Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Tryby wyświetlania wątku
Ukryte zabójstwo
#81
Dziękuję Vet.
Następny rozdział jest dla osób, które ukończyły osiemnaście lat.

XXIV − Dowody

W pracy stawili się o godzinie szóstej. Ostatni przekroczył próg Drab. Po wejściu spojrzał na swoje biurko, ale nie zobaczył żadnej koperty. Z ulgą usiadł na krześle. W nocy nie dotarł ani jeden meldunek. Mogli ze spokojem przygotować się do czekającego ich zadania. Wykonał kilka telefonów potwierdzających gotowość innych służb.
Wpół do ósmej opuścili biuro. Balicka założyła mundur i razem z Lalusiem pojechali pod budynek. Dzisiaj nie żartowali sobie z jej wyglądu. Pozostali dotarli na miejsce busem. Zgodnie z ustalonym harmonogramem punktualnie o ósmej zadzwonili do pierwszego mieszkania na parterze.
Spotkali się z różną reakcją lokatorów, od zrozumienia do paniki. Balicka starała się uspokajać, pomagała z pakowaniem drobnych rzeczy i powstrzymywała od wynoszenia sprzętu AGD. Niektóre przedmioty, które uznali za najcenniejsze, całkowicie ją zaskoczyły. Ewakuacja przebiegła dość sprawnie. O godzinie dziewiątej w budynku nie było żadnej osoby. Ostatni wyszedł Laluś.
Przystąpiono do drugiego etapu. Pod drzwiami mieszkania na trzecim piętrze saperzy rozłożyli swój sprzęt. Wywiercono otwór w drzwiach, przez który wsunięto kamerę. Na futrynie zobaczyli trzy ładunki C4, odchodziły od nich przewody. Ustalono, że detonację można wywołać z wnętrza mieszkania. Powiększono otwór umożliwiający rozbrojenie zamontowanych materiałów wybuchowych. Stosunkowo szybko tego dokonano. Saperzy weszli do środka. Po kilkunastu minutach kilku z nich opuściło mieszkanie. Zostało dwóch przy skrzynce z ładunkiem wybuchowym. Czekali, aż zostanie stworzona dokumentacja. Stwierdzono, że Głąb przygotował się jedynie do wysadzenia drzwi w przypadku szturmu.
Piętnaście minut po dziewiątej przyjechał Szrama. Przywiózł go kierowca Piechura. Zdążył przed wkroczeniem do akcji ekipy dochodzeniowo-śledczej. Krótko przywitał się ze wszystkimi i poprosił o informacje. Balicka była trochę rozczarowana brakiem zainteresowania jej osobą. No cóż − pomyślała. − Szrama jest w swoim żywiole. Spodziewała się jakiegoś komentarza na temat spódniczki.
Do mieszkania oprócz ekspertów od oględzin pozwolono wejść jedynie dwom oficerom.  Szrama zabrał ze sobą Drabińskiego. W mieszkaniu znajdowały się wszystkie skrzynie przywiezione z Ukrainy. W największej pozostały dwa karabiny maszynowe AK wraz z kilkoma magazynkami. W obu mniejszych znajdował się C4. Przy czym jedna z nich pełna, w drugiej niewiele. W rogu pokoju oparty o ścianę stał karabinek snajperski Remington M24 z założonym tłumikiem. Po wykonaniu serii zdjęć i dokonaniu zapisu video saper wyjął magazynek i rozładował. Brakowało dwóch naboi.
− Jednak strzelił dwukrotnie. Zabił Adama i Janusza − stwierdził obojętnie Szrama. Nie był zaskoczony tym faktem.
− Komisarzu − do Kowalskiego zwrócił się jeden z techników. − Czy mamy ściągnąć specjalistę od komputerów, czy zabrać go do siebie? − Mówiąc to, pokazał laptop leżący na dnie szafy.
− Mamy własny − odpowiedział i dał znak Drabowi. Szrama doskonale zdawał sobie sprawę, że wywiezienie laptopa może uniemożliwić im potem przejrzenie jego zawartości.
Po minucie przyszedł Czip. Kowalski wskazał mu laptop i powiedział:
− Zobacz, co tam jest. Skopiuj.
Czip przystąpił do pracy, Drab i Szrama stanęli za nim. Najpierw skopiował pliki, gdy to zrobił, schował pendrive’a. Teraz mogli na spokojnie obejrzeć.  To były kilkuminutowe nagrania, przedstawiające przede wszystkim kreta. Jedno pochodziło z samochodu. Kret siedział na tylnym siedzeniu i opowiadał, a właściwie uzasadniał, dlaczego zorganizowanie zamachu w Polsce z udziałem uchodźców jest politycznie wskazane. Przyczyni się do wzmocnienia argumentów przeciwko zgodzie na imigrację, doprowadzi do uszczelnienia granic, a tym samym podniesienia bezpieczeństwa kraju. Są ludzie, którzy tak myślą, ale nie mają odpowiednich argumentów. On je im da. Na innym nagraniu widać było, jak przekazuje komuś, nagrywający nie był widoczny, dokumenty wyniesione z MON. Jednocześnie poinstruował, w jaki sposób przekroczyć granicę. Zastrzegł, aby je zwrócić po wykorzystaniu.
Na kolejnym zobaczyli zdenerwowanego informatora. O ile na poprzednich był spokojny i pewny siebie, na tym często rozglądał się dookoła. Przekazał wiadomość, że redaktor gazety śledczej otrzymał tajemniczy telefon i umówił się na spotkanie w Akwarium. Wyjaśnił, że podsłuchują go, ponieważ w przeszłości skompromitował ministerstwo. Jednocześnie zapewnił, że poinformuje w przypadku uzyskania kolejnych informacji. Na koniec przekazał materiały uzyskane od ABW.
− Jednak podsłuchują − przyznał Szrama. − Są ludzie ponad prawem w naszym kraju.
Więcej nagrań nie było.
− Szukajcie dalej − zwrócił się po kilku minutach. − Tu musi być jeszcze coś, dobrze ukryte. Ten laptop − teraz mówił prawie szeptem − zostawił specjalnie dla nas. Schował go do szafy, aby nie uległ zniszczeniu. Dlatego mówił „nie daruję im tego”. Chciał skompromitować MON i mu się udało.
− Zapisał sobie adresy mailowe największych gazet i tabloidów − poinformował Czip. − Planował rozesłanie tych nagrań. Dlaczego tego nie zrobił?
Kowalski już od kilku minut zastanawiał się nad tym. Doszedł do wniosku, że Głąb nie mógł powrócić do tego mieszkania. Po zamachu spędził noc u Szponder. Potem udał się do drugiego lokalu i tam siedział kilka dni. Adam musiał namierzyć ten adres. Śledzili z Jankiem Szponder. Mogła tutaj być.
− Zbierzcie dokładnie wszystkie odciski.
− Komisarzu, wiemy, co mamy robić.
Znaleziono dwie kamery i kilka pluskiew. Po dokładnym obejrzeniu stwierdzono, że karty pamięci zostały wyjęte.
− Wiecie, co trzeba znaleźć. One tutaj są − stanowczym tonem powiedział Szrama.
Część techników przeszła do sypialni, do tej pory wszyscy sprawdzali duży pokój i przedpokój. Ponownie zawołano Kowalskiego. Gdy tylko tam wszedł, od razu się zorientował, po co został poproszony. Obok łóżka stała dość duża toaletka. Na niej leżało pudełko z pudrami, maściami. Stały też damskie perfumy. Kowalski wskazał na nie technikowi. Na lustrze była przyczepiona fotografia menela. W pobliżu toaletki na podłodze leżała walizka z kilkunastoma perukami i sztucznymi brodami. W jednej z szuflad znaleźli powiększone zdjęcie z paszportu Kosmali i bezdomnego.
− No to mamy wyjaśnienie jego metamorfoz.
Szybko ustalili, że Szponder była częstym gościem u Głąba. Powoli kończyli oględziny mieszkania. Oznakowano wszystkie dowody i przygotowano do wywiezienia. O czternastej rozpoczęto intensywne poszukiwania kart pamięci. Rozkręcono meble, dokładnie opukano ściany. Dziesięć minut przed piętnastą oficer prowadzący przeszukanie zrezygnowany stwierdził:
− Nie ma.
− Musi być − stanowczo zaoponował Szrama. − Tych materiałów nie powinniśmy znaleźć, są dobrze ukryte, mogą być na zewnątrz.
− Sprawdziliśmy, w szybach wentylacyjnych też.
− Sprawdźcie jeszcze raz szyby.
Na prośbę Szramy bardzo niechętnie zajrzano do szybów. Teraz wykorzystano kamerę, taką samą jak po wywierceniu dziury w drzwiach.
− Tu coś jest! − krzyknął uradowany technik. − Zaraz wyjmę.
Po chwili trzymał w ręce owinięte w folię zdjęcia. W małej kopercie były dwie karty pamięci wyjęte z kamer.
− Sfotografujcie, oznakujcie i wynosimy się stąd. Zabieramy to. − Szrama wskazał na ostatnio znalezione dowody.
Opuścili mieszkanie parę minut po wyznaczonym terminie. Zaklejono taśmami drzwi, ukrywając otwory, jakie wywiercono.
− Trzeba coś z tym zrobić − zauważył Drab.
− Postawimy mundurowego i wymienimy drzwi na nowe. Zrobimy to dopiero jutro.
Po powrocie do komendy Kowalski nie skontaktował się z Maniusiem. Ten też nie dążył do zdobycia najświeższych informacji. Nadzorował operację ze swojego gabinetu. Gdy otrzymał wiadomość, że byli już bezpieczni w środku, wycofał karetki, straż pożarną i przywrócił ruch na ulicy przed budynkiem. Od szesnastej zaczęli powracać lokatorzy. Przed mieszkaniem na trzecim piętrze na krzesełku siedział policjant, który odmawiał jakichkolwiek odpowiedzi. On miał pilnować drzwi, więcej mu nie przekazano.
Będąc u siebie, zasiedli przed laptopem Czipa.
− Uprzedzam, to nie będą miłe nagrania. One miały za zadanie skompromitowanie kreta. Kto nie chce oglądać, nie musi − spojrzał najpierw na Lalusia, a potem na Balicką.
− Przeżyję − niezbyt pewnie poinformował Laluś. − Nie wiem jak Baśka.
− Baśka obejrzała trochę pornusów, więc się nie martw – zapewniła kolegów.
Tym wyznaniem wywołała uśmiechy na twarzach pozostałych.
− Odtworzę według dat nagrania. Pierwsze zostało zrobione cztery miesiące temu, siódmego lipca o godzinie dwudziestej drugiej czternaście.
Na ekranie ujrzeli pokój z dużym łóżkiem. Po chwili weszli do niego kret w towarzystwie młodej dziewczyny. Od razu zaczął ją rozbierać, a ona jego. Położyli się w łóżku, nim pozwoliła mu cokolwiek zrobić, podniosła szklankę z drinkiem i podała, sama sięgnęła po drugi. Obok łóżka na stoliku stała prawie pełna karafka. Wypili, teraz nie miała już skrupułów. Przez kilkanaście minut byli zajęci sobą, dziewczyna dwukrotnie uzupełniała szklanki. Minęło pół godziny, wstała i wyszła do łazienki. Mężczyzna leżał w łóżku i wyraźnie na nią czekał. Po powrocie znowu nalała drinki i do szklanki przeznaczonej dla kreta wrzuciła pastylkę. Poczekała kilka minut, zajmując się w tym czasie klientem. Gdy skończyła, podała mu szklankę. Wypił bardzo szybko. Położyła się obok niego i odczekała kolejnych parę minut, po czym wstała, ubrała się i wyszła z pokoju.
Ponieważ nagranie było długie, Szrama kilkakrotnie prosił Czipa o przyspieszenie.
Do pokoju weszła Szponder, kret szeroko otworzył oczy i próbował zaprotestować. Nie zważała nie niego i szybko zdjęła ubranie. Podeszła do łóżka i ściągnęła z mężczyzny narzutę. Spojrzała na jego członka i chwyciła w ręce. Nie przynosiła to żadnego efektu, przy czym on z czasem przestał protestować.
Po chwili machnęła ręką i podeszła do drzwi. Wprowadziła Kwapienia i na oczach coraz mniej kontaktującego kreta, zaczęła go rozbierać. Stanęła przed łóżkiem i wypięła się do nowego partnera. Specjalnie zmieniała pozycję, aby leżący mógł dokładnie obserwować. Od czasu do czasu spoglądała na niego i obserwowała reakcję. Gdy zauważyła zmianę, ponownie się nim zainteresowała. Kwapień stanął przed kretem. Po chwili widząc, że praca Szponder przyniosła efekty, chwycił głowę kreta i przycisnął do krocza. Początkowo bronił się, ale uległ i zaczął wykazywać aktywność.
Oboje przerwali, Szponder położyła się na krecie, a nowy uczestnik zabawy legł na niej. Po kilku minutach zamieniła się miejscem. Teraz ona była na dole, a na samej górze antyterrorysta.
Gdy skończyli, Kwapień ubrał się i wyszedł z pokoju. Mężczyzna zasnął. Szponder przejrzała jego teczkę, wyjęła komórkę i wprowadziła numer do książki. Sprawdziła, dzwoniąc do siebie.
Potem usiadła naga na fotelu i czekała, aż się obudzi. Gdy doszedł do siebie, był zdziwiony jej obecnością. Pokazała mu telefon, cały czas była w stosunku do niego bardzo miła.
− No to wiemy, na jakiej podstawie go szantażowali.
− Laluś, te zdjęcia, które tutaj są, nie pochodzą z tego nagrania. On mógł się bronić, że został zgwałcony, bo tak było. Zostawiła mu swój telefon i zachęcała do ponownego spotkania. Puść następne, ale szybciej, bo do rana nie skończymy.
− Dwudziestego lipca godzina dwudziesta trzecia.
Tym razem na ekranie zobaczyli Kwapienia i Szponder leżących w łóżku. Kobieta patrzyła na drzwi. Do pokoju wszedł kret i gdy zobaczył oboje, chciał się wycofać. Szponder zamachała dłonią, zapraszając go do środka. Wskazała fotel. Po minucie ociągania się i zerkania na parę zdecydował się usiąść. Następne kadry szybko przewijali. Po dziesięciu minutach obserwowania pary,kret zaczął się rozbierać, Zachęcała go do tego Szponder. Gdy tylko zobaczyła, że jest mocno podniecony, zaprosiła go, by stanął przed łóżkiem. Kwapień wycofał się do łazienki. W tym czasie Szponder zajęła się kretem. Po kilku minutach wrócił z łazienki odświeżony . Odczekał chwilę i stanął przed mężczyzną. Nie musiał długo czekać.
− To jeszcze nie to − zauważył Szrama, porównując zdjęcia z obrazem na ekranie.
Czip szybko przewinął nagranie do końca. Sceny, jakie zobaczyli, były podobne do tych z pierwszego nagrania. Trzecie wykonano dwudziestego siódmego lipca o godzinie dwudziestej. Tym razem do pokoju weszli jednocześnie. Każdy sam się rozbierał.
− No dobra, to jest to.
Zakończyli przeglądanie.
− Teraz wiemy, że po dwudziestym siódmym złożyli kretowi propozycję. Nie mógł już wyprzeć się dobrowolnego udziału w grupenseks, jak mówią Niemcy. No, Michał, twoja kolej.
Balicka zobaczyła, jak wszyscy odetchnęli z ulgą. Drab nawet uśmiechnął się i splótł ręce na głowie. Czip zaczął stukać palcami o blat, jakby grał na pianinie. Laluś wyjął grzebień i przystąpił do poprawiania idealnej fryzury. Natomiast Szrama nie zważając na nikogo, wyjął papierosa i z lubością się zaciągnął. Po sekundzie w powietrzu unosiło się pierwsze kółko. Baśka nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Postanowiła poczekać.
− Posłuchajcie − Nowocień zawsze tak zaczynał podsumowanie śledztwa, które właśnie dobiegło końca. − Ponad pół roku temu do Polski przyjechał były oficer WSI Maciej Głąb z zamiarem skompromitowania MON. Być może chciał także przeprowadzić zamach terrorystyczny, tego nie ustaliliśmy i już nie ustalimy. Po przyjeździe chciał na podstawie dokumentów Richarda Kosmali nabyć mieszkanie w Warszawie. Przypadkowo udał się do kantoru wymiany walut, który obserwowali Mateusz Kwapień i Szponder, przygotowujący się do kolejnego napadu. Głąb nie miał pojęcia, że Kosmala znał Szponder. Ta widząc znajomego z Niemiec, postanowiła porozmawiać z nim. Od razu zorientowała się, że pod Kosmalę podszył się ktoś inny. Prawdopodobnie zlikwidowałby ją wtedy, ale ona nie była sama. Mateusz na pierwszy rzut oka wzbudza respekt. Głąb mógł się zorientować, z kim ma do czynienia. Doszli wtedy do porozumienia. Aby móc w przyszłości szantażować Szponder i Kwapienia, namówił ich do zrealizowania planów i dokonania napadu. Wiedział, że może znaleźć się w gronie podejrzanych, pojawił się w kantorze i dał przesłuchać policji. Jednocześnie doszedł do wniosku, że mogą mu pomóc w realizacji planów. Ciągle jednak miał na uwadze, że oboje mogą go zdradzić. Nie zapomniał o tym. Musiał poznać skłonności seksualne Kwapienia. Mogła mu o tym powiedzieć Szponder podczas licznych igraszek cielesnych. Może liczyła na odnowienie starej miłości do Kosmali w osobie jego następcy? Może. Głąb uzyskane informacje wykorzystał i zorganizował wciągnięcie kreta w pułapkę. Kret, dyrektor gabinetu ministra, często gościł na łamach prasy. Wystarczyło go tylko namierzyć i podstawić atrakcyjną prostytutkę. Kret dał się złapać w pułapkę. Gdy już mieli materiały obciążające go, łatwo nim kierowali. Głąb orientował się w poglądach politycznych w sprawie uchodźców różnych elit władzy. Doskonale wiedział, kto je głosił. Być może, gdy uzyskał informację, że Szponder pracowała w jednym z ośrodków dla uchodźców, wpadł na pomysł zorganizowania zamachu. Poznał, poprzez Szponder, jakimi możliwościami dysponuje kret. Wykorzystał to na zdobycie materiałów wybuchowych i karabinów. Być może wtedy kupił także karabin snajperski. Miał na pewno dwa cele: Szponder i Kwapienia. Kret z podsłuchu redakcji gazety znienawidzonej przez MON dowiedział się, że może dojść do dekonspiracji akcji, w którą był już zaangażowany. Przekazał informacje o Januszu Kołodzieju. Głąb zaczął się rozglądać dookoła siebie. Był mistrzem kamuflażu, mógł wyjść w przebraniu i zobaczyć obserwujących dom, w którym kupił mieszkanie. Musiał zauważyć obu, Adama i Jana. Czekał na kolejną informację od kreta. Przy pomocy Szponder przygotował zasadzkę w Akwarium. Wcześniej wykorzystując pomoc Szponder, doprowadził do zgwałcenia młodej Syryjki. Potem się nią zaopiekowali i odpowiednio przygotowali do przeprowadzenia zamachu. Nie wiemy, gdzie ich szkolili, ale to w tej chwili nie jest istotne. Otrzymali telefon od kreta, przystąpili do realizacji planu. Głąb znał już z Adama, Janusza jedynie ze zdjęć zrobionych przez ABW. W trakcie spotkania Adam chciał je wcześniej zakończyć, nie wiemy dlaczego. Zrezygnował z tego, usiadł z powrotem. Głąb uznał, że należy zacząć wcześniej. Wysłał Szponder, aby pogoniła nastolatków. Gdy tylko zaczęli strzelać, zabił Adama, a po chwili Janusza. Przygotował się do zejścia z poddasza, nie był tam przebrany, gdyż zostawiłby dużo śladów, a na jego płaszczu pozostałby kurz, który zalegał grubą warstwą. Przebrał się w toalecie i czekał na Mateusza, którego zadaniem było wyprowadzenie go z centrum. ABW powinno sprawdzić plan wejścia antyterrorystów − zakończył dłuższą wypowiedź Nowocień. Zrobił sobie chwilę przerwy na wypicie kilku łyków kawy, po czym kontynuował:
− Głąb uznał zadanie za wykonane. Przystąpił do zacierania śladów. Na pierwszy ogień poszła Szponder. Utopił ją w wannie. Potem uciekł do drugiej meliny. Wiedział, że mieszkanie jest spalone i może na niego czekać albo policja zawiadomiona przez Jana, albo on sam. Nie wiedział jednak, że Jan znał drugą kryjówkę i czekał na niego. Nim zasadził się, poczekał na odwiedziny ABW i nasze. Widział pod centrum, jak nagrywamy. Po przesłuchaniu mógł działać. Nie wiem, czy zdecydował się na mieszkanie, a potem na melinę. W każdym razie był w odpowiednim miejscu. Nie spodziewał się, że tak szybko pojawi się Szrama z Beatą. Janek was osłaniał. Głąb zauważył Szramę, którego też widział w galerii. Nie czekał, postanowił uciekać, likwidując po drodze świadków. O mały włos, a zrealizowałby plan. Mamy wystarczająco dużo dowodów na kreta i Kwapienia. Uroczyście kończę moją opowieść stwierdzeniem: zamykamy śledztwo.
Spojrzał na Szramę, a ten na pozostałych. Każdy kiwnął potakująco głową. Teraz wszyscy utkwili wzrok w Baśce. Zrozumiała, na czym to polega. Też ją skłoniła, patrząc w oczy Kowalskiemu.
− No dobra, teraz papierkowa robota. Czip, opisz nagrania, ja idę do Maniusia.
W sekretariacie zastępcy zastał bardzo podnieconą Teresę. Od razu wyczuł, że coś tu odbiega od normy.
− W końcu jesteś. Czekają na ciebie od godziny.
− Mogłaś zadzwonić po mnie.
− Marian powiedział, że nie mam dzwonić. Mamy czekać. Wchodź.
Szrama zapukał i wszedł do środka. Przy stole konferencyjnym zobaczył ministra, Komendanta Głównego i Maniusia.
− Komisarz Kowalski. − Przepisowo się zameldował.
− Siadaj − polecił Maniuś, wskazując mu krzesło.
Usiadł naprzeciwko. Czekali, aż coś powie.
− Zakończyliśmy śledztwo − stwierdził dobitnie.
− Kto jest kretem? − zapytał minister.
Szrama odpowiedział, jednocześnie poinformował, że są niepodważalne dowody. Praktycznie sam się przyznał do udziału w zamachu.
− Przygotujcie materiały dowodowe dla prokuratora. Jutro wyda nakaz aresztowania. Przedtem poproszę o zwołanie narady BBN bez udziału doradców. Podjąłem decyzję o przekazaniu Kwapienia żandarmerii wojskowej, niech oni się nim zajmują. Dziękuję za doskonałą robotę. Możecie przekazać podziękowania całej waszej sekcji.
Kowalski uznał, że rozmowa została zakończona. Wstał i odmeldował się, a następnie opuścił gabinet.
− Już? − zapytała zdziwiona sekretarka. − Jak się czujesz?
− Świetnie, ładne pielęgniarki mnie odwiedzały, szczególnie taka czarna w mini − dodał z przymrużonym okiem.
− To dlatego przebierasz ją w mundurek. Podobają ci się jej nogi.
− No cóż, ma zgrabne, ale nie dla psa kiełbasa − zażartował. − Pozostało nam jeszcze jedno śledztwo. A potem biorę urlop.
− Bronek, czy ty wiesz, ile razy słyszałam „biorę urlop”? Nigdy go nie wziąłeś.
− No nie, parę razy byłem na urlopie. Idę, bo nie wiedzą, czy przeżyłem.
Po powrocie zastał wszystkich pracujących nad dokumentami. Był zdziwiony ich zaangażowaniem. Uznał, że każdy był już codziennymi ponad dwunastogodzinnymi pobytami w pracy zmęczony. Oni pracowali, a on dwa dni wylegiwał się w łóżku. Pomimo tych wyrzutów sumienia nie miał zamiaru przyłączyć się do pracy. Jego niechęć do papierków wyraźnie zwyciężyła.Do pokoju przyszedł Ptica. Szrama zauważył na jego twarzy uśmiech, który nie wróżył niczego dobrego.
− Szrama, kluczyki od beemki i dokładne rozliczenie wydatków na paliwo.
− Dopiero wróciłem ze szpitala. Jutro dostaniesz.
− O ósmej rano − zgodził się z szyderczym skrzywieniem warg.
Ledwo wyszedł z pokoju, Kowalski poprosił Lalusia o odwiezienie samochodem Barana do domu.
− Pamiętaj, aby umieścić w rozpisce. Będę miał okazje podyskutować − zakończył bardzo zadowolony ze swojego pomysłu.
Poczekał, aż wszyscy skończą i wygonił ich do domu.
− Jutro zaczynamy normalnie o ósmej – zdążył poinformować.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
#82
(15-03-2017, 21:49)burak napisał(a): Następny rozdział jest dla osób, które ukończyły osiemnaście lat. (Okej, to mogę. Musiałam sobie przypomnieć :p)

XXIV − Dowody

Mogli ze spokojem przygotować się do czekającego go(ich, skoro "mogli") zadania. Wykonał kilka telefonów,(zbędny przecinek) potwierdzających gotowość innych służb.

Po wykonaniu serii zdjęć i dokonaniu zapisu video, (zbędny przecinek)saper wyjął magazynek i rozładował. Brakowało dwóch naboi.

− Jednak strzelił dwukrotnie. Zabił Adma(Adama?) i Janusza − stwierdził obojętnie Szrama. Nie był zaskoczony tym faktem.

− Czy mamy ściągnąć specjalistę od komputerów, czy zabrać go do siebie(Znak zapytania) − m(M)ówiąc to, pokazał laptop leżący na dnie szafy.

Szrama doskonale zdawał sobie sprawę, że wywiezienie laptopa,(zbędny przecinek) może uniemożliwić im potem przejrzenie jego zawartości.

Najpierw kopiował(skopiował) pliki, gdy to zrobił, schował pendrive’a.

Kret siedział na tylnym siedzeniu i opowiadał, a właściwie uzasadniał, dlaczego zorganizowanie zamachu w Polsce z udziałem uchodźców jest politycznie wskazany(wskazane).

Przekazał wiadomość, że redaktor gazety śledczej, (zbędny przecinek)otrzymał tajemniczy telefon i umówił się na spotkanie w Akwarium.

Część techników przeszła do sypialni, do ej(tej) pory wszyscy sprawdzali duży pokój i przedpokój.

Obok toaletki,(zbędny przecinek) na podłodze leżała walizka z kilkunastoma perukami i sztucznymi brodami.

Na prośbę Szramy,(zbędny przecinek) bardzo niechętnie zajrzano do szybów. Teraz wykorzystano kamerę, taką samą,(zbędny przecinek) jak po wywierceniu dziury w drzwiach.

− Sfotografujcie, oznakujcie i wynosimy się stąd. Zabieramy to(kropka) − Szrama wskazał na ostatnio znalezione dowody.

(akapit)Będąc u siebie, zasiedli przed laptopem Czipa.

− Baśka obejrzała trochę pornusów, więc się nie martw.
Tym wyznaniem wywołała uśmiechy na twarzach pozostałych.(Zatem ta wypowiedź jest autorstwa Balickiej? Ona mówi o sobie w trzeciej osobie? Przydałoby się zaznaczyć, kto to powiedział)

Położyli się w łóżku, nim pozwoliła mu cokolwiek zrobić, podniosła szklankę z drinkiem i podała, sama sięgnęła po drugi. Obok łóżka na stoliku stała karafka z drinkami.

Podeszła do łóżka i ściągnęła z mężczyzny narzutę. Spojrzała i chwyciła w ręce. (Co chwyciła w ręce? Okej, można się domyślać, ale równie dobrze mogły tam być skarpetki na przykład. Jeśli koniecznie nie chcesz pisać, co chwyciła w ręce, to przebuduj to tak, żeby nie było wątpliwości)

Wprowadziła Kwapienia i na oczach coraz mnie(mniej) kontaktującego kreta,(zbędny przecinek) zaczęła go rozbierać.

Oboje przerwali, Szponder położyła się na krecie, a nowy uczestnik zabawy na niej. (Co zabawy na niej? Gdzie jest czasownik?)

Po dziesięciu minutach obserwowania pary,(zbędny przecinek) kret zaczął się rozbierać, Z(z)achęcała go do tego Szponder.

Natomiast Szrama nie zważając na nikogo, wyjął papierosa i z lubością się zaciągnął. Po sekundzie w powietrzu unosiło się pierwsze kółko. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Postanowiła poczekać.(Wypadałoby zaznaczyć, że zmienił się podmiot, a nie płeć Szramy)

Mogła mu o tym powiedzieć Szponder, (zbędny przecinek)podczas licznych igraszek cielesnych.

Kret, dyrektor gabinetu ministra (przecinek)często gościł na łamach prasy.

Musiał zauważyć obu(przecinek) Adama i Jana.

Zrezygnował z tego, usiadła(usiadł?) z powrotem. Głąb uznał, że należy zacząć wcześniej.

− Siadaj − polecił Maniuś, wskazują(wskazując) mu krzesło.

Pomimo tych wyrzutów sumienia nie miał zamiary(zamiaru) przyłączyć się do pracy.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#83
Dziękuję.
Trzeba powrócić do zaklęć.
Jabadabadu, jabadabadu...

XXV − Marian Kapeć

Szrama pewnym krokiem wszedł do biura. Tak jak się spodziewał, Laluś kończył rozpiskę przebiegu beemki.
− Masz, możesz zanieść tej hienie.
Kowalski nawet nie spojrzał i udał się do zastępcy naczelnika wydziału.
− Witam, zaczynamy nowy tydzień pracy. Czy nasz ptaszek już przyfrunął?
− Szrama, jak widzę, jesteś w doskonałym humorze, Ptica też − przywitała go sekretarka Barana. −  Ciekawe, jak się skończy ćwierkanie dwóch zadowolonych z siebie facetów.
Kowalski energicznie otworzył drzwi i prawie krzycząc, zameldował:
− Komisarz Kowalski przybył na wezwanie!
Ptica stał przy oknie i na krzyk komisarza gwałtownie odwrócił się do niego. Po chwili pojawił się na jego twarzy grymas mający oznaczać zadowolenie.
− Dawaj.
Komisarz podszedł do niego i przekazał mu rozliczenie sporządzone przez Lalusia. Potem ze spokojem usiadł na krześle i rozejrzał się po gabinecie. Zastępca naczelnika dokładnie czytał i od czasu do czasu na kalkulatorze sprawdzał wyliczenia.
− Kowalski, obciążę was kosztem dwustu litrów benzyny.
− Mnie? Poproszę o uzasadnienie.
− Według waszych wyliczeń samochód spalił piętnaście litrów na sto kilometrów. To znacznie przekracza normę. Ponadto widzę tu nieuzasadnione kursy, na przykład ostatni. Wyjazd do mieszkania komisarza Kowalskiego. Parę kilometrów i rozliczenie sześciu litrów. Przejazd całkowicie nieuzasadniony.
− Tow... o przepraszam, oby... kurczę, co jest ze mną. Inspektorze, zgodnie z obowiązującymi przepisami pacjent skierowany do domu w trakcie nieukończonego leczenia musi być odtransportowany do miejsca zamieszkania. Beemka jest samochodem MSW i jako taki środek transportu odwiozła mnie do domu. Pragnę zauważyć, że zostałem wypisany ze szpitala w trakcie leczenia.
Ptica wstał z fotela i łapał szeroko otwartymi ustami powietrze. Nie był w stanie wydusić z siebie żadnego zdania. Kowalski kontynuował:
− Normy spalania nie uwzględniają korków panujących w naszej stolicy. Proponuję przeprowadzenie ekspertyzy czasu przejazdu z komendy do mojej chałupy. Po jej przeprowadzeniu możemy przystąpić do zmierzenia faktycznego spal...
− Wypierdalaj! − W końcu złapał powietrze. Nie przewidział tylko jednego: długie pozostawanie bez powietrza,  a potem szybkie zaczerpnięcie spowodowało gwałtowne wyrzucenie go z płuc.
Szrama nie czekał, momentalnie w doskonałym humorze opuścił gabinet Pticy. Jeszcze w sekretariacie zaczął gwizdać. Z Marsylianką na ustach wkroczył do biura. Laluś zaczął się śmiać.
− Na tobie można polegać − stwierdził ze skinieniem głowy przed szefem.
− Trochę przesadziłeś z tym paliwem. Chciał mnie obciążyć dwustu litrami.
Laluś tylko wzruszył ramionami. Balicka odebrała komórkę i kilka minut rozmawiała z naczelnikiem wydziału obserwacji. Gdy skończyła, powiedziała:
− Muszę pojechać do rodziców Mariana Kapcia. Ich syn zginął cztery miesiące temu w Hiszpanii i został pochowany na cmentarzu w Warszawie. Wczoraj byli na jego grobie. Mogę jechać bez obstawy.
− Weź beemkę − poradził jej Laluś.
Uśmiechnęła się i pokazała kluczyki od swojej toyotki. Spojrzała na Kowalskiego, a ten wykonał przyzwalający ruch głową.
Tuż przed dziewiątą wjechała na podwórko rodziny Kapciów. Gdy wysiadała z samochodu, podbiegł do niej mały kundel i obszczekiwał z różnych stron.
− Tygrys! Do budy! − usłyszała męski głos. W drzwiach domu stał ponad sześćdziesięcioletni, siwy mężczyzna. − Pani, w jakiej sprawie? − zapytał dość obojętnie.
− Chcę z państwem porozmawiać na temat Mariana.
Teraz wyraźnie ożywił się i zapytał:
− Pani z policji? Nareszcie.
Spojrzała na niego, nie ukrywając zdziwienia.
− Zapraszam do domu.
Zaprowadził ją do największego pokoju. Po chwili przyszła także jego żona. Była uśmiechnięta, usiadła obok męża.
− W końcu wyjaśnicie, jak zginął nasz syn. Nam napisano, że to był wypadek samochodowy, ale my nie wierzymy. Marianek jeździł bardzo ostrożnie. Gdy mieszkał w Polsce, nigdy nie miał najmniejszej stłuczki − szybko mówiła matka. Nie pogodziła się ze śmiercią syna. Patrzyła na Balicką z nadzieją w oczach, nie mogła opanować drżenia rąk. W końcu splotła dłonie i oparła o blat stołu.
Balicka zastanowiła się, jak rozpocząć rozmowę. Nie miała żadnych informacji na temat wypadku samochodowego. Wiedziała tylko tyle, że Marian zginął.
− Wiem, że to tragedia dla państwa, ale czy możecie mi o nim trochę opowiedzieć?Co robił przed wyjazdem z kraju i z kim wyjechał do Hiszpanii?  − zaryzykowała, podając nazwę kraju. Zauważyła rozczarowanie w oczach matki, straciły blask i w końcu opuściła głowę.
− Długo planował wyjazd. Twierdził, że tutaj nie może się rozwinąć – powiedziała beznamiętnym głosem.
− Wyjechał po śmierć − wtrącił ojciec.
− Nie mów tak − Nagle się ożywiła i z iskrami w oczach spojrzała na męża. − Dobrze mu się powodziło, robił to, co kochał. Pomagał nam i jakoś wtedy nie marudziłeś. Sam mu pomagałeś, wysyłając te wielkie paczki − z satysfakcją zakończyła.
Komisarz powstrzymała uśmiech. A jednak miałam rację − stwierdziła w myślach.
− Mówi pani o felgach do samochodów. Czy jeszcze w kraju zaczął ich produkcję?
− Ty opowiedz − zwróciła się do męża. − Pomagałeś mu.
− Syn ukończył studia na AGH z bardzo dobrym wynikiem. Miał kolegę, którego trzy lata temu zastrzelono. Nigdy nie złapano mordercy. Ten kolega, Karol mu było, bardzo ładnie rysował. Z Mariankiem znali się od podstawówki, potem razem chodzili do technikum. Tylko na studiach się rozdzielili − po chwili szybko dodał: − Ale zaraz po nich znowu byli kumplami. Syn jeszcze na studiach wymyślił sobie, że będzie miał własną odlewnię i zajmie się produkcją kół − powiedział z dumą. Wyprostował zgarbione plecy, gdy mówił te słowa. − Przyjechał tutaj i poszukał starej opuszczonej stodoły. Musiała być murowana, jakby drewniana mu nie wystarczyła − teraz skrzywił usta, okazując dezaprobatę. − Znaleźliśmy kilometr stąd. Kiedyś była Kosterów, ale oni przepili majątek. Gdy ją kupił, razem z Karolem przebudowali w środku, wystawili duży komin. Potem przywieźli różne maszyny, nie znam się na tym.
− Skąd Marian wziął pieniądze?
− Nie od nas − szybko zaprzeczył. − Ja mogłem tylko im pomagać pracą, ale nie pieniędzmi. Chyba od Karola dostał, on miał bardzo bogatego ojca.
Balicka poczuła się rozczarowana. Nie brała pod uwagę udziału finansowego Karola. Matka uśmiechnęła się, wspomniała tamte chwile, gdy Marian przebywał w domu i był szczęśliwym, tryskał energią i humorem.
− Po dwóch miesiącach syn zrobił pierwsze cztery koła, błyszczały się, były bardzo ładne. Pochwalił się, że dostanie za nie dwa tysiące. Popukałem się w głowę. Powiedziałem mu: „synu, za koła nikt nie da więcej niż po stówie”. „Tato”, odrzekł, „nie masz pojęcia, co niektórzy zrobią, byle tylko zaszpanować”. Nie wiem, jakim cudem, będąc w domu, sprzedał te koła. Wie pani, za ile? Za dwa i pół tysiąca − wyraźnie i głośno wymienił sumę. − Powiedział, że wystawił na jakąś aukcję, ale ja nie widziałem, żeby je gdzieś wywoził. One ciągle stały w mojej szopie.− Czy syn sam pracował?
− Nie, pomagał mu Karol. On robił rysunki, syn je oglądał, potem mierzył, ważył i w końcu odlewał. Cztery takie same, potem znowu cztery całkiem inne. Nigdy nie widziałem ośmiu jednakowych. Te koła stały u mnie w szopie. Czasami ktoś przyjechał i wypytywał się syna, skąd je ma. Ja nie mogłem powiedzieć, że sam je zrobił. Marianek powiedział, że jak zdradzę, gdzie robi te koła, to cały interes szlag trafi. Nie musiał mi powtarzać. Ja wiem, jak należy dbać o swoje pieniądze.
− Ile produkował tych... kół?
− Dużo tych kompletów, bo tak je nazywał, to i dziesięć w miesiącu − powiedział z nieukrywaną dumą w głosie.
Matka drobnymi kroczkami wyszła z pokoju. Wróciła po paru minutach, trzymając grubą teczkę z rysunkami. Teraz szła wolno i z uśmiechem na twarzy. Balicka była zaskoczona tymi jej nagłymi zmianami nastroju
[p− To są te projekty. − Podała Balickiej, jak jakiś skarb. Czekała, aż chwyci teczkę. − W pokoju syna zostało kilka takich teczek. Więcej zabrał, wyjeżdżając. − Obserwowała Baśkę, wyraźnie czekała na słowa uznania.
Komisarz przeglądała projekty, od czasu do czasu wyrwał jej się słowa: „jakie piękne”. Każdy głośny zachwyt powodował uśmiech na twarzy kobiety. To były właściwie tylko szkice. Zauważyła na każdym znak „MK”. Pokazała go palcem i zapytała:
− To inicjały?
− Nie, każdy tak myśli. To od imion Marian i Karol. To był ich znak firmowy. Marianek mówił, że kiedyś go opapate... coś tam. Zawsze zapominam to słowo − wyjaśniła.
− Opatentują − podpowiedziała.
− Tak, tak.
Nadszedł czas na najważniejsze pytania.
− Czy syn wyjechał po śmierci Karola, czy przed?
− Przed. Tydzień wcześniej szykował się do wyjazdu. Karol miał jechać z nim, zawsze tak planowali, ale zakochał się i powiedział, że przyjedzie do niego później. Marianek miał już załatwioną pracę w jakiejś małej odlewni w Hiszpanii. − Znowu pojawił się smutek na jej twarzy.
Kolejna informacja zbiła z tropu Balicką. Postanowiła jednak uzyskać dokładniejszą informację.
− Kiedy państwo dowiedzieli się o śmierci Karola?
− Zaraz, jak tylko podali w telewizji, że był jego pogrzeb.
− Czy Marianek miał innych kolegów?
− Tak, Janusza Wydrę. Razem chodzili do technikum. Oni we trójkę znali się dobrze. Wydra przyjeżdżał do Marianka na początku, gdy zaczął budowę. Potem długo go nie widziałem. Tydzień przed wyjazdem był tu parę dni, cały czas spędzali w odlewni. Myślałem, że się żegnają i wie pani, nie zaglądałem do nich. Niech się młodzi pobawią, popiją, bo czasami to dobre dla zdrowia. Dzień przed wyjazdem to nawet Marianek pojechał z nim do Warszawy. Wrócił późno i powiedział, że jutro wyjeżdża, bo naciskają go z pracą. Musi być za dwa dni w Hiszpanii. Zapamiętałem ten dzień. To była jego ostatnia noc w domu rodzinnym. − Ojciec nie potrafił powstrzymać łez. Matka już od dłuższego czasu trzymała chusteczkę przy oczach.
Balicka odczekała minutę i zapytała:
− Po wyjeździe kontaktował się z państwem?
− Tak, zadzwonił, gdy tylko dojechał na miejsce.  Powiedział, że miał przygotowane mieszkanie i oglądał już odlewnię. Od jutra ma pracować i będzie dużo zarabiał. Dzwonił co tydzień. To my mu powiedzieliśmy, że Karola zabili. Popłakał się przez telefon.
Baśka nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Cała jej koncepcja runęła jak domek z kart. Nie myliła się tylko co do jednego: felg.
− Po dwóch miesiącach powiedział, że na nasze konto będą wpływały pieniądze za sprzedane w Polsce koła. Rzeczywiście żona powiedziała, że mają więcej pieniędzy. Ja się nie znam na kontach, to żona pilnuje.
− Tak, ja pilnuję, bo chłopy to by tylko wydawały. Mamy konto w banku takim z żubrem. Jak jestem w mieście, to idę do banku. Tam mi podają, ile mam i ile mogę zabrać. Zapisuję sobie.
− Dużo przybywało?
− Dużo, czasami trzy tysiące, ale przeważnie półtora. Marianek zadzwonił dwa lata temu i powiedział, że będzie więcej, gdy ojciec zapakuje koła, które on przyśle do domu. Przyjechał duży samochód, taki brązowy, i przywiózł trzydzieści dwa koła.
− Ile tych samochodów przyjechało?
Ojciec podejrzliwie spojrzał na Balicką. Nie odpowiedział. Matka również milczała.
− Zapytałam tylko z ciekawości, czy rozkręcił interes tak, jak zamarzył. Nie muszą państwo odpowiadać.
Po chwili Kapeć odpowiedział:
− I tak to sprawdzicie. − Z dumą dodał: − Co kwartał przysyłał kopę tych kompletów.
Domyśliła się, że miał na myśli sześćdziesiąt.
− Marianek powiedział, abym poszła do biura rachunkowego. Miałam poprosić, aby pomogli mi zapłacić podatek. Poszłam, bo wie pani, że co miesiąc przybywało na moim koncie trzydzieści tysięcy. Ja w życiu nie widziałam tyle pieniędzy. Marianek kazał, aby wszystko było zgodne z prawem. Ale jakie to prawo, co każe mi płacić za nic. I po co mi te miliony, gdy nie ma Marianka. Mieliśmy tylko jego – płakała, nie wstydziła się łez. Po chwili wstała i zabrała od Balickiej teczkę ze szkicami. Przycisnęła do piersi i zaniosła do pokoju syna. Już nie wróciła.
− Pani, czy powiecie nam wszystko o tym wypadku? − zapytał ojciec.
− Tak, obiecuję.
Balicka zdziwiła się swoją reakcją. Już po raz drugi obiecywała coś, czego potem nie będzie w stanie spełnić.
− Kiedy i od kogo dowiedzieliście się o śmierci syna?
− Przyjechał do nas ktoś z ambasady Hiszpanii i nam powiedział, że syn zginął w wypadku samochodowym. Zapytał, czy chcemy sprowadzić prochy. Spalili go i nie pytali się o zgodę. Dwa tygodnie później zadzwonili z zakładu pogrzebowego, że mają jego urnę i że przygotowany jest grób na cmentarzu. Powiedzieli, że wszystkie formalności są załatwione i żebyśmy się nie denerwowali. Koszt pogrzebu jest już opłacony. Zapłacił właściciel fabryki, w której pracował. Oni mieli nas poinformować, gdy już wszystko zostanie załatwione. Pilnował tego ktoś z ambasady.
Kolejny raz została zaskoczona. Nie słyszała, aby kiedykolwiek ambasada jakiegoś kraju organizowała pogrzeb polskiego obywatela. Postanowiła to sprawdzić. Uznała, że uzyskała wiele odpowiedzi, ale nie posunęła się do przodu w śledztwie.
Podziękowała za rozmowę i opuściła dom rodzinny Mariana Kapcia. Wróciła do firmy. Zastała wszystkich na miejscu. Dwóch kolegów toczyło bój w cymbergaja, Szrama tworzył kółka z dymu, Laluś rozmawiał przez telefon z jakąś mężatką. Tylko Nowocień siedział nad papierami. Gdy się jednak mu dokładniej przyjrzała, stwierdziła, że po prostu spał na siedząco.
− Do roboty! − krzyknęła i dodała: − Lenie patentowe.
− Co mamy robić? − zapytał Drab. − Szefowa nic nam nie zleciła, tylko pojechała na wycieczkę.
− Kto chce pojechać na wycieczkę? − powtórzyła z sarkazmem.
− Ja − zgłosił się Laluś.
− Skocz do ambasady hiszpańskiej i ustal, kto zapłacił za zorganizowanie pogrzebu Mariana Kapcia. Cztery miesiące temu − dodała po chwili.
Szrama zgasił papierosa i zainteresowaniem spojrzał na Baśkę.
− Wyciągnij od nich wszystkie informacje, jakie mają na temat wypadku, w którym zginął Marianek.
Spojrzała na Czipa.
− Jacek, pogrzeb w Internecie. Zacznij od konta Maniuka. Skontaktuj się z administratorem Allegro i dowiedz się o transakcjach z tego konta. Od momentu założenia i czy podobne felgi były wystawiane z innych kont. I sprawdź, ile dni upłynęło od zabójstwa do pochówku.
Przyszła kolej na Nowocienia.
− Michał, skoro śpisz na aktach, pogrzeb w nich i dowiedz się na temat świadka, który podał rysopis zabójców Majchra. Sprawdź, czy można go ponownie przesłuchać.
Drabiński z uśmiechem czekał, aż otrzyma zadanie.
− Drab, sporządź listę wszystkich napadów rabunkowych na jubilerów, które nie zostały wyjaśnione. Oczywiście z terenu całego kraju. Podlicz, ile kilogramów złota, srebra, platyny zginęło. A my pojedziemy podziękować Jankowi. Spełnię wszystkie obietnice, które dałam sobie i innym.
Nim wyszli, Szrama zapytał Draba:
− Miałeś ustalić, gdzie pochowali Adama.
− Cmentarz wojskowy.
Tuż przed opuszczeniem pokoju, Szrama poczuł wibrację telefonu. Wyjął aparat i odebrał połączenie.
− Maniuś, co się stało?
− Za godzinę podadzą oficjalny komunikat. Chcę, abyście przyjęli go ze spokojem i bez komentarzy. Kret popełnił samobójstwo, zastrzelił się w swoim gabinecie. Zostawił krótką wiadomość: „Przepraszam, ale miałem na względzie bezpieczeństwo kraju”. Cześć.
Kowalski rozejrzał się po twarzach współpracowników. Wszyscy czekali na wyjaśnienie.
− Macie nie komentować. Kret strzelił sobie w łeb.
− Spodziewałem się tego − stwierdził Nowocień i zagłębił się w aktach.
Drab jedynie wzruszył ramionami, jakby to w ogóle go nie zainteresowało. Czip otworzył usta, po chwili je zamknął.
− Jedyne rozsądne wyjście − ocenił Laluś i dodał: − Już nie komentuję.
− Baśka, idziemy.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#84
(18-03-2017, 14:13)burak napisał(a): XXV − Marian Kapeć

Szrama, jak widzę, jesteś w doskonałym humorze, Ptica też. (zbędna kropka)− P(p)rzywitała go sekretarka Barana.

Potem ze spokojem usiadł na krześle i rozglądał(rozejrzał) się po gabinecie.

− Według waszych wyliczeń,(zbędny przecinek) samochód spalił piętnaście litrów na sto kilometrów.

Tuż przed dziewiątą wjechała na podwórka(podwórko) rodziny Kapciów.

Gdy mieszkał w Polsce, nigdy nie miał najmniejszej stłuczki − matka szybko mówiła(mówiła szybko/szybko mówiła matka).

Nie miała żadnych informacji na temat wypadku samochodowego. Wiedziała tylko tyle, że zginął.(Wypadek samochodowy nie mógł zginąć – w drugim zdaniu należy napisać, kto)

− Wiem, że to tragedia dla państwa, ale czy możecie mi o nim trochę opowiedzieć.(Znak zapytania zamiast kropki) Co robił przed wyjazdem z kraju i z kim wyjechał do Hiszpanii?  − zaryzykowała, podając nazwę kraju.

− Ty, (zbędny przecinek) opowiedz − zwróciła się do męża. − Pomagałeś mu.

(...)Tato(przecinek)  odrzekł, nie masz pojęcia, co niektórzy zrobią (przecinek) byle tylko zaszpanować.  (To powinno być w cudzysłowie, bo to cytat słów syna)

Wie pani (przecinek) za ile? Za dwa i pół tysiąca.

(...)Cztery takie same, P(p)otem znowu cztery całkiem inne.

− Dużo,(zbędny przecinek)  tych kompletów, bo tak je nazywał, to i dziesięć w miesiącu.

− To są te projekty(kropka) − p(P)odała Balickiej. − W pokoju syna zostało kilka takich teczek. Więcej zabrał, wyjeżdżając.

Nie myliła się tylko, (zbędny przecinek) co do jednego: felg.

− I tak to sprawdzicie. − Z dumą dodał.(dwukropek zamiast kropki) − Co kwartał przysyłał kopę tych kompletów.

Znowu zaczyna mi brakować opisów. Rozmowa z rodzicami zmarłego mogłaby być pełniejsza emocji, wówczas te postacie wydawałyby się żywsze. Obecnie wydają mi się tylko takimi "enpecami" potrzebnymi tylko po to, żeby śledztwo poszło naprzód, nie osobami.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#85
Dziękuję, poprawki naniosłem

XXVI − Podziękowanie

Gdy wyszli z pokoju, zapytał:
− Co tym razem obiecałaś rodzicom Kapcia?
− Że wyjaśnię, w jakich okolicznościach zginął – prawie szepnęła, a potem szybko wyjaśniła: – To był impuls, prawie z nimi płakałam. Ty mnie tu nie zagaduj. Wyjaśnij, skąd kret dowiedział się o aresztowaniu? Prokurator jeszcze czyta wniosek.
Spojrzał na Balicką i zdecydowanie odpowiedział:
− Od swojego szefa.
− Mam nadzieję, że przynajmniej wyjaśnią, dlaczego popełnił samobójstwo?
Nie odpowiedział, nie przypuszczał, że może być taka ufna w praworządność. Sprawiedliwości stało się zadość, ale tylko w ramach dawnej zasady talionu „ząb za ząb”.
Zrozumiała, ale nie mogła się z tym pogodzić.
− A może za parę dni dowiemy się, że Kwapień zginął podczas próby ucieczki?
Po raz drugi milczał. Teraz już eksplodowała:
− Kurwa, mam w dupie taką sprawiedliwość. Kurwa... kurwa. Co ja powiem Ewie?
− Prawdę − szybko i jednoznacznie odpowiedział. − Baśka, my zrobiliśmy to, co do nas należało. Dobrze wiesz, co to jest polityka. Oni zawsze znajdą wytłumaczenie: racja stanu, dobro narodu, wizerunek kraju. Możesz użyć wielu pięknych haseł. Dlatego nie mieszam się do polityki, nie słucham gadających głów. Mam to wszystko w dupie i jest mi z tym dobrze. Wolę poczytać jakąś książkę.
− Tak nie może być. − Zdenerwowana, przyspieszyła kroku, ledwo za nią nadążył.
− Chcesz być policjantem czy politykiem? Chcesz łapać morderców czy głosić piękne hasła? Chcesz żyć uczciwie czy kłamać w żywe oczy w imię czegoś tam? Wybieraj! − Chwilę odczekał i szybko dodał: − Tutaj nie ma miejsca na piękne hasła, tu masz do zrobienia dobrą robotę, konkretną. Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Tu, u nas, w naszej pracy. A my mamy zawsze jeden cel: złapać mordercę. Nie jesteśmy od wymierzania kary. To nie jest nasza rola.
− Idziemy podziękować Jankowi, a on wymierzył karę − stwierdziła trochę uspokojona.
− Tak, i on będzie z tym żył. Nie wiesz, co do tej pory przeżył? Co widział, czego doświadczył? Ale widział, co zrobił Głąb, co robił w przeszłości. I doskonale wie, co zrobili Adamowi, ci, którzy mienią się jedynymi sprawiedliwymi, którzy nadali sobie prawo wymierzania kar − za każdym razem akcentował słowa „robić” w czasie przeszłym. − Nie z powodu, aby sprawiedliwość zwyciężyła, ale z powodów politycznych. I wiedz jedno, dla mnie to nie było morderstwo, to była obrona konieczna twojego życia i mojego. Gdyby tego nie zrobił, leżelibyśmy obok siebie, lecz w grobach. Głąb szykowałby kolejne zamachy, w których zginęłoby kolejnych kilkadziesiąt osób. Adama i Głąba ukształtowali ci sami, ale każdy z nich wybrał swoją drogę życia. Każdy ma możliwość wyboru. Kret też wybrał. Koniec. Idziemy podziękować, więc uśmiechnij się i bądź urocza, potrafisz to, bo taka jesteś.
Już nic nie powiedziała do samych drzwi mieszkania, za którymi czekał na nich Jan Krzywy i jego żona. Otworzyła im Anna, była zdziwiona, że to właśnie oni przyszli. Po chwili, zrezygnowana, bez słowa zaprowadziła ich do pokoju. Jan siedział na kanapie.
− Przyszliście mnie aresztować − stwierdził obojętnie. − Jestem przygotowany, ale chciałbym odwiedzić grób Adama, jeżeli to możliwe.
− Aresztować? − zdziwiła się Baśka. − Nie, przyszliśmy panu podziękować za uratowanie nam życia. Dziękuję. Chciałabym poznać prawdę, obiecałam to dziewczynie Janusza Kołodzieja.
Usłyszeli, jak żona zaczęła płakać i po chwili zamknęła się w małym pokoju z dzieckiem.
− Chcecie poznać prawdę. To będzie długa historia. − Odwrócił głowę w stronę drzwi i zawołał: − Anno, przestań się mazać i zrób nam dzban kawy. Dzisiaj wracam do normalnego życia, już koniec.
Poczekał, aż żona dojdzie od siebie i przyniesie tacę. Siedzieli, nie okazując zniecierpliwienia. Mogli ze spokojem przyjrzeć się gospodarzowi. Był nad wyraz spokojny. Tylko czasami zaciągnął więcej powietrza.
− Usiądź, ty też musisz poznać prawdę − odetchnął. Anna usiadła obok męża i włożyła dłoń pod jego łokieć. Przytuliła się i słuchała, na twarzy dostrzegli wyraz wielkiej ulgi.
− Po pierwszym roku studiów wyjechałem na Zachód. Chciałem poznać trochę historii, zobaczyć ją na własne oczy. Z Niemiec poprzez Austrię i dalej na południe dotarłem do Egiptu. Potem na Bliski Wschód i wylądowałem w Syrii. Wpadłem jak śliwka w kompot. Nie wiedziałem, co się dzieje. Co chwila jakieś demonstracje, starcia zbrojne. Postanowiłem wracać do kraju. I znowu pech, znalazłem się pomiędzy jakimiś dwoma walczącymi ze sobą stronami. Oberwałem w kolano. Znikąd żadnej pomocy. W końcu zobaczyłem grupę niby żołnierzy uzbrojonych po zęby. Krzyczałem, że jestem Polakiem. Podszedł do mnie jeden i myślałem, że chce mnie dobić. Przyglądał się ranie i w końcu podniósł. Zabrał mnie do jakiegoś punktu opatrunkowego. Tam zostałem uśpiony, gdy się ocknąłem, zobaczyłem, że nie mam nogi. Obok mnie na krześle siedział ten facet. Nic nie mówił, tylko się przyglądał. Zacząłem do niego po angielsku, a on tylko się uśmiechał. W końcu wrzasnąłem po polsku: Ty tumanie, nauczyłbyś się, chociaż jednego cywilizowanego języka. Zaczął się głośno śmiać i nagle powiedział po polsku, żebym na niego nie krzyczał. Całkowicie mnie zatkało. Polak z bronią i to nie wiadomo, w jakim wojsku. Tak poznałem Adama.
Przerwał i poprosił, aby spróbowali kawy przygotowanej przez żonę. Anna otarła kilka łez i nalała po same brzegi szklanek. Ręka trochę jej drżała. Baśka słuchała w skupieniu. Nie przerywała, spoglądała to na Adama, to na jego żonę. Szrama sprawiał wrażenie lekko znudzonego.
− Gdy rana się zagoiła, powiedział, że ma dla mnie protezę. Wyobraźcie sobie film o korsarzach, taką właśnie przyniósł mi nową „nogę”. W międzyczasie uczył mnie arabskiego. Nie miałem prawa odzywać się po polsku, powinienem milczeć, gdy spotkamy się z ludźmi. Wyruszyliśmy. Adam powiedział, że wyprowadzi mnie w takie miejsce, skąd będę mógł wrócić do kraju. Nie było to łatwe. Sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Tam był istny kocioł. Praktycznie chodziliśmy sami i stroniliśmy od ludzi. Niejednokrotnie zostawiał mnie samego i znikał na dzień czy dwa. Pewnego dnia przyszedł po dniu i powiedział, że z taką protezą zbyt rzucamy się w oczy. Kazał mi ją zdjąć i stanąć na jednej nodze. Wyjął miarę i zmierzył mi nogę, zrobił rysunek i powiedział, że wróci za dzień. Poszliśmy dalej. Adam często znikał, a ja zacząłem się rozglądać. Po pewnym czasie zorientowałem się, że gdy go nie ma, nagle z nieba spadają rakiety na jakieś odległe zabudowania. Powiedziałem mu o tym. Zauważyłem, że się zdenerwował. Opuściliśmy ten rejon i przenieśliśmy się znacznie dalej. Mniej więcej po trzech miesiącach, które upłynęły od zmierzenia nogi, przyniósł mi taką protezę.
Jan podniósł nogawkę spodni. Zobaczyli idealną imitację nogi. Wstał i przeszedł się po pokoju, jego chód nie różnił się niczym od normalnego.
− Teraz nikt nie domyśliłby się, że jestem inwalidą. Oczywiście zapytałem, skąd ją ma, odpowiedział „od przyjaciół”. Przyniósł także karabin snajperski. Pozwolił mi go potrzymać. Powiedziałem, że kiedyś sportowo strzelałem z karabinka i czy mógłbym się sprawdzić. Poszukaliśmy jakiegoś ustronnego miejsca i przekonał się, że mam talent. Wtedy już domyśliłem się, co robi. Zaproponowałem, że mogę go ubezpieczać. Nie zgodził się. Dwa tygodnie później poszedł na spotkanie, zostawił karabin. Miejsce spotkania było w odległości trzech kilometrów. No cóż. Poszedłem za nim. Nie widział mnie, już trochę się nauczyłem. Teraz z tą nogą mogłem poruszać się szybko i bezszelestnie. Gdy zobaczyłem skraj wioski, położyłem się i przez lunetę obserwowałem. Adam podszedł do trzech typków siedzących przed chałupą. Rozmawiali kilkanaście minut i nagle dwóch rzuciło się na niego. Złapali go za ręce, a trzeci stanął przed nim z wyciągniętym pistoletem. Zaczął mierzyć w głowę.  Adam odwrócił wzrok i spojrzał w moim kierunku. Wiedział, że za nim idę. Zrozumiałem i strzeliłem. To była moja pierwsza ofiara. Nie miałem czasu na rozpamiętywanie. Zdjąłem drugiego, trzeciego załatwił sam. Potem uciekał z wioski. Nim się ktoś zorientował, był już przy mnie. Udało nam się zbiec. I tak to się zaczęło. Będziecie mogli poznać historię Adama z oficjalnych dokumentów... przyjaciół. Ale o tym później.
Tyle im opowiedział w ramach wstępu. Potem, wbrew ich oczekiwaniom, bardzo szybko zakończył swoją opowieść.
− Półtora roku temu dowiedzieliśmy się, że jesteśmy poszukiwani. Już prawie wszystkie grupy otrzymały rysopis Adama. Wyznaczono nagrodę za jego głowę. Nasi przyjaciele postanowili nas wycofać. Zapytali, gdzie chcemy wrócić. Wybraliśmy Polskę. W trakcie ewakuacji kilkakrotnie zmienialiśmy przewodników. Na ostatnim punkcie zabrano nam broń i zapakowano w samolot. Wylądowaliśmy we Frankfurcie. Potem busem dyplomatycznym przyjechaliśmy do Warszawy. Zamieszkaliśmy w mieszkaniu należącym do przyjaciół. Ja długo tam nie wytrzymałem i przyszedłem tutaj. Anna cały czas na mnie czekała. Wysłałem do niej kilkanaście kartek, wiedziała, że żyję.
− Nie odebrano panu karabinka. Dlaczego? – po raz pierwszy odezwał się Szrama.
− Może to dziwnie zabrzmi. Przekazywano nas z rąk do rąk. Po prostu przed wejściem do samolotu nie wiedzieli, że go mam. Byłem dla nich inwalidą z kulą.
Jan wstał i podszedł do szafy, wyjął drewnianą kulę, którą widzieli podczas pierwszej wizyty. Przyniósł także torbę.
− Pokażę wam to cudo.
Nim zaczął demonstrację, Anna zabrała dzban i tacę. Zamknęła się w kuchni. Przed wyjściem powiedziała mężowi, że broń ma zniknąć z domu. Jan zapewnił ją, że jutro już jej nie będzie.
Szybko rozłożył kulę, została mu jedna część z oparciem. Potem z nogi wyjął długą lufę. Sięgnął do torby. Po chwili na rurze zamontował lunetę, przyczepił uchwyt z magazynkiem i językiem spustowym. Ostatnią rzeczą, którą dołączył, było oparcie na ramię ze zwykłej aluminiowej kuli. Po minucie zobaczyli nietypowy karabinek snajperski.
− Jeszcze dzisiaj oddam go właścicielom. Mnie nie jest już potrzebny. Zakończę ten epizod swojego życia − mówiąc te słowa, był szczęśliwy. Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
− Co Adam opowiedział panu o Michale?
− Część z jego opowieści oparta jest na domysłach. − Spoważniał, − Tam nikt nie opowiada o sobie. Adam domyślił się, że podobnie, jak i on, Maciek był oficerem wywiadu. Wpadł w ręce ISIS i zażądano za niego wysokiego okupu. Nie podjęto żadnych rozmów, zostawiono go samego. Długo był przetrzymywany i zapewne torturowany. Człowiek porzucony przez przyjaciół różnie reaguje. On musiał się zmienić. Przystąpił do swoich ciemiężycieli i zaakceptował ich metody działania. Znienawidził wszystko to, co reprezentował sobą cywilizowany świat, kultura Zachodu. Mógł w każdej chwili uciec, ale tego nie zrobił.
Zapadła chwila ciszy. Nikt nie skomentował słów Jana. Zdali sobie sprawę, że Głąb musiał przeżyć koszmar. Sam wybrał, ale czy to nie było efektem tortur? Baśce przez chwilę zrobiło się go żal. Gdy spojrzała na Jana i przypomniała sobie widok ginącego od kuli Adama a potem Janusza, odrzuciła to uczucie. Otrząsnęła się i zadała pytanie:
− Czy na studiach poznał pan Janusza Kołodzieja?
Spojrzał na Balicką, ale nie był zdziwiony.
− Tak, to ja poradziłem Adamowi, aby się z nim skontaktował. Nie wiedziałem, że musieli go obserwować, a powinienem to przewidzieć.
− Obserwowaliście Szponder?
− Tak, zaprowadziła nas do obu kryjówek Maćka. Po zamachu miałem dzień, aby ustalić, w którym mieszkaniu się ukrył. Potem wiedziałem, że przyjdziecie do mnie. Musiałem czekać na was. Byłem ciekawy, czy najpierw wy, czy ABW. Oni byli jednak szybsi.
− Dlaczego im pan nie powiedział?
− Dlaczego? Dobrze wiecie, jak to będzie wyglądało. Zamiotą pod dywan. Nie miejcie złudzeń. Ja zawiodłem i ja musiałem to zakończyć. Gdyby ABW wkroczyła, zginęłoby wielu funkcjonariuszy. Ja jestem gotowy ponieść konsekwencje i rozliczyć się z przeszłością.
− Oni nie chcą, aby wypłynęła prawda. Nikt nie będzie pana szukał. O Adamie też nie wspomną.
− Nie oni, ale inni tak. Przyjaciele przekażą dokumenty do IPN. Powiedzieli, że mamy taką instytucję, która powinna zachować dla potomnych imiona i nazwiska bohaterów. Ja żyję, o mnie nie wspomną. I dobrze, żaden ze mnie bohater. Wiecie, gdzie jest pochowany Adam? Zaprowadźcie mnie na jego grób.
Nim opuścili mieszkanie, Jan Krzywy ponownie zdemontował karabinek. Poprosił żonę, aby przyjechała za dwie godziny odebrać go sprzed ambasady. Na cmentarzu przy grobie zostawili go samego. Zauważyli, że wyjął z kieszeni łuskę i wgniótł ją w ziemię. Dwadzieścia minut później widzieli, jak wszedł do budynku amerykańskiej ambasady. Wrócili do biura. Po drodze nie rozmawiali ze sobą.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#86
(20-03-2017, 20:53)burak napisał(a): XXVI − Podziękowanie

Nie odpowiedział, nie przypuszczał, że może być taka ufna w sprawiedliwość. Sprawiedliwości stało się zadość, ale tylko w ramach dawnej zasady talionu „ząb za ząb”.

Teraz już wybuchła.(wybuchnęła)(dwukropek)

− Tak nie może być. − Zdenerwowana(przecinek) przyspieszył(a) krok(kroku), ledwo za nią nadążył.

− Chcesz być policjantem,(zbędny przecinek) czy politykiem? Chcesz łapać morderców,(zbędny przecinek) czy głosić piękne hasła? Chcesz żyć uczciwie,(zbędny przecinek) czy kłamać w żywe oczy w imię czegoś tam?

Anna otworzyła, była zdziwiona, że to właśnie oni przyszli. Po chwili(przecinek) zrezygnowana, bez słowa zaprowadziła ich do pokoju.

Nic nie mówił, tylko się przyglądał, Z(z)acząłem do niego po angielsku, a on tylko się uśmiechał, W((w) końcu wrzasnąłem po polsku: Ty tumanie, nauczyłbyś się, chociaż jednego cywilizowanego języka.

Niejednokrotnie zostawiał mnie samego i znikał na dzień,(zbędny przecinek) czy dwa.

Adma(Adam) odwrócił wzrok i spojrzał w moim kierunku. Wiedział, że za nim idę.

Nim się ktoś zorientował(przecinek) był już przy mnie.

Nim zaczął demonstrację(przecinek) Anna zabrała dzban i tacę. Zamknęła się w kuchni.

− Część z jego opowieści oparta jest na domysłach(kropka) − s(S)poważniał(kropka) − Tam nikt nie opowiada o sobie. Adam domyślił się, że podobnie,jaki(jak i?) i on, Maciek był oficerem wywiadu.

Deficyt opisów znowu rzuca mi się w oczy. :p
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#87
Poprawiłem. Lecimy dalej.

XXVII − W imię przyjaźni

− Jak było? − zapytał Drab, gdy tylko pojawili się w pokoju.
− Trochę opowiedział, ale spieszył się, żeby rozpocząć nowe życie.
− Nie dziwię się, też bym czekał na was z niepokojem, a potem... pogonił. Ogłosili komunikat, z którego wynika, że nie mógł poradzić sobie z rozwodem. Dwa miesiące temu żona złożyła pozew w sądzie.
Balicka nie skomentowała, zacisnęła usta, usiadła na krześle i zamknęła oczy. Po chwili jakby się przebudziła i zapytała Draba:
− Masz już jakieś dane?
− Coś tam ustaliłem, cztery włamania do jubilerów na mieście i trzy napady na konwój. O ile właściciele sklepów podali w miarę dokładne straty, to konwojenci raczej zaniżyli. W jednym wypadku ich zeznania nie zgadzały się z tym, co powiedział ostatni odbiorca, który widział towar. W związku z tym skierowano wniosek do urzędu skarbowego o przeprowadzenie kontroli u hurtownika. Wszystkie napady były poza naszym województwem.
− To ile ci wyszło z tych kilku?
− Osiem kilogramów złota, siedemnaście srebra i dwieście gram platyny. W zaokrągleniu.
Gdy rozmawiała, Szrama wykonał dwa telefony. Rozmawiał dość cicho.
− Laluś, masz jakieś informacje o świadku?
− Tak, przyjdzie jutro, jest w delegacji. W aktach był jego numer telefonu − wyjaśnił.
− No dobrze, skoczę zorganizować ekipę. Musimy przeszukać warsztat Kapcia. To znaczy wy musicie, ja nie pojadę.
− Już to załatwiłem − poinformował Szrama. − Wyjeżdżamy za godzinę.
Baśka nie skomentowała, powinna o tym pomyśleć przed wyjazdem do Janka.
− Chyba potrzebuję dyktafonu. Trochę się gubię − przyznała po chwili.
− Ja mam, chcesz? − zapytał Czip.
Skinęła głową. Szrama zauważył, że była przygnębiona. Starała się jednak przełamać. Postanowił z nią porozmawiać na osobności, ale dopiero po powrocie z przeszukania. Może do tego czasu ogarnie się i pozbędzie tego nastroju.
Czip pogrzebał w jednej ze swoich walizek i po chwili podał Balickiej gruby długopis.
− Pstrykniesz i włączysz funkcję nagrywania. Gdy chcesz odtworzyć nagranie, to przekręć górną część. Najlepiej włóż sobie do górnej kieszeni koszuli... no tak, ale ty masz bluzkę. Mikrofon jest bardzo czuły, możesz nagrywać z odległości do pięciu metrów.
Balicka wzięła i schowała do torebki.
− Baśka − zaczął Czip. − Uzyskanie danych nie będzie takie szybkie. Trzeba się skontaktować z Głównym Inspektoratem Ochrony Danych Osobowych, administrator Allegro chce podkładkę, na nasze zapytanie nie odpowiedzą. Musimy pytać konkretnie, a nie żądać całej listy użytkowników. Nie ma lekko.
− Dobrze, poczekamy. Zobaczymy, co znajdziemy w odlewni. Nie chcę robić zamieszania w rodzinie Kapciów.
Wyjechali dokonać przeszukania odlewni. Na podwórku zaparkowały trzy samochody policyjne, tylko jeden z nich był oznakowany. Rodzice byli zszokowani, nie rozumieli powodu, dla którego przyjechało do nich tylu policjantów. Matka stała w drzwiach i płakała, załamując ręce. Ojciec przyjął bojową postawę.
− Syn niczego nie zrobił − argumentował ojciec. − Nie żyje i nie może się bronić. Możecie tam szukać, czego tylko chcecie, ale tam nic nie ma.
Po otwarciu zakładu Szrama przekonał się, że Kapeć musiał tutaj często zaglądać. W pomieszczeniu panował idealny porządek. W rogu małej hali leżało kilka blach aluminiowych o grubości dziesięciu milimetrów. Znaleziono kilka kilogramów drutu miedzianego i jedną płytę cynku.
− Aluminium jak najbardziej − stwierdził ekspert od stopów. − Jednakże ta ilość miedzi i cynku jest zastanawiająca.
Zaczęto dokładnie oglądać formy odlewnicze. Znaleziono kilkadziesiąt ułożonych w równych stosach. Każda miała inny wzór. Pobrano próbki ze wszystkich form. Szczególne zainteresowanie wzbudziła położona na samej górze. Znaleziono drobne okruchy o kolorze czerwonym.
− To będzie to − ocenił ekspert. Szrama przed rozpoczęciem przeszukania poinformował, czego szukają. Oprócz okruchów znajdujących się w formach, na jednej z tarcz polerujących pozostały czerwone drobiny.
− Kończymy − oficjalnie ogłosił Kowalski. − Już to mamy. Proszę zabrać formę i dowody. Na miejscu policzycie, ile surowców musiało być zużytych.
Ponieważ nie chciał powiedzieć ojcu Mariana, czego szukali i co znaleźli, unikali konkretnych sformułowań. Uznał, że rodzice nie zasłużyli sobie na przykre wiadomości. Szrama nie wiedział, z jakich powodów młody Kapeć wykonał odlew felg z wykorzystaniem złota i srebra. Prawdopodobnie było to zapłatą za pożyczkę na wyposażenie odlewni. W ocenie eksperta wszystkie urządzenia były wysokiej klasy.
− Panowie, czy oddacie to, co zabraliście, to jest teraz moje.
− Oddamy, gdy zakończymy badania.
Godzinę później wszedł do biura. Zastał wszystkich. Laluś siedział przy biurku i wpatrywał się w komórkę. Szrama zauważył to, ponieważ Balicka kiwnęła mu głową, wskazując na niewidzącego świata poza telefonem. Kowalski podszedł do niej i szeptem zapytał:
− Co mu jest?
− Zakochał się − równie cicho odpowiedziała.
− W telefonie? − Udał głupiego. Podszedł z tyłu do Lalusia i zajrzał mu przez ramię. Zobaczył zdjęcie pięknej dziewczyny, przesyłającej fotografowi buziaka.
− Co to za laska? − szepnął mu do ucha.
Laluś poderwał się i schował telefon do kieszeni.
− Dziewczyna, z którą się umówiłem na randkę. Jesteście zadowoleni? − zapytał wszystkich.
− Laluś, ale to jest panna − stwierdził Czip.
− Czas się ustatkować.
−Powiedzcie mi, czy ktoś tutaj nie ocipiał? − poważnym tonem zapytał Drab.
− Nasz amant zakochał się w Hiszpance − wyjaśnił Czip. Z trudem powstrzymywał się przed zachowaniem powagi.
− No dobrze, powiedz, czego dowiedziałeś się w ambasadzie? − Szrama zakończył ten temat.
− Marian Kapeć zginął w wypadku samochodowym, ale to już wiedzieliśmy. Wracał z pracy do domu. Na zakręcie wpadła na niego ciężarówka. Policja przeprowadziła wnikliwe śledztwo. Ustalono, że w ciężarówce pękł przewód hamulcowy, kierowca ratował się, zaciągając ręczny. Niestety to było na zjeździe i nie zdążył wyhamować, samochód był przeciążony. Kapeć chciał uciec na pobocze. Został uderzony centralnie z boku. Zginął na miejscu. Obok niego siedziała... jego żona. W ciężkim stanie odtransportowano ją do szpitala. W tej chwili jeździ na wózku inwalidzkim.
− O żonie nie wiedzą rodzice − wtrąciła Balicka. − Czy nie jest to dziwne? Przecież kontaktował się z nimi dość często.
− Nie jest − Szrama wyraził swoją opinię. − On pomścił śmierć przyjaciela. Był zwykłym mordercą i nie możesz o tym zapominać. Nie jest ważne, jakimi motywami się kierował. To było zabójstwo z premedytacją. Bał się wrócić do kraju. Kontrolował sytuację, utrzymując kontakty z rodziną. Gdyby wspomniał o żonie, trudno byłoby mu uzasadnić, dlaczego nie może przyjechać.
− Miał nie tylko żonę − stwierdził Laluś. − Jest jeszcze dziecko, dziewczynka. Nie jechała wtedy z rodzicami, była u babci. Kapeć po roku od przyjazdu ożenił się z córką właściciela odlewni. Podobno ta firma świetnie prosperuje od momentu, gdy Kapeć zaczął tam wdrażać swoje pomysły. Zarejestrował znak firmowy „MK”. Jego żona jest projektantem. Przejęła rolę Karola. Salma powiedziała mi, że zamierzają z ojcem uruchomić produkcję w Polsce. Tutaj jest tańsze aluminium i siła robocza.
− Salma? − z uśmiechem na ustach zapytał Drab.
− Tak, Salma, nie przerywaj − oburzył się Laluś. − Żona Kapcia kontaktowała się z ambasadą i poprosiła o informacje na temat możliwości zainwestowania w Polsce. Ta sprawa trafiła do Salmy, stąd ma dokładne wiadomości. Podobno ma zamiar przyjechać z córką, gdy tylko zakończy rehabilitację, i wtedy spotka się z rodzicami tragicznie zmarłego męża.
− No to wiemy, że prawdopodobnie Karol Sawicki nie należał do bandy Zygmunta Wosia − zaczęła podsumowywać Balicka. Z jej tonu wynikało, że ten wniosek przyjęła z zadowoleniem. − Jego zabójstwo nie ma z tym nic wspólnego. Wracamy do pierwotnego założenia. Nadal główną moją podejrzaną jest macocha.
− Tylko że nie masz żadnego punktu zaczepienia − zauważył Szrama. − To są tylko twoje przeczucia. Szukaj dowodów.
Tym stwierdzeniem dał jej do zrozumienia, że to ona prowadzi śledztwo. Szrama nie chciał narzucać swojej opinii, sytuacja nie wymagała jego interwencji. Balicka doskonale sobie radziła.
− Zbliża się szesnasta, pora kończyć pracę − Laluś, zaczął się pakować.
− Śpieszy się na randkę − ocenił Czip.
− A ty masz jakąś dziewczynę? Lepiej poszukaj, bo skapciejesz jak... − nie dokończył, tylko spojrzał w kierunku Szramy.
− Wystarczy, że nadrabiasz za nas − odciął się Kowalski. Uzmysłowił sobie, że niewiele wiedział o życiu prywatnym kolegów. Powinien to nadgonić, gdyż ma ono czasami wpływ na pracę. Dopóki jednak tego nie zauważał, uznał, że tak jest lepiej.
Balicka po pracy wróciła do wynajętego mieszkania. Na parking wjechała tuż za Kępką. Ucieszyła się z tego zbiegu okoliczności. Poczekała na nią i na małego Zenona. Zobaczyła, że ma umorusaną buzię.
− Od paru dni woła tylko o borówki − wytłumaczyła Kępka. − Tylko „bolówki, bolówki”. Przedtem były banany.
− Bolówki są lepsze − wtrącił się mały.
− No widzi pani? A może byś tak marchewkę zjadł − zwróciła się do syna.
− Malchewka jest be − odpowiedział, krzywiąc usta.
Rozstały się po wyjściu z windy. Balicka szukała klucza, nie chciała, aby Kępka zobaczyła przewody biegnące od judasza. Po wejściu do mieszkania postanowiła je trochę ogarnąć. Potem wzięła kąpiel i zasiadła przed laptopem. Przejrzała nagrania. Stwierdziła, że nic się nie zmieniło, nikt nie odwiedzał sąsiadki. Obejrzała film i szykowała się do snu, gdy zadzwoniła komórka. To był jej narzeczony.
Baśka, od tygodnia nie oddzwaniasz. Wiem, że masz dużo pracy i że umówiliśmy się, że nie dzwonimy na komórki.
Uzgodnili, że ze względu na charakter pracy, będą korzystać z telefonów stacjonarnych. Dawno nie była w domu i nie odsłuchała sekretarki.
− Nie było mnie w domu, teraz też jestem w delegacji − częściowo skłamała. − Ale możemy spokojnie porozmawiać − zaproponowała.
Otrzymałem propozycję − od razu przeszedł do sedna sprawy. − I podjąłem decyzję. − Po chwili szybko się usprawiedliwił:− Nie odpowiadałaś na moje wiadomości, a czas mnie gonił. Jadę na pół roku do Norwegii. Mam załatwioną pracę w szpitalu jako anestezjolog, Paweł mi nagrał tę robotę. Zobaczę, jak tam jest rzeczywiście i czy można wiązać jakieś nadzieje na dłuższy pobyt.
Zaskoczył ją, przez chwilę nie potrafiła zebrać myśli. Mieli wspólnie podjąć decyzję o jego ewentualnym wyjeździe. Poczuła się dość dziwnie.
− Kiedy wyjeżdżasz? − zapytała, byle coś powiedzieć.
Jutro rano o szóstej. Sprzed dworca centralnego. Pojadę busem. Przyjdziesz? − zapytał z nadzieją w głosie.
− Będę − odpowiedziała szybko.
Dziękuję, to do jutra. Muszę jeszcze sprawdzić, czy wszystko spakowałem. Do jutra − powtórzył, kończąc połączenie.
Ze złością odrzuciła telefon na kanapę.
− Pieprzona robota! − głośno krzyknęła.
Po chwili się uspokoiła. Robert nigdy nie był wylewny. Była przyzwyczajona do obcowania z mężczyznami, których trudno nazwać romantycznymi. Nie przeszkadzało jej to jednak. Czasami tylko chciała być traktowana z większą czułością. I czasami tak się zachowywał. Była wtedy szczęśliwa. A nazajutrz wracała do pracy i zapominała o tych chwilach. Zaczęła analizować ostatnią rozmowę, ale po chwili przestała. Zachowuję się jak rasowa policjanta − stwierdziła w myślach. Przypominała sobie chwile spędzone z Robertem, czasami uroniła kilka łez. Postanowiła zadzwonić do mamy. Spojrzała na zegarek, dochodziła druga. Zrezygnowała. Zasnęła dopiero przed świtem.
Za piętnaście szósta dotarła na miejsce spotkania. Przed wyjściem przypomniała sobie o dyktafonie. Przejrzała szafę i wybrała koszulę, prezent od Czipa włożyła do górnej kieszeni. Przywitali się jak zwykle. Trochę porozmawiali i w końcu pożegnali. Robert zapewnił, że zaraz po dotarciu na miejsce zadzwoni.
Do pracy przyszła ponad godzinę wcześniej. Oczywiście nikogo nie było. Usiadła i zastanowiła się, co ma powiedzieć Kapciom. Obiecała i zamierzała wywiązać się z danego słowa.
Po kolei przychodzili współpracownicy. Pierwszy, jak zwykle, wszedł Szrama.
− Cześć, co cię tak szybko sprowadziło? − zapytał.
− Nie mogłam spać − nie przyznała się, chociaż nie skłamała.
Komisarz nie skomentował, usiadł za biurkiem i wyjął szklankę. Gdy robił kawę, przyszli następni.
− Dla mnie też − bezceremonialnie poprosił Laluś. Wystarczyło na niego spojrzeć i było wiadomo, że randka wypadła znakomicie.
Balicka przyglądała się i innym, co zauważył Szrama. Drab był rozluźniony, zadowolony z życia. Takiemu to dobrze − pomyślała. Ma żonę, dzieci. Przeniosła wzrok na Nowocienia. Ten też żonaty, ale nie nosi obrączki. Cichy i spokojny. Czip, mieszka z dziewczyną i zdaje się szczęśliwy. Spojrzała na szefa, Szrama zauważył, że płakała w nocy i miała bardzo podkrążone oczy. Uciekła wzrokiem, nie wytrzymała małej konfrontacji. Zorientowała się, że rozpoznał jej samopoczucie. Cholerny glina.
− O której ma przyjść świadek? − zapytała Draba, wracając do policyjnej rzeczywistości.
− Za pół godziny. Gdzie chcesz go przesłuchać?
− Tutaj, ty to zrobisz − odparła z szerokim uśmiechem.
Drab wstał i postawił dodatkowe krzesło obok swojego biurka. Po chwili wyszedł do biura przepustek. Czekali na jego powrót, udając, że czymś są bardzo zajęci. Jakoś nikt nie był skory do rozmów.
Nadkomisarz Drabiński wprowadził do pokoju czterdziestoletniego mężczyznę. Posadził go na krześle i przystąpił do przesłuchania. Tadeusz Ścibor był przedstawicielem handlowym, często umawiał się z klientami w kawiarniach. Na jednym z takich spotkań doszło do strzelaniny, w wyniku której zginęły dwie osoby. Nie widział twarzy napastników, mieli nałożone kominiarki.
− Dosyć dokładnie określił pan ich wzrost, a co może powiedzieć o sylwetkach?
− Jeden z nich był muskularny, a drugi raczej drobny. Powiedziałbym, że ten pierwszy często bywał na siłowni. Miał rozbudowane mięśnie. Byli jednak tego samego wzrostu.
− Kiedy ich pan zobaczył?
− Gdy weszli do kawiarni. Od razu zbliżyli się do stolika, wyciągnęli pistolety i oddali kilka strzałów. To odbyło się bardzo szybko.
− Który z nich strzelił pierwszy?
− Ten drobniejszy, drugi jakby czekał, aż tamten strzeli. Potem dwukrotnie nacisnął na spust.
Świadek odpowiadał bardzo pewnie. Czasami rozejrzał się po pokoju.
− Co jeszcze pan widział?
− Ten pierwszy upuścił kartkę, to było zdjęcie. Widziałem, jak upadło na podłogę. Potem obaj wybiegli. Ja siedziałem jak wmurowany.
− Czy mógłby pan określić, czy w trakcie oddawania strzałów byli całkowicie zdeterminowani, czy może przez chwilę się zawahali?
− Już mówiłem, ten pierwszy strzelił... z nienawiścią, tak bym to nazwał, a drugi obojętnie, jakby do tarczy. Takie odniosłem wrażenie.
− Czy ofiary spodziewały się, że idą do nich?
− Nie wiem. Ja spojrzałem na drzwi, otworzyli je z hukiem. Wie pan, to takie nagłe wejście. Chyba wszyscy odwrócili w ich stronę wzrok. Ci dwaj zapewne też, ale jak do nich podeszli, to siedzieli i patrzyli raczej zaciekawieni. Nie poderwali się z krzeseł.
− Ile osób było w kawiarni?
− Tych dwóch, ja z kontrahentem i trzy w drugim końcu sali. Nikt nie chciał składać zeznań. Niby nic nie widzieli, usłyszeli strzały i schowali się pod stoliki. Tak nie było. Ludzie boją się zeznawać.
− Pan jednak zeznał.
− Tak i na tym moja rola się skończyła. Nie byłem wzywany na rozprawę, chyba ich nie złapali.
Drab zadał jeszcze kilka pytań, ale nie uzyskał odpowiedzi, które wniosłyby coś nowego. Podziękował i odprowadził świadka.
− No to wiemy, że Kapeć był inicjatorem i to ona zabił Majchra. Wydra mu towarzyszył, ale przyłączył się, bo Marian nie miał zamiaru zabijać drugiego − podsumował Nowocień. − Od kogo Kapeć się dowiedział? Od razu wiedzieli, gdzie Majcher przebywał. Jakim cudem?
− Musisz prześledzić kontakty Kapcia, ale to nie będzie łatwe − odezwał się Czip. Laluś nie uczestniczył w rozmowie.
Balicka spojrzała na Szramę, ale ten przewidział to i odwrócił od niej wzrok. Zrozumiała, że nie pomoże jej w tej chwili. Musiała sama coś zaproponować. Nie pozostało jej nic innego, jak przeanalizować wszystkie informacje dotyczące Kapcia.
− Kapeć wiedział, że Sawicki się zakochał i z tego powodu zrezygnował z wyjazdu do Hiszpanii. Nie wystarczyło powiedzieć: zakochałem się i nie jadę. − Spojrzała na Lalusia i powtórzyła: − To tak, jakby ktoś powiedział: zakochałem się i nie biorę udziału w śledztwie.
Do Lalusia nie dotarły jej słowa. Zrezygnowana machnęła ręką, wiedziała, że na niego też nie może liczyć.
− Przypuszczam, że Kępka może nam coś powiedzieć.
Szrama podniósł wzrok i z lekkim skrzywieniem warg spojrzał na Baśkę. Miał nadzieję, że się przestała już zamartwiać, bo z tym przyszła do pracy.
− Podejrzewam, że Marian rozmawiał z nią. Mógł sondować, jak było między zakochanymi. Skoro on ją spotkał, to mogła i Sawicka. Przecież nie ukrywał, że jest zakochany. Musiał mieć jakieś konkretne plany. Monika była w ciąży.
− Nie rozpędzaj się zanadto − powstrzymał ją Szrama. − Oficjalnie nikt nie wiedział, że syn Sawickiej jest dziełem Karola.
Balicka zastanowiła się nad sugestią komisarza. Ukierunkowanie śledztwa pod jednego podejrzanego nie było rozsądnym rozwiązaniem. Tylko że nie widziała innych podejrzanych.  
− Sądzę, że nie jesteśmy w stanie udowodnić, kto sprowokował Kapcia do działania. To samo dotyczy telefonu do policji. Możemy jedynie dążyć do poznania osób kręcących się wokół Sawickiego.
− Jeżeli przyjęłaś założenie na początku analizy sprawy, że zleceniodawca nie chciał stracić, to konsekwentnie trzymaj się tego. Nie dopasowuj podejrzanych, sami powinni się pojawić − poradził jej Szrama. − Idę na plotki.
Wyszedł porozmawiać z kolegami z innych sekcji. Zastanowiła się nad słowami Szramy. Wszyscy czekali na jej decyzje. Postanowiła zmienić temat.
− Dlaczego Szrama nie zrobi sobie operacji plastycznej? − zapytała.
− Bo nie chce stracić autorytetu − wyjaśnił Drab.
− Nie rozumiem.
− Przypomnij sobie, co o nim pomyślałaś, gdy go pierwszy raz zobaczyłaś. − Drab czekał na odpowiedź.
− Kawał skurczybyka i lepiej nie wchodzić mu w drogę.
− No właśnie. A gdyby szefem był Laluś? − Laluś spojrzał z zainteresowaniem na Balicką.
− Że można go łatwo owinąć wokół palca. − Wywołała śmiech u pozostałych, tylko zainteresowany okazał oburzenie. Po chwili postanowił zemścić się na Baśce.
− Owinąć to możesz się wokół mojego... palucha.
− Laluś − zaczęła, mrużąc oczy − chyba... paluszka.
Teraz już śmiali się na cały głos. Podkomisarz Śliwiński zrezygnował z rozwijania tego wątku rozmowy. Odwrócił się do wszystkich plecami i wziął do ręki telefon. Po chwili uśmiechał się do siebie. Po tej chwili relaksu poprosiła kolegów:
− Przejrzyjcie jeszcze raz akta obu spraw.
Po godzinie wrócił Kowalski i zobaczył, że intensywnie pracują. Od czasu do czasu podejmowali dyskusję, ale nie wypracowali żadnego nowego kierunku dalszego prowadzenia śledztwa. O szesnastej opuścili biuro.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#88
(23-03-2017, 21:24)burak napisał(a): XXVII − W imię przyjaźni

Po chwili, (zbędny przecinek) jakby się przebudziła i zapytała Draba:

Proszę zabrać formę i dowody. Na miejscu policzycie, ile surowców musiało być zużyte (zużytych).

− Zakochał się − równo (równie) cicho odpowiedziała.

− Wytłumaczcie mi, bo chyba ktoś tu ocipiał? − poważnym tonem zapytał Drab. (raczej trudno to nazwać pytaniem; zwrot „wytłumaczcie mi” jest raczej nakazem albo prośbą, „chyba ktoś tu ocipiał” jest zdaniem oznajmującym)

Policja przeprowadził (-a) wnikliwe śledztwo.

Podobno ma zamiar przyjechać z córką, gdy tylko zakończy rehabilitację (przecinek – koniec wtrącenia) i wtedy spotka się z rodzicami tragicznie zmarłego męża.

− Tylko, (zbędny przecinek) że nie masz żadnego punktu zaczepienia − zauważył Szrama.

− A ty masz jakąś dziewczynę? Lepiej poszukaj, bo skapciejesz, (zbędny przecinek) jak... − nie dokończył, tylko spojrzał w kierunku Szramy.

− Wystarczy, że nadrabiasz za nas − odciął się Kowalski. Uzmysłowił sobie, że niewiele wiedział o życiu prywatnym kolegów. Powinien to nadrobić (powtórzenie), gdyż ma ono czasami wpływ na pracę. Jednakże, (zbędne, bo za chwilę pada „jednak”, co oznacza to samo) dopóki jednak tego nie zauważał, uznał, że tak jest lepiej.

− No widzi pani, (pytajnik zamiast przecinka i dalej dużą literą, bo to inne zdanie – skierowane do innej osoby) a może byś tak marchewkę zjadł − zwróciła się do syna.

Rozstały się przed po (zdecyduj się) wyjściu z windy.

− I podjąłem decyzję [/i] (kropka i dalej dużą literą) − po chwili szybko się usprawiedliwił. (raczej dwukropek, bo wprowadzasz właśnie wypowiedź) − Nie odpowiadałaś na moje wiadomości, a czas mnie gonił.

Robert, (zbędny przecinek) nigdy nie był wylewny.

[i]Takiemu to dobrze
− pomyślała. − (zbędny myślnik) Ma żonę, dzieci. Przeniosła wzrok na Nowocienia.

− Tak, (zbędny przecinek) i na tym moja rola się skończyła.

Zastanawiła (Zastanowiła) się nad słowami Szramy.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#89
Dziękuję Stu. :clap:

Chyba masz trochę czasu. :p

:fancy:
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#90
XXIX − Atropina

Tym razem nie spotkała Kępki na parkingu. Wieczór spędziła bardzo podobnie do poprzedniego. O dwudziestej drugiej leżała na kanapie. Usłyszała sygnał karetki, która zatrzymała się przed blokiem. Zaciekawiona podeszła do okna, zobaczył dwóch lekarzy wychodzących z samochodu. Skierowali się do klatki. Baśka podeszła do laptopa, przywróciła obraz z kamery i obserwowała korytarz. Po chwili zobaczyła obu lekarzy, podeszli do mieszkania Kępki i nacisnęli przycisk dzwonka. Natychmiast im otworzyła i zaprosiła do środka.
− Nie jest dobrze z moim synem. Nie wiem, co mu jest.
− Zaraz zobaczymy.
Lekarz przystąpił do badania, sanitariusz stan z boku i obserwował dziecko.
− Wygląda na zatrucie pokarmowe. Co dzisiaj zjadł?
− To co zwykle. Odebrałam go ze żłobka o siedemnastej, był już po podwieczorku. Potem pojechałam na zakupy po jego ulubione borówki amerykańskie. Od pięciu dni oszalał na ich punkcie. Na kolację kawałek bułeczki z masłem, szynkę i marchewkę. Godzinę temu zaczął się pocić i rzucać. Zmierzyłam mu temperaturę, ma bardzo wysoką. Nie pan spojrzy, jest czerwony jak burak i do tego rozpalony.
Lekarz uważniej spojrzał na dziecko i zaczął recytować:
− Czerwony jak burak, rozpalony jak piec, suchy jak pieprz, ślepy jak nietoperz, niespokojny jak tygrys w klatce. Atropina. Natychmiast jedziemy do szpitala. Proszę zapakować wszystkie produkty, jakie dzisiaj zjadł. Niech się pani pospieszy.
Sanitariusz wziął malca na ręce, wyszli z mieszkania i czekali na matkę. Balicka też otworzyła drzwi. Lekarz dzwonił na izbę przyjęć szpitala.
− Mamy przypadek bardzo ostrego zatrucia, prawdopodobnie atropiną. Chłopiec dwa i pół roku. Będziemy za kilkanaście minut.
Wybiegła Kępka.
− Gdzie jedziecie?
− Szpital Praski. Niech się pani pospieszy − kolejny raz ją ponaglił.
Zamknęła drzwi i zbiegli po schodach, nie czekali na windę. Balicka wróciła do siebie, po chwili złapała telefon i zadzwoniła.
− Bronek, mam prośbę.
− O, nieciekawie się zaczyna. Co mam zrobić?
− Pogotowie zabrało syna Kępki do Szpitala Praskiego, prawdopodobnie zatrucie atropiną. Mógłbyś tam podjechać i się rozejrzeć? Ja niestety muszę zostać w domu.
− Ok. Zadzwonię, ale idź spać.
Kowalski pojawił się w szpitalu pół godziny po przyjeździe karetki pogotowia. Na recepcji upewnił się, że na pododdziale toksykologii przyjęto dziecko. Usiadł przed wejściem i czekał na rozwój sytuacji. Mniej więcej po godzinie wyszedł lekarz w towarzystwie Kępki.
− Proszę pani, zrobiliśmy wstępne badania i wiemy, że atropina była na borówkach. Wyślemy je do Sanepidu, dla pewności także wszystkie pozostałe produkty, które przywiózł ratownik pogotowia. Musi nam pani powiedzieć, gdzie je kupiła.
− Już mówiłam, podałam adres.
− Atropina występuje naturalnie w wielu roślinach na przykład w wilczej jagodzie, którą można pomylić z borówką. Jest tylko jedna zasadnicza kwestia. Znajduje się w liściach i korzeniach. Gdyby nawet wyciśnięto sok z jednego liścia przy zrywaniu, to nie mielibyśmy do czynienia z taką jego ilością. Zawiadomimy nie tylko Sanepid, ale również policję.
Kowalski postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji.
− Przepraszam, że się wtrącam, ale jestem policjantem. Komisarz Kowalski z Komendy Głównej − przedstawił się, wyjmując jednocześnie odznakę.
− Świetnie, ale czy może pan przyjąć oficjalne zgłoszenie?
− Tak, przyjmę zawiadomienie, a oficjalny protokół spiszemy później. Zgłosi się do szpitala ktoś od nas. O co chodzi?
− Syn tej pani spożył borówki amerykańskie, które zostały spryskane roztworem z atropiną. To było duże stężenie i nie jest przypadkowe. Wygląda na celowe działanie.
− Rozumiem, porozmawiam z panią. − Zwrócił się do Kępki. − Poproszę o kilka minut. Czy jest tutaj jakiś wolny pokój? − zapytał lekarza.
− Zaraz coś znajdziemy, proszę za mną.
Zaprowadził ich na oddział. Zajrzał do pokoju przełożonej pielęgniarek i oboje zaprosił do środka. Sam wrócił do dziecka.
− Długo to będzie trwało? − zapytała zdenerwowana matka. Chodziła po małym gabinecie i dopiero po chwili zdecydowała się usiąść na krześle. Szrama zajął miejsce za biurkiem. Wyjął z kieszeni notatnik i przyglądał się kobiecie.
− Nie, tylko kilka pytań. Czy często pani kupuje w tym samym sklepie?
− Tak, borówki tylko w jednym. Wracam z pracy i mam ten sklep po drodze. Nie ma kolejek − szybko wyjaśniła. Odpowiadała krótkimi zdaniami. Czasami nerwowo spojrzała na drzwi, jakby na kogoś czekała.
− Jak często kupuje pani borówki?
− Od tygodnia codziennie jedno opakowanie. Syn za nimi przepada. Pierwszy raz kupiłam jakieś sześć dni temu. − Szrama zauważył, że myśli o synu, a na jego pytania odpowiada automatycznie. − Mam nadzieję, że nic mu nie będzie i choroba minie za kilka dni.
− Czy w trakcie dzisiejszych zakupów ktoś podszedł do pani koszyka albo bezpośrednio do syna?
− Nie, raczej nie. Nie było dużo osób. Przy kasach najwyżej dwie. Za mną nikt nie stanął. Przede mną była jakaś emerytka. − Uprzedzała jego pytania. Nadal rwała wypowiedź na krótkie zdania. − Możemy porozmawiać jutro lub pojutrze?
− Oczywiście, dłużej pani nie zatrzymuję.
Wstała i natychmiast poszła na oddział. Nawet nie pożegnała się z oficerem policji. Kowalski wyszedł i odszukał lekarza, poinformował go, że zajmą się tą sprawą. Rano doprowadzą do wycofania borówek ze sklepu i poczekają na Sanepid. Pożegnał się i pojechał do dyskontu. Od ochrony uzyskał numer kierownika sklepu. Zadzwonił do niego, przedstawił sytuację i poprosił o przybycie do pracy dwie godziny przed otwarciem. Umówili się na godzinę szóstą. W sklepie funkcjonował monitoring, ale kamery były analogowe i jakość nagrań mizerna. Poprosił o zabezpieczenie materiału z ostatnich dziesięciu dni. Potem obudził Draba i Czipa. Z Balicką się nie skontaktował, uznał, że jej obecność nie będzie konieczna.
Rano spotkali się przed dyskontem. Kierownik obiektu przybył punktualnie, ściągnął także kilku pracowników. Kowalski dopilnował, aby borówka amerykańska została wycofana z hali sprzedażowej i zabezpieczona na zapleczu. Sądził, że niedługo powinien pojawić się Sanepid. Potem poprosili o nagrania z monitoringu. Przeglądanie zaczęli od wczorajszego dnia. Niestety kamery były rozmieszczone dość chaotycznie, ustawione przede wszystkim na kasy oraz na droższy towar. Na szczęście obejmowały stoiska z owocami i warzywami. Dokładnie o siedemnastej dwadzieścia jeden zobaczyli Kępkę z wózkiem zakupowym, obok niej szedł Zenon. Włożyła do siatki kilka marchewek i wybrała plastikowy pojemnik z borówką. Stwierdzili, że opakowania były perforowane.
Dwukrotnie przejrzeli wcześniejsze nagranie. Cztery osoby wybrały borówki, ale nie zauważyli niczego podejrzanego w ich zachowaniu. Powrócili do Kępki i prześledzili jej trasę poruszania się po hali. W kilku miejscach zniknęła im z ekranu, a jeden raz pojawiła się sama. O ósmej do Szramy zadzwoniła Balicka. Rozmawiali kilka minut, przekazał jej informacje ze szpitala oraz to, czym się aktualnie zajmują.
− Nie wiemy, czy ktoś podchodził do wózka. Jak to podsumowałem, to wyszło, że kosz z zakupami był poza zasięgiem kamer ponad minutę − stwierdził Czip.
− Ale mały był przy wózku, trzeba będzie z nim porozmawiać.
− On ma dwa lata, nie będzie pamiętał.
− Czip, małe dzieci mają doskonałą pamięć.
− Równie dobrze mógł ktoś podejść na parkingu.
− Kępka na pewno by zauważyła. Powiedziałaby, jakby ktoś jej pomagał. Nie miała wielkich zakupów. Zapakowała w jedną siatkę. Jeżeli ktoś psiknął trucizną to tylko w ciągu tej minuty.
− A to oznacza, że doskonale wiedział, gdzie są kamery. Musiał tu być kilkakrotnie.− podsumował Kowalski.
Zajęli pomieszczenie monitoringu i oglądali nagrania z poprzednich dni. Nie zważali na zakaz palenia tytoniu. Kopcili na całego. Nikt nie miał odwagi im tego zabronić. Punktualnie o dziewiątej przyjechała ekipa z Sanepidu. Od razu wyłączyła ze sprzedaży cały dział owocowo-warzywny.
− Patrzcie, dziesięć dni temu rozmawiała z jakąś kobietą w dresie przy stoisku z borówką. Znają się i to dobrze.
− Znają, ale szybko się pożegnały. Dobrze, zabieramy ten materiał. U nas obejrzymy na spokojnie i muszę ponownie z nią porozmawiać.
Przed opuszczeniem sklepu Kowalski poprosił pracowników Sanepidu o przysłanie wyników badań.
W pracy zastali pozostałych kolegów. Baśka z niecierpliwością czekała na sprawozdanie Szramy. Z kolei Drab poprosił szefową śledztwa o kawę.
− Zarwałem pół nocy i jestem nieprzytomny − wyjaśnił.
− Jakie pół nocy? Zrobię wam tę kawę i nie marudźcie.
Czip przygotował nagrania. Tym razem oglądała je także pozostała trójka, ponieważ Szrama poszedł na plotki. Zaczęli od najstarszych. Gdy tylko na ekranie pojawiła się Kępka w towarzystwie kobiety, Balicka poprosiła o ponowne odtworzenie i poprawienie obrazu na tyle, na ile było to możliwe.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości