Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Marsjanie
#1
Na początek kilka słów ostrzeżenia. To jest powrót do pisania po długiej przerwie. Do tego warunki do pisania nie sprzyjające. Więc jak co, to przepraszam. A co do tekstu, to jest on nietypowy. Powiem tylko, że ostatnio czytałem kilka opowiadań o Jakubie Wędrowyczu oraz "ORP Dzik", którą to książkę serdecznie polecam. Na razie część pierwsza. Tekst jest gotowy, ale będzie bardziej strawny w małych dawkach.


Marsjanie
 

Śliczna niczym porcelanowa laleczka, mała dobra wróżka podfrunęła do mnie, trzepocząc swymi cieniutkimi skrzydełkami. Wyciągnęł srebrny dzwoneczek. Do mych uszu dobiegło cichutkie dzyń dzyń. Po chwili zmarszczyła brwi. Uśmiech stał się nieco wymuszony, a dzwoneczek zaczął pobrzękiwać natarczywiej, lecz już za moment zastąpiła go złotawa trąbka. Wróżka grała na niej głośno i kompletnie bez sensu. Trąbka nagle zniknęła. Tym razem skrzydlata istotka wyciągnęła zza pleców wielką syrenę alarmową. Splunęła w dłonie i zaczęła kręcić korbą. Rozległ się nieznośny hałas, ale na tym nie koniec! Diabli wiedzą skąd pojawiły się dwa pluszowe misie i zaczęły dusić mnie poduszką! Walczyłem desperacko o każdy łyk powietrza, szarpałem się, miotałem…

Obudziło mnie nieznośne bzyczenie alarmu… chociaż nie. Tak właściwie to obudziło mnie walenie kowalskiego młota wewnątrz mojej głowy. Każde uderzenie trafiało wprost we wnętrze czaszki. Zupełnie jakby młot starał się wybić dziurę w głowie, by móc zniszczyć natrętny brzęczyk. Podjąłem się heroicznej próby uniesienia obu powiek. Normalnie uniósłbym jedną, by nadmiar światła słonecznego nie wprawił w ruch kolejnych ciężkich narzędzi, które zapewne walały się w mojej głowie, lecz dźwięk alarmu nieco mnie niepokoił. Ciut bardziej niepokoiło mnie to, że chociaż już nie spałem, nadal czułem się jakby podduszony. Trochę bólu i… sukces: powieki w górze. Zorientowałem się, że leżę zagrzebany do połowy w brunatnym pyle. Wyświetlacz na nadgarstku migał czerwonym światłem. Komunikat na jego ekranie brzmiał: poziom tlenu poniżej dziesięciu procent. No to kwestia duszenia wyjaśniona. Tylko jak ja się w takie gówno wpakowałem?

To tak. Czesław Bizon oraz ja – Andrzej Poniedziałek – zostaliśmy wybrani na polski komponent misji załogowej na Marsa. Właściwie to miał lecieć wnuk Hermaszewskiego (jako kontynuator chlubnej tradycji dziadka) oraz syn tego piłkarza Pazdana (za zasługi ojca, co to mistrzostwo świata z reprezentacją zdobył), a nas wytypowano jako „statystów” do badań wstępnych. Minister chciał Amerykańcom pokazać, że mamy aż czterech potencjalnych astronautów. Były liczne głosy, by w kosmos posłać prezesa jednej z partii. Argumentowano, że to z pożytkiem dla kraju. Do tego dochodziły spore oszczędności, gdyż prezes był niski, więc i kombinezon można by mniejszy zrobić. No ale szefostwo nie dało się namówić. Lecieć miał Pazdan Junior i młody Hermaszewski, my zaś mieliśmy ładnie wyglądać i nie wypaść podczas testów na większych debili, niż byliśmy w oczach przełożonych. I zapewne polecieliby tamci dwaj… gdyby nie żona Czesława. Taka z niej cholera, że biedny Czesiek sprzedał działkę na Mazurach, akcje odziedziczone po babci, a nawet swojego ukochanego Poloneza w gazie, by mieć fundusze na łapówki. Desperat doszedł do wniosku, że gdzie jak gdzie, ale na Marsie to go stara nie dorwie. A że z Cześkiem nie jedną połówkę wypiliśmy, więc postanowił zabrać mnie ze sobą. Niezłą musieli mieć minę ci z ministerstwa, jak się okazało, że przeszliśmy psychotesty perfekcyjnie. I to dzień po imieninach Czesława!

I tak oto polecieliśmy na Marsa. Gdyby Czesław nie przemycił na pokład spirytusu, to by z tej podróży w ogóle nie było co wspominać – taka nuda. A że spirytus był… to też wspominać nie bardzo jest co, gdyż mało kto cokolwiek pamięta. No ale cóż – dolecieliśmy szczęśliwie.
Pierwszy zgrzyt nastąpił w momencie, gdy dowódca wyprawy miał postawić pierwsze kroki na czerwonej planecie. Wysięgnik uzbrojony w kamerę ustawiony był wprost na drabinkę lądownika oraz miejsce, gdzie pojawić miał się pierwszy odcisk stopy ludzkiej na Marsie. Amerykanin już miał wykonać ten wielki krok dla ludzkości, gdy nagle otworzył się właz, z którego wypadł Czesław z kieliszkami w jednej, a butelką „Stolicznej” w drugiej dłoni. Zawadził przy tym stopą o próg i stracił równowagę. I tak się niefortunnie złożyło, że pierwszy odcisk ludzki na Marsie ma kształt… tyłka Czesława Bizona. Jednak to nie był koniec. Mój towarzysz zapomniał, że wszystkie rozmowy są nagrywane, a do tego przygotowano przekaz na żywo z lądowania. Wstał, otrzepał skafander z kurzu, po czym wypalił:
– Wiem, zepsułem wszystko. Myślałem, że choć symbolicznie oblejemy sukces. Ale spoko wodza. Nakręcicie sobie wszystko po powrocie w tym studiu, które nam pokazywaliście w NASA. Sami przecież mówiliście, że lądowanie na Księżycu wyszło wam jak ta lala.

Gdy już ocaliłem kolegę przed linczem, gwałtem, ukamienowaniem i co tam dla niego jeszcze Amerykanie wymyślili, trzeba było wziąć się za robotę. Zbieraliśmy próbki gruntu, kamyki itp. Czesiek znalazł nawet odciski muszli w skale, ale nie zabrał. Stwierdził, że w muzeach tego mają potąd, więc po co cholerstwo w plecaku taszczyć. Przecież te z Marsa wyglądają całkiem podobnie do naszych ziemskich. Ja natomiast cały czas zastanawiałem się, czy przemykające tu i ówdzie białe myszki to miejscowa fauna, czy też „biologiczne zanieczyszczenie” przywleczone z Ziemi.

Zostało kilka dni do końca misji. Zbieraliśmy z Czesiem próbki skał, Amerykanie robili swoje eksperymenty. Tylko ich pilot sprawdzał lądownik i przygotowywał go powoli do planowanego za kilkadziesiąt godzin startu. Dzień mijał spokojnie i leniwie. Znaleźliśmy z Czesławem nieco osłonięte przez skały miejsce, gdzie z dala od wścibskich oczu towarzyszy misji postanowiliśmy pozostawić świadectwo polskiej kultury oraz rozwoju społecznego naszego narodu. Kończyliśmy układać z kamieni gigantycznego penisa, zastanawiając się przy tym, czy go chłopaki z NASA zobaczą. Nagle dowódca misji zaczął wydzierać się, jakby w połowie roboty zorientował się, że prostytutka, która go obsługuje, ma rzeżączkę. Wrzeszczał coś o niebezpieczeństwie i ewakuacji. Po chwili usłyszeliśmy głos pilota meldującego, że skoro jego pradziadek w Wietnamie doleciał na lotnisko z samym tylko wolantem w dłoni, bo Vietcong resztę śmigłowca roztrzaskał, to on też da radę dolecieć w tych warunkach do statku czekającego na orbicie. Spojrzałem na Czesia, a on wzruszył ramionami i stwierdził nieco bełkotliwym głosem, że jak rozkaz to rozkaz. Dodał jeszcze z wyrzutem, że teraz nasz narodowo-marsjański penis będzie jak amerykański dowódca – bez jaj. Ja natomiast postanowiłem skrupulatnie przeszukać kajutę Czesława. Byłem pewny, że łobuz ma jeszcze schowane kilka litrów samogonu i nie chce się łajza jedna podzielić. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, zobaczyliśmy amerykańskich astronautów w panice biegnących do lądownika. Dowódca misji najwyraźniej nas dostrzegł, gdyż przystanął i zaczął machać, wrzeszcząc przy tym do interkomu. Coś mnie tknęło i obróciłem się za siebie. Cały horyzont zasłonięty był przez pędzącą w naszym kierunku burzę piaskową.
– Czesiek! Spinamy pośladki i spieprzamy, bo ta wichura nam skafandry z tyłków pozrywa! – krzyknąłem i ruszyłem w stronę lądownika.
Po chwili poczuliśmy pierwsze podmuchy. Mój towarzysz stwierdził, że ostatnio taki wiatr poczuł, gdy się jego Halina przed snem grochówki obżarła. Mnie jednak nie było do śmiechu. Nie, żebym się bał! Po prostu w przeciwieństwie do Czesia, w mojej krwi poziom alkoholu spadł do niebezpiecznie niskiego poziomu, przez co ujawniła się we mnie dziwna i tajemnicza moc zwana czasem przebłyskami zdrowego rozsądku. Gdy dobiegłem do drabinki lądownika, burza szalała na dobre. Pilot krzyczał, by się pospieszyć, bo wichura zaraz przewróci tą naszą aluminiową puszkę z silnikiem.
– O kurwa! Muszę pobiec do baraku! – ryknął Czesław i ruszył w kierunku modułu mieszkalnego.
Stanąłem na pierwszym stopniu i próbowałem wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo. Co on do diabła robi?
– Nie wrócę do domu bez prezentu dla starej! – usłyszałem wyjaśnienie w interkomie.
– No ale po co leziesz do baraku?! Spieprzajmy stąd! Jak wylądujemy, to sobie w NASA w bezcłowym coś kupisz.
– Nie mam kasy, a ta Murzynka od mikrobiologii nosiła takie zajebiste koronkowe stringi. Pewnie zostały w środku. Dla Halinki będą jak zalazł – odrzekł Czesław, przyspieszając kroku.
Zeskoczyłem z drabinki i pobiegłem za Czesławem. Musiałem doprowadzić go do lądownika choćby siłą. Nie myślałem o niebezpieczeństwie, ryzyku, poświęceniu dla przyjaciela. W głowie kołatały mi tylko trzy myśli. Po pierwsze: skąd Czesław wie, że pani mikrobiolog nosi stringi. Po drugie: czy Czesław widział owe stringi na pani mikrobiolog. Jeśli tak, to czy ma zdjęcia lub może nawet jakiś nagrany jego przestarzałą komórką filmik? I najważniejsze: jak wielki tyłek Haliny Bizon miałby zmieścić się w rozmiar S? Potem pamiętam tylko silny podmuch oraz szybującą w moim kierunku przenośną toaletę. Potężne uderzenie i ciemność…
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Hej, -13-, miło widzieć Cię znów na forum. A z tekstem zwłaszcza. :D

(10-09-2016, 22:33)-13- napisał(a):
Marsjanie
 

Śliczna niczym porcelanowa laleczka, mała dobra wróżka podfrunęła do mnie, trzepocząc swymi cieniutkimi skrzydełkami. Wyciągnęła mały srebrny dzwoneczek. Do mych uszu dobiegło cichutkie dzyń dzyń. Po chwili wróżka zmarszczyła brwi.

Diabli wiedzą skąd,(zbędny przecinek) pojawiły się dwa pluszowe misie i zaczęły dusić mnie poduszką!

Tak właściwie to obudziło mnie walenie kowalskiego młota wewnątrz mojej głowy. Każde uderzenie trafiało wprost we wnętrze mojej czaszki. (Zbędne te zaimki – ten pierwszy na upartego można by jeszcze zostawić, ale drugi nie)

Zupełnie,(zbędny przecinek)  jakby młot starał się wybić dziurę w głowie, by móc zniszczyć natrętny brzęczyk.

(...) oraz syn tego piłkarza Pazdana (za zasługi ojca, co to mistrzostwo świata z reprezentacją zdobył)(przecinek) a nas wytypowano jako „statystów” do badań wstępnych.

Do tego dochodziły spore oszczędności, gdyż prezes był niski (przecinek) więc i kombinezon można by mniejszy zrobić.

Lecieć miał Pazdan Junior(junior) i młody Hermaszewski, my zaś mieliśmy ładnie wyglądać i nie wypaść podczas testów na większych debili(przecinek)  niż w oczach przełożonych byliśmy. (niż byliśmy w oczach przełożonych)

(...)Nakręcicie sobie wszystko po powrocie w tym studiu, które nam pokazywaliście w NASA. Sami przecież mówiliście, że lądowanie na Księżycu wyszło wam jak ta lala. (Hahaha, zacne. xDD)

Pilot krzyczał, by się pospieszyć, bo wichura zaraz przewróci ta(tę – wybaczyłabym "tą" w tym tekście, ale nie bez ogonka :p) naszą aluminiową puszkę z silnikiem.

– Nie mam kasy, a ta murzynka(Murzynka) od mikrobiologii nosiła takie zajebiste koronkowe stringi.

Po drugie: czy Czesław widział ów(OWE) stringi na pani mikrobiolog. Jeśli tak, to czy ma zdjęcia lub może nawet jakiś nagrany jego przestarzałą komórką filmik? I najważniejsze: jak wielki tyłek Haliny Bizon miałby zmieścić się w rozmiar S (zbędna spacja)??(Jeden znak zapytania to wystarczająco)

Brakuje tutaj wcięć akapitowych (tag [.p] bez kropki na początku linijki), także przed dialogami. I to w sumie jedyna moja uwaga.

Nie zawiodłam się – zacny kawałek tekstu moim zdaniem. Dość irracjonalny i napisany ze specyficznym poczuciem "januszowego" humoru, że tak powiem, żadnych Januszy nie obrażając. Czytało mi się bardzo przyjemnie, po prostu dobrze się bawiłam. :) Chętnie zerknę na kolejne części.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Poprawki naniesione. Dzięki za przypomnienie tagu na akapity. Też się cieszę, że wróciłem i to nie z pustymi rękoma. Mam nadzieję, że jakoś wygospodaruję sobie czas na pisanie. A humor – lubię pisać albo takie postrzelone, albo brutalne teksty. A że moja kobieta zdecydowanie woli moją wesołą wersję, to większość wypocin wygląda podobnie do "Marsjan". Mam tylko nadzieję, że w ciągu kilku lat serwer padnie i teksty (przynajmniej moje) znikną, by moja druga kobietka nie musiała się w przyszłości za swojego starego wstydzić:P
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#4
Zdecydowanie czuć wędrowyczowe inspiracje w tym opowiadaniu. Ogólnie wygląda to na prostą, jak to Vet określiła januszową, parodię Marsjanina, czego nawet nie próbujesz ukrywać tytułem, ani fabułą bezczelnie (ale nie negatywnie!) lecącą za oryginałem. Póki co wychodzi to całkiem przyjemnie. Napisane bardzo przystępnym językiem, czyta się lekko i przyjemnie.
Odpowiedz
#5
Humor sprawił, że polubiłem to opowiadanie od razu. Kiedyś sam próbowałem pisać coś podobnego(jest zresztą na forum) i wiem jakie to trudne. Mam nadzieje, że Tobie się uda i jeszcze kilka razy zaśmieje się do monitora. Fajny zabieg, że fabuła przypomina oryginał, jednak na dłuższą metę może okazać się to trudne. Mam więc nadzieje, że wszystkich nas zaskoczysz. :D
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#6
Może i trudne, ale fabuła ma duży potencjał na takie przeróbki. Czekam na uprawę ziemniaków pod pędzenie bimbru.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Arnubisie, czy my chodzimy do tego samego dilera??
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#8
Och, nie przesadzaj. Mam paru dilerów i regularnie ich zmieniam, żeby unikać takich sytuacji. A ta scena tak bardzo wydaje się oczywista w takim tekście, że obraziłbym się na ciebie, gdybyś jej nie umieścił.
Odpowiedz
#9
Ciąg dalszy

Tak więc leżałem sobie grzecznie zagrzebany w marsjańskim pyle, przeklinając męczącego mnie kaca. Nagle poczułem silne szarpnięcie za ramiona. Jeszcze się dobrze nie uwolniłem, gdy przed oczami stanął mi Czesław z rolką taśmy klejącej w dłoni. Oderwał spory kawał i obwiązał mi rękaw skafandra.
– Mówiłem, kurka wodna, że żadna, ale to ŻADNA misja nie uda się bez taśmy klejącej i silikonu – skwitował.
– Taa… i pewnie bez dwukilowego młotka? – odparłem, podnosząc się z ziemi.
– Młotki to są potrzebne Ruskim. Amerykański sprzęt pachnący jeszcze ryżem nie wytrzymałby kontaktu z porządnym dwukilowym radzieckim Niwelatorem Wszelkich Usterek. A tak przy okazji: wiesz, że jankesi nas zostawili? Samych? Na Marsie? Bez szans na ratunek! Ja tu wbiegam do kajuty tej mikrobiolog, przegrzebałem jej szafki, ale stringi widocznie miała na sobie. Myślę sobie: trzeba będzie faktycznie na bezcłowym jakąś pamiątkę z Marsa kupić. Jakąś miniaturową wieżę Eiffela albo może cygańską patelnię? Halinka lubi praktyczne prezenty. Wybiegam z baraku a tu lądownik wysoko w górze a w miejscu, gdzie cię ostatnio widziałem – kibel. Już nawet myślałem, że zabrałeś się z nimi i zostałem sam. No ale na szczęście zostałeś.
– Na czyje kur… na czyje SZCZĘŚCIE?! Czesiek! Czy ci promieniowanie mózg przypaliło? Teraz to my tu obaj zginiemy! Rozumiesz? Zginiemy!!!
– Oj tam, oj tam – Czesiek machnął ręką. – Panikujesz jak dziewica na widok setki arabskich uchodźców. Zanim zapisaliśmy się na misję, czytałem książkę o gościu, który został na Marsie. Pamiętam wszystko. Skoro on był sam i sobie poradził, to my? We dwóch? Przecież takich trzech jak nas dwóch to ani jednego nie znajdziesz! – Uśmiech mojego towarzysza był jak wycięty z reklamy pasty do zębów.
– Wiesz? Ok! Ty nas w to wpędziłeś – TY nas uratujesz! Nie mam nic do stracenia – odparłem zrezygnowany.
Czesław wzruszył jedynie ramionami i wrócił do baraku.

Reszta dnia zeszła nam na zbieraniu ocalałego sprzętu i sporządzaniu spisu dóbr, jakie mieliśmy do dyspozycji. Musiałem wysłuchiwać też narzekania mojego wybawcy na brak wdzięczności za uratowanie rzyci… oraz życia. Gdy wieczorem usiedliśmy przy stole w sali odpraw, Czesław zapomniał już o fochu rodem z liceum. Oparł głowę na dłoni i wyskamlał:
– Mamy jedzenia na dwa, może trzy miesiące. Ziemniaków znalezionych w laboratorium nie liczę.
– No to kiepsko… – skomentowałem. – Na ratunek poczekamy o wiele dłużej. Nawet gdyby wyruszyli z Ziemi od razu…
– Czekaj! – przerwał Czesław. – Nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że została nam ostatnia butelka bimbru!!!
– ?!
– Nie rozumiesz? – Czesław doskoczył do mnie niczym ryś. Złapał mnie za ramiona i potrząsnął. – Nie dość, że umrzemy, to jeszcze o suchym pysku!!!
A więc nasz los został przesądzony – zginiemy w najokrutniejszy możliwy sposób: na trzeźwo. Świadomość tego była czymś, z czym każdy prawdziwy mężczyzna musiał zmierzyć się w odosobnieniu. Dlatego pozostawiłem płaczącego jak bóbr Czesława i udałem się do swojego pokoju. Tego wszystkiego było za dużo jak na moją trzeźwą (niestety) głowę.

Nazajutrz obudziły mnie dziwne hałasy dochodzące z laboratorium. Najpierw usłyszałem walenie młotkiem oraz dźwięk pilarki kątowej. Gdy zbliżałem się do pomieszczenia naukowego, kakofonię dźwięków wzbogaciła jeszcze wiertarka oraz pokaźna litania przekleństw wykrzykiwanych z pasją przez mojego towarzysza. Zdezorientowany stanąłem przed drzwiami, bojąc się wejść.
– Czesław?
Nic. Zero reakcji.
– Czesiek! Co się tam wyrabia?
Znów nic. Trzeba było zagrać ostro.
– Znalazłem w kajucie amerykańców "Playboya" z Carmen Electrą! Tylko lekko używany! Chcesz?!
Odgłosy dochodzące zza drzwi ucichły. Po chwili w wejściu pojawił się Czesław Bizon we własnej, sponiewieranej przez przymusową abstynencję osobie.
– W dupę sobie go wsadź i nie przeszkadzaj z łaski swojej, gdy próbuję nam życie ratować.
Oho, czyli ktoś już ma objawy syndromu odstawienia. Drażliwy się nam Czesiu robi. A co gorsza – jeśli faktycznie uratuje nam życie, zapewne będzie oczekiwał małego ołtarza, a może i pomnika na przylądku Canaveral.
– Sorki, nie wiedziałem… A tak w ogóle to co ty tam wyczyniasz?
[pCzesław wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się taki… hmm… inteligentny grymas.
– Pamiętasz, jak mówiłem ci, że czytałem książkę o gościu, który utknął na Marsie?
– Pamiętam. Co z tego?
– A to, że on tam zmajstrował takie urządzenie do wytwarzania wody, a potem zaczął uprawiać ziemniaki, by mieć co jeść.
– I?
– I to, że my tu mamy wszystko, czego on użył!
„Poza mózgiem niezżartym przez wódę” –  pomyślałem, lecz nie podzieliłem się z Czesiem swym spostrzeżeniem.
– A najlepsze jest to, że on się tam wysadził w powietrze!
– Że jak?!
– Bez nerwów – uspokajał mnie Czesław. – Opisał, jaki błąd popełnił. Ja go nie powtórzę.
– Nie wątpię – odparłem. – Jesteś bardziej kreatywny. Zamiast powielać błąd bohatera książki, popełnisz jakiś własny.
Koniec rozmowy. Foch. Trzaśnięcie drzwiami. Tyle Czesława tego dnia widziałem. Muszę koniecznie znaleźć choć trochę jakiegokolwiek płynu zawierającego alkohol, bo jak tak dalej pójdzie, to Czechu zacznie mi tu biegać w asymetrycznej fryzurze i czarnym makijażu, będzie ciął się po kątach i może nawet zacznie rurki nosić. Katastrofa.

Następnych kilka dni minęło według utartego schematu: Czesiek wstawał, jadł coś w pośpiechu i pędził do prac przy swym projekcie, ja zaś postawiłem sobie za cel uruchomienie pozostawionego na pastwę losu łazika. Wprawdzie na mechanice średnio się znałem, lecz chodziło o zabicie czasu. Poza tym też chciałem zrobić coś pożytecznego.  A rozum podpowiadał, że lepszy sprawny łazik, niż niesprawny.

W końcu nastał dzień, w którym bardzo wiele się zmieniło. Baardzo wiele. I to nie tylko dla nas – dwóch biednych żuczków pozostawionych na pewną śmierć na obcej planecie, lecz dla ludzkości ogółem. To był dzień ważniejszy dla homo sapiens niż ten, w którym pan Henryk Maliniak z Bronowic (niech błogosławiona będzie ziemia, po której stąpał) jako pierwszy sporządził wódkę na bazie rozpuszczalnika do farb. Jednak nie wybiegajmy do przodu. Po kolei.

Dzień zaczął się niby rutynowo – od posiłku. Tyle że Czesiek nie mógł usiedzieć na krześle. Jakby owsiki miał. Zjadł w pośpiechu swoją porcję i pognał do laboratorium. Ja zaś spokojnie dokończyłem śniadanie, ubrałem skafander i wyszedłem na zewnątrz, by pogrzebać przy łaziku. Minęła może godzina, gdy uznałem, że warto sprawdzić efekty mojej kilkudniowej pracy. Usiadłem za kierownicą i wcisnąłem włącznik. Jakie było moje zdziwienie, gdy kontrolki zaświeciły się zielonym, wesołym światłem. Zwolniłem hamulec i ruszyłem. Najpierw jechałem powoli i ostrożnie, obserwując wskazania instrumentów. Odruchowo spoglądałem też za siebie, wypatrując śladów po wycieku płynów. Gdy zaliczyłem pierwsze okrążenie wokół bazy, uznałem, że czas na poważny test. Docisnąłem pedał gazu. Łazik ruszył całkiem ochoczo, a ja poczułem się jak w filmie „Szybcy i Wściekli XI: Mars atakuje”. Kłęby kurzu za mną, kamienie wystrzeliwujące spod kół na lewo i prawo. I tylko prędkościomierz złośliwie wskazywał niecałe czterdzieści kilometrów na godzinę. A niech tam – i tak byłem najszybszym kierowcą na czerwonej planecie.

Prawdziwy przełom był jednak dopiero przede mną. Otóż ledwo wróciłem do bazy, gdy natknąłem się na Czesława. Dumny był z siebie niczym paw. Skinął na mnie, zupełnie jak władca na chłopa pańszczyźnianego. Nakazał, abym poszedł za nim. Po chwili stanęliśmy przed laboratorium.
– Działa – rzekł z namaszczeniem.
– Ale co?
– Wszystko! – odparł tonem urażonego stwórcy wszechświata i okolic.
– Możesz jaśniej?
– O rany, z kim ja muszę pracować… Wytwarzamy wodę, mamy mały skrawek żyznej gleby, o której pochodzeniu nie chcesz wiedzieć, a połowa naszych kartofelków puszcza pędy.
Jak to mówią, „diabeł tkwi w szczegółach”, dlatego powstrzymałem się od wybuchu radości.
– Połowa kartofelków?
Na twarzy Czesława zagościł uśmiech podobny do tego, jaki widuje się u arabskich pasterzy na widok zagubionej kozy.
– Wejdź, to ci pokażę. Taki mój projekt robiony „na boku”. Poprawi jakość naszego życia, zaspokoi podstawowe potrzeby, pozwoli przebadać przy okazji…
– Bimbrownia? – stanąłem w progu. – Zrobiłeś w laboratorium bimbrownię?
– Popatrz na to tak. – Czesław ani trochę się nie zraził. – Nie odwodnimy się, kalorii tyle samo albo i więcej, morale strzeli nam w górę…
W jego dłoni znikąd pojawił się słoik po ogórkach wypełniony do połowy brunatnym płynem. Wypiłem go, przyrzekając sobie w duchu, że nigdy nie spytam o pozostałe składniki użyte do spreparowania tego świństwa. No ale jak to mówią: jak się nie ma, co się lubi, to się pije, co się ma. Poza tym na zewnątrz znów rozpętała się piaskowa burza, więc zawsze można było wytłumaczyć się marsjańską „barową” pogodą.
Oczywiście po pierwszym słoiku był drugi, a potem trzeci. Dopiero wieczorem na moment odzyskałem przytomność utraconą w trakcie heroicznego i karkołomnego marszu z laboratorium do swego pokoju. Oparłem się o ścianę. Głowa przykleiła się do małego okienka. Na tle pasma górskiego tonącego w promieniach zachodzącego słońca ujrzałem w oddali wielką, lśniącą metalicznie… kobiecą pierś. Przyglądałem jej się przez chwilę, po czym przeszedłem z pozycji stojącej w leżącą z pominięciem wszelkich faz przejściowych. Nie to, żeby widok solidnego kobiecego cyca robił na mnie wrażenie. W końcu nie takie się w życiu widziało. Po prostu komórki mózgowe zostały zalane kolejną falą „Marsjańskiego Tarmosiciela”, jak swój trunek nazwał Czesław.
Nie ma rzeczy niemożliwych. Są tylko rzeczy cholernie mało prawdopodobne.
Odpowiedz
#10
(12-09-2016, 22:44)-13- napisał(a): Tak więc leżałem sobie grzecznie zagrzebany w marsjańskim pyle, przeklinając męczącego mnie kaca, gdy nagle poczułem silne szarpnięcie za ramiona. Jeszcze się dobrze nie uwolniłem, gdy przed oczami stanął mi Czesław z rolką taśmy klejącej w dłoni.

(...) Ja tu wbiegam do kajuty tej mikrobiolog. (Tu według mnie też pasowałby przecinek, a po nim mała litera, lepiej zabrzmi) Przegrzebałem jej szafki, ale stringi widocznie miała na sobie. (...) Wybiegam z baraku(przecinek) a tu lądownik wysoko w górze(przecinek) a w miejscu, gdzie Cię(cię – zaimki małą literą, to nie list) ostatnio widziałem – kibel.

Przecież takich trzech,(zbędny przecinek) jak nas dwóch, (zbędny przecinek)to ani jednego nie znajdziesz!

(akapit)Czesław wzruszył jedynie ramionami i wrócił do baraku.

(akapit)Nic. Zero reakcji.
– Czesiek! Co się tam wyrabia!(Znak zapytania)
(akapit)Znów nic. Trzeba było zagrać ostro.

– Znalazłem w kajucie amerykańców Playboya(W cudzysłowie, to tytuł czasopisma, jeśli się nie mylę) z Carmen Electrą!

(akapit)Odgłosy dochodzące zza drzwi ucichły.

(akapit)Oho, czyli ktoś już ma objawy syndromu odstawienia.

(akapit)Czesław wyprostował się, a na jego twarzy pojawił się taki… hmm… inteligentny wyraz twarzy.

– Pamiętasz, jak mówiłem Ci(ci), że czytałem książkę o gościu, który utknął na Marsie?

(akapit)Koniec rozmowy. Foch.

Poza tym też chciałem zrobić coś pożytecznego.  A rozum podpowiadał, że lepszy sprawny łazik, (zbędny przecinek)niż niesprawny.

To był dzień ważniejszy dla homo sapiens,(zbędny przecinek) niż ten, w którym pan Henryk Maliniak z Bronowic (niech błogosławiona będzie ziemia, po której stąpał) jako pierwszy sporządził wódkę na bazie rozpuszczalnika do farb.

Skinął na mnie, zupełnie jak władca na chłopa pańszczyźnianego. Nakazał, abym poszedł za nim. Po chwili stanęliśmy przed laboratorium.(Jak dla mnie brzmi to trochę tak, jakby bohater ciągle był w łaziku – nie ma informacji o tym, że wysiadł czy gdzieś go zostawił)

Jak to mówią(przecinek) „diabeł tkwi w szczegółach”, dlatego powstrzymałem się od wybuchu radości.

(akapit)Na twarzy Czesława zagościł uśmiech podobny do tego, jaki widuje się u arabskich pasterzy na widok zagubionej kozy.

– Popatrz na to tak (kropka/wielokropek)– Czesław ani trochę się nie zraził. – Nie odwodnimy się, kalorii tyle samo albo i więcej, morale strzeli nam w górę…

(akapit)W jego dłoni znikąd pojawił się słoik po ogórkach wypełniony do połowy brunatnym płynem.

Albo ja jestem w mniej skłonnym do śmieszkowania nastroju, albo ten fragment ustępuje poprzedniemu humorem. Równie dobrze mi się czytało, było miło i przyjemnie, ale nie aż tak wesoło. Ale bohaterowie czynią wyraźne postępy, co się chwali :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości