Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Gospoda pod sierpem
#21
(15-11-2016, 12:47)burak napisał(a): – Jego? O(przecinek) Jezu. A właściwie,(zbędny przecinek) dlaczego?

– O (przecinek) kurcze(ę).

Weszli –(Średnio mi się tu podoba ten myślnik. Gdyby zdanie było dłuższe, byłoby okej, ale myślnik między dwoma słowami dziwnie mi wygląda, a jeszcze dziwniej się to czyta) oni.

Boruta, nieco zgarbiony, ale(Zbędne "ale". Przygarbienie średnio łączy się ze sposobem patrzenia komuś w oczy, tym bardziej, jeśli "nieco zgarbiony" jest wtrąceniem. Można być garbusem, a śmiało patrzeć komuś w oczy :p A jeśli już chcesz mieć "ale", to napisałabym "Boruta był nieco zgarbiony", tak brzmiałoby według mnie lepiej) śmiało patrzył mi w oczy.

(...)No i po co wam to było, towarzysze? Marzyła się nowa partyjka, głosiło się hasełko: nasz premier(przecinek) wasz prezydent i co?

– Towarzyszu derektorze(przecinek) popełniliśmy błąd, teraz widzimy dokładnie, że nie mieliśmy racji – odpowiedzieli jednocześnie.

–„(spacja)Towarzyszu, obdarzamy was naszym zaufaniem, dajemy wam ponowną szansę wykazania się przydatnością dla społeczeństwa.

– Towarzyszu Borówko, od dzisiaj jesteście szufelkowym. Wy, towarzyszu Boruto –(Lepszy byłby przecinek niż myślnik) miotełkowym. Będziecie, (zbędny przecinek) zatem sprzątać.

Właśnie, to przez was(nich – bohater raczej nie zwraca się do tej dwójki, która właśnie wychodzi, tylko myśli) ma tu przyjechać preprezydent.

(zbędne spacje)– To nie ma siódmego, co za ulga(kropka) – n(N)ie powinienem się zbytnio przejmować.(Sugeruję taką zmianę, bo wnioskuję, że część od "Nie powinienem" nie jest częścią wypowiedzi bohatera, ale tym, co stwierdza już po niej. Jeśli jest inaczej, zmień ten myślnik na przecinek)

Głównym hasłem ostatniej kampanii wyborczej naszego ukochanego preprezydenta,(zbędny przecinek) było: „Jedność”.

– To chyba dobrze, że zaraz będzie, to przecież – (zbędny myślnik) adwokat!

– Lepiej powiedz, czy wszyscy mają nałożone skarpetki?(zbędny znak zapytania – to nie jest zdanie pytające) – P(p)oprosiłem.

(...)Powiedzieli, że to za mało, teraz myślą, co z nami zrobić(kropka)

Wpada(Wpadła) Teo, tylko w majtkach i skarpetkach.

(zbędny odstęp) – Słuchaj, tylko ty zostałeś, wszyscy jesteśmy w skarpetkach, Borówka i Boruta też.

(zbędny odstęp)– Cholera, że też zawsze sam muszę wszystko robić.

(zbędny odstęp)Napisałem deklarację ustalającą stawkę podatku w wysokości 500 +.

(zbędny odstęp)Przyszli dzisiaj w komplecie.

(zbędny odstęp) Teraz przychodzą w pełnym składzie, wyrok zapada w ciągu dwóch godzin i nie ma żadnego odwołania do wyższej instancji, bo jest niepotrzebna, skoro adwokat broni prokuratora.

(zbędny odstęp)Calo i Teo opuściły gabinet.

(zbędny odstęp)– Słuchaj, przyleciał gołąb, mamy szyfrogram.
(zbędny odstęp)– A kto rozszyfruje?
(zbędny odstęp)– Nikt. Pisze szyfrogram, ale napisane jest jawnym tekstem.
(zbędny odstęp)– No dobra. Skąd ten szyfrogram?
(zbędny odstęp)– Z ministerstwa Budowania Uczciwości Rodaków Dla Etosu Ludowego.
(zbędny odstęp)– Co to za bzdura ?
(zbędny odstęp)– BURDEL.
(zbędny odstęp)– Kubeł, ja znam twój stosunek do naszych władz, ale bez przesady.
(zbędny odstęp)– Burdel(A nie "BURDEL", tak jak zapisałeś poprzednim razem? Skoro to skrót, tak powinno być i tutaj) to skrót tego ministerstwa.
(zbędny odstęp)– Pokaż...  rzeczywiście. Piszą, że przyjedzie sama pani minister Dor.
(zbędny odstęp)– Ja ją znam.
(zbędny odstęp)– To,(zbędny przecinek) co ty tu robisz? Masz takie chody i siedzisz na tym zadupiu.

(zbędny odstęp)– Ona skończyła studia u Madziarów i zrobiła karierę.

(zbędny odstęp)– Może wiesz, po co przyjeżdża?
(zbędny odstęp)– Nie wiem, będzie za parę minut, to się dowiemy.
(zbędny odstęp) Nie minęło nawet pół minuty, a przed gospodą z piskiem zatrzymała się limuzyna.

(zbędny odstęp)Pobiegliśmy na jej(jej na) spotkanie.
(zbędny odstęp)– Witojcie w nosych progach.
(zbędny odstęp)– Przestań się wygłupiać, buraku. Jestem tutaj incognito.
(zbędny odstęp)– A ten szyfrogram?
(zbędny odstęp)– A był zaszyfrowany?
(zbędny odstęp)– Nie.
(zbędny odstęp)– Właśnie. Jestem incognito.
(zbędny odstęp)– Nic z tego nie rozumiem.
(zbędny odstęp)– Zrozumiesz. Jakby był zaszyfrowany, to już leżałby na biurku marszałka dworu, a jawne nie są śledzone.

(zbędny odstęp)– Co cię sprowadza? – zaryzykowałem.
(zbędny odstęp)– Przyjeżdża tutaj preprezydent, i tak będę musiała przyjechać oficjalnie. Postanowiłam was uprzedzić, bo zobaczyłam na liście pracowników –(zbędny myślnik) Kubła i Vinca.

(zbędny odstęp)Poszła razem z Kubłem, po chwili pobiegł za nimi Vinc.

(zbędny odstęp)Gdzie jest ochrona gospody?
(zbędny odstęp)– Macieju!
(zbędny odstęp)– Jestem (przecinek) szefie, coś się stało?
(zbędny odstęp)Jak spod ziemi wyrósł szef ochrony. Rzadko go widywałem. Chłop jak dąb, prawie dwa metry wzrostu, barczysty(przecinek) wysportowany. Co prawda, (zbędny przecinek) widoczne już były pierwsze zalążki brzucha.

(zbędny odstęp)– Słuchaj, o naszej bimbrowni wiedzą nawet w BURDEL-u.
(zbędny odstęp)– No pewnie, że wiedzą. To nasi najlepsi klienci.

(zbędny odstęp)Przyznać muszę, iż nie wiem, co się dzieje w gospodzie. Poszedłbym na emeryturkę, gdyby była. Już na samym początku, jeszcze czwartej Zioprosperitej (przecinek) zlikwidowano emerytury.

(zbędny odstęp)– A kto nie wie?
(zbędny odstęp)– Nie wiem, chyba wszyscy pędzą.

(zbędny odstęp)– No dobra, skoro wiedzą, to nie będą się interesować.
(zbędny odstęp) – Mam prośbę.
(zbędny odstęp)Chłop, jak dąb(przecinek) a prosi – pomyślałem lekko zawiedziony.

(zbędny odstęp)– Jaką?
(zbędny odstęp)– Brakuje mi ludzi do ochrony.
(zbędny odstęp)– Ilu?
(zbędny odstęp)– Siedmiu.

(zbędny odstęp) – To masz problem. Spadaj, ja mam ważniejsze sprawy na karku.(Sprawy ma się raczej na głowie, nie na karku)

(zbędny odstęp)Zostawiłem Macieja i wróciłem do gabinetu.

Przy stolikach siedziała już większość pracowników. Znalazłem miejsce przy stoliku Szemki, naszej kadrowej.

– Czyli zupa nic i kaszanka. Powiedz(przecinek) Kwart, jak długo można jeść to samo?

– Nie widzę,(zbędny przecinek) żadnego klienta – stwierdziłem, rozglądając się po sali biesiadnej.

– No pewnie, skoro jeden ma zmiotkę(przecinek) a drugi szufelkę.

– Czy jest,(zbędny przecinek) jakaś możliwość niepłacenia podatków, grzywien, kar? Sam sobie odpowiem – nie ma. To właściwie, (zbędny przecinek)jakim cudem my cokolwiek płacimy?

W tym fragmencie nagle pojawiły się spacje po akapitach. Pousuwaj je wszystkie, ja nie zaznaczałam wszystkich miejsc, bo nie chciało mi się ciągle wklejać tego samego. :p
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#22
Dziękuję.
Poprawiłem. Przesadziłem. Przepraszam :)
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#23
Po obiedzie postanowiłem zwołać naradę kierownictwa.
– Słuchajcie, sami widzicie, że niedługo nie będziemy mieli co położyć na talerzu. Kaszanka też się kończy, a kaszy mamy pod dostatkiem. Krwi brakuje. Trzeba sporządzić listę krwiodawców i zwiększyć produkcję krupnioka.
Spojrzałem na nich. Nie byli zaskoczeni moją propozycją. Nie protestowali. Sytuacja wyglądała na tragiczną.
– Co jest grane? Nie mówcie mi tylko, że już produkujecie! Ja sobie jaja robię, chcąc sprawdzić, jak nisko upadliśmy, a wy spokojnie siedzicie! Tak nie może być! Mam konkretne pytanie: gdzie jest żarcie?
– Nie mamy – odpowiedział Kwart.
– To wiem. Gdzie w piątej Zioprosperitej można się najeść? Dlaczego tam, a nie u nas? Jak znajdziemy odpowiedzi na te pytania, to będziemy mieli pełne półmiski. Ruszcie głowami.
– Niedaleko od gospody jest muzeum Inicjatywy Dobrobytu i Osiągnięć Taktycznych Andrju.
– IDIOTA? Rzeczywiście jest niedaleko. I co z tego, przecież to stare torowisko, które od dawna nie jest używane.
– Tak, bo to jest muzeum i tam rośnie to zboże, które Andrju wysypywał na początku swojej kariery. Nie wolno go zbierać, a jest tego całkiem spore pole. Można trochę skosić, zmłócić i mielibyśmy żarcie.
Czy jest pilnowane?
– Nie, bo nikt się nie odważy.
– To my mamy ryzykować?
– Lepsze ryzyko niż śmierć głodowa.
– No dobrze, niech będzie, zakosimy. Na samym chlebie długo nie pociągniemy. Kombinujcie dalej. Kto ma żarcie?
– Konsumy partyjne, wojsko i a-bezpieka. Oni mają jedzenia w bród. Boruta mówił, że każda puszka ma kilka tysięcy hektarów ziemi, chlewnie, obory. Pracują dla władz.
Dawniej się mówiło: bezpieka. Państwo unika tego przeklętego słowa, teraz mamy a-bezpiekę, Agencję Bezpieczeństwa.
 – To wiemy, i co z tego? – zapytałem.
– Jak zrobimy z gospody konsumy, to będziemy dostawać przydziały.
– Dla naszego sekretarza, dla jednej osoby? Gra nie jest warta świeczki. Ilu właściwie mamy partyjnych?
– Przecież wszyscy jesteśmy członkami partii.
– To dlaczego nie dostajemy żarcia?
– Bo ono jest dla sekretarzy.
– Czemu zatem nie jesteśmy sekretarzami?
 – Żeby być sekretarzem, trzeba mieć POP-a.
– A Tik-Tak nie wystarczy? – wyrwała się Calo.
– Dziewczyno, POP to Podstawowa Organizacja Partyjna, a nie karta telefoniczna. Zresztą ich i tak już nie ma – wytłumaczyłem.
– Może założymy POP-ki i będziemy sekretarzami? Będziemy w każdym POP-ie członkami, a w swoim sekretarzem. Każdy z nas będzie sekretarzem i wiecie, ile POP-ów tu będzie działało? Setki, wykonamy plan upartyjnienia gospody na kilka lat naprzód. Będziemy przodownikami i otworzymy konsumy.
Kwart mnie zaskoczył, spojrzałem na niego pełen podziwu.  
Narada zakończyła się wielkim sukcesem. Ustaliliśmy, że do wieczora będziemy wypełniać deklaracje przystąpienia do POP. Ja otworzyłem Podstawową Organizację Partyjną Analizy Rezerw Celowych i Ewidentnych (POPARCIE). Lutka założyła POPART, Kwart POPAPRANIEC, a pozostali inne. Do bardziej aktywnych należały: POPED, POPELINA, POPCORN, POPERS, POPICIE, POPIEL, POPIELEC, POPIJAWA. Dla Kubła, który nadal konferował z panią minister, zarezerwowaliśmy POPIEPRZYC.          
Punktualnie o dwudziestej złożyliśmy na ręce pierwszego sekretarza niezbędne dokumenty. Był wniebowzięty, miał zapewniony awans o kilka szczebli. Niezwłocznie zamówił transport i po pół godziny cztery furmanki deklaracji, programów, list obecności pojechały do wsi.
Nie pozostało nam nic innego, jak czekać na decyzję władz zwierzchnich.
Wieczorem jak zwykle spotkaliśmy się w bimbrowni.
Borówka i Boruta też się załapali. Ich obecność pozwoliła na zorganizowanie wieczoru wspomnień. Po oklejeniu akcyzą kilku butelek humor nam się znacznie poprawił.
– Słuchajcie no, Boruta – zagaiła Lukrecja. – Dlaczego nie chcieliście się zgodzić na Belkowskiego, a potem na Olina?
– Nie chcieliśmy i już, dla zasady.
– A wy, Borówka, dlaczego nie poparliście Olina?
– Bo już nie był moim towarzyszem.
– No widzicie, a gazet nie czytaliście, a tam wyraźnie pisało: wybory wygra nasz preprezydent.
– Też pisało, że nie będzie premierem – bronił się Boruta. –– Tylko ja albo ktoś z wąsami.
– To co? Myśleliście, że kto będzie?
 – Kaczorek. Mieliśmy nadzieję, że nas nie zdradzi.
– Przecież jasnowidz mówił, że wybory będą w sierpniu, a w sierpniu tylko chłopy są w domu.
– Kto tam wierzył wtedy jasnowidzowi.
– Nie wierzyliście i nie spodziewaliście się, kto sobie wąsy przyklei i teraz mamy Zioprosperitą.
Nie spodziewałem się, że Lukrecja ma taką dobrą pamięć. Zaskoczyli mnie też panowie BB. Jednak ta resocjalizacja nie wyprała ich całkowicie, coś niecoś pamiętali, a może i więcej. Trzeba na nich uważać, bo mogą w przyszłości zaszkodzić naszej... przyszłości. Już raz nam zaszkodzili.
Tradycyjnie, grubo po północy, skończyliśmy. Tym razem więcej spożyliśmy, niż okleiliśmy. Mieliśmy jednak nadzieję, że jutro dostaniemy decyzję zezwalającą nam na otwarcie konsumów i skończy się kombinowanie żarcia. A do wizyty preprezydenta pozostało dziesięć dni, niecały tydzień.
   
Dziesiąty dzień przed wizytą.

 Obudził mnie sygnał alarmu.
 – Co się dzieje?
Wyskoczyłem z łóżka. Łóżko, jak to ładnie brzmi. To była drewniana skrzynia z sianem. Zdrowe spanie, tylko poranna toaleta była trochę dłuższa. Łazienka była wspólna dla mężczyzn, oddzielna dla kobiet.
Dyrektywa ministerstwa sportu i rekreacji zalecała umiejscowienie łazienki dla mężczyzn w odległości trzydziestu trzech metrów od drzwi wejściowych do budynku. Zabraniała jednocześnie stosowania zadaszenia. Ile my mieliśmy kłopotów z właściwym jej umiejscowieniem. Dopiero po żmudnych poszukiwaniach Calo znalazła załącznik, w którym dokładnie wskazano, jak należy te trzydzieści trzy metry zmierzyć. To była odległość od klamki do pierwszego kurka, jedynego kurka, jaki można zamontować w łaźni dla mężczyzn.
Kobiet to nie dotyczyło, miały łazienkę w gospodzie.
Rozwiązanie to zapewniało prawidłowy i higieniczny rozwój społeczeństwa. Widać wyraźnie, że maczał w tym palce minister obrony, narodowych sił zbrojnych i ofensywy strukturalnej. Wybitny ekspert od katastrof lotniczych.
Podbiegłem do gospody, przed nią nie było nikogo. W gospodzie panowała cisza. Czyżby wszyscy udali się już na miejsce zbiórki? Pobiegłem do sali jadalnej, spotkałem Kubła.
– Powiedz, coś się dzieje? – zapytałem.
– Nic, fałszywy alarm, kogut się włączył. Gęsi nie reagowały. System alarmowy nie został naruszony.
– Mówiłem, że trzeba tego koguta wymienić, strachliwy się zrobił ostatnio.
– Też miałbyś lęki, biedak kury nie widział od tygodnia.
Gęsi były na wyposażeniu gospody, nie można ich było ukatrupić. Stanowiły główny trzon systemu alarmowego. Kogut także, na nim spoczywała wielka odpowiedzialność. To on zastąpił syreny alarmowe.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wstałem o dwie godziny wcześniej. Mam więcej czasu. Postanowiłem zrobić inspekcję całej gospody.
Udałem się do kuchni.
Kwart, odpowiedzialny za zaopatrzenie, spał na swoim wyrku, ustawionym przy drzwiach spiżarni.
Pilnuje tego, czego już dawno nie ma, co znaczy siła przyzwyczajenia – pomyślałem z podziwem.
 Twardo spał.
Postanowiłem zrobić sobie herbatkę. Zabrałem się do rozpalenia kuchni, mieliśmy jeszcze drewno, węgla też nam trochę zostało z zimy. Stosunkowo łatwo mi poszło, nie wyszedłem z wprawy. Postawiłem czajnik i rozpocząłem poszukiwania herbaty. Dawno sam tego nie robiłem i nie wiem, gdzie jest schowana. W szafkach były tylko puste pudełka po herbacie. Stare, podniszczone, przedzioprosperitowskie, zajmowały duże pudło. To były dobre czasy. W końcu znalazłem zielone pudełko z namalowaną trawą, na nim umieszczone wyraźny napis: Nowość, herbata z pól golfowych.
Na polach rośnie ładna trawa i mamy teraz wspaniałą herbatę.
Jak nasz kraj mógł osiągnąć dobrobyt, skoro ludzie deptali taką herbatę, biegając z kijami za jakimiś piłkami. Co za marnotrawstwo.
Zaparzyłem i wypiłem łyk tego środka przeczyszczającego. Człowiek może się przyzwyczaić do każdego gówna. Usiadłem w kącie kuchni i delektowałem się herbatką. Nie zauważyłem, kiedy zjawiła się Lukrecja.
– Czemu tak wcześnie wstałeś? – zapytała. – Zazwyczaj śpisz dłużej.
– Kogut się włączył, nie słyszałaś?
– Od kilku dni pieje, a ty dopiero dzisiaj usłyszałeś. Coś musi cię dręczyć, sny masz niespokojne, ręce ci drżą, źle z tobą.
– Denerwuję się tą wizytą preprezydenta. Jak nasze pomysły nie wypalą, to puszkujemy na amen.
– Przetrwamy, zobaczysz. – Zaskoczył mnie jej optymizm.
– Nie wiesz, co chciała pani minister?
– Nie, chłopcy milczą, nie chcą puścić pary z gęby.
– W końcu i tak się wyda.
Na parapecie okna usiadł gołąb.
– Jest poczta, zobaczę, od kogo.
Gołąb miał przyczepioną torbę podobną do takiej, jaką kiedyś nosili listonosze. Listonoszy już nie ma. Ten ciągły brak ludzi do pracy był denerwujący.
Wyjąłem pismo od sekretarza komitetu gminnego.
„”Towazyse i towazyski.
Wykazaliście się właściwą postawą i pełnym zaangazowaniem w rozwój naszej Partyji.
       Niestety, na podstawie dyrektywy Komitetu Centralnego Nasej Partyji – paragraf, 22 – aby otwozyć konsuma potrzeba 58 POP, a w wasej komurce jest tylko 57. Postarajcie się załozyć jeszcze jedną a będziecie mogli otrzymali, licencyję.
Podpisał
Sekretarz 12 kategorii Komitetu Gminnego”.”
– Lutko, nici z naszego pomysłu. Brakuje nam jednego POP-a.
– To zaraz założymy, trzeba zobaczyć, kto się jeszcze obija.
– Włączmy alarm.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#24
Wracam po dłuższej przerwie. :)

(21-11-2016, 10:51)burak napisał(a): – Słuchajcie, sami widzicie, że niedługo nie będziemy mieli,(zbędny przecinek) co położyć na talerzu.

Sytuacja wygląda(wyglądała) na tragiczną.

Mam konkretne pytanie.(Pasowałoby połączyć te dwa zdania dwukropkiem) Gdzie jest żarcie?

    – To wiemy(przecinek) i co z tego? – zapytałem.

    – A Tik-Tak nie wystarczy? – W(w)yrwała się,(zbędny przecinek) Calo.

– Może założymy POP-ki i będziemy sekretarzami.(znak zapytania zamiast kropki – to zdanie jest chyba sugestią, pytaniem?) Będziemy w każdym POP-ie członkami, a w swoim sekretarzem. Każdy z nas będzie sekretarzem i wiecie(przecinek) ile POP-ów tu będzie działało?

Lutka założyła POPART, Kwart POPAPRANIEC(przecinek) a inni inne. (Lepiej "a pozostali inne", żeby nie było powtórzenia)

Dla Kubła, który nadal konferował z panią minister(przecinek) zarezerwowaliśmy –(zbędny myślnik) POPIEPRZYC.  

– A wy (przecinek)Borówka, dlaczego nie poparliście Olina?

–– Tylko ja, (zbędny przecinek)albo ktoś z wąsami.

(akapit)Nie spodziewałem się, że Lukrecja ma taką dobrą pamięć.

Jednak ta resocjalizacja nie wyprała ich całkowicie, coś niecoś pamiętali(przecinek) a może i więcej. Trzeba na nich uważać, bo mogą w przyszłości zaszkodzić naszej... przyszłości.

(akapit)Tradycyjnie, grubo po północy(przecinek) skończyliśmy.

(akapit)Rozwiązanie to zapewniało prawidłowy i higieniczny rozwój społeczeństwa.

Gęsi była(były) na wyposażeniu gospody, nie można ich było ukatrupić.

– Czemu,(zbędny przecinek) tak wcześnie wstałeś? – zapytała.

– Przetrwamy, zobaczysz(kropka) – z(Z)askoczył mnie jej optymizm.

– Jest poczta, zobaczę, od kogo?(kropka zamiast znaku zapytania)

(...) – paragraf, 22 – aby otwozyć konsuma(przecinek) potrzeba 58 POP, a w wasej komurce jest tylko 57. Postarajcie się załozyć jeszcze jedną(przecinek) a będziecie mogli otrzymali, licencyję.

Znów są rzędy spacji po tagach akapitowych. Popraw to, po to jest tag akapitowy, żeby akapity były takie same, spacje po nich to za dużo.

Co do samego tekstu, wiele do powiedzenia nie mam. Ciągle czekam na wizytę znamienitego gościa. :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#25
Poprawiłem, poza listem.
Dziękuję.
edit
Jednak nie zapisałem poprawy, poprawiłem ponownie.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#26
Lutka opuściła kuchnię i rozpoczęła poszukiwanie koguta. Po chwili usłyszałem jego pianie. Alarm przeciwlotniczy. Sądząc po pianiu, chyba trochę przesadziła.
W gospodzie zapanował niesamowity chaos. Nagle wszyscy opuścili swoje legowiska. Obserwatorzy udali się na strych, a następnie weszli na dach. Grupa zabezpieczenia technicznego otworzyła właz do schronu przeciwatomowego – wejście było pod jedną z lodówek. Grupa wsparcia wybiegła na podwórko i zaczęła kopać rowy przeciwpancerne. Na środku podwórka stała Szemka, w dłoni miała czerwoną chorągiewkę i regulowała ruch. Do kuchni wróciła Lutka.
– Tego cholernego koguta trzeba oskubać. Nie ten alarm zapiał. Kiedy my ich wszystkich pozbieramy?
– To trzeba odwołać alarm.
– Łatwo ci mówić, kogut zwiał.
Dopiero po dwóch godzinach wszyscy powrócili do normalnych zajęć, uznając alarm za fałszywy. Najdłużej broniła się brygada zabezpieczenia schronu. Gdy w końcu namówiliśmy ich do opuszczenia bunkra, poznaliśmy przyczynę determinacji. Spałaszowali znaczną część zgromadzonej żywności, nie wspominając o naruszeniu żelaznego zapasu spirytusu. Nie nadawali się do pracy.
– Słuchajcie, musimy założyć jeszcze jednego POP-a, będziemy mieli konsumy. Kto nie jest jeszcze sekretarzem?
Zapanowała cisza, nikt się nie przyznaje. Przyjrzałem im się uważnie. Wszyscy patrzyli mi w oczy, poza Sebem.
– Towarzyszu Seb – zacząłem poważnie – jak nazywa się wasza organizacja partyjna?
– Jeszcze nie założyłem.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Jest szansa na konsumy.
– Na co czekacie?
– No, nie wiem, czy podołam – wyszeptał.
– Dasz radę.
– Nie przejmuj się – poradziła Lukrecja.
– Bierz się do roboty – powiedziałem.
– To żadna sztuka – kolejna rada Lutki.
– Pomożemy – zaoferował się Kwart.
– Pomożecie? – Seb zapytał z nadzieją w głosie.
– Pomożemy! Pomożemy! Pomożemy!
Znałem ten okrzyk, już go kiedyś w swoim życiu słyszałem, ale to się źle skończyło. Mam nadzieję, że teraz będzie inaczej.
– Pomyśl nad nazwą.
– Już ją mam – POPIERDUŁKA.
– Co to jest?
– Podstawowa Organizacja Partyjna Integrująca Energiczne Ruchy Demaskujące Unijne Łorganizacje Kształcenia Akademickiego.
– Niezła.
– Kto się zapisuje?
Prawie wszyscy wstąpili do POPIERDUŁKI.
Natychmiast wysłaliśmy meldunek do powiatu. OdpowiedźŸ nadeszła tym samym gołębiem.
Zalakowaną kopertę wręczyliśmy Sebowi.
– Czytaj.
     „”Towazyse i towazyski.
Wykazaliście się właściwą postawą i pełnym zaangazowaniem w rozwój naszej Partyji.
       Niestety, na podstawie dyrektywy Komitetu Centralnego Nasej Partyji – paragraf, 22 – aby otwozyć konsuma potrzeba 59 POP, a w wasej komurce jest tylko 58. Postarajcie się załozyć jeszcze jedną a będziecie mogli otrzymali, licencyję.
Podpisał
Sekretarz 12 kategorii Komitetu Gminnego”.”
– Kurwa – wyrwało się Kubłowi.
– Zakładajmy następną, kto nie jest jeszcze sekretarzem?
Cisza, teraz już wszyscy patrzyli mi w oczy.
– Cholera, gdzie są Borówka i Boruta?
Nikt nie był w stanie udzielić wiążącej odpowiedzi.
– Trzeba zarządzić alarm przeciwdywersyjny. Kto wie, gdzie jest kogut?
– Ja, ale...ale on już nie będzie piał, przeszedł na emeryturę – poinformował Kwart.
– O, boże – jęknąłem.
Przechodzi się na emeryturę, tylko w jednym wypadku, miałem jeszcze nadzieję, że kogutów to nie dotyczy.
– Na jaką emeryturę? Koguty nie mają emerytur, nie są lepsze od nas – zadałem pytanie i z wyraźnym biciem serca spojrzałem na Kwarta.
– Ten ma, miał już dziesięć lat.
– Jak to miał?
– Dzisiaj będzie na obiad.
– Zamawiam udko! – Wrzasnął Kubeł.
– Skrzydełko.
– Szyjka.
– Pierś.
– Kopytka.
– Żołądek.
– Golonka.
– Kto zamawiał golonkę? – zapytałem.
– Pomyłka – Seb się przyznał.
– No dobra, kogut podzielony, rozumiem, że reszta będzie miała rosół. Nie ma BB, to dawajcie tych, co zniszczyli spirytus.
Po kilku minutach przytoczyli się MM, Mysz i Maciej.
– Słuchajcie, musicie założyć POP-a.
– POPIJ?
– Może być POPIJ. Podstawowa Organizacja Partyjna Informatorów Jędrusia. Tylko żebyście nie przegięli z tym informowaniem.
– Spoko, dajcie trochę wody.
Wysłaliśmy meldunek gołębiem. Wrócił z odpowiedzią.
– Kto przeczyta?
– Ja nie – odpowiedział Kubeł – mam pecha.
– Ja też nie – dorzucił Seb.
– Lutka czytaj!
     „”Towazyse i towazyski.
Wykazaliście się właściwą postawą i pełnym zaangazowaniem w rozwój naszej Partyji.
       Niestety, na podstawie dyrektywy Komitetu Centralnego Nasej Partyji – paragraf, 22 – aby otwozyć konsuma potrzeba 60 POP, a w wasej komurce jest tylko 59. Postarajcie się załozyć jeszcze jedną a będziecie mogli otrzymali, licencyję.
Podpisał
Sekretarz 12 kategorii Komitetu Gminnego”.”
– Kurwa... kurwa... kurwa.
– Wkopaliśmy się. Mamy pięćdziesiąt dziewięć popów i żadnej szansy na konsumy.
– A może sześćdziesiąt jest górną granicą i już nie będą podnosić – szepnęła Teo.
– Dlaczego?
– Bo to kopa.
– Kopa to my dostaniemy, jak przyjedzie preprezydent. Jak chcecie, to zakładajcie, ja już nie wierzę.
Poszedłem do swojego biura. Było bardzo skromnie urządzone. Stół w kształcie litery T, wzdłuż ściany regał, głośnik. Nigdy go nie włączałem, jedynie w momentach, gdy zaglądał do mnie sekretarz Red. Każdy przełożony musiał słuchać wiadomości, a że było tylko jedno radio, to wystarczył głośnik. W naszej gospodzie wszyscy mieli w swoich pokojach głośniki, zwolnieni z tego byli BB – nie mieli podwładnych. Takim, to jest dobrze.
Kołchoźnik zaszczekał:
„”Gratulujemy organizacji partyjnej przy gospodzie pod sierpem wspaniałego osiągnięcia. Towarzysze i towarzyszki przed wami trudne zadanie. Zgodnie z wytycznymi KC, w dniu dzisiejszym przyznano wam status konsumów 7 kategorii.
Był to komunikat specjalny”.”
Umilkł.
Jestem bardzo zmęczony, już mam omamy słuchowe – pomyślałem.
Do gabinetu wpadła Teo.
– Słyszałeś? Mówiłam, że kopa to kopa. Gdy tu siedziałeś,œ założyliśmy dwa POP-y, to znaczy BB założyli.
Nawet nowi pracownicy wykazali się aktywnością. Borówka założył POPYCHACZ a Boruta POPIS – czyżby resocjalizacja nie do końca się udała? Zdążyliśmy wysłać i – mamy konsumy.
– No to jesteśmy uratowani. Jesteś wielka, daj pyska.
Wyściskałem Teo.
– Czy potwierdzono oficjalnie udzielenie koncesji?
– Jeszcze nie.
– Oj Teo, oddawaj uściski. Nie mamy żadnych konsumów – usiadłem zrezygnowany.
– Jak to nie mamy, a komunikat radiowy? Przecież wszyscy słyszeli, cała Zioprosperita, nie mogą tego odwołać.
– Skąd wiesz, że cała. Może tylko nam przekazano tę informację. Nie słyszałaś o manipulacji? Pamiętasz, jak podano pierwszy komunikat, że nasza partia objęła prowadzenie w rankingach?
– Nie pamiętam.
– To było tak: ogłoszono, że prowadzimy – no wtedy, to jeszcze nie była to nasza partia, ale teraz jest – więc ogłoszono, że prowadzimy zdecydowanie przed Borutami. Na drugi dzień szybko podano dwa nowe rankingi, z których już wynikało, że mam drugie miejsce, daleko w tyle. Wszyscy odetchnęli z ulgą i to był ich błąd. Te drugie wyniki były już zmanipulowane. Przestano się bać naszej partii.
– Czy nas też się boją i dlatego podali, że mamy konsumy?
Pytanie Teo zaskoczyło mnie i przeraziło. Niedobrze być w zainteresowaniu mediów, nawet gdy jest to tylko jedne jedyne. To będzie wzbudzało sensacje i zazdrość, zazdrość jest najgorsza.
– Czy, ktoś obcy przyszedł do gospody?
– Nie wiem, dlaczego pytasz?
– Zawołaj Martaska.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
Reklama AdSense
#27
Po kilku minutach Teo przyprowadziła bardzo wkurzoną Martas.
– Czego? – warknęła, wchodząc do gabinetu.
– Są jacyś nieznani klienci?
– Z byka spadłeś czy cóś? Kto tu przyjdzie na to zadupie?
– Coś, a nie cóś – poprawiłem.
Nie ma obcych, odetchnąłem z ulgą.
– Słyszałaś komunikat w kołchoźniku?
– Tak, przerwałeś mi, bo właśnie przyleciał gołąb. Miał zalakowaną kopertę, ale wszyscy się na niego rzucili, bo chcieli być zwiastunami dobrej wiadomości i...
-I? – Nie dokończyła, czym mnie doprowadziła do takiego samego stanu, byłem wkurzony.
– ... i zaginęła koperta albo ktoś ją podprowadził.
– Kto tam był konkretnie?
– Mówiłam, że wszyscy.
– Jakim cudem wszyscy?
– Ano takim, że każdy usłyszał komunikat i... i wypatrywaliśmy gołębia.
Usłyszałem pukanie do drzwi.
– Wchódź!
Drzwi powoli się otworzyły, ktoś wsunął zaciśniętą dłoń trzymającą skrawek koperty. Do gabinetu ponownie weszła Teo.
– Tylko tyle zostało z wiadomości. Nie wiemy, czy mamy te konsumy, czy ich nie mamy.
– Kto to zniszczył? Zresztą to już nie jest istotne. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie.
– Trochę optymizmu.
Do gabinetu wpadł Maciej – szef ochrony.
– Jadą! Jadą! – krzyczał.
– Kto?
– Nie kto, tylko co. Jadą wozy zaopatrzenia. Mamy konsumy.
– A nie mówiłam? – szybko wtrąciła Teo.
Podbiegłem do okna. Rzeczywiście na placu przed gospodą zatrzymało się kilkanaście furmanek. Z pierwszej wysiadł sekretarz gminny. Czekał już na niego nasz sekretarz Red, trzymał w dłoni bochen chleba.
– Witamy, towarzyszu sekretarzu, witamy w naszych niskich progach.
– Przyjechałem zorientować się, w jakich warunkach przywitacie preprezydenta. Jednocześnie gratuluję wam zdobycia koncesji na konsumy. To są pierwsze konsumy w naszej gminie. Teraz dajcie tu wstążkę i nożyczki, dokonam uroczystego otwarcia.
– Alarm! – wrzasnąłem. – Wróg na pokładzie! Wszyscy na dół!
Wybiegliśmy, aby tylko zdążyć przed wejściem sekretarza. Po drodze wydawałem instrukcje.
– Portret preprezydenta wyciągnijcie ze spiżarni, odkurzcie go. Schować butle z bimbrem. Dzieła zebrane wodza do biblioteczki.
Sam pobiegłem na spotkanie z wrogiem. Zdążyłem w ostatniej chwili, właśnie wchodził do gospody.
– Witojcie, towarzyszu sekretarzu, witojcie! Zascyt to dlo nos ogromniasty.
Ażeby cię dunder świsnął, na stare lata muszę się kłaniać w pas takiemu dupkowi – pomyślałem.
– Gdzie są towarzysze Borówka i Boruta? – zapytał.
– Zgodnie z instrukcjami – sprzątają.
– Dajcie ich tu, ino sybko!
Nie musiałem po nich posyłać, znaliśmy te numery. Towarzysz sekretarz gminny zawsze kazał zawołać tych, co mają najniższy stopień przydatności. Boruta stał na baczność, natomiast Borówka w dość nonszalanckiej postawie.
– Boruta, wy jeszcze wyjdziecie na ludzi, a wy nie – zwrócił się do Borówki. – Jak się wam podoba praca na wolności?
Cholera, zapomniałem ich przeszkolić, zaraz będzie poruta.
– Żadna praca nie hańbi – wykrzyknął Boruta.
Odetchnąłem, faktycznie zostali doskonale zresocjalizowani. Trzeba na nich jednak zważać. Może są doskonałymi aktorami? Przecież kilka kadencji w sejmie musiało swoje zrobić.
– Pamiętajcie, co nam zawdzięczacie, teraz dopiero zobaczycie kraj w rozkwicie, już kwitnie.
– Tak jest, towarzyszu sekretarzu – krzyknęli razem.
Sekretarz gminny spojrzał na nas. To był sygnał do tego, abyśmy opuścili salę. Będą dwie godzinki spokoju. Zdążymy w tym czasie, doprowadzić gospodę do odpowiedniego wyglądu. Te dwie godziny długo zapamiętają panowie BB. Poznają szczegółowo życiorys sekretarza, współczułem im. Każdy z nas przez to przeszedł.
– Kwart, nalej szklanicę, trzeba wypić na uspokojenie.
Rozpoczęliśmy wyładowywanie furmanek. Na pierwszej było sześćdziesiąt kartonów z materiałami dla sekretarzy poszczególnych POP-ów. Zawierały komplet dokumentów, które należało wypełnić. Deklaracje, programy szkolenia, listy obecności, legitymacje partyjne. No i oczywiście krawaty.
Wszyscy mieliśmy tyle samo pasków – trzydzieści pięć. Byliśmy zatem sekretarzami trzydziestej piątej kategorii. Ciekawe, jaką otrzymał nasz Red.
Kolejne furmanki przywiozły materiały propagandowe. Powoli zaczęliśmy się denerwować. Nie było żadnej wałówki. Została ostatnia furmanka, a na niej kilkanaście puszek z wołowiną.
– Niech to szlag trafi! To mają być konsumy?
– Poczekaj, tu jest jakieś pismo – powiedział Kwart, widząc moje zdenerwowanie.
– Przeczytaj.
Teo rozerwała kopertę i drżącym rękoma podała Kwartowi, a ten zaczął czytać.
„   „Towarzysze na dobry początek otrzymaliście nasze żelazne rezerwy. W najbliższym czasie skierujemy do was pełne zaopatrzenie, zgodnie z przyjętym normami.
Prosimy o wypełnienie formularzy zamówienia, uwzględniające normy na kartkach”.”
– To wszystko?
– Nic więcej nie ma.
– O jakich kartkach oni piszą?
– Trzeba się zapytać Calo, ona jest specjalistką od norm.
Po kilku minutach znalazła się Calo. Taszczyła ze sobą ogromne pudło.
– Tutaj są kartki. Musimy wpisać nazwisko na listę z uwzględnieniem punktów przydatności do społeczeństwa.
– Jak to? Przecież wszyscy jesteśmy sekretarzami 35 kategorii i chyba mamy taki sam przydział?
– Nic z tego. Popatrzcie na te kartki. Pisze jak wół:
 sekretarz 35 kategorii, 50 punktów przydatności – 2 kg kaszanki, 1 kg zwyczajnej, 1 kg schabu, 0,5 kg szynki, 4 l bimbru, 0,5 l wódki lub koniaku, 2 kg cukru, 2 paczki papierosów lub 50 g tytoniu, 2 bilety do kina, 1 bilet na koncert muzyki chłopskiej,
sekretarz 35 kategorii, 40 punktów przydatności – bez 4 pozycji
sekretarz 35 kategorii, 30 punktów przydatności – bez 4 i 6 pozycji
sekretarz 35 kategorii 20 punktów przydatności – tylko pozycje 1, 2, 4. 7 i 8
sekretarz 35 kategorii 10 punktów przydatności – tylko pozycja 1 i 8
sekretarz 35 kategorii 5 punktów przydatności – tylko pozycja 8.
– To jest paranoja – stwierdziłem. – A jaki ma przydział ten, co ma na przykład 42 punkty?
– Tu pisze, że należy mieć dokładnie tyle punktów, czyli że nic.
Część pobiegła odszukać sekretarza Reda i dowiedzieć się, ile ma punktów przydatności, liczyli na to, że może komuś się uda. Ja zostałem, zastanawiając się, jakie przydziały mają sekretarze niższej kategorii.
– Calo, a może masz tabele przydziałów sekretarzy innej kategorii?
– Nie mam, ale mogę skombinować. Co wymyśliłeś?
– Przecież oni nie wiedzą, kto u nas będzie konsumował. Możemy przecież napisać inne zamówienie. Co o tym myślisz?
– Napisać to my wszystko możemy, ale czy dostaniemy?
– Zróbmy zamówienie na sekretarza pierwszej kategorii.
– Zwariowałeś?
– Nie, przecież ma u nas być.
– Tak, ale skąd wytrzasnąć ten przydział? To tajemnica państwowa.
– Gdzie jest Kubeł? On ma wtyczkę, może jemu się uda.
Niestety poszukiwania Kubła zakończyły się fiaskiem. Gdzieś się zaszył. Udało się znaleźć Vinca.
– Vinc, mamy do ciebie prośbę.
– Słucham.
– Czy możesz, wykorzystując układy na górze, zdobyć informację na temat przydziału kartkowego, jaki otrzymuje pierwszy sekretarz?
– Czy wam życie niemiłe? Kto mi to da?
– Ta twoja znajoma, pani minister.
– Może i może, w trakcie spotkania coś wspomniała o ciężkiej robocie, jaką odwalono w rządzie, przygotowując tę kartkę.
– No widzisz, jedna malutka kartka, a życie nam uratuje.
– Ok, spróbuję.
Dobre chłopisko z tego Vinca.
Usłyszałem huk i poczułem straszny smród. Wyszedłem na korytarz, tutaj odór był nie do zniesienia. Zewsząd dobiegały krzyki.
– Alarm przeciwgazowy, włożyć maski! – Ktoś darł się niemiłosiernie.
Wróciłem do gabinetu, otworzyłem szafę pancerną i nałożyłem maskę. Na korytarzu nic już nie słyszałem, to skutek nałożenia maski. Powoli posuwając się, dotarłem do sali, w której sekretarz gminny rozmawiał z BB. Cała trójka leżała na podłodze.
– Jest tu ktoś? – ryknąłem. – Dawajcie sanitariuszy!
Cisza, nikt nie zareagował. Nie dziwię się, przez tę maskę głos się nie wydostał. Zdejmę, to padnę.
Wybiegłem przed gospodę. Na podwórzu tłum, niektórzy słaniali się na nogach, część leżała na ziemi. Tylko parę osób było w maskach. Przywołałem ich ręką i wróciłem do sali. Wspólnymi siłami wyciągnęliśmy nieprzytomnych na zewnątrz. Zdjąłem maskę. Powietrze wydawało się świeże.
– Co się stało? Skąd ten siarkowodór? Przyznać się, który to? Wiem, że żarcie jest do dupy, ale, moi drodzy, bez przesady, trochę umiaru.
Spojrzeli po sobie, a następnie na mnie.
– Nie wiemy, co się stało. Nagle coś huknęło, a po chwili pojawił się ten smród – stwierdziła Lukrecja.
– Gdzie walnęło?
– Chyba w spiżarni.
– Kto tam był?
– Kwart.
– Gdzie on jest?
– Chyba tam został.
– Kilku ochotników za mną.
Nałożyłem maskę i w towarzystwie Macieja i Seba udałem się do spiżarni. Drzwi były wyrwane z zawiasów, smród nie do wytrzymania, nawet maska nie zatrzymywała wszystkiego. Weszliśmy, na podłodze leżał Kwart, na głowie miał maskę. Jest szansa, że przeżył.
Z wielką trudnością wytargaliśmy go na zewnątrz. Zdjęliśmy mu maskę, od razu zaczerpnął powietrza, powoli dochodził do siebie. Spojrzałem na sekretarza i na BB. O ile na BB Martaska ćwiczyła sztuczne oddychanie, to sekretarz leżał porzucony.
– Zajmij się nim – zwróciłem się do Calo.
– Ani mi się śni, jeszcze nie dał nam zezwolenia na ślub.
Spojrzałem na inne panie, wszystkie nagle znalazły sobie jakieś zajęcie. Trudno, Kwart jest ważniejszy.
– Powiedz, co się stało – zapytałem nieszczęśnika.
– Pu... pu...… puszka wybuchła. Chcia... chciałem wyrzucić następne, gdy nagle eksplodowały. Zdążyłem wcześniej założyć maskę i ostrzec innych. – Powoli łapał coraz więcej powietrza.
– Jesteś bohaterem – stwierdziłem. – Które puszki wybuchły?
– Te, co dostaliśmy dzisiaj w dostawie, musiały być przeterminowane o kilka lat – odpowiedział już normalnie.
– Cholera, będzie afera, sekretarz gminny nadal jest nieprzytomny. Trzeba coś wymyślić, nim dojdzie do siebie. Macie jakieś pomysły?
– Może go zakopać? – Ripley pierwszy rzucił pomysłem.
Dopiero teraz go zobaczyłem. Gdzie on się ukrywał? Był naszym instruktorem wychowania fizycznego. Sam co prawda nie uprawiał żadnej dyscypliny sportowej, ale miał ogromną wiedzę na temat piłki nożnej i filmografii. W przeszłości był naczelnym największego przeglądu sportowego, ale powinęła mu się noga. Porównał jakiegoś sekretarza do gwiazdy sportowej. Zapomniał o otaczającej go rzeczywistości i przypłacił to zsyłką do nas. Wysoki, włos zmierzwiony, lekka łysinka z przodu, tak najkrócej można opisać Ripleya. Chłop się w ogóle nie starzał.
– Popieram Ripleya – wtrącił Red.
– Tak, a potem powiesz, że to my i stołek sekretarza gminnego będzie dla ciebie. Ma ktoś pomysł, jak wytłumaczyć ten smród?
– Powiemy prawdę – poradziła Teo.
– Teo, kiedy się nauczysz, że prawda w oczy kole?
– Prawda to prawda.
– Dobra, dobra, odrzucam ten pomysł. Kto ma inny?
– Dlaczego? – nie poddawała się.
– Nie możemy powiedzieć sekretarzowi, że dostarczył nam wybuchające puszki, bo to wygląda na zamach na życie preprezydenta.
Dopiero teraz dotarło do mnie i do innych, w jakiej tragicznej znaleźliśmy się sytuacji.
– Poradźcie coś – wyszeptałem błagalnie.
Zapanowała cisza. Na szczęście sekretarz nadal leżał nieprzytomny. Trzeba szybko coś wykombinować. Przyjrzałem się dziewczynom, wyglądały wspaniale. Już wiedziałem, tylko one są w stanie uratować sytuację.
Poprosiłem Seba na stronę, przedstawiłem mu swój plan, początkowo nie chciał się zgodzić, ale ostatecznie zmienił decyzję. Przekonał go argument załatwienia zezwolenia na wesele. Z ciężkim sercem zaakceptował projekt uzdrowienia sekretarza.
– Dziewczyny, nasza wolność, a może nawet życie zależy od waszych zdolności terapeutycznych.
– Czuję jakiś podstęp – zaprotestowała Martasek.
– Sytuacja wymaga poświęcenia, nie bądźcie egoistkami.
– Mów, o co chodzi, bo sekretarz zaczyna się ruszać.
Dość szybko wyłuszczyłem plan. Próbowały protestować, ale w końcu pozdejmowały staniki. Oczywiście pozostały w cienkich bawełnianych koszulkach.
– Seb, lej!
Seb był już przygotowany, odkręcił zawór i na sekretarza uderzył strumień wody. Ciśnienie było duże, woda ochlapała koszulki dziewczyn, podkreślając ich kształty. Sekretarz się budził, Teo nachyliła się nad nim i zastosowała sztuczne oddychanie metodą usta-usta, Lukrecja masaż serca, Szem i Calo rozciągały i zginały jego ramiona, a Lilie nachyliła się nad głową i obserwowała, czy otwiera oczy.
Widok był imponujący, sekretarz nie powinien mieć żadnych wątpliwości, panie walczyły o jego życie.
Dochodził do siebie. Teo zakończyła, wydawało mi się, że bardzo jej się to spodobało, być może tylko mi się wydawało.
– Co się stało? – Pierwsze, o co zapytał, gdy odzyskał świadomość.
– Jak to dobrze, że towarzysz wraca do siebie – rozpoczęła Lili. – Nasz wysiłek nie poszedł na marne. Już pół godziny reanimujemy towarzysza. Zmieniałyśmy się, chcąc zapewnić stały dopływ świeżego powietrza do płuc. – Zarumieniła się.
– Wspaniale towarzysz całuje, to znaczy chciałam powiedzieć, że doskonale podawał usta – dodała Lukrecja.
– I te dłonie, które błądziły po naszych płucach, jakby szukały tlenu – nie oszczędziła go Calo.
– Musiałam przykryć towarzysza, no wie towarzysz, on pierwszy odżył – to słowa Szem.
– Dobrze, że nikt tego nie widział, bo dokładnie towarzysza zasłoniłyśmy – Teo kontynuowała. – Chociaż, chyba ktoś zrobił zdjęcie, ale nasi współpracownicy gonią go teraz, celem odebrania aparatu.
– Byłoby bardzo źle, gdyby doniosło się to do góry, nieprawdaż? – zapytała Lukrecja. – To mogłoby być odebrane jako wykorzystywanie stanowiska do niecnych celów, coś w rodzaju molestowania, a to wolno dopiero sekretarzowi szóstej kategorii.
– Chciałam tylko dodać, że guziki od spodni były rozpięte i wie towarzysz, ten fotograf sfotografował to coś małego, co wystawało, a to był przecież tylko długopis, lecz towarzysz wie, co może zrobić żądny sensacji dziennikarzyna – decydujący cios zadała Calo.
Twarz sekretarza gminnego zmieniała się jak w kalejdoskopie. Najpierw przedstawiała oburzenie, zaciekawienie, zdziwienie, niedowierzanie, by w końcowym etapie wyrażać wdzięczność, bezgraniczną wdzięczność.
Nie powtórzył już pytania, wstał, otrzepał się z błota i wyczekująco spojrzał na mnie.
– Czy... czy złapaliście tego fotografa? – zapytał.
Mam cię – pomyślałem.
– Nie, ale wiemy, gdzie się ukrył, znajdziemy go prędzej czy później. Lepiej niech towarzysz wróci do wioski. My tu posprzątamy i złożymy stosowny raport.
– Żadnych raportów, żadnych, ja sam napiszę.
Odwrócił się na pięcie i szybko pobiegł w kierunku wsi.
Odetchnęliśmy z ulgą. Po kłopocie, na razie.
– Posprzątajmy trochę.
Zabraliśmy się za usuwanie skutków wybuchu puszek. Całe nasze nędzne zapasy nadawały się do wyrzucenia. Pozostaliśmy bez żarcia, a mieliśmy konsumy. Nie wyglądało to różowo.
– Kwart, co będzie dzisiaj do jedzenia? – zapytała Lukrecja.
– Nie wkurzaj mnie, może masz jakieś propozycje?
– Ty tu jesteś szefem zaopatrzenia, więc się staraj – odpowiedziała, wychodząc ze spiżarni.
– No to mamy problem. Nie pozostaje nam nic innego, jak zaopatrzyć się w muzeum.
Chcąc nie chcąc, przystąpiliśmy do organizowania grupy szturmowej.
Plan był następujący:
a) Lili miała odwieść uwagę dozorców muzeum. W tym celu założyła odpowiedni strój. Zdjęła służbowy garniturek i ze starych zapasów, jeszcze z epoki trzeciej Rzeczypospolitej, wyciągnęła seksowną mini spódniczkę.
– Nie wolno takich nosić – zauważyła Teo.
– Nie wolno, nie wolno, a każda ma i nosi. Zakazy są po to, aby je omijać – wyjaśniłem.
Spojrzeli na mnie zdziwieni i uśmiechnięci.
– Nie dotyczy to oczywiście moich zakazów – pośpiesznie dodałem.
b) Maciej stanowił zabezpieczenie na wypadek ataku ochrony muzeum.
c) Kubeł, Seb i ja mieliśmy zdobyć jak najwięcej zboża. Do realizacji tego zadania zabraliśmy wszystkie sierpy, jakie były w gospodzie. Znalazły się nawet trzy kosy.
d) Calo z Kwartem byli odpowiedzialni za transport.
Zbliżał się wieczór, właściwa pora do przeprowadzenia akcji. Wyruszyliśmy, pozostali życzyli nam szczęśliwego powrotu.
Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do muzeum. Otoczone było drutem kolczastym, co kilkadziesiąt metrów budka wartownicza. Przez chwilę przyglądaliśmy się, ale nikogo nie zauważyliśmy.
– Chyba nikt tego nie pilnuje – stwierdził Maciej, posiadający najlepszy wzrok.
– No to idziemy.
Do bramy wejściowej podeszła Lili. Zapukała. Cisza. Kiwnęła na nas. Zbliżyliśmy się i otworzyliśmy bramę. Było bardzo ciemno, nawet księżyc nie przyświecał. Uznaliśmy to za bardzo dobry znak. Natychmiast przystąpiliśmy do koszenia zboża. Już po kilku minutach mieliśmy parę snopków. Czekaliśmy na nasze wozy, a ich ciągle nie było. Kosiliśmy dalej, nie bacząc na to, że sterta snopków rosła.
W końcu dotarł nasz wóz drabiniasty.
– Dlaczego tak późno? – zapytałem.
Na miejscu woźnicy siedziała Calo.
– Kwart źle zaprzągł. Dziewczyny były po jednej stronie, a chłopcy po drugiej. Wóz ściągało na lewo. Musieliśmy po drodze zmienić ustawienie naszych osłów.
– Calo, tylko nie osłów. W drodze powrotnej ja będę powoził. Daj mi bat.
Zaprzęg mieliśmy wspaniały, ośmiokonny, a dokładnie ośmioosobowy. Załadowaliśmy na wóz pierwszą partię. Musieli jeszcze raz przyjechać. W tym czasie nadal kosiliśmy.
Do gospody powróciliśmy tuż przed świtem. Byliśmy bardzo zadowoleni z siebie. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem. To był ciężki dzień.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#28
Jestem! Spóźniona co prawda, ale nie zapomniałam o tym tekście. :)

(12-12-2016, 19:57)burak napisał(a): (spacja)I? – n(N)ie dokończyła, czym mnie doprowadziła do takiego samego stanu, byłem wkurzony.

– ... i zaginęła koperta albo,(zbędny przecinek) ktoś ją podprowadził.

Drzwi powoli się otworzyły, ktoś wsunął zaciśniętą dłoń,(zbędny przecinek) trzymającą skrawek koperty.

– Kto to zniszczył? Zresztą,(zbędny przecinek) to już nie jest istotne.

– Nie,(zbędny przecinek) kto, tylko,(zbędny przecinek) co.

– A nie mówiłam(znak zapytania)– szybko wtrąciła Teo.

(zbędny odstęp – wystarczy samo wcięcie akapitowe)
– Witamy(przecinek) towarzyszu sekretarzu, witamy w naszych niskich progach.

(Tu też zbędny odstęp)– Przyjechałem zorientować się, w jakich warunkach przywitacie preprezydenta.

– Witojcie(przecinek) towarzyszu sekretarzu, witojcie!

– Gdzie są towarzysze, (zbędny przecinek)Borówka i Boruta? – zapytał.

Byliśmy,(zbędny przecinek) zatem sekretarzami trzydziestej piątej kategorii. Ciekawe, jaką otrzymał nasz Red? (kropka zamiast znaku zapytania – to nie jest pytanie)
„   „Towarzysze(przecinek) na dobry początek otrzymaliście nasze żelazne rezerwy. W najbliższym czasie skierujemy do was pełne zaopatrzenie, zgodnie z przyjętym normami.
Prosimy o wypełnienie formularzy zamówienia, uwzględniające(A nie "uwzględniających"?) normy na kartkach”.”

– Tu pisze, że należy mieć dokładnie tyle punktów, czyli,(zbędny przecinek) że nic.

(...)Możemy przecież napisać,(zbędny przecinek) inne zamówienie. Co o tym myślisz?
– Napisać,(zbędny przecinek) to my wszystko możemy, ale czy dostaniemy?

– Tak, ale skąd wytrzasnąć ten przydział.(znak zapytania zamiast kropki) To tajemnica państwowa.

– Czy możesz, wykorzystując układy na górze(przecinek) zdobyć informację na temat przydziału kartkowego, jaki otrzymuje pierwszy sekretarz?

Wróciłem do gabinetu, otworzyłem szafę pancerną i nałożyłem maskę pgaz(Co to za dziwny zapis? Albo samą "maskę" albo "maskę przeciwgazową").

(...)Wiem, że żarcie jest do dupy, ale (przecinek)moi drodzy(przecinek) bez przesady, trochę umiaru.

– Powiedz, co się stało?(zbędny znak zapytania – to nie jest pytanie) – zapytałem nieszczęśnika.

(...)Zdążyłem wcześniej założyć maskę i ostrzec innych(kropka) – p(P)owoli łapał coraz więcej powietrza.

Sam,(zbędny przecinek)co prawda nie uprawiał żadnej dyscypliny sportowej, ale miał ogromną wiedzę na temat piłki nożnej i filmografii.

– Prawda,(zbędny przecinek) to prawda.

(...)Zmieniałyśmy się, chcąc zapewnić stały dopływ świeżego powietrza do płuc(kropka) – z(Z)arumieniła się.

– Chociaż,(zbędny przecinek) chyba ktoś zrobił zdjęcie, ale nasi współpracownicy gonią go teraz, (zbędny przecinek)celem odebrania aparatu.

– Byłoby bardzo źle, gdyby doniosło się to do góry, nieprawdaż? – zapytała Lukrecja. – To mogłoby być odebrane,(zbędny przecinek) jako wykorzystywanie stanowiska do niecnych celów, coś w rodzaju molestowania, a to wolno dopiero sekretarzowi szóstej kategorii.

– Czy,(Jeśli to zawieszenie głosu, to wielokropek zamiast przecinka) czy złapaliście tego fotografa? – zapytał.

Chcąc nie chcąc(przecinek) przystąpiliśmy do organizowania grupy szturmowej.

a) Lili miała odwieść uwagę dozorców muzeum. W tym celu założyła odpowiedni strój. Zdjęła służbowy garniturek i ze starych zapasów, jeszcze z epoki trzeciej Rzeczypospolitej (przecinek)wyciągnęła seksowną mini spódniczkę.

c) Kubeł, Seb i ja mieliśmy zdobyć,(zbędny przecinek) jak najwięcej zboża.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#29
Dziewięć dni do wizyty

– Mam! – Krzyk Martas postawił mnie na nogi.
Zerwałem się z barłogu, usnąłem tam, gdyż nie miałem siły dojść do swojego pokoju. Dawno w nim nie spałem, czyżby stodoła była moją ostoją? Wyszedłem przez szeroko otwarte wrota i zobaczyłem cały dziedziniec zawalony snopkami.
Martas dojrzała moją nędzną figurę i ponownie krzyknęła, podnosząc kolejne źdźbło żyta.  
– Burak, co to jest twoim zdaniem?
Poprawiłem binokle i przyjrzałem się dokładnie.
– Żyto? – zapytałem niepewnie, a po chwili poprawiłem się: – Już wiem, to owies.  
– To jest trawa, kapujesz? Zakosiliście mnóstwo trawy.
– Przecież krzyczałaś „mam”, znaczy się, znalazłaś w tym stogu jakieś zboże – usiłowałem się bronić.
– Jedno na tysiąc. Kto z tobą kosił?
– Kubeł i Seb – szybko odpowiedziałem, wycofując się do stodoły.  
– Kubeł! Seb! Podejdźcie do płota! – darła się Martas.
Oby przyszedł Kubeł – pomyślałem. Moje życzenie się spełniło. Przyszedł zaspany Kubeł. Patrzę na niego i oczom nie wierzę – założył ciemne okulary. Chłopie, zdejmij je natychmiast – pomyślałem.
– Martasku, wołałaś mnie? – zapytał zaspanym głosem.
– Znasz się na zbożu?
– Nie, burak powinien się znać, nosi nazwisko za dwadzieścia pięć punktów, to chyba coś znaczy.
A to świnia, mną się zasłania. Nie mam pojęcia, jak rozróżnić zboża od wysokiej trawy. Wyszedłem ze stodoły.
– Martasku, była noc i nic nie widzieliśmy.
Odwróciłem się do Kubła i szepnąłem:
– Zdejmij te cholerne okulary i popatrz na Martas. Na szczęście zdążył to zrobić i to dość szybko. Martas już miała zamiar palnąć jakieś kazanie, spojrzała w oczy Kubła i zaniemówiła. Problem rozwiązany.
Rozejrzałem się po dziedzińcu i zobaczyłem, że stogi przebierało dwudziestu pracowników. Uzbierali dopiero jeden snopek zboża i kilkadziesiąt trawy. To stąd ten zapach przypominający sianokosy.
– Słuchajcie, nie przebierajcie już tego g... zboża. Zmłócimy wszystko, a potem na sita. W ten sposób odzyskamy ziarna zboża, a z trawy zrobimy herbatę.
– Burak, herbatę robi się z liści, a nie z nasion – wyjaśniła mi Lukrecja.
– To zrobimy napar na odchudzanie, gwarantuję, że będzie skuteczny.
Spojrzeli na mnie spod byka. To ja też na nich i mnie olśniło.
Wyglądaliśmy wszyscy tak samo, zagłodzeni, mizerni, podkrążone oczy.
– Zapakujemy nasiona w torebki, okleimy obrazkami świń i napiszemy hasło: „Idealny środek na anoreksję. Już po jednej torebce przytyjesz kilogram”. Mówię wam, to będzie strzał w dziesiątkę. Oczywiście nie podamy producenta, puścimy to w drugim obiegu. Lutko, opracuj grafikę. Użyj tam sloganów: produkt polski, prosto z naszych pól, ekologiczny, brak konserwantów. Wiesz doskonale, co masz robić. Bierzcie się do roboty. Kubeł, poszukaj Vinca, musimy pogadać. Będę w biurze.
Wszedłem do biura z nadzieją na chwilę spokoju. Wolałem się nie pokazywać pracownikom. To, że mam takie nazwisko, a nie inne, nie zapewnia, że znam się na zbożach. Usiadłem wygodnie w fotelu, położyłem nogi na biurku i zasnąłem. Śniła mi się golonka z koguta.
Poczułem, jak ktoś tarmosi mnie za brodę. Po chwili usłyszałem:
– Nie śpij.
Otworzyłem oczy i ujrzałem Lukrecję.
– Usiądź wygodnie i trzymaj się fotela. Mamy gości w gospodzie.
– Jakich gości? – zapytałem. – Kto przyjechał na to zadupie?
– Chodź do sali, sam się przekonasz. Są dziwni.
Wstałem i poszedłem za Lutką. Zastanawiło mnie, dlaczego tak się skradała. Weszliśmy do sali, a tam oczom nie mogłem uwierzyć. Dwóch facetów w garniturach zasiadło do stołu, nad nimi stał Kwart i w ręce trzymał kartę menu. Usiedliśmy kilka stołów dalej. Obserwowaliśmy z Lukrecją naszych pierwszych od kilku lat gości z miasta. Obydwoje ubrani w czarne garnitury i białe koszule. Wyższy z nich miał muszkę, a niższy krawat. Na stole położyli wypchane teczki. Dobrze, że to stół biesiadny, chłopski, a nie jakiś marny stoliczek.
– Poprosimy menu – powiedział ten z muszką. – Dla mojego współpracownika też.
Kwart wpadł w panikę, mieliśmy wydrukowane tylko jedno, szkoda tonerów na kartę dań, mają inne, ważniejsze przeznaczenie.
– Szanowni panowie, niestety toner wyszedł i nie bydzie drugiego menuwa.
Na twarzach klientów pojawił się ogromny grymas. Byli wyraźnie zniesmaczeni mową Kwarta. Spojrzałem na Lutkę, ona na mnie, szepnąłem:
– Czyżby jacyś normalnie mówiący klienci?
– Niemożliwe. Nie wyglądają mi na takich, którzy niedawno wyszli z puszki. To są podejrzane typy, idę po posiłki. Poproszę Vinca, on ma chody w ministerstwie.
– I kurwiki, niech nałoży ciemne okulary.
Klient z muchą studiował menu, po chwili ze skrzywioną twarzą podał swojemu partnerowi. Ten tylko rzucił okiem i natychmiast położył kartę dań na stole.
– Masz rację – powiedział do „muchy”.
Kwart stał wyprostowany jak struna i czekał na zamówienie.
– Co podać wielmożnym panom? – Zaskoczył gości, grymas twarzy znikł, ale na chwilę.
– Gniot!
– Rozumiem, że gniecione pierogi, a dla pana? – zapytał drugiego.
– Już słyszałeś, kmiotku. Gniot!
Sytuacja stawała się niebezpieczna, sala była już pełna współpracowników. Wszyscy przyszli zobaczyć dwóch miastowych klientów. Nikt z nas nie pozwalał sobie na to, żeby go obrażać. Nie bez kozery tutaj wylądowaliśmy.
Wstałem i podszedłem wspomóc Kwarta.
– Zapewniam panów, że nasze pierogi, kluski i pyzy są bardzo starannie wygniatane. Nie tylko je gnieciemy, ale także wałkujemy i przepuszczamy przez prasę.
– Tylko nie prasa! – prawie krzyknął „mucha”. – Ten wasz gniot nie nadaje się do prasy.
– Panie miastowy, chyba lepiej wiemy, jak się wyrabia ciasto na pierogi. Prasa jest niezbędna.
– Daj spokój, z tymi kmiotami się nie dogadamy. Musimy się przedstawić, bo oni nie wiedzą, o czym rozmawiamy.
– Kopiór, masz rację.
Mucha pogrzebał w swojej teczce i wyciągnął wizytówkę. Wziąłem do ręki i przeczytałem na głos.
– Państwowy Urząd Badania Literatury Inwencji Xero Oczywistej. Centrum Opieki Mentorskiej. Naczelny Mentor półkownik Kojan.
– To jest mentor drugiej kategorii, towarzysz Kopiór. Niedługo przybędzie tutaj mentor piątej kategorii – Zarro. Przez kilka dni obejmiemy was opieką mentorską. Przygotujcie nam trzy pokoje gościnne.
Kilka dni? Niedoczekanie wasze. Chociaż może to nie jest takie głupie. Dlaczego napisano półkownik, a nie pułkownik? Co to za urząd od kserowania? Co oni tam powielają?
– Panowie, to jest gospoda, a nie hotel. Nie mamy pokoi gościnnych, ale możemy wam przygotować nocleg w stodole na sianie.
– A wy gdzie śpicie? Wystarczy zmienić pościel.
– W stodole, sianko możemy zmienić – odpowiedziałem.
– Zapytam pracowników – wtrącił się Kopiór. – Gdzie macie swoje pokoje?
Nie myśl sobie, mentorzyno, że tu są półgłówki – pomyślałem.
– My wszyscy lezym w stodole, tam my mieć swe barłogi, razem z krówkami i swinkami. Troche obornikiem zalatuje, ale można spać i pobarlozyc mozem z kobitkami – precyzyjnie wyjaśnił Vinc.
– Gniot na gniocie gniotem pogania. My to wszystko naprawimy. Preprezydent będzie z nas dumny – podsumował Kojan.
– Naczelny mentorze, słusznie postąpiliśmy, wzywając Zarro. Przyjedzie z namiotami i wyżywieniem, bo tutejsze jest niejadalne.
Odeszliśmy od stołu. Nie złożyli zamówienia, nie będziemy stali jak te kołki w płocie.
– Vinc, gdzie jest Kubeł?
– Nie wiem.
– To chodź za mną, musimy się naradzić.
Po wejściu do gabinetu usiedliśmy przy stole konferencyjnym.
– Vinc, możesz już zdjąć te okulary.
Zdjął, przyglądałem mu się dokładnie, ale niczego nie zauważyłem. Vinc patrzył mi prosto w oczy.
– Buraku, nic nie zobaczysz, kurwiki widzą tylko kobiety. U Kubła jest tak samo. Nie nadajemy się do realizacji twoich planów.
– Co teraz będzie? Nie mamy kurwików, wylądujemy w puszce.
– Tam przynajmniej będzie żarcie.
– Żarcie będzie takie samo, na wolności lepiej smakuje. Przydacie się nam, gdy przyjedzie tu jakiś babsztyl.
– Zaraz babsztyl, a może śliczna dziewczyna nam się trafi. Nic nie wiadomo.
– Rozmawiałeś z panią minister?
– Nie mamy telefonu, nie mamy żadnych środków łączności. Gołębie dawno wylądowały w kotle. Te, co przynoszą nam pocztę, szybko odlatują, czują pismo dziobem. Wysłałem przez umyślnego gołębia, oczywiście.
Umyślne gołębie były naszym nielegalnym środkiem łączności. Mieliśmy ukryty gołębnik z dziesięcioma gołębiami. Potrafiły dolecieć do każdego miejsca w kraju. Długo nad nimi, a raczej z nimi, pracowaliśmy.
– Przynajmniej w jednym rankingu jesteśmy najlepsi w kraju. Nie ma większego zadupia w kategorii wiocha. Może powinniśmy zmienić kategorię? – powiedziałem głośno.
– Na jaką?
– Na miasto.
– Marzy ci się powrót w rodzinne strony.
– Ano.
Usłyszeliśmy hałas na podjeździe gospody. Podeszliśmy do okna i zobaczyliśmy wóz transportowy. Zaprzęg stanowiło sześć osłów.
– Popatrz, takim to się powodzi, sześć osłów. Cztery wystarczyłyby w zupełności.
Spojrzałem na Vinca, on na mnie. Porozumieliśmy się bez słów.
– Kiedy? – konkretnie zapytał.
– Jak rozbiją ten swój majdan.
Z kozła zeskoczył trzeci mentor. Ubrany w płaszcz Zorro, przy boku szabelka, na plecach coś, co przypominało wór. Odsłonił plandekę. Mogliśmy zobaczyć kilka namiotów, kilkanaście przenośnych lodówek, barek, skrzynie z konserwami i szynkami.
– Zastanawiałem się, po co mu ta szabelka. Teraz wiem, Martas usiłuje dopaść do skrzynek. Trzeba odciągnąć naszych ludzi, bo ich rozsieka na kawałki. Vinc, wykonaj plan „Prywata”.
Wybiegliśmy z gospody i natychmiast zasłoniłem Martas własnym ciałem.
– Jam Zarro, zaraz was posiekam jak Zorro – wrzeszczał przestraszony mentor.
Zarro miał zamiar przebić Martas swoim kozikiem.
– Spokój! – krzyknąłem. – Wjechał pan na prywatny teren. Rekwirujemy ten wóz.
– Przecież to jest gospoda, państwowa gospoda.
– Gospoda państwowa, ale ten plac jest prywatny. Tam stoi tablica ostrzegawcza. – Wskazałem ręką miejsce, gdzie powinna stać.
Stała, Vinc zdążył ją wbić w ziemię. Zarro stał jak ten słup i nic nie powiedział. Po minucie poszedł do swoich kompanów. Tylko na to czekaliśmy, po dwóch minutach nie było śladu po wozie. Na placu pozostały jedynie trzy namioty. Pobiegłem zobaczyć, gdzie ukryli skrzynki z szynkami. Lukrecja już pracowała ze swoją ekipą. W ekspresowym tempie z gipsu robiono odlewy i natychmiast, gdy tylko było to możliwe, malowano je farbkami. Na szczęście miała już wcześniej zrobiony mały zapas. Te, które były podobne do oryginałów, wymieniano w skrzynce. Oceniłem, że sytuacja jest opanowana, mogłem powrócić do sali. W drzwiach gospody zderzyłem się z mentorami. Przeprosiłem i grzecznie stanąłem dwa metry za nimi.
– Nie widziałeś tej tablicy? – Kojan zapytał Zarro.
– Nie, sam mówiłeś, że nie należy czytać żadnych gniotów. Jakbym przeczytał, to na pewno bym tu nie wjechał.
– Słusznie, nie powinniśmy zajmować się gniotami, tylko sobą.
– Tak też czynimy, naczelny mentorze.
– Chodźmy, obejrzyjmy tablicę.
W trójkę podeszli do palika z przybitą tabliczką. Bardzo uważnie studiowali napis.
Co oni tam widzą? – zastanowiłem się. – Tam pisze jak wół: zakaz wjazdu, teren prywatny. Nic więcej. A oni stają i coś pod nosami komentują. Przyszedł Vinc, miał zdjęte okulary. Nie musiał ich stale nosić, nic mu nie groziło.
Nogi już nam wrastały w ziemię, a mentorzy teraz w ciszy i skupieniu oglądali naszą tablicę. W końcu odeszli i stanęli przed nami.
– Panie, ta tablica to jest gniot, nie będziemy komentowali treści. Styl i budowa zdania wymaga poprawy. To nas dołuje – skomentował Kojan.
– Gdzie jest nasze zaopatrzenie? – zapytał Zarro.
– Panowie, zaraz będzie, tylko musimy zatrzymać osły, poniosło je. To nie jest takie proste, bo musimy zbierać wiktuały z ziemi. Skrzynki spadają na tych wertepach. Gwarantuję, że szyneczki będą wyglądały jak spod pędzla. Czy mamy rozbić namioty? – Przeszedłem do ofensywy.
– Tak, proszę rozstawić trzy namioty. Panie, namioty się ustawia, ewentualnie rozstawia, ale nie rozbija.
– Już sie robi.
– Się, nie sie. I nie robi, co za grafoman – burknął to współpracowników.
Odszedłem zorganizować ekipę. Vinc został, aby przypilnować mentorów.
– Kwart, powiedz Martas, żeby wdrożyła plan pod kryptonimem „Zombie”
– Kogo ma przygotować?
– BB i MM, zasłużyli sobie. Jedni w nagrodę, drudzy w ramach kary.
Wróciłem z Sebem, Calo i Teo.
– Burak, na tych kamieniach nie postawimy namiotów – stwierdziła Calo.
– Właśnie, będziemy tylko udawali, że stawiamy. Potem zaproponujemy im piękniejsze miejsce.
– Które masz na myśli? – zapytała Teo.
– Zobaczysz. Powiem tylko, że w pobliżu mieszkają zombie.
Mentorzy przez okno przyglądali się naszej pracy. Szło nam w miarę sprawnie do momentu, gdy mieliśmy wbić haki. Namioty co chwilę przewracały się w błocko. Naczelny mentor nie wytrzymał i wybiegł z gospody.
– Kmiotki, ustawcie te namioty w innym miejscu.
– Dobrze, psze pana. Ustawimy w pobliżu naszych strażników nocnych. Będzie wam raźniej i bezpieczniej.
– Pamiętajcie, mają stać w pobliżu strażników – zastrzegł Kojan.
– Tak jest, psze pana.
– Zabieramy je i wrzucimy na wóz, niedługo stąd uciekną – powiedziałem dziewczynom, gdy tylko zniknęliśmy mentorom z oczu.
– Jesteś pewien?
– Teo, sądzę, że ty też nie chciałabyś mieszkać z naszymi strażnikami.
Zanieśliśmy namioty i sprawdziliśmy postęp prac ekipy Lukrecji. Skończyli swoje zadanie i teraz zaczęli pomagać Martas. Panowie MM i BB stali już przebrani w łachmany. Martas przyklejała ostatnie blizny, sztuczne oczy na policzkach oraz rozłupane z lekka czaszki. Lukrecja czekała na swoją kolej. Jeszcze tylko narzucenie odpowiednich farb i grupa czterech strażników nocnych będzie gotowa. Pora przygotować odpowiedni grunt. Poprosiłem o najmizerniejszą szynkę i jedną konserwę. Udałem się do gospody.
– Panowie, odzyskaliśmy trochę waszych produktów. Możemy przyrządzić wam kolację z naszym wspaniałym chlebem, smalcem i kwaszonymi ogórkami. Niestety, mleka nie mamy. Kwart, proszę zanieś to do kuchni i niech kucharki przygotują dla szanownych gości kolację. Niedługo przyjdą strażnicy, trzeba im wydać prowiant na służbę.
Kwart, jak przystało na doskonałego aktora, zabrał produkty i poszedł do kuchni. Kucharek oczywiście nie mieliśmy.
Mentorzy usiedli przy stole. Naprzeciwko stał Vinc. Coś tu nie gra? – pomyślałem. Dlaczego ten Kopiór tak się wpatruje w Vinca? Podszedłem do biedaka.
– Co jest grane? – zapytałem szeptem.
– Ten pajac wodzi za mną oczami. Puszcza do mnie oczka. Nie wiesz, o co mu chodzi?
Zaintrygował mnie, teraz ja przyglądałem się mentorowi o pięknym nazwisku – Kopiór. Im dłużej patrzyłem, tym większe podejrzenia rodziły się w mojej głowie. Uśmiechnąłem się.
– Dobrze jest, nie przejmuj się. Możesz też mu puścić oczko.
– Buraku, wszystko ma swoje granice. Jak tylko stąd wyjadą, policzę się z tobą.
– Ciszej, bo usłyszą. Popatrz dobrze na Kopióra, przyjrzyj się, zrozumiesz.
Po minie Vinca zorientowałem się, że musiał dojść do takich samych wniosków jak ja. Do gospody weszło czterech strażników. Tuż za nimi wpadła Martas i oznajmiła:
– Panowie, odzyskaliśmy wasz wóz, niestety dwa osły poniosły. Stoi przed gospodą, jest wszystko, co przywieźliście ze sobą.
Tymczasem trzej mentorzy wstali z wybałuszonymi oczami. Ręce im się trzęsły, cali się trzęśli.
– Panowie, to są nasi nocni strażnicy, będziecie mieli rozstawione namioty tuż obok nich. Kwart, podaj kolację!
– Żadnej kolacji, wyjeżdżamy stąd – zakomunikował Kojan.
– Czy mogę dokończyć zadanie? – zapytał, a może zapytała Kopiór.
– Nie, towarzyszu. Tej gospodzie nikt i nic nie jest w stanie pomóc. Szkoda naszego czasu i wysiłku. Już nigdy nasze nogi nie powinny stanąć w takich miejscach. To jest jeden wielki gniot. Oni nas całkowicie zdołują. Wyjeżdżamy.
Gdy wychodzili, Kopiór wcisnął lub wcisnęła Vincowi małą karteczkę. Po chwili wsiedli na wóz i odjechali.
– Chodźmy szybko na punkt obserwacyjny – powiedział Kwart.
Skoro tak powiedział, to wdrapaliśmy się na strych. Otworzyliśmy cztery lufciki zamaskowane w słomianym pokryciu gospody i obserwowaliśmy oddalający się wóz.
– Kwart, oni nie wrócą, nie musimy ich obserwować – powiedziałem.
– Dobrze jest, wiatr wieje w ich stronę – odpowiedział Kwart.
Czekaliśmy, chociaż nie bardzo wiedzieliśmy, na co. Nagle nastąpiła potężna eksplozja. Wybuch rozniósł wóz na drobne kawałki. Cztery osły stanęły dęba. Mentorzy leżeli na ziemi. Po chwili podnieśli się i natychmiast wskoczyli na trzy osły. Jeden został.
– Łapiemy osła, będziemy mieli trzy – zakomenderował Maciej.
Grupa pościgowa pod przewodnictwem Macieja ruszyła w teren. Ja zostałem, do takich zadań nie nadawałem się już od kilku dobrych lat.
– Kwart, co to było?
– Zostało kilka konsumenckich puszek, więc je podłożyłem. Drogi jakie są, takie są, musiały zdetonować. Jesteśmy kryci i mamy żarcia w bród.
– Świetnie, idziemy do kuchni.
– Po co?
– Spróbować szyneczki.
– To trzeba przynieść ze stodoły. Wierz mi, ta nie była zbyt dobra.
Należało się chłopu, znakomicie się spisał.
Poszliśmy do stodoły. Powinniśmy zastanowić się, gdzie schować nasze zapasy. Zastaliśmy wszystkich. Siano odgarnięte pod ściany, na środku ustawiono długi stół, właściwe dwa stoły. Pomiędzy nimi okrągły stolik, przy którym rozlewaliśmy co wieczór bimber. Na stołach już postawiono to, co wcześniej rozlaliśmy. Oprócz butelek znajdujących się w koszach ułożono bochenki chleba, w słojach ogórki kwaszone, nawet masło się znalazło. Wszyscy patrzyli na stolik, na którym na dużej desce leżała piękna, pachnąca szynka. Lukrecja stała obok stołu i trzymała w jednej dłoni nóż, a w drugiej duży widelec. Po jej twarzy spływały łzy.
Usiedliśmy z Kwartem na samym końcu. Lutka nadal nie miała odwagi pokroić szynki. Wszyscy milczeli i spokojnie czekali.
Lukrecja usiłowała wbić duży widelec w szynkę, ale ten jej się ześliznął. Ponowiła próbę, tym razem wbijając widelec z dużą siłą. Odpadł kawałek gipsu.
– Czy zapakowaliście na wóz właściwe skrzynki? – zapytałem.
Nikt nie odpowiedział, wszyscy nadal milczeli. Większość zaczęła ronić łzy. Do stodoły wszedł ostatni spóźniony gość, Seb.
– Kto mi zakosił fałszywą szynkę? Miałem ją powiesić u siebie w bimbrowni. Dlaczego nie wzięliście prawdziwej?
To był szał radości, nikt już nie płakał. Martas pierwsza poleciała do kantorka Seba i po chwili przyniosła prawdziwą szynkę. Lukrecja natychmiast wbiła widelec i ukroiła pierwszy plaster, potem drugi i kolejne. Następnie zaniosła każdemu i położyła na talerzu. Nikt nie jadł, każdy tylko patrzył i wąchał.
– Śmiało, dziewczyny i chłopcy, dawniej się to jadło, a nie wąchało – zachęciłem całe towarzystwo.
Gdy już każdy miał na talerzu gruby plaster szynki, a w szklance bimber, uderzyłem nożem w butelkę.
– Koleżanki i koledzy, wznoszę pierwszy toast za zdrowie i pomyślność naszych byłych miastowych gości. Niech długo żyją i często nas odwiedzają. Na zdrowie!
Impreza nabrała rumieńców. Skonsumowaliśmy kilka szynek, kilkanaście konserw i parę kilogramów wędlin. Nikt nie chciał naruszyć barku mentorów, woleliśmy własną produkcję. Seb był dumny jak paw. Zapomnieliśmy o swojej doli, starsi wspominali czasy Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej. Młodzi nauczyli się kawałka historii.
Wstaliśmy bardzo późno, nie miał nas kto obudzić. Kogut w rosole był idealnym lekarstwem na stan naszych ciał.
ludzi poznawaj według paraboli, nie hiperboli
Odpowiedz
#30
(31-12-2016, 11:35)burak napisał(a): – Mam! – k(K)rzyk Martas postawił mnie na nogi.

– Żyto? – zapytałem niepewnie, a po chwili poprawiłem się.(dwukropek zamiast kropki)– Już wiem, to owies.  

– Kubeł! Seb! Podejdźcie do płota! – darła się,(zbędny przecinek) Martas.

Patrzę na niego i oczom nie wierzę,(Pasowałby myślnik) założył ciemne okulary. Chłopie(przecinek) zdejmij je natychmiast – pomyślałem.

Odwróciłem się do Kubła i szepnąłem – zdejmij te cholerne okulary i popatrz na Martas.(Czemu to nie jest zapisane jak normalna kwestia dialogowa? Przecież nią jest)

– Zapakujemy nasiona w torebki, okleimy obrazkami świń i napiszemy hasło –(Lepszy dwukropek zamiast myślnika – nie wprowadza zamieszania w zapisie dialogu) „Idealny środek na anoreksję. Już po jednej torebce przytyjesz kilogram”.

Zastanawiało mnie, dlaczego tak się skrada?(kropka zamiast znaku zapytania)

Wyższy z nich miał muszkę(przecinek) a niższy krawat.

Chociaż może,(zbędny przecinek) to nie jest takie głupie.

– A wy, (zbędny przecinek)gdzie śpicie? Wystarczy zmienić pościel.

Nie myśl sobie (przecinek)mentorzyno, że tu są półgłówki – pomyślałem.

– Gniot na gniocie,(zbędny przecinek) gniotem pogania.

– Naczelny mentorze, słusznie postąpiliśmy(przecinek) wzywając Zarro.

– Zaraz –(Znów ten myślnik. Co on tu w ogóle robi? Jak dla mnie jest zbędny) babsztyl, a może śliczna dziewczyna nam się trafi.

(...)Te, co przynoszą nam pocztę, szybko odlatują, czuję(ą) pismo dziobem. Wysłałem przez umyślnego gołębia, oczywiście.

Długo nad nimi, a raczej z nimi(przecinek) pracowaliśmy.

– Zastanawiałem się, po co mu ta szabelka?(kropka zamiast znaku zapytania) Teraz wiem, Martas usiłuje dopaść do skrzynek. Trzeba odciągnąć naszych ludzi, bo ich rozsieka na kawałki. Vinc, wykonaj –(zbędny myślnik) plan „Prywata”.

– Jam Zarro, zaraz was posiekam,(zbędny przecinek) jak Zorro – wrzeszczał przestraszony mentor.

(...)Tam stoi tablica ostrzegawcza(kropka) – w(W)skazałem ręką miejsce, gdzie powinna stać.

Zarro stał,(zbędny przecinek) jak ten słup i nic nie powiedział.

– Gdzie jest nasze zaopatrzenie? ¬–(Co to za dziwny myślnik?) zapytał Zarro.

(...)Gwarantuję, że szyneczki będą wyglądały,(zbędny przecinek) jak spod pędzla.

Namioty,(zbędny przecinek) co chwilę przewracały się w błocko.

Martas przyklejała ostatnie blizny, sztuczne oczy na policzkach oraz rozłupane a(z) lekka czaszki.

(...)Coś tu nie gra? – P(p)omyślałem. Dlaczego,(zbędny przecinek) ten Kopiór,(zbędny przecinek) tak się wpatruje w Vinca?

Po minie Vinca zorientowałem się, że musiał dojść do takich samych wniosków,(zbędny przecinek) jak ja. Do gospody weszło czterech strażników. Tuż za nimi wpadła Martas i oznajmiła.(dwukropek zamiast kropki)

– Panowie, to są nasi nocni strażnicy, będziecie mieli rozstawione namioty tuż obok nich. Kwart (przecinek)podaj kolację!

Drogi,(zbędny przecinek) jakie są(przecinek) takie są, musiały zdetonować.

Pomiędzy nimi okrągły stolik, przy którym rozlewaliśmy,(zbędny przecinek) co wieczór bimber.

Gdy już każdy miał na talerzu gruby plaster szynki(przecinek) a w szklance bimber, uderzyłem nożem w butelkę.

Seb był dumny, (zbędny przecinek)jak paw.

Wstaliśmy bardzo późno, nie miał nas,(zbędny przecinek) kto obudzić.

Pojawiają się zmiany czasu narracji w środku tekstu, które moim zdaniem nie są niczym umotywowane. Wypadałoby to ujednolicić.

Ciekawie się to rozkręca. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości