Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Dym
#1
Prolog
Helion wyglądał z góry jak Bożo Narodzeniowa choinka. Poświata miasta, widziana zza cienkiej smugi smogu z wysokości sześciu kilometrów, mogła zapierać dech. Nie tylko swoim pięknem, ale i z przerażenia. Nad tą oświetloną metropolią, niczym ogromny biały wieloryb, płynął w powietrzu sterowiec. Popychany wiatrem, używał żagli zamiast rotorów jako napędu, leciał na południe, wzdłuż wybrzeża, w kierunku górnych dzielnic Helionu. W oddali na morzu było widać Hegeon. Małą, świecącą wysepkę, która z tej odległości wyglądała jak podświetlona dłoń z wyciągniętym kciukiem. Światło księżyca odbijało się od grubej warstwy smogu, podświetlając sterowec od spodu, jeszcze bardziej potęgując wrażenie głębi.
Drzwi gondoli przy pokładzie widokowym rozwarły się, światło z wewnątrz uciekało w mrok. Przez powstałą dziurę odbijało się od smogu, przypominając scenę wyjętą żywcem z teatru cieni. Dwóch wielkich mężczyzn w białych maskach weszło w krąg światła, rzucając nieregularne cienie na krawędzi chmury, niosąc szamocący się długi worek. Postawili go tak, że tylko niewielki jego skrawek wychodził poza gondolę. Kawałek sznura został wyssany na zewnątrz i dziko szarpał nim wiatr.
Doktor Brennan Stuart odzyskał świadomość, czując ból złamanego nosa i poobijanego czoła. Chciał pomasować wciąż rosnącego guza, lecz nie mógł nawet podnieść ręki. Coś go trzymało. Otworzył oczy, jednak zobaczył tylko ciemność. Zaczął się szamotać i poczuł, że jest w coś zawinięty i mocno związany. Cztery silne ręce powstrzymały jego wybryki. Krzyknął.
– Doktorze, dlaczego zaraz pan tak panikuje? – zapytał niski mężczyzna siedzący przed panoramiczną szybą w wysokim fotelu stojącym na piedestale i skierowanym przodem w kierunku lotu sterowca. Podpierał się dłonią o gładką płytkę i wydawałoby się, że ogląda panoramę miasta zza chmury smogu. – Przecież nie pierwszy raz leci pan sterowcem. Czy może woli pan podróż samolotem?
– Proszę mnie wypuścić! – odezwał się głucho worek, mimo że mężczyzna wewnątrz zdzierał sobie gardło. – Nie macie prawa!
– Wypuszczę pana tuż przed lądowaniem. Jednak zanim to nastąpi, odpowie mi pan na parę pytań, zgoda?
– Nie będę z wami rozmawiał. Nie dość, że jesteście porywaczami, to i brak wam wychowania! Przedstaw się pan, a może uznam, że warto zamienić kilka słów.
Mężczyzna w fotelu zaśmiał się długo i przekręcił głowę w stronę worka. W szybie odbił się rozbłysk metalu.
– Jest pan bardziej arogancki, niż słyszałem. Chyba nie rozumie pan swojej sytuacji, doktorze. Pozwoli pan zatem, że się przedstawię. Nazywam się, Charles Dexter. Moi podwładni mówią mi Poczwarka, chociaż, może się pan do mnie zwracać po imieniu, po prostu Charles. Tych dwóch drabów, którzy mi pana dostarczyli, to Jo i Jimmy.
– Bry – powiedział Jo.
– Bry – zawtórował Jimmy.
– Czego więc chcecie? – Worek podskoczył i zaraz został przyciśnięty do podłogi przez Jimmyego.
– Chciałbym, aby opowiedział mi pan o pewnej rzeczy – ciągnął dalej Poczwarka. – A dokładnie, chodzi o pański eksperyment z przed dwóch lat, a jeszcze dokładniej, o leczeniu ludzi przy pomocy pierwiastków promieniotwórczych.
– Na co ci potrzebna ta wiedza? To nie był eksperyment! – wrzasnął Brennan, próbując się bezskutecznie uwolnić. – To była jedna wielka pomyłka. Nie wiedzieliśmy, że promieniowanie może zabijać i powodować mutacje. To było najzwyklejsze masowe morderstwo w imię nauki, tak nie mogło być!
– Mylisz się, doktorze – odrzekł sucho Poczwarka. Wstał z fotela i zszedł z piedestału. Światło lamp odbijało się od jego głowy. Od potylicy do szczęki i od uszu do czubka nosa ciągnęła się płytka tak gładka, że odbijał się w niej obraz jak w lustrze. Zamiast wizjerów miał dwie cienkie szparki. – Może kierunek twoich badań był, jakby to ująć, nietrafiony. Pańskie wyniki mogą pomóc zaprowadzić szybszy pokój w przypadku wojny. A przy okazji uwolnić parę tysięcy dusz z tego koszmaru. Niech pan sobie odpowie, ile musi upłynąć czasu, aby ludzkość mogła w końcu zdjąć maski i zacząć w spokoju oddychać powietrzem? Przy użyciu własnych płuc, a nie zakurzonych, zepsutych filtrów i oczyszczaczy. Ile ofiar musi umrzeć, bo świat, który dostaliśmy od boga, jest nam wrogi. – Stanął niedaleko wyjścia po prawej stronie Brennana. – Wedle badań większości, muszą przyjść na świat, przynajmniej trzy następne pokolenia, ale wiąże się to z cofnięciem w rozwoju. Musimy stłumić nasz popęd technologiczny, byśmy mogli żyć w spokoju. Już niedługo tak się stanie. Ludzkość zostanie zbawiona w oczyszczającym ogniu. W tym samym płomieniu, który podarował nam Perseusz, abyśmy mogli się rozwijać. Jednak potrzebuję pańskiej pomocy, by zbudować wynalazek ostatniej szansy.
– Chyba porwałeś się pan, panie Charles, z motyką na słońce – zaśmiał się Brennan, chociaż, wewnątrz wora robił się straszny zaduch. –  Nie namówisz miliarda ludzi, aby przestali pracować i wrócili do lasów polować na sarny. To niewykonalne. Wypuść mnie teraz!
– Niech pan to sobie wyobrazi, doktorze – ciągnął dalej Poczwarka spokojnym, rozmarzonym głosem, kierując głowę w stronę otwartych drzwi, oglądając żyjącą metropolię w dole. – Możemy znowu doprowadzić nasz świat do stanu użyteczności, a ludzie, a LUDZIE odpowiedzialni za nasze cierpienie znikną w jednej chwili. – Pstryknął palcami. – Ot, tak!
Brennana oślepił nagły blask, gdy worek został przecięty i uwolniona została jedynie jego głowa. Popatrzył z wrogością na Jo i Jimmyego, a następnie zwrócił się w stronę Poczwarki. Zobaczył swoje odbicie. Jego, poplamiona krwią żółta półmaska wyglądała na nienaruszoną. Krótko przystrzyżone rude włosy były pozlepiane potem, żółte oczy i łagodne rysy twarzy podkreślały typową szarą skórę. Rozcięty łuk brwiowy i olbrzymi guz na czole były najmniejszym problemem. Zauważył, że leży przed otwartymi drzwiami gondoli, a w dole, oświetlone dziesiątkami tysięcy świateł, rozrastało się Miasto Postępu. Miliard ludzi żyło w nim w ciągłym napięciu i niepewności, oddzieleni od straszliwej śmierci tylko za pomocą masek. Milczał, zanim uświadomił sobie, co miał na myśli Poczwarka.
– Straciłeś rozum, Charles! – stwierdził beznamiętnym głosem Brennan. Zobaczył w oczach wyobraźni wszystkich swoich pacjentów, leżących na łóżkach szpitalnych. Świecili w ciemności zieloną poświatą. Większość z nich była martwa, ale nie wszyscy. Kilka sylwetek podniosło się z łóżek i skierowało w jego stronę świecące ślepia. Z pleców niektórych wystrzeliły długie, kościste kończyny. Chcieli go złapać, a wtedy wszystko stanęło w płomieniach. Nad tym wszystkim unosił się olbrzymi grzyb, który rósł i rósł. Wizja skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Znów się szamotał, co chwilę zerkał na swoje odbicie w płytce i krzyczał: – Co to za cyrk?! Czytałem "Upióra w operze" i "Księgę argumentów" i muszę przyznać, że nawet mnie zaskoczyłeś, ale na tym koniec! Proszę mnie wypuścić!
– Gdzie ukrył pan resztę nośników pamięci, doktorze? – zapytał Poczwarka, w ogóle niezwracając uwagi na krzyki Brennana.
– Nie wiem, o czym mówisz. Po co ta maskarada?
– Nie ma pan pojęcia, o czym mówię, tak? – Mężczyzna podparł dziwnie białe ręce na biodrach i pokręcił głową, rozbłyski światła oślepiały Brennana. Poczwarka mówił dalej: – Śledzimy dwa kolejne, a dwa już posiadam. – Jakby na potwierdzenie swoich słów wyciągnął z kieszeni spodni dwa nieduże, cylindryczne pojemniki z wygrawerowanymi na nich liczbami rzymskimi. Pokazał je w górze tak, aby Brennan mógł się im dokładnie przyjrzeć. – Zrobił pan takich siedem. Pozostałe dwa to tylko kwestia czasu, aż wpadniemy na ich trop i zbierzemy je wszystkie. Najbardziej zależy mi na ostatnim, siódmym nagraniu. Jeśli nie pan, to może któryś z pańskich agentów będzie wiedział, gdzie szukać reszty.
Brennan uspokoił się tylko na chwilę. Z niedowierzaniem patrzył na te dwa niepozorne przedmioty w rękach Poczwarki. Dał po jednym nośniku dla każdego ze swoich wychowanków jako pamiątkę po nim. Mówił, że w każdym z tych cylindrów były nagrane jego wspomnienia. Nie ujawnił jednak faktu, że wewnątrz nich kryła się cała wiedza doktora. Od podstaw fizyki i chemii do teorii zdolności psychicznych. Każdy nośnik był ponumerowany, tak jak te, które trzymał Poczwarka. Miały numer jeden i cztery. Przypomniał sobie osoby, którym powierzył opiekę nad jego wynikami.
Jasper,  Susan, tak mi przykro. Tak mi wstyd. Przepraszam – pomyślał. Po policzkach doktora popłynęły łzy. Z wściekłością spojrzał na Poczwarkę. – Nie pozwolę, żeby nauka znów zaczęła krzywdzić ludzi! Moi wychowankowie zostali dobrze wyszkoleni i poinformowani na wypadek takiej sytuacji.
– Zabiję cię, ty chory człowieku – szepnął Brennan. Trochę śliny pociekło mu z kącika ust i tak wisiała dłuższą chwilę, zanim mężczyzna nie wybuchnął gniewem. – Zabiję cię! Zabiję cię! Zabiję cię! Zabiję cię! Zabiję, zabiję, zabiję, zabiję, zabiję...
– Chyba nic więcej się od niego nie dowiemy – stwierdził Poczwarka i zwrócił się do Jimmyego. – Dom Doktora powinien być niedaleko, wysadźcie go gdzieś. Świeże powietrze dobrze mu zrobi.
– Jasne, szefie – odpowiedział Jimmy.
– Da się zrobić – potwierdził Jo.
Mężczyźni w białych maskach podnieśli Brennana i postawili w progu. Doktor zaczął krzyczeć, grozić, płakać, wyzywać i znów krzyczeć. Poczwarka podszedł do mężczyzny tak blisko, że na płytce odbijał się oddech doktora. Mężczyźni już go nie ściskali, ale nadal podtrzymywali, żeby nie wyleciał.
– Gdzie jest siódmy dysk?
Brennan poczuł podmuch na karku, przymknął oczy. Stał tak chwilę, próbójąc opanować skołatane serce. Nic nie odpowiedział. Gdy w końcu otworzył oczy, jego usta, niewidoczne pod maską, wykrzywiły się w złośliwym uśmieszku. Zaczął się odchylać, na ile pozwalały mu skrępowane nogi, i wyskoczył. Poleciał w przepaść, pędząc z coraz większą prędkością do nieuchronnie zbiżającego się gruntu. Szybko obliczył w głowie, że zostało mu niecałe trzydzieści sekund, zanim zostanie z niego mokra plama i kolejna dziura w asfalcie. Poczuł, jak krople deszczu, wsiąkają w materiał i jego ubranie, lecą razem z nim i wokół niego. Gdzieś w oddali błysnęło na niebiesko i po chwili, rozległ się grzmot. Poświęcił czas na modlitwę za Jaspera, Susan i reszty jego dzieci. Oby wszyscy znaleźli sobie jakieś kryjówki bo będą nonstop tropieni jak zwierzęta na polowaniu.
***
Wyżej w gondoli sterowca Poczwarka siedział zniecierpliwiony w fotelu, ściskając w dłoni metalowe nośniki pamięci i oglądając, jak cień sterowca odbija się od szarej bariery chmur pod nimi. Prychnął głośno, był zbyt nieostrożny i dlatego Brennan zdołał sam wyskoczyć, zanim zdołał wyciągnąć od niego jakiekolwiek informacje. Ale to nie szkodzi, znajdzie pozostałe. Któryś z agentów doktora musiał wiedzieć, gdzie szukać reszty i wtedy będzie o krok bliżej swojego marzenia. Chwycił okablowany mikrofon i włączył guzik. Po pokładzie rozszedł się pisk, kliknięie i zaraz potem z głośników przemówił głos Poczwarki:
– Uwaga załoga! Stan najwyższej gotowości. Powiadomić wszystkich agentów w terenie. Zaczynamy operację przechwycenia danych.
Może i ukryłeś chwiliowo osobę z siódmym nagraniem – pomyślał, zaciskając mocno nośniki w dłoni. – Jednak gdy tylko je wszystkie zbiorę, uwolnię świat z zarazy. A ludzkość nareszcie odetchnie z ulgą.
***
Kilka sekund później doktor Brennan uderzył w szklarnię, postawioną na szczycie czterdziestopiętrowego budynku w dzielnicy Wall. Dach, ściany i okna budynku zostały obryzgane krwią, licznymi kawałkami ciała i przesiąkniętego krwią materiału. Serdeczny palec prawej dłoni, wraz ze złotą obrączką, spadł do rynsztoka tuż przy studzience kanalizacyjnej. Leżał tam przez godzinę, wypłukując resztkę krwi na deszczu. Z cienia studzienki, na słabo oświetlony próg rynsztoka przy krawężniku, wyszedł duży szczur, wąchając powietrze. Podszedł ostrożnie do urwanego palca, powąchał dokładnie całość i próbował go zaciągnąć w kierunku studzienki. Na zmianę chwytał go w zęby lub popychał przed siebie. Najpierw w dziurze zniknął palec. Potem zniknął szczur. Krew została zmyta. Przepadł ostatni ślad po siódmym dysku...
***
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(25-09-2016, 00:00)DjDanceCore napisał(a): Prolog.
   (skoro już mamy tag wcięcia, to po jakie licho te spacje?) Helion wyglądał z góry jak Bożenarodzeniowa choinka. Poświata miasta, widziana zza cienkiej smugi smogu z wysokości sześciu kilometrów, mogły (mogła – bo to jest 'ta poświata') zapierać dech.

W oddali na morzu, (zbędny przecinek) było widać Hegeon. Małą (przecinek) świecącą wysepkę (przecinek) która, (zbędny przecinek) z tej odległości, (zbędny przecinek) wyglądała jak podświetlona dłoń z wyciągniętym kciukiem.

   (i znowu zbędne spacje) Drzwi gondoli przy pokładzie widokowym rozwarły się, światło z wewnątrz uciekało w mrok. Przez powstałą dziurę, (zbędny przecinek) odbijało się od smogu, przypominając scenę wyjętą żywcem z teatru cieni. Dwóch wielkich mężczyzn w białych maskach weszli (weszło – dwóch mężczyzn weszło, dwaj mężczyźni weszli) w krąg światła, rzucając nieregularne cienie na krawędzi chmury, niosąc szamocący się długi worek.

   (kolejne bezsensowne spacje) Doktor Brennan Stuart odzyskał świadomość (przecinek) czując ból złamanego nosa i poobijanego czoła.

– Doktorze, dlaczego zaraz pan tak panikuje? – zapytał niski mężczyzna siedzący przed panoramiczną szybą, (zbędny przecinek) w wysokim fotelu, (zbędny przecinek) stojącym na piedestale i skierowanym przodem w kierunku lotu sterowca. Podpierał się dłonią o gładką płytkę i, (zbędny przecinek) wydawałoby się, że ogląda panoramę miasta zza chmury smogu. – Przecież nie pierwszy raz, (zbędny przecinek) leci pan sterowcem. Czy może, (zbędny przecinek – masz poważny problem z przecinkami, wsadzasz je gdzie popadnie) woli pan podróż samolotem?
– Proszę mnie wypuścić! – odezwał się głucho worek (przecinek) mimo, (zbędny przecinek) że mężczyzna wewnątrz zdzierał sobie gardło. – Nie macie prawa!
– Wypuszczę pana, (zbędny przecinek) tuż przed lądowaniem.

    (zbędne spacje) Mężczyzna w fotelu zaśmiał się długo i przekręcił głowę w stronę worka.

Chyba nie rozumie pan swojej sytuacji, Doktorze (małą literą). Pozwoli pan, (zbędny przecinek) zatem, że się przedstawię. Nazywam się, (zbędny przecinek – to już chyba szczyt; po jakie licho ten przecinek?) Charles Dexter.

– Czego więc chcecie? – worek (dużą literą) podskoczył i zaraz, (zbędny przecinek – jestem bliski załamania) został przyciśnięty do podłogi przez Jimmyego.

To była jedna, (zbędny przecinek – nie oddzielamy liczebnika od przymiotnika) wielka pomyłka. Nie wiedzieliśmy, że promieniowanie może zabijać i mutować (promieniowanie nie mutuje, może tylko wywoływać mutacje).

– Mylisz się (przecinek) Doktorze (małą literą) – odrzekł sucho Poczwarka.

Od potylicy do szczęki i od uszu do czubka nosa ciągnęła się płytka tak gładka, że odbijał się w niej obraz, (zbędny przecinek) jak w lustrze. Zamiast wizjerów, (zbędny przecinek) miał dwie cienkie szparki. – Może kierunek twoich badań był, jakby to ująć? Nietrafiony. (jakby to ująć, nietrafiony?) Pańskie wyniki, (zbędny przecinek) mogą pomóc zaprowadzić szybszy pokój w przypadku wojny. A przy okazji, (zbędny przecinek) uwolnić parę tysięcy dusz z tego koszmaru.

Przy użyciu własnych płuc, a nie, (zbędny przecinek) zakurzonych, zepsutych filtrów i oczyszczaczy. Ile ofiar musi umrzeć, bo świat (przecinek) który dostaliśmy od boga, jest nam wrogi (kropka i po myślniku dużą literą) – stanął niedaleko wyjścia, (zbędny przecinek) po prawej stronie Brennana. – Wedle badań większości, muszą przyjść na świat przynajmniej, (zbędny przecinek) trzy następne pokolenia, ale wiąże się to z cofnięciem w rozwoju.

Już niedługo, (zbędny przecinek) tak się stanie.

– Chyba wyszedłeś pan, panie Charles, z motyką na słońce (przysłowie mówi o 'porywaniu się z motyką na słońce', a nie o wychodzeniu – taka forma nie ma sensu) – zaśmiał się Brennan, chociaż, wewnątrz wora robił się straszny zaduch.

– Niech pan to sobie wyobrazi, Doktorze (mała literą) – ciągnął dalej Poczwarka spokojnym, rozmarzonym głosem, kierując głowę w stronę otwartych drzwi, oglądając żyjącą metropolię w dole. – Możemy znowu doprowadzić nasz świat do stanu użyteczności, a ludzie, a LUDZIE odpowiedzialni za nasze cierpienie, (zbędny przecinek) znikną w jednej chwili (kropka i po myślniku dużą literą) – pstryknął palcami. – Ot, tak!

    (zbędne spacje) Brennana oślepił nagły blask, gdy worek został przecięty i uwolniona została jedynie jego głowa.

Jego, (zbędny przecinek) poplamiona krwią, (zbędny przecinek) żółta półmaska wyglądała na nienaruszoną. Krótko przystrzyżone rude włosy, (zbędny przecinek) były pozlepiane potem, żółte oczy i łagodne rysy twarzy, (zbędny przecinek) podkreślały typową szarą skórę.

Zauważył (przecinek) że leży przed otwartymi drzwiami gondoli, a w dole, oświetlone dziesiątkami tysięcy świateł, rozrastało się Miasto Postępu.

– Straciłeś rozum, Charles! – stwierdził, (zbędny przecinek) beznamiętnym głosem Brennan. Zobaczył w oczach wyobraźni, (zbędny przecinek) wszystkich swoich pacjentów, leżących na łóżkach szpitalnych.

Znów się szamotał, co chwilę zerkał na swoje odbicie w płytce i krzyczał. (raczej dwukropek) – Co to za cyrk?! Czytałem "Upiór (Upiora) w operze" i "Księgę argumentów", (zbędny przecinek) i muszę przyznać, że nawet mnie zaskoczyłeś, ale na tym koniec!

– Gdzie ukrył pan resztę nośników pamięci, Doktorze? – zapytał Poczwarka, w ogóle niezwracając uwagi na krzyki Brennana.

Mężczyzna podparł, (zbędny przecinek) dziwnie białe ręce na biodrach i pokręcił głową, rozbłyski światła oślepiały Brennana. Poczwarka mówił dalej. (raczej dwukropek) – Śledzimy dwa kolejne, a dwa już posiadam (kropka i po myślniku dużą literą) – jakby na potwierdzenie swoich słów, (zbędny przecinek) wyciągnął z kieszeni spodni dwa nieduże, cylindryczne pojemniki z wygrawerowanymi na nich liczbami żymskimi (o zgrozo; nie wierzę własnym oczom).

    (zbędne spacje) Brennan uspokoił się, (zbędny przecinek) tylko na chwilę. Z niedowierzaniem, (zbędny przecinek) patrzył na te dwa niepozorne przedmioty, (zbędny przecinek) w rękach Poczwarki. Dał po jednym nośniku, (zbędny przecinek) dla każdego ze swoich wychowanków, (zbędny przecinek) jako pamiątkę po nim. Mówił, że w każdym z tych cylindrów, (zbędny przecinek) były nagrane jego wspomnienia.

Przypomniał sobie osoby, którym powierzył opiekę nad jego wynikami (kropka)
    (zbędne spacje) Jasper,  Susan, tak mi przykro. Tak mi wstyd. Przepraszam. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Pomyślał.

Nie pozwolę, żeby nauka, (zbędny przecinek) znów zaczęła krzywdzić ludzi!

Trochę śliny pociekło mu z kącika ust, (zbędny przecinek) i tak wisiała dłuższą chwilę, zanim mężczyzna nie wybuchł (to nie bomba, więc 'wybuchnął') gniewem.

Świeże powietrze dobrze mu zrobi (kropka)

    (zbędne spacje) Mężczyźni w białych maskach podnieśli Brennana i postawili w progu.

Poczwarka podszedł do mężczyzny tak blisko, że na płytce odbijał się oddech Doktora (małą literą).

    (zbędne spacje) Brennan poczuł podmuch na karku, przymknął oczy.

Szybko obliczył w głowie, że zostały (zostało) mu niecałe siedem minut, zanim zostanie z niego mokra plama i kolejna dziura w asfalcie. (a ja szybko obliczyłem, że znajduje się na wysokości ok. 880 km nad ziemią, więc znajduje się w strefie pierwszej – niskiej – orbity okołoziemskiej; dziwne, że spada, a jeśli nawet, to spali się w atmosferze gdy nabierze prędkości! Zatem żadnej mokrej plamy nie będzie. Jednak z tekstu wynika, że lecieli na wysokości 6 km, więc spadać na ziemię będzie 35 sekund!)

Poświęcił czas na modlitwie (modlitwę) za Jaspera, Susan i reszty (resztę) jego dzieci. – Oby wszyscy znaleźli sobie jakieś kryjówki, (zbędny przecinek) – pomyślał. – Bo będą non stop tropieni, (zbędny przecinek) jak zwierzęta na polowaniu.

    (zbędne spacje) Wyżej w gondoli sterowca, (zbędny przecinek) Poczwarka siedział zniecierpliwiony w fotelu, ściskając w dłoni metalowe nośniki pamięci i oglądając, jak cień sterowca, (zbędny przecinek) odbija się od szarej bariery chmur pod nimi.

    (brak wcięcia i zbędne spacje) Może i ukryłeś chwilowo osobę z siódmym nagraniem – pomyślał, zaciskając mocno nośniki w dłoni.

    (zbędne spacje) Trzy minuty później (bzdura!), (zbędny przecinek) doktor Brennan uderzył w szklarnię, postawioną na szczycie czterdziestu piętrowego (czterdziestopiętrowego) budynku w dzielnicy Wall. Dach, ściany i okna budynku zostają (zostały – nie zmieniaj czasu) obryzgane krwią, licznymi kawałkami ciała i przesiąkniętego krwią materiału. Serdeczny palec prawej dłoni, wraz z (ze) złotą obrączką, spadł do rynsztoka, (zbędny przecinek) tuż przy studzience kanalizacyjnej.

Przeraża ogromna ilość błędów. Przecinków nawalone gdzie popadnie, bez ładu i składu. Proszę nanieść poprawki, a w razie wątpliwości – pytać.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Rozdział I. Awantura
W zakładzie skraplania rtęci w Hegeonie praca szła pełną parą. Hala o powierzchni boiska piłkarskiego zaopatrywała dwie kuźnie budujące Mp – 1920 w gaz metanowy. Wózki widłowe jeździły w tę i z powrotem, ciągnąc za sobą pióropusze siwego dymu, który uciekał przez dziurawy dach budynku. Palety wypełnione kartonami, w których były pochowane pojemniki, wieziono do warsztatu, gdzie zostaną ponownie napełnione gazem, albo zwożono z magazynu nową partię pojemników do kontroli.
Olivier czekał z niecierpliwością, aż wskazówki znienawidzonego przez wszystkich zegara wybiją godzinę czwartą po południu, oznajmiając koniec zmiany. Olivier miał nudne, monotonne, ale bardzo ważne zadanie. Szukał uszkodzeń, wgnieceń, zarysowań i tym podobnych, które mogłyby spowodować przeciek pojemnika. Gdyby do czegoś takiego doszło, nastąpiłoby rozszczelnienie i ulotnienie się gazu. Następnie – co było bardzo prawdopodobne – nastąpiłaby eksplozja.
Wózek widłowy nie zasygnalizował klaksonem swojej obecności i nagle, za plecami Oliviera pojawiła się ciężka, drewniana paleta z kolejną porcją kartonów i czekającą górą pojemników do sprawdzenia. Chłopak podskoczył i zaklął, gdy tekturowe pudełka otarły mu się o skórzaną kurtkę, a paleta cudem ominęła obute stopy. Mógłby zostać przez nią kaleką, albo gorzej, zostałby zmiażdżony. Odwrócił się i gniewnie spojrzał zaa rogu na chudego, pokrytego sadzą maszynistę. Na twarzy nosił czerwoną maskę ochronną, a wyglądał w niej jak szczur. Przez moment miał wrażenie że, mężczyzna śmieje się do niego zaa tej brudnej szmaty. Chłopak pogroził mu pięścią i wysłał w jego stronę parę ostrych słów.
Okrągłe, szklane wizjery w masce Oliviera zaszły mu na chwilę mgłą tak, że nie dostrzegł numeru wygrawerowanego na przedzie wózka. Odkręcił osuszacz który znajdował się przy pasku obok filtrów powietrza do maksimum i poczuł, jak stęchłe, filtrowane powietrze z odrobiną wyczuwalnego zapachu spalenizny dostaje mu się do płuc. Wizjery nagle stały się przejrzyste i chłopak zobaczył, jak pojazd znika za zakrętem w lewo. Fart chciał, że zobaczył numer widlaka 139. Postanowił to zapamiętać.
Po hali rozniósł się ryk syreny. Długi pojedynczy sygnał oznajmiał koniec zmiany, a pracownicy ruszyli do wyjścia. Olivier odszedł od swojego stanowiska, przemaszerował pod prąd przez całą długość taśmy, kierując się w stronę magazynów. Kilka osób w maskach, których potrącił, burknęło coś o niewychowaniu i posłało w jego stronę parę przekleństw. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na skargi pracowników. Chciał tylko dorwać tego operatora, zanim wmiesza się w tłum, a najlepszą do tego okazją był postój widlaków w magazynie. Szedł około dziesięciu minut.
Gdy wyszedł zaa rogu, tuż przed nim wyrosły stalowe, mechanicznie rozsuwane drzwi. Szyny na których poruszały się żółte koła zębate, były napędzane małym silnikiem na podciśnienie i połączone metalowym ramieniem. Miedziana osłona na silniku zdążyła już pokryć się szronem, czyli wejście zamknęło się chwilę temu i prawdopodobnie wszystkie maszyny zdążyły już wjechać. W prawym skrzydle zamkniętych wrót dostrzegł klamkę. Podszedł bliżej. Nacisnął ją i popchnął, drzwi uchyliły się, tworząc małe przejście z wysokim progiem.
Wewnątrz magazynu było siwo od dymu, na drugim końcu pomieszczenia Olivier dostrzegł mały wir tuż przed pochłaniaczem, który próbował pozbyć się zanieczyszczeń wewnątrz. Szedł szybkim krokiem, mijając zapełnione kartonami i drewnianymi skrzyniami stalowe stelaże sięgające aż pod sufit. Między nimi poruszały się ramiona z chwytakami, na zmianę zdejmując z półek paczki, stawiając je na podłodze tak, aby widlaki mogły łatwo i szybko zawieźć je do hali produkcyjnej. Postój dla pojazdów znajdował się na drugim końcu magazynu.
Olivier uważnie przyglądał się zaparkowanym, pustym maszynom i ich numerom bocznym. Sto trzydzieści siedem. Sto trzydzieści osiem. Sto trzydzieści dziewięć. Widlak był pusty jak reszta maszyn. Jednak karta godzin, która powinna się znajdować na przedzie siatki ochronnej, zniknęła. Prawdopodobnie maszynista poszedł już do domu, a kartę zabrał ze sobą.
Olivier stwierdził, że spóźnił się. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki, wyciągając z niej posrebrzany zegarek na stalowym łańcuszku. Kciukiem otworzył kopułkę i sprawdził czas. Szesnaście po czwartej. Miał jeszcze godzinę, zanim napędzana parą i elektryką lokomotywa odjedzie. Postanowił, że później załatwi tę sprawę i ruszył w kierunku wyjścia.
Nim położył dłoń na klamce, ta odskoczyła i metalowe skrzydło uderzyło Oliviera w prawą część maski. Szkiełko wizjera pękło na trzy części, na szczęście nie rozbiło się, a zaskoczony chłopak poleciał do tyłu. Machając dziko rękoma, próbował bezskutecznie odzyskać równowagę. Upadł na plecy, a siła rozpędu była tak duża, że przejechał po gładkiej podłodze dwa metry w głąb magazynu. Gdy podniósł się do połowy, zobaczył postać z rękoma opartymi na biodrach i głową przekrzywioną w prawą stronę.
– Mógłbyś uważać – usłyszał wesoły, ale przytłumiony przez maskę wysoki głos. – Bardzo szybko można się tu udusić.
– To ty powinieneś uważać! – odpowiedział zdenerwowany Olivier. Podniósł się na nogi i otrzepał z ramion pył. – Prawie mnie dziś przygniotłeś tą cholerną skrzynią, a teraz uszkodziłeś moją maskę.
– Naprawdę? Bardzo mi przykro z tego powodu – odpowiedział maszynista. Niewzruszony przeszedł koło niego, w lewej dłoni trzymał kartę godzin.  – Następnym razem będę bardziej ostrożna. Teraz nie mogę z tobą rozmawiać, spieszę się, a ty stoisz mi na drodze.
– Słuchaj no! Pracuję bardzo ciężko, aby móc przeżyć. Teraz muszę zainwestować w nowy wizjer, a takie rzeczy nie są tanie.
– Czego oczekujesz? – Zapytał maszynista, zwalniając kroku, ale nie odwrócił się do chłopaka.
– Rekompensaty – odparł stanowczo Olivier i zrobił krok w jego kierunku. Jego irytacja rosła, a arogancja, jaką okazywał mu ten typek, dodatkowo podsycała emocje, które mogły w każdej chwili wybuchnąć. – I to natychmiast, bo pożałujesz.
Maszynista stanął, odwrócił się i spojrzał na Oliviera. Chłopak także przyjrzał się mężczyźnie. Byli prawie tego samego wzrostu, ale Olivier był bardziej masywny. Czerwona maska bardzo przypominała, z tymi filtrami wystającymi z ust szczurzą mordkę. Ubranie wisiało na kierowcy, jakby założył worek po kartoflach. Szerokie robocze spodnie oraz przydługa koszula w czerwoną kratę były pokryte sadzą oraz śladami po wycieraniu spoconych dłoni. Miał wysokie, jasnobrązowe skórzane buty gorszego gatunku z metalowymi czubami. Za kawałkiem liny, którego używał jako paska do spodni, były włożone grube, szmaciane rękawice. Jego prawa dłoń była tak dokładnie zabandażowana, że nawet każdy palec był owinięty. Maszynista podszedł do niego na odległość wyciągniętego ramienia. Przez okrągłe, szklane wizjery chłopak ujrzał neonowozielone oczy i kosmyk kasztanowych włosów.
– A kim ty jesteś, że stawiasz mi jakieś warunki? – zapytał kierowca wózka, podpierając się pod biodra. – Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia to wychodzę. Niedługo przyjeżdża mój pociąg i mam zamiar dojechać do domu przed zmrokiem.
Gdy Olivier usłyszał te słowa, jego irytacja przemieniła się w gniew. Z okrzykiem rzucił się na chudego maszynistę. Złapał go za koszulę i mocnym pchnięciem starał się przewrócić go na ziemię. Operator przytrzymał się jego ubrania, ciągnąc go za sobą i sprawiając, że obaj wylądowali na ziemi. Maszynista stęknął głośno, gdy cały ciężar przeciwnika docisnął go do podłogi. Olivier poczuł, jak chude ręce maszynisty próbują zadać mu ból, uderzając raz za razem po żebrach. Chłopak odchylił się lekko i z całej siły uderzył czołem w nasadę nosa drugiego. Rozległ się dźwięk, jakby na podłogę upadła ciężka bila. Maszynista syknął i przestał uderzać napastnika po żebrach, mógł tylko osłonić maskę dłońmi. Olivier, widząc bezbronną postawę maszynisty, uniósł wysoko pięść, gotową by zadać potężny cios. Dłoń nie zdążyła opaść do połowy, gdy poczuł jak coś twardego uderza go w splot słoneczny. Przepona skurczyła się, szybko pozbywając się ze środka resztek powietrza. Olivier chwycił się za brzuch i przeturlał na plecy. Zwinął się w kłębek i stękał, próbując złapać oddech.
Maszynista wstał, dysząc z wysiłku. Podszedł do leżącego chłopaka i przygniótł go kolanem do podłogi. Jedną ręką przytrzymał mu ręce, a drugą rozpiął paski podtrzymujące jego maskę. Po pustej hali rozszedł się dźwięk przypominający otwieranie butelki z winem, gdy maska odessała się od twarzy. Olivier zachłysnął się zatrutym powietrzem i poczuł, jak płuca palą go żywym ogniem. W chwilowej agonii przypomniał sobie podobne uczucie. Gdy był mały, pomylił spirytus ojca, którego chciał on użyć do wyczyszczenia wtrysków w automobilu, z wodą w blaszanym kubku. Zaczął kaszleć. Przy każdym wdechu zatrutego powietrza paliły go nie tylko płuca, ale też przełyk, wnętrze ust i oczy. Świat rozmazał mu się przez płynący potok łez. Z nosa do ust zaczęła spływać krew.
– Masz dość? – spytał go maszynista. Olivier wiedział, skąd dochodził dźwięk.
Słyszał go bardzo wyraźnie, mimo że mężczyzna mówił do niego w trakcie napadu kaszlu. Próbował złapać go, machając ręką w powietrzu. Ostre i kwaśne powietrze wciąż kuło w piersi, a wewnątrz czaszki rozchodził się dźwięk głuchego stukania. Myśli gdzieś odpływały, a poruszanie ciałem sprawiało mu coraz większe trudności. Jeśli szybko nie założy maski, zginie.
– Ne mochę... otychać! – zdołał wydyszeć to z ogromnym wysiłkiem mimo potwornego bólu wewnątrz.
Usłyszał jak gdzieś upada jego maska. Gorączkowo szukał jej na ślepo, lecz nigdzie nie mógł jej wymacać. Spanikował. Usłyszał westchnienie, jakieś szurnięcie i jego lewa dłoń trafiła na gumowy materiał. Wymacał końcówki rurek i na ślepo, ale wyćwiczonym ruchem zamocował je na swoich miejscach. Potem przyłożył maskę do twarzy i odetchnął głęboko. Uczucie palenia ustępowało, oprócz wciąż lecących łez z oczu i smaku krwi w ustach.
Gdy w miarę odzyskał zdolność widzenia, Olivier rozejrzał się po magazynie. Był sam. Tylko przejście we wrotach było szeroko otwarte. Próbował wstać, a gdy mu się to udało, w głowie mu się zakręciło. Zignorował to i krokiem pijanego skierował się do wyjścia. Zobaczył, jak maszynista szybkim tempem idzie po zawieszonym pod sufitem moście w kierunku wyjścia z zakładu. Pognał za nim. Przebiegł przez całą halę, dopadł do schodów, parę razy potknął się na nich i rzucił się po trapie w kierunku stalowych drzwi.
***
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
#4
(07-10-2016, 01:01)DjDanceCore napisał(a):
Rozdział I. Awantura

W zakładzie skraplania rtęci w Hegeonie, (zbędny przecinek) praca szła pełną parą.

Hala o powierzchni boiska piłkarskiego,(zbędny przecinek) zaopatrywała dwie kuźnie budujące Mp – 1920 w gaz metanowy. Wózki widłowe jeździły w tą(tę) i z powrotem, ciągnąc za sobą pióropusze siwego dymu, który uciekał przez dziurawy dach budynku.

Palety wypełnione kartonami(przecinek) w których były pochowane pojemniki, wieziono do warsztatu(przecinek) gdzie zostaną ponownie napełnione gazem, albo zwożono z magazynu nową partię pojemników do kontroli.

Olivier czekał z niecierpliwością, aż wskazówki znienawidzonego przez wszystkich zegara, (zbędny przecinek)wybiją godzinę czwartą popołudniu(po południu), oznajmiając koniec zmiany.

Olivier miał nudne, (zbędna spacja) monotonne(przecinek) ale bardzo ważne zadanie. Szukał uszkodzeń, wgnieceń, zarysowań i tym podobne(i tym podobnych), co mogłoby spowodować przeciek pojemnika. ("Które mogłyby spowodować przeciek pojemnika". Obecnie wynika z tego zdania, że jego szukanie uszkodzeń mogłoby powodować przecieki, a to stawiałoby pożyteczność jego pracy pod wielkim znakiem zapytania :p)

Chłopak podskoczył i przeklną(zaklął), gdy tekturowe pudełka otarły mu się o skórzaną kurtkę, a paleta cudem ominęła obute stopy. Odwrócił się i gniewnie spojrzał za(zza) rogu na chudego, pokrytego sadzą maszynistę.(Kierowca wózka widłowego to, o ile mnie pamięć nie zwodzi, operator. Maszynista kieruje pociągiem. Wprawdzie od biedy mogłabym uznać nawet tutaj tego maszynistę, bo według słownika jednym ze znaczeń tego słowa jest "człowiek obsługujący maszynę", ale lepiej być konkretnym)

Na twarzy nosił czerwoną maskę ochronną, a wyglądał w niej jak karykatura szczura.(To się rymuje, więc zmieniłabym zwrot. Może po prostu samo "wyglądał w niej jak szczur"?)

Przez moment,(zbędny przecinek) miał wrażenie(przecinek) że,(zbędny przecinek) mężczyzna śmieje(śmiał) się do niego za(zza) tej brudnej szmaty.

Okrągłe, szklane wizjery w jego własnej masce zaszły mu przez(na) chwilę mgłą tak, że Olivier nie dostrzegł numeru wygrawerowanego na przedzie wózka. (A więc mowa o wizjerach w masce Oliviera, nie tego operatora wózka? Trzeba by to zaznaczyć, bo nie zmieniłeś podmiotu i to zdanie traci sens)

Fart chciał(przecinek) że, (zbędny przecinek)zobaczył numer widlaka 139.

Po hali rozniósł się ryk syreny. Długi pojedynczy sygnał oznajmiał koniec zmiany i fajrant, a pracownicy ruszyli do wyjścia. (W tym kontekście "koniec zmiany" i "fajrant" oznaczają to samo, więc wybrałabym jedno)

Kilka osób w maskach, których potrącił ( przecinek)burknęło coś o niewychowaniu i posłało w jego stronę parę przekleństw.

Chciał tylko dorwać tego maszynistę(operatora), zanim wmiesza się w tłum, a najlepszą do tego okazją był postój widlaków w magazynie. Szedł koło(około) dziesięciu minut.

Szyna(Szyny)(przecinek) na której(których) poruszały się żółte koła zębate, były napędzane małym silnikiem na podciśnienie i połączone metalowym ramieniem.

Miedziana osłona na silniku zdążyła już pokryć się szronem, czyli wejście zamknęło się chwilę temu i prawdopodobnie, (zbędny przecinek)wszystkie maszyny zdążyły już wjechać. W prawym skrzydle zamkniętych wrót dostrzegł klamkę. Podszedł bliżej. Nacisnął klamkę i popchnął, drzwi uchyliły się (przecinek)tworząc małe przejście.

Wewnątrz magazynu było siwo-szaro(Wybrałabym jedno określenie, bo różnica między siwym a szarym dymem jest prawie żadna) od dymu, na drugim końcu pomieszczenia Olivier dostrzegł,(zbędny przecinek) mały wir tuż przed pochłaniaczem(przecinek) który próbował pozbyć się zanieczyszczeń wewnątrz.

Szedł szybkim krokiem, mijając zapełnione kartonami i drewnianymi skrzyniami stalowe stelaże, (zbędny przecinek)sięgające aż pod sufit.

Jednak karta godzin, która powinna się znajdować na przedzie siatki ochronnej(przecinek) zniknęła.

Ręką(Zbędne – zaznaczać, czym sięgnął, byłoby warto, gdyby zrobił to na przykład nogą :p) sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki, wyciągając z niej posrebrzany zegarek na stalowym łańcuszku.

Postanowił, że później załatwi tą(tę) sprawę i ruszył w kierunku wyjścia.

Szkiełko wizjera pękło na trzy części, na szczęście nie rozbił się(nie rozbiło się), a zaskoczony chłopak poleciał do tyłu.

Machając dziko rękoma(przecinek) próbował,(zbędny przecinek) bezskutecznie,(zbędny przecinek) odzyskać równowagę. Upadł na plecy, a siła rozpędu była tak duża, że przejechał po gładkiej podłodze dwa metry w głąb magazynu. Gdy podniósł się do połowy, zobaczył postać z rękoma opartymi na biodrach i przekrzywioną głową w prawą stronę.(głową przekrzywioną w prawą stronę)(Gość, który otwierał te drzwi, musiał być naprawdę niezłym siłaczem, żeby sprawić, że uderzony bohater aż przejechał po podłodze)


– To ty powinieneś uważać! – O(o)dpowiedział zdenerwowany Olivier.

– Naprawdę? Bardzo mi przykro z tego powodu.(zbędna kropka)– Odpowiedział maszynista. (...) Teraz nie mogę z tobą rozmawiać (przecinek)spieszę się, a ty stoisz mi na drodze.

– Czego oczekujesz? – Z(z)apytał maszynista, zwalniając kroku, ale nie odwrócił się do chłopaka.

– Rekompensaty – odparł stanowczo Olivier i zrobił krok w jego kierunku. Jego irytacja rosła, a arogancja(przecinek) jaką okazywał mu ten typek, dodatkowo podsycała emocje, które mogły w każdej chwili wybuchnąć.

Ubranie wisiało na kierowcy, jakby założył pusty worek po kartoflach.(Bez tego "pusty". Pełnego nie dałby rady założyć)

Za kawałkiem liny(przecinek) którego używał jako paska do spodni, były włożone grube, szmaciane rękawice. Jego prawa dłoń była tak dokładnie zabandażowana, że nawet każdy palec był owinięty. Maszynista podszedł do niego na odległość wyciągniętego ramienia. Przez okrągłe, szklane wizjery chłopak ujrzał, (zbędny przecinek)oliwkowozielone oczy i kosmyk kasztanowych włosów.

– A kim ty jesteś, że stawiasz mi jakieś warunki? – Z(z)apytał kierowca wózka, podpierając się pod biodra. – Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia(przecinek) to wychodzę.

Złapał go za koszulę i mocnym pociągnięciem(Chyba pchnięciem? Gdyby go pociągnął, gość, a raczej gościówa, upadłaby na niego) starał się przewrócić go na ziemię. Kierowca przytrzymał się jego ubrania, ciągnąc go za sobą i sprawiając, że obaj wylądowali na ziemi.

Maszynista stęknął głośno, gdy cały ciężar przeciwnika docisnął go do podłogi. Olivier poczuł, jak chude ręce maszynisty próbują zadać mu ból, uderzając raz za razem po żebrach.

Rozległ się dźwięk(przecinek) jakby na podłogę upadła ciężka bila.

Olivier(przecinek) widząc bezbronną postawę maszynisty, uniósł wysoko pięść gotową(przecinek) by zadać potężny cios. Dłoń nie zdążyła opaść do połowy, gdy poczuł(przecinek) jak coś twardego uderza go w splot słoneczny.

Jak (Kiedy/Gdy) był mały, pomylił spirytus ojca z wodą w blaszanym kubku(przecinek) którego chciał on użyć do wyczyszczenia wtrysków w automobilu.(Gdy był mały, pomylił spirytus ojca, którego chciał on użyć do wyczyszczenia wtrysków w automobilu, z wodą w blaszanym kubku.)

Olivier wiedział (przecinek)skąd dochodził dźwięk. Słyszał go bardzo wyraźnie (przecinek)mimo,(zbędny przecinek) że mężczyzna mówił do niego w trakcie napadu kaszlu.

– Ne mochę... otychać! – Z(z)dołał wydyszeć to z ogromnym wysiłkiem,(zbędny przecinek) mimo potwornego bólu wewnątrz.

Gorączkowo szukał jej na ślepo, lecz nigdzie nie mógł jej wymacać. Spanikował. (Dopiero teraz? Jak dla mnie powinien być porządnie spanikowany w momencie, w którym dostał w splot słoneczny – nawet od tego mógłby umrzeć)

Usłyszał westchnienie, jakieś szurnięcie i jego lewa dłoń trafiła na gumowy materiał. Wymacał końcówki rurek i na ślepo, ale wyćwiczonym ruchem, (zbędny przecinek)zamocował je na swoich miejscach. Potem przyłożył maskę do twarzy i odetchnął głęboko. Uczucie palenia ustąpiło, oprócz wciąż lecących łez z oczu i smaku krwi w ustach. (Nie sądzę, by ustąpiło to tak prędko)

Zobaczył, jak maszynista szybkim tempem idzie po trapie,(zbędny przecinek) w kierunku wyjścia z zakładu. Pognał za nim. Przebiegł przez całą halę, dopadł do schodów, parę razy potknął się na nich i rzucił się po trapie w kierunku stalowych drzwi.

Tylko zerknęłam na poprzedni fragment, więc moje uwagi będą się odnosić tylko do tego.

Co zdecydowanie przeszkadza w odbiorze, to przecinki, które czasem stawiasz w tak dziwnych miejscach, że wygląda to jak loteria. Miejscami nawet przeczytanie zdania na głos, kiepska metoda oceniania poprawności interpunkcyjnej, pokazałoby ci, że przecinek jest źle postawiony.

Sam tekst nieszczególnie przypadł mi do gustu. Większa jego część to dość nudnawy w moim odczuciu opis. To, co powinno wzbudzać jakieś poruszenie (potrącenie bohatera przez wózek widłowy, szukanie sprawcy) zupełnie go we mnie nie wzbudziło, jest dość nijako opisane, bez akcentu na emocje Oliviera. Z tego samego powodu nie porwała mnie walka z tym operatorem, a raczej operatorką, bo niezbyt subtelnie zasugerowałeś, że to kobieta (czemu mnie to nie dziwi... :p)

Przede wszystkim nie widzę w tekście poważnego powodu, by bohater aż tak bardzo chciał pośród wszystkich operatorów znaleźć tego jednego, który niewprawnie manewrował paletą. Naprawdę aż tak perfekcyjnie tam pracują, że nigdy nie zdarzają się tego typu wypadki? Jak dla mnie temu zajściu, które zajęło tylko jedno zdanie, stanowczo brakuje zaakcentowania, jak źle mogło się skończyć. Gdybyś wyraźnie zaakcentował, że Olivier otarł się wtedy o śmierć czy też poważne kalectwo, wrażenie miałabym zupełnie inne. Obecnie zaś w moich oczach bohater jawi się przez większość tekstu jako nieco przewrażliwiony. Pod koniec w sumie też – w zasadzie nie stara się przemówić operatorowi do rozumu, tylko po jego drugim pytaniu od razu rzuca się do ataku, ryzykując zniszczeniem lub zerwaniem maski, co w końcu ma miejsce. Może jest takim narwańcem, nie wykluczam tego, niemniej nie zmienia to faktu, że w moim odczuciu opisom brakuje wyrazistości. Gdyby ich jakość była lepsza, całość mogłaby być naprawdę przyjemna.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#5
Rozdział II. Decyzja
Budynek fabryki mieścił się na południowym krańcu wyspy, jak większość zakładów chemicznych, hut żelaza i kuźni broni. Siedemdziesiąt kilometrów na zachód od stałego lądu, wyspa połączona była z nim jedynie bardzo szerokim mostem. Można było ją opuścić jedynie drogą morską, powietrzną lub koleją, prace nad stworzeniem autostrady utonęły w prywatnych przetargach. Olivier oprócz tego, dostrzegł ze schodów startujący na wschodzie sterowiec oraz flotyllę okrętów na południu, kręcących się w okolicy portu.
Dzielnica przemysłowa była bardzo podobnie zbudowana jak miasto Helion. Była poprzecinana siatką głównych ulic wraz z warsztatami, sklepami z automatyką oraz maskami, barami i tanimi lokalami z jedzeniem, motelami różnej jakości oraz labiryntem zaułków. Większość budynków była pozamykana, a na drzwiach często wisiały ogłoszenia na sprzedaż. W oddali na południu wznosiły się wieżowce, które wierzchołkami prawie dotykały granicy chmur. Budynki Trans Continental Future, korporacji która niedługo będzie mogła rządzić własnym rynkiem na wyspie.
Chłodny październikowy wiatr musnął mu kark, wcisnął się w rękawy oraz kołnierz i przeszedł po plecach wywołując gęsią skórkę. Olivier wzdrygnął się, zacisnął paski na nadgarstkach kurtki i popędził kratowanymi schodami w dół na ulicę. Ominął kałużę wielkości jeziora i przebiegł przez jezdnię na drogę przy klifie. Główną drogą przebiegł kilka przecznic w kierunku zachodnim i skręcił na północ, w stronę dworca. Mijali go różni ludzie. Od hutników i kowali do rybaków i żebraków włącznie. Wszyscy nosili maski, różnego rodzaju i materiału. Kto jej nie miał, umierał. Jak ten człowiek leżący w zaułku, zwinięty w kłębek, którego Olivier właśnie dostrzegł kątem oka. Jego twarz była wykrzywiona w agonii. Oczy puste, szeroko otwarte usta, lewa ręka spoczywała na piersi, a prawa leżała obok ciała ściskając postrzępioną starą szmacianą maskę, bez szklanych wizjerów. Brakowało w niej także pochłaniaczy toksyn, zamiast nich, w część nosową maski wepchnięto, brudną gazę do opatrywania ran.
Przebył połowę trzydziestej ósmej przecznicy i zwolnił kroku. Zobaczył, jak do starego, pomalowanego w graffiti baraku wchodzi TEN maszynista i zamknął za sobą drzwi. Olivier zatrzymał się, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki zegarek i sprawdził czas. Za siedem minut miała wybić piąta. Dwadzieścia trzy minuty pozostały do przyjazdu lokomotywy. Zorientował się, że do dworca dzielą go zaledwie trzy przecznice. Postanowił zajrzeć do środka i raz na zawsze rozliczyć się z tym maszynistą. Gdy podszedł bliżej zobaczył, że budynek został poskręcany z przerdzewiałej blachy falistej i wciśnięty w wąski zaułek, zostawiając niewiele miejsca do przejścia obok. Drzwi zostały tylko domknięte, a wewnątrz przez szparę słyszał zażartą dyskusję. Niestety, szum ulicy uniemożliwiał mu podsłuch. Wejście do środka, odpadało. Również nie mógł stać jak słup pod drzwiami, inaczej zwróciłby na siebie uwagę.
Rozejrzał się dokładnie szukając jakiejś luki bądź dziury w blasze, żeby mógł trochę wyszpiegować. Nie lubił tego i niekiedy dawał się złapać na gorącym uczynku, ale jego ciekawość praktycznie nie znała granic. Zaszedł teraz od strony zaplecza. Nie znalazł żadnego otworu, a wewnątrz ktoś zaczął krzyczeć z wrogością. Przystawił ucho do chłodnej, chropowatej ściany baraku. I zaraz odskoczył, wystraszony nagłym uderzeniem z wewnątrz. Potem padł strzał. Kula przebiła cienką blachę, zostawiając w niej tylko niewielki otwór w kształcie tulei. Na szczęście ominęła go i ze strachem w sercu, Olivier zerknął przez dziurę do środka.
Wnętrze baraku było suche, słabo oświetlone tylko jedną trzydziestowatową żarówką zawieszoną z sufitu na dyndającym kablu. Kilka stalowych skrzynek zostało porozrzucanych w nieładzie po podłodze, tworząc przeszkodę, przez którą trzeba było się przecisnąć tuż przu ścianie, lub przeskoczyć ponad nimi by dostać się do wyjścia.
Od strony skrzynek stał wysoki, chudy mężczyzna z szaroniebieską maską z trójkątnymi wizjerami i pojedynczą rurą wychodzącą od ust, znikającą gdzieś pod ubrudzonym brązowym płaszczem. W drżących rękach trzymał przerobiony stuletni muszkiet i szarpał się z zaciętym zamkiem. Ściana zadrżała. Prawdopodobnie wywiązała się walka w ręcz. Maszynista za którym Olivier podążał, właśnie znalazł się w poważnych kłopotach.
W dziurze po kuli błysnęły mu ciemne sylwetki walczących. Olivier zerknął do środka. Rozpoznał operatora i wstrzymał oddech gdy zobaczył, że z bandaży mężczyzny kapie krew. Nie dostrzegł drugiego napastnika, musiał znajdować się w jego martwym punkcie. Ale słyszał jego oddech, szybki i świszczący, jakby oddychał przez miechy do podsycania ognia w piecach hutniczych. Cień zasłonił mu widok.
Głuche uderzenie. Kilka stęknięć i zgłuszony krzyk bólu. Gdy cień się poruszył, Olivier zobaczył, jak nad leżącym teraz na ziemi maszynistą stał niski, ale szeroki w barkach mężczyzna. Ubrany był w szarą kamizelkę i długie spodnie. Jego biała maska najbardziej rzucała się w oczy, Olivier nigdy wcześniej nie widział takiego modelu. Była prosta, biała jak śnieg, gumowa osłona bez filtrów czy rur z tylko jednym wizjerem na prawe oko, na lewej stronie miał wymalowane czarną farbą jedno duże koło zębate w otoczeniu kilku mniejszych.
Biały wykręcał lewą rękę maszyniście za plecami i drogim, lśniącym butem przygniatał go do podłogi. Mężczyzna stękał i wił się, próbując uwolnić się od prześladowców.
– Bardzo się na tobie zawiodłem, mądralo – powiedział ten w białej masce, który przygniatał maszynistę do podłogi. Olivier ledwo słyszał słowa, bo mężczyźni byli odwróceni do niego plecami, a mur ze skrzynek dodatkowo jeszcze je tłumił. – Myślałaś, że się schowasz i ukryjesz dane doktora? Wiem, że nie zrobiłabyś czegoś tak lekkomyślnego, a zatem, gdzie jest nośnik?!
Maszynista zawył, gdy mężczyzna w białej masce wykręcił mu rękę jeszcze bardziej. Coś w plecach leżącego głośno strzeliło. Olivier uznał, że już dość się napatrzył i zmierzał w kierunku głównej ulicy. W końcu ta sprawa go nie dotyczyła. Gdy przeszedł koło wejścia do baraku, usłyszał jeszcze, jak drugi z bandziorów tłumaczy coś o zaciętym zamku.
Włożył ręce do kieszeni kurtki. Po przejściu kilku kroków stanął i wyciągnął z lewej kieszeni, oprócz niezawodnej zapalniczki z naftaliną i pojemnikiem z magnezem w aerozolu, mały, cylindryczny przedmiot. Wyglądał jak mała latarka, pokryta srebrno miedzianym nalotem, a w połowie była wygrawerowana litera V. Nie wiedział skąd wziął się ten przedmiot w jego kieszeni, ale był prawie pewny, że ten operator z pracy bez tego zostanie zamordowany.
Sprawdził czas, sześć po piątej. Westchnął, schował zapalniczkę i puszkę do prawej kieszeni, a ów przedmiot z powrotem do lewej. Wbrew zdrowemu rozsądkowi i własnym przekonaniom obrócił się na pięcie, podszedł z powrotem do pomalowanych drzwi. Chwycił i odciągnął zasuwkę, a skrzydło otworzyło się samo ze skrzypnięciem.
***
W pierwszej chwili nikt nie zwrócił uwagi, że w pomieszczeniu zrobiło się trochę jaśniej. Jennifer leżała bezbronna pod ciężarem Białego, podczas gdy drugi szamotał się z zaciętym zamkiem. Żałowała, że podrzuciła nośnik dla tego chłopaka ale nie miała wyboru. Obiecała dla Brennana, że obroni jego wspomnienia nawet za cenę życia. Teraz gdy było prawie po wszystkim żałowała, że jeszcze chwilę pocierpi, a wystarczyło tylko przekazać dysk łowcom. I kto wie? Może puściliby ją wolno. Carol by mnie zabiła – pomyślała.
Drugi łowca w niebieskiej masce, nareszcie przestał mocować się z zamkiem. Z głośnym westchnieniem odciągnął rygiel, łuska poprzedniego pocisku odskoczyła, przekoziołkowała w powietrzu chwilę i upadła z brzękiem na podłogę. Sprężyna trzasnęła, gdy nowy nabój znalazł się w komorze. Metaliczny dźwięk zaciąganego zamka i odgłos odciągniętego kurka sprawił, że puls jej przyspieszył do jednostajnej kakofonii. Szklane wizjery w masce zaszły jej mgłą. Na karku i plecach pot zaczął wsiąkać w ubranie. Biały zacisnął mocniej dłoń na jej nie owiniętym bandażami nadgarstku. Stęknęła.
– Więc Jenny? – nalegał Biały metalicznym głosem, jednak można było w nim wyczuć arogancką cierpliwość. – Gdzie ukryłaś dane? Mów szybko albo porozmawiamy sobie w innym miejscu. Na przykład w gondoli sterowca.
Prychnęła, a zaraz potem jęknęła głośno, gdy jej rękę wykręcono jeszcze o parę centymetrów. Dziewczyna oddychała szybko, prawie nie mogła złapać tchu ale słowem się nie odezwała. Do tego była szkolona. Biały warknął zniecierpliwiony. Nic nie mówiąc, skinął głową w kierunku towarzysza. Palcem lewej ręki pokazywał miejsce, w prawą łopatkę dziewczyny, które tamten miał trafić. Facet przytaknął i przyłożył muszkiet do ramienia. Nie zdążył nawet położyć palca na spuście, gdy po pomieszczeniu rozszedł się dźwięk, jakby ktoś uderzył kluczem w rury hydrauliczne.
Wizjery pękły na kawałki. Oczy zaszły mu mgłą, muszkiet wypadł z rąk i trzaskiem odbił się od betonu. Nogi odmówiły posłuszeństwa i ciało zwaliło się jak kłoda na podłogę. Biały podniósł głowę tylko po to, żeby zobaczyć, jak róg stalowej skrzynki pędzi mu na spotkanie. Przy uderzeniu nawet nie westchnął, tylko zwalił się do tyłu na podłogę, grzechocąc przy tym jak puszka na śruby.
Jennifer nagle poczuła, jak ręka wraca gwałtownie na swoje miejsce, a z klatki i pleców zniknął ucisk buta Białego. Odetchnęła głęboko i zamrugała kilkakrotnie. Nie wiedziała, czy została zastrzelona ale nie usłyszała huku wystrzału, ani nie poczuła niczego co mogłoby przebić jej ciało. Podniosła głowę i rozejrzała się.
Zobaczyła wgniecenie na płaszczyźnie skrzynki leżącej obok nieprzytomnego Białego. Nad ciałem tego drugiego – nie mogła w to uwierzyć! – pochylał się chłopak który miał jej nośnik. Podniósł muszkiet i wyprostował się. Stał przy skrzyniach niedaleko od niej przyglądając się przerobionemu muszkietowi w najwyższym skupieniu.
Miał żółtą, skórzaną kurtkę z kapturem. Wzmocnione przy łydkach i na kolanach, stalowymi płytkami spodnie. Jego gumowa szara maska miała dwie elastyczne rury wychodzące z pod aparatu oddechowego po prawej stronie twarzy, znikając gdzieś za kołnierzem. Chłopak którego pokonała i tak wykorzystała uratował ją z rąk łowców. Zastanawiała się, jak tu się znalazł? Czy wiedział w co się wpakował? Jak mu może podziękować za uratowanie życia? Powoli podniosła się na nogi mimo, że gdy się prostowała, jej plecy zprotestowały tępym bólem.
– Jesteś cały? – zapytał się jej chłopak, podnosząc wzrok znad broni i kierując wizjery w jej stronę. Miał nietypowe szaroniebieskie oczy i najnormalniejszą kredowoszarą skórę. Kiwnęła mu tylko głową wciąż niemogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. – Myślę, że nie jest to najlepsze miejsce na rozmowę. Trzeba się stąd wynosić byle szybko.
Skierował się w stronę wyjścia i zaczął majstrować coś przy zasówce w drzwiach. Wyszła zaraz za nim i zobaczyła ruch ulicy. Rozległ się trzask zamykanych drzwi. Spojrzała przez ramię i zobaczyła, jak tamten blokuje zasuwkę opierając na niej kolbę karabinu, a lufę oparł o chodnik. Skręcił w lewo w stronę dworca i odszedł. Podbiegła za nim, a gdy się z nim zrównała, zobaczyła, że trzyma wyciągnięty w jej stronę cylindryczny przedmiot.
– Oddaję i myślę, że możemy być kwita – powiedział, gdy wzięła od niego nośnik. Był cały. Chłopak kontynuował: – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, prowadzisz za ciemne interesy jak dla mnie stary. Przedstawię się tylko i znikam za tamtym zakrętem, raczej się już nie spotkamy. Jestem Olivier.
– Jennifer – odpowiedziała, wpatrując się w nośnik pamięci w taki sposób, jakby właśnie trzymała przepis na nieśmiertelność. Nawet nie zauważyła, kiedy chłopak stanął, gdy dotarło do niego jej imię. – Wiem, że nie chcesz mieć z tym nic wspólnego. – Ciągnęła dalej, idąc ulicą, nadal wpatrując się w przedmiot. – Ale nie mogę zagwarantować, że po tym wszystkim, mogą zostawić cię w spokoju. W praktyce, nawet cię nie widzieli, więc chyba, nie masz się czym przejmować. Ewentualnie, jeśli masz jakieś pytania, mogłabym zabrać cię do Carol, to asystentka Doktora i ona mogłaby udzielić ci odpowiedzi na kilka pytań. Mieszka w Pyro. To taka dzielnica w Helionie, więc trzeba jechać pociągiem. Ale to wszystko co mogłabym dla ciebie...
Odwróciła się i umilkła, gdy zobaczyła, że Olivier stoi pięćdziesiąt metrów od niej wpatrując się w szybę jakiegoś lokalu. Gdy zrobiła parę kroków w jego stronę, on poszedł w przeciwnym kierunku nawet się na nią nie oglądając. Poczuła się trochę dotknięta, ale zrozumiała, że chłopak rzeczywiście nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Ruszyła w stronę dworca i nie oglądała się już za siebie. Nagle zrobiło jej się wewnątrz ciężko i pusto. Tak jak wtedy, gdy musiała się rozstać z Doktorem i resztą swojego przybranego rodzeństwa. Znowu była sama i miała ten przeklęty dysk. Zastanawiała się, czy dalej by ją ścigali, gdyby wyrzuciła nośnik do studzienki kanalizacyjnej, ale zaraz skarciła się za takie myśli.
***
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
#6
(10-10-2016, 14:39)DjDanceCore napisał(a):
Rozdział II. Decyzja
Siedemdziesiąt kilometrów na zachód od stałego lądu, wyspa połączona była z nim jedynie bardzo szerokim mostem. Można było ją opuścić jedynie drogą morską, powietrzną lub koleją, prace nad stworzeniem autostrady utonęły w prywatnych przetargach.

Olivier oprócz tego(Oprócz czego? Nie napisałeś, że opis wyspy wnika z obserwacji bohatera),(zbędny przecinek) dostrzegł ze schodów startujący na wschodzie sterowiec oraz flotyllę okrętów na południu, kręcących się w okolicy portu.

Dzielnica przemysłowa była bardzo podobnie zbudowana jak miasto Helion(była zbudowana bardzo podobnie do miasta Helion). Była poprzecinana siatką głównych ulic wraz z warsztatami, sklepami z automatyką oraz maskami, barami i tanimi lokalami z jedzeniem, motelami różnej jakości oraz labiryntem zaułków. (Trochę bym to uściśliła, na przykład dodając coś jeszcze oprócz "poprzecinana", bo obecnie można odnieść wrażenie, że sklepy były z automatyką, maskami, barami i tanimi lokalami z jedzeniem)

Większość budynków była pozamykana, a na drzwiach często wisiały ogłoszenia na sprzedaż(A kto chciałby kupować ogłoszenia? :p).

W oddali na południu wznosiły się wieżowce, które wierzchołkami prawie dotykały granicy (zbędne)chmur. (Tu pasowałoby połączyć oba zdania myślnikiem) Budynki Trans Continental Future, korporacji(przecinek) która niedługo będzie mogła rządzić własnym rynkiem na wyspie.

Chłodny październikowy wiatr musnął mu kark, wcisnął się w rękawy oraz kołnierz i przeszedł po plecach(przecinek) wywołując gęsią skórkę.

Ominął kałużę wielkości jeziora(To długo mu to omijanie musiało zająć. Nie przesadzałabym z takimi określeniami) i przebiegł przez jezdnię na drogę przy klifie. Główną drogą przebiegł kilka przecznic w kierunku zachodnim i skręcił na północ, w stronę dworca.

Od hutników i kowali do rybaków i żebraków włącznie(zbędne).

Wszyscy nosili maski, różnego rodzaju i materiału(z różnego rodzaju).

Oczy puste, szeroko otwarte usta, lewa ręka spoczywała na piersi, a prawa leżała obok ciała(przecinek) ściskając postrzępioną starą szmacianą maskę, (zbędny przecinek)bez szklanych wizjerów.

Brakowało w niej także pochłaniaczy toksyn, zamiast nich, (zbędny przecinek)w część nosową maski wepchnięto,(zbędny przecinek) brudną gazę do opatrywania ran.

Zobaczył, jak do starego, pomalowanego w graffiti baraku wchodzi(wszedł) TEN maszynista i zamknął za sobą drzwi.

Zorientował się, że do(od) dworca dzielą(dzieliły) go zaledwie trzy przecznice.

Gdy podszedł bliżej (przecinek)zobaczył, że budynek został poskręcany z przerdzewiałej blachy falistej i wciśnięty w wąski zaułek, zostawiając niewiele miejsca do przejścia obok. Drzwi zostały tylko domknięte, a wewnątrz przez szparę słyszał zażartą dyskusję.

Wejście do środka,(zbędny przecinek) odpadało.

Rozejrzał się dokładnie (przecinek)szukając jakiejś luki bądź dziury w blasze, żeby mógł trochę wyszpiegować.

Zaszedł(Podszedł) teraz od strony zaplecza.

Wnętrze baraku było suche, słabo oświetlone tylko jedną trzydziestowatową żarówką zawieszoną z sufitu(na suficie) na dyndającym kablu.

Kilka stalowych skrzynek zostało porozrzucanych w nieładzie po podłodze, tworząc przeszkodę, przez którą trzeba było się przecisnąć tuż przu(przy) ścianie,(zbędny przecinek) lub przeskoczyć ponad nimi(przecinek) by dostać się do wyjścia.

Od strony skrzynek(Przy skrzynkach/ za skrzynkami/obok skrzynek) stał wysoki, chudy mężczyzna z szaroniebieską maską z trójkątnymi wizjerami i pojedynczą rurą wychodzącą od ust, znikającą gdzieś pod ubrudzonym brązowym płaszczem.

Maszynista (przecinek)za którym Olivier podążał, właśnie znalazł się w poważnych kłopotach.

Rozpoznał operatora i wstrzymał oddech(przecinek) gdy zobaczył, że z bandaży mężczyzny kapie(kapała) krew.

Nie dostrzegł drugiego napastnika, musiał znajdować się w jego martwym punkcie. (Nie w martwym punkcie, tylko poza jego polem widzenia – końcu spoglądał przez dziurę, tak?)

Biały wykręcał lewą rękę maszyniście(wykręcał maszyniście lewą rękę) za plecami i drogim, lśniącym butem przygniatał go do podłogi.

– Bardzo się na tobie zawiodłem, mądralo – powiedział ten w białej masce, który przygniatał maszynistę do podłogi. (zbędne – przed chwilą napisałeś i to, w jakiej był masce, i to, co robił, więc teraz się powtarzasz)

– Myślałaś, że się schowasz i ukryjesz dane doktora? Wiem, że nie zrobiłabyś czegoś tak lekkomyślnego, a zatem,(zbędny przecinek) gdzie jest nośnik?!

Wyglądał jak mała latarka, (zbędny przecinek) pokryta srebrno miedzianym nalotem, a w połowie była wygrawerowana litera V. Nie wiedział (przecinek) skąd wziął się ten przedmiot w jego kieszeni, ale był prawie pewny, że ten operator z pracy bez tego zostanie zamordowany.

Jennifer(Zaraz, moment, jaka Jennifer? Albo nie ogarniam, albo ta babka pojawia się po raz pierwszy pod tym imieniem) leżała bezbronna pod ciężarem Białego, podczas gdy drugi szamotał się z zaciętym zamkiem. Żałowała, że podrzuciła nośnik dla tego chłopaka(temu chłopakowi)(zbędny przecinek)  ale nie miała wyboru.

Obiecała dla Brennana(Obiecała Brennanowi – co to za dziwna konstrukcja z tym "dla"?), że obroni jego wspomnienia nawet za cenę życia. Teraz(przecinek) gdy było prawie po wszystkim(przecinek) żałowała, że jeszcze chwilę pocierpi, a wystarczyło tylko przekazać dysk łowcom.

Drugi łowca w niebieskiej masce,(zbędny przecinek) nareszcie przestał mocować się z zamkiem.

Z głośnym westchnieniem odciągnął rygiel, łuska poprzedniego pocisku odskoczyła, przekoziołkowała w powietrzu chwilę(zbędne) i upadła z brzękiem na podłogę. Sprężyna trzasnęła, gdy nowy nabój znalazł się w komorze. Metaliczny dźwięk zaciąganego zamka i odgłos odciągniętego kurka sprawił, że puls jej przyspieszył do jednostajnej kakofonii. Szklane wizjery w masce zaszły jej mgłą. Na karku i plecach pot zaczął wsiąkać w ubranie. Biały zacisnął mocniej dłoń na jej nie owiniętym(nieowiniętym) bandażami nadgarstku.

– Więc(przecinek) Jenny? – nalegał Biały metalicznym głosem, jednak można było w nim wyczuć arogancką cierpliwość.

Dziewczyna oddychała szybko, prawie nie mogła złapać tchu(przecinek) ale słowem się nie odezwała.

Palcem lewej ręki pokazywał miejsce, w prawą łopatkę dziewczyny, które tamten miał trafić.(pokazał miejsce, które tamten miał trafić – prawą łopatkę dziewczyny)

Nie wiedziała, czy została zastrzelona(przecinek) ale nie usłyszała huku wystrzału,(zbędny przecinek) ani nie poczuła niczego(przecinek) co mogłoby przebić jej ciało.

Zobaczyła wgniecenie na płaszczyźnie(powierzchni) skrzynki leżącej obok nieprzytomnego Białego. Nad ciałem tego drugiego – nie mogła w to uwierzyć! – pochylał się chłopak (przecinek)który miał jej nośnik. (Dobra, czyli cały czas nikt nie zauważył jego wejścia? Wydaje mi się to absurdalne, jeśli w ciemnym pomieszczeniu robi się jaśniej, bo ktoś otworzył drzwi, nie da się tego przeoczyć)

Stał przy skrzyniach niedaleko od niej(przecinek) przyglądając się przerobionemu muszkietowi w najwyższym skupieniu. Miał żółtą, skórzaną kurtkę z kapturem. Wzmocnione przy łydkach i na kolanach, stalowymi płytkami spodnie. (To muszkiet miał tę kurtkę?)

Jego gumowa szara maska miała dwie elastyczne rury wychodzące z pod(spod) aparatu oddechowego po prawej stronie twarzy, znikając gdzieś za kołnierzem. Chłopak(przecinek) którego pokonała i tak wykorzystała (przecinek)uratował ją z rąk łowców. Zastanawiała się, jak tu się znalazł?(zbędny znak zapytania – to zdanie twierdzące) Czy wiedział(przecinek) w co się wpakował? Jak mu może(mogła) podziękować za uratowanie życia? Powoli podniosła się na nogi(przecinek) mimo, (zbędny przecinek)że gdy się prostowała, jej plecy zprotestowały(zaprotestowały) tępym bólem.

– Jesteś cały? – zapytał się (zbędne)jej chłopak, podnosząc wzrok znad broni i kierując wizjery w jej stronę.

Miał nietypowe szaroniebieskie oczy (Też mam szaroniebieskie oczy. Jestem wyjątkowa? :D) i najnormalniejszą kredowoszarą(kredowobiałą) skórę.

Kiwnęła mu tylko głową (przecinek)wciąż niemogąc(nie mogąc) uwierzyć w to, co się właśnie stało. – Myślę, że nie jest to najlepsze miejsce na rozmowę. Trzeba się stąd wynosić (przecinek)byle szybko.

Skierował się w stronę wyjścia i zaczął majstrować coś przy zasówce(zasuwce) w drzwiach. Wyszła zaraz za nim i zobaczyła ruch ulicy(ruch uliczny – ruch ulicy oznaczałby, że to ulica się ruszała). Rozległ się trzask zamykanych drzwi. Spojrzała przez ramię i zobaczyła, jak tamten blokuje zasuwkę (przecinek)opierając na niej kolbę karabinu, a lufę oparł o chodnik.

– Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, prowadzisz za ciemne interesy jak dla mnie (przecinek)stary.

– Wiem, że nie chcesz mieć z tym nic wspólnego.(zbędna kropka) – C(c )iągnęła dalej, idąc ulicą, nadal wpatrując się w przedmiot. – Ale nie mogę zagwarantować, że po tym wszystkim,(zbędny przecinek) mogą zostawić cię w spokoju. W praktyce, (zbędny przecinek)nawet cię nie widzieli, więc chyba,(zbędny przecinek) nie masz się czym przejmować.(...)Ale to wszystko (przecinek)co mogłabym dla ciebie...

Odwróciła się i umilkła, gdy zobaczyła, że Olivier stoi(stał) pięćdziesiąt metrów od niej (przecinek)wpatrując się w szybę jakiegoś lokalu. Gdy zrobiła parę kroków w jego stronę, on poszedł w przeciwnym kierunku (przecinek)nawet się na nią nie oglądając. Poczuła się trochę dotknięta, ale zrozumiała, że chłopak rzeczywiście nie chciał mieć z nią nic wspólnego. (Ojej, ciekawe, co zrobiła źle :p)

Niezbyt przyjemnie mi się to czyta. Opisy wydają mi się niekonkretne, niby szczegółowo zaznaczasz, gdzie co jest, ale opisywanie kierunków za pomocą stron świata jak dla mnie mija się z celem. "Na wschód od czegoś" w zasadzie nic mi nie mówi o rzeczywistym położeniu danego miejsca. Reszta opisów nie wydaje mi się ani trochę porywająca, wszystko jest dość suche, praktycznie nie czuć emocji bohaterów w ich akcjach. Nie czułam dynamiki tam, gdzie powinna ona być, nie czułam grozy.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Wyjaśnię parę faktów przed poprawą błędów. Jeśli moje wyjaśnienie będzie niejasne, poproszę o wysłanie mi prywatnej wiadomości. Tak działa mi się wydajniej.
(12-10-2016, 19:28)Vetala napisał(a): Jennifer(Zaraz, moment, jaka Jennifer? Albo nie ogarniam, albo ta babka pojawia się po raz pierwszy pod tym imieniem)
(A to h jest ten/ta maszynista/nistka w skrócie operator)

Zobaczyła wgniecenie na płaszczyźnie(powierzchni) skrzynki leżącej obok nieprzytomnego Białego. Nad ciałem tego drugiego – nie mogła w to uwierzyć! – pochylał się chłopak (przecinek)który miał jej nośnik. (Dobra, czyli cały czas nikt nie zauważył jego wejścia? Wydaje mi się to absurdalne, jeśli w ciemnym pomieszczeniu robi się jaśniej, bo ktoś otworzył drzwi, nie da się tego przeoczyć)
(Pomieszczenie było oświetlone, jednak typowa szara i pochmurna pogoda nie wpływa na postrzeganie światła. Sprawdzałem i wiem. Chyba, że akurat znaleźliby się w podziemnym parkingu.)

Miał nietypowe szaroniebieskie oczy (Też mam szaroniebieskie oczy. Jestem wyjątkowa? :D) i najnormalniejszą kredowoszarą(kredowobiałą) skórę.
(Ludzie w tej rzeczywistości nie są ani biali, ani czarni, ani żółci, owszem występują te kolory jednak są, jakby to powiedzieć? Ubrudzeni sadzą, albo innymi właściwościami i ilością melatoniny, czy czymś takim.)

Niezbyt przyjemnie mi się to czyta. Opisy wydają mi się niekonkretne, niby szczegółowo zaznaczasz, gdzie co jest, ale opisywanie kierunków za pomocą stron świata jak dla mnie mija się z celem. "Na wschód od czegoś" w zasadzie nic mi nie mówi o rzeczywistym położeniu danego miejsca. Reszta opisów nie wydaje mi się ani trochę porywająca, wszystko jest dość suche, praktycznie nie czuć emocji bohaterów w ich akcjach. Nie czułam dynamiki tam, gdzie powinna ona być, nie czułam grozy.

Nadal pracuję nad tym, aby moje opowiadania mogły porwać czytelników. Nie mam zbyt ogarniętej głowy do pisania tak, aby ludzie mogli się poczuć jak w innym świecie. Prace trwają...
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości