Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Marsjanie
#11
Poprawki naniesione. Poza jedną:
"Skinął na mnie, zupełnie jak władca na chłopa pańszczyźnianego. Nakazał, abym poszedł za nim. Po chwili stanęliśmy przed laboratorium.(Jak dla mnie brzmi to trochę tak, jakby bohater ciągle był w łaziku – nie ma informacji o tym, że wysiadł czy gdzieś go zostawił)" – chwilę wcześniej wspomniałem, że bohater powrócił do bazy. Myślę, że nie trzeba być na tyle szczegółowym, by czytelnikowi opisywać jak to odstawił łazik, zdjął skafander, podrapał się po pośladku a potem natknął się w korytarzu na Czesława.

Co do ilości zawartego humoru – mi trudno to ocenić. Fakt faktem, że trudno sypać żart za żartem, prowadząc przy tym fabułę do przodu. Inna sprawa, że następny tekst będzie na poważnie – muszę sobie odwyk zrobić. Ale najpierw posiedzę jeszcze nad zakończeniem. Niby gotowe, ale cały czas mam wrażenie, że powinno być lepsze.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#12
(15-09-2016, 21:30)-13- napisał(a): Poprawki naniesione. Poza jedną:
"Skinął na mnie, zupełnie jak władca na chłopa pańszczyźnianego. Nakazał, abym poszedł za nim. Po chwili stanęliśmy przed laboratorium.(Jak dla mnie brzmi to trochę tak, jakby bohater ciągle był w łaziku – nie ma informacji o tym, że wysiadł czy gdzieś go zostawił)" – chwilę wcześniej wspomniałem, że bohater powrócił do bazy.

Możliwe, że mi ta informacja umknęła po prostu, stąd nie załapałam, że już opuścił łazik. Wybacz. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#13
Część trzecia – ostatnia.

Nazajutrz z trudem stanąłem na nogach. Głowa mi pękała, światło raziło w oczy, mięśnie odmawiały współpracy. Gdy Czesław zaproponował mi małego klina – zwymiotowałem. Ten jego bimber to nie żaden tarmosiciel – to prawdziwy Conan Dewastator. Dopiero po południu zacząłem jako tako funkcjonować. I wtedy przypomniała mi się ta śmieszna halucynacja z poprzedniego wieczora. Poszedłem do korytarza, spojrzałem przez to samo okienko.
– O kurwa! On tam nadal jest! – wymamrotałem, po czym ryknąłem z całych sił: Czesław! Co ty za gówno pędzisz! Nadal mam haluny!
– Nie możliwe! – krzyknął nadbiegający Czesio. – Przecież to naturalny produkt. Zero konserwantów, barwników. Nie ma szans, byś się zatruł. Bakterie też odpadają – chlor by je wybił…
– Taaak?? – Chwyciłem go za koszulkę, a twarz przycisnąłem do szyby. – Jak tak, to patrz i powiedz, co widzisz na tle tych gór przed nami.
Czesław zamarł, a po twarzy popłynęły mu łzy.
– Ja… ja… jaki on piękny – wyjąkał.
No tak. Syndrom pułkownika Kwiatkowskiego. To jednak znaczy, że ten jego bimber nie dokonał trwałego spustoszenia jedynie w moim mózgu. On też widział kobiecą pierś. Choć jeden plus. Tylko co my teraz z tym cyc… fantem zrobimy?  

Wieczorem urządziliśmy sobie małą naradę w stołówce.
– Co o tym sądzisz?
Czesław podrapał się po głowie.
– Wiesz… tak po głębszym namyśle to nic specjalnego. Trochę duży, poza tym zbyt kształtny, by był naturalny. Do tego ten metaliczny połysk. Ja bym wolał nawet nieco obwisły, ale jednak bez implantów.
– Czechu! Nie rozbrajaj mnie! – ryknąłem zdenerwowany. Nie byłem pewny, czy mój kolega tylko się zgrywa, czy faktycznie do reszty zgłupiał. Mnie w każdym razie nie było do śmiechu.
– No dobra, dobra. Wiem, o co ci chodzi i powiem tak: prawie na pewno i tak tu zginiemy, więc co nam szkodzi pojechać tam jutro i sprawdzić, z czym mamy do czynienia?
– A masz jakieś pomysły, co to jest?
– Stawiam na skutek uboczny naszej popijawy. Wiesz – najpierw taki post, a potem od razu na głęboką wodę. A jeśli to nie przez wóde, to nie wiem. Równie dobrze może to być ufo, jak i złudzenie optyczne. Na razie nie ma co gdybać. Walnijmy po maluchu i idźmy spać. Jutro  się zobaczy.
– Dzięki, dziś nie piję. Po  kolejnym kielichu mógłbym wypatrzyć jutro jakąś sterczącą z ziemi fujarę, czy coś. Wolę nie ryzykować. Dobrej nocy – odarłem.
Czesław wypił słoiczek swojego „Marsjańskiego Tarmosiciela”, po czym szybko napełnił ponownie słoik i równie szybko go opróżnił.
– Co to było? Miało być po maluchu – skarciłem go.
– Jutro jest ważny dzień. Walnąłem na drugą nóżkę, by nie kuleć podczas misji – uśmiechnął się.

Następnego dnia przed południem łazik gnał przez bezdroża Marsa, zaś my nabraliśmy pewności, iż rosnąca z każdą chwilą metaliczna kobieca pierś nie jest żadnym złudzeniem. Po godzinie dotarliśmy na miejsce. Pozostawiliśmy łazika w bezpiecznej odległości i ruszyliśmy ku podstawie piersi.
– Skąd to się u diabła wzięło? – głośno rozmyślał Czesław.
– Pewnie było tu cały czas pokryte warstwą pyłu i ziemi. Burza piaskowa musiała ją odsłonić – odparłem, choć w to wyjaśnienie nawet sam niespecjalnie wierzyłem. Bo niby czemu burza miała odsłonić to… coś akurat teraz, a nie na przykład sto czy tysiąc lat wcześniej lub później?
– No tak. Ale czyja to sprawka?
– A tego to Ci nie powiem. Pradawna cywilizacja? Obcy z głupim poczuciem humoru? Tajny projekt agentów Korei Północnej? Możemy tak gdybać do wieczora – odparłem.
– Ja bym jeszcze dodał spisek feministek – dodał Czesław.
Postanowiliśmy obejść obiekt dookoła. Liczyliśmy, że znajdziemy jakąś podpowiedź, jeśli chodzi o pochodzenie i zastosowanie budowli – jeśli można to było budowlą nazwać. Niestety nic nie znaleźliśmy. Doszliśmy tylko do wniosku, że ludzkość nie dysponuje narzędziami pozwalającymi na budowę czegoś o tak obsesyjnie wręcz gładkich ścianach.  I tak stanęliśmy w miejscu, w którym zaczęliśmy oględziny. Patrzeliśmy na siebie poprzez wizjery skafandrów i nie wiedzieliśmy, co począć.
Nagle gładka powierzchnia ściany rozstąpiła się. Z powstałej dziury wielkości może trzydzieści na trzydzieści centymetrów wysunęło się metaliczne ramię, czy też wysięgnik zakończony tacą. Zgłupiałem doszczętnie. Czesław natomiast w pierwszej chwili zmarszczył brwi, a potem zrobił minę niczym Newton w momencie, jak oberwał jabłkiem. Brakowało tylko klasycznego w takich chwilach okrzyku: eureka! Odpiął boczną kieszeń skafandra i wyciągnął z niej piersiówkę, którą postawił na tacy. Ta natychmiast wsunęła się, a otwór zniknął.
– Po pierwsze: kultura osobista, panie kolego – odpowiedział Czesław na niezadane przeze mnie pytanie. – Zielone ludki cenią najwidoczniej kulturę osobistą, a przecież w złym tonie jest przychodzić w gości z pustymi rękoma.
– A czekoladek przypadkiem w drugiej kieszeni nie miałeś? Jeśli to samice albo abstynenci?
– Abstynenci niczego w życiu nie osiągną. Za mało fantazji. Jeśli idzie o kobiety, czy też samice w ogóle… cóż. Szczytem ich możliwości jest wyprawa samochodem do galerii handlowej, o ile po drodze nie ma oczywiście ronda. Bo w takim wypadku mąż, czy też partner podróżniczki szybko odbierze wiadomość o treści: „Houston, mamy problem”.
– Że ty doktoratu z psychologii nie robiłeś – skomentowałem wywody Czesława. Jego żelazna logika rozkładała mnie na łopatki niczym Małysz Najmana.
Jednak po dłuższej chwili jakby zza ściany zaczęły dochodzić dziwne dźwięki.
– Czechu, powiem krótko: jak tu zginiemy, to ci jaja urwę – zagroziłem.
Na gładkiej powierzchni ściany znów pojawiła się rysa, która po chwili zamieniła się w wysokie na trzy, może cztery metry wejście, z którego biło jasne światło. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Czesław wszedł do środka. Cóż było robić. Poszedłem za nim.
Brnęliśmy dłuższą chwilę przed siebie, zalani białym światłem. Nie widzieliśmy nic. Oślepiał nas wszechobecny blask.
– Nie zdziwię się, jeśli zaraz zobaczymy złotą bramę i starca w białej todze – wyszeptałem.
– A ja się nie zdziwię, jak zaraz nam tu wyskoczy pospieszny do Katowic – odszepnął Czesław.
Przeszliśmy jeszcze kilka metrów, gdy nagle nieco się ściemniło. Okazało się, że stoimy na środku obszernej sali o kształcie kopuły. Jej ściany były gładkie i lśniły metalicznie tak jak zewnętrzna powierzchnia tworu. Przed nami stała zaś kobieta w błękitnej, powłóczystej szacie. No, kobieta to może nie całkiem dobre słowo. To było coś jak połączenie Kate Beckinsale z… ośmiornicą. Dla wyjaśnienia: cholernie zgrabne, cholernie seksowne. Tylko z mackami zamiast włosów na głowie. No i fioletowe. Jednaknie ma co uprzedzać się za zapas. Za szczeniaka widywało się gorsze na dyskotece w remizie.
– Zdejmijcie hełmy, nic wam tu nie grozi – usłyszeliśmy głos, który wydobywał się jakby z wszystkich kierunków naraz. – Nie uczynię wam krzywdy. Nie po to czekałam na was tyle tysięcy lat.
No to robi się ciekawie. Miss Drogi Mlecznej czekała kilka tysięcy lat na Czesława Bizona. Dobre sobie. No, chyba że w całym wszechświecie rozmiar ma znaczenie. Tylko, bądźmy brutalnie szczerzy, kompletnie nie wiem, co ja tu w takim razie robię. Tak czy inaczej – zdjąłem hełm, a Czesław poszedł za moim przykładem.
– Co się tu dzieje? Kim jesteś? – zapytałem niepewnie.
– Trzeba z tobą chodzić, czy tak bez ceregieli? – dorzucił ku memu przerażeniu Czesław.
Kobieta roześmiała się.
– Czekałam na was. A konkretnie na przedstawicieli gatunku homo sapiens pochodzących z centralnej części kontynentu, który nazywacie Europą. Swoją drogą – parsknęła śmiechem – w naszym języku podobnie brzmiące słowo oznacza wychodek albo ściek.
– Ale dlaczego akurat ludzie z centralnej Europy? – postanowiłem drążyć temat, pomijając wątek lingwistyczny.
– Naszej rasie grozi wymarcie. Nieznana choroba doprowadziła do wymarcia samców naszego gatunku. – Kobieta spoważniała.
– Ta choroba nazywa się feminizm – bąknął pod nosem Czesław. Obca kontynuowała.
– Na nasze szczęście wtedy już nasza rasa dość dobrze poznała waszych praprzodków chowających się w jaskiniach. Nawet pomogliśmy nieco w waszej ewolucji. Gdy zabrakło samców, wysłano mnie z misją, nazwijmy to, zwiadowczą. Miałam przeprowadzić badania mające na celu określenie możliwości krzyżowania naszych ras.
– Trochę cię ubiegnę – przerwałem. – Chcecie użyć naszych mężczyzn jako reproduktorów?  
– W zasadzie tak – przytaknęła obca, a Czesław ukradkiem przybił mi piątkę. – Jednak w toku badań nad waszym genomem okazało się, że najlepszymi kandydatami będą mieszkańcy właśnie tego konkretnego fragmentu globu, z którego pochodzicie. Oczywiście po uzyskaniu przez wasz gatunek minimalnego wymaganego stopnia rozwoju. No ale skoro dotarliście aż tu, warunek rozwoju został spełniony. Macie dość inteligencji, by podróżować w przestrzeni kosmicznej.
– A co ze zgodnością genetyczną? Z  jak to nazwać, techniką rozmnażania?
– Oczywiście na miejscu samce waszego gatunku przejdą kurację dostosowującą wasze organizmy do naszych. Jeśli chodzi o, jak to określiłeś, technikę rozmnażania – tutaj nie występują  żadne różnice.
– Czyli dobrze, że spakowałem futrzane kajdanki i pejcz – szepnął Czesław.
– Że co spakowałeś? – spytałem zaskoczony, a obca skarciła mnie wzrokiem. Spoważniałem.
– No dobrze. A skąd wiesz, że pochodzimy z centralnej Europy? – spytałem zaciekawiony.
– Przeszliście pomyślnie weryfikację przy wejściu.
– Weryfikację?
– Chodzi o wasz podarek. Alkohol. Skłonność do jego spożywania oraz uwarunkowania kulturowe sprowadzające się do gościnności i zasad z nią związanych również były zapisane w genomie waszych przodków.
– A widzisz? Kulturalny człowiek zawsze przychodzi w gości z prezentem dla gospodarza – uśmiechnął się Czesław.
Skarciłem Czesia wzrokiem. Sprawa robiła się naprawdę poważna. Nie był to dobry moment na błaznowanie. Zrozumiał i cofnął się o pół kroku, ja zaś wróciłem do rozmowy z obcą.
– Powiedziałaś, że minęło sporo czasu, odkąd tu jesteś. Skąd wiesz, co zastaniemy po powrocie? Jesteście tak długowieczne? Jeśli nie, to raczej nieco się spóźnimy.
– Wybraliśmy kilka tysięcy samic, które pozostały na planecie zahibernowane w specjalnie do tego przygotowanych schronach. Czekają tam na mój powrót.
– Kilka tysięcy? Z całej planety? A co z resztą? – Nagle naszły mnie złe przeczucia.
– Cóż. Reszta musiała się poświęcić – skwitowała moja rozmówczyni bez cienia emocji.
– A jakie było kryterium wyboru?
– Stan zdrowia, inteligencja, posiadane umiejętności, wiek, zdolności rozrodcze oraz wygląd – wymieniła jednym tchem.
– Wygląd?
– Wytypowałyśmy jednostki jak najbardziej zbliżone do przewidywanych gustów waszego gatunku. Miał to być czynnik ułatwiający waszym samcom wywiązanie się z narzuconej roli. – W tym momencie obca zamyśliła się na moment. – Źle się wyraziłam. Niczego wam nie narzucam. Możecie udać się ze mną lub odmówić. Jeśli się zgodzicie – musicie wiedzieć, że jest to podróż w jedną stronę. Bez powrotu. Jeśli odmówicie – pomogę wam wrócić do domu, jednak zapomnicie o pobycie na tej planecie. Wymażę to z waszej pamięci.
– A gdzie haczyk? – zapytał przytomnie Czesław.
– Haczyk? Ach, rozumiem. – Kobieta roześmiała się. – Nie pojęłam jeszcze w pełni niuansów waszego języka. Otóż haczyk jest taki, że decyzję musicie podjąć tu i teraz.
Zapadła cisza. Spojrzeliśmy na siebie, potem na obcą, a na końcu na czubki własnych butów. Każdy z nas robił szybką listę za i przeciw. Pierwszy zabrałem głos, gdyż kątem oka widziałem, że Czesław toczy jakąś straszną wewnętrzną walkę. Postanowiłem zyskać dla niego jeszcze kilka chwil.
– Zgadzam się – słowa z trudem przeciskały się przez moje gardło.
– Jesteś pewny? – zapytała kobieta.
– Tak. Na Ziemi czeka na mnie chyba tylko komornik. Żony nie mam, dzieci też nie. Nawet psa czy kota. Jeśli pomogę tobie i twojej rasie, moje życie będzie miało jakikolwiek sens. – Wypowiedziałem te słowa nadspodziewanie poważnie. I – uwierzycie, czy nie – nie myślałem wtedy o żadnych międzygalaktycznych orgiach. Pewnie nie uwierzyliście… I dobrze.
– Rozumiem i dziękuję – kobieta odrzekła niemal z namaszczeniem. – A twoja decyzja? – przeniosła wzrok na Czesława, a po jego twarzy spłynęły łzy.
– N.. nie… no kurwa nie mogę – wyjęczał. – Nie mogę zostawić Haliny. Tyle lat razem. Ja nie mogę, nie potrafię tego zrobić. Ja… ja chcę wrócić do żony!
Oniemiałem, osłupiałem, a na koniec och… znaczy się, bardzo się zdziwiłem. Nie takiego obrotu spraw się spodziewałem. Byłem pewien, że Czesław zabije mnie, jeśli taki warunek postawi obca. Ona natomiast spoglądała spokojnie na mego towarzysza, a przy okazji największego idiotę w znanym wszechświecie.
– Szanuję twoją decyzję.
Skinęła dłonią, a Czesław rozpłynął się w powietrzu.
– Co mu zrobiłaś? – ryknąłem i doskoczyłem do kosmitki. Ta jednak wskazała na wielki ekran, który pojawił się na ścianie za moimi plecami.
– Odesłałam go do domu, jak obiecałam. No może nie do końca. Aktywność tutejszej gwiazdy wywołała zakłócenia. Twój towarzysz wylądował nie do końca tam, gdzie planowałam.
Spojrzałem na ekran i oczom własnym nie wierzyłem: duża łazienka z rzędem pryszniców, pod którymi stało kilkanaście nagich kobiet w różnym wieku. Po przeciwnej stronie długa ławeczka, na ławeczce odzyskujący przytomność Czesław. Zaś w kącie pomieszczenia wieszak, a na nim… habity!
– Mam nadzieję, że twój towarzysz wybaczy mi błąd przy teleportacji?
– Myślę, że wybaczy – roześmiałem się głośno.
– Czy skoro upewniłeś się co do losów przyjaciela, możemy ruszyć w drogę? Czeka nas długi lot.
Pomyślmy: czy jestem gotowy na lot ku planecie, na której czeka na mnie kilka tysięcy międzygalaktycznych seks-bogiń? Czy podołam roli jedynego faceta na całym globie? Czy obejdzie się bez wiagry? I cóż znaczy czternaście centymetrów w skali wszechświata? Nie wiem, ale chcę się przekonać! Więc czy jestem gotów? Odpowiedź brzmi: jasne!

–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-–-
Przepraszam, że tak późno kończę historię. Po prostu często wracam do domu na tyle zmęczony, że gdy już uporam się z moimi kobietami, jestem na tyle wykończony, że brak mi sił na cokolwiek. A pisanie wymaga jednak sporo wysiłku i koncentracji. Mam nadzieję, że opowiadanie – jako całość – przypadło Wam do gustu.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#14
(22-09-2016, 21:58)-13- napisał(a): Część trzecia – ostatnia.

– O kurwa! On tam nadal jest! – wymamrotałem, po czym ryknąłem z całych sił: (myślnik) Czesław!

Nie ma szans, byś się zatruł. Bakterie też odpadają (raczej przecinek albo wielokropek, bo myślnik w kwestiach dialogowych ma już przypisane jedno zadanie) chlor by je wybił…
– Taaak?? (w tekstach literackich, jeśli chcemy wzmocnić znaczenie znaku, wstawiamy ich trzy, a zatem wielokropek składa się z trzech kropek, stawiamy trzy wykrzykniki albo trzy pytajniki; dwa wstawia się dla emotikon, których nie stosujemy w tekstach literackich) – Chwyciłem go za koszulkę, a twarz przycisnąłem do szyby.

Wiem, o co ci chodzi (przecinek) i powiem tak: prawie na pewno i tak tu zginiemy, więc co nam szkodzi pojechać tam jutro i sprawdzić, z czym mamy do czynienia?

– Stawiam na skutek uboczny naszej popijawy. Wiesz (raczej przecinek) najpierw taki post, a potem od razu na głęboką wodę. A jeśli to nie przez wóde (wódę – no, chyba że chodziło ci o WD-40), to nie wiem.

– A tego to Ci (małą literą) nie powiem.

Doszliśmy tylko do wniosku, że ludzkość nie dysponuje narzędziami pozwalającymi na budowę czegoś o tak obsesyjnie wręcz gładkich ścianach. (że co? nie potrafimy robić bardzo gładkich powierzchni?)

Bo w takim wypadku mąż, czy też partner podróżniczki (przecinek) szybko odbierze wiadomość o treści: „Houston, mamy problem”.

Jej ściany były gładkie i lśniły metalicznie (przecinek tutaj albo po słowie 'tak') tak jak zewnętrzna powierzchnia tworu.

Jednaknie (wskazówki, jak to poprawić, chyba zbędne) ma co uprzedzać się za zapas.

– Zdejmijcie hełmy, nic wam tu nie grozi – usłyszeliśmy głos, który wydobywał się jakby z wszystkich kierunków naraz. (zbędne wcięcie) – Nie uczynię wam krzywdy.

Jednak w toku badań nad waszym genomem okazało się, że najlepszymi kandydatami będą mieszkańcy właśnie tego konkretnego fragmentu globu, z którego pochodzicie. Oczywiście po uzyskaniu przez wasz gatunek minimalnego wymaganego stopnia rozwoju. No ale skoro dotarliście aż tu, warunek rozwoju został spełniony. Macie dość inteligencji, by podróżować w przestrzeni kosmicznej. (To nie ma nic wspólnego z inteligencją. Przypomnę, że najpierw w kosmos wysyłano psy i małpy, a nie są one inteligentne. Inteligentni są ci, którzy wymyślili loty w kosmos, zbudowali rakietę i wsadzili tam parę gamoni.)

– A co ze zgodnością genetyczną? Z (tu chyba powinien być wielokropek, a nie podwójna spacja) jak to nazwać, techniką rozmnażania?

– Oczywiście na miejscu samce waszego gatunku przejdą kurację dostosowującą wasze organizmy do naszych. (to po co szukali odpowiedniego genomu, skoro i tak fundują kurację, która ma dopasować genetycznie, czyli zmodyfikować genom?) Jeśli chodzi o, jak to określiłeś, technikę rozmnażania – tutaj nie występują  żadne różnice.

Skłonność do jego spożywania oraz uwarunkowania kulturowe sprowadzające się do gościnności i zasad z nią związanych również były zapisane w genomie waszych przodków. (kultura osobista jest cechą nabytą, a nie dziedziczoną; nie rodzimy się gościnni, jak nie rodzimy sie mordercami, złodziejami, piosenkarzami itp.)
– A widzisz? Kulturalny człowiek zawsze przychodzi w gości z prezentem dla gospodarza (kulturalny człowiek przede wszystkim nie używa wulgaryzmów!) – uśmiechnął się Czesław.

– Wytypowałyśmy jednostki jak najbardziej zbliżone do przewidywanych gustów waszego gatunku. Miał to być czynnik ułatwiający waszym samcom wywiązanie się z narzuconej roli.
(a nie łatwiej było obrabować bank spermy?)

Możecie udać się ze mną lub odmówić. Jeśli się zgodzicie (raczej przecinek) musicie wiedzieć, że jest to podróż w jedną stronę. Bez powrotu. Jeśli odmówicie (tu również lepszy będzie przecinek) pomogę wam wrócić do domu, jednak zapomnicie o pobycie na tej planecie.

– N.. (co to jest?) nie… no (przecinek) kurwa (przecinek) nie mogę – wyjęczał.

Czy obejdzie się bez wiagry (viagry)?
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#15
Poprawki naniesione.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości