneta, którzy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Emilia zerwała się ze swojego siedzenia.
– Przepraszam najmocniej – wydusiła z siebie, po czym wybiegła z sali.
Ambert ze zdziwieniem patrzył na miejsce, gdzie wcześniej siedziała. Drobne klejnociki radośnie pobłyskiwały w blasku świec. Zaraz po tym jego spojrzenie powędrowało ku drzwiom, przez które wybiegła.
– Och, być może smak potraw coś jej przypomniał? – zastanowił się na głos baronet.
Ambert jedynie milczał. Przez ułamek sekundy, nim się odwróciła, zdążył dostrzec jej wyraz twarzy. To nie mogło być zwykłe wspomnienie. Jej oczy płonęły dużo intensywniej, ale tym razem, o dziwo, nie wyczuwał żadnych pulsacji mocy jak wcześniej. Emilia była czymś przerażona i przytłoczona.
– Myślę, że będzie lepiej, jeżeli pójdę po nią – stwierdziła Roelle, bezbłędnie odczytując myśli męża. – Obawiam się, że to wspomnienie nie mogło należeć do najszczęśliwszych. W takim wypadku lepiej, gdyby znajdowała się obok kogoś znajomego.
– Tak, być może tak będzie najlepiej – odparła nieco zmartwiona Aren'kela. – Mam nadzieję, że nic się jej nie stanie. Wy, ludzie, jesteście wyjątkowo delikatni... – westchnęła.
Baronet pokiwał jedynie z namysłem głową, po czym wrócił do jedzenia. Roelle, przechodząc obok miejsca, gdzie siedziała Emilia, zerknęła na leżące klejnoty. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziała tak pięknego blasku. Ciężko było jej uwierzyć, że to jedynie łzy. Ale jak to możliwe? Kiedy szła korytarzami posiadłości, zastanawiała się nad tą kwestią. Czasem ludzie, którzy dysponowali ogromną mocą, doświadczali różnych zmian na ciele. Być może i tak było w jej przypadku? Ambert przekazał jej, że wyczuwał od niej wyjątkowo silne pulsowania mocy, więc mogła także pochodzić z ich kontynentu, z Materienu. Ale nawet jeśli – jej opowieści nie pokrywały się z realiami, a Quasi Amberta potwierdzał prawdziwość jej słów.
Poczuła, że wdepnęła w coś mokrego. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy patrzyła na zwłoki strażnika. Po chwili zaklęła pod nosem i spojrzała w stronę wyjścia. Zostawiła w swoim życiu dużo więcej trupów na polu bitwy, jednak obecna sytuacja nie sprzyjała jej planom. Ich prywatne straże nie powinny przepuścić żadnych napastników, a jednak coś się przekradło. W końcu podwinęła suknię i biegiem wróciła do sali, by poinformować o potencjalnym ataku.



Biegła przed siebie przez korytarze rozległej posiadłości. Nikt jej nie zatrzymywał, jakby nie było nikogo, kto mógłby tego dokonać. Każdy jej krok zostawiał na drewnianej posadzce spalony ślad. Czuła, że coś wewnątrz paliło ją niemiłosiernie. Nic nie było takie, jakie powinno być. Wszystko, czego trzymała się przez ostatnie tygodnie, rozsypywało się jedno po drugim. To był jakiś sen, nie, to musiał być koszmar. Przestała cokolwiek rozumieć. Dlaczego niczego nie czuła? Dlaczego wszystko było takie odległe? Dlaczego była tak mało ludzka?
Na ułamek sekundy jej oczy przesłoniły płomienie. Coś, co tkwiło wewnątrz niej, co do tej pory było zimne jak lód, coraz bardziej ją paliło. Miała już dość tego dziwnego ciała. Czy faktycznie była tym, za kogo się podawała? Nie, powinna zadać inne pytanie: czy wciąż była człowiekiem?
Na wpół zaślepiona płomieniami, na wpół pogrążona w myślach, uderzyła w coś miękkiego, zatoczyła się, a potem trafiła z impetem głową w twardą ścianę. To ją nieco otrzeźwiło, ale głośne trzaśnięcie mocno ją zaniepokoiło. Z trudem usiadła. Stróżka gęstej krwi ściekała po twarzy. Wymacała palcami ranę, a właściwie dosyć pokaźne pęknięcie w czaszce. Poza lekkim oszołomieniem nie czuła zupełnie niczego innego. Spojrzała nieco otumaniona na leżącą na ziemi postać, która wytrzeszczała na nią oczy.
– Szersz'am – wybełkotała z trudem, chwiejąc się na boki. – Szysstk w przątk?
Nieco ściągnęła brwi, nie rozumiejąc, co w domu leara miał robić tangri. Ambert wspominał, że mieli jakąś wojnę. Właściwie, nie rozumiała tego, ale tutaj wszyscy tłukli się między sobą. Państwa z państwami, lordowie z lordami, jeszcze brakowało, by i mieszkańcy atakowali innych mieszkańców. Znowu wybełkotała coś do niego, choć tym razem nie były to nawet słowa. Dziwne, choć myślała całkiem trzeźwo, ciało nie chciało za nic jej słuchać.
Niemalże obojętnie patrzyła, jak tangri wstawał. Otaczały go czarne i szkarłatne wstęgi, które wypełniały nierównomiernie cały korytarz. Czy właśnie tak to wyglądało, kiedy przekroczyła te progi dwie – trzy godziny temu? Nie potrafiła sobie przypomnieć. Intruz był całkiem drobny, nic dziwnego, że zderzenie z nim posłało go niemalże przez pół korytarza. Nogi miał podobne jak u lisa, choć bardziej umięśnione. W małych łapach ściskał pobłyskujący złowrogo miecz, na którym syczała gotująca się krew. Czarne oczy, umieszczone nad wydłużonym, psim pyskiem, patrzyły na nią z mieszanką zaskoczenia i wrogości.
Dziewczynę coś tknęło i spojrzała w dół. Na wysokości splotu słonecznego jej suknia coraz bardziej barwiła się czerwienią i wyglądała na przeciętą. Kiedy dotknęła tego miejsca, odkryła dziwne wgłębienie, którego wcześniej z pewnością nie było.
Westchnęła, kiedy zrozumiała, że pchnięto ją mieczem.
I to byłoby właściwie tyle. Gdyby nie zdumione spojrzenie szarego tangri, prawdopodobnie zauważyłaby to dużo później. Miała coraz gorsze przeczucia, ale nie miała siły nawet krzyknąć. Osunęła się pod ścianą, patrząc tępo na zbliżającego się intruza. Przysunął czubek miecza do jej lewej piersi.
– Możesz o to winić jedynie siebie, że znalazłaś się dzisiaj w tym domu – powiedział cicho w języku natury.
Pokręciła głową. To nie jej wina. Nie miała już na nic wpływu. Podążała jedynie za innymi, bo już nie chciała być samotna. Tangri nacisnął mocniej na miecz i ostrze przebiło jej ciało. Nie czuła niczego, poza narastającym wyczerpaniem, kiedy krew przestała docierać do mózgu. Uśmiechnęła się jedynie do napastnika. Ostatkiem sił położyła swoją dłoń na jego.
A więc to tak wygląda koniec, pomyślała, przymykając oczy.



Novic wciąż trzymał syczący, rozpalony do czerwoności miecz i wypuścił go z oparzonej ręki. Futro na dłoni wypalone było w kształcie drobnej dłoni. Jego serce biło jak szalone. W tej posiadłości miał być tylko baronet z pierwszą i służbą, więc skąd, do demonów, wzięła się tu ludzka dziewczyna? Nie wyglądała, by pochodziła z Daldelacji, a nie było innego ludzkiego królestwa na tym kontynencie. Jeszcze bardziej dziwiło go to, że jej oczy płonęły jak dwa słońca, a ona sama wydawała się zupełnie nie czuć bólu, jakby była czymś odurzona. Nie rozumiał, w jaki inny sposób ktoś z rozłupaną na dwoje czaszką i przebitą przeponą wciąż dał radę się ruszać. Mimo to była dziwnie spokojna w obliczu nadchodzącej śmierci. Uśmiechała się jedynie, bez śladu strachu lub żalu.
Nie, to było coś więcej, pomyślał, patrząc na gorący miecz i przypaloną rękę. Pierwszy raz widział coś podobnego na oczy, choć słyszał plotki o tym, że ludzki harl i jego małżonka dzierżyli tajemnicze moce, których nigdy wcześniej nie widziano. Być może... ta dziewczyna była z nimi w jakiś sposób powiązana?
Cicho stęknął, macając się po żebrach. Mógłby przysiąc, że uderzył w niego rozpędzony wóz.
– Do diabła z tym wszystkim – warknął, spluwając na bok krwią. Miał nadzieję, że żebra nie były połamane.
– Wszystko w porządku, sinva? – zapytał Leiric, drugi tangri, wychodząc zza rogu, gdzie się ukrywał. Jego miecz także pokrywała świeża krew.
– Chyba musicie iść beze mnie – powiedział Novic. Młodzik zlustrował go wzrokiem, po czym kiwnął głową.
– Rozumiem. Wycofaj się w takim wypadku, my zajmiemy się resztą.
– Uważajcie na siebie. Nie wiemy, czy nie ma tutaj więcej ludzi.
– Ludzie nam nie straszni – stwierdził Leiric, szczerząc długie kły w uśmiechu.
Odprowadził starszego brata wzrokiem, a potem ruszył dalej korytarzem. Mieli proste zadanie – zabić wszystkich w posiadłości poza baronetem. Ich klient miał bardzo dziwne poglądy. Najwyraźniej chciał patrzeć, jak jego przeciwnik polityczny powoli zanurzał się w nieszczęściach. Pragnął tego wystarczająco mocno, że zatrudnił nawet zabójców z wrogiego kraju. Leiric śmiał się jedynie w duchu, kiedy myślał o tych wszystkich interesach, jakie ubijali lordowie w miejscach, gdzie nie sięgały oczy zwykłych learów.
Jednak zastygł po kilku krokach, słysząc coś wyjątkowo niepokojącego. Pierwotne instynkty nagle zabiły na alarm, niemalże zmuszając go do ucieczki. Powoli odwrócił się, bojąc się tego, co mógł ujrzeć. Martwe ciało powoli podnosiło się z ziemi. Pęknięta czaszka zrastała się w zastraszającym tempie, dziury w sercu i brzuchu już były zamknięte, nie zostawiając poza krwią żadnych śladów. Przez półotwarte powieki tęczówki świeciły jak dwa słońca.
I dziewczyna, mimo że nie powinna żyć, uśmiechnęła się obłąkańczo. Zrobiła dosyć niepewny krok, jakby szła po raz pierwszy od wielu, wielu lat.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#32
Rozdział II – Touko, czyli ogień emocji i istnienia
Część III

– Demon... – wyszeptał z przerażeniem. Chciał uciekać, ale każdy skrawek ciała zastygł ze strachu. Jej uśmiech, ruchy, obecność; to wszystko zaczynało wypełniać jego umysł niczym zimny ołów. Po raz pierwszy w swoim życiu przerażał go człowiek, a przynajmniej coś, co go przypominało.
– Powiedz mi, szczeniaczku – powiedziała łagodnie w starożytnym języku natury. Nie przypominał powarkiwania i poszczekiwania, które dominowały w nowych dialektach. Miał wrażenie, jakby sam wiatr szeptał prosto do jego duszy. Te trzy słowa wystarczyły, by mimo przerażenia zauroczyć go. Jedynie bogini mogła mówić tak pięknie i lekko. Poczuł się głupio, że śmiał ją nazwać demonem. Upadł na kolana, wytrzeszczając na nią oczy. Drobne łzy znikały w gęstym futrze. Podeszła jeszcze bliżej i ujęła jego pysk w zakrwawione dłonie. – Powiedz mi, gdzie poszedł ten, który skrzywdził moją ukochaną Emilię – poprosiła. Jej głos był piękny, melodyjny, łagodny, ale jednocześnie trochę stanowczy, nieznoszący odmowy. – Powiedz mi, a twoja śmierć nadejdzie szybko i bezboleśnie – dodała półszeptem, gładząc go po zwierzęcej twarzy.
Jego czułe uszy wychwyciły każde jej słowo, a umysł reagował na nie wyjątkowo entuzjastycznie. Napawał się nimi, zupełnie jakby popadł w jakiś obłęd. Istniała tylko ona, bogini natury, niepowstrzymana siła spętana w drobnym ciele. Jej ogniste oczy stały się dla niego całym światem. Nie powiedziała, kim była ta Emilia, ale w jakiś sposób zrozumiał. Wskazał palcem kierunek, w którym wycofał się jego brat. Bo jak inaczej mógłby postąpić? Bogini się nie odmawia. Chciał jedynie, by mówiła więcej. Pragnął jej głosu bardziej niż czegokolwiek innego do tej pory. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, co zrobił. Bogini teraz odejdzie stąd, a on być może już nigdy więcej nie usłyszy jej głosu!
– Ach... tam? – spytała pogodnie, zerkając w tamtą stronę. – Mhm! Tak, byłeś dobrym szczeniaczkiem. Tak, byłeś, i teraz należy ci się nagroda! – stwierdziła radośnie. Leiric uśmiechnął się ze szczęścia.
I taki uśmiech mu pozostał, kiedy dziewczyna skręciła mu kark. Złapała go za kołnierz i pociągnęła go za sobą w głąb posiadłości.
– Zasrane śmiecie – wymamrotała w regizoryjskim, spluwając na bok. – Jak tylko dorwę tego, co śmiał zranić moją ukochaną... ach... biedna Emilia... – Zatrzymała się, spoglądając przez otwarte okno w nocne niebo. Uznała, że było wyjątkowo piękne i z pewnością spodobałoby się Emilii, nawet, jeżeli jej umysłem targały wątpliwości i konflikty. – Nie rozumiem, jak można skrzywdzić kogoś takiego...
Touko ciężko westchnęła. Nie miała ochoty mieszać się w sprawy innych ludzi, a właściwie innych stworzeń w tym przypadku, ale nie podobało się jej, że ktoś śmiał zranić Emilię, a raczej kogoś, kto się za nią obecnie podawał. Już wcześniej ledwie powstrzymała się przed spaleniem wszystkich łowców niewolników żywcem, kiedy biczowali jej ukochaną. Uratowało ich jedynie to, że ona sama tego pragnęła. Czy istniał ktoś inny na świecie, kto dobrowolnie nadstawiłby plecy za obcą osobę? Była świadoma tego, że Emilia zrobiła to dla samospełnienia, ugaszenia tego palącego poczucia winy. Prawdziwe dobro istniało jedynie, kiedy dobre uczynki robiła pozbawiona duszy i woli kukła, bo wtedy ich natura leżałaby w całkowitej bezinteresowności. Emilia była od tego daleko, nawet jeśli nie potrafiła odnaleźć siebie po długim, długim śnie. Touko uważała to za wyjątkowo urocze. Nie znała wielu, co czuli na własnej skórze ból innych wyłącznie na sam widok kary.
Dziewczyna zachichotała cicho. Jej niedawno martwe serce zabiło dużo mocniej, kiedy myślała o Emilii. Jej życia i istnienia nie mogła całkowicie pojąć. Minęło tyle czasu, nim z tej zupy wspomnień, pragnień, osobowości i dusz wyłoniło się coś konkretnego. Nie wiedziała, co spowodowało zmianę, a mimo zaciekawienia nie starała się rozwikłać tej zagadki. Uwielbiała, nie, kochała tę tajemniczą stronę Emilii. Uznawała to za znak, że ludzkość posiadała potencjał, którego nie przewidział ani Hyperion, ani najświętszy cesarz. Choć, kiedy dłużej myślała nad tą kwestią, być może głowy cesarstwa wiedziały dużo, dużo więcej, niż to okazywali.
Ale teraz nie musiała się tym przejmować. Była w miejscu i czasie, gdzie ich wpływy nie sięgały. Musiała jedynie oddać się zemście, a być może nawet sięgnąć po odrobinę bardziej drastyczne środki. Oparła trupa o ścianę i rozchyliła jego usta. Zbliżyła się, jakby chciała go pocałować. Przez rozchylone wargi przepłynęła biała mgła i wsiąkła w ciało tangri, które zadrżało chwilę później. Uszkodzone kości zatrzeszczały cicho i truchło otworzyło oczy. Zamiast poprzedniej dzikości, miał dziwnie ludzkie, spokojne spojrzenie.
– Och... – westchnął, próbując wstać. – Nie spodziewałem się, że to możliwe...
– Wiele rzeczy jest możliwych, Erlin. Czasami jedynie wystarczy wygonić poprzedniego lokatora – stwierdziła Touko. – Podnieś broń. Czeka nas praca.
Pozwoliła, by zawładnęła nią szaleńcza miłość, a razem z nią – bezgraniczny gniew i obłąkańcza nienawiść. To stanowiło jestestwo Touko. Była reinkarnacją wszystkiego, co intensywne. To jej przywilej – była pierwszą spośród jej rodzaju, spośród siedmiu Arek, ale chętnie oddała swoje miejsce Emilii. W przeciwieństwie do niej, nie miała niczego. Zaraz obok Noemi stała się jej wszystkim, całym światem, wszystkimi barwami, wszystkimi emocjami, wszystkimi wspomnieniami. Stała się wszystkim i na krótki czas zapomniała o tym, kim była. I to... było cudowne. Odmienne. Intensywne. Jeszcze intensywniejsze i gwałtowniejsze niż ona sama. Doskonale znała ku temu powód i nie miała zamiaru pozwolić, bo ktokolwiek albo cokolwiek stało na ścieżce do szczęścia Emilii, która razem z innymi zginęła wyjątkowo niesprawiedliwą śmiercią.
Wtedy nie mogła się zemścić. Wtedy nie mogła być wściekła. Wtedy nie mogła nic zrobić. Wtedy było po prostu za późno na wszystko.
Ale teraz... teraz jest zupełnie inaczej, pomyślała, obserwując, jej ciało rozpadało się, uwalniając drzemiące wewnątrz szkarłatne płomienie. Skrzywiła się z bólu, od którego już się odzwyczaiła. Teraz, kiedy była na wierzchu, a wydarzenia nie omijały jej szerokim łukiem, mogła podjąć odpowiednie kroki.



Zerwała się z łóżka cała roztrzęsiona i na granicy płaczu. Dopiero po chwili zdawała sobie sprawę, że znajdowała się bezpieczna we własnym domu. Była spocona, jakby właśnie przebiegła maraton w palącym słońcu. Wymacała w ciemności butelkę wody mineralnej i ugasiła pragnienie. Zegarek wskazywał, że za trzynaście minut będzie piąta godzina. Wytarła mokre od łez policzki, wydmuchała nos i usiadła na skraju łóżka. W końcu ukryła twarz w dłoniach, cicho płacząc i pozwalając emocjom wziąć górę.
Ten przerażająco długi sen w końcu się skończył. Ta pustka gdzieś przepadła. Znowu czuła, że była człowiekiem. Znowu czuła coś więcej niż swoje emocje. Każdą kroplę potu, która spływała nieśpiesznie po jej ciele, chłodny powiew klimatyzacji, zapach wczorajszych perfum, dziesiątki bodźców, za którymi tęskniła, dawało o sobie znać i pobudzało każdy fragment jej umysłu. Miała wrażenie, że minęło naprawdę wiele tygodni, nim ostatni raz coś takiego czuła. Rozkoszowała się nawet tym zimnem, które z każdą chwilą dokuczało jej coraz bardziej. W końcu zebrała się w sobie i poszła pod prysznic, by zmyć z siebie pot.
To jest życie, pomyślała. Powoli wracała do swojego tradycyjnego spokoju. Jeszcze niedawno szalejące emocje przycichły, co pozwoliło jej nieco otrzeźwieć. Spędziła pod gorącym prysznicem dużo więcej czasu, niż powinna, ale czuła, że musiała to w jakiś sposób nadrobić. To było dziwne, w końcu nie dalej jak wczoraj wieczorem brała kąpiel, więc skąd to dziwne uczucie, że brakowało tego przez tak długi czas? Wszystko przez ten cholerny sen, pomyślała, zaciskając oczy.
Po skończonym prysznicu kręciła się nago po domu, uprzednio wyłączając klimatyzację. Była to wielka zaleta mieszkania samotnie – nikt nie zrzędził na widok gołych pośladków o poranku. Pamiętała jednak, że jednej przyjaciółce, którą raz u siebie przenocowała, bardzo się to podobało. O dziwo, nie potrafiła do końca skojarzyć, kto to był dokładniej. I kiedy to się dokładniej stało? Zamyśliła się na chwilę, trzymając pilot w dłoni. W końcu wzruszyła ramionami, włączyła telewizor, założyła bezprzewodową słuchawkę na lewe ucho i poszła do kuchni. Pewne rzeczy jak zwykle przypomną o sobie, kiedy nadejdzie właściwa albo niewłaściwa chwila.
Niemalże zapomniała, jak zmieniało się ustawienia ekspresu do kawy. Odkąd go kupiła, parzyła tylko i wyłącznie jeden rodzaj kawy. Spędziła kilka minut z instrukcją w ręku, zmieniając opcje maszyny. Potrzebowała czegoś mocniejszego, czegoś o silniejszym smaku. Słuchając porannych wiadomości i prognozy pogody, przygotowywała przy okazji śniadanie.
– Czekają mnie porządki... – stwierdziła niechętnie, widząc nieład w lodówce.
Próbując na coś się zdecydować, poczuła nostalgiczne ssanie w żołądku. Cicho zaklęła, orientując się, że wszystko, co miała do jedzenia, było wyjątkowo lekkie i beztłuszczowe. W tym momencie ciało domagało się czegoś większego, niż mogła zaoferować dieta. Chciała napchać się jedzeniem, aż będzie na skraju pęknięcia. Gdyby tylko nie dieta... Przełknęła głośno ślinę na samą myśl o możliwościach, które mogły się przed nią otworzyć.
– Tylko... ten jeden raz, dobrze? – mruknęła, jakby próbując przekonać samą siebie. Tylko dziś pozwoli żołądkowi wybrać za nią.
Odpaliła komputer i błyskawicznie znalazła swoją ulubioną restaurację, gdzie kiedyś często zamawiała jedzenie. Była w miarę tania, serwowała dobre jedzenie, ale co najważniejsze – pracowała dwadzieścia cztery godziny na dobę, oferowała dowóz do domu i krótki czas oczekiwania. Nim jeszcze zaczęła pracę, a każdą wolną chwilę poświęcała nauce, by piąć się jeszcze wyżej, często zamawiała stamtąd jedzenie. Teraz, kiedy pracowała w instytucie, mieszkała w wyższej strefie i jej fundusze były niebotycznie wyższe od tych, którymi dysponowała na studiach, czuła się dziwnie, zamawiając tak tanie jedzenie. Co śmieszniejsze, nie było nawet jeszcze szóstej. Kiedy ostatni raz jadła tak wcześnie? Zaśmiała się cicho, czując przez chwilę, że łamała jakąś rutynę – i było jej z tym dobrze.
– Jak zwykle szybcy, za czterdzieści minut dostawca będzie u moich drzwi – mruknęła zadowolona. Z tą myślą poszła w końcu narzucić na siebie jakieś ubranie i związać długie włosy.
Odsłoniła wszystkie okna, przełączyła telewizor na głośniki, usiadła przy komputerze i, popijając świeżo zaparzoną kawę, surfowała w sieci w oczekiwaniu na jedzenie. Pogoda znowu zapowiadała się dobrze – miało być ciepło i słonecznie, bez śladu chmur przez cały dzień. A to znaczyło, że przerwa, którą jak zwykle miała zamiar spędzić w parku, będzie wyjątkowo przyjemna. Na wszelki wypadek załadowała dodatkowe dwie książki do pamięci elektronicznej książki i podłączyła ją do ładowania.
Kiedy usłyszała dzwonek do drzwi, z entuzjazmem poszła je otworzyć. Zdziwiła się, gdy zobaczyła znajomą twarz.
– Och... – westchnął dostawca, po czym jakby skurczył się sam w sobie.
– Tilon! Nie sądziłam, że jeszcze pracujesz jako dostawca – przywitała chłopaka. Ten otworzył szerzej oczy, po czym uśmiechnął się zażenowany.
– No... cóż, tak się złożyło – odparł. – A miałem nadzieję, że to tylko zbieg okoliczności – dodał cicho. – Twoje zamówienie, Emilio. Nie sądziłem, że jako panienka z wyższej strefy wciąż będziesz zamawiać u nas jedzenie.
– Tak się złożyło. Może i mieszkam w wyższej strefie, ale nie czuję się specjalnie wykwintną damą – powiedziała z delikatnym uśmiechem. – Przypominają mi się czasy, kiedy przez naukę nie miałam czasu na nic innego – westchnęła. – Nie myślałeś o dalszej nauce?
– N-nie. Mam dobrą pracę w miłym towarzystwie, a poza tym, nie sądzę, bym sobie poradził.
– Szkoda. Pamiętam, że miałeś naprawdę dobrą głowę do matematyki i logiki, dałbyś radę w tamtym kierunku – powiedziała z nutką smutku. – Ale, jeżeli czujesz się dobrze w pracy i jesteś szczęśliwy, to dobrze. To jest ważniejsze – stwierdziła.
– Tak myślisz? – zapytał niepewnie. – Myślisz, że miałbym szansę?
– Jasne. Profesorowie często idą na rękę, jeśli jesteś mocny w danych dziedzinach. W moim przypadku przestali tak naciskać na biologię, a popchnęli bardziej ku fizyce i chemii. Może wejdziesz? Porozmawiamy trochę, nadrobimy te ostatnie trzy lata...
Tilon pokręcił jedynie głową z rezygnacją.
– Wybacz, mam jeszcze godzinę do końca zmiany. Ostatnie, czego mam ochotę słuchać, to jak Elise suszy mi głowę. Smacznego i do zobaczenia.
– Do zobaczenia, Tilon. Jak postanowisz podjąć studia, to daj znać, pomogę ci z nauką – dodała.
– Jasne, dzięki.
Uśmiechnęła się w duchu, kiedy chłopak odszedł z podniesioną głową. Tilon zawsze miał niską samoocenę, co hamowało jego geniusz. Żałowała, że marnował swój talent w miejscu, które do niego nie pasowało. Kiedy wróciła przed komputer, zdała sobie sprawę z tego, że Tilon wcale nie potrzebowałby pomocy ze studiami. Był geniuszem, w przeciwieństwie do niej. Za to ona dysponowała niezłomnymi ambicjami i uporem, którego mogły pozazdrościć nawet bezmyślne maszyny.
– Hm, dużo tego – stwierdziła, zaglądając do pudełka. Ogromna porcja wołowiny z ryżem i smażonymi warzywami, zalana słodko-ostrym sosem wyglądała w tym momencie odrobinę przerażająco. Chyba dałaby radę zjeść to w dwa dni. – Naprawdę jadłam to codziennie? – mruknęła pod nosem, unosząc brwi. Nic dziwnego, że musiała przejść na dietę i zrzucić zbędne kilogramy. Sięgnęła po widelec i rozpoczęła swoją małą batalię.
Po niecałej godzinie sięgnęła po telefon i wybrała numer do instytutu.
– Senim? Dzisiaj się spóźnię, nie dam rady przyjść wcześniej – wymamrotała bez siły.
– Och? Nie przejmuj się. Chłopaki coś spieprzyli z serwerami, pół sieci leży. Większość osób wróciła po prostu do domu, bo nie wiadomo kiedy usuną awarię. Nie brzmisz najlepiej, źle się czujesz? – spytał z troską mężczyzna.
– Tak, boli mnie brzuch. Przejadłam się i mam chyba teraz niestrawność.
– Ty? Przejadłaś się? Czym niby, sałatą i marchewką? – zakpił Senim.
– Zabawne. Zamówiłam sobie jedzenie z restauracji, w której kiedyś jadałam.
– Oho, doprawdy? Dobre mają jedzenie?
– Całkiem niezłe, jak na swoją cenę. Prowadzą działalność w średniej i niskiej strefie – dodała.
– O... och. No trudno – stwierdził Senim, lekko rozczarowany i zniechęcony. – Jak poczujesz się gorzej, to zadzwoń do lekarza.
– Jak poczuję się gorzej, to prawdopodobnie będę tuliła porcelanę do snu – rzuciła. Usłyszała parsknięcie ze śmiechu po drugiej stronie telefonu. – O której planują usunąć awarię?
– Mówili sześć – siedem godzin. Ale wiesz, jak pracują administratorzy.
– Ostatnim razem leżało dwa dni... Wiesz co? Wpisz mi na dzisiaj urlop w takim wypadku.
– Jasne. A nie masz przypadkiem jakichś zaległych badań sezonowych? Jak chcesz, to mogę w systemie sprawdzić, czy nie masz czegoś. Zajmą ci góra godzinę, ale będziesz miała jeden dzień urlopu do przodu.
– Nie wydaje mi się, ale sprawdź, Senim.
– Daj mi chwilkę. – Słyszała ciche stukanie w klawiaturę. – I... nie, nie masz. No niestety. Wszystko przynosisz na czas. Dobra, to zaznaczam ci urlop.
– Dzięki, Senim. A teraz – ziewnęła przeciągle – myślę, że się zdrzemnę.
– Daj spokój, porozmawiaj ze mną, nudzę się! Wiesz, że w instytucie jest teraz ledwie trzydzieści osób, z czego tylko ja jeden nie jestem z administracji sieci?
– Wybacz, jestem na urlopie. Do jutra.
– Ty mała...!
Rozłączyła się i położyła telefon na stole. Cicho stęknęła, kiedy jedzenie poruszyło się w nabrzmiałym żołądku. Drugą połowę wstawiła do lodówki na kolejny dzień. Czuła się jednocześnie źle i cholernie usatysfakcjonowana. Zrobiła coś, czego jej brakowało od dłuższego czasu. Po raz kolejny ziewnęła. Nie sądziła, by dała radę przysnąć, ale zawsze warto było spróbować. Przykryła się kocem i przymknęła oczy. A sen przyszedł zaskakująco szybko.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#33
(18-11-2017, 17:28)epoN napisał(a): Rozdział II – Touko, czyli ogień emocji i istnienia

Część II

Na ułamek sekundy jej oczy przesłoniły płomienie. Coś, co tkwiło wewnątrz jej, co do tej pory było zimne jak lód, coraz bardziej ją paliło.

co tkwiło wewnątrz niej (?)

Nieco ściągnęła brwi, nie rozumiejąc, co w domu leara miał robić tangri. Ambert wspominał, że mieli jakaś wojnę.

Jakąś nie jakaś.


(15-12-2017, 00:18)epoN napisał(a):
Rozdział II – Touko, czyli ogień emocji i istnienia

Część III


 Już wcześniej ledwie powstrzymała się przed spaleniem wszystkich łowców niewolnikiem żywcem, kiedy biczowali jej ukochaną. 

niewolników

 Jeszcze intensywnie i gwałtowniejsze niż ona sama.

intensywniejsze (?)


Hejka, 
Dawno mnie nie było, bo życie mi się trochę pokomplikowało, ale mniejsza o to.
Z przyjemnością przeczytałem parę zaległych fragmentów. Z dwóch ostatnich parę drobiazgów, które rzuciły mi się w oczy, podsyłam powyżej.

Czytało mi się Twój tekst jak zwykle świetnie. Przyznam szczerze, że nie wiem jeszcze, czy podoba mi się w jakim kierunku kierujesz fabułę. Polubiłem Emilię z poprzednich kawałków i nie wiem, co z nią zrobiłeś / zrobisz. W każdym razie bardzo mnie zaintrygowałeś i czekam na ciąg dalszy.
Pozdrawiam serdecznie :)
Odpowiedz
#34
Dzięki, Misiek, za lekturę i poprawki :)
Sam do końca jeszcze nie wiem, w którym dokładnie kierunku zmierza fabuła, ale mam obecnie kilku kandydatów. Bawię się obecnie tekstem i sprawdzam, jaka kontynuacja podoba mi się najbardziej, więc kolejne fragmenty nadchodzą dosyć powoli (choć zostały napisane wcześniej, chcę mieć pewność, że są faktycznie ostateczne).

W każdym razie, kolejny fragment. Miłej lektury :)




Rozdział II – Touko, czyli ogień emocji i istnienia
Część IV

Na drugi dzień potrzebowała naprawdę dużo czasu w łóżku, by dojść do siebie. Wszystko dziwnie ciążyło, nie wspominając już o trochę paskudnym samopoczuciu. Dziwne poczucie winy nieustannie szturchało ją od wczorajszego południa. Ciągle przypominało jej, że złamała dietę, którą utrzymywała już drugi rok. Odrzuciła kołdrę na bok, przecierając zmęczone oczy. Czuła się dziwnie ospała. Zerknęła na zegarek i stwierdziła, że przespała ponad piętnaście godzin. Westchnęła ciężko i wstała z łóżka. Dopiero po chwili skojarzyła, że coś było nie tak. Miała stuprocentową pewność, że zasnęła na kanapie w salonie. Tak, nie mogło być inaczej – w końcu bardzo rzadko spała w ubraniu.
Ostrożnie wstała z łóżka, próbując uspokoić nerwowo bijące serce. Kiedy wsłuchała się lepiej, usłyszała, że ktoś chodził po jej mieszkaniu. Zastygła przestraszona. Powinna zadzwonić na policję. Powolutku cofnęła się w głąb pokoju, rozglądając się za telefonem. Dosyć szybko spostrzegła, że albo został skradziony, albo został w salonie. Sięgnęła do szafki, gdzie kiedyś ukryła paralizator, który kupiła jeszcze w niskiej sferze. Z rozpaczą odkryła, że i on zniknął.
Ktoś zbliżał się do drzwi, pogodnie nucąc sobie pod nosem. Lekkie pukanie sprawiło, że serce z nerwów prawie wyskoczyło z piersi Emilii, a ona sama chciała się rzucić pod łóżko, by się ukryć. Zebrała się jednak w sobie i przybrała pozycję do walki, próbując przypomnieć sobie jakieś ruchy z kursu samoobrony.
Drzwi ostrożnie się otworzyły i do środka na palcach weszła młoda, znajomo wyglądają kobieta, trzymając w dłoniach tacę z parującym jedzeniem. Emilia nie dostrzegała, co zostało przygotowane, ale przyjemny zapach pobudził uśpiony apetyt. Kobieta, zaskoczona cichym burczeniem i dziwną postawą bojową dziewczyny, patrzyła jedynie z przyjemnym uśmiechem. Jej ciemne oczy wydawały się przepełnione czymś ciepłym, czymś, czego Emilia nigdy nie otrzymała. Była ubrana w piękne, czarne qipao z licznymi zdobieniami białymi i złotymi nićmi.
– Mmm, w końcu spotykamy się twarzą w twarz, moja ukochana Emilio – powiedziała ucieszona kobieta. Dziewczyna próbowała sobie przypomnieć, gdzie ją widziała. To, że nie potrafiła określić źródła tej dziwnej zażyłości, drażniło i denerwowało ją coraz bardziej.
– Znamy się? – spytała ostrożnie Emilia, nie opuszczając gardy.
– Czy się znamy... ach... to odrobinę zabolało... – stwierdziła kobieta, nieco markotniejąc. – Cóż, jeżeli o to się pytasz... najwyraźniej nie wszystko jest na swoim miejscu. Czyżbym... czyżbym się pośpieszyła...?
– O czym ty mówisz?
– Hm, hm, chronologicznie precyzyjnym stwierdzeniem byłoby to, że się jeszcze nie poznałyśmy, ale to raczej… nie ma znaczenia w naszym przypadku – odpowiedziała kobieta, stawiając tackę z jedzeniem na łóżku. Emilia z zaskoczeniem odkryła, że to było tradycyjne, regizoryjskie śniadanie. Wyglądało na świeże, domowe jedzenie. – Jestem Touko Hatsu Regizorium, Arka Gniewu – przedstawiła się, elegancko kłaniając w tradycyjny sposób.
– Hatsu... niemożliwe – wyszeptała Emilia. – Kłamiesz... nikt z najświętszej rodziny cesarskiej... – mówiła, zasłaniając usta. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Za podszywanie się pod rodzinę cesarza groziła śmierć, a na tych, którzy w tym pomagali, czekała poważna kara. Emilię bała się, że straci przez nią swoje miejsce, które wydarła własnymi rękoma. – Błagam, wyjdź, nim sprowadzisz na mnie kłopoty!
Kobieta uśmiechnęła się smutno.
– Masz ciekawe wyobrażenie o Emilii... ale to nie ma najmniejszego znaczenia. – Podeszła bliżej dziewczyny i minęła ją, by odsłonić okno. Było już wczesne południe, przyjemna pogoda wręcz zapraszała na zewnątrz. Zerknęła na apartamentowce w centrum miasta, a potem gdzieś ponad instytutem, w którym pracowała Emilia. – Nie ma absolutnie żadnego znaczenia – powtórzyła, ciężko po tym wzdychając. – Wiesz, co się wydarzy za dwie, trzy godziny? – Emilia potrząsnęła przecząco głową. – A więc naprawdę jestem za wcześnie – westchnęła, spuszczając głowę. Uśmiechnęła się jednak tak promieniście, jak tylko potrafiła mimo obecnego na twarzy bólu. – Dbaj o siebie, moja ukochana Emilio.
Zbliżyła się szybciej, niż dziewczyna potrafiła zareagować. Pocałowała ją w usta i odskoczyła, uśmiechając się łobuzersko. Jej ciało znikało, jakby było stworzone z pyłu.
– Kiedy będziesz chciała wiedzieć więcej, odwiedzę cię w twoich snach. Pamiętaj, jesteś moja, a ja twoja. Nic w świecie tego nie zmieni.
– Ej! Czekaj! – zawołała dziewczyna, ale młoda kobieta już zniknęła, zostawiając po sobie jedynie gorąc na ustach. Dotknęła palcami warg, nie wiedząc do końca, co się stało. Było na nich coś nieco klejącego. – Słodkie... – stwierdziła roztargniona, kiedy oblizała usta.
Przez chwilę wyglądała przez okno, próbując dostrzec coś niezwykłego. Pogrążona w myślach, usiadła na łóżku. Sytuacja wydawała się całkowicie absurdalna. Touko wydawała się dziwnie znajoma i bliska. Czy poznały się wcześniej, jeszcze w slumsach? Miała doskonałą, wytrenowaną w zapamiętywaniu pamięć, ale akurat z tego okresu wspomnienia zlewały się w jedno, szare pasmo. Potrząsnęła głową. To niemożliwe, pomyślała. Z tego, co pamiętała, najświętszy cesarz miał dwóch synów. Dalszy kontakt z tą kobietą sprowadzi na nią jedynie kłopoty, których pragnęła unikać.
Zahaczyła dłonią o tacę z jedzeniem, nieco ją przesuwając. Po chwili namysłu położyła ją sobie na kolanach, złapała za pałeczki i zaczęła powoli jeść. Kurczak shenlao było idealnie doprawiony pod jej gust, trochę pikantny i lekko słonawy. Panierka na smażonej rybie miała odpowiednią chrupkość, a pikle idealnie balansowały między słodkim a kwaśnym. Jej ulubiony, jaśminowy ryż dopełniał całości. Jadła wolno, rozkoszując się smakiem. Posiłek został przygotowany tylko i wyłącznie pod jej gust – czuła to z każdym kolejnym kęsem. Przez chwilę poczuła się, jakby była wyjątkowo ważna. Choć raz nie czuła się niechciana. Cieszyła się tą chwilą, pozwalając przyjemnemu ciepłu z sercu powoli rozlewać się po ciele.
Panował absolutny spokój. Nic nie chciało bądź nie śmiało zaburzyć tej chwili. Mimo późnej pory nikt nie dzwonił z instytutu. Rzeczywistość wydawała się wstrzymywać oddech w oczekiwaniu na tragedię, której doświadczyła już niezliczoną ilość razy, choć dopiero miała nadejść.



Nashimo stał w swoim biurze, wyglądając z najwyższego piętra wysokiego wieżowca na miasto. Splecione za plecami dłonie delikatnie drżały z nerwów. Spędził ponad czterdzieści lat na rozwijaniu tego pięknego miejsca. Był głową rodziny rządzącej w mieście. Przed najświętszym cesarzem jego głos to głos mieszkańców. Reprezentował miasto, każdą jego cegłę, każdego człowieka, każdy brud, wszelkie skazy, niedociągnięcia, błędy, niezadowolenia. Najświętszy cesarz nie mógł się przejmować wszystkimi ludźmi w jego cesarstwie, więc rodziny rządzące wzięły na swoje barki trud reprezentacji swoich podwładnych. Nikt nie miał tego za złe władcy ludzkości – w końcu codziennie stawiał czoła istotom miliony razy potężniejszym niż ludzie, zabójcom bogów, twórcom innych ras, uczestniczył jako mediator w konfliktach wykraczających poza ludzkie rozumienie.
Obecnie Nashimo był wyjątkowo skonfliktowany. Dla niego, jak i dla wszystkich innych nevo, rodzin rządzących, najważniejsi zaraz po najświętszym cesarzu byli mieszkańcy. Tym razem ich prośba nie należała ani do niemożliwych, ani do łatwych. Wymagała olbrzymiego pokrycia finansowego, większego, niż obecnie posiadało Azalven i mogło posiadać przez następne kilkanaście lat. Mógł je odłożyć na później, jednak czułby się wtedy wyjątkowo niekomfortowo, jeśli nie spełniłby próśb mieszkańców. Była to bowiem całkiem racjonalna – i jakby nie patrzeć – dosyć potrzebna zmiana. Rozważał też zwrócenie się do cesarza o dofinansowanie z budżetu Cesarstwa Regizorium, jednak nie chciał zawracać mu głowy sprawami swojego miasta. I właśnie ten problem spędzał sen z powiek.
Dźwięk przychodzącej wiadomości wyrwał go z zamyślenia. Usiadł w swoim fotelu i ruchem dłoni zaakceptował połączenie. Na ekranie dużego monitora pojawiła się kobieta, także siedząca w fotelu.
– Niech siedem księżyców świeci nad twoim życiem, nevo Arisho Beniyumi – przywitał się.
– I tobie też niech udzielą swojego blasku, nevo Nashimo Tsuyumo – odparła kobieta. – Wybacz, że trapię cię o tak późnej porze, ale dostrzegłam nieprawidłowości na umowie i w dostawie. Dostarczona została za mała ilość układów, brakuje siedmiu tysięcy trzystu ośmiu jednostek za łączną kwotę dziewięciuset trzech tysięcy siedmiuset piętnastu reno i trzydziestu ośmiu delli.
– Niemożliwe! – stwierdził wystraszony Nashimo. – Coś takiego nie powinno mieć miejsca... Proszę, daj mi chwilę, za chwilę sprawdzę rejestry.
– Oczywiście, nie ma pośpiechu. – Kobieta uśmiechnęła się delikatnie. – Nie jesteś dzisiaj sobą, nevo Nashimo. Powinieneś się też przespać, bo nie wyglądasz najlepiej.
– Łatwo powiedzieć, ciężej, kiedy sen nie chce mnie odwiedzić, nevo Arisho. – Mężczyzna przeglądał elektroniczne dokumenty, aż w końcu znalazł ten, którego szukał. – Znalazłem. Zobaczmy... zamówienie na trzysta siedemdziesiąt pięć tysięcy pięćset układów scalonych typu XCC-91... przekazanych do wysyłki tyle samo... Dziwne.
Nashimo postukał palcami o biurko. Jak mogło zniknąć ponad siedem tysięcy układów scalonych? Ktoś musiał pomylić się przy wysyłce, innego wyjścia nie było. Być może któraś z maszyn nawaliła, tworząc jakieś drobne odchylenie, idealnie pasujące do tej konkretnej sytuacji. Nigdy, przenigdy nie podejrzewałby innej rodziny rządzącej o kradzież czy oszustwo. To było nie tylko w złym stylu, ale przez setki lat służby u cesarza jeszcze nigdy neva nie próbowali oszukać siebie nawzajem. To także wydawało się niesmaczne i w złym guście, a reprezentując lud, rodziny rządzące musiały zachować pełną elegancję i szyk odpowiednie dla ich pozycji. Dlatego bez większego namysłu włączył program, który wymuszał aktualizację stanu wszystkich magazynów oraz rozkazał menedżerom zorganizowanie grup kontrolujących. Nim maszyny przeliczą wszystko, co było do przeliczenia, z pewnością minie kilkanaście minut, a zanim zareagują ludzie minie prawdopodobnie godzina.
– Problem z pewnością leży gdzieś po mojej stronie – powiedział. – Jeszcze dzisiaj zorganizuję dostawę brakujących układów, nevo Arisho. Jeżeli któraś z maszyn liczących jest wadliwa, to właśnie dzięki tobie unikniemy więcej kłopotów.
– Ależ nie ma problemu – zaśmiała się pogodnie kobieta. – Nie jest to dla mnie krytyczny priorytet, więc nie musisz się śpieszyć, nevo Nashimo. Dobrze, że sprawa wyjaśniła się bez większych problemów. A skoro to mamy już za sobą, to możesz śmiało powiedzieć, co tak cię trapi, że nie możesz sypiać po nocach, nevo Nashimo.
Mężczyzna milczał, patrząc w ciszy na obraz kobiety. Chciał przemilczeć swoje problemy, ale w przeszłości wiele razy stawiali wspólnie czoła różnym wyzwaniom. Być może dzięki temu, mimo bariery wielu lat, potrafili łatwo zrozumieć siebie nawzajem.
– Mieszkańcy chcą rozszerzenia, a właściwie przesunięcia stref kosztem slumsów – wyznał w końcu Nashimo. – Przebudowane zostanie prawie osiemdziesiąt procent slumsów, które obecnie nie są już zamieszkałe, ale problem leży w gruntownej przebudowie piętnastu procent powierzchni miasta i modyfikacji kolejnych dwudziestu. Nawet pozostałe slumsy trzeba poddać jakiejś modernizacji, by pasowały do standardów miasta. Dużo, dużo zmian... – westchnął ciężko.
– Gratulacje! – ucieszyła się Arisha, wyraźnie ucieszona z sukcesu innej rodziny rządzącej. – Niedługo Azalven będzie ósmym w rankingu poziomu życia mieszkańców! A więc w czym leży problem?
– Finanse, nevo Arisho. Przebudowa i modernizacja pochłonie ośmiokrotność obecnego budżetu miasta, a przecież nie mogę przekazać wszystkich funduszy na jeden cel.
– To faktycznie jest duży problem... Nie rozważałeś stopniowej przebudowy?
– Przebudowa zajęłaby wtedy kilkadziesiąt lat i kosztowałaby niemalże czterokrotnie więcej niż oryginalnie. Gdyby zrobić to jednocześnie, wystarczyłoby wydzielić teren miasta jako niezdatny do użytku i rozpocząć zmiany, ale przy stopniowym wymagałoby to dodatkowych zabezpieczeń na okoliczne budynki, dodatkowe koszty operacyjne związane z ciągłym transportem maszyn... Chciałbym też zobaczyć odnowione miasto za swojego życia – westchnął.
– Rozumiem. Kiedy będziesz miał spis wszystkich towarów na sprzedaż, podeślij mi razem z przewidywaną produkcją na najbliższe dwa lata, nevo Nashimo. Niedługo będę robiła prognozę konsumpcji towarów, więc z pewnością znajdzie się coś, co u ciebie zamówię. Porozmawiam jeszcze z innymi nevo. Podejrzewam, że Irumo, Tesshi, Flante i Tantai będą mieli wystarczająco duży budżet, by pokryć chociażby połowę kosztów. Myślę, że powinniśmy zwołać niedługo Posiedzenie Nevo i omówić tę sprawę dokładniej.
– Jestem ci naprawdę wdzięczny, nevo Arisho. – Mężczyzna pochylił przed nią głowę.
– Nie masz za co. Jeszcze nic nie zrobiłam. Nie powinieneś trzymać takich problemów tylko dla siebie. Robimy to wszystko ku chwale cesarza i mieszkańców cesarstwa, to oczywiste, że musimy sobie... – Kobieta urwała i pochyliła się do przodu, mrużąc oczy. – Za twoim oknem, nevo Nashimo, czy to nie seraf?
Mężczyzna obrócił się ze zdziwieniem. Faktycznie, jakieś sto, dwieście metrów od wieżowca unosił się seraf, nad którego ręką powoli formowała się ognista włócznia. Po chwili wypuścił ją z rąk, by swobodnie opadła na ziemię.
– Dziwne – powiedział Nashimo. – Nie pamiętam, bym coś czytał w dzisiejszych raportach o…
I nagle wszystko znikło w bieli. Arisha, która siedziała w innym mieście, setki kilometry dalej, patrzyła ze zdumieniem na czarny ekran. Połączenie zostało nagle zerwane. Po kilku minutach wstała od biurka, nie doczekawszy się odpowiedzi od Nashimo. Spojrzała przez okno i odkryła, że za jej oknem, nad jej miastem unosiła się serafia.
– Ach... – Arisha otworzyła szeroko oczy. Przypomniała sobie nagle słowa najświętszego cesarza. Poczuła falę smutku na myśl, że zginie tak wiele niewinnych dusz. – To ten dzień... – wyszeptała, przymykając oczy. Jej myśli były ze wszystkimi mieszkańcami swojego miasta. Wspominała każdy uśmiech, każdy smutek, wszystkie emocje, jakie widziała na ich twarzach. Wszystko miało teraz przepaść. Łzy strachu i żalu pociekły po policzkach. – O, najświętszy cesarzu, miej nas wszystkich w opiece...
Podobnie jak u Nashima, serafia trzymała ognistą włócznię, którą następnie cisnęła w ziemię. A po jasnym błysku pół sekundy później, nie było już zupełnie niczego.
Podobnie jak Azalven, Navareas zamieniło się w dymiący lej pełen rozżarzonej lawy.


Emilia opuściła półprzeźroczystą dłoń, którą osłoniła oczy przed blaskiem eksplozji. Potężny podmuch rozerwał ziemię wokół niej, głośny ryk wybuchu niósł się daleko, samą swoją intensywnością zabijając niektóre zwierzęta znajdujące się dziesiątki kilometrów dalej. Nie zrobiło to jednak na dziewczynie żadnego wrażenia. Zimny spokój i opanowanie towarzyszyły jej od dłuższego czasu. Odkąd Azalven i kilka innych miast zniknęło w podobnej eksplozji, jej serce zamknęło się na wszystko. Stała się obojętna na ludzką tragedię czy przerażające czyny, jakich dopuszczały się serafy.
Nie dostrzegała nawet legionów dusz, które do niej zmierzały. Była dla nich jak latarnia nadziei. Jej bezgraniczny upór przyciągał ich i zakotwiczał w tej znienawidzonej rzeczywistości. Nie rozumieli, dlaczego i w imię czego zginęli. Ale spokój, jaki emanował od Emilii, był po prostu urzekający. Pierwsze chęci zemsty szybko zniknęły. W jej oczach dostrzegli coś nienormalnego. Jako gatunek, który nie używał ani mocy, ani elementu, nie mogli określić, co takiego ujrzeli. Rozumieli w jakiś sposób, że nic nie zdziałają, ale ta dziewczyna...
Zapragnęła, by czas zawrócił swój bieg.
Rzeczywistość wstrzymała dostrzegalnie oddech i zatrzeszczała w sposób, którego nikt nigdy nie miał usłyszeć.
Emilia po chwili odwróciła się i ponownie ruszyła w sobie znanym kierunku.
Po kilku chwilach czas zwolnił i ostatnie wydarzenia cofały się jak w puszczonym od tyłu filmie. Ziemia zrastała się sama z siebie, kopuła ognia skurczyła się do punktu, który następnie uniósł się ponad miasto.
Dziewczyna oddaliła się, nie zdając sobie z tego sprawy. Jej pełne determinacji spojrzenie znalazło już nowy cel.
A rzeczywistość głośno stęknęła z ulgi, kiedy czas znowu popłynął tak, jak powinien. Navareas, podobnie jak kilka innych miast, zniknęło tego dnia po raz kolejny.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#35
Rozdział II – Touko, czyli ogień emocji i istnienia
Część V


Roelle ściągnęła niewygodne w walce pantofelki, rozcięła suknię, by jej nie przeszkadzała, i zgarnęła kilka ostrych noży. Musiały wystarczyć jako zastępcza broń, dopóki nie przybędą ich straże. Ambert stanął nieco za nią, recytując wersy mocy. Ich sylwetki delikatnie błyszczały, kiedy magia wypełniała ich ciała, dodając im sił. Baronet i jego pierwsza stanęli z tyłu. Wiedzieli, że harl i jego małżonka posiadali ogromną siłę – w końcu zostali uznani przez lonę, co rozwiało wszelkie wątpliwości. Posłali wcześniej po straż, ale wciąż nie było żadnej odpowiedzi.
– Czuję krew i spaleniznę – powiedziała nagle kobieta, zastygając w ruchu, nasłuchując wszelkich odgłosów.
Chwilę później usłyszeli potężne łupnięcie w drzwi od sali. Kolejnemu uderzeniu towarzyszył jakiś mokry odgłos. I nagle drzwi eksplodowały, zalewając pomieszczenie ogromnym żarem. Płonące szczapy drewna w locie zmieniały się w popiół, metalowe łączenia i gwoździe zamieniły się w stopione, świecące niemalże na biało pociski. Przepaliły się przez firanki i trafiły w kamienną ścianę, po kilku sekundach odpadając i lądując na ziemi, gdzie błyskawicznie ostygły.
Ambert i Roelle zachłysnęli się powietrzem, czując potężne pulsowanie mocy. Zupełnie na to nieprzygotowani, padli na kolana, próbując złapać oddech i walcząc z siłą, która próbowała oderwać ich dusze od ciała. W wejściu stała płonąca sylwetka, zwodniczo przypominająca ludzką. Dalej, w korytarzu, stało kilka innych niewyraźnych postaci. Wrzuciła do środka pomieszczenia jakieś zmasakrowane ciało. Przeturlało się kilka razy, plamiąc pstrokaty dywan krwią i sadzą.
– Ach! Przeklęte tangri! – wybuchnął nagle baronet, po czym nagle skurczył się w sobie, kiedy istota z ognia obróciła w jego stronę głowę. Po chwili wyszła na korytarz i skręciła gdzieś, zabierając ze sobą potężny żar i pulsowanie mocy. Ambert uniósł głowę, rękawem ocierając spoconą twarz.
– Na Elanię... – wyszeptał. Zbliżył się do truchła tangri. Miał dwie wypalone rany, jakby ktoś przeszył go rozpalonym ostrzem na wysokości serca i splotu słonecznego, oraz roztrzaskaną czaszkę. – Co się stało?
– Ta moc... – zaczęła Roelle, mrużąc oczy. Mówiła w artezjańskim, by tylko mąż mógł ją zrozumieć. – To ta dziewucha?
– Wygląda na to, że tak – odpowiedział jej pewnie. – Ta forma... zamiana w awatar ognia? – spekulował. – Musi posiadać kontrakt z jakimś bóstwem ognia, ale to nie ma sensu.
– Aha, nie powinna mieć powodu, by zrobić coś takiego. Ale niepokoi mnie coś innego – zauważyła kobieta. – Wydaje się bardzo stabilna.
Ambert milczał, myśląc nad sytuacją.
– Co to było?! – wydusiła przerażona Aren'kela. – To... to coś przypomina potwora, którego kiedyś przyzwałeś, harlu Dimbledov!
– Och, elementalus... – mruknął pod nosem mężczyzna. – To chyba sprawka Emilii, choć nie jestem do końca pewien. – Nim baronet zdążył się odezwać, powiedział nieśpiesznie: – Proszę się odsunąć od wejścia. Jest co najmniej niebezpiecznie. Możemy być pewni, że nie jest po ich stronie, ale ciężko stwierdzić, czy przypadkiem nas nie zaatakuje.
– Przypadkiem? Przypadkiem?! – wrzasnął baronet. – Ta kreatura spali mi posiadłość, a do tego jeszcze są tutaj tangri! Co robi moja straż?!
– Zastanawiam się, co robi nasza straż – mruknęła Roelle. – Jak tylko się pojawią, rozplanuję im nowy trening, aż odechce im się żyć.
– Idź za tamtą istotą – powiedział Ambert. – Poradzę sobie tutaj.
Kobieta kiwnęła głową i wzięła głębszy oddech, przygotowując się mentalnie do spotkania z potężną mocą. Wybiegła z pomieszczenia, z tajemniczą lekkością stąpając po podłodze. Po chwili zniknęła w korytarzu, którym poszła ognista istota. Po kilku minutach pełnego napięcia oczekiwania Ambert zobaczył, jak w ich stronę zmierzał niewielki oddział żołnierzy – jego własnej straży. Nieśli ze sobą metaliczny zapach krwi, która powoli krzepła na ich zbrojach i broniach. Kiedy grupa zatrzymała się, kapitan Merenoh wyszedł na przód i zasalutował. Jako jedyny posiadał ciężką, niewygodną zbroję pełnopłytową. Był o stopę wyższy od pozostałych żołnierzy.
– Wybacz za zwłokę – powiedział. – Spotkaliśmy po drodze dosyć sporo tangri, a nawet kilku ludzi. Sami zabójcy.
– Za wolno. Roelle już zapowiedziała wam treningi – odparł z niezadowoleniem harl. Zerknął ukradkiem na baroneta, który usiadł z wyraźną ulgą, trzymając w objęciach swoją pierwszą.
– Nie nasza wina. Czy tutaj jest jakaś mała wojna? Dałbym głowę, że usiekliśmy jakieś trzy tuziny tych brudasów, a twój elementalus drugie tyle, sądząc po ilości trupów w posiadłości.
– Mój elementalus? Mylisz się, nic nie przyzwałem – powiedział cicho Ambert.
Kapitan straży wyczuł w głosie przełożonego drobny niepokój, jednak doskonale wiedział, że nie powinien dociekać o te sprawy. Postanowił jednak poruszyć jeszcze jedną sprawę.
– Ten elementalus... ta ognista istota prowadziła za sobą kilku tangri, którzy obrócili się przeciwko swoim.
– Doprawdy? – zdziwił się mężczyzna. – Nie sądziłem, że pośród nich znajdą się zdrajcy. Może przeraziła ich perspektywa śmierci z jej rąk?
– W żadnym wypadku. To było dalekie od przerażenia. Zabezpieczamy to pomieszczenie – rzucił do żołnierzy. W mgnieniu oka dwadzieścia osób rozeszło się po sali jadalnej. Czterech z nich mierzyło patrzyło intensywnie w głąb korytarza. – Powiedziałbym, że bliżej temu było do uwielbienia.
Ambert zerknął na kapitana, którego nie ruszała obecna sytuacja. Sam byłby zaniepokojony obecnością obcego elementalusa, ale on z zimną obojętnością wydawał rozkazy żołnierzom. Gdyby nie wiedział, że kapitan uczestniczył kilka lat temu w wielkiej wojnie z demonami, mógłby posądzić go o niekompetencję. Prawdopodobnie posiadał więcej wiedzy na temat walki z podobnymi istotami niż Ambert, którzy spędził wiele lat na uczelni magii i mocy.
Czując nagłą falę spokoju, rozluźnił się i usiadł przy stole. Lepiej takie sprawy zostawić weteranom. Jego siła leżała w innych miejscach.
– Przy okazji. Jest też ktoś, kto chce z tobą porozmawiać, szefie. Kazałem Rozalii pilnować jej – była pośród napastników, ale elementalus coś jej zrobił… – wyjaśnił Merenoh.
– Pilnuje jej jedna osoba? – zdziwił się Ambert.
– Złożyła broń z własnej woli, a miała całkiem pokaźną kolekcję. Zatrute sztylety, noże do rzucania, mazie, fiolki, dmuchawkę, strzałki… Wystarczyłoby, by wymordować sporawą wioskę w pojedynkę, a takich zabójców było jeszcze kilku.
– Na bogów, komu mogłoby zależeć, by dokonać czegoś takiego? – Harl wyglądał na odrobinę przestraszonego. Kapitan jedynie wzruszył ramionami.
– Nie rozumiem arystokratycznych zabaw. Jeżeli ten ktoś postanowi targnąć na twoje życie, to będzie już jedynie formalność, nim zaprezentujemy ci jego głowę. – Merenoh wyszczerzył zęby. – Choćby miałby być to sam demon z głębi Otchłani.
Po kilku minutach do pomieszczenia weszła wojowniczka, prowadząc przed sobą kobietę o czarnych włosach. Wyglądała młodo, miała na sobie proste, nie utrudniające poruszania się ubrania. Szła tak, jakby to ona była właścicielką tej posiadłości, a Rozalia jedynie ją eskortowała do jadalni, zamiast do pomieszczenia pełnego żołnierzy. Zatrzymała się przed Ambertem. Ukłoniła się w identyczny sposób, co przed paroma dniami Emilia i wypowiedziała dokładnie takie same słowa z podobnym, egzotycznie brzmiącym akcentem:
– Niechaj siedem księżyców Saries świeci nad twoim szczęściem, an-rue.
– Siedem księżyców… Ty także pochodzisz z cesarstwa? – zapytał Ambert.
– Z pewnością się tam urodziłam – odparła. – Jestem Arisha Beniyumi, dawniej neva miasta Navareas. Przyszłam poinformować cię, an-rue, że od dzisiaj będę towarzyszyła Emilii.
– Doprawdy?
Ambert spojrzał w jej oczy. Miał wrażenie, że lada chwila zapłoną ogniem. I wcale się nie mylił. Choć nie było to tak intensywne jak w przypadku Emilii, tym razem był na to mentalnie przygotowany. Wyczuwał chaotyczne pulsowanie mocy, a tęczówki kobiety robiły się coraz jaśniejsze.
– Och, ta kwestia nie podlega dyskusji, an-rue. To jedynie kwestia formalności i zaakceptowania biegu wydarzeń.
– A więc rób tak, jak pragniesz. Wiedz jedynie, że twoje ciało szybko pożegna się z głową, jeżeli zobaczę jakiekolwiek oznaki zdrady – ostrzegł ją Ambert, coraz bardziej zmęczony wydarzeniami.
– Oho, jak groźnie! – zaśmiała się Arisha. – A więc w moich knowaniach uwzględnię także i twój interes, abyś nie poczuł się odsunięty od spraw – stwierdziła, uśmiechając się pogodnie. – Oczywiście, priorytetem jest nasza droga Emilia.
– Kim ona jest, że chcesz jej pomagać? Słyszałem od niej, że neva to lordowie miast. Jaki masz powód, by jej służyć?
– Neva służą ludziom i reprezentują ich przed najświętszym cesarzem. Nasza służba objawia się przez czyny, nie słowa, an-rue – odparła chłodno. – To znaczy być przywódcą. Jednakże, zauważyłam coś wyjątkowo osobliwego. Tsen’ashe, nigdy nie sądziłam, że spotkam cię w takim miejscu, w zapomnianej przez postęp krainie.
– O czym ty mówisz? – spytał harl, odchylając się do tyłu, kiedy kobieta zbliżała się coraz bliżej.
– Twój sztylet, an-rue. Całkiem niezwykłe miejsce dla tsen’ashe… – urwała, czując zimne żelazo na gardle. Przesunęła znużone spojrzenie na Rozalię, która bezgłośnie się zbliżyła. – Zabieraj ten złom.
– Cofnij się, albo poderżnę ci gardło – wycedziła żołnierka. Przez pełną napięcia chwilę milczały, patrząc jedna na drugą, żadna nie planując ustąpić.
– Najwyraźniej się pomyliłam – odpuściła w końcu Arisha, robiąc krok do tyłu. Spojrzała ponownie na sztylet, po czym wzruszyła ramionami. Rozejrzała się po pomieszczeniu, po czym, pośród wrogiej atmosfery, usiadła z gracją na wolnym krześle. Splotła ramiona na piersi i powiedziała do Amberta: – Przez najbliższy czas będę w twojej opiece, an-rue.
Jej uśmiech przywodził mu na myśl żmiję, która już namierzyła swoją ofiarę. Powstrzymał głębokie westchnięcie.



Zeszło jej prawie pół godziny, nim znalazła ognistą istotę, mimo że dwór nie był aż tak duży. Ku swojemu zdumieniu znalazła ją w pobliżu kwater baroneta, ale widząc wiele spalonych ciał tangri, wszelkie wątpliwości w niej wygasły. Roelle podążała za nią w milczeniu, z trudem opierając się intensywnym pulsacjom mocy. Trzymała dla bezpieczeństwa w dłoni nóż, choć zdawała sobie sprawę, że przeciwko niematerialnemu przeciwnikowi zwykła broń nic nie da. Zobaczyła kilka razy, jak napastnicy próbowali ją w ten sposób zabić. Miecze pękały i topniały od intensywnego ciepła, a dzierżące broń dłonie same z siebie się zapalały. Ognista istota nie musiała wiele robić: ruchem dłoni poruszała płomieniami wystarczająco gorącymi, by w mgnieniu oka spopielić tangri i zostawić po nim jedynie dymiące szczątki.
Kilka razy towarzyszący elementalusowi tangri odwrócili się, zerkając obojętnie na nią. W ośmiu parach oczu nie widziała typowego, zwierzęcego błysku. Zamiast tego dostrzegała zimną dyscyplinę, niepodobną tej rasie. Głośno syknęło, kiedy płomienie dotknęły kałuży krwi. Istota zatrzymała się, rozejrzała dookoła, po czym nagle skręciła w bok, jakby coś znalazła. Bijące od niej światło padło na martwego leara. Pogładziła zmiażdżoną i poderżniętą tchawicę. Nachyliła się nad ciałem, rozchyliła delikatnie szczęki, po czym zbliżyła swoje usta do jego. Gęsty, biały dym przepłynął między wargami.
Po chwili lear otworzył oczy i odetchnął głęboko, wydając dziwny charkot. Odkaszlnął, spluwając na bok skrzepniętą krwią. Dotknął gardła, które było już całkowicie wyleczone. Zerknął na tangri, potem na ognistą istotę i nieco się uśmiechnął. Pochylił z wdzięcznością głowę i wydał z siebie kilka dźwięków, które przypominały raczej nieskładną mowę. Odchrząknął, spróbował jeszcze raz, po czym skrzywił się i powiedział w języku learów:
– Dziękuję ci, panienko Touko. – Lear spojrzał na swoje dłonie. – Nigdy nie myślałem... Learowe mają naprawdę dziwne ciało. – Istota powiedziała coś w swoim języku, który rozumieli tylko oni. Roelle zauważyła, że był bardzo podobny do tego, w którym mówiła Emilia. – Tak, wciąż jestem z nią połączony. Kiedy tylko będzie mnie potrzebowała, pomogę jej. W końcu jest perłą cesarstwa, prawda, panienko Touko? – Lear wyszczerzył zęby w czymś, co mogło być szyderczym uśmiechem. Zwrócił się do oszołomionej Roelle. – Miło mi cię poznać, pani Roelle anst Dimbledov. Jestem neva Nashimo Tsuyumo, członek rodziny zarządzającym dawnym miastem, w którym mieszkała panna Emilia. – Zamyślił się na chwilę. – Nie, nie, nie. Nie tak, byłem. Wygląda na to, że teraz jestem Nol'ashar z rodziny Hetter, strażnik tego dworu.
Jeden z tangri odchrząknął głośno. Lear spojrzał na niego, po czym uśmiechnął się drwiąco. Skinął mu jednak głową, jakby rozpoznał w nim kogoś znajomego.
– Co to... ma znaczyć...? – zapytała przerażona. Jeszcze przed chwilą lear był trupem, a teraz stał przed nią, patrząc na nią z nutką wyższości. Nie była to tylko kwestia wzrostu, ale samej mimiki i ruchów ciała, a sposób, w jaki stał olbrzym, przypominał do złudzenia ludzki.
– Zaprawdę... To odrobinę przytłaczające okoliczności, jeżeli miałbym to sam określić – wyznał Nol'ashar. – Nie do końca rozumiem, co jest przyczyną naszego stanu – zerknął na ognistą postać, którą nazywał Touko – ale wydaje mi się, że Emilia powinna być w stanie to wyjaśnić. – Na jego słowa płomienna istota potrząsnęła przecząco głową. – Tak... Cóż, pomyślimy o mostach, kiedy będziemy je przekraczać.
– Byłeś... martwy – zauważyła zszokowana Roelle. – Wskrzeszenie... potrafią tylko bogowie…
Tangri parsknęli śmiechem. Jeden z nich otworzył lisi pysk, szczerząc zęby w czymś, co mogło być jedynie pogardliwym uśmiechem. To był taki… ludzki gest.
– Bogowie są martwi, dziewucho – stwierdził dziwnie gardłowym głosem. – Albo raczej nigdy nie istnieli.
– Sierżancie, proszę okazać odrobinę szacunku dla tak znamienitej osoby jak pani Dimbledov – upomniał go lear. – Tak, śmierć to wyjątkowo niepożądany stan, jeżeli mogę tak powiedzieć. Niezbyt przyjemny bądź wygodny do podejmowania jakichkolwiek działań. Poza tym – zerknął na chichoczących tangri – bogowie nie istnieją, a więc nie mogą wpłynąć na światy leżące na płaszczyźnie rzeczywistości właściwej. To ich szczególna i wyjątkowo unikalna cecha, która ich definiuje. To może się wydawać oczywiste, ale biorąc pod uwagę dosyć poplątane prawa wszystkich uniwersy, tego materialnego, niematerialnego, alternatywnego i tak dalej, i tak dalej, można wysnuć inne wnioski. Spoglądając chociażby wstecz, ku latom świetności Pierwszym Ludziom, odkryli istoty niematerialne i nieistniejące, a jednak będące w stanie ingerować w nasze uniwersum, w którym z ich perspektywy istnieją zupełnie odmienne, a nawet przeciwne prawa fizyczne.
Jeden z tangri szturchnął łokciem leara, by przestał paplać, jednak ten zdążył się już rozkręcić.
– Oczywiście istnieją także byty, które są w stanie nagiąć rzeczywistość do własnych celów, tacy jak Pradawni, Mityczni, Kreatorzy i Twórcy, ci ostatni znani także jako Pierwsi Ludzie bądź Terranie. Shitaru Emeneta doskonale opisuje to w „Rozmyślaniach oraz faktach o bogach i innych bytach nierzeczywistych”, stanowiących kompilację oraz interpretację wielu ważnych dzieł oraz zawierających rozmowę z Hyperionem. Mówi, że... – urwał, po czym odkaszlnął, widząc zszokowaną twarz kobiety. – Cóż, to jest bardzo pasjonujący temat, ale z przykrością muszę o tym pamiętać: strażnicy nie powinni wykazywać się wyjątkową inteligencją. Mógłbym nawet ująć, że ten osobnik odznacza się wyraźną ignorancją. – Ognista istota powiedziała coś do niego, po czym roześmiała się pogodnie, a kilka tangri zarechotało do wtóru. – O tak, słuszna uwaga, panienko. Proste, acz dosadne słownictwo także powinno być preferowane. My, regizoryjczycy, przywiązujemy wielką wagę do wszelkich zagadnień, które na pierwszy rzut oka wydają się prozaiczne. Co do śmierci... muszę przyznać, że to niesamowite szczęście, że od zgonu tego osobnika nie minęło za wiele czasu, inaczej szkody wyrządzone brakiem tlenu w mózgu mogły być dużo rozleglejsze.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  [Vexion]Era Bezkresnych epoN 112 12,482 15-02-2018, 01:13
Ostatni post: epoN

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości