Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
O roli bohatera ogółem [wulgaryzmy]
#1
O roli bohatera ogółem

1. Zagadnienia logiki słowa.

1.1 Wprowadzenie


Ciche szepty przecinał świst tańczącego niemrawo pióra. Umęczona postać nakreślała nieudolnie kolejne tajemne znaki, uciekając od szarej rzeczywistości. Uciekając od skomlenia roznoszącego się nieustannie po ciemnych korytarzach. I krzyków rozpaczy. Te były najgorsze. Straszne. Przeszywające.
Pióro zniszczone już nieco od notorycznego gwałtu dalej roniło atramentowe łzy w bezlitosnym tango z dzierżącym go brudnym, zapuszczonym i obdartym menelo-pisarzem. Przynajmniej tak go teraz widziało.
Menelo-pisarz nie myślał o sobie w taki sam sposób jak jego pióro. Chciał dać coś od siebie światu. Postawić spiżowy pomnik. Zgarnąć przy tym trochę kasy. Być tym jednym, co zmieni życie wielu. Dlatego wywijał teraz kolejne litery, łącząc je w kolejne sylaby, te zaś w kolejne wyrazy. Oddzielał je po tym solidną interpunkcją i... wieńczył kolejne zdania. Rzetelna rzemieślnicza robota. Był dumny, że się udało. Nadeszła pora na ocenę.
Podniósł dziarsko głowę, przetarł spocone obficie czoło i spojrzał z zapałem na swoje dzieło.

"Coś bym zjadł, nie wiem co..."

-A chuj... w to. – mruknął pod nosem

Kilkukrotnie, konwencjonalnie użyty papier toaletowy służący niekonwencjonalnie za nośnik tekstu, powędrował do kieszeni płaszcza. Głód dawał się we znaki ze wzmożoną siłą. Potęgowany zimnem i smrodem unoszącym się w murach lochu miasta nie znającego jeszcze takich dobrodziejstw jak centralne ogrzewanie, kanalizacja czy elektryczność. O tak... sensowny system kanalizacyjny byłby pierwszym z wielu kroków mogących sprawić, że ludzkość będzie w stanie dotrzeć na chociaż jeden z dwóch księżyców okrążających ziemię. A może nawet na słońce toczące się razem z nimi? Póki co jest to jednak niewykonalne z jednego prostego względu: czułości nosów tutejszych naukowców. Proces zdobywania wiedzy i rozwijania inteligencji obarczony jest ubocznym efektem w postaci przewrażliwienia zmysłów. No ale- trzeba sobie jakoś radzić. Potrzeba matką inżyniera:

Każdy naukowiec nosi okulary powleczone filtrem wytwarzanym z jelit Abdameńskich błotnych kóz, które z bliżej nieokreślonego jeszcze powodu potrafią polaryzować fale w taki sposób, że światłowstręt znika jak ręką odjął.

\footnote{Przeprowadzone zostały badania mające na celu odnalezienie odpowiedzi na pytanie: "Po co jelita kóz żyjących na bagnach miałyby w jakikolwiek sposób chronić się przed światłem, skoro jego promienie nie potrafią sie przebić przez bujną ścianę tropikalnych drzew, a co dopiero przez kozią, pokrytą łuskami skórę?". Badania zostały sfinansowane ze środków Unii Naukowej. Projekt ruszył 3 lata temu, szacuje sie, że ekspedycja naukowa wyruszy już w ostatnim kwartale kolejnego roku od daty pisania tego tekstu. Zasoby finansowe zostały wyczerpane jedynie w 70ciu procentach, więc jest szansa, że badacze będą mieli za co jeść i wrócić do domu.}

Każdy naukowiec nosi w uszach wygłuszający puch chroniący przed utratą słuchu przy przechodzeniu przez targowisko.

Każdy naukowiec odbierając dyplom ukończenia studiów staje przed wyborem: zostania w mieście lub wyjazdu na wieś. Jedno i drugie ma jakieś swoje wady i zalety. No z miastem zasadniczo wiąże się nieunikniony problem tego całego gwaru i smrodu, ale przynajmniej jest bezpiecznie. Na wsi zaś jest spokojnie, czysto, sielsko. Sarnojednorożce skaczą beztrosko po łące. Jest ładne, przejrzyste niebo. Dopóki nie zakryje go chmura płonących strzał bo sołtys nie dogadał się z lokalnym oddziałem bandytów lub straży w sprawach dostaw żywności.

To ostatnie jest problematyczne z tego względu, że zmusza osobę utrzymywaną przez całe życie przez rodziców do podjęcia decyzji sprowadzającej się do prostego: "Żyć i wymiotować dzień w dzień ze smrodu?" czy "Nie żyć, ale mieć szansę na wymyślenie kanalizacji?". Wydaje sie, że wybór jest oczywisty ale...

-Kurwaaaaaaa... Jeść.– poniósł się korytarzem zmęczony życiem głos.

–(Eh, nie tylko ja mam takie problemy)– pomyślał Barthollo.

A właśnie, zapomniałem przedstawić bohatera powieści. Postać, o której mowa była na początku, ma na imię Barthollo. Właściciel zmęczonego życiem głosu jest nieistotny, ale gdyby jeszcze była o nim jakaś wzmianka, będziemy go nazywać: WZŻG (ot taki akronim, co by uprościć narrację). Barthollo jest bardem. No przynajmniej stara się nim być. Odrzucony w młodości przez ojca, zdany na łaskę swej despotycznej matki, realizował jej ambitne plany zostania prokuratorem, których sama nie była w stanie zrealizować. Jej matka z kolei wdrożyła ja w pieczołowicie opracowany plan rozwoju kariery politycznej będącym odpowiedzią na równie subtelną propozycję chowu owiec wystosowaną przez z kolei jej matkę. No i został bardem. By wygrać nierówną walkę z niekończącym się pokoleniowym pasmem niespełnionych oczekiwań, wyszedł naprzeciw marzeniom. Porzucił ciepły, przytulny i bogaty dom by tułać się od knajpy do knajpy, starając sie przy tym wydębić fałszującym pojękiwaniem, które uznawał za śpiew, drobniaki pozwalające na zakup taniego wina. Albo jedzenia. Zależy na co właśnie nadeszła kolej.

Sytuacja w jakiej aktualnie się znajduje...

-Kurwaaaaaa... No dajcie że jeść!– rzucił doniośle WZŻG

Sytuacja w jakiej aktualnie się znajduje spowodowana jest dość niejasnym zatargiem pomiędzy podrzędną grupą najemnych hodowców kangurów, a tutejszym zarządcą ziemskim. Wydawać by się mogło, że drogę od kangura do celi w lochu mierzy się w latach świetlnych, ale w rzeczywistości tak nie jest. Wiadomą rzeczą jest, że hodowla kangurów nie należy do najprostszych zadań. Kangur, który osiągnął wiek lat trzech, musi być codziennie odpowiednio dojony, niezależnie od płci. Inaczej wybuchnie. Znalezienie osoby na tyle kompetentnej i głupiej zarazem by się tym parać, jest sztuką na wagę złota. Proces hodowli zaczyna się od samego znalezienia rekrutera hodowców kangurów. To prosty punkt. Podobnie jak zapewnienie odpowiednich warunków, zdobycie funduszy i sprostanie norm hodowlanych. Problem zaczyna się właśnie gdy przychodzi do prowadzenia samej kampanii rekrutacyjnej, selekcji kandydatów i dogadywaniu warunków umowy. Jako, że hodowcy wiedzą, że są towarem skrajnie deficytowym, zawyżają swoją wartość i prowadzą politykę nonszalancji co często doprowadza do zgrzytów w charakterze lokalnym. Po serii bezkarnych gwałtów dopuszczonych przez pracowników magnata hodowlanego, zarząd miasta wziął sprawy w swoje ręce...
...........................................................

-Marian! Polewaj!– oberża zadrżała od uderzenia stalowego kielicha o stół

-Kacper, jesteś najebany. Daj spokój i tak już mamy problemy, szef się niepokoi.

-Jebać go! Jebany cwel. Myślisz, że znajdzie kogoś kto wydoi pięć kangurów w minutę? A chuja! Nikt mnie nie wyjebie!

-Kacper! Ogarnij się! No pojebany. Nawet Ty nie ogarniesz pięciu kangurów w minutę...

Świst. Stalowa pucha dźwięcząc o przeciwległą ścianę pokoju, upadła bezwładnie na ziemię i potoczyła się w kierunku środka sali. Radosny, pijacki gwar ustał. Oberża zamilkła wgapiając się tępo w spokojnie toczący się kubek. Atmosfera była napięta jak ciasne gacie na otyłym zapaśniku. Wszyscy wyczekiwali z niepokojem aż pękną odsłaniając pełnię niesmaku, którą skrywały.

-Ja nie wydoję Marian?

-Tak Kacper, nie wydoisz.

-Potrzymaj mi piwo!

-Wyjebałeś je Kacper.

-I chuj! Dawać mi tu pięć jebanych kangurów!

Barthollo przyglądał się całej tej sytuacji sącząc tanie wino i zakrywając twarz obdartym kapeluszem co by nie zwrócić na siebie uwagi potencjalnych agresorów. Myślał, że znajdzie w tym spokojnym zaciszu miejsce, w którym mógłby dać swój epicki koncert, ale wtedy do gospody wtargnęła zgraja stosunkowo nieokrzesanych interesantów alkoholu i okazjonalnej burdy niwecząc jego ambitne plany podboju kulturalnej sceny tego miasta. No cóż, taki los. Zanurzył nos w papirusowy skoroszyt tekstów próbując skupić się na doskonaleniu swojego najnowszego singla. Jeszcze nie nadał mu nazwy, bo nie był pewny jaką nadać mu puentę.

–(Muszę popracować nad rymami)– pomyślał Barthollo patrząc na wprowadzone do gospody kangury- (Myślę, że gdybym zastosował...)

Osobnik nazwany przez kolegę Kacprem zasiadł na swoim stołku dojarskim. Kazał porozstawiać wokół siebie kangury w zgodzie z systemem, który opracowywał przez lata. Dwa z przodu, dwa z tyłu, jeden pod prawą ręką. Wszystko się zgadza. Zamknął oczy. Nastała cisza.

-Zaczynajmy!

Marian odwrócił klepsydrę. Kacper wdzięcznie złapał wymię stojącego na jego trzeciej godzinie kangura. Odczuł, że coś jest nie tak. Zastanowił się chwilę, wstał. Spojrzał kangurowi prosto w oczy. I położył go na ziemię hodowlanym, lewym sierpowym.

-Kacper! Kurwa! Co jest?!– krzyknął Marian podchodząc do pobitego kangura w nadziei, że ten zaraz nie wybuchnie.

-Marian... to pułapka.

Powalony na ziemię kangur wstał, otrzepał się i rzekł:

-Jesteście aresztowani za atak na funkcjonariusza policji.

Pięć kangurów zrzuciło skóry odsłaniając brunatne płaszcze gwardii królewskiej. Oniemiała klientela zostawiła sobie jeszcze kilka sekund na względną dramaturgię po czym zaczęła rozbiegać się we wszystkich kierunkach jak zawartość sokowirówki. Bard złapał leżące przed nim papiery i wczołgał się pod stół unikając rozbijających się nad jego głową butelek.

-Nie macie prawa!– dało się słyszeć wrzaski zalanego Kacpra

Barthollo czołgał się pod kolejnymi stołami w kierunku wyjścia. Nie chciał by spotkało go coś nieprzyjemnego, a w takiej sytuacji o nieprzyjemności jakoś szczególnie nietrudno. Mógł wyjść z tego nawet na plusie, unikając regulacji swojego rachunku. Być może gdyby wiedział, że tak się stanie, zamówiłby nawet coś droższego. Przyspieszył wraz ze ściskającym mu dupę żalem. Doszedł do drzwi. I upadł. Trafiony w tył głowy dojarskim stołkiem.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(06-12-2016, 09:00)ByerN napisał(a):
1. Zagadnienia logiki słowa.

1.1 Wprowadzenie

(Nie podoba mi się taki zapis, jest niejasny moim zdaniem. No i nigdy nie widziałam takiego w żadnej książce. A poza tym jak dla mnie początek tego tekstu nie jest wprowadzeniem. Jest prologiem.)

 Ciche szepty przecinał świst tańczącego niemrawo pióra.(Rozumiem metafory i w ogóle, ale to mi się zupełnie nie klei. Przede wszystkim nie powiedziałabym, że pióro podczas pisania świszczy. Może zgrzytać, skrzypieć, trzeszczeć, ale nie świszczeć. Poza tym jak dźwięk wydawany przez owe pióro może przecinać – czyli przerywać, jak sądzę – szepty? Szepcący przestawał szeptać, kiedy słyszał dźwięk pióra? No nie za bardzo ma to dla mnie sens)

Te były najgorsze. Straszne. Przeszywające.(Nie lubię "opisów" w tym stylu, zawsze brzmią dla mnie jak wyliczanka. Jakoś wyglądałoby to dla mnie, gdyby oddzielić określenia przecinkami. Ale nie kropkami. Bo to wygląda dziwnie. Sztucznie. Nienaturalnie. O tak.)

Pióro (przecinek) zniszczone już nieco od notorycznego gwałtu(przecinek) dalej roniło atramentowe łzy w bezlitosnym tango z dzierżącym go brudnym, zapuszczonym i obdartym menelo-pisarzem. (Gdybyś był twórcą barokowym, zapewne pochwaliłabym cię za takie zdanie. Ale nie jesteś, więc nie pochwalę. Zupełny przerost formy nad treścią. I nawet jeśli pewna kwiecistość stylu byłaby w przypadku tego fragmentu umotywowana, to moim zdaniem nie taka, sens nadal musi być)

(spacja)A chuj... w to.(zbędna kropka) – mruknął pod nosem(kropka)

Kilkukrotnie(zbędny przecinek) konwencjonalnie użyty papier toaletowy(przecinek) służący niekonwencjonalnie za nośnik tekstu, powędrował do kieszeni płaszcza. (Zasugerowałam użycie wtrącenia, bo zdanie jest długie)

Potęgowany zimnem i smrodem(Smród potęguje głód? Od kiedy? Wydaje mi się, że smród raczej zniechęca do jedzenia) unoszącym się w murach lochu miasta nie znającego(nieznającego) jeszcze takich dobrodziejstw jak centralne ogrzewanie, kanalizacja czy elektryczność.

O(przecinek) tak... sensowny system kanalizacyjny byłby pierwszym z wielu kroków mogących sprawić, że ludzkość będzie w stanie dotrzeć na chociaż jeden z dwóch księżyców okrążających ziemię(Ziemię – mowa o naszej planecie mimo tym zmianom na potrzeby tekstu, tak?). A może nawet na słońce(Słońce) toczące się razem z nimi?

No ale-(zbędny myślnik)trzeba sobie jakoś radzić. Potrzeba matką inżyniera:(kropka zamiast wielokropka)

    Każdy naukowiec nosi okulary powleczone filtrem wytwarzanym z jelit Abdameńskich(abdameńskich – przymiotnik) błotnych kóz, które z bliżej nieokreślonego jeszcze powodu potrafią polaryzować fale w taki sposób, że światłowstręt znika jak ręką odjął.

\footnote{(zbędny tag)Przeprowadzone zostały badania mające na celu odnalezienie odpowiedzi na pytanie: "Po co jelita kóz żyjących na bagnach miałyby w jakikolwiek sposób chronić się przed światłem, skoro jego promienie nie potrafią sie(się) przebić przez bujną ścianę tropikalnych drzew, a co dopiero przez kozią, pokrytą łuskami(przecinek) skórę?".(To nie jest polski cudzysłów)

Projekt ruszył 3(słownie – trzy) lata temu, szacuje sie(ę), że ekspedycja naukowa wyruszy już w ostatnim kwartale kolejnego roku od daty pisania tego tekstu. Zasoby finansowe zostały wyczerpane jedynie w 70ciu(słownie – siedemdziesięciu) procentach, więc jest szansa, że badacze będą mieli za co jeść i wrócić do domu.}(zbędny nawias)

Każdy naukowiec (przecinek)odbierając dyplom ukończenia studiów(przecinek) staje przed wyborem: zostania(zostać) w mieście lub wyjazdu(wyjechać) na wieś.

No(przecinek) z miastem zasadniczo wiąże się nieunikniony problem tego całego gwaru i smrodu, ale przynajmniej jest bezpiecznie.

Dopóki nie zakryje go chmura płonących strzał(przecinek) bo sołtys nie dogadał się z lokalnym oddziałem bandytów lub straży w sprawach dostaw żywności.

(...) "Żyć i wymiotować dzień w dzień ze smrodu?" czy "Nie żyć, ale mieć szansę na wymyślenie kanalizacji?". Wydaje sie(ę), że wybór jest oczywisty ale...

(Spacja)Kurwaaaaaaa... Jeść.(zbędna kropka spacja)– poniósł się korytarzem zmęczony życiem głos.

–(Eh(Ech), nie tylko ja mam takie problemy)– pomyślał Barthollo.(Myśli bohaterów nie zapisuje się w nawiasach. Może być w cudzysłowie, kursywą albo bez żadnego szczególnego zaznaczenia, przy czym osobiście wolę dwie pierwsze opcje, bo jest czytelniej)

Postać, o której mowa(przecinek) była na początku, ma na imię Barthollo.

(...) WZŻG (ot(przecinek) taki akronim, co by uprościć narrację).

No(przecinek) przynajmniej stara się nim być.

Jej matka z kolei wdrożyła ja w pieczołowicie opracowany plan rozwoju kariery politycznej będącym(będący) odpowiedzią na równie subtelną propozycję chowu owiec wystosowaną przez z kolei jej matkę.

Porzucił ciepły, przytulny i bogaty dom (przecinek)by tułać się od knajpy do knajpy, starając sie(ę) przy tym wydębić fałszującym pojękiwaniem, które uznawał za śpiew, drobniaki pozwalające na zakup taniego wina.

    Sytuacja(przecinek) w jakiej aktualnie się znajduje...

(spacja)Kurwaaaaaa... No dajcie że(dajcieże) jeść!– rzucił doniośle WZŻG(kropka)

     Sytuacja(przecinek) w jakiej aktualnie się znajduje(przecinek) spowodowana jest dość niejasnym zatargiem pomiędzy podrzędną grupą najemnych hodowców kangurów, (zbędny przecinek)a tutejszym zarządcą ziemskim.

Wydawać by się mogło, że drogę od kangura do celi w lochu mierzy się w latach świetlnych, ale w rzeczywistości tak nie jest. Wiadomą rzeczą jest, że hodowla kangurów nie należy do najprostszych zadań.

Znalezienie osoby na tyle kompetentnej i głupiej zarazem(przecinek) by się tym parać, jest sztuką na wagę złota.

Podobnie jak zapewnienie odpowiednich warunków, zdobycie funduszy i sprostanie norm hodowlanych(sprostanie normom hodowlanym).

Jako,(zbędny przecinek) że hodowcy wiedzą, że są towarem skrajnie deficytowym, zawyżają swoją wartość i prowadzą politykę nonszalancji (przecinek)co często doprowadza do zgrzytów w(o) charakterze lokalnym. Po serii bezkarnych gwałtów dopuszczonych przez pracowników magnata hodowlanego((...), których dopuścili się pracownicy magnata hodowlanego), zarząd miasta wziął sprawy w swoje ręce...

(spacja)Marian! Polewaj!(spacja)– o(O)berża zadrżała od uderzenia stalowego kielicha o stół(kropka)

(spacja)Kacper, jesteś najebany. Daj spokój (przecinek)i tak już mamy problemy, szef się niepokoi.

(...)Myślisz, że znajdzie kogoś(przecinek) kto wydoi pięć kangurów w minutę?


(...)Nawet Ty(zaimki małą literą – to nie list) nie ogarniesz pięciu kangurów w minutę...

Stalowa pucha (przecinek)dźwięcząc o przeciwległą ścianę pokoju, upadła bezwładnie na ziemię i potoczyła się w kierunku środka sali. Radosny, pijacki gwar ustał. Oberża zamilkła (przecinek)wgapiając się tępo w spokojnie toczący się kubek. Atmosfera była napięta jak ciasne gacie na otyłym zapaśniku. Wszyscy wyczekiwali z niepokojem (przecinek)aż pękną (przecinek)odsłaniając pełnię niesmaku, którą skrywały.

-Ja nie wydoję(przecinek) Marian?

-Tak (przecinek)Kacper, nie wydoisz.

-Potrzymaj mi piwo!

-Wyjebałeś je (przecinek)Kacper.

Barthollo przyglądał się całej tej sytuacji (przecinek)sącząc tanie wino i zakrywając twarz obdartym kapeluszem (przecinek)co by(żeby/aby/ażeby – "co by" brzmi jak dla mnie zbyt archaicznie i średnio pasuje do stylu) nie zwrócić na siebie uwagi potencjalnych agresorów.

Myślał, że znajdzie w tym spokojnym zaciszu miejsce, w którym mógłby dać swój epicki koncert, ale wtedy do gospody wtargnęła zgraja stosunkowo nieokrzesanych interesantów alkoholu i okazjonalnej burdy (przecinek)niwecząc jego ambitne plany podboju kulturalnej sceny tego miasta.

Zanurzył nos w papirusowy skoroszyt tekstów(przecinek) próbując skupić się na doskonaleniu swojego najnowszego singla. Jeszcze nie nadał mu nazwy, bo nie był pewny(przecinek) jaką nadać mu puentę.

–(Muszę popracować nad rymami)– pomyślał Barthollo(przecinek) patrząc na wprowadzone do gospody kangury(kropka, spacja)– (Myślę, że gdybym zastosował...)(Zbędne nawiasy. Jak już mówiłam, nie tak się zapisuje myśli)

I położył go na ziemię hodowlanym, (zbędny przecinek)lewym sierpowym.

-Kacper! Kurwa! Co jest?!– krzyknął Marian(przecinek) podchodząc do pobitego kangura w nadziei, że ten zaraz nie wybuchnie.

Pięć kangurów zrzuciło skóry(przecinek) odsłaniając brunatne płaszcze gwardii królewskiej. Oniemiała klientela zostawiła sobie jeszcze kilka sekund na względną dramaturgię (przecinek)po czym zaczęła rozbiegać się we wszystkich kierunkach jak zawartość sokowirówki. Bard złapał leżące przed nim papiery i wczołgał się pod stół (przecinek)unikając rozbijających się nad jego głową butelek.

-Nie macie prawa!– dało się słyszeć wrzaski zalanego Kacpra(kropka)

Nie chciał (przecinek)by spotkało go coś nieprzyjemnego, a w takiej sytuacji o nieprzyjemności jakoś szczególnie nietrudno.

I upadł. Trafiony w tył głowy dojarskim stołkiem. (Pasowałoby połączyć te dwa wypowiedzenia, bo osobno brzmią nienaturalnie i dziwnie się je czyta)

Pierwsza sprawa, która od razu rzuciła mi się w oczy: są wcięcia akapitowe, ale nie ma tagów. Zamiast nich są spacje. Pousuwaj te spacje i nie rób tak więcej. Na tym forum wcięcia akapitowe wstawia się za pomocą tagu [.p] bez kropki na początku linijki. Wcięcia akapitowe powinny też znaleźć się przed każdym myślnikiem otwierającym wypowiedź.

Również w kwestii formatowania: usuń interlinie tam, gdzie kawałki tekstu tworzą całość. Takie odstępy są zbędne i źle wyglądają, jeśli przedzielają fragment dotyczący jednej sceny.

Kolejna sprawa: spacje przy myślnikach. Myślniki wymagają spacji i przed, i po nich. Inaczej wychodzą dywizy (krótkie kreski) zamiast pauzy lub półpauzy. Popraw to, bo nie chciało mi się zaznaczać tego w całym tekście.

Pilnuj też długości zdań: momentami zdarzają ci się naprawdę pokaźne i można się w nich zgubić.

A teraz coś o samym tekście. Wiele do powiedzenia nie mam, bo z tego wszystkiego zapamiętałam jedynie ostatnią scenę, czyli burdę w knajpie. Cała reszta prześlizgnęła mi się przez umysł, nie pozostawiając w nim praktycznie żadnego śladu. W zasadzie to nie wiem, o czym właśnie przeczytałam. Nie widzę w tym jak na razie jakiegoś sensu, którego mogłabym się uczepić, żebym mogła wgłębić się w tekst, jeśli będą kolejne fragmenty. Ujmę to tak: ten fragment przemknął obok mnie jak pociąg pośpieszny i zniknął za zakrętem. Jak dla mnie ten kawałek jest zbyt chaotyczny. Tu jakaś myśl, tam jakaś inna, tu jest bohater, a tam jakiś inny. No i tyle. Ciekawa jestem jednak, co będzie w kolejnych fragmentach, jeśli je wrzucisz. Zastanawiam się, do czego ten pierwszy kawałek prowadzi.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości