Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Ukryte zabójstwo
#1
Jeżeli ta leserska atmosfera będzie jeszcze długo się utrzymywała, to trzeba zmienić nazwę forum na... Podziemie buraka.
Weźcie się do roboty!
Napisałem miniaturkę, policyjną i... komisarz Balicka zażądała, abym potowarzyszył jej w dalszym śledztwie.
Kobietom podobno się nie odmawia. Jutro pozwolę sobie ponownie umieścić w tym dziale tę miniaturkę, która stanowi początek kryminału. Tytuł jest roboczy. Chętnie skorzystam z podpowiedzi, już trzeci rozdział wyjaśni o czym będzie ta powieść.
Oczywiście jest to pierwsza moja próba w tym gatunku i tu zadebiutuję.
Wybaczcie, za przenosiny, a raczej zdublowanie wątku.
:D

Kolejna wersja tytułu :p
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
No to zaczynam przygodę z kryminałem o sensacyjnym zabarwieniu.
Tytuł roboczy napisałem powyżej.
Spoiler:



Rozdział I – Podwójne morderstwo.

Natarczywy dzwonek telefonu obudził komisarza. Po omacku poszukał aparatu, złapał słuchawkę, podniósł i z powrotem upuścił na widełki. Chwycił paczkę papierosów, zbliżył do ust i wyciągnął jednego. Pudełko rzucił na biurko i sięgnął do kieszeni. Po chwili przypalił papierosa. Telefon znowu zadzwonił.
– Kurwa – zaklął, zapalając biurową lampę.
– Odbierz, bo spać nie mogę – usłyszał głos partnerki. – Mów cicho.
Komisarz podniósł słuchawkę i krzyknął:
– Czego?!
– Kowalski, kurwa, ile razy mam dzwonić i jak wy się, kurwa, zwracacie do oficera dyżurnego?
– Tak jak wy, jestem komisarz Kowalski, zrozumiano?
– Słuchajcie, Ko... komisarzu Kowalski, udacie się na Mokrą cztery, sąsiadka zgłosiła podejrzany hałas pod numerem szóstym. Wyjaśnicie zdarzenie i zameldujecie.
– Od kiedy to dyżurni sekcji zabójstw wyjaśniają takie pierdoły?
– Komisarzu Kowalski, nie mam żadnych wolnych patroli, to nie jest daleko, a wam przyda się trochę ruchu.
– Inspektorze, już ja lepiej wiem, co mi się przyda.
– Wykonać!
Komisarz zamierzał dyskutować, ale usłyszał brzęk odkładanej słuchawki. W świetle małej lampki rozejrzał się po pokoju swojej sekcji. Stało w nim sześć biurek, mocno sfatygowanych. Tylko jego ustawiono oddzielnie, pozostałe stały w konfiguracji dwa i trzy obok siebie. Za trzema na podłodze, na karimacie, leżała komisarz Balicka.
– Baśka, wstawaj. Mamy, kurwa, jakąś pierdoloną interwencję.
Młoda pani oficer podniosła się z podłogi. Dwa miesiące temu została skierowana do wydziału zabójstw. Po skończeniu szkoły oficerskiej przez trzy lata pracowała w dochodzeniówce. Po awansie na stopień komisarza walczyła o przydział do wydziału kryminalnego. Trafiła do sekcji Kowalskiego i jako nowy pracownik została przez niego objęta osobistym nadzorem, tworząc dwuosobowy zespół. Sekcja Kowalskiego składała się z trzech zespołów. Balicka dosyć szybko zaadaptowała się w wydziale.
– Interwencję? Morderstwo to rozumiem, ale żeby w środku nocy jechać na coś takiego... – Nie dokończyła.
Po chwili zapytała z nadzieją w głosie:
– Może jednak na miejscu tego zdarzenia będzie trup?
– Trup to robota dla nas, ale lepiej jest przekimać nocny dyżur. Jeszcze się naoglądasz wypatroszonych kobiet i facetów. Wierz mi, znacznie przyjemniej jest spać za biurkiem w ciepłym pokoju niż babrać się na miejscu zbrodni. Szefowie chcą, aby morderca znalazł się za kratkami, a nie zawsze go złapiemy. Wtedy masz przechlapane przez rok, żadnych nagród, urlopów na zawołanie. Tylko zapieprz od rana do nocy.
Balicka zapaliła górne oświetlenie, czym spowodowała skrzywienie ust szefa. Otworzyła swoją szafę i wyjęła kamizelkę kuloodporną. Kowalski miał swoją zawieszoną na oparciu krzesła. Służyła mu jako podgłówek, gdy drzemał, trzymając nogi na blacie. W przeciwieństwie do pozostałych na jego biurku znajdowały się jedynie telefon i kubek. Na innych walały się sterty dokumentów. Szef sekcji unikał jak ognia roboty papierkowej. Wstał z krzesła i założył kamizelkę.
– Kurwa, chyba zgłupiałem, po chuj mi ta kamizelka. – Kowalski szybko ją zdjął i wymownie popatrzył na swoją partnerkę.
A ta zapinała już guziki bluzy, po chwili na pasie zawiesiła kaburę z pistoletem, pałkę, kajdanki i dużą latarkę. Kowalski machnął tylko ręką i przypiął kaburę – z rewolwerem nigdy się nie rozstawał.
– Bronek, ja prowadzę – poinformowała pani komisarz, zabierając kluczyki z wieszaka przy drzwiach.
– Prowadź, mi tam wszystko jedno.
Po dwóch minutach siedzieli w radiowozie na cywilnych numerach. Balicka uruchomiła samochód i wyjechała z policyjnego parkingu.
– Gdzie jedziemy? – zapytała.
– Na Mokrą.
– Bronek, a jeżeli będzie trup, to czy mogę przejąć śledztwo?
– Chcesz dowodzić? Wiesz, że to kupa roboty, i do tego papierkowej.
– Nie chrzań, gdy ty dowodzisz, to ja siedzę w papierach.
– I prawidłowo – odpowiedział z uśmiechem.
Spojrzała na niego i stwierdziła:
– Jak się uśmiechasz, to ginie ta twoja blizna. Powinieneś częściej wykrzywiać gębę.
– Nie podlizuj się.
– No to jak? Umowa stoi?
– Stoi, będzie trup, przejmiesz dowodzenie. – Był pewien, że do tego nie dojdzie. Bardzo rzadko po takim wezwaniu na miejsce kierowano dyżurnych z sekcji zabójstw. W tej dzielnicy miasta często dochodziło do awantur, ale morderstwa też się zdarzały. Od kilku miesięcy nie było żadnego. Większość mieszkańców przeniosła się do nowych bloków, a w starych kamienicach przy Mokrej zostali jedynie ci, których nie było stać na przeprowadzkę. Blisko jedna trzecia mieszkań to były już pustostany.
Po pięciu minutach skręcili w Mokrą. Ulicę oświetlały lampy zawieszone na betonowych słupach. Mieli szczęście, przed numerem czwartym była sprawna w przeciwieństwie do większości. Na chodniku nie zauważyli żywej duszy.
– Zwolnij – polecił. – Jest, to tutaj.
Zaparkowała przed numerem czwartym. Kamienica była w opłakanym stanie. Tynk w wielu miejscach odpadł, odsłaniając cegły. W każdym oknie na drugim piętrze brakowało szyby. Jedynie te na parterze i na piętrze pozostały całe. Zbliżała się północ i prawie cały budynek tonął w ciemnościach, poza bramą. W świetle pojedynczej żarówki zobaczyli kobietę, która nerwowo chodziła tam i z powrotem. Kowalski wyjął wiszącą na łańcuchu odznakę policyjną i wysiadł z samochodu. Ruszył w jej kierunku, Balicka szła za nim. Kobieta przez chwilę przyglądała im się i natychmiast podbiegła.
– Jesteście z policji? – zapytała, patrząc na odznaki.
– Tak, to pani nas wezwała? – zapytała komisarz.
– Ja, tam coś się stało. Huk był ogromny, jakby meble się przewracały.
– Gdzie pani była, gdy usłyszała ten hałas?
Kowalski postanowił nie wtrącać się do rozmowy. Obserwował kobietę, ocenił ją na sześćdziesiąt lat. Typ bazarowej przekupki, takiej, co z niejednego pieca chleb jadła.
– Akurat wyszłam z mieszkania wystawić śmieci w worku. Dokładnie to słyszałam.
– Kto tam mieszka?
– Mieszkają we troje, ale ja znam tylko jednego starszego mężczyznę, ma na imię Bronisław. Tych pozostałych dwoje nigdy nie widziałam.
– To skąd pani wie, że jest ich troje?
– Proszę pani, bo na drzwiach wywiesili tabliczkę. Tam mieszka Agata, Jacek i Bronek. Tak jest wygrawerowane na tabliczce.
– I nigdy nie widziała pani pozostałej dwójki? – dopytywała się Balicka.
– Pani, oni wprowadzili się dwa miesiące temu. Ja akurat byłam u córki w Krakowie. Gdy wróciłam po tygodniu, już wisiała ta tabliczka.
– Inni sąsiedzi też nie widzieli?
– Pani, na parterze mieszkają gangsterzy – odpowiedziała szeptem. – Ja z nimi nie rozmawiam. Na pierwszym piętrze tylko ja i ta trójka. Na drugim nikt nie mieszka. To z kim tu rozmawiać?
– Niech nas pani zaprowadzi pod szóstkę, bo to tam, prawda?
– Tak, ja mieszkam pod piątką. Niedługo powinien wrócić pan Bronisław. On pracuje jako cieć w jakimś supermarkecie. Z pracy wraca około północy lub o ósmej rano.
Kobieta poprowadziła ich na klatkę schodową, nacisnęła przełącznik. Tylko na pierwszym piętrze zapaliła się lampa. Gdy weszli wyżej, zobaczyli żarówkę dyndająca na kablu.
– To tutaj. O, Boże, coś wycieka spod drzwi! – Kobieta krzyknęła.
Kowalski podszedł bliżej i nachylił się przy framudze. Pod drzwiami powstała już półmetrowa plama, nadal się powiększała. Policjant dotknął palcami cieczy, roztarł na dłoni, powąchał i stwierdził:
– To jest woda, zwykła woda.
Podniósł się i zapukał w drzwi, a po sekundzie nacisnął klamkę. Nie czekał na odpowiedź z mieszkania.  Drzwi były zamknięte. Ponownie uderzył, tym razem pięścią, znacznie mocniej.
– Czy ktoś ma zapasowe klucze? – zapytała komisarz.
– Pani, a kto by dał komuś klucze od swojego mieszkania. Nikt nie ma.
Kowalski spojrzał na partnerkę, wyraźnie czekał na jej decyzję.
– Może pani wrócić do swojego mieszkania. Poproszę panią, gdy zajdzie taka potrzeba. Dziękuję za wezwanie. – Balicka odczekała, aż sąsiadka zamknie za sobą drzwi i zwróciła się do partnera:
– Otwórz, wiem, że masz te swoje wytrychy. Woda musi wylewać się z wanny, a w niej będzie trup. Ja dowodzę.
Kowalski spojrzał na dziewczynę z wyrazem zdziwienia na twarzy.
– Tak jest, szefowo. Szybka dedukcja – dodał po chwili. – Tylko skąd ten huk?
Balicka nie odpowiedziała, odpięła kaburę i położyła dłoń na pistolecie. W tym czasie Kowalski przy pomocy dwóch wytrychów otwierał po kolei trzy zamki. Dopiero po czterech minutach pokonał wszystkie.
– Wychodzę z wprawy – burknął. – Gotowe, co dalej?
Staremu wydze policyjnemu też wydało się to podejrzane. Chwilę stali, starając się wychwycić jakiś hałas.
– Otwórz, ale powoli.
Nacisnął klamkę i popchnął drzwi. W świetle żarówki wiszącej na kablu zobaczyli długi przedpokój. Cały był zalany wodą. Kowalski nacisnął wyłącznik. Poza szafką na buty i wieszakiem na ubrania nie było niczego więcej.
– Dziwne – szeptem skomentowała Balicka. – Dlaczego nie ma ubrań i butów?
– Wchodzimy? – zapytał, odpinając kaburę.
– Nie słyszę, aby woda nadal się wylewała z... wanny – wyraźnie zakpił z partnerki.
Nie zareagowała na zaczepkę, wyjęła pistolet i latarkę. Trzymała ją w drugiej ręce przyłożoną równolegle do lufy.
– Idę pierwsza, ty za mną.
– Dowódca powinien iść z tyłu – skomentował. – Ale skoro tak uważasz, nie pozostaje mi nic innego, jak iść za tobą.
– Zamknij się – warknęła.
Balicka krok za krokiem szła w głąb przedpokoju. Na jego końcu były trzy pary drzwi, jedne na wprost, dwie po bokach. Wszystkie miały szyby, w żadnym pomieszczeniu nie paliło się światło. Stanęła z boku najbliższych, tych po prawej stronie, i dała znak komisarzowi, aby je otworzył. Skierowała promień latarki na klamkę. Kowalski kucnął za ścianą, chwycił klamkę i energicznie pchnął drzwi. Balicka omiotła światłem cały pokój. Zobaczyli połamane meble i mnóstwo potłuczonego szkła. Młoda pani oficer odszukała wyłącznik i nacisnęła.
– Masz dwa trupy – stwierdził Kowalski. – Nie potrzeba specjalistów, aby mieć pewność, że to uduszenie.
– Ale...
– Nie ma żadnego „ale”. Są ciała? Są.
Nagle Kowalski przyłożył palec do ust i dał wyraźnie znać partnerce, aby milczała. Powoli odwrócił się w kierunku drzwi naprzeciwko.
– Słyszałem coś – szepnął. – Ktoś w tamtym pokoju jęknął: „Moje nogi”.
– Tu jest mnóstwo szkła, musiał pokaleczyć stopy – równie cicho powiedziała Balicka.
– Oglądałaś „Szklaną pułapkę”?
– Trzy razy – odpowiedziała.
Kowalski z wyciągniętym rewolwerem powoli podszedł do drzwi, delikatnie naciskał klamkę, by po chwili gwałtownie pchnąć drzwi, jednocześnie krzycząc:
– Stój, nie ruszaj się!
Balicka stała z tyłu i omiatała światłem z latarki dość duży pokój. Nie było nikogo. Na środku stał prostokątny, ciężki stół, wokół którego ustawiono cztery krzesła. W rogu znajdował się wysoki zegar. Wzdłuż jednej ściany ustawiono typowy regał pamiętający lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Na przeciwległej ścianie stała równie stara kanapa. Kowalski ponownie przyłożył palec do ust i wskazał pistoletem zegar. Był to prawie dwumetrowy mebel, jego front stanowiły szerokie na pół metra drzwiczki.  Spojrzał na partnerkę i czekał na jej decyzję. Ta świeciła latarką na zegar i powoli przekroczyła próg. Stanęła z wycelowanym pistoletem, gotowa do natychmiastowego użycia go.  Ruchem głowy poleciła Kowalskiemu, aby otworzył drzwiczki. Ten podszedł powoli i tuż przed zegarem upadł na podłogę. Balicka strzeliła, trafiła w zamek. Drzwiczki otworzyły się i odsłoniły wnętrze. W środku były jedynie metalowe szyszki zawieszone na delikatnych łańcuchach i wahadło. Kowalski wstał, schował pistolet do kabury i spojrzał na partnerkę. Nic nie powiedział, machnął jedynie ręką i podszedł do zegara. Odsłonił mechanizm, przez chwilę pogrzebał wewnątrz i odwrócił się do pani komisarz. Pokazał jej dłoń.
– Zobacz, strzeliłaś i biedny komar dostał zawału. Widzisz, dwie nogi wkręciły mu się w tryby i dlatego tak jęczał.
– Ty skurwysynie! – krzyknęła Balicka. – Kurwa, mówili mi, że długo będę pamiętała pierwsze śledztwo. Dwie zdechłe rybki, bo, kurwa, szafka nie wytrzymała dwustukilogramowego obciążenia. I komar, który nogi wkręcił w tryby. A niech cię szlag trafi.
Kowalski śmiał się na cały głos.
– Przestań, zapamiętam.
– Ok. Pójdę do sąsiadki, a ty skocz do samochodu i zobacz, czy mamy wszystkie koła.
Balicka wsunęła pistolet do kabury. Obydwoje wyszli na klatkę schodową, zamykając za sobą drzwi. Dziewczyna pobiegła schodami w dół, a Kowalski podszedł do śmieci, które wystawiła, i zaczął w nich szperać. Znalazł puste pudełko po papierosach i włożył do kieszeni kurtki. Wstał i zapukał w drzwi, które natychmiast otworzyła sąsiadka pana Bronisława.
– Koleżanka zapomniała zapytać, jak się pani nazywa. Musimy napisać raport z tej interwencji. Wie pani, papierki, papierki.
– Maria Kowal.
– Ma pani podobne nazwisko do mojego, nazywam się Kowalski – przedstawiając się, wykrzywił usta, uśmiechając się od ucha do ucha.
– Czy już wszystko jest w porządku? – zapytała.
– Oczywiście, sąsiad mieszka sam. Miał bardzo duże akwarium z dwoma rybkami. Prawdopodobnie nazwał je Jacek i Agatka. Dawno temu był taki program dla dzieci z kukiełkami o takich imionach. Pan Bronisław pracuje po nocach, chyba dla lepszego samopoczucia i być może bezpieczeństwa kazał wyryć imiona rybek na tabliczce – mówiąc to, klepał się po kieszeniach. – O, mam. – Wyciągnął paczkę papierosów. – Skończyły mi się fajki – stwierdził, udając wielkie rozczarowanie.
Kobieta spojrzała na paczkę i ze zdenerwowania zamrugała oczami. Kowalski zauważył jej reakcję.
– Pali pani?
– Tak.
– Palenie szkodzi, tak mówią lekarze. Kto by się tym przejmował w naszym wieku. Gdzie pani pracuje, musimy napisać w raporcie.
– Na bazarze, mam tam swoje stoisko.
Kowalski popukał palcem w pudełko i spojrzał na kobietę.
– Może ma pani w domu kilka paczek papierosów, chętnie kupię dwa pakiety. Oczywiście zapłacę. Czy sto pięćdziesiąt wystarczy?
Wyjął z kieszeni trzy banknoty po pięćdziesiąt złotych. Kobieta ponownie spojrzała na pudełko i zmrużyła oczy. Po chwili odpowiedziała:
– Sto sześćdziesiąt.
– Może być.
Odwróciła się na pięcie i weszła do mieszkania, starannie zamykając drzwi. Po minucie wyszła, przynosząc papierosy. Kowalski wręczył jej żądaną kwotę i zadał kolejne pytanie:
– Czy słyszała pani strzał z pistoletu?
– Z pistoletu, pan powiada?
– Prawdę mówiąc, to chyba rura wydechowa strzeliła.
Handlara lekko uśmiechnęła się i zapytała:
– A co pan o mnie napisze w tym raporcie?
– Tylko imię i nazwisko oraz adres zamieszkania. Nic więcej. Nikogo nie powinno obchodzić, gdzie pani pracuje i czym handluje. – Ostatnie dwa wyrazy podkreślił.
– Nie słyszałam żadnego strzału, panie oficerze.
– Chyba nadchodzi moja koleżanka. Może pani wrócić do siebie, poczekamy na sąsiada.
Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, na piętro weszła Balicka.
– Z samochodem wszystko w porządku. Na parterze ciemno, nikt nie zareagował na strzał.
– Poczekamy na pana Bronisława, a ty zacznij zastanawiać się, co napiszesz w raporcie.
– Ja? Ty powinieneś pisać.
– Mogę napisać, tylko powiedz mi, dlaczego użyłaś broni palnej przeciwko zegarowi?
– Skurwysyn.
Odwróciła się i weszła do mieszkania. Komisarz schował papierosy do jednej z licznych kieszeni kurtki i poszedł za nią. Skierowali się do pokoju z zegarem, usiedli przy stole.
– Masz szluga? – zapytała.
Wyciągnął pakiet i rzucił na stół.
– Nie mają akcyzy – zauważyła. – Od kiedy takie palisz?
– Od dzisiaj. Poczęstuj się.
– Rozumiem, że kupiłeś od sąsiadki, a ona nie usłyszała strzału. Dziękuję.
– Nie ma za co.
– A jak wytłumaczymy gospodarzowi tę dziurę po kuli?
– Porozmawiamy, poznamy faceta i coś wymyślimy.
– Dlaczego to robisz? Opierdalasz wszystkich za łamanie procedur, ganisz za przedwczesne wyciąganie broni. Jeżeli ktoś z nas jej użyje, to musi gęsto się tłumaczyć. Miesiąc temu nawet wywaliłeś z sekcji Zębatego za to, że strzelił do uciekającego złodzieja samochodów.
– Bo nie powinien strzelać do dzieciaka. Każdy ma jedno życie i nie można niszczyć cudzego i swojego. Zębol był zbyt porywczy. Praca w tym wydziale wymaga rozwagi i pomyślunku, nim coś się zrobi.
– Ja też strzeliłam bez powodu.
– Do zegara, nie do człowieka. Nie drążmy tego tematu. Podpuściłem cię i dałaś się złapać. Drugi raz już się nie nabierzesz, wierz mi. Długo będziesz myślała o tym strzale. Chyba wraca nasz gospodarz.
Rzeczywiście usłyszeli, jak wkłada klucz do zamka. Po chwili otworzył drzwi.
– Kto tu jest! – krzyknął.
– Policja – odpowiedział komisarz. – Sąsiadka zgłosiła potężny wybuch w pana mieszkaniu. Przyjechaliśmy sprawdzić.
Do pokoju wszedł starszy mężczyzna, w ręce trzymał duży klucz samochodowy.
– Zawsze pan chodzi z tym kluczem?
– Tak, nie ruszam się bez niego. To nie jest bezpieczna dzielnica, szczególnie po północy. Co tu się stało?
– Zbyt duże akwarium postawił pan na stoliku. Nie wytrzymał ciężaru i wszystko pierdyknęło. Niestety Jacek i Agatka nie przeżyli.
Starszy mężczyzna natychmiast odwrócił się i szybko wszedł do drugiego pokoju. Nic nie mówił, nachylił się nad rybkami, podniósł je i długo trzymał w dłoniach. Balicka chciała coś powiedzieć, ale komisarz powstrzymał ją. Poczekali, aż gospodarz sam się odezwie.
– Pięć lat były ze mną. Teraz nie mają już domu, a mnie nie stać na nowy.
– Zawsze pan hodował rybki? – zapytał.
– Nie, kiedyś miałem papugi. Panie, mam w piwnicy klatki dla ptaszków.
– Klatki nie zaleją mieszkania, a papugi potrafią gadać.
Nie odpowiedział.
– Niech mi pan da rybki – zaproponowała Balicka. – Mam takie miejsce za miastem, gdzie pochowałam psa. Mogę je tam jutro zawieźć.
– Zawiezie pani? Na pewno?
– Tak, niech mi je pan da.
Podeszła i wyjęła mu z dłoni obie rybki, wyszła z nimi do kuchni. Po chwili wróciła z czarnym workiem na śmieci.
– Panie Bronisławie – zaczął Kowalski. – Musimy napisać raport. Jak się pan nazywa?
– Słodowy, pracuję w ochronie centrum „Akwarium”, dorabiam do nędznej emerytury. Wiem, co to są raporty, pracowałem kiedyś w ZOMO. Wie pan, co to było?
– Wiem.
Wrócili do pokoju. Były milicjant rozejrzał się dookoła i stwierdził:
– Widzę dziurę po kuli w moim starym zegarze.
– No właśnie, koleżanka potknęła się i przypadkowo wyleciała kulka. Możemy zapłacić za naprawę.
– Nie ma takiej potrzeby, on i tak nie chodzi od wielu lat. A o kulce możemy zapomnieć, pracowałem w tej samej firmie i wiem o wewnętrznym.
– Dziękuję panu.
– Jesteś młoda, kariera przed tobą, niepotrzebne są durne wpisy w papierach. Możecie już iść, posprzątam i pójdę spać. Dziękuję za wizytę, nikt mnie już nie odwiedza. Idźcie.
– Pójdziemy, jeszcze raz dziękujemy i przepraszamy za tę dziurkę.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#3
Kowalski wstał i spojrzał na partnerkę, szybko opuścili mieszkanie. Do komendy powrócili po pięciu minutach. Po wejściu do pomieszczenia, usiedli przy swoich biurkach. Kowalski nachylił się i zaczął grzebać w dolnej szufladzie. Znalazł nabój.
– Łap – rzucił w kierunku Balickiej. – Zawsze przed wyjściem sprawdź, czy masz pełny magazynek.
Złapała i postawiła na biurku. Wyjęła z kabury pistolet, zwolniła magazynek i załadowała brakujący nabój. Spojrzała na szefa i lekko uśmiechnęła się do niego. Kowalski lubił jej uśmiech. Przypominała mu jego zmarłą żonę, która odeszła trzy lata temu po ciężkiej chorobie. Nie układało im się zbytnio. Nie mieli dzieci, gdy o nich pomyśleli, było już za późno. Długo walczyła z chorobą, ale przegrała w wieku trzydziestu pięciu lat. Kowalski nie chciał wiązać się z kolejną kobietą. Całkowicie zatracił się w pracy, był jednym z najlepszych oficerów wydziału kryminalnego, sekcji zabójstw w kraju. Dawno powinien awansować, ale  zbyt często sprzeciwiał się przełożonym. Cenił jedynie tych, którzy nie przeszkadzali mu w pracy i których uznawał za fachowców. Nie należał do przystojnych mężczyzn, szpeciła go długa blizna przebiegająca wzdłuż prawego policzka – ślad po kuli, którą otrzymał w czasie akcji przeciwko grupie mokotowskiej, zajmującej się kidnapingiem dla okupu. Lata służby odcisnęły swój ślad na jego włosach. Nadal miał bujne, czarne, ale już mocno posiwiałe. O sylwetkę dbał, pomimo czterdziestu lat nie odstawał na testach sprawnościowych.
– Bierz się za raport – polecił Balickiej.
– Już, już, tylko zrobię sobie miejsce na biurku.
Zaczęła przekładać akta spraw, były to archiwalne teczki. Każdy nowy pracownik musiał zapoznać się najpierw z tymi zakończonymi sukcesem. Potem omawiał sprawy z Kowalskim i otrzymał te nierozwiązane. Tutaj musiał wnieść coś nowego do sprawy. Komisarz Balicka pracowała właśnie nad jedną z takich spraw. Za dwa dni miała ją zreferować. To była jej druga sprawa. Pierwszą oceniła trzy dni temu. Nie była zadowolona, liczyła na jakieś uwagi, a tu nic z tego. Wysłuchał jej i zabrał akta, wrzucił do swojej szafy. Kowalski czekał na jej kolejne uwagi. Już po pierwszych sprawozdaniach uznał, że dziewczyna ma łeb na karku. Była ładną dwudziestosiedmioletnią brunetką o bujnych, prostych włosach. Ciemne, brązowe oczy jeszcze bardziej przyciągały wzrok mężczyzn. Jej kariera policyjna rozwijała się bardzo szybko. Szkołę oficerską skończyła w wyróżnieniem. Po trzech latach została komisarzem policji. Na temat życia prywatnego nie rozmawiała z kolegami. Próby nawiązania bliższych kontaktów dusiła w zarodku.
– Zapal lampkę i zgaś światło, zdrzemnę się trochę.
– Takiemu to dobrze – burknęła i zmieniła oświetlenie w pokoju. Usiadła i zaczęła pisać raport. Kowalski rozsiadł się na krześle, położył nogi na blacie, splecione ręce na głowie. Była to jego ulubiona pozycja. Zamknął oczy i udawał, że zasypia. Nie spał, analizował ostatnią sprawę, którą po trzech latach zakończyli pełnym sukcesem. Szukał w pamięci błędów, jakie popełnili podczas tego długiego śledztwa. Był przekonany, że mogli wyjaśnić ją znacznie wcześniej. Rozmyślania przerwała mu Balicka.
– Skończyłam, podpisz i pójdę zanieść dyżurnemu.
Podała mu raport. Uważnie, ale bardzo szybko go przeczytał i podpisał.
– Zanieś.
– Nie masz żadnych uwag?
– Nie mam, jest dobrze napisany, krótko i jednoznacznie.
Odebrała raport i wyszła z pokoju. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, Kowalski natychmiast wyciągnął z kieszeni komórkę i dwukrotnie zadzwonił. Przez kilka minut rozmawiał. Zdążył przyjąć poprzednią pozycję na krześle, nim powróciła Balicka. Weszła cicho, gdyż spodziewała się, że szef będzie już chrapał. Rzeczywiście chrapał. Spojrzała na zegarek, dochodziła trzecia nad ranem. Na sen było zbyt krótko, o ósmej zaczną schodzić się pozostali funkcjonariusze sekcji. Usiadła przy biurku i po raz kolejny otworzyła akta sprawy. Znała ją już prawie na pamięć, niemniej po godzinie dopisała kolejną uwagę do listy wcześniejszych.

Rozdział II – Śledztwo w sprawie zabójstwa Sawickiego.

Zbliżała się godzina ósma, pierwszy zjawił się aspirant Czekalski zwany Czipem. W wydziale pracował od roku. Ukończył studia, wydział elektroniki, i był sekcyjnym specjalistą od sprzętu elektronicznego. Oprócz realizowania zadań wynikających z kręgu zainteresowania sekcji zabójstw zajmował się także zakładaniem podsłuchów i podglądu. Oficjalnie tego nie prowadził, ale Kowalski uznał, że nim pozałatwia wszystkie niezbędne papiery, to będzie już musztarda po obiedzie. Wydział techniki nie reagował zbyt szybko na potrzeby, jakie zgłaszał komisarz. Czip miał dwadzieścia pięć lat i wyglądał jak na swój wiek bardzo młodo. Typowy przedstawiciel kujonów, nosił okulary i miał wiecznie potargane blond włosy. Nie używał grzebienia.
– Cześć, jak minął dyżur? – zapytał zaraz po wejściu.
Usiadł przy swoim biurku, na którym oprócz monitora komputera leżało kilka urządzeń. Nikt nie miał prawa dotykać jego zabawek.
– Spokojnie, musieliśmy wyjechać na interwencję.
– Interwencję? – zapytał, a po chwili szeptem kontynuował: – i Szrama się zgodził? Obudzili go i tam bez awantury pojechał? Dziwne.
– Widocznie miał lepszy humor – odpowiedziała Balicka. – Chociaż coś podejrzewam, że wykorzystał ten wyjazd w innym celu.
Do pokoju sekcji razem weszli nadkomisarz Drabiński i aspirant sztabowy Nowocień.
Drab był najstarszym oficerem w sekcji i najdłużej pracującym w wydziale. Zbliżał się do pięćdziesiątki. Wysoki, prawie metr dziewięćdziesiąt, potężnej postury. Łysy jak kolano, na twarzy nosił zawsze kilkudniowy zarost. Posiadał kolosalną wiedzę na temat świata przestępczego stolicy i wielu informatorów.
Nowocień służył ponad osiem lat. Po skończeniu wydziału ekonomicznego postanowił pracować w policji. Ponieważ w czasie studiów należał do kadry dziesięcioboistów, wylądował w wydziale zabójstw. Szybko okazało się, że idealnie nadawał się do tej pracy. Wyróżniał się zmysłem obserwacji i dedukcji. Jego wadą był brak cierpliwości i organizacji pracy. Tworzył parę z Drabem, idealnie się dogadywali.
Punktualnie o ósmej pojawił się podkomisarz Śliwiński zwany Śliwą lub Lalusiem, partner Czipa. Jego biurko także stało obok miejsca pracy Czipa.
– Cześć, jestem skonany i dzisiaj odpoczywam. Uprzedzam, żeby nie było wątpliwości.
– Dobra była? – zapytała Balicka.
– Popatrz na niego. Oczy podkrążone, ślady na szyi, siniaki na przegubach. Za dobra była dla niego, wykończyła nam Śliwkę – odpowiedział Drab. – Szrama, trzeba coś z nim zrobić, może wysłać go na tydzień do klasztoru?
– Niezła myśl – ucieszył się podkomisarz.
– Będziesz tylko się oblizywał, może to cię wyprostuje.
Podkomisarz wiecznie uganiał się za kobietami. Szczególnie za mężatkami. Miał własną teorię na ten temat. A że był elokwentny i w miarę przystojny, odnosił na tym polu spore sukcesy. Do sekcji trafił trzy lata temu, przerzucono go z wydziału obserwacji.
– Ósma piętnaście, narada – ogłosił Kowalski. Przydział zadań: Laluś zaniesie akta do Maniusia, reszta robi to co zawsze, a ja idę pod prysznic. Koniec odprawy.
Od dwóch tygodni wyglądało to tak samo. Nie mieli żadnej sprawy do rozwiązania. Szef wyciągnął z biurka akta sprawy, którą ostatnio referowała Balicka. Wyjął kartkę z uwagami, przewrócił na drugą stronę i napisał kilka zdań. Śliwa spokojnie czekał, aż skończy. W tym czasie poprawiał fryzurę.
– Masz, wróć przed jedenastą.
Wstał i wyszedł z pokoju, zaraz za nim podkomisarz. Ledwo drzwi się za nimi zamknęły Drab spojrzał na Baśkę.
– Sądzę, że przed dziesiątą zadzwoni sekretarka Maniusia i poprosi cię na dywanik. Szykuj się, skocz do fryzjera, zrób malowanie i wróć w galowym garniturku.
– Chyba żartujesz.
– Drab ma rację, lepiej go posłuchaj, potem nie zdążysz, a my będziemy mogli obejrzeć w pełnej krasie twoje nóżki – stwierdził Nowocień z szerokim uśmiechem na twarzy.
– O czym wy pierdolicie, moich nóżek nie zobaczycie. Mieliście swoją okazję trzy lata temu i na tym koniec. Po co mam zasuwać do Maniusia?
– Laluś zaniósł akta, które referowałaś Szramie. Nic nie powiedział, więc całkowicie się zgadzał z twoimi sugestiami. Teraz dał je komendantowi, ten przejrzy i zleci wznowienie śledztwa.
– Czemu ja?
– Ty zaproponowałaś, aby je wznowić, więc je poprowadzisz. I wiesz, co jest najciekawsze w tym wszystkim?  
– Co?
– Pomoże ci twój partner – odpowiedział, a wszyscy zaczęli rechotać. – To będzie zabawne – dodał po chwili.
– Nie mogę iść w ciuchach cywilnych?
– Pewnie, że możesz. Tylko jest jedno „ale”. Sekretarka nie wpuści cię do gabinetu. Chyba marzyłaś o własnej sprawie.
Kowalska przyjrzała się dokładnie kolegom. Czip zajął się już jakimś urządzeniem i przestał istnieć dla innych. Nowocień i Drab wytrzymali jej spojrzenie bez mrugnięcia okiem. Wyjęła lusterko i oceniła swoją fryzurę. Doszła do wniosku, że jednak wymaga małej korekty, makijaż po nocnym dyżurze nie prezentował się najlepiej. Widząc jej nagłe zainteresowanie własnym wyglądem, Drab mrugnął do partnera. Komisarz nie zauważyła i zapytała:
– O której mam wrócić?
– Przed dziesiatą. Maniuś nie lubi odkładać roboty, na pewno już czyta twoje wnioski.
– Wychodzę, wrócę za pięć dziesiąta. Jeżeli mnie podpuściliście, to jaja wam pourywam.
– Czy już mam je wyjąć? – zapytał Drab.
– Spadaj, idę.
Balicka chwyciła małą torebkę i wybiegła na korytarz. Dziesięć minut później wrócił Kowalski. Ledwo przekroczył próg, zapytał Czipa:
– Zrobiłeś?
– Oczywiście.
– To puszczaj, musimy ocenić twoją robotę.
– Gdy oddasz słuchawkę Baśce, wtedy puszczę to.
„Komisarz Balicka?” – usłyszeli z głośników komputera głos sekretarki komendanta. „Za pięć minut proszę zameldować się w gabinecie komendanta Piechura. Oczywiście w mundurze galowym. Dziękuję”
– Świetnie, dobra robota. Myślę, że przerwa czasowa jest idealna – podsumował Kowalski. – O której ma wrócić?
– Za pięć dziesiąta.
Komisarz spojrzał na zegarek.
– Sekretarka Maniusia zadzwoni za godzinę. Każe jej przyjść na dziesiątą. Drab, co słychać na mieście?
– Wyjątkowa cisza, każdy pilnuje swojego interesu i nie pcha się na cudze podwórko.
– Dawno nie mieliśmy takiej laby, mam złe przeczucie. Statystyka nie kłamie. Nie chcę krakać, ale możemy mieć kilka śledztw na raz. Jedno Baśka zaraz otrzyma, dojdą dwa trupy i... lepiej nie wywoływać wilka z lasu.
– Jesteś pewien, że Maniuś wznowi śledztwo?
– Tak, będziemy je prowadzić pod jego osobistym nadzorem, poza wiedzą Barana.
Naczelnik wydziału, młodszy inspektor Baranowski zwany Baranem nie należał do cenionych przez Kowalskiego przełożonych. Swoje stanowisko piastował od dwóch lat, od momentu zmiany komendanta wojewódzkiego. Przyszedł do wydziału pół roku przed awansem i to od razu na zastępcę naczelnika. Nadzorował śledztwo w sprawie zabójstwa syna znanego biznesmena, powiązanego z jedną z mniejszych grup mokotowskich. Rodzice, a raczej macocha i ojciec, odcinali się od nieudanego ich zdaniem potomka. W ocenie Kowalskiego śledztwo zakończyło się połowicznym sukcesem. Ustalono, kto zastrzelił młodego Sawickiego, ale nie aresztowano mordercy – zginął w porachunkach młodych, agresywnych grup. Baranowski nie chciał skorzystać z pomocy sekcji Kowalskiego, mimo że Drab przekazał interesującą informację na temat śmierci mordercy. Ta sprawa nie została wyjaśniona.
– Dlaczego wyciągnąłeś tę sprawę z archiwum?
– Bo została skopana. Baran chciał jak najszybciej ją zakończyć, źle wyglądałby awans przy spierdolonym śledztwie.
– Narażasz Baśkę na konflikt z Baranem.
– Nie, Maniek doskonale wie, co jest grane. Mało to już prowadziliśmy spraw poza wiedzą naczelników? Oni też nie mówią, co robią, chyba że potrzebna jest pomoc. Każdy pilnuje swojej działki i tak jest najlepiej. No, panowie, kto chce fajki po osiem złociszy?
Drab i Czip podnieśli ręce.
– Najpierw kasa – stwierdził Kowalski.
Wysupłali drobne i podeszli do biurka szefa, a ten oderwał dwie paczki.
– Otwórzcie okno i palimy.
Gdy tylko Balickiej nie było w pokoju, wszyscy momentalnie chwytali za papierosy. Przy niej też palili, ale nie było to zbyt przyjemne. Baśka rozpylała wtedy damskie, bardzo intensywne perfumy. Sama potrafiła zapalić, gdy była zdenerwowana. Walczyła jednak z dymem papierosowym tworzonym przez współpracowników.  
Na biurku Kowalskiego zadzwonił telefon. Szybko złapał słuchawkę.
– Komisarz Bronisław Kowalski, słucham.
– Bronek, od kiedy tak ładnie się przedstawiasz?
– Zawsze gdy ty zadzwonisz, Teresko. Jak zdróweczko?
– Doskonałe, dawno nie zaglądałeś do mnie.
– Chętnie odwiedziłbym cię, ale Maniuś powiedział, abym mu się przynajmniej przez pół roku nie pokazywał na oczy.
– Ilekroć pojawisz się u Maniusia, to potem ma robotę i musi się mocno gimnastykować, aby ukryć twoje „pomysły”. Powiedz komisarz Balickiej, aby stawiła się u Maniusia o dziesiątej.
– Teresko, mam nadzieję, że ciągle jesteś oazą spokoju.
– Mów, o co chodzi?
– Mam prośbę, nie komentuj wyglądu Balickiej, gdy się zjawi.
W słuchawce dał się słyszeć śmiech sekretarki zastępcy komendanta głównego.
– Domyślam się, że wbiłeś ją w garniturek. Wpadnij kiedyś.
Kowalski odłożył słuchawkę i poinformował współpracowników:
– Załatwione, teraz czekamy na naszą gwiazdę.
Sam wygodnie usiadł i wypuszczał kółka dymu. Rozpoczęła się rywalizacja, czyje będzie najokazalsze. W powietrzu unosiło się ich kilka.
Dziesięć minut przed dziesiątą usłyszeli pukanie w drzwi, a po chwili głos komisarz Balickiej:
– Wywietrzyć pokój i mordy w kubeł!
Szybko zgasili papierosy, a niedopałki wyrzucili przez okno. Wylądowały w kubłach postawionych tam przez sprzątających wewnętrzny parking.
Weszła Balicka i wszyscy na nią spojrzeli. Drab zagwizdał.
– Ale laska – wymknęło się Czipowi.
Tuż za nią do pokoju wpadł Laluś.
– Kurczę, zobaczyłem z daleka super towar wchodzący do nas. Cholera, to nasza panna, a już myślałem, że...
– Zamknij się! Nie dla psa kiełbasa.
– A dla kogo? – zapytał Nowocień.
– Nie dla was, koniec dyskusji.
Drab kolejny raz gwizdnął, a za nim pozostali. Balicka nałożyła przepisowy mundur. Spódniczka była może zbyt krótka, wszyscy patrzyli na jej zgrabne nogi. Szybko usiadła przy swoim biurku, trzymając dolną krawędź materiału.
– Masz dwie baretki, przybędzie ci trzecia – stwierdził Czip. – Pozwól, że przyjrzę im się z bliska.
– Siedź na dupie i się nie ruszaj.
Czip odwrócił się i zaczął bawić się telefonem komórkowym. Zadzwonił telefon na biurku Kowalskiego.
– Słucham.
Przez pół minuty słuchał, a potem uśmiechnął się do słuchawki i powiedział:
– Oczywiście, pani Tereso, już oddaję.
Wyciągnął słuchawkę w kierunku komisarz:
– Do ciebie.
Wstała i podeszła do biurka, tym razem usłyszała cmoknięcie Draba.
– Komisarz Balicka... Tak...
Oddała słuchawkę i natychmiast wyszła z pokoju. Do gabinetu komendanta dotarła po minucie. Zapukała i weszła do sekretariatu. Była tutaj pierwszy raz. Za biurkiem zobaczyła starszą kobietę w wieku około sześćdziesięciu lat. Sekretarka spojrzała na nią i na zegar wiszący na ścianie obok.
– Komisarz Balicka?
– Tak.
– Proszę usiąść, szef zaraz panią poprosi.
– Dziękuję.
Usiadła w fotelu i rozejrzała się po sekretariacie. Poza biurkiem pani Teresy, znajdowało się kilka foteli, dokładnie pięć. Przed nim stał długi niski stolik, na którym leżały czasopisma branżowe. Na ścianie z zegarem wisiało dziesięć fotografii w ramkach. Były to zdjęcia wszystkich poprzednich zastępców komendanta. Brakowało jedynie fotografii obecnego. Na drugiej ścianie stał regał pełen segregatorów, szafa oraz drzwi do aneksu kuchennego.
Zabrzęczał interkom.
– Jeżeli jest już komisarz Balicka, niech wejdzie.
– Proszę wejść – oznajmiła sekretarka.
Komisarz wstała, obciągnęła spódnicę i weszła do gabinetu. Zastępca Komendanta Głównego Policji spojrzał na nią i lekko zmieszany wstał z fotela. Ręką wskazał krzesło przy małym stole konferencyjnym. Chwycił akta sprawy pod kryptonimem „Synalek”, wyszedł zza biurka i usiadł naprzeciwko pani oficer.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#4
Dobra, to cisnę od razu z dwoma fragmentami. :p
(14-12-2016, 19:36)burak napisał(a): – Słuchajcie (przecinek) Ko... komisarzu Kowalski, udacie się na Mokrą cztery, sąsiadka zgłosiła podejrzany hałas pod numerem szóstym.

Stało w nim sześć biurek, mocno wyeksploatowanych. (W tym kontekście znacznie lepiej zabrzmi "wysłużonych" lub "sfatygowanych")

Za trzema na podłodze, na karimacie(przecinek) leżała komisarz Balicka.

(Od nowej linijki)
Po chwili zapytała z nadzieją w głosie:
– Może jednak na miejscu tego zdarzenia będzie trup. (To skoro "zapytała", powinien być na końcu znak zapytania)

– Trup,(zbędny przecinek) to robota dla nas, ale lepiej jest przekimać nocny dyżur. Jeszcze się naoglądasz wypatroszonych kobiet i facetów. Wierz mi, znacznie przyjemniej jest spać za biurkiem w ciepłym pokoju,(zbędny przecinek) niż babrać się na miejscu zbrodni.

A ta zapinała już guziki od(zbędny przecinek) bluzy, po chwili na pasie zawiesiła kaburę z pistoletem, pałkę, kajdanki i dużą latarkę.

Mieli szczęście, przed numerem czwartym była sprawna w przeciwieństwie do większości. Na chodniku nie było żywej duszy.

Zaparkowała przed numerem czwartym. Kamienica była w bardzo(zbędne) opłakanym stanie. Tynk w wielu miejscach odpadł, odsłaniając cegły. W każdym oknie na drugim piętrze brakowało szyby. Jedynie te na parterze i na piętrze pozostały całe. Zbliżała się północ i prawie cały budynek tonął w ciemnościach, poza bramą. W świetle pojedynczej żarówki zobaczyli kobietę, która nerwowo chodziła tam i z powrotem. Kowalski wyjął wiszącą na łańcuchu odznakę policyjną i wysiadł z samochodu. Ruszył w kierunku bramy, Balicka szła za nim.

Typ bazarowej przekupki, takiej(przecinek) co z niejednego pieca chleb jadła.

– Ja z nimi nie rozmawiam. Na pierwszym piętrze tylko ja i ta rójka(trójka).

Kobieta poprowadziła ich na klatkę schodowa(schodową), nacisnęła przełącznik.

Gdy weszli wyżej(przecinek) zobaczyli żarówkę dyndająca na kablu.

– To tutaj. O, Boże, coś wycieka spod drzwi! – k(K)obieta krzyknęła.

W świetle żarówki wiszącej na kablu,(zbędny przecinek) zobaczyli długi przedpokój.

– Dziwne – szeptem skomentowała Balicka. – Dlaczego nie ma ubrań i butów?
– Wchodzimy? – zapytał, odpinając kaburę.
Staremu wydze policyjnemu też wydało się to podejrzane. (I znów tutaj jest jakiś dziwny dialog. Przestawiłabym kolejność zdań. Po pytaniu Balickiej dałabym "Staremu wydze(...)", a dopiero potem "Wchodzimy?")

Skierowała promień latarki na klamkę. Kowalski kucnął za ścianą, chwycił klamkę i energicznie pchnął drzwi. Balicka omiotła światłem cały pokój. W promieniu latarki zobaczyli połamane meble i mnóstwo potłuczonego szkła.

Kowalski z wyciągniętym rewolwerem powoli podszedł do drzwi, delikatnie naciskał klamkę, by po chwili gwałtownie pchnąć drzwi(przecinek) jednocześnie krzycząc:
– Stój, nie ruszaj się!

Wzdłuż jednej ściany typowy regał pamiętający lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. (Nie ma orzeczenia, źle to brzmi) Na przeciwległej ścianie równie stara kanapa. (I tu to samo)

Kowalski wskazał pistoletem zegar i ponownie przyłożył palec do ust. Był to prawie dwumetrowy mebel, jego front stanowiły szerokie na pół metra drzwiczki. (Przestawiłabym kolejność czynności w pierwszym zdaniu, bo w połączeniu z drugim brzmi to tak, jakby palec był prawie dwumetrowym meblem)

Spojrzał na partnerkę i czekał na jej decyzję. Ta świeciła latarką na zegar i powoli przekroczyła próg z wycelowanym pistoletem, gotowa do natychmiastowego użycia go. (Tutaj jest podobny problem – brzmi to tak, jakby decyzja świeciła latarką)

Nic nie powiedział, machnął jedynie ręką i podszedł do zegara. Odsłonił mechanizm, sięgnął ręką i odwrócił się do pani komisarz.

Dziewczyna pobiegła schodami w dół, a Kowalski podszedł do śmieci, które wystawiła(przecinek) i zaczął w nich grzebać.

– Ma pani podobne nazwisko do mojego, nazywam się Kowalski – przedstawiając się, wykrzywił usta(przecinek) uśmiechając się od ucha do ucha.

Pan Bronisław pracuje po nocach, chyba dla lepszego samopoczucia i być może bezpieczeństwa kazał wyryć imiona rybek na tabliczce – mówiąc to(przecinek) klepał się po kieszeniach.

Kowalski popukała palce(popukał palcem) w pudełko i spojrzał na kobietę.

Po chwili odpowiedziała.(dwukropek zamiast kropki)

– Prawdę mówiąc(przecinek) to chyba rura wydechowa strzeliła.

(...) Jeżeli ktoś z nas jej użyje to(przecinek) musi gęsto się tłumaczyć.

Poczekali(przecinek) aż gospodarz sam się odezwie.

– Pięć lat były ze mną. Teraz nie mają już domu(przecinek) a mnie nie stać na nowy.
– Słodowy, pracuje(ę) w ochronie centrum „Akwarium”, dorabiam do nędznej emerytury.

(16-12-2016, 10:34)burak napisał(a): Po wejściu do pomieszczenia,(zbędny przecinek) usiedli przy swoich biurkach.

Przypominała mu jego zmarłą żonę.(To zdecydowanie lepiej brzmiałoby, gdyby połączyć to w jedno zdanie: "(...)jego zmarłą żonę, która odeszła(...)") Odeszła trzy lata temu po ciężkiej chorobie.

Nie mieli dzieci, gdy o nich pomyśleli (przecinek)było już za późno.

Całkowicie zatracił się w pracy, był jednym z najlepszych oficerów wydziału kryminalnego, sekcji zabójstw w kraju. Dawno powinien awansować, ale był zbyt arogancki wobec przełożonych. Cenił jedynie tych, którzy nie przeszkadzali mu w pracy i byli fachowcami. Nie należał do przystojnych mężczyzn, szpeciła go długa blizna przebiegająca wzdłuż prawego policzka – ślad po kuli, którą otrzymał w czasie akcji przeciwko grupie mokotowskiej, zajmującej się kidnapingiem dla okupu.

Potem omawiał sprawy z Kowalskim i otrzymał te,(zbędny przecinek) nierozwiązane.

To jest(była) jej druga sprawa. Pierwszą oceniła trzy dni temu. Nie była zadowolona, liczyła na jakieś uwagi(przecinek) a tu nic z tego. Wysłuchał ją(jej) i zabrał akta, wrzucił je do swojej szafy.

Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi(przecinek) Kowalski natychmiast wyciągnął z kieszeni komórkę i dwukrotnie zadzwonił.

Zbliżała się godzina ósma, pierwszy zjawił się aspirant Czekalski,(zbędny przecinek) zwany Czipem. W wydziale pracował od roku. Ukończył studia, wydział elektroniki(przecinek) i był sekcyjnym specjalistą od sprzętu elektronicznego.

Oprócz realizowania zadań wynikających z kręgu zainteresowania sekcji zabójstw,(zbędny przecinek) zajmował się także zakładaniem podsłuchów i podglądu. Oficjalnie tego nie prowadził, ale Kowalski uznał, że nim pozałatwia wszystkie niezbędne papiery(przecinek) to będzie już musztarda po obiedzie.

Czip miał dwadzieścia pięć lat i wyglądał, (zbędny przecinek)jak na swój wiek bardzo młodo. Typowy przedstawiciel intelektualnych(zbędne – nie widzę sensu dla określenia "intelektualny kujon") kujonów, nosił okulary i miał wiecznie potargane blond włosy.

Usiadł przy swoim biurku, na którym oprócz monitora komputera,(zbędny przecinek) leżało kilka urządzeń.

– Interwencję? – zapytał, a po chwili szeptem kontynuował(dwukropek) – i Szrama się zgodził?

– Chociaż,(zbędny przecinek) coś podejrzewam, ze(że) wykorzystał ten wyjazd w innym celu.

Ponieważ w czasie studiów należał do kadry dziesięcioboistów(przecinek) wylądował w wydziale zabójstw.

Szybko okazało się, że idealnie nadaje(nadawał) się do tej pracy.

Punktualnie o ósmej pojawił się podkomisarz Śliwiński,(zbędny przecinek) zwany Śliwą, partner Czipa. Jego biurko także stało obok Czipa(Napisałabym "miejsca pracy Czipa", bo brzmi to tak, jakby biurko stało obok osoby, a nie biurka tej osoby).

Śliwa spokojnie czekał(przecinek) aż skończy.

(...)I wiesz(przecinek) co jest najciekawsze w tym wszystkim?  

– To będzie zabawne.(zbędna kropka) – D(d)odał po chwili.

– Gdy oddasz słuchawkę Baśce, wtedy puszczę to:(kropka zamiast dwukropka – to, co dalej, nie jest wypowiedzią)

– Świetnie, dobra robota. Myślę, że przerwa czasowa jest idealna. (zbędna kropka)– P(p)odsumował Kowalski.

Naczelnik wydziału(przecinek) młodszy inspektor Baranowski, (zbędny przecinek)zwany Baranem(przecinek)(Zasugerowałam potraktowanie tego jako wtrącenie, bo określenie tego bohatera jest dość długie) nie należał do cenionych przez Kowalskiego przełożonych.

Przyszedł do wydziału pół roku przed awansem i to od razu na zastępcę naczelnik(naczelnika).

Rodzice, a raczej macocha i ojciec(przecinek) odcinali się od nieudanego ich zdaniem potomka.

(...) Oni też nie mówią(przecinek) co robią, chyba że potrzebna jest pomoc. Każdy pilnuje swojej działki i tak jest najlepiej. No(przecinek) panowie, kto chce fajki po osiem złociszy?

Na biurko(biurku) Kowalskiego zadzwonił telefon.

– Bronek, od kiedy tak ładnie się przedstawiasz.(znak zapytania zamiast kropki)

– Zawsze,(zbędny przecinek) gdy ty zadzwonisz, Teresko. Jak zdróweczko?

Rozpoczęła się rywalizacja, kogo(czyje) będzie najokazalsze.

– Kurcze(ę), zobaczyłem z daleka super towar wchodzący do nas.

Spódniczka była może zbyt krótka, wszyscy patrzyli na jej zgrabne nogi. Szybko usiadła przy swoim biurku, trzymając dolną krawędź spódniczki. Przyglądali się jej nadal.

Były to zdjęcie(zdjęcia) wszystkich poprzednich zastępców komendanta.


Po tych dwóch fragmentach mogę stwierdzić, że całość wypada lepiej niż z początku oczekiwałam. Na razie w sumie niewiele się dzieje, ale bohaterowie są całkiem całkiem, czyta się przyjemnie, a i zaczynają pojawiać się jakieś cienie tego, co będzie później. Podsumowując: jestem zadowolona. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#5
Dziękuję za włożony trud.
Poprawki naniosłem.
Dwa następne rozdziały mam już poukładane w głowie, teraz trzeba jest wstukać.
Dalej... pustka. Mam nadzieję, że za trzy dni wpadnę na pomysł. :D

Edit.
Kolejny raz nie zapisało mi edytowania.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#6
– Nie spodziewałem się, że w sekcji zabójstw pracują tak piękne kobiety. Jestem pod wrażeniem. Świetnie pani wygląda w mundurze – mówiąc to, uśmiechnął się pod nosem. – Teraz rozumiem ten dopisek Kowalskiego do pani uwag. No dobrze, wracajmy do sedna. Dlaczego chce pani wznowić śledztwo?
– Panie komendancie, śledztwo ograniczyło się do ustalenia, kto zabił i stwierdzenia, że morderca nie żyje. Jako motyw zbrodni uznano porachunki mafijne. Nie uwzględniono istotnej informacji uzyskanej przez nadkomisarza Drabińskiego, niedbale szukano prawdziwego zleceniodawcy morderstwa.
– A pani wie, kto zlecił?
– Nie wiem, ale skupiono się jedynie na tym, kto zyskał na śmierci młodego Sawickiego. Powinno się sprawdzić, kto nie stracił na jego śmierci. Czasami morderstwo ma zapobiec stracie. Oczywiście w większości wypadków chodzi o pieniądze, ale tutaj oprócz tego możemy dopatrywać się utraty imienia, zaufania, wiarygodności. Należałoby sprawdzić tę hipotezę.
– Wiem, do czego pani zmierza. Wznowicie śledztwo, pani je poprowadzi, a Kowalski pomoże. W tej sprawie jest do pani dyspozycji – po chwili dopowiedział – mam nadzieję. Bronek poprosił mnie, abym przyznał pani odznakę komara. Nie znam takiej – mówiąc to, dokładnie przyglądał się Balickiej. Wytrzymała spojrzenie i ostatkiem sił woli nie zalała się rumieńcem. – O co chodzi z tym medalem?
Teraz zauważył lekkie zmieszanie dziewczyny. Powstrzymał ją, podnosząc palec.
– Znam Szramę dwadzieścia lat – rozpoczął, wygodnie opierając się o oparcie. – Każdemu nowemu pracownikowi przed przydzieleniem śledztwa robi swojego rodzaju test, tylko po to, aby zapamiętał „pierwszą sprawę”. Wiedział, że otrzyma pani tę szansę dzisiaj. Akcja "Komar" musiała mieć miejsce wczoraj, dlatego poprosił oficera dyżurnego, notabene swojego kumpla, o zlecenie interwencji na mieście. „Nie zawsze należy mówić wszystko przełożonemu” – to zapewne też już pani powiedział. Niech w temacie „komar” tak zostanie – uśmiechnął się do Balickiej.
– Dziękuję, panie komendancie, za wznowienie śledztwa.
– Korzystaj, dziewczyno – pozwolisz, jesteś taka młoda – z nauk komisarza Kowalskiego tak długo, jak długo wytrzymasz w sekcji zabójstw. Lepszego mentora w kraju nie znajdziesz. Możesz odejść i powiedz na stronie Bronkowi, że oczekuję na rewanż. Przestudiowałem kilka otwarć Karpowa, niech ma to na względzie.
– Odmeldowuję się.
Komisarz Balicka zabrała akta, które podsunął jej komendant, wstała i wyszła z gabinetu. Gdy tylko zamknęła, drzwi usłyszała sekretarkę:
– Kto ci kazał przyjść w mundurze? – zapytała z poważną miną.
– Już ja się z nimi policzę – odpowiedziała z uśmiechem. Miała swoją pierwszą sprawę i to się tylko dla niej teraz liczyło. Biegiem wróciła do pokoju. Rzuciła akta na biurko i nachyliła się nad Czipem.
– Puść to jeszcze raz, ale na głośniki. Nie masz wyboru, puszczaj.
Ponownie wysłuchali zmontowanego przez Czipa nagrania.
– Dobry jesteś, ale trochę skopaliście. Ja się przedstawiłam, a niby sekretarka ponownie podała moje nazwisko. Idę się przebrać.
Gdy wyszła, Drab skomentował:
– Widzieliście, jaka jest szczęśliwa? Ma swoje pierwsze śledztwo i ma podwładnego – kończąc, zaczął się śmiać. – Nareszcie Szrama będzie zagoniony do roboty, i to przez kobietę.
Kowalski jedynie uśmiechnął się pod nosem.
– Co to za sprawa? – zapytał Laluś.
– Zabójstwo młodego Sawickiego – odpowiedział Kowalski. – Zresztą poznasz szczegóły.
Wszyscy spojrzeli po sobie, zorientowali się, kto będzie odwalał główną robotę za Szramę.
– Muszę skoczyć do betki – stwierdził nagle Laluś, pozostali też podnieśli się z krzeseł.
– Siadać, nigdzie nikt nie musi iść.
Drab podniósł rękę do góry .
– Czego?
– Szefie, ja muszę skoczyć do kibla.
– Ni chuja. Siedzicie i czekacie na przydział zadań. Potem możecie się rozejść.
Czekali godzinę, nim wróciła Balicka z wózkiem pełnym akt. Podprowadziła go do biurka Kowalskiego i wszystkie ustawiła w stosie na blacie.
– Nareszcie wygląda tak jak powinno. Komisarzu, przejrzyjcie akta i wynotujcie wszystko na temat rodziny Sawickiego.
– Tak jest, komisarzu. Słyszeliście? To teraz możecie podejść, podzielę tę kupkę na pięć części, aby było sprawiedliwie.
Zaczął przeglądać poszczególne teczki i odkładał na mniejsze stosiki. Gdy zakończył, okazało się, że cztery liczył po sześć teczek, a piąta jedną, spis pozostałych. Możecie zabrać te cztery. – Spojrzał na podległych pracowników.
Pierwszy podszedł podkomisarz Śliwiński i zabrał najniższy stos. Ostatni, największy, przypadł aspirantowi Czekalskiemu. Balicka obserwowała z boku i nie skomentowała. Mogła się domyślić, że tak zakończy się próba zmuszenia Kowalskiego do zagłębienia się w papierach.
– Bierzcie się do roboty, a ja udaję się na naradę kierowników sekcji. Może ktoś chce mnie zastąpić?
Wszyscy otworzyli akta i zaczęli je wertować. Nasiadówki u naczelnika wydziału nie należały do przyjemnych. Baranowski prowadził je codziennie w samo południe i zazwyczaj trwały do trzynastej.
Komisarz Kowalski wyjął z szuflady notatnik i opuścił pokój. Sekretariat naczelników wydziału zlokalizowano na końcu korytarza. Niekwestionowaną władczynią przedsionka do obu gabinetów była pani Beata. Do pomocy miała drugą sekretarkę, Bożenę. Beata, czterdziestodwuletnia, korpulentna blondynka, od ponad dwudziestu lat dzierżyła wszystkie sprawy i pracowników w swoich rękach. Bożena przyszła do wydziału zaraz po nominacji Baranowskiego. Oficjalnie to ona była jego sekretarką, ale faktycznie nad całością pełną kontrolę posiadała starsza z kobiet. Bożena tydzień temu skończyła trzydzieści dwa lata, wszyscy wiedzieli, że utrzymywała bardzo bliskie kontakty z naczelnikiem. Oczywiście oni starali się to utrzymać w tajemnicy, ale nie mieli szans. Pracowali bowiem w wydziale kryminalny, w którym pełniło służbę blisko stu funkcjonariuszy w ośmiu sekcjach.
Kowalski wszedł za pięć dwunasta i przywitał się z sekretarkami.
– Padam do nóżek szanownym damom. W jakim nastroju jest boss?
– Cześć, Szrama, w normalnym.
– Dzięki, to lepiej już wejdę. Czy można zamówić kawkę?
– Nie.
Zawsze prosił o kawę, ale nigdy jej jeszcze nie otrzymał. Bez tego pytania uważał wizytę w sekretariacie za nieudaną. W gabinecie byli już wszyscy kierownicy sekcji.
– Dzień dobry – przywitał się i usiadł na końcu stołu konferencyjnego.
Naczelnik Baranowski spojrzał na komisarza i stwierdził:
– Skoro jesteśmy już w komplecie, to zaczynamy. Pięć minut temu zadzwonił Zastępca Komendanta Głównego nadinspektor Marian Piechur i poinformował mnie, że komisarz Kowalski wraz ze swoim zespołem ma wznowić śledztwo pod kryptonimem „Strata”. Oczywiście ani ja, ani dyrektor biura i jego zastępca nie prowadzimy nadzoru nad śledztwem. Nie wiem, Kowalski, i nie chcę wiedzieć, co to za sprawa, ale skoro zostaliście wyłączeni z prac wydziału, to możecie opuścić naradę i zająć się tą sprawą.
– Tak jest, panie naczelniku.
Kowalski wstał, zabrał notatnik, którego nie zdążył otworzyć, i opuścił gabinet. Nie omieszkał okazać, jak bardzo był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Blizna na policzku ukryła się w szerokim uśmiechu.
– O, już wyszedłeś, a to oznacza, syneczku, że masz śledztwo pozawydziałowe. – Sekretarka Beata do ulubionych oficerów zwracał się per syneczku. Odebrała telefon od nadinspektora i domyśliła się, z jakiego powodu dzwonił osobiście do naczelnika.
– Tak jakoś wyszło, pani Beato. – Kowalski nie pozwalał sobie na poufałość w rozmowie z sekretarką, szanował ją i zawsze był wobec niej szarmancki mimo próśb o kawę. – Pożegnam śliczne panie, robota czeka. Do widzenia.
Wyszedł i zapalił papierosa. Niezbyt przestrzegał zakazu palenia na korytarzu, ale przez najbliższą godzinę nie było nikogo, kto mógłby mu zabronić tej przyjemności. Z papierosem w ustach wszedł do pokoju sekcji zabójstw.
– Dlaczego uważasz, że morderstwo zleciła żona, a nie na przykład córka? – zapytał Czip.
Kowalski nie spodziewał się, że od razu przystąpią do pracy. Usiadł przy biurku i przysłuchiwał się dyskusji.
– Wcale tak nie uważam. Oczywiście mogła to zorganizować córka, ale miała wtedy piętnaście lat. Trochę mała jak na tak doskonale zaplanowaną akcję.
– Widziałaś ją? – nie ustępował Czip.
– Nie, w tych aktach, które przeglądałam, a to tylko streszczenie, nie było jej zdjęcia.
– No to popatrz. – Czip podszedł do niej z wyjętym z akt sprawy zdjęciem nastoletniej córki Sawickiego. – To jest Magda Sawicka w dniu pogrzebu przyrodniego brata. – Podał fotografię.
– O, kurczę – wyrwało się Balickiej. – Ona wyglądała na osiemnastkę. No dobrze, wyglądała poważniej, ale nic nie wiemy na temat jej charakteru, posiadanej wiedzy, umiejętności. I wielu innych informacji, mamy czego szukać.
– Cała rodzina miała alibi w dniu morderstwa. Ojciec, żona i córka dziesięć dni przed zabójstwem wyjechali do Stanów. Wrócili dwa dni po morderstwie na wiadomość przekazaną przez brata Sawickiego. O nim też nic nie wiemy, jest tylko mała wzmianka, że nie utrzymywał kontaktów z bogatym braciszkiem.
– Miał do niego telefon, a nie utrzymywał kontaktów? – Zauważyła Balicka.
– To niczego nie dowodzi, ja też mam mnóstwo numerów osób, z którymi już nie rozmawiam. Kolejny podejrzany? – zapytał Laluś. – Jeszcze pół godziny i na liście podejrzanych umieścimy wszystkich członków rodziny. Przyjmując za wiarygodne twój motyw zbrodni: „kto nie straci”. Powinniśmy wziąć pod uwagę pracowników firmy, kontrahentów, kluczowych odbiorców i wielu innych. .
– Powinniśmy. – Nie dawała się zbić z tropu. – Rozszerzymy krąg podejrzanych.
– Szrama, dlaczego już wróciłeś? – zapytał Drab.
– Maniuś zadzwonił do Barana, a ten wygonił mnie z narady. Mam zająć się śledztwem. I teraz mam dylemat.
– Jaki? – zapytała komisarz, a po chwili dodała: – Nie, nie masz żadnego dylematu. Maniuś jest zastępcą komendanta i on wydał decyzję. Masz się zająć śledztwem pod moim kierunkiem.
– Komisarz Balicka, ja nie neguję twojej przewodniej roli. Ja mam tylko dylemat, czy podołam oczekiwaniom wszystkich przełożonych, nawet jeżeli niektórzy z nich są tymczasowi – odpowiedział z pełnym uśmiechem.
Zareagowała lekkim skrzywieniem ust. Odwróciła się do Czipa.
– Wyszukaj w Internecie wszelkie informacje o Sawickich i firmie. Rok temu zmarł stary Sawicki, a firmę przejęła żona. O ile pamiętam, to była naturalna śmierć i nie prowadzono żadnego śledztwa. Podano jedynie, że od kilku lat zmagał się z rakiem. Wcześniej nie informowano o tym, bo podobno tego zabronił.
– Baśka, gdzie nas dzisiaj zaprosisz na imprezkę? – zapytał Laluś. – Właśnie wydałaś pierwsze polecenie służbowe w ramach pierwszego, podkreślam jeszcze raz, pierwszego śledztwa. Tamto z komarem się nie liczy.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, po chwili dołączyła do nich Balicka.
– Ok, zapraszam was do knajpki „Pod śledzikiem” na Litewskiej. Będę miała blisko do domu. Spotykamy się o dwudziestej. A teraz, chłopaki do roboty.
Kowalski lekko się uśmiechnął, widząc podkomendnych otwierających akta sprawy.
– Drab – zwróciła się do nadkomisarza. – Czy masz kontakt z tym ucholem, który trzy lata temu przekazał ci informację o zabójcy?
Nadkomisarz Teodor Drabiński nie pozwalał zwracać się do siebie po imieniu. Nie znosił go i ciężko przeżywał wręczanie odznaczeń resortowych czy państwowych. Miał ich kilkanaście.
– Nie, wyjechał z kraju i puszkuje w Anglii. Może wróci za cztery lata. Przekazał mi wszystko, co wiedział na ten temat. W aktach jest moja notatka. Kilkanaście dni przed zabójstwem Majcher, tak nazywał się ten zabójca, pochwalił się kumplowi, że ma prywatną, bardzo dobrze płatną robotę. Dostał już potężny zadatek i liczył na znacznie większą kasę. I to przez kilka lat. Trzy dni po zabiciu zginął w strzelaninie na Powiślu. To była głośna sprawa, dwa trupy z grupy Mocarza. Majcher był członkiem tej małej bandy zajmującej się kradzieżą samochodów. Nie złapano zabójców, ale ustalono, że uciekli do Niemiec. Śledztwo w sprawie zabójstwa Sawickiego było osobną sprawą i Baran szybko je zamknął. To drugie, w sprawie strzelaniny, prowadziła Komenda Stołeczna, nasz wydział nie nadzorował jej. Tyle przynajmniej wiem.
– Bronek, dlaczego śledztwo prowadził Baran, a nie nasza sekcja?
– Gdy przyszedł do wydziału, sprawę prowadziła sekcja do zwalczania grup przestępczych. Uznano, że Sawicki należał do grupy Zygmunta, młodych wilczków. To była bardzo hermetyczna organizacja, wszyscy znali się albo ze szkoły, albo z podwórka. Nie przyjmowali żadnego nowego żołnierza z innego środowiska. Dlatego Baran nie miał praktycznie żadnej wiedzy na temat Zygmunta i jego kolesi. Dałem ci do studiowania jedynie podsumowanie śledztwa. Podejrzewam, że jest trochę przejaskrawione. Znacznie więcej jest w tych opasłych tomiskach. Trzeba je przeczytać, i to dokładnie.
Balicka przez chwilę zastanawiała się nad słowami komisarza.
– Zawsze dajesz tylko podsumowanie, dlaczego nie całość?
– Teraz masz całość. – Uśmiechnął się. – I przydzieliłaś nam, dlaczego? No dobrze – kontynuował już poważnie. – Odpowiem ci, dlaczego. Podsumowanie zawalonej sprawy zawsze wygląda bardzo dobrze. Prowadzący chce po prostu jak najbardziej wiarygodnie uzasadnić zakończenie śledztwa. Jeżeli potrafiłaś w takiej ubarwionej teczce znaleźć podstawy do wznowienia, to znaczy, że należy je podjąć. Ja też nie znam zawartości tych tomów i chętnie posłucham, co w nich znajdziecie – zakończył z szelmowskim uśmiechem.
– Nie myśl, że ci się uda wymigać od papierków.
– Przejmujesz kredę? – zapytał w odpowiedzi.
– Nie, zostawiam ją tobie.
Pokój sekcji zabójstw miał około czterdziestu metrów kwadratowych powierzchni. Trzy okna z widokiem na wewnętrzny plac usytuowane były na wschodniej ścianie. Na przeciwległej wisiały dwie czarne tablice szkolne, które można było w każdej chwili zasłonić kotarą. W jednym rogu stało biurko Kowalskiego, na środku, bliżej okien, pracowali Drab i Nowocień. Za nimi, bardziej w rogu, stały biurka Lalusie, Czipa i Balickiej. Wzdłuż ściany postawiono pięć szaf pancernych. Aspirant Czekalski miał do swojej dyspozycji dwie szafy ze względu na ilość wyposażenia, którym się opiekował. Dwie szafy miał także kierownik sekcji.
– Skoro jestem Housem, to odsłonię tablicę i zacznę pisać.
Komisarz wstał i podszedł do kotary, rozsunął ją na boki i wziął do ręki kredę. Napisał na tablicy: Karol Sawicki. Zakreślił dookoła nazwiska kółko i od niego kreski. Nad każdą napisał kilka słów: rodzina, krąg znajomych, zajęcie, miejsca pobytu, kobieta(y). Kilka kresek nie opisał. Następnie od poszczególnej linii nakreślił kilka odchodzących. Przy rodzinie dopisał: ojciec, macocha, siostra, wujek. I znowu zostawił parę wolnych. Przy kobiecie postawił znak zapytania.
– Tyle napisałem sam, resztę dopiszecie, gdy przestudiujecie akta. Doskonale wiecie, co napisać i gdzie.  
Odłożył kredę na półeczkę pod tablicą i usiadł na swoim krześle.
Komisarz Balicka wstała i podeszła do tablicy. Na drugim jej końcu napisała: Majcher. Również otoczyła kołkiem i dorysowała linie. Nad jedną z nich umieściła słowo: kontakty.
– Wiemy, że Majcher zabił Sawickiego. Nie było to przypadkowe morderstwo, musimy ustalić powiązania między nimi. Poszukajmy, czy kiedykolwiek wcześniej spotkali się osobiście, czy mieli jakieś wspólne interesy. Najważniejsze jest jednak ustalenie tego. – Ponownie wzięła kredę i napisała słowo: zlecenie. – Oczywiście nie mamy pewności, że to zlecenie, o którym mówiło źródło Draba, jest zleceniem zabójstwa. Wiemy, że dostał zadatek, duży zadatek. Pytanie: gotówką czy w innej postaci? Skupmy się na początku na ofierze i mordercy. Najpierw pogrzebiemy w papierach, a potem poszukamy tego, co nam brakuje w terenie.
Zabrali się do pracy. Komisarz Kowalski przyglądał się tablicy, po kilku minutach wstał i opuścił pokój. Wrócił po kwadransie, niosąc stojak, do którego przyczepione były arkusze papieru.
– Nie zmieścimy się na tablicach – wyjaśnił, ustawiając przyniesiony zestaw obok swojego biurka.
Po godzinie zaczęli dopisywać na tablicach informacje. Kowalski czasami podchodził do oficera, który umieścił według jego oceny istotne fakty, i prosił o pokazanie źródła informacji. Jeżeli była ważna, wyrywał ją z akt i zabierał. Nie przejmował się, że w ten sposób niszczy materiały archiwalne.
– Bronek, będę musiała je zwrócić – zaprotestowała Balicka.
– Nie przejmuj się, prowadzisz nowe śledztwo pod kryptonimem „Strata” i co włożysz do teczki? Zbieram materiały, potem wstawimy na ich miejsce kartkę z informacją, że zostały przeniesione.
– Przecież tak nie można. Należy skopiować.
– Baśka, nie mamy czasu na pierdoły. Będziesz latała i kopiowała, to zajmuje czas i po chwili zapomnisz, co skopiowałaś i dlaczego. Co jest ważniejsze? Wyjaśnienie sprawy czy porządek w papierach? Masz przed oczami uporządkowane, ładnie opisane śledztwo i gówno z tego wynika.
Spojrzała na szefa i ręce jej opadły. Już sobie wyobrażała, co ją spotka, gdy będzie zwracała akta. Widząc jej minę, Kowalski powiedział:
– Nie martw się. Pogadasz z sekretarką i będzie załatwione. Wystarczy, że zapytasz się czy mogłaby, znaleźć jakąś specjalistkę od archiwalnych akt. Będzie wiedziała, o co chodzi. Już parę razy prosiłem o dziewczynę.
– Koniec pracy – ogłosił Laluś. – Miałem dzisiaj odpoczywać, a nie zapierdalać. Godzina piętnasta pięćdziesiąt i jak każdemu pracownikowi administracji państwowej po ośmiu godzinach intensywnej pracy należy mi się wypoczynek. Jutro piątek i dokończę mój stosik. A teraz lecę szykować się na bibkę z panną BB.
Komisarz spojrzała na zegarek, a następnie na tablicę. Była już w połowie zapisana.
– Okej, spotykamy się o dwudziestej. – Podeszła do ściany i zasunęła kotarę.
Wszyscy po kolei opuścili biuro. Jak zwykle ostatni wyszedł Kowalski, po zamknięciu drzwi zaplombował je.
Przed wyjściem z komendy na komisarza czekała Balicka.
– Zapomniała ci powiedzieć, że Maniuś przestudiował otwarcia Karpowa i masz to wziąć pod uwagę.
– A ja Kasparowa. Co tydzień w soboty, jeżeli nie mamy pracy, rozgrywamy wieczorem partyjkę szachów. Ostatnio udało mi się wygrać trzy razy z rzędu, ale nadal jestem do tyłu. Jedziesz pochować rybki?
– Znasz oficera dyżurnego?
Kowalski uśmiechnął się.
– Maniuś ci powiedział. A to znaczy, że mu się spodobałaś, kariera stoi przed tobą otworem. Lecę, bo mi tramwaj ucieknie, do zobaczenia wieczorem.
Chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała, widząc szybko oddalającego się komisarza. Kilkakrotnie proponowała mu podwiezienie do domu, ale zawsze odmawiał. Bronił się koniecznością dokonania zakupów. Wiedziała, gdzie mieszkał. Wracając do domu, przejeżdżała obok kamiennicy Szefa. Kowalski posiadał samochód, ośmioletniego golfa, ale rzadko przyjeżdżał nim do pracy. Zdecydowanie wolał półgodzinną jazdę tramwajem. Dzisiaj nie musiał wysiadać na przystanku wcześnie, aby odwiedzić ulubiony sklep spożywczy. Lodówka była w miarę zaopatrzona, a z późnego obiadu zrezygnował, mając w perspektywie kolację w restauracji.
Balicka wsiadła do toyoty i pojechała do Lasu Kabackiego pochować rybki. O osiemnastej wróciła do mieszkania w nowym apartamentowcu. Nabyła je dwa lata temu. Pomogli jej rodzice: ojciec, profesor uniwersytetu, i matka, lekarz diabetolog. Windą wjechała na ostatnie piętro, po wejściu do środka przygotowała kąpiel, kilkanaście minut później relaksowała się w wannie.
Komisarz dotarł do domu tuż przed siedemnastą, po drodze zajrzał do księgarni. Poszukiwał dwóch książek fantasy, które powinny już się ukazać. Był fanem tego gatunku prozy, uważał, że czytanie fantastyki rozwija możliwości abstrakcyjnego rozumowania, ćwiczy umysł, a przede wszystkim odrywa od brutalnej rzeczywistości.
W przedpokoju zostawił kurtkę i buty, nałożył kapcie i wszedł do kuchni. Mieszkanie urządzała zmarła żona, gdy odeszła, nic w nim nie zmienił poza wydaniem w ramach akcji PCK całej odzieży. To, co nie bardzo się nadawało po prostu wyrzucił. Wyrzucił także wszystkie jej buty, kapcie i kosmetyki. Szwagierka raz go odwiedziła i gdy zobaczyła to spustoszenie, pokłóciła się z Kowalskim. Zarzuciła mu, że bardzo szybko przygotował mieszkanie dla nowej kobiety. Nie próbował się bronić, stwierdził jedynie, że się myli. Od tego czasu nie utrzymywali kontaktów.
Postawił czajnik na kuchence gazowej i nasypał kawy do szklanki. Gdy już zalał wrzątkiem, przeniósł się do dużego pokoju. Osiemnaście lat temu otrzymał dwupokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze w starej kamiennicy. Przez kilka lat było mieszkaniem służbowym, a potem je wykupili za stosunkowo niską kwotę. W salonie na ścianie wisiał czterdziestocalowy telewizor, pod nim na niskim, długim stoliku stał zestaw radiowy. Kowalski pilotem uruchomił jedną ze stacji nadającą muzykę. Rzadko kiedy oglądał telewizję, przeważnie filmy fantastyczne lub kryminały, ale tych nie było wiele. Sensacyjnych nie znosił. Po przeciwnej stronie wisiał obraz olejny namalowany przez jakiegoś studenta akademii sztuk pięknych. Na podłodze leżał dosyć duży gruby dywan. Na jego środku stał stolik, a na stoliku szachownica z rozstawionymi kilkoma figurami, czarny król był przewrócony. Obok szachownicy leżał zamknięty laptop oraz książka z włożoną zakładką. Postawił szklankę na małej serwetce i usiadł na kanapie. Nim to jednak zrobił, zdjął z paska kaburę z pistoletem i położył na półce pod stolikiem. Obok kanapy z dwóch stron stały fotele. W mieszkaniu nie było żadnych roślin, wszystkie już dawno uschły. Przy najkrótszej ścianie, począwszy od drzwi do rogu, stały trzy biblioteczki zapełnione książkami. W pokoju nie było żadnej półki, barku z alkoholem. Tylko książki, żadnych fotografii. Okno balkonowe wychodziło na ulicę. Kowalski nigdy nie wychodził na balkon i nie otwierał drzwi. Wietrzył pomieszczenie, uchylając połówkę okna.
Ściszył radio, muzyka ledwo dobiegała do uszu, i zaczął czytać książkę. Od czasu do czasu spojrzał na zegar wyświetlany na dekoderze.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(17-12-2016, 23:05)burak napisał(a): – Nie spodziewałem się, że w sekcji zabójstw pracują tak piękne kobiety. Jestem pod wrażeniem. Świetnie pani wygląda w mundurze – mówiąc to (przecinek) uśmiechnął się pod nosem.

(...)Nie znam takiej – mówiąc to(przecinek) dokładnie przyglądał się Balickiej.

(spacja)Każdemu nowemu pracownikowi przed przydzieleniem śledztwa robi swojego rodzaju test, tylko po to, aby zapamiętał „pierwszą sprawę”. Wiedział, że otrzyma pani tę szansę dzisiaj. Akcja komar(Zapisałabym tego komara dużą literą i w cudzysłowie – w końcu jest to nazwa akcji) musiała mieć miejsce wczoraj, dlatego poprosił oficera dyżurnego, notabene swojego kumpla, o zlecenie interwencji na mieście.

– Dziękuję (przecinek)panie komendancie(przecinek) za wznowienie śledztwa.

– Korzystaj (przecinek)dziewczyno – pozwolisz, jesteś taka młoda – z nauk komisarza Kowalskiego tak długo, jak długo wytrzymasz w sekcji zabójstw.

Gdy tylko zamknęła drzwi(przecinek) usłyszała sekretarkę.(dwukropek zamiast kropki)

Rzuciła akta na biurku(biurko) i nachyliła się nad Czipem.

Drab podniósł do góry rękę.(rękę do góry)

Czekali godzinę (przecinek)nim wróciła Balicka z wózkiem pełnym akt.

– Nareszcie wygląda tak, (zbędny przecinek)jak powinno. Komisarzu(przecinek) przejrzyjcie akta i wynotujcie wszystko na temat rodziny Sawickiego.

Gdy zakończył(przecinek) okazało się, że cztery liczył po sześć teczek(przecinek) a piąta jedną, spis pozostałych.

Ostatni, największy (przecinek)przypadł aspirantowi Czekalskiemu.

(akapit)Komisarz Kowalski wyjął z szuflady notatnik i opuścił pokój.

Beata, czterdziestodwuletnia, korpulentna blondynka(przecinek) od ponad dwudziestu lat dzierżyła wszystkie sprawy i pracowników w swoich rękach.

Bożena tydzień temu skończyła trzydzieści dwa lata i była kochanką naczelnika. Oczywiście starali się to utrzymać w tajemnicy, co było praktycznie nie do zrealizowania. To był przecież wydział kryminalny, w którym pracowało blisko stu funkcjonariuszy w ośmiu sekcjach.

– Cześć(przecinek) Szrama, w normalnym.

(...)Nie wiem, Kowalski(przecinek) i nie chcę wiedzieć, co to za sprawa, ale skoro zostaliście wyłączenie(wyłączeni) z prac wydziału, to możecie opuścić naradę i zająć się tą sprawą.

Kowalski wstał, zabrał notatnik, którego nie zdążył otworzyć(przecinek) i opuścił gabinet. Nie omieszkał okazać, jak bardzo jest(był) zadowolony z takiego obrotu sprawy.

– Tak jakoś wyszło, pani Beato(kropka) – Kowalski nie pozwalał sobie na poufałość w rozmowie z sekretarką, szanował ją i zawsze był wobec niej szarmancki,(zbędny przecinek) mimo próśb o kawę.

(...)Trochę mała,(zbędny przecinek) jak na tak doskonale zaplanowaną akcję.

– O, kurcze(ę) – wyrwało się Balickiej.

(...)Wrócili dwa dni po morderstwie,(zbędny przecinek) na wiadomość przekazaną przez brata Sawickiego.

– Miał do niego telefon, a nie utrzymywał kontaktów? – Z(z)auważyła Balicka.(Jak dla mnie posiadanie czyjegoś numeru wcale nie jest jednoznaczne z utrzymywaniem kontaktu. Ja mam w telefonie dużo numerów, a używam stale może trzech, czterech z nich :p Trochę mi więc średnio pasuje taki motyw dla rzucenia na kogoś cienia podejrzeń)

– Jaki? – zapytała komisarz, a po chwili dodała.(dwukropek zamiast kropki) – Nie, nie masz żadnego dylematu.

(...)A teraz (przecinek) chłopaki do roboty.

Nadkomisarz Teodor Drabiński, (zbędny przecinek)nie pozwalał zwracać się do siebie po imieniu.

(...)Trzy dni po zabiciu,(zbędny przecinek) zginął w strzelaninie na Powiślu.

(...)Majcher był członkiem tej małej bandy, (zbędny przecinek)zajmującej się kradzieżą samochodów.

(...)Trzeba je przeczytać(przecinek) i to dokładnie.

– Teraz masz całość(kropka) – u(U)śmiechnął się.

Prowadzący chce po prostu,(zbędny przecinek) jak najbardziej wiarygodnie uzasadnić zakończenie śledztwa. (...) Ja też nie znam zawartości tych tomów i chętnie posłucham, co w nich znajdziecie. (zbędna kropka)– Z(z)akończył z szelmowskim uśmiechem.

W jednym rogu stało biurko Kowalskiego, na środku, bliżej okien(przecinek) pracowali Drab i Nowocień. Za nimi, bardzie(bardziej) w rogu, stały biurka Lalusie(a), Czipa i Balickiej. Za nimi postawiono pięć szaf pancernych. Aspirant Czekalski miał do swojej dyspozycji dwie szafy,(zbędny przecinek) ze względu na ilość wyposażenia, którym się opiekował.

(od nowej linijki)Odłożył kredę na półeczkę pod tablicą i usiadł na swoim krześle.

(...)Poszukajmy, czy kiedykolwiek wcześniej spotkali się osobiście, czy mieli jakieś wspólne interesy?(kropka – to nie jest zdanie pytające) Najważniejsze jest jednak ustalenie tego.

Po godzinie zaczęli umieszczać na tablicach informacje. Kowalski czasami podchodził do oficera, który umieścił według jego oceny istotne fakty (przecinek)i prosił o pokazanie źródła informacji.

Wyjaśnienie sprawy,(zbędny przecinek) czy porządek w papierach? Masz przed oczami uporządkowane, ładnie opisane śledztwo i gówno z tego wynika.

Widząc jej minę(przecinek) Kowalski powiedział:

(...)Wystarczy, że zapytasz się, czy mogłaby,(zbędny przecinek) znaleźć jakąś specjalistkę od archiwalnych akt? (kropka – to nie jest zdanie pytające) Będzie wiedziała, o co chodzi.

– Okej, spotykamy się o dwudziestej(kropka)– p(P)odeszła do ściany i zasunęła kotarę.

Jak zwykle ostatni wyszedł Kowalski, po zamknięciu drzwi, (zbędny przecinek)zaplombował je.

(akapit)Przed wyjściem z Komendy(komendy – nie jest tu mowa o nazwie własnej, jak sądzę) na komisarza czekała Balicka.

Kilkakrotnie proponował(a) mu podwiezienie do domu, ale zawsze odmawiał.

Wracając do domu(przecinek) przejeżdżała obok kamiennicy Szefa.

Kowalski posiadał samochód, ośmioletniego Golfa(golfa), ale rzadko przyjeżdżał nim do pracy.

(akapit)Balicka wsiadła do toyoty i pojechała do Lasu Kabackiego pochować rybki.

Pomogli jej rodzice,(Pasowałby dwukropek zamiast przecinka) ojciec, profesor uniwersytetu(przecinek) i matka, lekarz diabetolog. Windą wjechała na ostatnie piętro, po wejściu do środka,(zbędny przecinek) przygotowała kąpiel, kilkanaście minut później relaksowała się w wannie.

(akapit)W przedpokoju zostawił kurtkę i buty, nałożył kapcie i wszedł do kuchni.

Mieszkanie urządzała zmarła żona, gdy odeszła(przecinek) nic w nim nie zmienił poza wydaniem w ramach akcji PCK całej odzieży.

To(przecinek) co nie bardzo się nadawało po prostu wyrzucił.

Szwagierka raz go odwiedziła i gdy zobaczyła to spustoszenie(przecinek) pokłóciła się z Kowalskim. Zarzuciła mu, że bardzo szybko przygotował mieszkanie dla nowej kobiety. Nie próbował się bronić, stwierdził jedynie, że się myli. Od tego czasu nie utrzymują(nie utrzymywali) kontaktów.

Gdy już zalał wrzątkiem(przecinek) przeniósł się do dużego pokoju.

W salonie na ścianie wisiał czterdziestocalowy telewizor, pod nim na stoliku tv (Jeśli już, to "stoliku TV". Ale mnie średnio leży takie określenie, wolałbym normalny stolik i już :p) stał zestaw radiowy.

Przy najkrótszej ścianie, począwszy od drzwi do rogu(przecinek) stały trzy biblioteczki zapełnione książkami.

Wietrzył pomieszczenie (przecinek)uchylając połówkę okna.

Ściszył radio, muzyka ledwo dobiegała do uszu(przecinek) i zaczął czytać książkę.

W zasadzie cały fragment mi się podobał oprócz zakończenia. Te skrupulatne opisy wnętrza wraz z dokładnymi wymiarami balkonu są według mnie okropnie nudne, wybacz. Takie opisy moim zdaniem bardziej przeszkadzają niż pomagają. Mnie znacznie więcej mówią o pomieszczeniach opisy tego, jakie wrażenie ono sprawia, a nie dokładnie wypisywanie "tu na tym stało to, tam to, obok tego tamto, a na dywanie 2x5 stał stolik". Rozumiem opisanie położenia ważniejszych elementów, ale trzeba w tym zachować umiar, a nie podawać wszystko naraz.

Tyle ode mnie na dzisiaj. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#8
Dziękuję, poprawki naniosłem.
Piszę na bieżąco i nie mam żadnego planu co dalej, poza ogólnym zarysem na rozdział, góra dwa do przodu.
Tak właśnie jest z owym malutkim balkonem. Gdy to pisałem, pomyślałem, że może przyda mi się w dalszej opowieści mały, nigdy nieotwierany balkon. Taki, gdy go ktoś spróbuje z zewnątrz otworzyć narobi hałasu. Być może będę musiał potrzebować ostrzeżenia. Nie wiem. Nie lubię wracać do napisanego tekstu. Takie "nadopisy" czasami mi podpowiadają co dalej. Może mi się przydać, gdyż już jutro, po kolacji wprowadzę drugie śledztwo i to znacznie poważniejsze i bardziej niebezpieczne. Tyle już wiem. I mój pomysł powstał dwa dni wcześniej, niż to co stało się w Berlinie. Myślę o zamachu, ale innym, w innym wymiarze, w innych okolicznościach. Nie, więcej nie zdradzę, bo... sam nie wiem.
No to pora na kolację.

Rozdział III – Kolacja

Pół godziny przed umówioną kolacją komisarz Barbara Balicka założyła dżinsy. Zdecydowała się na nie tylko z powodu uniknięcia komentarzy kolegów. Po pracy zawsze przebierała się w spódniczkę lub sukienkę. Spodnie traktowała jako ubranie służbowe. Do pracy wybierała ubiór nierzucający się w oczy, zwykłe dżinsy bez jakichkolwiek przetarć, szare bluzki lub koszule. Gdy miała wolne, ubierała już się jak każda młoda kobieta w jej wieku. Długo przeglądała szafę, nim podjęła decyzję. Zdecydowała się na koszulę w kratę. Nałożyła ją, nie zapięła wszystkich guzików. Pozwoliła, aby powstał dekolt delikatnie odsłaniający piersi. Nosiła staniki w rozmiarze C i nie wstydziła się swoich piersi. Zdawała sobie sprawę, że są doskonale ukształtowane. Szybko poprawiła delikatny makijaż, przeglądając się w toaletce ustawionej w sypialni. Wyszła do przedpokoju, nałożyła buty sportowe i ciepłą kurtkę. Październik tego roku nie należał do ciepłych. Wyszła za dziesięć dwudziesta, po pięciu minutach weszła do restauracji.
W szatni zostawiła kurtkę, po chwili usiadła przy barze.
– Gdzie jest Paweł? – zapytała barmana.
– Kończy przygotowanie salki dla was, zaraz przyjdzie. – Barman przyglądał się Barbarze, znał ją i wiedział, że była kuzynką właściciela. Po raz pierwszy zobaczył ją w spodniach, ale nie skomentował, nadal czyścił kieliszki.
– Mało klientów jest dzisiaj – stwierdziła, rozglądając się po sali.
– Czwartek, interes zacznie kwitnąć jutro. Praktycznie do poniedziałku mamy mnóstwo roboty. Dzisiaj klienci zgłosili jedną rezerwację i druga wasza.
Restauracja „Pod śledzikiem” wbrew nazwie nie była zwykła knajpą. Składała się z trzech oddzielnych, zamykanych salek mogących pomieścić od dziesięciu do dwudziestu klientów oraz z sali barowej z kilkoma stolikami, wokół których rozstawiono wygodne kanapy i fotele. Pomiędzy nimi stały półtorametrowe parawany. Nad barem wisiał duży telewizor, powieszony w celu przyciągnięcia gości preferujących zbiorowe oglądanie atrakcyjnych transmisji sportowych. W barze panował półmrok, delikatne niebieskie światło zlewało się z czerwonym, oświetlającym rząd butelek i wiszących kieliszków.
– Już jesteś – zauważył właściciel restauracji. Podszedł do Barbary i pocałował ją w policzek. – Chcesz wejść do salki czy poczekasz tutaj na gości?
– Poczekam, zaraz powinni się pojawić. Czy wszystkie pozycje z menu są dostępne?
– Oczywiście, jak możesz we mnie wątpić? Pierwszy raz przyjmujesz kolegów, nie mogę cię zawieść. – Uśmiechnął się, a po chwili spoważniał. – Czy zamówicie alkohol?
– Tak, widziałeś niepijących policjantów?
– Tutaj nie przychodzą twoi koledzy z pracy. Jeżeli bywają, to się nie przedstawiają. Nasi goście są raczej spokojni, nie pozwalam wnosić własnych trunków. Poza tym nie jesteśmy tanią restauracją, coś za coś.
– Ile będzie mnie to kosztowało? − zapytała. − Nie chcę, abyś mnie puścił z torbami − dodała z uśmiechem. Wiedziała, że sprawiła mu tym przyjemność.
– Masz zniżkę rodzinną, więc nie puszczę cię w skarpetkach. Sądzę, że rachunek nie przekroczy tysiąca − wyjaśnił.
– Przygotowałeś menu bez cennika?
– Tak, staram się spełniać każde życzenie klienta – odpowiedział lekko zażenowany. Czuł się trochę niezręcznie. To nie była komfortowa sytuacja dla restauratora – podawanie karty dań bez umieszczonych cen.
Balicka zauważyła jego reakcję.
– Nie denerwuj się, ja często bywam u ciebie i znam ceny.
Dalszą rozmowę przerwało im wejście gości do baru. Przyszli w komplecie, kurtki zostawili już w szatni. Kowalski był bardzo uczulony na punktualność. Nauczył też tego swoich podwładnych. W tej pracy, każde spóźnienie mogło oznaczać nieszczęście. Balicka przywołała ich ręką i zwróciła się do kuzyna:
– Prowadź.
– Witam panów, na imię mam Paweł. Zapraszam do sali.
– Jesteśmy punktualni. Od razu mówię, że przyjechaliśmy taryfami, tylko Szrama przywędrował pieszo – poinformował Drab.
– Dla ciebie zamówiłam wiadro, nie musiałeś mnie uprzedzać – odpowiedziała z uśmiechem.
– Żartowałem, jutro nasz nowy szef przywita nas z alkomatem, a jest cholernym służbistą – zrewanżował się. – Prowadź waść.
Paweł zaprowadził ich do najmniejszej sali znajdującej się w najdalszej części restauracji. Na środku pomieszczenia o nie za dużych wymiarach stał okrągły stół, a przy nim sześć krzeseł. Podszedł do stojącego po lewej stronie od wejścia i odsunął je zapraszając kuzynkę. Usiadła, obok niej zajęli miejsca Laluś i Czip, ten ostatni siedział tyłem do wejścia. Dokładnie naprzeciwko Balickiej usadowił się Kowalski, po jego prawej stronie Drab. Nowocień rozdzielił Szramę i Czipa.
Na stole stały już talerzyki z pokrojonym wędlinami, salaterki oraz szklane miski z owocami, butelki z wodą mineralną oraz szklanki. Przed każdym ustawiono talerze z nałożonymi śledzikami z cebulą przyprawioną w occie oraz kieliszki do wódki.
Do salki weszło dwóch kelnerów, Paweł dyskretnie opuścił pomieszczenie.
– Proszę zapoznać się z menu − jeden z kelnerów zwrócił się do gości, a drugi w tym czasie podawał karty dań. − Ponieważ jest to okazjonalne spotkanie, zgodnie z naszą tradycją informujemy jedynie o naszej ofercie.
Balicka natychmiast zareagowała na tę niezręczną sytuację.
– Wybaczcie mi, ale nie znam waszych preferencji smakowych. Przez te trzy miesiące poznałam tylko te spod znaku KFC i McDonald's. aweł jest moim kuzynem i mam tu rabat rodzinny. Zaprosiłam was na obiadokolację i chcę, abyście się najedli, próbując kuchni kuzyna.
Szrama wspomógł ją, dorzucając kilka słów:
– Dobrze wiecie, że bardzo chętnie przyjmuję wszelkie dowody wdzięczności ze strony podwładnych. Ostatnio coś opuściliście się jak baranie jaja w tym względzie, ale mam nadzieję, że zmądrzejecie. No to tak – zaczął, przeglądając menu – golonka po bawarsku, co najmniej pięćset gram, chrzan, zestaw surówek i butelkę skandynawskiej wódki. Potem herbatę i od razu kawę po turecku ze śmietanką. – Skończył i oddał kartę dań kelnerowi.
Po chwili każdy zamówił bez zbędnego ociągania. Drab praktycznie powtórzył zamówienie szefa, Nowocień poprosił o placek po węgiersku, pozostali rumsztyk z pełnym zestawem przystawek. Jedynie Balicka nie czytała karty dań.
– Dla mnie to, co zawsze – poprosiła z uśmiechem, a po chwili dodała: – I drugą butelkę tego samego.
– Nie powiesz nam, co zamówiłaś? – zapytał Drab.
– Nie chcę popsuć wam apetytu, nim zobaczycie swoje talerze.
Wrócił jeden z kelnerów i przyniósł dwie butelki alkoholu.
– Mamy wódkę i zakąskę, kto poleje? – zapytała.
– Najmłodszy – odpowiedział Kowalski. – Lej waść – zwrócił się do Czipa.
Czip napełnił sześć kieliszków i odstawił butelkę na stole. Wszyscy podnieśli pięćdziesięciogramowe naczynia i spojrzeli na gospodynię. Czekali przez chwilę.
– Co? Ja? – zapytała bardzo zdziwiona.
– Oczywiście – odpowiedzieli chórem. – Tylko ty możesz wznieść pierwszy toast za sprawę. Na pewno będzie szczery – dodał Kowalski.
Spojrzała po kolei na każdego, lekko się uśmiechnęła i powiedziała:
– Za nas.
Podniosła kieliszek do góry i wypiła do dna, nie skrzywiła ust. Pozostali zrobili to samo, przegryźli śledzikiem.
– Nie znam tej restauracji, kiedy została zaczęła działalność? – zapytał Drab, nim Balicka zdążyła odpowiedzieć, dodał: – Co prawda nie bywam w tak ekskluzywnych lokalach.
– Rok temu kuzyn wrócił z Anglii, przebywał tam trzy lata, od razu zaczął poszukiwania odpowiedniego lokalu. Zdobyte doświadczenie chciał wykorzystać w kraju. Dopiero rozkręca interes, ale jest na dobrej drodze.
Rozpoczęli degustację dań, by po chwili spożywać je z wielkim apetytem.
– Baśka, po pracy zajrzałem do sieci i znalazłem coś interesującego – rozpoczął Czip.
Kowalski spojrzał na niego i skomentował:
– Czy musicie przy kolacji rozmawiać o robocie?
Odczekał kilkanaście sekund i widząc zniecierpliwienie aspiranta, powiedział:
– Skoro musisz, to mów co takiego znalazłeś.
Ten uśmiechnął się i kontynuował:
– Dwa lata temu jakiś szmatławiec napisał, że do starego Sawickiego zgłosiła się młoda dziewczyna, twierdząc, że został dziadkiem. Dziennikarz usiłował zdobyć komentarz rodziny, uzyskał jedynie informację potwierdzającą o kilku takich przypadkach. Żadna z rzekomych matek nie chciała zezwolić na badanie genetyczne dziecka. Sprawa ucichła.
Balicka uważnie wysłuchała i stwierdziła:
– No to mamy nowy trop, powinniśmy dobrze przyjrzeć się wszystkim znajomym ofiary, a przede wszystkim jego dziewczynom. Trzeba zajrzeć do materiałów stołecznej, może coś tam mają na ten temat.
– To może być ślepy trop – zauważył Laluś. – Gdyby coś było na rzeczy, to już wiedzielibyśmy o tym z prasy. Taka fortuna zawsze wywleka z nor hieny cmentarne. Sawicka jest w pierwszej setce najbogatszych Polaków.
– Przejrzę wszystkie nienaturalne zgony kobiet w przedziale wiekowym szesnaście-trzydzieści lat, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich dwóch lat – wtrącił Drab.
– Sugerujesz kolejne morderstwo? – zapytała komisarz.
– Nic nie sugeruję, ale skoro założyłaś, że szukamy motywu „straty”, to się mieści w tym kryterium poszukiwań. Teraz widzisz, że to nie będzie proste śledztwo.
Kowalski nie uczestniczył w dyskusji, niemniej uważnie się przysłuchiwał, konsumując golonkę. Czekał i zastanawiał się, jakie decyzje podejmie Baśka.
– Nie spodziewam się prostego i szybkiego śledztwa. Dopiero zaczynamy. Czip, lepiej polej na drugą nóżkę. Mam starszego brata, marynarza, więc znam kilka biesiadnych wezwań do wypicia.
Wywołany wstał i ponownie napełnił kieliszki. Laluś pierwszy chwycił i wzniósł toast:
– Za tych na morzu.
– Starszy czy młodszy? – zapytał Nowocień.
– Starszy o dwa lata, jest trzecim oficerem i mieszka z rodziną w Gdańsku. Pół roku w morzu, pół roku w domu. Ciocia Basia odwiedza braciszka, gdy ma urlop. Mają dwoje uroczych bliźniąt.
– A w innych portach też ma?
– Laluś, mój braciszek jest bardzo ustatkowanym mężem. Jest twoim przeciwieństwem.
– Dlaczego od razu przeciwieństwem? Ja też jestem ustatkowanym kawalerem. Nie mam zamiaru żenić się i dać zniewolić tak jak nasz starszy kolega.
– Ty po prostu mi zazdrościsz. Wracam do domu, a tu obiadek czeka, dzieci opuściły już gniazdo, więc mam spokój i ciszę. Nie muszę maskować jakimiś damskimi pudrami śladów na szyi.
Laluś odruchowo przyłożył dłoń do szyi, czym wywołał salwę śmiechu.
– Nie muszę drżeć, gdy jakiś wkurzony małżonek stoi pod drzwiami z siekierą. Idąc rano do samochodu nie sprawdzam czy opon mi nie przebito lub wyryto na masce...
– Drab, nie rozkręcaj się – przerwał mu podkomisarz Śliwa. Chcąc odwrócić uwagę od siebie, zapytał:
– Baśka, masz chłopaka?
Nie odpowiedziała, zaskoczona pytaniem, po chwili lekko uśmiechnęła się do Lalusia. Jeszcze kilkakrotnie usiłował dowiedzieć się od niej czegoś na ten temat. Równie bezskutecznie. Prowadzili luźną rozmowę, często żartując i dokuczając sobie. Czasami jednak wracali do prowadzonego śledztwa.
– Bronek, mam prośbę. – Drab, ściszył głos, zwracając się bezpośrednio do przełożonego. – Za tydzień w piątek będzie Wszystkich Świętych. Kaśka naciska, abyśmy pojechali na groby do Poznania.
Żona nadkomisarza urodziła się w Poznaniu, Warszawianką została po studiach, gdy przeniosła się do pracy w ministerstwie rolnictwa. Dwa lata później poznała Draba, pobrali się po roku znajomości. Mieli dwoje dzieci, starszy syn wyjechał do Stanów na stypendium naukowe i już tam pozostał. Młodsza córka mieszkała w Krakowie. Wyszła za mąż i była sędzią sądu rejonowego.
– Nie ma sprawy, ile potrzebujesz dni?
– Tylko czwartek, w weekend poświąteczny nie mam dyżuru.
– Oficjalnie będziesz w terenie, nie występuj o urlop.
Kowalski sięgnął po papierosa, pół godziny temu gospodyni spotkania pozwoliła palić, ale nikt jeszcze nie skorzystał z zezwolenia. Drab szybko się zorientował i zakończył rozmowę. Wiedział, że Bronek wpadł na jakiś pomysł. Zapalił i puścił w górę kółko z dymu. Po minucie powiedział:
– W przyszły czwartek nie będzie Draba, wyjeżdża do Poznania. – Teraz spojrzał na Balicką i dokończył zdanie – odwiedzić groby teściów.
Komisarz spojrzała na niego uważnie.
– Kto ma teczkę z materiałami operacyjnymi z pogrzebu Sawickiego? – zapytała.
– Ja – odpowiedział Nowocień. − Przejrzałem pobieżnie fotki, na pogrzebie była cała rodzina. Macocha i siostra miały założone ciężkie czarne welony, nie widać ich twarzy. Jutro dam ci te zdjęcia.
– Gdzie go pochowali? – zapytała. Zrozumiała, dlaczego Kowalski rzucił uwagę o święcie.
– Na Cmentarzu Wolskim.
– Dzięki. Jacek − zwróciła się do aspirata Czekalskiego. − Jutro rano przygotujesz sprzęt i pojedziemy na cmentarz. Sprawdzimy, w jakim stanie jest grób i czy przez te trzy lata ktoś o niego dbał. Jeżeli stwierdzimy, że jest zadbany zamontujesz kamerkę reagującą na ruch. Lepiej wiesz, jak to zrobić. Zbliża się pierwszy listopada. A teraz polej, jeszcze trochę zostało.
Więcej już nie rozmawiali na tematy służbowe. Balicka kilkakrotnie uważnie obserwowała Kowalskiego, a ten udawał, że tego nie dostrzega. Także Drabiński zorientował się w wybiegu szefa.
Tuż przed północą alkohol się skończył, ale nikt nie proponował zamówienia kolejnej butelki. Nigdy w środku tygodnia nie pozwalali sobie na libacje. Jutro o ósmej zaczynali pracę.
− Chyba pora na spanie – stwierdziła komisarz. – Dziękuję wam, ale od jutra zapieprzacie.
− Tak jest, szefowo – zameldował Kowalski.
Wstali i razem opuścili salkę. Barbara podeszła do baru, za którym stał kuzyn, i przechyliła się przez kontuar. Przyciągnęła go i pocałowała w policzek.
– Dziekuję, świetnie gotujecie.
− Co ty możesz wiedzieć na ten temat, znasz jedynie smak sałatki z grillowanym kurczakiem.
– Ona jest doskonała, chłopcy jedli, aż uszy im się trzęsły. Lecę pożegnać się z nimi. Pa.
Pobiegła do szatni, wszyscy byli już ubrani, czekali na nią.
− Baśka, oni wracają taryfami, a ja odprowadzę cię pod blok. Mam po drodze...
− Bronek, sama chciałam ci to zaproponować. Dziękuję. Idziemy.
Wyszli przed restaurację, razem poczekali, aż przyjadą dwie taksówki. Kilka minut rozmawiali o menu, pochwalili kuchnię i poprosili, aby przekazała to kuzynowi.
− Macie swoje bryczki.
Trzech oficerów wsiadło do jednej, a Laluś do drugiej.
− Idziemy − stwierdziła Balicka, wkładając dłoń pod łokieć swojego szefa. − Powiedz mi, dlaczego sam nie poleciłeś założenia podglądu na cmentarzu.
− Ja? To twoje śledztwo i twój pomysł.
− Dziękuję, dobrze wiem, do czego zmierzałeś. Ja wpadłam na ten pomysł dopiero po twojej uwadze.
− Broniłaś się przed powiedzeniem, że masz chłopaka. Dlaczego?
− Skąd wiesz, że mam?
− Czytałem twoje akta.
− Nie, w aktach nie ma wzmianki o Robercie. Skąd wiesz?
− Dobrze, powiem. Musisz trochę popracować nad samokontrolą. Zauważyłem minimalne zmieszanie, drgnęła ci powieka przy pierwszym pytaniu Draba. Przy kolejnych byłaś już opanowana, mogę powiedzieć − perfekcyjnie. Specjalnie napisałem Maniusiowi o komarze. W sobotę dowiem się, jak cię ocenił. Na pewno sprawdzał, jak reagujesz na kłopotliwe pytania. Niedługo poprowadzisz poważne przesłuchania, musisz wychwycić reakcję rozmówcy. Wiem, że jesteś doskonale przeszkolona, ale pamiętaj − twój rozmówca też obserwuje i stara się zbić cię z tropu. Na pewno dojdzie do rozmowy z wdową po Sawickim, a to nie będzie łatwy przeciwnik. Posiada kolosalne doświadczenie zdobyte w trakcie prowadzenia tak dużego biznesu. Czym zajmuje się Robert? − zadając pytanie, uważnie przyglądał się partnerce.
Nie liczyła, że uzyska odpowiedź, a przynajmniej takie wytłumaczenie. Nigdy nie mówiła o swoim życiu prywatnym, teraz jednak odczuła potrzebę opowiedzenia.
− Jest lekarzem − odpowiedziała prawie natychmiast − anestezjologiem, pracuje w szpitalu MSW.
− Czy to coś poważnego?
− Coś taki ciekawy? − zapytała, przyjmując pozycję obronną. Jednak po chwili zrezygnowała i kontynuowała: − Obecnie poważna, ale nie wiem, czym się zakończy. Robert chce wyjechać do pracy w Norwegii, a mi to nie odpowiada. Wiesz... inna płaca, inna praca, czas dla rodziny i dzieci. Moja praca nie sprzyja jego planom. Musiałabym zrezygnować, a ja lubię tę robotę. Jesteśmy na miejscu. − Zakończyła, poczuła, że i tak za dużo powiedziała.
− Teraz lubisz, a co będzie za parę lat? − Kowalski nie dał jej tak łatwo zakończyć rozmowy na ten temat. − Zastanów się nad tym, czy warto poświęcić miłość dla zabójców. − Widząc, że jednak nie chciała rozmawiać, szybko dodał: − Spadaj, ja jeszcze mam dziesięciominutowy spacer. Do jutra.
Puściła jego ramię, uśmiechnęła się i odwróciła. Po chwili zniknęła za drzwiami. Kowalski poczekał, aż zapali się światło na klatce i powoli ruszył do domu. Po drodze przypominał sobie, jak to było na początku jego znajomości z przyszłą żoną. Do domu dotarł w pół do pierwszej. Przed położeniem się do łóżka wziął szybki prysznic.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#9
(21-12-2016, 00:08)burak napisał(a): Rozdział III – Kolacja

Spodnie traktowała,(zbędny przecinek) jako ubranie służbowe.

Gdy miała wolne(przecinek) ubierała już się jak każda młoda kobieta w jej wieku.

Pozwoliła, aby powstał dekolt,(zbędny przecinek) delikatnie odsłaniający piersi. Nosiła staniki w rozmiarze C, (zbędny przecinek)i nie wstydziła się swoich piersi.

Barman przyglądał się Barbarze, znał ją i wiedział, że jest(była) kuzynką właściciela.

(...)Dzisiaj klienci zgłosili jedną rezerwację,(zbędny przecinek) i druga wasza.

Składała się z trzech oddzielnych, zamykanych salek mogących pomieścić od dziesięciu do dwudziestu klientów oraz z sali barowej z kilkoma stolikami, wokół,(zbędny przecinek) których rozstawiono wygodne kanapy i fotele.

Nad barem wisiał duży telewizor, powieszony w celu przyciągnięcia gości,(zbędny przecinek) preferujących zbiorowe oglądanie atrakcyjnych transmisji sportowych.

– Chcesz wejść do salki, (zbędny przecinek)czy poczekasz tutaj na gości?

– Oczywiście, jak możesz wątpić we mnie.(Znak zapytania. I raczej mówi się: "we mnie wątpić") Pierwszy raz przyjmujesz kolegów, nie mogę cię zawieść.

− Nie chcę(przecinek) abyś mnie puścił z torbami − dodała z uśmiechem.

– Masz zniżkę rodzinną, więc nie puszczę cię w skarpetkach. Sądzę, że rachunek nie przekroczy tysiąca.(zbędna kropka) − W(w)yjaśnił.

To nie była komfortowa sytuacja dla restauratora (myślnik) podawanie karty dań bez umieszczonych cen.

W tej pracy,(zbędny przecinek) każde spóźnienie mogło oznaczać nieszczęście.

– Żartowałem, jutro nasz nowy szef przywita nas z alkomatem, a jest cholernym służbistą.(zbędna kropka) – Z(z)rewanżował się.

Paweł zaprowadził ich do najmniejszej sali,(zbędny przecinek) znajdującej się w najdalszej części restauracji.

Na środku pomieszczenia o wymiarach pięć na pięć metrów(Znów to co ostatnio. Nie wiem, może cierpię na damską przypadłość nieumiejętności wyobrażenia sobie dokładnych wymiarów, ale moim zdaniem w tekstach znacznie lepiej jest operować określeniami "duży", "mały", "wielki", "olbrzymi", "nie za duży" itd. albo stwierdzeniami "w sali mieścił się tylko/aż..." lub porównaniami) stał okrągły stół, a przy nim sześć krzeseł. Podszedł do stojącego po lewej stronie od wejścia i odsunął krzesło (przecinek)zapraszając kuzynkę.

(...)Przez te trzy miesiące poznałam tylko te spod znaku KFC i McDonald(apostrof)s.  
– Lej waść.(zbędna kropka) – zwrócił się do Czipa.

– Skoro musisz(przecinek) to mów, co takiego znalazłeś?(Kropka zamiast znaku zapytania. Chyba że po "mów" postawisz kropkę i zaczniesz potem nowe zdanie)

Kowalski nie uczestniczył w dyskusji, nie mniej(niemniej) uważnie się przysłuchiwał, konsumując golonkę.

– Starszy,(zbędny przecinek) czy młodszy? – zapytał Nowocień.

(...)Nie mam zamiaru żenić się i dać zniewolić tak,(zbędny przecinek) jak nasz starszy kolega.

(...)Idąc rano do samochodu(przecinek) nie sprawdzam, czy opon mi nie przebito lub wyryto na masce...

Nie odpowiedziała(przecinek) zaskoczona pytaniem, po chwili lekko uśmiechnęła się do Lalusia. Jeszcze kilkakrotnie usiłował dowiedzieć się od niej coś(czegoś) na ten temat.

– Bronek, mam prośbę(kropka) – Drab, ściszył głos, zwracając się bezpośrednio do przełożonego.

Żona nadkomisarza urodziła się w Poznaniu, w(W)arszawianką została po studiach, gdy przeniosła się do pracy w ministerstwie rolnictwa. Dwa lata później poznała Draba, pobrali się po roku znajomości. Mają(Mieli) dwoje dzieci, starszy syn wyjechał do Stanów na stypendium naukowe i już tam pozostał. Młodsza córka mieszka(mieszkała) w Krakowie. Wyszła za mąż i jest(była) sędzią sądu rejonowego.

– W przyszły czwartek nie będzie Draba, wyjeżdża do Poznania – t(T)eraz spojrzał na Balicką i dokończył zdanie – odwiedzić groby teściów.

(...)Sprawdzimy, w jakim stanie jest grób i czy przez te trzy lata,(zbędny przecinek) ktoś o niego

Jutro o ósmej zaczynają(zaczynali) pracę.

Barbara podeszła do baru, za którym stał kuzyn(przecinek) i przechyliła się przez kontuar.

− Maci(e) swoje bryczki.

(...)Czym zajmuje się Robert? − Z(z)adając pytanie, uważnie przyglądał się partnerce.

Jednak po chwili zrezygnowała i kontynuowała.(dwukropek) − Obecnie poważna, ale nie wiem, czym się zakończy.

− Teraz lubisz, a co będzie za parę lat? − Kowalski nie dał jej tak łatwo zakończyć rozmowę(rozmowy) na ten temat. − Zastanów się nad tym, czy warto poświęcić miłość dla zabójców?(kropka) − Widząc, że jednak nie chce(nie chciała) rozmawiać, szybko dodał.(dwukropek) − Spadaj, ja jeszcze mam dziesięciominutowy spacer. Do jutra.

Przed położeniem się do łóżka, (zbędny przecinek)wziął szybki prysznic.

Znów pojawiły się te przynudzające opisy – ubierania się i salki na przykład. Ja już swoje zdanie na temat opisów wypowiedziałam, więc nie będę się powtarzać. Rozumiem, że opisy Ci pomagają i jest to spoko. Ale nie zmienia to faktu, że czytającemu pomagać one wcale nie muszą. :)

Trochę nudnawo się zaczyna robić, akcja rozwija się dość powoli. Ale czytało się przyjemnie, więc czekam na kolejną część i nie marudzę. ;)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
Dziękuję.
Mówisz: nudnawo.
Każde śledztwo to bardzo nudna praca. Nudna, monotonna, ale czy taka powinna być książka? Chyba jednak nie.
Zatem wychodząc na przeciw zapotrzebowaniu trochę przyspieszymy akcję.

Rozdział IV − Pierwsze ustalenia

Za piętnaście ósma komisarz Kowalski podszedł do drzwi sekcji zabójstw. Zauważył, że plomba została zerwana. Ostrożnie je otworzył i wszedł do środka. Zobaczył komisarz Balicką czytającą akta.
− Cześć.
Komisarz gwałtownie podniosła głowę i spojrzała w jego kierunku.
− Witam, po wczorajszym spotkaniu trochę myślałam o rodzinie Sawickiego, zaczęłam dokładnie przeglądać informacje na jej temat. − Podniosła do góry akta. − Przeprowadzono rozmowę jedynie z ojcem i stryjem Karola. Oficer prowadzący sprawę we wnioskach z rozmowy ze starym Sawickim napisał: skonfrontować z żoną i córką. Jednakże do przesłuchania żony nie doszło.
− Czy jest uzasadnienie?
− Tak, zabito już mordercę. Uznano, że były to porachunki i nie ma czego szukać.
− A co chciał skonfrontować?
− Chyba wszystkie uzyskane informacje, nie napisał konkretnie.
Kowalski rozebrał się, kurtkę powiesił na wieszaku, zdjął też kaburę z paska i włożył do pierwszej szuflady. Nie był zadowolony z odpowiedzi Balickiej. Uważał, że zbyt pobieżnie potraktowała tę notatkę. Skoro oficer napisał, to znaczy miał jakiś powód, który niekoniecznie chciało mu się uzasadniać. Postanowił zwrócić uwagę Balickiej w inny sposób.
− Zróbmy harmonogram zdarzeń − zaproponował. Zabrał z kolejnej szuflady flamaster i podszedł do stojaka z arkuszami papieru. − Karol zginął osiemnastego października trzy lata temu, między godziną dwudziestą drugą a dwudziestą drugą trzydzieści. Został zastrzelony. Kula przebiła czaszkę. Na włosach były ślady po prochu, a więc oddano strzał w tył głowy z bardzo bliskiej odległości. Nie znaleziono łuski.
Na kartonie zapisał datę i godzinę śmierci.
− Zajmujemy się rodziną. Brat zadzwonił do starego dziewiętnastego października o godzinie dziesiątej rano naszego czasu.
Ponownie zapisał godzinę i datę, ale trochę niżej.
− Cała trójka powróciła do kraju dwudziestego pierwszego wieczorem. Dlaczego tak późno? − Postawił przy dacie powrotu znak zapytania.
Odszedł od stojaka, spojrzał, chwilę się zastanowił, a po chwili kontynuował.
− Dwa dni później, dwudziestego trzeciego w samo południe, zostaje zabity Majcher i jego kumpel. Jak on się nazywał?
− Zych, Marek Zych, pseudonim Wytrych.
− Kiedy rozmawiano z ojcem ofiary?
Balicka zajrzała do akt. Do pokoju pojedynczo przychodzili kolejni pracownicy i siadali przy swoich biurkach. Zarówno Balicka. jak i komisarz witali ich jedynie skinieniem głowy.
− Tego samego dnia o godzinie dziesiątej − odpowiedziała, czytając dokument. − Rozmowę przeprowadzono w jego biurze.
− Syn leżał w kostnicy, a ojciec poszedł do biura? − zastanowił się Kowalski, jednocześnie powyżej ostatniego zapisu umieścił czas i godzinę przesłuchania przy inicjałach ZS. − To wiemy z akt, już z nim nie porozmawiamy na ten temat. Powiedziałaś, że przesłuchano stryja. Czy powiedział coś interesującego?
Komisarz odszukała protokół z przesłuchania, chciała dokładnie go zreferować.
− O zabójstwie usłyszał rano w lokalnych wiadomościach i od razu zadzwonił do brata. Rozmawiał bardzo krótko, poinformował go, że Karol został zastrzelony przed swoim domem. To wszystko. Nie zadano żadnych innych pytań. Przesłuchanie trwało pięć minut. Brat Sawickiego, Jan, sam zgłosił się na policję. Powiedział, że jest stryjem zabitego i że brat z rodziną przebywa w Stanach, a on już ich poinformował. Powinni jutro przylecieć. Na protokole jest data: dziewiętnastego października godzina jedenasta trzydzieści.
− Z jego zeznania wynika, że rodzina powinna przylecieć dzień wcześniej. − Komisarz postawił drugi znak zapytania. − Skąd wiemy, że bracia nie rozmawiali ze sobą? Czy ktoś znalazł jakiś dokument potwierdzający tę informację?
− Ja. − Zgłosił się aspirant sztabowy Nowocień. − Gdzieś to przeczytałem, zaraz poszukam.
Otworzył teczkę i zaczął przeglądać dokumenty.
− Jacek, przygotuj sprzęt, zaraz pojedziemy na cmentarz − Balicka poprosiła Czipa.
− Ok, daj mi piętnaście minut. − Wstał i otworzył swoją szafę. W dole stały równo ustawione cztery nesesery, wyjął jeden i zaniósł na biurko. Otworzył, sprawdził poszczególne urządzenia i zamknął z powrotem. Poszedł po drugą walizkę. Zrobił to samo i spojrzał na Balicką.
− Mam − powiedział Nowocień. − W brukowcu napisano, że rodzinę zabitego poinformował wujek ofiary. Potem w złym świetle przedstawiono starego Sawickiego. Namalowano obraz konfliktowego, despotycznego tyrana zarówno w pracy, jak i w rodzinie. Syn opuścił dom, brat nie utrzymywał kontaktów. Tylko tyle. Na dobrą sprawę to nie są sprawdzone informacje. Kolejny kandydat do rozmowy − zakończył Nowocień.
Balicka przyglądała się zapisom szefa. Ten odsłonił je, aby mogła dokładnie przeczytać.
− Wracając z cmentarza, podjedziemy do stołecznej, zobaczymy, czy zakończyli śledztwo, czy jeszcze je ciągną. Musimy dowiedzieć się wszystkiego na temat grupy, do której należał młody Sawicki. Na miejscu zbrodni nie znaleziono żadnych śladów, które sugerowałyby motyw zabójstwa. Jakim cudem koledzy Karola tak szybko zorientowali się, kto zabił? Musieli mieć czas, aby się przygotować i zorganizować ucieczkę z kraju. To działo się bardzo szybko.
− Za szybko − wtrącił się Drab. − Oni wszyscy zostali prowadzeni jak dzieci. Ktoś nimi sterował i to bez ich wiedzy. Tylko że nie bardzo można to przypisać staremu Sawickiemu i jego żonce.
− Te dwa znaki zapytania są kluczowe − stwierdziła Balicka.
− Dlaczego tak uważasz? − zapytał Kowalski. − Wytłumacz.
− Opóźniony powrót, praca ponad uczucia − tak może zachowywać się jedynie robot, nie człowiek.
− Brukowiec tak go właśnie opisał, robot − nie dawał za wygraną Szrama. − Jego charakter odpowiada czynom.
− Nie, Bronek. Nie pasuje mi to z jednego powodu. Miał dwie żony i dwoje dzieci. Roboty nie mają żon i dzieci.
Kowalski już nie odpowiedział, lekko skrzywił usta. Tym razem był zadowolony z odpowiedzi Barbary.
− Jedziemy na cmentarz, tak ustaliliśmy wczoraj. Chodź − zwróciła się do Czipa.
Czip chwycił obie walizki i po chwili opuścili biuro. Kowalski zauważył, że Drab intensywnie mu się przyglada.
− Drab, tylko bez komentarza, mógłbyś mi pomóc, a nie przyglądać się z boku.
− O co chodzi? − zapytał Laluś.
− O nic − odpowiedział nadkomisarz Drabiński. − Właściwie to pora, abym się zajął tobą i trochę pogonił do roboty.
− Muszę zapalić − stwierdził Szrama. − Czy ktoś zrobi kawę?
Wszyscy sięgnęli po papierosy, żaden oficer nie miał zamiaru zrobić kawy.
− Zadzwoń do stołecznej. − Drab zwrócił się Szramy. − Nie znają tam Baśki i mogą ją olać. Nie będzie przecież powoływała się na Maniusia.
− Nie mogę jej bez przerwy prowadzić za rączkę − odpowiedział.
− To nie jest prowadzenie, to mała pomoc. Szybciej wróci.
− I szybciej będziemy zapieprzać. To nie jest pilna sprawa. Trzy lata sobie leżała w archiwum i nic nie wskazuje na to, że trzeba przyspieszyć.
− A kto wczoraj mówił coś o statystyce?
Kowalski spojrzał na Draba i machnął ręką. Podniósł słuchawkę i wykręcił numer do naczelnika wydziału kryminalnego stołecznej. Odebrała sekretarka.
− Wydział kryminalny, słucham.
− Dzień dobry, pani Jagodo. Padam do nóżek.
− Szrama, padniesz do mych pięknych stóp, gdy się tutaj pojawisz. Mam połączyć ze starym?
− Już mnie spławiasz? Trudno.
− Nie spławiam. Wiesz, że moje serce bije tylko dla ciebie.
− Na odległość. Gdy jestem w pobliżu, pokazujesz mi fotki męża i dzieci.
Nie usłyszał już odpowiedzi.
− Cześć, Szrama, kiedy wpadniesz w odwiedziny? − zapytał inspektor Morawski.
Komisarz Kowalski kilkakrotnie pomagał stołecznej w trudnych sprawach. Znali się od kilkunastu lat. Morawski był jednym z najdłużej piastujących stanowisko naczelnika w swojej komendzie. W opinii Kowalskiego należał do najlepszych naczelników wydziałów kryminalnych w kraju. Z tego też powodu chętnie z nim współpracował .
− Wpadnie do ciebie komisarz BB.
− Po co?
− Czy zakończyliście sprawę porachunków młodych wilczków? To było trzy lata temu.
− Tę, w której zginął zabójca młodego Sawickiego?
− Tak.
− Niestety, zamknęliśmy bez sukcesu. Nie było nawet podstaw do wystawienia listów gończych, żadnych dowodów, tylko marne poszlaki. Cała trójka zwiała z kraju, nawet nie wiemy, w jakim kierunku. Nie wróżę wam sukcesu.
− Inspektorze, nie chcemy wznawiać, wznowiliśmy naszą, a komisarz BB chce zajrzeć do waszej. Na pewno znajdziemy to, co nas interesuje. Czy może je wypożyczyć na parę dni?
− Dobrze, zaraz poproszę archiwum. Tego jest kilkanaście akt.
− Dadzą sobie radę. Przyjedzie też aspirant Czekalski.
− Twój specjalista od...?
− Tak, skąd wiesz o nim?
Kowalski był zdziwiony, że o Czipie wiedział naczelnik kryminalnego stołecznej. Czekalski nigdy dla nich nie pracował, poza tym dbał o to, aby jak najmniej osób wiedziało o umiejętnościach młodego elektronika.
− Jacuś się nie wygadał, to mój siostrzeniec, sam go do tobie podrzuciłem. Wisisz mi litra.
− Koniaku, chyba nie zmienił ci się gust.
− Oczywiście, że koniaczku.
− Masz jak w banku. Dziękuję.
− Trzymaj się, Szrama.
Odłożył słuchawkę.
− Dadzą jej? − zapytał Drab.
− Tak, wyciągną z archiwum. No to załatwiłeś sobie i kolegom kilkanaście tomów do przestudiowania. A teraz zorganizuj litr koniaku, nie ma nic za darmo.
− Ja?
− Ty. Chciałeś, abym zadzwonił, co prawda nie uprzedziłem cię o tym, że Morawski zażąda za przysługę flaszki.
− Coś mi tu nie gra... − zaczął Nowocień. Nie dokończył, widząc błysk w oku szefa.
− Co ci nie gra? − podchwycił Drab.
− Koniec przerwy, później sobie wyjaśnicie wątpliwości. Jeszcze przez kilka godzin jestem tu szefem, po śledztwie też będę. Mówię to, abyście pamiętali. − Zakończył, spoglądając na Nowocienia.

Po godzinie przebijania się przez miejskie korki dotarli na parking przy Cmentarzu Wolskim. Pojechali sekcyjnym samochodem operacyjnym, Fordem Transitem. Wykorzystywali go, udając się na miejsce zbrodni lub gdy zachodziła konieczność zorganizowania obserwacji czy podsłuchu.
− Idziemy z tymi walizkami? − zapytała Balicka.
− Nie, poczekaj − zaprzeczył, otwierając pierwszą z walizek. − Wezmę dwie kamerki oraz detektor ruchu, oraz nasadki na detektor. One pozwolą ograniczyć pole „widzenia”. Dzięki tym urządzeniom nagramy wszystkie osoby przebywające w pobliżu grobu. Niestety akumulatorki mogą zapewnić dwadzieścia cztery  godziny ciągłej pracy kamer. Tylko detektor ruchu będzie pracował non stop, wytrzyma tydzień.
− Jeżeli ktoś przyjdzie, to najwyżej na kilkanaście minut. Tylko że nie będziemy o tym wiedzieli.
− Mógłbym zamontować kolejne urządzenie wysyłające na przykład informację o uruchomieniu nagrywania, ale to nie ma sensu. Nie będziemy tu przyjeżdżać na każdy alarm.
− Trudno, nie uruchomimy wydziału obserwacji, brak podstaw.
− Baśka, właściwie to co chcesz osiągnąć? − zapytał Czip. − Załóżmy, że kogoś nagramy, ale jak go rozpoznamy?
− Tutaj jest monitoring. − Wskazała na dwie kamery ustawione na słupkach bramy wjazdowej. – Mają podgląd na parking i na przystanek autobusowy. Czy kamery będą rejestrowały datę i godzinę nagrania?
− Tak. − Z drugiej walizki wyjął detektor i powiedział: − Możemy iść.
Wysiedli i poszli do kancelarii cmentarza. Po kilku minutach uzyskali informację o lokalizacji grobu Karola Sawickiego. Był w kwadracie małych grobów z urnami.
− Nie jest dobrze − stwierdził Czip. − Tam będzie gęsto i nagramy wiele osób.
Na miejscu okazało się, że miał rację. Długo szukał odpowiedniego miejsca na zamontowanie urządzeń. W końcu detektor zaczepił na drzewie stojącym pięć metrów od grobu. Zamontował na nim tulejkę, obok przymocował kamerkę, drugą po przeciwnej stronie. Mogły nagrać z obu stron. Kilkakrotnie przerywał pracę ze względu na kręcących się w pobliżu odwiedzających grobowce.
W tym czasie Balicka oglądała płytę. Na ziemi zobaczyła zdmuchniętą przez wiatr wyschniętą łodygę róży.
− Tu ktoś położył kwiat, ale bardzo dawno. Jestem rozczarowana. Jego ojciec umarł rok temu i spodziewałam się, że zostaną pochowani razem.
− Widocznie żona nie wyraziła zgody.
− Stary Sawicki długo chorował, zapewne przygotował sobie grobowiec, a może został pochowany w rodzinnym. Jeżeli tak, to dlaczego syn leży tutaj? − Po chwili oceniła: − Ten pomnik jest wykonany z drogiego granitu, to jest szwed, czarny, bez żył.
− Znasz się na granitach?
− Trochę, płyta jest gruba. Nie oszczędzano. Ciało zostało skremowane, dowiemy się, kto zlecił i zapłacił za grobowiec. Skończyłeś?
− Tak, możemy wracać.
Balicka oceniła pracę kolegi. Kamerę i detektor bez trudu zlokalizowała na drzewie, drugiej kamery nie mogła znaleźć. Czip obserwował ją i powiedział:
− Tutaj ludzie nie patrzą w górę, a pod nogi. Ty zobaczyłaś, bo wiedziałaś, czego szukać.
Pół godziny później weszli do sekretariatu naczelnika wydziału kryminalnego komendy stołecznej.
− Dzień dobry − przywitała się Balicka. − Czy możemy porozmawiać z naczelnikiem?
− Dzień dobry − odpowiedziała sekretarka. Komisarz zauważyła, że była lustrowana od stóp do czubka głowy. − W jakiej sprawie?
− Komisarz Balicka z komendy głównej, chcę porozmawiać z inspektorem na temat prowadzonego śledztwa.
− Proszę wejść.
Komisarz spojrzała na Czekalskiego. Była zaskoczona tak szybką możliwością rozmowy z naczelnikiem.
− Szrama − skomentował Czip. − Na pewno uprzedził o naszej wizycie. Idź, ja poczekam tutaj.
Zapukała i weszła do środka.
− Komisarz Barbara Balicka − zameldowała się.
Inspektor spojrzał na nią i zaśmiał się na cały głos.
− Proszę mi wybaczyć, ale pani szef powiedział mi, że przyjdzie komisarz BB. Spodziewałem się mężczyzny, a nie kobiety. Dowcipniś. Gdzie pani zgubiła partnera?
− Czeka w sekretariacie.
Inspektor znowu, ale tym razem delikatnie uśmiechnął się do siebie. Zrozumiał, że siostrzeniec nie chce ujawnić swoich koneksji rodzinnych.
− Mam już te akta u siebie. Mogę zapewnić, że śledztwo przeprowadziliśmy zgodnie z wszelkimi arkanami sztuki kryminalnej. Niestety, ta grupa była genialnie zorganizowana. Zaraz po zamachu przekroczyli granicę w Świecku i wszelki ślad po nich zaginął. Nigdy nie wrócili do kraju. Nie mamy pojęcia, gdzie pojechali dalej, nic nie wiemy. Nie możemy postawić im żadnych zarzutów, brak jakichkolwiek dowodów. Są jedynie poszlaki, a właściwie jedna. Znali ofiarę zabójstwa, młodego Sawickiego. To nie może być podstawą do postawienia zarzutów.
− Nas bardziej interesuje Majcher.
− Mam nadzieję, że znajdziecie w aktach istotne informacje. Cała grupa została rozbita, część zapuszkowana, kilku uciekło z kraju.
− Dziękuję. Akta oddamy za parę dni.
Inspektor kiwnął głową i podniósł słuchawkę interkomu.
− Poproś oficera, dziewczyna nie uniesie akt.
Do pokoju wszedł Czip.
− Aspirant Jacek Czekalski − przedstawił się.
− Aspirancie, na tym stoliku − Wskazał małe biurko w rogu pokoju − leżą interesujące was akta. Pokwitujcie odbiór i możecie je zabrać do siebie.
Inspektor nie zdradził się, że wydał polecenie siostrzeńcowi. Czip sprawdzał zawartość dwóch kartonów, a inspektor prowadził luźną rozmowę z Balicką. Gdy formalności zostały zakończone, odmeldowali się, zabrali kartony i opuścili gabinet.
Kwadrans po dwunastej przybyli do biura, w którym toczyła się ostra bitwa na kółka z dymu.
− Wywietrzyć, i dlaczego nie pracujecie? − zapytała Balicka.
Kowalski spojrzał na Lalusia i powtórzył pytanie:
− Dlaczego?
− Nie było rozkazu. Pani komisarz nie wydała nam żadnego rozkazu − odpowiedział z niewinną miną.
− Przecież to oczywiste, że powinniście przeglądać akta i nanosić uwagi.
− No tak, to już zrobiliśmy. Innych rozkazów nie było. − Udał wielce obrażonego za niesłuszne oskarżenie.
Zobaczyła, że wszyscy patrzyli na nią, i powstrzymywali się przed gromkim śmiechem. Odwróciła głowę do tablicy i od razu zobaczyła, że znacznie powiększyła się ilość uwag. Postawiła karton, który przyniosła, na biurku Kowalskiego.
− Podziel uczciwie na pięć kupek.
− Uczciwie to będzie na sześć − odpowiedział.
− Ja już mam swój przydział. Streszczenie sprawy.
Zobaczył jej promienny uśmiech. Balicka podeszła do ściany i zaczęła analizować wszystkie uwagi, szczególnie te ze znakami zapytania. Komisarz przeglądał akta i rozdzielał na dwie kupki. Zaskoczył tym współpracowników. Zabrał trzy teczki, a pozostałe odsunął na bok.
− Podzielcie sobie sami. Ja poczytam o Majcherze.
Starszy komisarz Drabiński powstrzymał Lalusia, który chciał sobie wybrać akta.
− Nie pchaj się, teraz ja sobie wybiorę te, w których rozpracowują grupę, wy możecie poczytać sobie pozostałe.
Piętnaście minut wybierał i zatrzymał pięć teczek. W końcu wszyscy zaczęli wertować akta.
− W tych nie wyrywamy − uprzedził Kowalski. − To nie jest nasza sprawa.
Rozejrzał się po kolegach, zobaczył, że Laluś miał najmniej sztuk.
− Laluś, przywieź kserokopiarkę. Nie będziemy biegać do sekretariatu. Tylko wróć za godzinę.
− Tak jest − odpowiedział bardzo zadowolony. Miał okazję pożartować z Bożeną, kochanką naczelnika. Wiedział, że Baranowski był zazdrosny, ale nie mógł oficjalnie tego okazywać. Dla Lalusia stanowiło to wyzwanie i sprawiało mu niewątpliwą przyjemność, mógł dokuczyć naczelnikowi.
Balicka chciała zadać kilka pytań, ale zrezygnowała, widząc, że wszyscy pilnie studiowali akta. Komisarz co chwilę darł czystą kartkę i robił z niej zakładki, które wkładał pomiędzy kartki. Drab natomiast przewracał otwartą teczkę i brał się za następną. Nowocień i Czip robili notatki i czytali dalej. W pokoju było słychać jedynie szelest przewracanych kartek.
Tuż przed drugą do pokoju wszedł Laluś, ciągnąc za sobą na wózku kserokopiarkę.
− Udało się − stwierdził.
− Przecież widzę − skomentowała Balicka.
− Nie to, Baran nie wytrzymał śmiechów Bożenki i wyrzucił mnie z sekretariatu. Był mocno wkurzony.
Ustawił i podłączył urządzenie.
− Kto pierwszy?
− Ja − zgłosił się Kowalski. − Mam coś bardzo interesującego. Podczas przeszukania mieszkania Majchera znaleziono pod zlewem kawałek karteczki. Śmieci trzymał w wiadrze, ale ta musiała wylecieć znacznie wcześniej. Nie była w worku, lecz przyklejona do dna pojemnika.
Szrama wyjął z akt koszulkę z włożonym kawałkiem nadpalonej kartki. Położył na kserokopiarce i zrobił sześć kopi. Po chwili każdy trzymał jedną z nich.
− Jakie macie pomysły? − zapytał.
− Mały skrawek − pierwszy wypowiedział się Czip. − Przeczytam: ...brylant o masie 2.1 ct, czystość SI, barwa H, osadzony w platynie, wart... To wszystko. Moim zdaniem to jest wycena pierścionka z ponad dwukaratowym brylantem. Sprawdzę, ile może kosztować.
− Tak, to na pewno, nie musisz sprawdzać. Stołeczna to zrobiła, wartość pierścionka oceniono na dwieście tysięcy złotych. Powiedzcie, co sądzicie o tej karteczce? − ponownie zapytał Kowalski.
− Spalił kartkę i wrzucił do kosza, dowiedział się, ile jest wart i zniszczył wycenę. Wiemy, że pochwalił się o otrzymanym zleceniu. To może być forma zapłaty za robotę. Szkoda, że nie wiemy, kto dokonał wyceny.
− Stołeczna sprawdziła, żaden jubiler nie przyznał się do niej. Odwalili kawał roboty, pobrali wzory drukarek wszystkich znanych zakładów i złotników. Nic nie znaleźli. Zrobili ekspertyzę papieru i druku. Eksperci wydali opinię. Kartka została wydrukowana w przedziale czasowym jednego miesiąca, nie później niż sześć tygodni przed jego zabójstwem. Sprawdzono wszystkie zgłoszenia o kradzieży, porównano z listą skradzionej biżuterii w wyniku włamań. Nie znaleziono żadnej informacji. Z tego wynika jeden wniosek: jeżeli ten pierścionek miał być zaliczką, to otrzymał go prawie półtora miesiąca przed zamordowaniem Sawickiego. Kto posiadał tak drogi brylant? Kto mógł go posiadać?
− Grupa, do której należał Majcher, dokonywała włamań do sklepów jubilerskich. Brylant mógł być skradziony, ale wtedy każdy jubiler, przynajmniej bardziej uczciwy, wykazałby stratę − stwierdził Drab. − Tego jednak nie było na liście skradzionych. Nikt o tak drogim pierścionku nie zapomni. To trzeba wyjaśnić.
− Biorąc pod uwagę nasze śledztwo − wtrąciła Balicka − tylko żona Sawickiego mogłaby posiadać taki brylant. Dała go Majchrowi i dlatego nie zgłosiła kradzieży. On sprawdził jego wartość i przyjął zlecenie. Musiała mu obiecać zapłatę za wykonanie roboty i to znacznie większej wartości, inaczej zwinąłby zaliczkę i powiedział: bye bye.
− To się trzyma kupy. Trzeba je...
Usłyszeli sygnał alarmu i komunikat oficera dyżurnego:
„Wszystkie jednostki natychmiast do galerii Akwarium. Zamach terrorystyczny”
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości