Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
[Vexion] Podszepty przeszłości
#1
Cześć!
W czasie pisania Ery, wpadł mi do głowy kolejny pomysł, ładnie komponujący się z założeniami świata. Czasowo umieszczony... gdzieś po Erze Bezkresnych. Wiele więcej nie zdradzę, bo po co ;P
Właściwie to też dla mnie pewien rodzaju trening albo test tworzenia charakterów postaci.
Póki co, wydaje mi się, że tytuł może w przyszłości się zmienić – kiedy wpadnę na coś, co będzie dla mnie wydawało się lepszym/bardziej pasującym.
Miłej lektury :)


Prolog

Obudziło ją potężne tąpnięcie. Trochę pyłu osypało się na nią, razem z nieco większymi odłamkami cementu. Głośno kaszląc, uderzyła głową o zamknięte drzwi komory. Kiedy otworzyła oczy, obudziła ją gęsta ciemność. Roztarła drobną dłonią czoło, raczej jakby z przyzwyczajenia niż faktycznego bólu. Dopiero po dłuższej chwili drzwi się otworzyły, cicho zgrzytając. Przeszła przez nie. Na zewnątrz równie było wyjątkowo ciemno. Nie widziała nawet dłoni przed swoimi oczyma. Nie ruszając się z miejsca, powoli dochodziła do siebie. Dopiero teraz zaczęła czuć, że na coś się spóźniła. Nie potrafiła jedynie stwierdzić na co. Cicho westchnęła ze zrezygnowaniem.
Ostrożnie poszła do przodu z wyciągniętymi rękoma, próbując wymacać nimi jakąś ścianę. Co chwilę zaczepiała stopami o walające się na ziemi śmieci. Żałowała, że nie miała ze sobą czegoś, co mogło jej pomóc w jakimś stopniu przebić gęstą ciemność. I w końcu jej dłonie coś wymacały. Po dobiegających ze ściany dźwiękach i biegnącej pośrodku pionowej szczeliny stwierdziła, że musiały to być automatyczne drzwi. Najwyraźniej silniki nie miały wystarczająco mocy, by je otworzyć. Wcisnęła palce w szczelinę i naparła. Z jej pomocą przejście otworzyło się i dziewczyna wpadła do środka.
Zakasłała, kiedy kłęby kurzu dostały się do ust. Otrzepała ubrania i odkryła, że rozpadły się w pył, zostawiając luźne fragmenty tkaniny, które także opadły po chwili na ziemię. Nawet nie wiedziała jak i kiedy. Ku swojemu zdziwieniu, nie czuła absolutnie niczego z faktu, że stała teraz zupełnie naga. Kojarzyła w pewien sposób, że powinna poczuć teraz pewien rodzaj zakłopotania albo wstydu. Nie, może główną rolę pełnił fakt, że w tej ciemności nikt by niczego nie zauważył?
I kiedy tak się zastanowiła głębiej, nie mogła sobie dokładniej przypomnieć, kim była przed snem. Kojarzyła wiele rzeczy. Wspaniałe wieże ze szkła i stali, wielkie ekrany na budynkach z reklamami, pociągi magnetyczne, samochody, samoloty latające szybciej niż dźwięk, wahadłowce kursujące między Saries i księżycami, sieci komputerowe i wiele, wiele więcej. Pamiętała ludzi, ich twarze, ich zachowanie, ich preferencje, ich romanse, rozmowy, rywalizacje, jakby rozmawiała z nimi wszystkimi, ale... nie potrafiła siebie odnaleźć. Gdzie w tym wszystkim było jej miejsce? Dlaczego nie potrafiła sobie przypomnieć samej siebie, swojej rodziny, swoich rozmów... czegokolwiek...
Dopiero teraz zdała sobie sprawę z czegoś zimnego, co tkwiło w jej wnętrzu. Nie czuła, by było jej chłodno czy ciepło, ale gdzieś w niej, w miejscu, którego nie potrafiła w żaden sposób określić, istniała zimna, przytłaczająca pustka. I zaczynała się powoli jej bać. Wiedziała, że nie powinno tak być.
Czując narastającą desperację, szła dalej przez ciemność. Pragnęła jak najszybciej wyjść na zewnątrz, ujrzeć słońce lub niebo, które rozwiałyby chmury w jej sercu. Co jakiś czas skręcała razem z korytarzem, czasem przechodziła przez automatyczne drzwi. Niektóre z nich operowały bez żadnego problemu, inne zacinały się i wymagały dodatkowej siły, by je otworzyć. Niepokój pełzł po jej karku, powoli wpuszczając swoją truciznę do jej serca. Te korytarze nie powinny być puste. Miała wrażenie, że pędziła wewnątrz opuszczonego ośrodka.
Zobaczyła kątem oka, że coś się świeciło. Pobiegła natychmiast w tamtą stronę. Po drodze zaczepiła o jakąś wywróconą półkę i upadła na nią. Usłyszała głośne chrupnięcie i poczuła natychmiast, że jej prawa ręka była jakaś... dziwna. Wymacała palcami miejsce złamania. Wiedziała, że powinno to boleć, ale czuła dziwną obojętność z tego powodu. Ostrożnie nastawiła kość, powoli idąc w stronę aktywnej konsoli. Przetarła zakryty grubą warstwą kurzu ekran. Jej serce zabiło mocniej, kiedy zauważyła na błyszczącym ekranie mapę ośrodka. Wyjście z budynku było tuż obok! Stukała wprawnie palcami lewej ręki, szukając opcji otworzenia głównych wrót. I kiedy myślała, że już była wolna, wyskoczył czerwony komunikat.
– Potrzebny poziom dostępu L6?! – wychrypiała zrozpaczona. – Chrzań się! – zawołała, uderzając pięścią w konsolę. – I wypuść mnie, cholerna kupo złomu!
Już miała szukać innej drogi, kiedy ekran konsoli zaświecił się na zielono.
ROZPOZNANO GŁOS: <POUFNE>. BRAK AKTYWNOŚCI OŚRODKA PRZEZ USTALONY CZAS: PONAD 5 LAT. AWARYJNE OTWIERANIE ŚLUZY.
Roześmiała się z ulgą i czekała, aż otworzy się wejście. Słyszała, jak potężne zamki odskakiwały z głośnym stukotem, jak skrzypiała nienaoliwiona mechanika, jak trzeszczały cichutko obwody i elektronika. Coś odskoczyło z donośnym dudnieniem i dziewczyna poczuła, że obok konsoli coś się otworzyło. Przeszła przez ogromny właz. Po kilku krokach usłyszała potężne jęknięcie metalu i głośne huknięcie, kiedy wrota zamknęły się za nią. Na chwilę się odwróciła i zobaczyła, że obok wyjścia zaświeciła się na moment kolejna konsola. Nie miała i tak zamiaru wracać. Szła powoli przed siebie z wyciągniętą ręką. Poczuła pod stopami coś miękkiego i suchego, jakby stąpała po grubym piachu. I w końcu natrafiła na jakąś ścianę, a raczej usypisko z gleby i kamieni.
Bez większego namysłu zaczęła w nim kopać. Nie miała innego wyjścia. Ściany dookoła były z metalu, a za nią powrót do ośrodka. Co jakiś czas natrafiała na kamienie, na których łamała paznokcie, czuła, jak zdzierała skórę. Po kilkunastu minutach zaczęła kopać nieświadomie i prawą ręką. Z każdą mijającą chwilą czuła się coraz bardziej zniecierpliwiona i zdenerwowana. Ile miała jeszcze kopać?! Rozrzucała glebę na prawo i lewo, miała wrażenie, że z dłoni pozostały jedynie kościane wypustki. Luźna ziemia stawała się coraz bardziej ubita, ale w końcu, po dwóch metrach kopania, w końcu znowu była luźniejsza. Zaczynała natrafiać na twarde korzenie, a ponad nimi na drobniejsze korzonki. I w końcu – przebiła się przez ziemię na powierzchnię!
Z głośnym stęknięciem podciągnęła się i wyszła przez dziurę. Z tryumfem zaśmiała się, po czym zaległa na miękkiej trawie, brzuchem do góry. Ciężko dyszała, choć nie czuła się specjalnie zmęczona. Patrzyła na błękitne niebo, skąd słońce leniwie świeciło, nie dostarczając za wiele ciepła. Och, jakże tęskniła za tym wszystkim! Uniosła ubrudzone dłonie. Ze zdumieniem odkryła, że wciąż miała paznokcie. Choć palce były delikatnie zaczerwienione, wszystko wyglądało w porządku. Podobnie jak przedramię, po złamaniu ani śladu.
– Może mi się wydawało...? – stwierdziła z namysłem. Wszystko wtedy wydawało się takie chaotyczne i może coś sobie uroiła? W końcu złamanie nie mogło być bezbolesne i odejść bez śladu.
Otrzepała się mniej więcej z brudu, potrząsnęła głową, pozbywając się resztek piachu z czarnych, sięgających pasa włosów. Poczuła rosnącą dumę i ulgę z faktu, że samodzielnie się wydostała z podziemi. Ale kiedy rozejrzała się dookoła, wszystkie pozytywne emocje ulotniły się bez śladu, zostawiając tę przerażającą pustkę, strach i zdezorientowanie.
Nie rozpoznawała niczego. Pierwszy raz widziała takie drzewa, taki rodzaj trawy i kwiatów. Kiedy się wsłuchiwała, nie słyszała szumu samolotów, pojazdów czy miast. Nie było ani śladu po cywilizacji. Zaczynała pogrążać się w bezradności i samotności, nie wiedząc, co miała począć dalej. Była sama pośrodku niczego, w okolicy, której nie rozpoznawała. Usiadła pod drzewem, patrząc w niebo. Choć słońce wisiało jeszcze całkiem wysoko, widziała już dwa księżyce, jeden szary, drugi lekko żółty. Podkuliła kolana, próbując walczyć z tym nieprzyjemnym chłodem, które powoli ją pożerało.
Kiedy zapadła noc, rozpoznała nie tylko gwiazdozbiory, ale także sześć z siedmiu księżyców Saries. To był prawdziwy ewenement! Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała chociażby cztery albo pięć księżyców na raz, a co dopiero aż sześć! Uznała to za dobry znak, a jej humor uległ nagłej poprawie. Nie widziała siódmego, Ovaxis, ale nie przejmowała się tym. Być może ujrzy go za dnia, albo następnej nocy. Wiedziała za to jedno – gdzieś tam znajdował się jej dom. Nawet, jeżeli czuła, że na wszystko już za późno, równie dobrze mogła wrócić do miejsca, które kiedyś było jej domem.
Drobny kosmyk nadziei narodził się w jej sercu i dziewczyna desperacko złapała się go, jakby zależało od tego jej całe jestestwo. Wstała, otrzepała liście i ziemię z nagiego ciała, po czym poszła w kierunku, który ta nadzieja wskazywała.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Przeczytałem i mam kilka uwag. Oczywiście nie potrafię ich tak ładnie zobrazować, jak niebieskie stworki. Ograniczę się tylko do zasygnalizowania.

Roztarła drobną dłonią czoło, raczej z jakby przyzwyczajenia (jakby z przyzwyczajenia) niż faktycznego bólu
Na zewnątrz równie było wyjątkowo ciemno.  Nie bardzo mi to pasuje. Do tej pory nie wspomniałeś o ciemnościach, więc dlaczego "równie".

W tekście jest bardzo dużo powtórzeń, kilka przykładów.


Ostrożnie poszła do przodu z wyciągniętymi rękoma, próbując wymacać nimi jakąś ścianę. Co chwilę zaczepiała stopami o jakieś śmiecie. Żałowała, że nie miała ze sobą czegoś, co mogło jej pomóc w jakimś stopniu przebić gęstą ciemność. I w końcu dotknęła czegoś dłońmi.

Zakasłała, kiedy kłęby kurzu dostały się do jej(zbędne) ust. Otrzepała swoje(zbędne) ubrania i odkryła, że rozpadły się w pył.

Pamiętała ludzi, ich twarze, ich zachowanie, ich preferencje, ich romanse, rozmowy, rywalizacje, jakby rozmawiała z nimi wszystkimi, ale... nie potrafiła siebie odnaleźć. Gdzie w tym wszystkim było jej miejsce? Dlaczego nie potrafiła sobie przypomnieć samej(zbędne) siebie, swojej rodziny, swoich rozmów... czegokolwiek...

Ten mój wpis wygląda fatalnie, nie nadaję się do tej roli. :(
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#3
Dzięki za lekturę i poprawki. Wpis jak wpis, każda pomoc się przyda, samemu ciężko wyłapać takie rzeczy ;) To ostatnie powtórzenia są akurat umyślne, by podkreślić całość.
Jeszcze raz dzięki!
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#4
O rety, już nic prawie nie pamiętam z poprzedniej części Vexiona i tak się zastanawiam czy powinnam przeczytać ją jeszcze raz, by mi w tym opowiadaniu nie uszły uwadze jakieś easter eggi? :D Ogólnie podczas czytania od razu skojarzyła mi się ta dziewczyna z jedną taką, co kiedyś ją Ceasar spotkał. Była chyba żywą bronią, też naga i chciała z nim początkowo kopulować, ale pewnie nie mają żadnego związku, co (nawet szukałam tego fragmentu, ale nie mogłam znaleźć :<).

W każdym razie co do błędów, to Burak te pierwsze dwa już ci napisał, co mnie wkurzały. Oprócz tego nie mam za bardzo nic do powiedzenia. Jak to u ciebie bardzo ładnie stylistycznie, a co do samej historii to dużo się na razie nie dzieje, to poczekam.
– Światło porusza się szybciej od światła.
– Bezwzględnie, pułkowniku Pickering?
– Absolutnie, generale Bingam.
Odpowiedz
#5
Dzięki za komentarz ;) To nie jest o tyle kolejna część do Ery Bezkresnych, a raczej po prostu kolejna historia w tym świecie. Póki co, jeszcze nie ma żadnych easter eggów, bo jeszcze całość fabularnie nie jest specjalnie ucementowana. Salia, ten automaton, tutaj się nie pojawi raczej ;) Co do samej fabuły – wiadomo, jak to prolog, ledwie wprowadzenie do świata.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#6
(13-01-2017, 02:00)epoN napisał(a):
Prolog

Obudziło potężne tąpnięcie. Trochę pyłu osypało się na nią, razem z nieco większymi odłamkami cementu. Głośno kaszląc, uderzyła głową o zamknięte drzwi komory. Kiedy otworzyła oczy, obudziła ją gęsta ciemność. (To zdanie nie jest najszczęśliwsze, w pierwszym zdaniu piszesz, że obudziło ją tąpnięcie, a w ostatnim, że ciemność.)

Na zewnątrz równie(ż) było wyjątkowo ciemno.

Po dobiegających ze ściany dźwiękach i biegnącej pośrodku pionowej szczeliny (szczelinie – odpowiadasz na pytanie 'po czym stwierdziła?') stwierdziła, że musiały to być automatyczne drzwi.

Nawet nie wiedziała(przecinek) jak i kiedy. Ku swojemu zdziwieniu, nie czuła absolutnie niczego z faktu, że stała teraz zupełnie naga. (Lepiej byłoby – nie czuła absolutnie niczego z powodu swojej nagości) Kojarzyła w pewien sposób, że powinna poczuć teraz pewien rodzaj zakłopotania albo wstydu.

Pragnęła jak najszybciej wyjść na zewnątrz, ujrzeć słońce lub niebo, które rozwiałyby (Samo słońce lub niebo nie może rozwiać chmur, ale ich widok owszem, czyli należałoby napisać 'coś co rozwiałoby' albo 'których widok rozwiałby') chmury w jej sercu. Co jakiś czas skręcała razem z korytarzem, czasem przechodziła przez automatyczne drzwi.

Usłyszała głośne chrupnięcie i poczuła natychmiast, że jej prawa ręka była jakaś... dziwna (dodałabym – bezwładna).

Przeszła przez ogromny właz. Po kilku krokach usłyszała potężne jęknięcie metalu i głośne huknięcie (głośny huk), kiedy wrota zamknęły się za nią.

Luźna ziemia stawała się coraz bardziej ubita, ale w końcu, po dwóch metrach kopania, w końcu znowu była luźniejsza. Zaczynała natrafiać na twarde korzenie, a ponad nimi na drobniejsze korzonki. I w końcu – przebiła się przez ziemię na powierzchnię!

Z tryumfem zaśmiała się, po czym zaległa na miękkiej trawie,(zbędny przecinek) brzuchem do góry.

Podkuliła kolana, próbując walczyć z tym nieprzyjemnym chłodem, które(y) powoli ją pożerało (pożerał).

Drobny kosmyk (promyk) nadziei narodził się w jej sercu i dziewczyna desperacko złapała się go, jakby zależało od tego jej całe jestestwo.

Całkiem nowy tekst. Nie kojarzę z żadnym z dotychczasowych, które wrzucałeś na forum. Świat kojarzy mi się z Jowiszem, jego wieloma księżycami, choć zapewne to twój własny świat. Zapowiada się ciekawie, samotna postać jak po jakiejś apokalipsie. Nie przedstawiłeś dziewczyny szerzej, więc nie wiadomo, czy jest człowiekiem, o czym świadczą emocje i odczuwanie na przykład zimna, czy raczej maszyną, o czym świadczy zdolność regeneracji uszkodzonego ciała oraz brak bodźców bólowych. Wychodzi na to, że przez pięć lat była w stanie uśpienia lub hibernacji i nagle znalazła się w nieznanym sobie świecie. Poczekajmy na wyjaśnienia.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Rozdział I – Emilia, czyli szaleńczy upór
Część I


Brnęła przez lasy i łąki. Wbrew rozsądkowi, nie czuła głodu, pragnienia ani zmęczenia. Przez trzy dni i tak nie znalazła niczego, co według jej wiedzy mogło być jadalne. Wszystko wyglądało tak obco. Zwierzęta, rośliny, owady, nie poznawała niczego. Zupełnie jakby obudziła się w innym świecie. Odrobinę zdając sobie sprawę ze swojej nienormalności, dziękowała w duchu za brak apetytu i pragnienia. Może była zbyt zestresowana, by przejmować się czymś takim? Słyszała... nie, wiedziała, że ludzie w ekstremalnych sytuacjach potrafili przekroczyć swoje limity.
Potarła brzuch, patrząc na coś w rodzaju ciemnobrunatnej gruszki. Nie miało to w ogóle żadnego zapachu. Nie, kiedy naprawdę się skupiła, wyczuwała delikatną, kwaskowatą woń. A może tak się jej tylko wydawało? Zerwała „owoc” i ostrożnie przełamała na pół. Pod cienką, lecz trochę twardawą skórą kryło się delikatniejsze wnętrze o czerwonym kolorze z błękitnymi żyłkami. Miąższ konsystencją przypominał trochę ananasa. Nie wyglądało nazbyt zdrowo lub apetycznie, ale zmusiła się do kęsa. Wolała zjeść coś na siłę, niż za jakiś czas paść wyczerpana. Zmrużyła oczy i powoli żuła „owoc”. Nie miał zupełnie żadnego smaku, a do tego był dosyć suchy. Miała nawet wrażenie, że ugryzła blok starego papieru.
– Ble, to nie jest chyba jadalne... – wymamrotała, wypluwając papkę.
Westchnęła ciężko, kręcąc bezradnie głową. W takim tempie to umrze z głodu. Miała nadzieję na jakieś jagody, ale nie wiedziała, jaki panował obecnie sezon. Obstawiała lato, ale w lasach zawsze było dla niej trochę cieplej, więc nie potrafiła dokładniej stwierdzić. A do tego po jakimś czasie zdała sobie sprawę z tego, że w tej okolicy raczej nie znajdzie czegoś normalnego, czegoś pokroju jagód czy poziomek. Nawet zwierzęta nie wyglądały tak, jak powinny. Widziała żyjątko rozmiaru królika, ale miało pysk kreta i kolczaste rogi zamiast uszu. Reszta ciała było jakby pożyczone od czarnego lisa. Dojrzała raz coś wielkości jelenia, ale, na szczęście dla niej, zwierzęta nie podchodziły za blisko. Nie sądziła zresztą, by miała serce zabić żywe stworzenie.
Po raz kolejny ciężko westchnęła. Tęskniła już za cywilizacją. Kiedy zapadł zmrok, jak zwykle usiadła pod drzewem i podkurczyła pod brodę kolana. Nie miała zamiaru krążyć w ciemności. Dzisiaj na niebie wisiały dwa księżyce – krwistoczerwona Ranna i błękitna Runa. Zastanawiała się, czy mogłaby coś na nich dostrzec. Niestety nie miała żadnego teleskopu, by lepiej się przyjrzeć. Z jej perspektywy jeden z nich był dwa razy większy niż główka od szpilki, a drugi niewiele mniejszy od średniej wielkości monety. Wiedziała, że jakby spojrzeć przez teleskop, po ciemnej stronie można było dojrzeć czasem małe światełka miast exilian, runian i sentrian. Wpatrywała się w niebo przez całą noc, po raz kolejny marząc o tym, by polecieć między gwiazdy.
Kiedy nastał poranek, ruszyła w dalszą drogę. Nawet jeżeli nie czuła zmęczenia, kilkugodzinna przerwa zdecydowanie poprawiła jej nastrój. Jej myśli przestały na chwilę być aż tak mroczne. W okolicach południa natrafiła na niewielką rzeczkę, która przecinała łąkę. Woda sięgała dla niej do kolan i była czysta. Płynęła dosyć żywo, więc dziewczyna stwierdziła, że była zdatna do picia. Wzięła kilka łyków chłodnej wody, po czym wykąpała się i zmyła w końcu z siebie cały brud. Usiadła potem na trawie, wygrzewając w ciepłym słońcu. Poczuła się bardziej orzeźwiona, niż się spodziewała. Przymknęła oczy, wsłuchując się w dziwny świergot ptaków. Na swój sposób to było dosyć relaksujące. To trochę jakby miała teraz wakacje.
Westchnęła cicho i otworzyła oczy. Gdziekolwiek był jej dom, coraz bardziej za nim tęskniła.
Pod wieczór znalazła coś, co przypominało pole uprawne. Nie, to musiało być pole uprawne. Jakieś zielsko zostało zasiane w miarę równych rzędach. Nie rozpoznawała rośliny, ale to oznaczało, że wkroczyła w końcu na tereny cywilizowane! Jej serce zabiło odrobinę szybciej. Trochę dalej znalazła ścieżkę i z niekrytą radością podążyła nią. Na innym polu pasły się jakieś dziwne zwierzęta. Z początku myślała, że to przerośnięte kozy, ale kiedy podeszła bliżej, pomyślała, że było to bardziej podobne do małego niedźwiedzia o łbie krowy i kozich nogach. Nie kojarzyła nawet czegoś zbliżonego do tej dziwnej mieszanki, więc po raz kolejny przeżyła kulturowy szok.
– Najwyraźniej na Saries są i takie rzeczy... – stwierdziła z namysłem.
Po kilku minutach usłyszała jakieś donośne stuknięcia i zobaczyła kogoś pracującego przy niewielkim zagajniku. Podniosła rękę i zawołała głośno. Postać odwróciła się, wyprostowała i spojrzała w tym kierunku.
– Oj... – mruknęła zaskoczona dziewczyna.
Spodziewała się człowieka, ale zamiast tego zobaczyła istotę o posturze co najmniej dwa razy potężniejszej. Jedna para ramion ściskała dużą siekierę, druga trzymała potężną kłodę drewna. Czerwonawa skóra świeciła się od potu, który znikał w szczecinie na rękach. Wiedziała, co to za rasa. Learowie. Ludzie mieli z nimi silny, technologiczny sojusz. Jako jedna z pierwszych ras postanowiła zaadaptować technologię do elementu, w przeciwieństwie do ludzi, którzy nie potrafili nawet jego używać. Nie mając większego wyboru, dziewczyna poszła w jego stronę. Mogła go poprosić o jakiś kierunek do domu albo chociażby o schronienie na noc.
Z drugiej strony zastanawiała się, jak daleko była od domu, skoro fauna i flora aż tak bardzo różniły się od „domowej”. Ludzie byli zresztą jedyną rasą, która miała stałe, określone terytorium. Odchodząc dalej od granic, można było napotkać miasta learów obok ogrodów arisli, wiosek daevów i osad libram. A im dalej od ludzkich granic, tym większy robił się rasowy kociołek.
Kiedy podeszła bliżej zagajnika, zauważyła, że lear ściskał coraz mocniej olbrzymi topór. Osobnik był co najmniej dwa razy większy od niej, ale spoglądał na nią z wyraźną podejrzliwością i trochę jakby strachem.
– Czego tu szukasz? – zapytał chrapliwym głosem.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą, kiedy rozpoznała język. Akcent był trochę inny, ale to się zdarzało między różnymi plemionami learów.
– Szukam drogi do terytorium ludzi – powiedziała płynnie w leariańskim.
Lear patrzył na nią uważnie, jakby sprawdzając każdy skrawek jej ciała. Poprawił chwyt na toporze i nieco go uniósł.
– Podnieść ręce i obróć się powoli – rozkazał.
– Jeżeli to pomoże w jakiś sposób – mruknęła.
Dosyć niechętnie wykonała jego polecenia. Fakt, że była teraz naga odrobinę ją krępował, ale ratowało ją to, że learów pobudzało coś innego niż kobieca figura. Kiedy obróciła się, lear wyglądał już spokojniej.
– Nie jesteś oznaczona – powiedział z ulgą. – Nie ściągniesz mi kłopotów na głowę.
– Oczywiście, że nie! – stwierdziła z oburzeniem. Sama poczuła się bezpieczniej, kiedy lear opuścił w końcu ogromną siekierę. – A więc?
– Co...? A. Terytorium ludzi... Najbliższe będą ziemie harla Amberta anst Dimbelov, jakieś dwa-trzy tygodnie drogi na zachód. A jeszcze dalej na zachód ponoć jest ludzkie królestwo. Debolatia...? Może.
Mówił dosyć wolno, jakby bał się, że dziewczyna nie zrozumie. Cierpliwie słuchała go, po czym spojrzała w stronę, którą wskazał lear. Kierunek pokrywał się mniej więcej z tym, który sobie wyznaczyła. Miała całkiem spore szczęście.
– Dzięki. – Już chciała iść dalej, ale z każdą kolejną chwilą robiło się coraz ciemniej. – Eee... nie wiesz, gdzie mogłabym zatrzymać się na noc? – spytała.
Lear podrapał się po kwadratowej szczęce.
– Skoro nie jesteś ścigana... mogę cię przenocować u siebie. W stodole jest jeszcze nieco siana, ci wystarczy. Choć moja pierwsza może się nie zgodzić... Co do jedzenia... – zmierzył ją wzrokiem – raczej za wiele nie zjesz – zaśmiał się. – Chodź, pomożesz mi zanieść w zamian drewno.
Poczuła się odrobinę urażona, ale jednocześnie wdzięczna. Zje w końcu coś jadalnego i prześpi się... na sianie? Pomyślała przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami. Pewnie coś źle usłyszała. Wzięła na ręce kilka mniejszych polan, podczas gdy lear napakował sporo drewna do nosidełka, które następnie zarzucił sobie na plecy. Do rąk wziął potężny topór, inną, wolną dłonią zgarnął swoją torbę. Kiedy dziewczyna tak na niego patrzyła, zdała sobie sprawę, jak wygodne musiało być posiadanie dwóch par rąk. Ludzie później rozwiązali ten problem z pomocą technologii. O dziwo, najpierw udało im się wysłać dyplomatów na inne księżyce, nim to nastąpiło.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#8
(12-02-2017, 01:04)epoN napisał(a):
Rozdział I – Emilia, czyli szaleńczy upór
Cześć I

Potarła brzuch, patrząc na coś w rodzaju ciemnobrunatnej gruszki. Nie miało (to) w ogóle żadnego zapachu.

A może się to jej jedynie wydawało? (Trudna konstrukcja do przeczytania – A może tak się jej tylko wydawało?)

Pod cienką, lecz trochę twardawą skórą kryło się miększe (delikatniejsze?) wnętrze o czerwonym kolorze z błękitnymi żyłkami.

Wzięła kilka łyków chłodnej wody, po czym wzięła kąpiel i zmyła w końcu z siebie cały brud. Usiadła potem na trawie, wygrzewając na (w) ciepłym słońcu.

Na swój sposób,(zbędny przecinek) to było dosyć relaksujące.

Po kilku minutach usłyszała jakieś donośne stuknięcia i zobaczyła kogoś pracującego się przy niewielkim zagajniku.

Bez większego wyboru (Nie mając większego wyboru), dziewczyna poszła w jego stronę.

Fajny tekst. Dziewczyna trafia tam, gdzie nie ma ochoty być, spotyka kogoś, kto ma więcej kończyn, niż normalnie mają dwunożni, jest miły, ale ma prawdopodobnie niezbyt miłą partnerkę, a to dobrze nie wróży. Nie mam się do czego przyczepić, naprawdę mi się podoba. Jest tajemniczo i optymistycznie, przynajmniej na razie, a końcówka zabawna.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
Dzięki za komentarz i poprawki, Naw :)
Tymczasem, kolejny fragment. Miłej lektury ;)



Rozdział I – Emilia, czyli szaleńczy upór
Część II

Podreptała za learem, od czasu do czasu podbiegając kawałek, by go dogonić. Czuła się dziwnie drobna w jego pobliżu, choć była przekonana, że pośród ludzi wcale nie należałaby do tych niskich.
– Jesteś silniejsza, niż na to wyglądasz – stwierdził niespodziewanie. Uniosła głowę i zobaczyła, że olbrzym bacznie ją obserwował.
– Myślę, że wyglądam całkiem normalnie – powiedziała lekko zdezorientowana.
– Widziałem wielu ludzi, ale oznaczonych. Nie mieli na sobie za dużo mięśni ani tłuszczu i ledwo szli. Chudzi jak patyki i bladzi. Jakby chorzy. Na szczęście przyszli i ich zabrali.
– Zabrali? Gdzie?
Lear wzruszył ramionami.
– Tam, gdzie powinni być, chyba – rzekł bez przekonania. – Dlaczego nie masz ubrań? Okradli cię?
– Nie, zniszczyły się całkowicie – westchnęła ciężko, kręcąc głową. – Ktoś poskąpił najwyraźniej na moje ciuchy i kiedy wychodziłam z... – urwała na chwilę, marszcząc brwi. Skoro to była placówka ludzi z dala od ludzkich granic, to może nie powinna tak łatwo o tym wspominać? – Kiedy wychodziłam z lasu rozdarły się na krzakach – skłamała. Lear zastanowił się przez chwilę, próbując zrozumieć jej słowa. Z jej dziwnym akcentem kilka słów było odrobinę niezrozumiałych.
– Doprawdy? I nic nie zostało? To smutne.
– Jak widać.
– Ja widzę, że chyba same onnuyah przeciągnęło cię przez siedem lasów i siedem gór – odparł i już więcej nie poruszał tego tematu.
Dziewczyna jedynie zaśmiała się nerwowo. Dom leara nie był wcale tak daleko od zagajnika, jakieś pięć – dziesięć minut drogi pełnej niezręcznego milczenia. Dziewczyna doznała szoku, patrząc na drewnianą, dosyć niedbale zbudowaną chatę. Nawet w filmach niskobudżetowych mieli lepsze! Strzecha na dachu była już wysłużona i wymagała wymiany, stodoła trochę dalej od domu desperacko błagała o uszczelnienie wszystkich dziur i drewnianego dachu. Do tego narzędzia, które leżały obok chaty, nie szczyciły się najwyższą jakością.
– Czy to jakiś skansen? – wypaliła w zdumieniu.
– Skansen? Nie wiem co to – odparł lear, marszcząc czoło. Dwie krzaczaste brwi połączyły się w jedną wielką. – Zaczekaj chwilę. Drewno połóż tam – wskazał jakąś kupkę polan, obok której położył swój ładunek.
Wszedł do chaty, skąd po chwili zaczęły dochodzić jakieś rozmowy. Dziewczyna z rozczarowaniem rozglądała się dookoła. Gdyby ktoś jej powiedział, że learowie mieszkają w takich domkach, wyśmiałaby go, po czym pokazała zdjęcia betonowych dżungli, wielkich kopuł ze szkło-stali i pięknych, ceglanych budowli. Kiedy zerknęła z ciekawości na topór, nawet ona widziała, że został wykonany ze słabej jakości metalu. Rdza powoli nadgryzała niemalże czarną powierzchnię, liczne szczerby „zdobiły” ostrze. Inne narzędzia także były nie tylko prymitywne, ale równie beznadziejne.
Obróciła się, kiedy drzwi otworzyły się na nowo.
– Wejdź. Zjesz coś – powiedział lear, po czym wrócił do domu.
Poszła za nim, powstrzymując się od jakichkolwiek komentarzy. W końcu była dobrze wychowana, chyba. Nie, z pewnością byłaby, jakby pamiętała. Wnętrze chaty wcale nie wyglądało lepiej, ale zdecydowanie panowała atmosfera typowa dla rodzinnego ogniska. Wszystkie meble były ze dwa – trzy razy większe niż ludzkie, by lepiej pasować do potężniejszych rozmiarów learów. Czuła się dziwnie, jakby nagle się skurczyła do co najmniej połowy swojego rozmiaru. Ciemność rozpraszała metalowa czara, stojąca na stole. W jej wnętrzu płonął sporawy ogień. Dookoła stały trzy misy z parującym jedzeniem, w jednej z nich było wyraźnie mniej jedzenia. Nie zmieniało to faktu, że to wciąż stanowiło porządną porcję.
– To ty jesteś tą kobietą, o której mówił mój pierwszy? – zapytał ktoś nieco wyższym głosem.
Z drugiego pomieszczenia wyszła learka, wycierając dłonie w ścierkę. Tężyzną fizyczną dorównywała swojemu małżonkowi. Z lekkim niezadowoleniem skrzyżowała obydwie pary ramion. Także miała czerwonawą skórę, jakby ktoś wypalił ją z gliny, i wyjątkowo proste, znoszone ubrania. Dziewczyna pomyślała, że to był idealny moment na skromność, a nie kąśliwe uwagi. W końcu obecnie sama nie posiadała zupełnie niczego poza swoim ciałem. Pochyliła delikatnie głowę przed gospodynią.
– Tak. Dziękuję bardzo za gościnę. To więcej, niż mogłam pragnąć – powiedziała. – Zapewniam, że kiedy nadejdzie świt, nie będziecie musieli się mną przejmować. Niestety, nie mam jak się odwdzięczyć...
– To musi być jakaś harlowa albo diuszesa – wyszeptała w zdumieniu learka do małżonka. Ten jedynie wzruszył ramionami. – Nie przejmuj się. Jesteś drobna. Słyszałam, że ludzie i tak jedzą tyle, co dzieci.
Dziewczyna uśmiechnęła się jedynie krzywo. Nie mogła temu zaprzeczyć w żaden sposób. Wspólnie zasiedli do stołu. Miała drobny problem z siedzeniem przy nim – najpierw musiała się wdrapać na krzesło, a potem zorientowała się, że blat był teraz na wysokości szyi. Postanowiła więc, ku rozbawieniu gospodarzy, jeść na stojąco łyżką niewiele mniejszą od jej przedramienia. Na kolację było coś w rodzaju pszennego placka z kaszą, ale wykonanych z innych składników. Zmarszczyła brwi już po pierwszym kęsie – znowu miała wrażenie, że żuła karton. Z pewnością przydałoby się temu trochę więcej przypraw.
– Co to jest? – zapytała. – Jeszcze nie widziałam czegoś takiego.
– Naprawdę? Musisz nie pochodzić z tych okolic. To gotowana żenszyca i chleb z drugwii – odparła gospodyni. – Skąd jesteś?
– Z Cesarstwa Regizorium – rzekła dziewczyna.
– Cesarstwo Regizorium...? Gdzie to?
Dziewczyna zamyśliła się, marszcząc brwi.
– Nie mam pojęcia. – Czując, że learowie oczekiwali czegoś więcej, kontynuowała: – Wydaje mi się, że to gdzieś na północny zachód stąd. Pierwszy raz widzę takie rośliny i zwierzęta, jak w tej okolicy, więc pewnie jeszcze dużo drogi przede mną.
– Mam nadzieję, że szybko trafisz do domu – powiedział lear. – Te ziemie nie są najlepsze dla ludzi.
– Poradzę sobie! – stwierdziła pewnie dziewczyna.
Kolacja minęła dosyć szybko przy luźnej rozmowie. Ta niewielka porcja jedzenia, jak na standardy learów, to wciąż było dla niej za dużo i zjadła nieco więcej niż połowę. Nie miała nawet apetytu na coś, co smakowało jak karton, ale zachowała tę uwagę dla siebie. Wyszła z chaty i poszła do stodoły, gdzie ułożyła się w sianie. Ale nieważne, ile i jak wygodnie leżała, sen po prostu nie nadchodził. Najwyraźniej wciąż była zbyt zestresowana, by spać. Wyszła na zewnątrz i spojrzała w niebo. Przez chmury przebijał się duży, jasnozielony księżyc, Iris. Wyglądało na to, że tej nocy będzie tylko on. Ten widok był dla niej dziwnie znajomy.
Ale niósł także ze sobą wyjątkowo złe emocje. Poczuła nagle falę przygnębienia i niemalże fizycznego bólu. Choć bała się odrobinę, próbowała przypomnieć sobie dlaczego.
I nagle jakaś wizja lub odległe wspomnienie ukazało się jej, na moment przenosząc do zupełnie innego świata.
Otaczało ją morze ognia i wrzącej krwi, wszędzie pięły się ku niebiosom wieże z gęstego, duszącego dymu. Tam, gdzie miały stać budynki, nie ostały się nawet gruzy. Smród śmierci, gnijących ciał, spalenizny był wszechobecny i tak intensywny, że naciskał na jej ciało z każdej strony. Płacz i krzyki zabijanych, agonalne wrzaski, głośne pojękiwania dogorywających i pośmiertne zawodzenia pomijały uszy i trafiały prosto do jej umysłu, wykręcając duszę i serce jak starą szmatę. Rozpalona do czerwoności ziemia głośno syczała, kiedy opadały na nią rozerwane ludzkie szczątki.
Przez ułamek sekundy poczuła to całe cierpienie. Jakby jej ciało było obdzierane ze skóry, rozrywane kawałeczek po kawałeczku, powoli przypalane. Chciała krzyknąć z bólu, ale zamiast tego osunęła się na kolana i natychmiast zwymiotowała. Wszystko przed jej oczyma zmieniało się jak w kalejdoskopie. Małe, drobne iskierki krążyły wokół niej, spontanicznie pojawiając się i znikając. Wewnętrzna pustka nagle stała się dużo boleśniejsza i jeszcze zimniejsza. Otarła wrzące łzy, podniosła się z ziemi i zerwała się do chwiejnego biegu, próbując uciec od tego wszystkiego. Potykała się co chwilę o kamienie, zahaczała o krzewy i gałęzie, coraz głębiej raniąc swoje ciało, ale bała się zatrzymać, by te wizje jej nie dogoniły. Biegła bez opamiętania w jedynym kierunku, który wydawał się dla niej logiczny.
Podświadomie wiedziała, że się już spóźniła.
Ale chciała tam dotrzeć. Gdziekolwiek te „tam” było, chciała tam być.
Albo umrzeć i dołączyć do nich wszystkich, którzy byli dla niej z jakiegoś powodu bliżsi niż rodzina...


Kiedy nastał świt, Arsors przebudził się akurat na śniadanie. Jego pierwsza, Meriel, krzątała się po kuchni. Zauważył, że był przygotowany jeszcze jeden talerz.
– Pójdź po tę kobietę – powiedziała do niego. – Niech jeszcze coś zje przed podróżą, jeżeli jeszcze nie poszła.
Arsors spojrzał na drobną porcję przeznaczoną dla małej kobiety. Wzruszył ramionami. Meriel najwyraźniej ją polubiła. W tej kwestii nie miał za wiele do gadania. Nawet to i lepiej, kiedy jego pierwsza mogła porozmawiać z kimś innym niż inne gospodynie domowe. To trochę jakby odległy kawałek świata przybył dobrowolnie w ich progi. Wyszedł z chaty i poszedł do stodoły, gdzie miała spać ludzka dziewczyna. Zajrzał do środka i bez szczególnego zdziwienia odkrył, że już jej nie było. Nawet słoma nie została porządnie wygnieciona. W końcu kobieta sama powiedziała, że skoro świt, to wyruszy w dalszą drogę.
Kiedy wyszedł, wdepnął w coś nieprzyjemnie miękkiego. Zerknął na kupkę gotowanej żenszycy wymieszanej z chlebem. Wyglądały, jakby ktoś dopiero co wyrzucił je z miski. Trawa wokół była przypalona, a w kilku miejscach gleba spieczona na kamień. Przypalone ślady wiodły na zachód, do gęstej puszczy. Już miał się wściec, kiedy dojrzał obok coś delikatnie połyskującego. Przykucnął i zerknął na kilka małych, białych klejnocików. Były wielkości łzy, a kiedy podniósł jeden i spojrzał przez niego na słońce, wnętrze klejnociku rozbłysło całą gamą barw. Patrzył na to zafascynowany.
Dopiero po chwili coś mu zaskoczyło. Przyklęknął na ziemi, zaklaskał dwukrotnie wszystkimi rękoma i złożył je do żarliwej modlitwy.
I jeszcze w ten sam dzień koło zagajnika, gdzie spotkał ją po raz pierwszy, stanął niewielki ołtarzyk poświęcony bezimiennej ahannyah.
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#10
(24-02-2017, 01:34)epoN napisał(a):
Rozdział I – Emilia, czyli szaleńczy upór
Część II

– Tam (przecinek) gdzie powinni być, chyba – rzekł bez przekonania.

Dom leara nie był wcale tak daleko od zagajnika, jakieś pięć-dziesięć (pięć – dziesięć; przy zapisie słownym mają być spacje i myślnik, a nie dywiz) minut drogi pełnej niezręcznego milczenia.

Do tego narzędzia, które leżały (tu chyba czegoś brakuje) chaty (przecinek) nie szczyciły się najwyższą jakością.

– Skansen? Nie wiem, (zbędny przecinek) co to – odparł lear, marszcząc czoło.

– Zaczekaj chwilę. Drewno połóż tam (kropka i po myślniku dużą literą) – wskazał jakąś kupkę polan, obok której położył swój ładunek.

Kiedy zerknęła z ciekawości na topór, nawet ona widziała, że został wykonane (wykonany) ze słabej jakości metalu.

Wszystkie meble były ze dwa-trzy (jak wcześniej „dwa – trzy”) razy większe niż ludzkie, by lepiej pasować (pasowały) do potężniejszych rozmiarów learów.

Dziewczyna zamyśliła się, maszcząc (marszcząc) brwi.

Przyjemny styl sprawia, że dobrze się czyta. Interesująca historia opowiedziana z rozmachem.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  [Vexion]Era Bezkresnych epoN 113 31,908 19-08-2018, 23:18
Ostatni post: Nawka

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości