Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Z Krwi i Kości
#1
Witajcie!
Nie lubię przywitań nad tekstem, więc przejdę od razu dalej xD
Napisany w przypływie chęci napisania czegoś z klimatów średniowiecznych: walka, magia, rytuały, królestwa i wojna. Raczej nie znajdziecie tutaj jakiejś super nowości, którą będziecie wychwalać nad niebiosa – w końcu wszystko już było. Uwaga: wulgaryzmy(w końcu średniowiecze).

Życzę miłej lektury.

Z KRWI I KOŚCI
Rozdział 1


Powietrze cuchnęło śmiercią i dymem, ziemię pokrywał popiół, a ludzie błądzili bez nadziei.
Cholera jasna.
– To koniec. Już po wszystkim – powiedział niski chłopak, kiwając ze zrezygnowaniem głową. – Pół dnia minęło, a nikt nie przyszedł. Na próżno nam czekać, ojcze.
– Zawrzyj gębę Josiek, bo ci pomogę. Twoją siostrę zabrali, a ty już ją zostawić chcesz? Ni czekać na pomoc, ni ruszyć za nią ci się nie widzi, co? Wstyd mi, żem cię na takiego wychował – zakończył surowo, spoglądając w oczy syna, które patrzyły wszędzie, tylko nie na niego.
Mieszczanie chodzili wolno po zrujnowanej wiosce, z dachów niektórych domów nadal unosił się gęsty szary dym. Kilku mężczyzn siedziało na starym kamiennym murku, który wybudowali kilka wiosen temu, by odgrodzić ogródki między domami. Teraz nie było ani domów, ani ogródków. A mur stał.
Josiek westchnął i przycupnął. Sięgnął po krzywy patyk i zaczął rysować nim niezgrabne kółka w czarnej ziemi. Wójt ze zdenerwowaniem spojrzał na syna i odszedł pospiesznie, klnąc pod nosem. Był zły, prawda, ale nie na Jośka. Był młody i bystry, jeszcze siedemnastej zimy nie przeżył i pewnie nie śpieszno mu do piachu. Dobrze to wiedział. 
Widział też, że prędzej czy później to musiało się stać. Że dezerterzy przyjdą, będą plądrować i palić, ale przesunięcie się linii frontu, jak zasłyszał od przejezdnego, wszystko przyspieszyło. Przyspieszyło nieszczęście dla ich wioski. Ale pytanie, dlaczego napadli właśnie na nich, i tak kłębiło się w jego głowie.
Byli niewielką wioską, jedna ulica, kilka domków, mała gospoda, pola uprawne i nieco bydła, które rozbiegło się zaraz po tym, jak bandyci przybyli. Jedną świnie udało im się zarżnąć dla uciechy.
Dlaczego?
Z daleka od głównego traktu.
Dlaczego?
Sąsiednich wiosek, z którymi robili interesy, nie ruszyli. Nikt nie przyszedł im na pomoc.
Dlaczego my?
Podejrzewał, jaka była odpowiedź na to pytanie.
Pech.
Rozejrzał się jeszcze, stojąc pośród zgliszczy. Z jego domu i majątku nie pozostało nic prócz tego, co miał przy sobie. Stracił dobytek i porwano mu córkę.
– Żeby ich wszystkich, cholera, zaraza zżarła – warknął i splunął na dom. Jego wzrok zrobił się mglisty, kiedy wspomnienia wróciły. Westchnął i przetarł twarz tak mocno, jakby chciał zedrzeć z niej skórę. – A mogłaś biec, Jasieńko. Mogłaś, kurwa, biec.
Ale nie pobiegła. Zanim wtargnęli nakazał jej uciekać, ale zawsze była uparta i kiedy postanowiła, że zostaje, to nic nie mogło odwieść jej od tego pomysłu. Był pewien, że upartość odziedziczyła po matce, której niedane było jej poznać.
– Wszystko stracone, Javirze – odezwał się mężczyzna z umorusaną na czarno twarzą. Wójt poznał go dopiero po chwili, bo wpierw musiał przypomnieć sobie wszystkich mieszkańców wioski, by trafić na właściwego. A trafił na Ździebka Malka, który w swoim małym sklepiku sprzedawał najróżniejsze ustrojstwa, od ręcznie robionych dziurawych filiżanek z gliny, po figurki z drewna bardziej przypominające linczaki niż normalne zwierzęta.
– Może racja, ale trzeba mieć nadzieję – odparł wójt.
– Moja stara zawsze mówiła, że nadzieja jest dla debili i kurew, które chcą żyć lepiej. A tu taki chuj, kurwy nadal są ruchane, a nas wyruchali bandyci. Pieprzę taką nadzieję, wójcie kochany. Tfu! – splunął i charknął, jakby chciał z siebie wyrzucić coś więcej niż ślinę. Później potrząsł głową i poprawił przypalony rękaw kurtki.
– Spójrz tam, Javirze – zwrócił się znowu do wójta, wskazując wielkiego umięśnionego mężczyznę, który szlochał pod jedną ze ścian. To był ich kowal, Ben Grom, który trzy wiosny temu przybył z południowych stron, by wieść spokojne życie. – Żonę mu zabili. Ale najpierw. Na jego oczach ją zgwałcili, ja żem to też widział. Taka rzecz może nawet tak twardego drania złamać. Ale ty, wójcie Javirze, jakoś się trzymasz, mimo że Jasienkę uprowadzili w trzy dupy. Szkoda jej trochę. Ale oświadczam, że ja się wyruchać nie dam.
Wójt spojrzał wściekle na Ździebka.
– Jeszcze słowo Ździebko, a przysięgam, że to ty zaraz będziesz chciał, żeby cię w te trzy dupy uprowadzili. I wyruchali.
Ździebko Malk machnął lekceważąco ręką, jakby odganiał denerwującą go muchę, a później odszedł. Wójt patrzył za nim od niechcenia i niemożności zrobienia czegoś innego. Ździebko zniknął na drodze do lasu.
– Obyś na linczaki wpadł, cholera jasna – powiedział w przestrzeń i usiadł.
Później do wieczora targali zmarłych w jedno miejsce i odprawili wspólny pogrzeb. Wójt pomyślał, że wielu ich było.
* * *
– Dwadzieścia dwie gęby z czterdziestu jeden. Trzynaście martwych, sześć zabrali – rzekł Josiek zapisując coś zwęglonym kawałkiem drewna na żółtej karcie. – Tylu nas zostało.
Wójt kiwnął mu głową. On nie potrafił pisać. Kiedyś jakiś przejezdny znachor zatrzymał się u nich w karczmie, bez grosza przy duszy i zażądał noclegu. No, ale przecie na tym świecie nic za darmo nie ma. Zatem wójt wynegocjował umowę, żeby Jośka pisać nauczył, jak zdąży, a nocleg się znajdzie.
Ale Jośkowi pisanie nigdy dotąd na nic się nie zdało. Teraz robił listę, zapisywał, co im zostało i jak równo podzielić chleb, który został ukryty w piwnicy karczmy. I do którego się jeszcze nie dostali.
– Co teraz będzie, ojcze?
– Gówno – odparł po chwili.
Wszyscy mieszkańcy schronili się pod jednym dachem, który się ostał. Stodołą. Bo stodoły nie spalili, tam Alkę zabrali, a później Halkę, żonę kowala, ale Jasienki nie. Jasienkę wzięli na koń i odjechali. W trzy dupy, jak powiedział Ździebko. W stronę lasu.
Teraz wójt nie odważyłby się wyściubić nosa na zewnątrz. Była noc, do tego luna w pełni, potwory, bandyci, niebezpieczeństwo jak się patrzy. Nikt by chyba nie zaryzykował.
– Jutro pójdziemy do miasta – zdecydował w końcu. Syn nagle ożywił się i usiadł prościej, bo wcześniej garbił się bardzo i ustawiał kamyczki w dziwny wzór. – Wszystko straży powiemy i nadzieję miejmy, że coś zrobią. A jak nie, to sami pójdziemy Jasienkę odbić.
Josiek nie wyglądał na przekonanego. Skrzywił wargi w dziwnym grymasie, a później opuścił głowę. Ci, którzy słyszeli ich rozmowę, wyglądali podobnie. Nic dziwnego, pomyślał Javir, w końcu wszystko szlag trafił. W jednej chwili, co najmniej połowa z nich straciła bliskich, ale dobytek wszyscy. W tych czasach znaczyło to tylko dwie rzeczy – nieuchronną śmierć lub dołączenie do takich bandytów, którzy ich napadli.
Javir nie był już pewien. Żadna z opcji się mu nie podobała, ale jeśli będzie musiał wybrać…
Wybierze pierwszą.
* * *
W nocy wyły wilki, o drewniane ściany stodoły coś skrobało, jakby linczak, który odłączył się od stada chciał wejść do środka i zakosztować nogi lub ręki któregoś z obecnych. Nikt nie mógł spać, sowa siedząca na belce pod dachem pohukiwała głośno i często, skutecznie odstraszając senne zmory. Do tego wszędzie były szczury i wójt mógł przysiąc, że jeden dostał mu się do nogawki.
Jednak nie poruszył się, ani nie odezwał. Widział linczaka, raz, nad ranem, kiedy stary Wahmir wracał z lasu, bo zachciało mu się grzybów. Linczaki dorwały go stadem, niczym małe pieski, tylko z dłuższymi pyskami, które wyglądały jak miotły, ale zamiast włosia był szereg ostrych kłów, a ślipia mieniły się szkarłatem. Długie ciało, długi ogon, ale bydlaki małe, przez co szybkie i zabójcze. Jak Wahmirowi jeden nogę chapnął, to z nogą pobiegł w las, bez ciała. Resztę rozerwali, a z Wahmira zostało tylko nieobgryzione żebro i koszyk grzybów, po który nikt nigdy nie poszedł.
Pół nocy waliło i skrobało, i wszyscy byli już pewni, że to potwór, kiedy wepchnął swój zębaty pysk w dziurę pod drzwiami i dmuchnął tak, że kurz uniósł się w górę. Ostatni raz, kiedy linczak odważył się wyjść z lasu tak daleko miał miejsce jeszcze zanim urodziła się Jasienka. Pewnie smród śmierci je zwabił. Wójt ściskał ramię swojego syna, którego powoli zmagał sen.
Sowa zahukała jeszcze kilka razy zanim, jakby miała dość życia, skoczyła z deski, ale w połowie drogi na ziemię rozwinęła skrzydła i wzbiła się w powietrze. Z ust Lona Huga, czeladnika kowala, wydarł się piskliwy krzyk, jakby ktoś włożył mu lodowaty pręt pod plecy.
I po tym nastała martwa cisza, wszyscy spojrzeli na niego ze zgrozą, linczak przestał drapać o ściany, nawet sowy już nie było. Lon zakrył usta, a do oczu napłynęły mu łzy. Ludzie patrzyli na niego, jakby już wydali wyrok, że jeśli linczak wejdzie, on pierwszy wpadnie pod jego zęby.
Wójt przełknął ciężko ślinę. Potwór uderzył w drzwi tak mocno, że te zatrzęsły się niebezpiecznie, a deska, którą je zaryglowali, podskoczyła. Za chwilę nastało kolejne uderzenie, a po nim następne, a odstępny między nimi były zbyt krótkie. Wszyscy wiedzieli, co się stało.
Przybiegła reszta stada.
Nikt nawet nie pisnął.
W końcu któryś potwór walnął porządnie.
– Trzymać drzwi! – wrzasnął przerażony wójt, kiedy deska podskoczyła tak, jakby sama bała się potworów i nie chciała zostać pierwszą ofiarą.
Wszyscy zerwali się na nogi, dwadzieścia osób, nie licząc najstarszego małżeństwa, jakie Javir znał, podbiegło pod drzwi. Oparli o nie ręce i naprali, wycofując nogi jak najdalej, bo chude, długie szczęki już tam podgryzały zaciekle.
– Najpierw bandyci, teraz potwory. My to, kurwa, szczęście mamy – podsumował Ben Grom, kowal, przyciskając drzwi swoim wielkim przedramieniem.
A Javir nie mógł nie przyznać mu racji.
Coś przeklęło ich małą wioskę.
I wtedy, jakby ktoś wysłuchał rozpaczliwych modlitw, usłyszeli rżenie koni i odgłosy kopyt. Później wściekłe syki linczaków, a następnie mogli dosłyszeć jak coś tnie powietrze ze świstem. Następnie jakby kamień rąbnął w ścianę stodoły. Wójt przysłuchiwał się, przystawił ucho od drzwi, a inni wzięli z niego przykład. Słyszał konie, słyszał ludzi, ale potworów już nie. Nagle wszystko ustało.
– Widły – szepnął jeden z wieśniaków. – To pewno znowu ci bandyci. Widły biermy i nie dajmy się znowu.
– Cicho! – syknął kowal. – A może pomoc przyszła?
– Chuja tam. Wierzysz w to?
– Ja wierzę – odezwał się Josiek, który przystawiał twarz do ściany, przez co wyglądał jak kompletny debil.
– A skąd masz pewność?
– Bo ich widzę – odparł. – Tutaj jest dziura. Bandyci chyba nie chodzą w błyszczących zbrojach, prawda?
– Jakie barwy?
– A bo ja wiem? Ciemno jest – szepnął pod nosem i zmarszczył mocno czoło w zamyśleniu. – Chyba… niebieskie.
– O żesz w mordę! Otwierajcie te drzwi, to żołnierze z księstwa!
Szybko unieśli belkę, która rąbnęła o ziemię ciężej niż powinna. Wójt w ostatnim momencie wycofał stopę.
Kiedy w końcu kowal pchnął do siebie drzwi i je otworzył, ujrzeli truchła potworów. Wójt naliczył osiem martwych linczaków, albo dziewięć, jeśli policzyć tego przeciętego równo na pół, drugiej połowy nigdzie nie było.
Kiedy oderwał wzrok od potworów, których obawiał się pół życia, spojrzał na żołnierzy. Była ich trójka, każdy wysoki, odziani w niebieskie, z pewnością błyszczące, ale teraz umorusane krwią zbroje. Dwóch nosiło hełmy, które na miejscu oczu miały długie prostokątne wcięcia. Jeden stał bez. Jego włosy były krótkie i jasne, a szczeka kwadratowa, z kilkudniowym zarostem. To właśnie on wyszedł im naprzeciw.
– Witajcie, ludzie! – powiedział głośno. – Już nie musicie się obawiać. Niebezpieczeństwo zażegnane! Jam, Edgar Von Grahan zwany Szlachetnym, na służbie miłościwie nam panującej księżnej, przybyłem z pomocą!
Wszyscy gapili się na niego w osłupieniu. Rycerz rozejrzał się na boki i na krótki moment mina mu zrzedła, bo chyba zrozumiał, że powiedział coś, czego w tej sytuacji nie powinien. Wykrzywił usta we wściekłym grymasie, a w niebieskich oczach ukazał się gniew.
– Co się tutaj stało? Któż to napadł na wioskę i gdzie się udał?!
Wszyscy patrzyli na niego w milczeniu, jakby zaschło im w gardłach i nie byli w stanie wydusić słowa.
– Pomożecie, mości rycerzu? – zapytał niespodziewanie Josiek zaskakując wszystkich. – Sprowadzicie z powrotem moją siostrę?
Rycerz spojrzał na niego i wyprostował się, przez co wyglądał na jeszcze wyższego. 
– Przysięgam na honor! – krzyknął, salutując i prawą pięścią uderzając się w pierś.
Wójt miał ochotę się zaśmiać i zapytać Ździebka, czy nadzieja naprawdę jest taka głupia. I kto kogo teraz wyruchał?
* * *
Rycerze wysłuchali opowieści o tym, jak bandyci, najprawdopodobniej dezerterzy, napadli na ich wioskę, zrabowali domy, zgwałcili i porwali kobiety, a tych, którzy się stawiali, zabili. Nie byli wstrząśnięci, wójt wiedział, że to dla nich nie pierwszyzna, że widzieli już podobne miejsca i spotkali się z podobnymi problemami ludzi, którzy, jak oni teraz, błagali o pomoc.
Teraz też wszyscy wiedzieli, co Josiek bazgrał wcześniej na ziemi, a później na kartce. Javir nie wiedział, czym to jest dokładnie, ale przypominało herb. Rycerze chyba rozpoznali, bo przypatrzyli się dokładnie, a później zaczęli rozmawiać między sobą po drugiej stronie stodoły, jakby właśnie rozważali czy im pomóc, czy jechać w siną dal.
Wójt czuł, jak krople potu spływają mu po czole.
– Pomogą nam, prawda? – zapytał Josiek z nadzieją.
– Tak, pomogą – potwierdził, choć nie był tego taki pewny. Otarł krople potu z czoła.
– A jak nie, to niech przynajmniej nas zaprowadzą – wtrącił Ben. – Dogrzebiemy się do piwnicy, kiedyś kułem miecze, mam ich kilka. Weźmiemy sprawy w swoje ręce. W końcu jest nas więcej.
Wójt zgodziłby się na ten pomysł. Ale nie mógł. Chciał iść ratować ukochaną córkę, ale nie mógł zapominać o synu. Jeśli by zginął, Josiek zostałby sam, a wtedy nie czekałoby go nic, prócz śmierci, albo życia w nędzy. Razem mieli większe szanse.
Co mam zrobić? Cholera!
Rycerze w końcu wrócili, a każdy spojrzał na nich w napięciu.
– To byli żołnierze wroga, dezerterzy. Bandyci – podsumował Edgar Von Grahan. – Jest ich dziewięciu, według waszych słów, ale założyć musimy, że więcej ich w obozie. A to dla naszej trójki problem, sami ich nie pokonamy.
– Ruszę z wami! – krzyknął Ben, wychodząc z szeregu. – Byłem kowalem w Denrino, później przyjechałem tutaj, ale co nieco potrafię.
– Rozumiem. Wiem, że jako rycerz nie powinienem prosić was o pomoc, zwłaszcza po tym, co przeżyliście, ale sami możemy nie podołać. Nasi ludzie są trzy dni drogi stąd, nie zdążymy ich zawiadomić i sprowadzić. Jesteśmy zdani na siebie.
– Ja też pójdę – powiedział Lon Huga, czeladnik kowala. Rycerz kiwnął mu głową.
Później zgłosili się jeszcze Klin i Karko. W sumie czterech ochotników, reszta została. Javir stał w miejscu, wzrok wbity miał w ziemię i walczył sam ze sobą, by się nie zgłosić. Josiek syknął, a Javir zrozumiał, że nieświadomie ścisnął za mocno jego ramię. Uśmiechnął się przepraszająco i zmrużył oczy. Odetchnął.
Co mam teraz zrobić?
– Idź – szepnął Josiek, jakby rozumiał jego zamiary. – Jasienka musi cię zobaczyć, że poszedłeś. Poradzę sobie, wygrzebiemy ten chleb, co go Karol skryła, weźmiemy wodę ze studni, nic nam nie będzie. Nie martw się.
– Ale… – zaczął, ale Jasiek stanął za nim i obiema dłońmi pchnął go do przodu z całych sił. Javir sztywnym krokiem podszedł do rycerza.
– Ja również pójdę z wami.
– Mają twoją córkę, tak?
– Tak. I ich młodszą siostrę – wskazał na Klina i Karko. – Zabrali też Koral, naszą karczmarkę i jej córkę, męża zabili. Ździebko odszedł, ale jego żonę też zabrali. I Jarenkę, najmłodszą z nas, sierotę, która przypałętała się do nas. Będzie dwie pełnie temu, to jeszcze dziecko.
– Rozumiem – powiedział rycerz, zastanawiając się nad czymś. – Skoro zabrali sześć osób… będzie ich trochę.
Javira przeszedł niemiły dreszcz, kiedy bladoniebieskie oczy Edgar Von Grahan zabłysły czymś nieznanym.
– Będziemy potrzebować dodatkowych mieczy.
* * *

(dalsza część rozdziału, z powodu zbyt dużej ilości znaków)

Wraz z nadejściem świtu wyruszyli. Dostanie się do piwnicy kowala zajęło im godzinę, ale odnaleźli siedem mieczy. Każdy z ochotników zaczął wymachiwać swoim w powietrzu, niezdarnie i topornie, jakby pierwszy raz w życiu trzymali w dłoniach coś cięższego niż grabie, kosę lub łopatę. Rycerze spoglądali na to niepewnie, a później dosiedli koni.
Kowal, jako jedyny potrafił wymachiwać tak, że wyglądał na bardziej doświadczonego niż reszta, ale nadal daleko było mu do perfekcji. Cały smutek po śmierci żony przemienił w gniew do jej oprawców, których chciał skrócić o głowy. Czeladnik powtarzał jego ruchy i starał się przyswoić jak najwięcej wiedzy w jak najkrótszym czasie. Javir po prostu włożył miecz za pas i czekał, aż dane mu będzie użyć go po raz pierwszy w życiu. Nie, żeby był słaby, całe życie pracował na roli, zbudował główny dom, z którego zostały teraz wióry i jako wójt nie był też przygruby. Osobiście uważał, że jest w pełni sił, zwłaszcza że napędzała go chęć odbicia córki.
Uda nam się. Musi się udać!
– Najważniejsze, żeby przeżyć drogę przez las – rzekł mocno rycerz. – Trzeba będzie się spieszyć. Co możemy tam zastać, Javirze?
– Linczaki. Nic innego tam nie mieszka. Może niedźwiedzie, wilki i inne cholerstwo, ale linczaki najgorsze – odpowiedział.
Kiedy wkroczyli do lasu, promienie słońca zasłoniły korony drzew. Zapanował półmrok, a później w powietrze uniosła się mgła i smród, jakby gdzieś obok coś zdechło. Nikt nie potrafił ukryć przerażenia, bo do lasu wchodzili tylko, jeśli było to naprawdę potrzebne. Zbyt niebezpiecznie tam było dla kogoś, kto nie potrafił robić mieczem.
Ciche echo niosło odgłosy ich ciężkich kroków.
Liście drzew szumiały niebezpiecznie, w trzcinie coś pełzło, jakby węże, a w oddali słychać było ryki jeleni, które wzmogły się na chwilę tylko po to, żeby później ustać.
– Jakie mieli uzbrojenie?
Edgar spojrzał na wójta, który zrobił zamyśloną minę.
– Miecze. Głównie miecze, jeden z nich dzierżył włócznię. Zbroje chyba lekkie, mało metalu. Przybyli konno – powiedział, wracając pamięcią do strasznych chwil. A raczej do jednej chwili, kiedy przyłożyli mu miecz do gardła i zagrozili, że zabiją Jośka, jeśli drgnie. Był bezsilny, mógł tylko patrzeć, jak zabierają jego córkę. Pamiętał jej krzyki, jak go wołała i jak jeden uderzył ją w twarz tak mocno, że straciła przytomność. A później podłożyli ogień pod dom, który spłonął jak suche liście.
– Tak jak myślałem – szepnął pod nosem, patrząc na towarzyszy.
Javir nadal nie znał mian tych dwóch rycerzy, bo milczeli i tylko Edgar Szlachetny mówił. Nie dużo, ale mówił i zaoferował pomoc, a to więcej, niż mogli oczekiwać. Nie zażądał pieniędzy, nie chciał jadła i tobołka wody, zupełnie nic. Nawet jak Ben zaproponował mu ostatnie monety, które znalazł w kieszeni, stanowczo odmówił. Javir pomyślał, że nie na darmo ten człowiek ma przydomek Szlachetny.
– Wójcie?
– Nie jestem już wójtem, Ben – odparł mu. – Mów mi po imieniu.
Kowal uśmiechnął się słabo.
– Dobrze. Co zatem myślisz?
– O czym?
– O rycerzach.
Javir zrobił zdziwioną minę.
– Co myślę? To dobrzy ludzie, chcą pomóc. Prawdziwi rycerze księżnej.
– Tak. Może masz racje.
– Coś cię trapi? – zapytał, widząc nietęgą minę towarzysza.
– Nie wiem. Zjawili się tak nagle…
– Mój ojciec zawsze mówił, że darowanemu koniowi do pyska się nie zagląda.
– To nie konie, Javirze. To rycerze, w pełnych, ciężkich zbrojach, z końmi i mieczami, których nie kupisz u pierwszego lepszego kowala. Znam się na tym. Do tego w kilka sekund wycięli linczaki. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
– Przestań – syknął ostro. – Chcą nam pomóc.
– Mam taką nadzieję – odparł cicho.
Szli trzy godziny nim mgła się rozwiała i ujrzeli pierwsze oznaki cywilizacji. Stary, zniszczony prawie doszczętnie dom stał samotnie między drzewami. Javir westchnął, bo nigdy nie wszedł tak głęboko w las. A teraz nie miał pojęcia, na co mogli się natknąć. A linczaki były chyba najmniejszym z ich zmartwień.
– Zatrzymamy się tutaj – postanowił Edgar Szlachetny. Nikt się nie sprzeciwił, wręcz przeciwnie. Wszyscy ochotnicy prócz Bena i Javira usiedli. Widać droga ich zmęczyła.
– Nie powinniśmy iść? Czas ucieka – powiedział nerwowo Ben.
– Nie. Nie czujesz tego? W lesie jest magia – powiedział, patrząc między drzewa. – I ktokolwiek rzucił zaklęcie, chciał nas spowolnić. I chyba im się udało… Ciekawe, że na was nie zadziałało, bo wasi towarzysze są padnięci.
Javir zobaczył, że Klin opiera się o ramię Karka i obu opadają powieki. Wyglądali tak, jakby mieli zaraz zasnąć. Lon uklęknął przy jakimś krzewie i zaczął zrywać z niego jeżyny, które przy dolnej części były wyjedzone.
– Moi przyboczni pojadą na zwiad. Nie mamy żadnego czarodzieja, więc pójdziemy mimo zaklęcia. Postarajcie się nieco ożywić.
Po tych słowach zeskoczył z konia i przywiązał go do drzewa, na co zwierze prychnęło niezadowolone. Jak powiedział, pozostała dwójka rycerzy pojechała dalej.
Javir czuł, że plecy ma spocone, koszula się lepiła, pod pachami go swędziało, od starych butów odklejała się podeszwa, a miecz u pasa ciążył. Przełknął ślinę i klepnął się w policzek, kiedy coś nakazało mu przymknąć oczy.
– Daleko jeszcze? – zapytał, szukając jakiegokolwiek tematu do rozmowy. Byle tylko nie dać się zmęczeniu.
– Nie. Ślady są tutaj wyraźniejsze i jest ich więcej. Zwolnili, nacisk był większy. Ale mają czarodzieja, to już pewne. Krótko mówiąc jego pierwszego trzeba będzie zabić. Albo odciąć ręce i wyrwać język. To powinno go powstrzymać od rzucania zaklęć.
– Rozumiem – skłamał. Nie rozumiał. Nigdy nawet nie widział czarodzieja. – A jak przebiega wojna? – Rycerz spojrzał na niego zdziwiony. – No wiecie, mości rycerzu, do nas nie dochodzą wszystkie wieści.
– Tak, domyślam się. Księstwo Tanalis sprowadziło królestwo Nartat do ostrej defensywy. Przesunęli front, ale powstały dziury, przez co dezerterze przebili się do nas, na północ. I przebiło się ich więcej, niż mogliśmy się spodziewać. Księżna nakazała wyznaczyć oddziały, żeby ich wyłapać, a ja dowodzę jednym. Była nas dwudziestka, ale musieliśmy się rozdzielić. W ten sposób znalazłem się tutaj, o krok za grupą żołnierzy wroga. Ciekawi mnie skąd mają konie. – Spojrzał przenikliwie na wójta, a ten szybko zrozumiał.
– Och! Nie, nie. Nie od nas. U nas stodoła stoi od zawsze, jeszcze od czasów ojca mojego dziada. On ponoć miał konie, a później wiadomo, poszły w świat, a stodoły szkoda rozbierać.
– Aha.
Javira ciekawiło jedno. On i inni z jego wioski pili wodę w drodze i jedli, ale rycerze nie. Zastanawiało go czy to przez ich treningi, które z pewnością musieli przejść, czy z innego powodu. W końcu przez całe dwadzieścia minut obserwował Edgara, jego towarzysze wrócili ze zwiadu, kiwnęli mu głowami i nawet nie ściągnęli hełmów. A w nich z pewnością picie czegokolwiek było utrudnione.
Ben chyba też o tym myślał, bo intensywnie im się przyglądał.
W końcu ruszyli.
Godzinę i ćwierć zajęło im dotarcie do obozu wroga, który dojrzeli już z daleka.
Javirowi szczęka opadła. Ich oczom ukazało się coś na wzór twierdzy. Niewysokie, ale też nie niskie mury, brama, dwóch łuczników, wieża w środku i konie. I to wszystko na skraju lasu. Naprawdę nie miał pojęcia, że po drugiej stronie zobaczy coś podobnego.
Rycerze zaczęli się zastanawiać, Edgar jeździł palcami po brodzie, jakby oceniał szanse na zwycięstwo. Z pewnością nie byli to zwykli dezerterzy.
Javir zamiast patrzeć na towarzyszy, spojrzał na małą twierdzę. Pierwsze widoczne wejście, brama, drugie, wspinaczka na mur. Nie mieli drabin. Nie mieli łuków. Łucznicy patrolowali tylko lewą i prawą stronę, na przedzie była brama, z tyłu z pewnością tylko gąszcz. Dla Javira znaczyło to tyle, że tajne wejście, o ile istniało, musi być po którejś z patrolowanych stron.
Szybko powiedział o tym Edgarowi.
– Doszedłem do podobnego wniosku – rzekł cicho. – Nie spodziewałem się tego. Myślałem raczej o obozie namiotowym, nie twierdzy. Ale powinno nam się udać.
– Jak?
– Zaryzykujemy. Postawimy wszystko na jedną kartę i uwierzymy w istnienie twojego tajnego wejścia. Takie twierdze zawsze miały wyjście awaryjne, w razie ataku od środka uciekała tamtędy szlachta. Miejmy nadzieję, że później wejścia nie zawalili.
– Ilu ich może być w środku? – spytał Ben, kucając przy nich. Jego miecz uderzył głośno w kamień, zwracając uwagę wszystkich.
Edgar westchnął.
– Od dziewięciu do dwudziestu. Nie więcej.
– Skąd pewność? – zapytał Karko
– Przeczucie – powiedział z zagadkowym uśmiechem. – Ułożymy plan, a później zaatakujemy. Jeśli wdamy się w otwartą walkę, zginiemy. Musimy zająć się tym po cichu, a wam nie mogą puścić nerwy. Rozumiecie?
Wszyscy kiwnęli na znak zgody.
Las nagle zamarł w oczekiwaniu, a w powietrze znowu uniosła się mgła.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(08-01-2017, 18:25)Kill336 napisał(a): Podzielenie posta kreską niczego nie zmienia, nadal jest to ogromny blok tekstu. Sprawdzenie za jednym podejściem to mordęga. Po prostu wstawiaj mniejsze fragmenty. Poza tym edycja jest niepotrzebnie skomplikowana. Wstawiaj tekst jako zwykły, zrób wcięcia tagiem [p.] (bez kropki) i to wystarczy. Spróbuj otworzyć edytowanie, a zobaczysz, jak bardzo tekst jest ukryty w sieci znaków. Trudno wyłapać zdania, a oczy dostają oczopląsu.

Z KRWI I KOŚCI
Rozdział 1

Cholera jasna.
(Czyja to myśl? Narratora, któregoś z bohaterów? Jak dla mnie to taki kwiatek przy kożuchu, ani emocji nie podkręca, ani wagi pierwszego zdania.)

Mieszczanie chodzili wolno po zrujnowanej wiosce, z dachów niektórych domów nadal unosił się gęsty(przecinek) szary dym. Kilku mężczyzn siedziało na starym(przecinek) kamiennym murku, który wybudowali kilka wiosen temu, by odgrodzić ogródki między domami. (Czy ci mieszczanie przybyli do wioski? A może chodziło o mieszkańców a nie mieszczan)

Był zły, prawda, ale nie na Jośka. Był młody i bystry, jeszcze siedemnastej zimy nie przeżył i pewnie nie śpieszno (nieśpieszno) mu do piachu.

Byli niewielką wioską (Oni nie byli wioską a wieśniakami, to wioska była wioską.), jedna ulica, kilka domków, mała gospoda, pola uprawne i nieco bydła, które rozbiegło się zaraz po tym, jak bandyci przybyli.

Dlaczego?
Z daleka od głównego traktu.
Dlaczego?
Sąsiednich wiosek, z którymi robili interesy, nie ruszyli. Nikt nie przyszedł im na pomoc.
Dlaczego my?
Podejrzewał, jaka była odpowiedź na to pytanie.
Pech.
(Znów te wtrącone myśli, pytania retoryczne, nie wiadomo czyje. To znaczy wiem, kto zadaje te pytania, ale z tekstu to nie wynika, ponadto nie spodziewałabym się po prostym wieśniaku egzystencjalnych pytań. Niepotrzebne zadęcie. Chłop zadałby takie pytanie synowi w sposób chłopski, czyli "Czego te sukinkoty tu szukają.")

Z jego domu i majątku nie pozostało nic(przecinek) prócz tego, co miał przy sobie. Stracił dobytek i porwano mu córkę.

– A mogłaś biec, Jasieńko. Mogłaś, kurwa, biec. (Wulgaryzm w tym miejscu nie pasuje, psuje dramatyzm.)

Zanim wtargnęli(przecinek) nakazał jej uciekać, ale zawsze była uparta i kiedy postanowiła, że zostaje, to nic nie mogło odwieść jej od tego pomysłu. Był pewien, że upartość odziedziczyła po matce, której niedane (Nie dane – w sensie nie było dane. 'Niedane' można użyć do przedmiotu, rzeczy, choć ja osobiście nie lubię tego zwrotu. 'Niedana podwyżka', to nie brzmi dobrze.) było jej poznać.

Wójt poznał go dopiero po chwili, bo wpierw musiał przypomnieć sobie wszystkich mieszkańców wioski, by trafić na właściwego. (Czy oni wszyscy wyglądali tak samo?)

Tfu! – (S)splunął i charknął, jakby chciał z siebie wyrzucić coś więcej niż ślinę.

Ale najpierw.(Połącz te zdania.) Na jego oczach ją zgwałcili, ja żem to też widział.

* * *

– Dwadzieścia dwie gęby z czterdziestu jeden. Trzynaście martwych, sześć zabrali – rzekł Josiek (przecinek) zapisując coś zwęglonym kawałkiem drewna na żółtej karcie. – Tylu nas zostało.[/align]

Kiedyś jakiś przejezdny znachor zatrzymał się u nich w karczmie,(zbędny przecinek) bez grosza przy duszy i zażądał noclegu.

– Jutro pójdziemy do miasta(.)(Z)zdecydował w końcu.

W jednej chwili,(bez przecinka) co najmniej połowa z nich straciła bliskich, ale dobytek wszyscy.

W nocy wyły wilki, o drewniane ściany stodoły coś skrobało, jakby linczak, który odłączył się od stada(przecinek) chciał wejść do środka i zakosztować nogi lub ręki któregoś z obecnych.

Jednak nie poruszył się, ani nie odezwał. Widział linczaka,(bez przecinka) raz, nad ranem, kiedy stary Wahmir wracał z lasu, bo zachciało mu się grzybów.

Ostatni raz, kiedy linczak odważył się wyjść z lasu tak daleko(przecinek) miał miejsce jeszcze zanim urodziła się Jasienka.

Sowa zahukała jeszcze kilka razy(przecinek) zanim, jakby miała dość życia, (To wtrącenie jest zbędne, niczego nie wnosi, a wygląda śmiesznie.)skoczyła z deski, ale w połowie drogi na ziemię rozwinęła skrzydła i wzbiła się w powietrze.

Za chwilę nastało kolejne uderzenie, a po nim następne, a odstępny (odstępy)między nimi były zbyt krótkie.

Oparli o nie ręce i naprali (naparli), wycofując nogi jak najdalej, bo chude, długie szczęki już tam podgryzały zaciekle.[/align]

Później wściekłe syki linczaków, a następnie mogli dosłyszeć(przecinek) jak coś tnie powietrze ze świstem.

Była ich trójka, każdy wysoki (wysocy), odziani w niebieskie, z pewnością błyszczące, ale teraz umorusane (to raczej dotyczy twarzy, zbroje upaprane krwią) krwią zbroje.

Jego włosy były krótkie i jasne, a szcze(ę)ka kwadratowa, z kilkudniowym zarostem.

Jam,
(Ja lub Jam jest) Edgar Von Grahan zwany Szlachetnym, na służbie miłościwie nam panującej księżnej, przybyłem z pomocą!

– Pomożecie, mości rycerzu? – zapytał niespodziewanie Josiek(przecinek) zaskakując wszystkich.

Rycerze wysłuchali opowieści o tym, jak bandyci, najprawdopodobniej dezerterzy, napadli na ich wioskę, zrabowali domy, zgwałcili i porwali kobiety, a tych, którzy się stawiali, zabili.

Jeśli by zginął, Josiek zostałby sam, a wtedy nie czekałoby go nic, prócz śmierci,(bez przecinka) albo życia w nędzy.

Javira przeszedł niemiły dreszcz, kiedy bladoniebieskie oczy Edgar(a) Von Grahan zabłysły czymś nieznanym.

Kowal,(bez przecinka) jako jedyny potrafił wymachiwać tak, że wyglądał na bardziej doświadczonego niż reszta, ale nadal daleko było mu do perfekcji.

Nie dużo (Niedużo), ale mówił i zaoferował pomoc, a to więcej, niż mogli oczekiwać.

To rycerze,(bez przecinka) w pełnych, ciężkich zbrojach, z końmi i mieczami, których nie kupisz u pierwszego lepszego kowala.

Szli trzy godziny(przecinek) nim mgła się rozwiała i ujrzeli pierwsze oznaki cywilizacji.

Przesunęli front, ale powstały dziury, przez co dezerterze(y) przebili się do nas, na północ.

To kawał roboty, zajęło mi sporo czasu, więc mam nadzieję, że przynajmniej naniesiesz poprawki, których nie jest aż tak dużo. Uwagi zawarłam w tekście. Początek mi się nie podobał, jakieś dziwne zdania i myśli, chaotycznie opowiedziane zdarzenia. Dalej już było lepiej, zaciekawiłeś mnie tymi wybawcami. Akcja szła bardziej płynnie, choć bez pośpiechu, ale to lepiej.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Nawka zajęła się poprawianiem, więc nie będę jej wchodzić w paradę i pomarudzę z innych powodów :D

Kill336 napisał(a):Raczej nie znajdziecie tutaj jakiejś super nowości, którą będziecie wychwalać nad niebiosa – w końcu wszystko już było.
Wszystko już było? No, w sumie to masz rację. Wioska, która doświadczyła jakiejś tragedii, pojawia się na przykład na początku Twojego innego tekstu, który akurat sprawdzałam ja – "Gniew Demonów".  A więc faktycznie było. :D

Kill336 napisał(a):Uwaga: wulgaryzmy(w końcu średniowiecze)
Same wulgaryzmy mi nie przeszkadzają, ale co ma oznaczać "w końcu średniowiecze"? A co ma jedno do drugiego? Że niby osadzenie tekstu w klimatach okołośredniowiecznych wymaga używania dużej ilości wulgaryzmów? Nie sądzę. Chociaż nie wiem, może jestem w błędzie i będę musiała zaraz poprawiać mój tekst. :D

A teraz co do samego tekstu – nie przeczytałam całości, bo jest długi i mi się nie chciało, nie będę tego ukrywać. Natomiast to, co przeczytałam, średnio przypadło mi do gustu. Emocji w tym nie czułam za bardzo, czytało się ani dobrze, ani źle. Już chyba mówiłam przy okazji Twojego drugiego tekstu, że tragedia bohaterów, których nie ma się szansy znać, zupełnie mnie nie rusza. Ale podoba mi się to, że zaczynasz od prostego wydarzenia – ograbienia wioski i porwania córki bohatera. Prostota jest często najlepszym rozwiązaniem.

Miałam nie tykać błędów, ale jeden tyknę :p:
Cytat:Jam, Edgar Von Grahan zwany Szlachetnym, na służbie miłościwie nam panującej księżnej, przybyłem z pomocą!
"Ja", nie "jam".
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Nie będę sprawdzał, ale zafunduję mały opierdziel!

(08-01-2017, 18:25)Kill336 napisał(a): Witajcie!
Nie lubię przywitań nad tekstem, więc przejdę od razu dalej xD

Skoro nie lubisz przywitań nad tekstem, to po jakie licho to robisz?
Nie jesteś nowicjuszem, więc powinieneś się już zorientować, gdzie jest 'Przywitalnia'


Uwaga: wulgaryzmy (w końcu średniowiecze).

Jakoś Sienkiewicz dał radę pisać "Krzyżaków" bez wulgaryzmów.

Na tym nie koniec. Mamy tu na forum już wcześniejsze Twoje teksty i "Mordercze wyspy" nawet nie raczyłeś poprawić, a "Ostatni monarcha" od lipca czeka na kontynuację.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości