Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Piromania
#1
Prolog
Szary pokój nie był duży ani  bogato umeblowany. Pożółkłe zasłony, materac leżący na podłodze, przykryty burym kocem. A mimo to dało się tam dostrzec drobne szczegóły, które nadawały temu miejscu życia. Bukiet wysuszonych róż stojący na krzywym stoliku, zdjęcie, które przedstawiało roześmianych nastolatków, przyklejone do zakurzonego lustra.
W pomieszczeniu znajdowały się dwie dziewczyny. Stały pod ścianą i szukały czegoś w kartonie. Jedna z nich była szczupłą blondynką średniego wzrostu. Wyglądała na nie zdecydowaną. 
— Eve, jesteś pewna? Wiesz, rozdrapywanie starych ran nie jest najlepszym pomysłem. —Towarzysząca jej niska dziewczyna o rudych włosach i okrągłej twarzy uśmiechnęła się szeroko. Z okrzykiem tryumfu wyciągnęła z pudełka stary notes.
— Za bardzo się przejmujesz. Nic mi nie będzie, skoro mam ciebie. — W odpowiedzi usłyszała tylko ciche westchnienie. Mimo sceptycznego nastawienia przyjaciółki była zdecydowana. Usiadła na materacu, gestem ręki prosząc o to samo Jo. Przykryły nogi kocem, chcąc stworzyć bardziej przytulną atmosferę. Eve nabrała głośno powietrza do płuc i, otwierając zeszyt z zieloną okładką, rzuciła:
— No to zaczynamy. — Przejechała palcem po pierwszej wolnej stronie. Kilka poprzednich zapełnionych zostało lekko koślawym pismem. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, jednak przerwał jej głos blondynki:
— Nie wykryją nas? — Zmarszczyła opalone czoło i zamyśliła się. — Dlaczego nie użyjesz zwykłych kartek i długopisu? Tak bardzo nie chce ci się pisać, że korzystasz z samonotesu? Wiem, że to naprawdę mała ilość energii, ale Eve, co, jeśli znów nas złapią? — Rudowłosa przytuliła roztrzęsioną przyjaciółkę. Widać było, że wspomnienia zaczęły po raz kolejny ją dręczyć.
— Hej, spokojnie. Nie znajdą nas. A jeśli już, co jest wysoce nieprawdopodobne, to im uciekniemy. Znowu. — Posłała jej kojący uśmiech i spojrzała na trzymany w dłoniach przedmiot. Zaczęła dyktować. Nie musiała mówić bardzo powoli czy nadmiernie wyraźnie. Energia ją rozumiała, a słowa wypowiadane przez nastolatkę pojawiały się na kartkach. Tym razem pismo było ozdobne i eleganckie.
— Nazywam się Evelyn Hughes, mam siedemnaście lat i już nigdy nie zbliżę się do ogniska. A oto moja historia.

***
Będę bardzo wdzięczna za każdą radę!
EDIT: Każdy fragment tego tekstu został wcześniej poprawiony przez @Niggiri, ale obie wyraziłyśmy chęć jeszcze większej poprawy i otrzymania opinii na temat tej pracy :D 
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(29-09-2016, 18:12)Creachadoir napisał(a):
Prolog 
Wyglądała na niezdecydowaną.(Według mnie lepsze byłoby konkretniejsze określenie – niezdecydowane wyglądanie to jakie? To zależy od sytuacji, nie jest uniwersalne)

     — Eve, jesteś pewna? Wiesz, rozdrapywanie starych ran nie jest najlepszym pomysłem. —Towarzysząca jej niska dziewczyna o rudych włosach i okrągłej twarzy, (zbędny przecinek) uśmiechnęła się szeroko.

Przykryły nogi kocem, chcąc stworzyć bardziej przytulną atmosferę.(Może jestem dziwna, ale jak dla mnie samo przykrycie nóg kocem nijak się ma do tworzenia jakiejkolwiek atmosfery, robi się to, żeby nie było zimno. Na przytulność składa się znacznie więcej czynników)

Eve nabrała głośno powietrza do płuc i, otwierając zeszyt z zieloną okładką, powiedziała:
— No to zaczynamy. — Przejechała palcem po pierwszej wolnej stronie. (zbędne spacje)  Kilka poprzednich zapełnionych zostało lekko koślawym pismem. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, jednak przerwał jej głos blondynki.(dwukropek zamiast kropki)

Nie musiała mówić bardzo powoli, (zbędny przecinek) czy nadmiernie wyraźnie.

     — Nazywam się Evelyn Hughes, mam siedemnaście lat i już nigdy nie zbliżę się do ogniska. A oto moja historia. (To jeden z najbardziej sztampowych początków, jakie znam)

Moja rada na sam początek – wstawiaj akapity wszędzie tam, gdzie mają być, tagiem [p.] bez kropki, a nie spacjami. Raz, że to utrudnianie sobie życia, a dwa, że widzę to podczas sprawdzania tekstu i mi się to nie podoba, a poza tym taki wyspacjowany tekst dziwnie się czasem zachowuje.

I w zasadzie to tyle. Te parę poprawek i uwaga o akapitach. Doceniam fakt, że nie wrzucasz od razu piętnastu niesformatowanych stron (widziałam, sprawdzałam), ale ten kawalątek tekstu jest stanowczo za krótki. Na przyszłość możesz spokojnie wrzucać nieco dłuższe fragmenty, bo trudno mieć jakąkolwiek opinię o takich skrawkach. Mimo to spróbuję.

Cieszy mnie mała ilość błędów i poprawny zapis dialogów – wiele osób się na tym wykłada, a ty, jak tutaj pokazałaś, nie, co się chwali. Mimo to dla mnie ten krótki prolog na razie po prostu jest. Ani mnie ziębi, ani parzy. Są dwie bohaterki, które na razie nie wyryły mi się w pamięci, i robią coś tajemniczego w tajemniczym miejscu. Nie czuję się szczególnie zachęcona do dalszego czytania, a więc prolog jak dla mnie średnio spełnił swoją funkcję.

No i o ile sam prolog bez ostatniej wypowiedzi w moich oczach jeszcze byłby OK, tak zdanie typu "Nazywam się XY, mam Z lat, a to jest moja historia" zdecydowanie obniża dla mnie jego jakość. Wybacz, ale mnie wionie to zupełną sztampą i czymś w typie amerykańskiego horroru. Widziałam coś w tym guście wiele razy.

Tyle ode mnie. Twój warsztat wygląda na dobry, błędów, jak mówiłam, robisz mało (w każdym razie póki co takie mam zdanie :p), na pewno zerknę, co będzie z tym dalej.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Dziękuję za wszystkie rady! Na pewno poprawię, a dzisiaj zamierzam wrzucić pierwszy rozdział. Zwyczajnie potrzebowałam chwili.
Niemniej strasznie się cieszę z tak szybkiej odpowiedzi :D
Odpowiedz
#4
Rozdział 1
— Mam nadzieję, że uda mi się nie pogubić w zeznaniach. W razie czego Jo mi pomoże. Dobrze, że jest, ale zanim ją poznałam, wiele się wydarzyło. Zacznijmy od tego, że urodziłam się na wsi. Nie cierpię jej. Taki napis ma być na moim grobie: „Umarła w nienawiści do ognia, czerwonych spódnic i przysiółków”. Mam awersję do tych ostatnich z prostej przyczyny. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Nasza miejscowość w dniu moich narodzin liczyła trzydzieści siedem osób i pięć psów, z czego jeden był kulawy. Z ciąży mojej matki niektórzy zdawali sobie sprawę jeszcze zanim ona sama się o niej dowiedziała. Można się domyślić, że było to dziewięć miesięcy szaleństwa. Jako że nasze małe społeczeństwo składało się głównie ze starych kobiet, każde nowe życie było witane z wielkim przytupem. Więc zaczęło się zbiorowe szykowanie śpioszków, sweterków, pluszaków, skarpeteczek, czapeczek i zabaweczek. Oczywiście rzeczy te były i różowe, i niebieskie, bo przecież nie wiadomo, jakiej płci będzie bobas. Na językach, pomijając standardowe plotki, królującym tematem stało się imię dla dzidziusia, a moi rodzice, jak na dobrych sąsiadów przystało, z wdzięcznością przyjmowali prezenty i wsparcie. W końcu dwudziestego trzeciego czerwca dwa tysiące trzydziestego czwartego roku przyszłam na świat. W związku z tym, że nie uzgodniono jak mam zostać nazwana, ojciec wybrał pierwsze lepsze imię, jakie przyszło mu na myśl. Evelyn. Rodzice często opowiadali mi o hucznej imprezie na moją cześć. Podobno niektórzy spali pod stołem przed północą.
— Przyjęli cię jak królową.
— Hej, Jo, nie gadaj, bo się notuje. Psujesz efekt. Dobra, dalej. Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o moim dzieciństwie. Byłam typowym dzieckiem. Do piątego roku życia jadłam błoto, nie lubiłam warzyw i całymi dniami bawiłam się górą zabawek. Moja mama miała mały sklepik, a tata jeździł do sąsiednich miasteczek, aby pomagać przy budowach. Tworzyliśmy spokojną rodzinę i żyliśmy w zgodzie z innymi. Czasem ktoś tylko na mnie nakrzyczał, gdy zdeptałam mu bratki dziecięcymi bucikami. Oczywiście nie pamiętam tamtych czasów, to tylko zasłyszane historie. Mając pięć lat poszłam do szkoły w niedalekiej wsi. Na szczęście tata miał samochód i mógł mnie do niej zawozić. Nie powiem, że czułam się tam dobrze. Już na początku roku uformowały się grupki, pozostawiając mnie samą. Nie wiedziałam jak zdobyć przyjaciół. Kuliłam się w kącie, czytając książki przeniesione z domu. Z nikim nie siedziałam w ławkach, byłam cicha i ponura. Przynajmniej tak twierdziła moja była nauczycielka. Potem zawsze płakałam w spódnicę mamy. Jednak co ona mogła poradzić na nieśmiałe dziecko nieumiejące rozmawiać z innymi. Czasem ktoś do mnie podszedł i zagadał, czy pożyczył ode mnie kredki. Nikt ze świata dorosłych nie potrafił nic poradzić na moją samotność. Wielka krzywda mi się nie działa. Żadne dziecko mnie nie biło, nie obrażało i nie ciągnęło za rude warkocze. Jednak dystans, jaki utrzymywały, strasznie ranił niewiele pojmującą pięciolatkę. Sytuacja nagle zmieniła się rok później. Rozpoczęłam kolejny poziom nauki i zyskałam kilku znajomych. Oczywiście wtedy nazywałam ich przyjaciółmi, ale biorąc pod uwagę fakt, że równie szybko o mnie zapomnieli, nie byli nimi. Ze zdjęć wiem, że do dziesiątego roku życia otaczałam się najczęściej pyzatą Victorią, wiecznie rozczochranym Jamesem i uroczą Allie. Mama często snuła gawędy o naszych wybrykach. O rzucaniu rozgotowanym groszkiem w ścianę oraz o moich zdartych kolanach, gdy spadłam z drzewa, usiłując ściągnąć z niego ukochaną lalkę ukrytą tam przez kolegę. Uczyłam się dobrze, nie rozumiejąc, jak czytanie może sprawiać niektórym trudność. Uwielbiałam książki. Przeczytałam wszystkie z ubogiej szkolnej biblioteki i wciąż prosiłam rodziców o nowe zakupy. Już w wieku dziewięciu lat zabrałam się za poważniejsze lektury. Publikacje przeze mnie wybierane nie miały po dwadzieścia, a minimum dwieście stron. Te z obrazkami od razu odrzucałam na bok, przecież byłam dorosła! Jako że nikt z mojego otoczenia nie rozumiał tej pasji, nie mogłam znaleźć osoby, która z chęcią posłuchałaby opowieści o wielkich czarodziejach i ich przygodach. W momencie nawiązania przyjaźni z ową trójką, zaczęłam poznawać świat, o którym ani rodzice, ani ludzie z wioski nie mówili. Ukrywali przede mną, jedynym dzieckiem, całą prawdę. Nikt z dorosłych nie oznajmił mi, że parę lat przed moimi narodzinami w naszym społeczeństwie się sporo pozmieniało. Z ukrycia wyszli dziwni ludzie ogłaszający jeszcze dziwniejsze rzeczy. Cała Ziemia i wszystko, co na niej istnieje, obleczone jest cieniutką warstwą energii. Podobno różnie to nazywają: magia, atmosfera, aura. Ta powłoka buduje świat i nie pozwala mu się rozpaść na kawałki. Żyją osoby, które potrafią tę warstewkę kontrolować i czynić z nią nadzwyczajne cuda. Jeśli uwierzyć w fantastyczne opowiastki, to wcale nie dziwi aż tak bardzo. Władających energią można równie dobrze określić mianem szamanów, czarodziejów, czy magików. Nie wszyscy posiadają tę niewiarygodną umiejętność. Pewnie trudno jest zrozumieć, że ludzkość wystraszyła się i uległa kilku tysiącom szaleńców, zamiast ich obezwładnić. Już w dzieciństwie wydało mi się to nielogiczne, dlatego nie dawałam wiary szkolnym plotkom. Na razie pominę resztę wyjaśnień, bo i ja całą prawdę poznałam trochę później. Podsumowując, spokojnie przeżyłam pierwsze dziewięć lat. Niewiele pamiętam, ale jedna sytuacja zapadła mi w pamięć. Tylko ta jedna głęboko wryła się w moją psychikę. Możliwe, że przez adrenalinę krążącą wtedy w żyłach. Było to w czasie moich ostatnich normalnych urodzin. Zaprosiłam znajomych, mama upiekła tort i udekorowała ogród. Ze zdjęć wiem, że było naprawdę kolorowo i wesoło. Na początku zdmuchnęłam świeczki i poszliśmy się bawić. James ukradł ze stołu zapalniczkę i chowając ją przed dorosłymi, biegał z nią po grządkach. W którymś momencie znalazł mnie i przesunął płomień bardzo blisko mojej twarzy. Ja czułam ciepło na skórze i nieprzyjemny zapach spalonego gazu. Wystraszyłam się tak bardzo, że nie potrafiłam zrobić kroku wstecz. Chłopaka niezmiernie to bawiło.
— Czy on był normalny?!
— Myślę, że tak. Wiesz, dzieciak uważał to za zabawne, na pewno nie chciał zrobić mi krzywdy. Oj, nie rób takiej krzywej miny. Teraz nie mam mu tego za złe. Wracając, James coś krzyczał, a ja dalej nie mogłam się ruszyć. Przerażona wpatrywałam się w tańczący ogień i... ja, ja naprawdę nie chciałam. Znaczy się, chciałam, żeby chłopak zabrał zapalniczkę sprzed mojej twarzy. Mały przedmiot w jego dłoni eksplodował, oblewając go żywymi promieniami. Oboje wrzeszczeliśmy. Ja ze strachu, a on z cierpienia. Rodzice szybko przybiegli, zajęli się nim, a tata odwiózł go do szpitala. Dziewięciolatek miał spore poparzenia na rękach i twarzy. A mnie nie stało się zupełnie nic. Po paru godzinach cała wioska o tym wiedziała i ludzie zaczęli szeptać. Dlaczego wyszłam z tego cało? Dlaczego zapalniczka wybuchła? Biedny James.
— Nie interesowało ich, dlaczego straszył cię ogniem?
— Wiesz, Jo, oni obwiniali o całe zajście wyłącznie mnie. Zaczęli się obawiać. A strach popycha do różnych okropnych czynów. Zaczęli wyobrażać sobie, że w nocy spalę ich domy. I wtedy znowu dzieci w szkole odsunęły się ode mnie. Rodzice zakazali im nawet ze mną rozmawiać. Moja rodzina już nie stanowiła wsparcia. Taty całymi dniami nie było w domu, a mama rzucała mi dziwne spojrzenia, gdy zbliżałam się do kuchenki gazowej. A ja naprawdę nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam przerażona i osamotniona. Brakowało mi osoby, do której mogłabym się przytulić. Sama niczego nie rozumiałam. Ludzie szeptali o żywiołaku. Nie byłam pewna, co oznacza to słowo, ale sądziłam, że to określenie związane z elementami. Wiesz, woda, ziemia, powietrze i ogień. Jednak było to przecież sprzeczne ze słyszanymi plotkami! Nikt nie mógł kontrolować płomieni czy fal. Władający energią byli zdolni do czynienia z niej, czy nawet do władania nią, ale wcześniej nikt nie wspominał o takich umiejętnościach. Dwa tygodnie po moich urodzinach wszystko się zaczęło. Wróciłam ze szkoły prosto do domu. Odłożyłam plecak w korytarzu i poszłam do salonu, gdzie miałam nadzieję zastać mamę. Tata i tego dnia miał być w pracy, daleko od obłąkanej, szalonej córki. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że siedzi na kanapie. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic i popija kawę z filiżanki. „Jesteś!”, krzyknęłam i podbiegłam do niego szybko. Wtuliłam się w jego gryzący sweter w romby i poczułam na policzku zarost taty. „Wziąłeś wolne?” Gdy nie odpowiadał, odsunęłam się i z niepokojem spojrzałam na niego. Wystraszona cofnęłam się o parę kroków. Dawniej roześmiane i pełne życzliwości oczy, teraz stały się zupełnie pozbawione radości. Tak, jakby ktoś odebrał mu cały sens życia, pozostawiając tylko dwa szare kamienie wpatrujące się pusto w przestrzeń. Spojrzałam na mamę. Niewidzące spojrzenie wbiła w stolik, cały czas mieszając herbatę mechanicznym ruchem. Jak woskowe lalki, pomyślałam. Złowrogą ciszę, mąconą tylko przez łyżeczkę uderzającą o kubek, przerwał dzwonek do drzwi, który wydał się zbyt głośny. Jako że żaden z dorosłych nie wykazywał chęci ruszenia się ze swojego miejsca, poszłam otworzyć. Miałam nadzieję, że to tylko listonosz. Bo co powiedziałabym sąsiadce? Przepraszam, ale rodzice zachowują się jak kukły, proszę przyjść później? Złe przeczucie nie opuszczało mnie, gdy chwytałam za klamkę. „Dzień dobry, panienko Hughes”, przede mną stał wysoki mężczyzna w luźnej koszuli i spranych jeansach. Uśmiechał się szeroko, ale właśnie ten uśmiech sprawił, że nie potrafiłabym mu zaufać. Szczerzył się jakby miał ochotę mnie zjeść. Wzdrygnęłam się i chciałam od razu zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. „Proszę poczekać. Jestem umówiony z panienki rodzicami. Zapewne już na mnie czekają”, nie pytając się o zgodę, przeszedł obok i skierował się prosto do salonu, jakby wiedział, że właśnie tam spotka domowników. Mamo, kogo ty sprowadziłaś do domu?, przeszło mi przez myśl. Ciemnowłosy przybysz napawał mnie lękiem. Miał oczy starca, ale wyglądał bardzo młodo. Czego od nas chciał? Nie byłam pewna, ale podejrzewałam, że wynikną z tego kłopoty. Nie chcąc zostawić rodziców z nim sam na sam, pognałam korytarzem, o mały włos nie potykając się o dywan. Wbiegając do pomieszczenia, wyobrażałam sobie, że ujrzę tam zwłoki rodziców rozciągnięte na podłodze i psychopatę stojącego nad nimi. Odetchnęłabym z ulgą, ale nie zrobiłam tego, bo jednak wciąż martwiłam się o rodziców. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, podeszłam niepewnie do fotela i usiadłam na nim. „O, córuś. Dobrze, że już wróciłaś”, zwróciła się do mnie mama. Słuchałam jej uważnie, spoglądając na nieznajomego. Debatował cicho z moim tatą, ale tematem ich rozmowy najzwyczajniej w świecie była polityka, czyli nic wartego uwagi. „Mamy bardzo ważną sprawę do omówienia, kochanie. Przedstawiam ci pana Clarence'a Farewella. Podporucznika z Armii”, ostatnie słowo wypowiedziała z mieszaniną podziwu i strachu. Tak właśnie ludzie reagują na organizację zrzeszającą władających energią. Usłyszawszy to, nieomal zakrztusiłam się powietrzem. Więc to tak chcą się mnie pozbyć? Nawet nie zapytali o zdanie. A może ja wcale nie chcę posiadać tych „cudownych” mocy? Przeze mnie coś stało się Jamesowi. A co jeśli zrobię krzywdę innym? „Dlatego powinnaś odejść”,szepnął głos w mojej głowie. Ale jak? Mam zostawić rodziców? „Nie zgadzam się”, powiedziałam twardo. Mimo że nikt jeszcze nie wyjawił mi powodu przybycia podporucznika, kimkolwiek on jest, ja znałam już całą prawdę. „Nigdzie z nim nie pójdę”. „Najpierw pozwól, że wszystko ci wytłumaczę”, usłyszałam głos pana Farewella i przeszły mnie dreszcze. Nie chciałam go słuchać, ale nie mogłam odejść i zostawić rodziców na pastwę szaleńca, którym na pewno był. Postanowiłam, że cokolwiek by nie powiedział, i tak mu odmówię. „Zapewne niewiele wiesz o takich jak ty. Osobach, które potrafią tworzyć z energii otaczającej i budującej cały świat. Za dużo plotek na ten temat nasłuchałaś się wśród młodzieży. Prawda? Oczywiście, szczegóły poznasz, gdy już zaczniesz edukację w naszej szkole. Ogólnie mówiąc, masz wielki dar. Możesz go rozwijać i przydać się na coś społeczeństwu. Bo widzisz, gdyby taka potęga została użyta przez kogoś o złych intencjach. Dlatego naszym obowiązkiem jest chronić ludzi. Rozumiesz?”  Jego słowa powoli do mnie docierały. Czyli ludzkość jest w niebezpieczeństwie? Rodzice. Mogę ich obronić?, rozmyślania przerwał mi głos mamy. „Panie Clarence, a co z ogniem?” Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Przecież ten mężczyzna wytłumaczył mi, że władam energią, a co za tym idzie, incydent z zapalniczką nie był niczym dziwnym. Prawda? „Państwo Hughes, mamy problem. Oczywiście nie jesteśmy pewni, czy państwa córka jest żywiołakiem. Trzeba to sprawdzić, dlatego chciałbym, aby zgodzili się państwo na jej wstąpienie do Armii. Przeszłaby odpowiednie testy, szkolenia. Zaopiekowalibyśmy się nią, obiecuję. Przygotowałem umowę, w której wszystko jest opisane”, wyciągnął plik kartek z teczki, której wcześniej nie zauważyłam, i podał go rodzicom. Tata założył okulary i ze skupieniem prześledził tekst, szukając małych druczków. A ja z obawą czekałam, aż mu odmówi. „Gdzie podpisać?”, zapytał zimnym tonem, a moje życie rozpadło się na kawałki niczym lustro, raniąc mnie przy tym i zdobiąc duszę okropnymi szramami. Clarence Farewell uśmiechnął się z tryumfem, posyłając mi znaczące spojrzenie. Chciał zgotować mi piekło.

***
Mam nadzieję, że tekst nie okazał się zbyt długi :)
Odpowiedz
#5
(30-09-2016, 15:50)Creachadoir napisał(a):
Rozdział 1

Z ciąży mojej matki niektórzy zdawali sobie sprawę(przecinek) jeszcze zanim ona sama się o niej dowiedziała. (A to jakim cudem? Śledzili ją i wcześniej od niej dowiedzieli się, że spóźnia jej się okres? Wykonali za nią test ciążowy? Nie, to jest niedorzeczne)

Można się domyślić, że było to dziewięć miesięcy szaleństwa. (No właśnie nie można się domyślić – jakiego szaleństwa dokładnie? Ciężarne kobiety miały w zwyczaju tam imprezować, żeby uczcić nowe życie?)

W związku z tym, że nie uzgodniono (przecinek)jak mam zostać nazwana, ojciec wybrał pierwsze lepsze imię, jakie przyszło mu na myśl.(Pasowałby dwukropek lub myślnik) Evelyn.

Mając pięć lat(przecinek) poszłam do szkoły w niedalekiej wsi. (Ha, i pomyśleć, że u nas niektórzy nawet sześciolatków nie chcą do szkół posyłać :D)

Nie wiedziałam (przecinek)jak zdobyć przyjaciół.

Jednak co ona mogła poradzić na nieśmiałe dziecko nieumiejące rozmawiać z innymi.(znak zapytania) Czasem ktoś do mnie podszedł i zagadał, (zbędny przecinek)czy pożyczył ode mnie kredki.

W momencie nawiązania przyjaźni z ową trójką, (zbędny przecinek)zaczęłam poznawać świat, o którym ani rodzice, ani ludzie z wioski nie mówili.

Nikt z dorosłych nie oznajmił mi, że parę lat przed moimi narodzinami w naszym społeczeństwie się sporo(sporo się) pozmieniało.

Władających energią można równie dobrze określić mianem szamanów, czarodziejów,(zbędny przecinek) czy magików.

Możliwe, że przez adrenalinę krążącą wtedy w żyłach. (Jak dla mnie to jest zupełnie zbędne – wiadomo, dlaczego niektóre sytuacje bardziej niż inne zostają w pamięci)

Ja czułam ciepło na skórze i nieprzyjemny zapach spalonego gazu.(Spalonego gazu? Prędzej spalonych włosów w nosie – ognia się nie wącha :p A ogień z zapalniczki nie ma silnego zapachu)

Przerażona(przecinek) wpatrywałam się w tańczący ogień i... ja,(wielokropek) ja naprawdę nie chciałam. Znaczy się, chciałam, żeby chłopak zabrał zapalniczkę sprzed mojej twarzy. Mały przedmiot w jego dłoni eksplodował, oblewając go żywymi promieniami(płomieniami).

— Wiesz, Jo, oni obwiniali o całe zajście wyłącznie mnie.(A dlaczego? Przydałoby się to według mnie wyjaśnić. Nikt raczej nie podejrzewał jej o żadne magiczne zdolności, więc dlaczego to zajście miało być wyłącznie jej winą? Wydaje mi się, że typowi dorośli prędzej zrzuciliby odpowiedzialność na chłopaka – im częściej przychodzą do głów takie głupoty)

Zaczęli wyobrażać sobie, że w nocy spalę ich domy.(Znów – dlaczego? Dziecko nie wykazywało żadnych dziwnych zdolności, nikt nie widział zajścia, równie dobrze chłopak mógł po prostu bawić się zapalniczką i podpalić sobie włosy. Jak dla mnie ludzie najpierw szukaliby logicznego wytłumaczenia, a nie od razu z pełną pewnością przyjmowali najgorsza możliwość. Podejrzliwość – rozumiem. Ale takiej paranoi średnio)


Nikt nie mógł kontrolować płomieni czy fal. Władający energią byli zdolni do czynienia z niej(Do czynienia z niej czego?), (zbędny przecinek)czy nawet do władania nią, ale wcześniej nikt nie wspominał o takich umiejętnościach.

Tata i tego dnia miał być w pracy, daleko od obłąkanej, szalonej córki.(Kiedy przeszliśmy do tego stadium? Jakoś mnie to ominęło)

Z zaskoczeniem stwierdziłam, że siedzi(siedział) na kanapie. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic(przecinek) i popija(popijał) kawę z filiżanki.

Dawniej roześmiane i pełne życzliwości oczy, (zbędny przecinek)teraz stały się zupełnie pozbawione radości. Tak, (zbędny przecinek)jakby ktoś odebrał mu cały sens życia, pozostawiając tylko dwa szare kamienie wpatrujące się pusto w przestrzeń.

„Dzień dobry, panienko Hughes”,(kropka) p(P)rzede mną stał wysoki mężczyzna w luźnej koszuli i spranych jeansach.

Szczerzył się(przecinek) jakby miał ochotę mnie zjeść.

Odetchnęłabym z ulgą, ale nie zrobiłam tego, bo jednak wciąż martwiłam się o rodziców.(To dlaczego odetchnęła z ulgą? Nie zobaczyła nic pocieszającego)

Nie wiedząc(przecinek) co ze sobą zrobić, podeszłam niepewnie do fotela i usiadłam na nim. „O, córuś. Dobrze, że już wróciłaś”, zwróciła się do mnie mama. (Albo coś mi umknęło, albo nie było żadnej informacji o tym, że w rodzicach zaszła zmiana. Najpierw są kukłami, a potem normalnie rozmawiają)

Przedstawiam ci pana Clarence'a Farewella.(przecinek) P(p)odporucznika z Armii”, ostatnie słowo wypowiedziała z mieszaniną podziwu i strachu. 

„Dlatego powinnaś odejść”,(spacja)szepnął głos w mojej głowie. Ale jak? Mam zostawić rodziców? „Nie zgadzam się”, powiedziałam twardo. Mimo że nikt jeszcze nie wyjawił mi powodu przybycia podporucznika, kimkolwiek on jest(był), ja znałam już całą prawdę.

Osobach, które potrafią tworzyć (Tworzyć co?) z energii otaczającej i budującej cały świat.

Bo widzisz, gdyby taka potęga została użyta przez kogoś o złych intencjach. (To zdanie brzmi jak urwane. Co gdyby?)

Mogę ich obronić?,(zbędny przecinek) r( R)ozmyślania przerwał mi głos mamy.

„Gdzie podpisać?”, zapytał zimnym tonem, a moje życie rozpadło się na kawałki niczym lustro, raniąc mnie przy tym i zdobiąc duszę okropnymi szramami. (Stanowczo zbyt blogaskowe określenie jak na mój gust)
W tym fragmencie średnio podoba mi się jedno: to wszystko ma być opowieścią bohaterki, tak? Ale im bliżej końca, tym moim zdaniem tekst coraz mniej przypomina relację z przeszłości. Stanowczo zbyt wiele jest szczegółów (potykanie się o dywan, oddychanie z ulgą, myśli, dialogi). Spraw, które miały miejsce dobre kilka lat temu, nie pamięta się tak detalicznie. A tutaj w zasadzie równie dobrze można by po prostu zmienić początek fragmentu i całość byłaby zwykłą retrospekcją.

Zdecydowanie nie jestem zwolenniczką streszczania historii głównego bohatera na samym początku tekstu. Nawet dobrze nie poznałam jego imienia, a tu już mam skompresowaną całą przeszłość i masę faktów. A w zasadzie jeśli w ogóle nie zdążyłam poznać postaci, fakty te średnio mnie interesują.

Sama bohaterka nie jawi mi się póki co jako szczególnie interesująca postać. Znów wionie mi tu sztampowością – wyjątkowa, osamotniona, odrzucona nawet przez rodziców... Jak zaznaczałam w poprawkach, niektóre kwestie z tego jej wyalienowania wydały mi się naciągane. Nie widzę wyraźnego powodu, dla którego nawet rodzice mieliby tak odsuwać się od własnego dziecka (pojawiają się określenia "obłąkana" i "szalona", to już jak dla mnie zupełnie na wyrost). Dobra, było zdarzenie. Ale tylko jedno. Czy widział je ktoś poza dzieciakami? Nie, tylko one były świadkami. Tymczasem dorośli otwarcie popadają w rodzaj paranoi i już widzą bohaterkę palącą ich domy. Według mnie fragment nie daje zadowalającego wyjaśnienia dla takiego zachowania.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
Dziękuję. Widzę, że muszę jeszcze sporo dopracować tę opowieść! Gdy znajdę trochę czasu zabiorę się za solidne poprawki.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cześć.
Nie czytałem całego tekstu, bo mnie nie zainteresował.
Ale, jak zawsze, odniosę się do tego fragmentu, z którym się zapoznałem.
Początek, pierwszy fragment, który wkleiłaś.

1. Prolog. W gruncie rzeczy lepszy jest brak prologu. Lepszy dla odbiorcy. U Ciebie ten prolog wygląda jak pierwszy rozdział – to tak przy okazji. Ale taki typowy zawiera zazwyczaj dużo informacji, takich suchych faktów. Streszcza coś, co mogłoby być całym tomem o numerze zero.
Autor jest zadowolony, bo przekazał to, co miał w głowie i co uznał za ważne, a czytelnik ma być zadowolony, bo poznał realia.
Nonsens. Jeżeli podyktuję Ci za chwilę 20 imion, nazwisk i numerów telefonów, to będą one w jakimkolwiek stopniu ciekawe? A ważne? Nawet jeśli napiszę, że są ważne? Nie. Będą miały zerowe znaczenie, bo nie mają żadnego kontekstu. To będą tylko znaki.
To samo zło niesie ze sobą prawie każdy prolog, na jaki natrafiam.

2. Gdy serwujesz opis pomieszczenia, to należy go robić tak, jakbyś wchodziła do niego.
Zrób sobie test: zorganizuj sobie możliwość wejścia gdzieś, gdzie ktoś będzie. Pokój gościnny w domu Twojej koleżanki?
I jak go odbierałaś? Powiem Ci, jak prawie każdy rejestruje takie wydarzenie. Odrobina lokalizacji (np. umiejscowienie wejścia względem ściany, schodów itp). Potem równie krótko o wielkości pomieszczenia (aby czytelnik się zorientował, czy to wychodek, czy sala gimnastyczna). Następnie osoby tam się znajdujące; dokładniej niż poprzednie dwa aspekty. Na końcu ozdobniki: lustra, kurz, zasłony itp.
Jeżeli w pomieszczeniu jest coś kluczowego dla zmysłów, to oczywiście powinno zająć pierwszy plan (gdy w pokoju szaleje ogień, to nie ma sensu pisać o ludziach, o kwiatkach i zasłonach, bowiem nikt nie zwróci na to uwagi; opis taki będzie niewiarygodny).
Zawsze możesz przemycać opisy rzeczy ważnych wśród tych mniej ważnych i na odwrót: kobieta i mężczyzna, stali twarzami do okna. Trzymali się za ręce i wyglądali jakoś tak dziwnie. Nienaturalnie. Wokół nich pełno było pożółkłych kartek i nadpalonych zdjęć, ostatnie promienie słońca ukazywały wirujące chmury kurzu.
(To było słabe zdanie, miało tylko na celu pokazać Ci, że lepsze jest takie przenikanie się opisów z zachowaniem hierarchii ważności niż skakanie po obiektach [jakby postać patrzyła na świat przez dziurę w rolce od papieru toaletowego]).
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości