Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Kryminał Dziewiąty stopień zamglenia
#1
Chapter 1

Dłonie, odziane w czarne, skórzane rękawiczki, ścisnęły mocniej kierownicę motocykla. Krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach, powodując żywsze bicie serca. Wiedział, co go czeka, wyczuwał, co zaraz nastąpi. Nie mógł jednak – i nie chciał – oprzeć się pokusie. Lewa noga drgnęła lekko, czekając na sygnał od mózgu, ciało sprężyło się w oczekiwaniu na start. Skupione na drodze oczy przymknęły się lekko, jakby w ostatniej sekundzie zapragnął chłonąć to, co tak łatwo było utracić, szczególnie w jego przypadku – życie.
Gdy nareszcie ruszył, a drzewa przemykały obok niego jak czarne duchy zagubione w mroku nocy, nie zwracał uwagi ani na świszczący w ich liściach ostry wiatr, ani na zakurzoną trawę kołyszącą się przy najlżejszym podmuchu powietrza. Po prostu mknął, mając świadomość, że tam, przed nim, jest tylko ciemność, być może jeszcze bardziej złowróżbna niż na początku drogi.
Pustkowie i uczucie wolności skończyły się godzinę później. To właśnie wtedy zahamował ostro przed rozpadającym się budynkiem, którego ściany dawno zapomniały, co oznacza tynk i farba. Kopnął drewniane drzwi, wszedł do środka, wprowadzając ze sobą swoją maszynę. Być może ktoś odebrałby to jako dziwne, ale dla niego nie było niczym niezwykłym. Przyzwyczaił się już do spania w jednym pomieszczeniu z wiernym motocyklem.
Koła wznieciły kurz z podłogi, który leniwie osiadł na parapecie dawno wybitego okna, ale przybysz nie zwrócił na to uwagi. Nie było sensu sprzątać, zamierzał spędzić tutaj tylko tę jedną, jedyną noc.
James Bruce Cramer, milioner i dziedzic ogromnej fortuny, wrócił do domu. Ale tylko na chwilę.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(19-07-2016, 09:55)BlackFalcon napisał(a): Chapter 1

Gdy nareszcie ruszył, a drzewa przemykały obok niego jak czarne duchy, zagubione w mroku nocy, nie zwracał uwagi ani na świszczący w ich liściach ostry wiatr, ani na zakurzoną trawę,(bez przecinka) kołyszącą się przy najlżejszym podmuchu powietrza. Po prostu mknął, mając świadomość, że tam, przed nim, jest tylko ciemność, być może jeszcze bardziej złowróżbna,(bez przecinka) niż na początku drogi.

To właśnie wtedy zahamował ostro przed rozpadającym się budynkiem zbudowanym ze ścian(budynki składają się ze ścian zbudowanych z materiałów budowlanych, chyba że masz na myśli gotowe elementy z betonu – w tym wypadku chyba nie o takie ściany chodziło, więc lepiej brzmiałoby zdanie 'przed rozpadającym się budynkiem, którego ściany...') , które dawno zapomniały, co oznacza tynk i farba.


Dobrze napisany tekst, natomiast nie wiem, co to jest: prolog, miniatura prologu, czy fragment rozdziału?
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
(20-07-2016, 18:41)Nawka napisał(a): Dobrze napisany tekst, natomiast nie wiem, co to jest: prolog, miniatura prologu, czy fragment rozdziału?

Serdecznie dzięki za uwagi i za pochwałę mojego tekstu. To naprawdę bardzo miłe, usłyszeć od kogoś, że Twój tekst jest dobry :).

To, co wstawiłam, określiłam jako chapter 1, czyli po prostu pierwszy rozdział. Pomysł na tą historię chodził mi po głowie już od dawna i umysł niejako zmusił mnie, żebym zaczęła pisać ;). Następne są już nieco dłuższe.

====

Chapter 2

Ściągnięcie rękawic, a potem kasku, trwało ułamki sekund. Robił to już tak wiele razy, że smukłe palce automatycznie odpięły co trzeba i rzuciły na podłogę tuż obok miejsca, gdzie zamierzał zasnąć. Zawsze czujny, zawsze gotowy, by ponownie wyruszyć w drogę. Nigdy nie ustawał w swojej podróży, wciąż poszukując sobie tylko znanego celu.
Zielone oczy rozejrzały się szybko, jakby sprawdzając, czy podczas jego nieobecności nic się nie zmieniło. Kiedy stwierdził, że wszystko jest w porządku, ułożył się na klepisku, wsadził jedno ramię pod głowę – drugie położył w pełnej gotowości w pobliżu kasku i rękawic – i zamknął powieki. Był zmęczony, tak nieludzko zmęczony, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, jakby potrzebował przespać wieki.
Wiedział jednak, że obudzi się nazajutrz o świcie i powróci na trasę – tam, gdzie było jego miejsce. Pokutnik, który nigdy nie zazna spoczynku.
Mylił się jednak. Już kilkadziesiąt minut później, jak tylko w jego śnie zaczęło pojawiać się to samo, co zwykle, coś ciężkiego huknęło niedaleko miejsca, gdzie spał, powodując, że rozbudził się błyskawicznie. Zręczne palce lewej dłoni sięgnęły do kieszeni i wyszarpnęły broń, pistolet tak samo czarny, jak noc okalająca chatkę. James błyskawicznie zlustrował wnętrze, gotowy na odparcie ataku, ale nic się nie działo.
Kolejne chwile same przyniosły odpowiedź. Kiedy postąpił parę kroków do przodu, wciąż napięty jak pantera, ściskając broń tak samo mocno, jak uprzednio kierownicę maszyny, ujrzał jedno z okien leżące na podłodze w przeciwległym kącie – to, które znajdowało się jeszcze nie tak dawno tuż przy drzwiach. Teraz nie tylko nie posiadało szyby, ale po prostu zapadło się do środka pomieszczenia i razem z futryną i otaczającymi ją cegłami poległo pod brzemieniem czasu. Było tylko trupem – jak wszystko wokoło Jamesa. Jak jego własna dusza.
Wicher zakwilił gdzieś w mysich dziurach, jakby użalając się nad losem mieszkańca ruiny, ale Cramer nic sobie z tego nie robił. Nie po raz pierwszy sypiał w takich miejscach. Po raz pierwszy jednak "tym miejscem" był jego dom. Ten najwcześniejszy, gdzie się urodził, gdzie żył i gdzie mieszkał, zanim jego los się odmienił – na lepsze, a potem na gorsze i jeszcze gorsze.
Chociaż... Gdyby go zapytać, odpowiedziałby, że ta ostatnia zmiana była odmianą na lepsze. W końcu sam ją wybrał... po części. Nie musiał już o nikogo dbać i nikt nie dbał o niego. Nie ryzykował niczym życiem, wplątując tą osobę w swoje losy i nikt nie ryzykował jego istnieniem, mieszając Jamesa w swoje sprawki.
Jeżeli chciał postawić swój byt na szalę, robił to w pełni świadomie i tak, by nie ucierpiał na tym nikt inny. Zdawał sobie również sprawę, że gdyby zginął, nikt nie roniłby po nim łez. Tak było łatwiej i... bezpieczniej.
Z ciasnej kieszeni kombinezonu wyjął jeden z najnowszych modeli smartfona i sprawdził dalszą trasę. Wiedział, że jest daleko od celu, ale zdąży bez najmniejszego problemu. Wyścig nie zacznie się bez niego. Nigdy nie zaczynał. Cramer zawsze i wszędzie był na czas.
Z wyjątkiem tego jednego, jedynego razu, który stworzył jego – Pokutnika Szos.
Odpowiedz
#4
(20-07-2016, 18:41)BlackFalcon napisał(a): Chapter 2

Ściągnięcie rękawic, a potem kasku (przecinek) trwało ułamki sekund. Robił to już tak wiele razy, że smukłe palce automatycznie odpięły co było potrzebne (co trzeba lub co należało) i rzuciły na podłogę,(bez przecinka) tuż obok miejsca (przecinek)gdzie zamierzał zasnąć. Zawsze czujny, zawsze gotowy, by ponownie wyruszyć w drogę,(tu dałabym kropkę) nigdy nie ustawał w swojej podróży, wciąż poszukując sobie tylko znanego celu.

Zielone oczy rozejrzały się szybko, jakby sprawdzając, czy podczas jego nieobecności nic się nie zmieniło. Kiedy stwierdził, że wszystko jest w porządku, ułożył się na klepisku będącym podłożem (Podłożem czego? Uważam, że to zbędna informacja, gdyż klepisko jest podłogą, a nazwa powstała od młócenia zboża cepem, czyli oklepywania, by ziarna wypadły z kłosów.) , wsadził jedno ramię pod głowę – drugie położył w pełnej gotowości w pobliżu kasku i rękawic – i zamknął powieki.

Kiedy postąpił parę kroków do przodu, wciąż napięty jak pantera, ściskając broń tak samo mocno, jak uprzednio kierownicę maszyny, ujrzał jedno z okien,(bez przecinka) leżące na podłodze w przeciwległym kącie – to, które znajdowało się jeszcze nie tak dawno tuż przy drzwiach.

Chociaż... (spacja)Gdyby go zapytać, odpowiedziałby, że ta ostatnia zmiana była odmianą na lepsze. W końcu sam ją wybrał...(spacja)po części.

Nie ryzykował niczym życiem, wplątując tą osobę w swoje losy (przecinek moim zdaniem, gdyż to jest wtrącenie) i nikt nie ryzykował jego istnieniem, mieszając Jamesa w swoje sprawki.

Tak było łatwiej i...(spacja)bezpieczniej.

Nie wiem, czemu tekst został podzielony, nie ma takiego uzasadnienia.
Podtrzymuję to, że napisane jest dobrym językiem, poprawnym i dość interesującym, choć sporo błędów interpunkcyjnych. Natomiast nadal nie wiem, czym ma być to opowiadanie. Bardziej przypomina mi przemyślenia psychologiczne, wstęp do horroru, niż kryminał. Poczekamy, może coś się wyjaśni.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#5
Nie wstawiaj dodatkowych pustych linii między akapitami – od tego jest wcięcie, by je zaznaczać.
Ten rozdział też nie jest zbyt długi – raptem dwie strony książkowe.

Przeczytałem pierwszy rozdział:
(19-07-2016, 09:55)BlackFalcon napisał(a): Chapter 1

Gdy nareszcie ruszył, a drzewa przemykały obok niego jak czarne duchy, (raczej zbędny przecinek) zagubione w mroku nocy, nie zwracał uwagi ani na świszczący w ich liściach ostry wiatr, ani na zakurzoną trawę kołyszącą się przy najlżejszym podmuchu powietrza.

Nie było sensu sprzątać, zamierzał spędzić tutaj tylko (tę) jedną, jedyną noc.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
Wszystkie poprawki grzecznie naniesione, dziękuję za nie bardzo.
Co do tego, czym jest ta historia...umieściłam ją w dziale Kryminał, bo szczerze mówiąc, nie wiem, gdzie jeszcze mogłaby pasować. Zdecydowanie nie będzie to na przykład romans ;) (co nie oznacza, że jakichś tam wątków miłosnych nie będzie, ale na pewno nie będzie to historia w stylu "Oj, byłem sam, znalazłem kobietę i nagle wszystko się zmienia na lepsze" ;).

"Dziewiąty stopień zamglenia" nie jest jedynym dziełem (choć trudną taką pisaninę nazwać dziełem), które piszę i co ciekawe, moje odcinki wszędzie są długie – z wyjątkiem "DSZ" właśnie. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, po prostu lepiej mi się tak pisze.

Nie wiem, czy jest to dozwolone, ale wrzucę dwa rozdziały naraz, żeby było co czytać ;).

====

Chapter 3

Strach, to wszechogarniające uczucie, paraliżujące cię od środka. Moment, kiedy robi ci się niedobrze, zaczyna boleć cię brzuch, jakby kamienie wpełzły do wnętrza twojego ciała i skakały w górę i w dół, lub zalegały ciężarem, ściągając wszystko na ziemię. Masz ochotę krzyczeć, ale musisz się kontrolować, bo znajdujesz się tam, gdzie okazanie obawy, lęku, czy nawet przerażenia mogłoby być nie tylko nie opłacalne, ale i po prostu niebezpieczne. Strach ściąga sępy, gotowe rzucić się na ciebie i zjeść żywcem. Bezsilność, fakt, wiedza, że nie możesz nic zrobić, tylko czekać, zżera cię od środka. Nie panujesz nad sobą, nad własnym życiem. Te wszystkie uczucia były Cramerowi tak bardzo...
...obce.
On już się nie bał. Ani wtedy, kiedy mknął nocną, pustą szosą, ani gdy stawał na linii startu. Nikt nie pytał go o tożsamość, kształt jego motoru, to, co było wypisane na maszynie oraz sama sylwetka Jamesa mówiły wszystkim, kto zamierza sięgnąć po kolejne zwycięstwo.
Bruce rozejrzał się bez uśmiechu. Byli wszyscy – i ci, których znał z poprzednich zmagań – choć nigdy nie zamienił z nimi ani słowa – oraz nowi, spragnieni przygód, prędkości, jazdy, żądni adrenaliny w żyłach, albo po prostu chcący zarobić pieniądze.
Tym razem nie padało, chociaż gdzieś na horyzoncie kłębiły się już chmury. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, nie dla Cramera – jego, specjalnie zmodyfikowane przez samego kierowcę opony, nadawały się do jazdy po każdej powierzchni.
Mężczyzna znał tą trasę, znał teren, po którym miał dotrzeć do celu. Wiedział, że wygra. Tam, na końcu, na samej mecie, kilkadziesiąt kilometrów dalej, w małej budce niewiele mniejszej od malutkiego przecież domu Jamesa, siedział ktoś, kto dzierżył wygraną. Czekał na zwycięzcę wyścigu. Już niedługo suma, jaką przeznaczono dla triumfatora, stanie się własnością Cramera. Było to tak oczywiste, jak to, że dla niego, dla Pokutnika Szos, nie było innej przyszłości poza wieczną jazdą, wieczną tułaczką po drogach i polach kraju. Jeszcze nigdy nie przegrał żadnego wyścigu – od tamtego momentu, od chwili, kiedy wybrał takie życie, jakie teraz prowadził, od...jego wielkiej porażki. Od momentu, gdy stracił wszystko, a zarazem zyskał tak wiele.
Dzisiejszy wyścig różnił się od innych tylko jednym, jedynym faktem. Datą. To właśnie termin i miejsce, gdzie miał się rozstrzygnąć, skłoniły Jamesa do wzięcia w nim udziału, chociaż stawka była zbyt niska, jak na jego standardy. Dla niego to, co oferowano było, miało taki sam poziom, jak jego obecni rywale – najniższy ze wszystkich możliwych. Broń Boże nie wywyższał się ponad innych, nie Cramer – on najzwyczajniej w świecie znał swój talent, zdolność do zostawienia przeciwników daleko w tyle, zanim jeszcze zdążyli mrugnąć.
Po trzydziestu sześciu minutach wszystko szło doskonale. Był pierwszy, na czele, niedługo minie linię kończącą wyścig, zatrzyma się na moment, wyciągnie rękę po pieniądze i bez słowa zniknie w pyle drogi. A potem jak zawsze...
Myśli nigdy nie skończył. Coś ciemnego i wyglądającego jak drapieżne zwierzę – którym po części było, zważywszy na swój charakter – wyskoczyło nagle z prawej strony, z gęściejszych tutaj krzaków. James nie miał szans na reakcję, nie w takim tempie i nie przy takiej prędkości. Przez jego umysł, chroniony przez kości czaszki i przez kask przebiegła tylko krótka myśl:
~ Motocykl! Pułapka!
Miał rację. Jeden z tych, których odsadził na dobre kilometry, przygotował się wcześniej, świadom tego, że nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo, nie przeciwko Cramerowi. Umówił się ze swoim zaufanym człowiekiem, że tamten, na długo przed wyścigiem, ukryje się w newralgicznym punkcie i doprowadzi do zderzenia. W świecie Jamesa wiele osób za pieniądze zrobiłoby wszystko, nawet ryzykowałoby swoim życiem, a już szczególnie czyimś. Dlatego ciemno ubrany motocyklista nie miał najmniejszych oporów przed dobiciem targu, przed zgodą na spowodowanie wypadku. James Bruce Cramer miał zginąć tej nocy i przestać kraść innym to, co się im zależało – ich wygrane, ich sumy, ich zwycięstwa.
Nie liczyło się, że dziedzic fortuny tak naprawdę był najlepszy z nich wszystkich. Zazdrość prowadzi do wielu rzeczy, popycha nas do najgorszych czynów, a nawet i do zbrodni.
Kraksa nastąpiła ułamki sekund po tym, jak Pokutnik zorientował się, co go czeka. Owszem, szarpnął kierownicą w lewą stronę, próbując uniknąć impaktu, ale na próżno – morderca wbił się swoją maszyną ostro w pojazd Jamesa, przewracając ich oboje na twardą szosę. Jakimś cudem, być może wiedziony przez któregoś z demonów – ludzie modlili się do różnych rzeczy i różnym stworzeniom zaprzedawali dzisiaj duszę – najemnik zebrał się szybciej od Cramera, porzucił swoją ofiarę na środku drogi, nie bacząc, że za jakiś czas zjawią się tutaj pędzący motocykliści, a leżący na trasie Bruce jest trudny do spostrzeżenia – i zniknął w ciemnościach.

====

Chapter 4

Szmacianka lalka. Tym właśnie był i tak się czuł, kiedy toczył się po twardej nawierzchni, próbując nie stracić przytomności. Ból przenikał jego ciało, wiedział, że prawdopodobnie połamał kończyny, być może ma też obrażenia wewnętrzne, ale wiedział, że jeżeli zostanie na drodze, niechybnie zginie. Dlatego powoli, zaciskając zęby i próbując nie wyć w niebogłosy, zaczekał, aż siła wypadku przestanie bawić się nim jak zabawką i przesunął się w stronę pobocza. Podpełznął do celu i padł, kompletnie wyczerpany.
Swoisty i wyraźnie wymuszony odpoczynek trwał jednak tylko chwilę. James brał udział w tylu kolizjach, że nauczył się pokonywać ból. Owszem, zdawał sobie sprawę, że kiedyś, któregoś dnia nie będzie miał tyle szczęścia i po prostu nie przeżyje, ale na razie nadal żył.
I zamierzał się zemścić.
Wstał, lewą ręką podparł bolący bok i przeszedł kilka kroków. Prawa noga dawała się we znaki, ale umiejętne ciągnięcie jej za sobą umożliwiło Brucowi chodzenie. Zagryzł zęby i obrócił głowę w stronę miejsca, gdzie doszło do wypadku. Wierna maszyna leżała na boku, zniszczona, ranna, obolała...ale czy wciąż sprawna?
James nie miał przyjaciół i nie zamierzał ich mieć, ale motor był czymś w rodzaju członka rodziny. Nie mógł go po prostu tak porzucić, zostawić na środku drogi, nie mógł też pozwolić, by inni kierowcy wjechali w niego i być może zginęli. Nie wiedział jednak, ile ma czasu, jak długo zajęło mu ratowanie własnego karku przed rozjechaniem, ale musiał zaryzykować. Wrócił tam, gdzie został tak podle zaskoczony przez zamachowca, pochylił się i spróbował postawić pojazd z powrotem na koła. Wprawnym okiem ocenił szkody, ze ściśniętym sercem zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie stracił jedyny środek transportu, jaki miał, a co za tym idzie, również źródło dochodu.
Tak naprawdę, wcale nie było jedyne. Miał przecież konta bankowe. Miał wille. Miał nawet jachty. Gdyby tylko zechciał, mógłby już za kilka godzin siedzieć wygodnie w miękkim fotelu, popijać czerwone wino i wydawać przyjęcie. Ten rozdział był jednak zamknięty i to na zawsze. Spłonął w ogniu przeszłości tak samo, jak spłonął Michael, tam, na wybrzeżu.
I to on, James Bruce Cramer, był temu winien.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Szybko nadrobię drugi rozdział i przechodzę do następnych :)

(20-07-2016, 18:41)BlackFalcon napisał(a): Chapter 2

Kiedy postąpił parę kroków do przodu, wciąż napięty jak pantera, ściskając broń tak samo mocno, jak uprzednio kierownicę maszyny, ujrzał jedno z okien leżące na podłodze w przeciwległym kącie – to, które znajdowało się jeszcze nie tak dawno tuż przy drzwiach. (to zdanie jest tak rozbudowane do granic absurdu, że na końcu już zapomniałem, co było na początku; trudno też się połapać, o co tak naprawdę w nim chodzi)

Teraz nie tylko nie posiadało szyby, ale po prostu zapadło się do środka pomieszczenia i razem z futryną i otaczającymi ją cegłami poległo pod brzemieniem czasu. Było tylko trupem – jak wszystko wokoło Jamesa. Jak jego własna dusza. (tu co prawda można się domyśleć, o co chodzi, ale sam styl jest tak patetyczny, jakbym czytał poezję)

Nie ryzykował niczym (niczyim) życiem, wplątując (tę) osobę w swoje losy i nikt nie ryzykował jego istnieniem, mieszając Jamesa w swoje sprawki.

I dwa kolejne:

(22-07-2016, 18:46)BlackFalcon napisał(a): Chapter 3

Strach, (zbędny przecinek) to wszechogarniające uczucie, (zbędny przecinek) paraliżujące cię od środka.

Moment, kiedy robi ci się niedobrze, zaczyna boleć cię brzuch, jakby kamienie wpełzły do wnętrza twojego ciała i skakały w górę i w dół, (zbędny przecinek) lub zalegały ciężarem, ściągając wszystko na ziemię. Masz ochotę krzyczeć, ale musisz się kontrolować, bo znajdujesz się tam, gdzie okazanie obawy, lęku, (zbędny przecinek) czy nawet przerażenia mogłoby być nie tylko nie opłacalne (łącznie), ale i po prostu niebezpieczne.

Byli wszyscy – i ci, których znał z poprzednich zmagań – choć nigdy nie zamienił z nimi ani słowa – oraz nowi, spragnieni przygód, prędkości, jazdy, żądni adrenaliny w żyłach, albo po prostu chcący zarobić pieniądze.
(to lepiej zapisać nieco inaczej)
Byli wszyscy: ci, których znał z poprzednich zmagań, choć nigdy nie zamienił z nimi ani słowa, oraz nowi, spragnieni przygód, prędkości, jazdy, żądni adrenaliny w żyłach albo po prostu chcących zarobić pieniądze.


Tym razem nie padało, chociaż gdzieś na horyzoncie kłębiły się już chmury. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, nie dla Cramera – jego, specjalnie zmodyfikowane przez samego kierowcę opony, nadawały się do jazdy po każdej powierzchni (weź mi napisz, o co tu chodzi).

Mężczyzna znał (tę) trasę, znał teren, po którym miał dotrzeć do celu.

(...), od chwili, kiedy wybrał takie życie, jakie teraz prowadził, od...(spacja)jego wielkiej porażki.

Przez jego umysł, chroniony przez kości czaszki i przez kask (zbędne – po co to? powoduje dodatkowo powtórzenie słowa 'przez') przebiegła tylko krótka myśl:
~ (to nie jest myślnik) Motocykl! Pułapka!

Dlatego ciemno ubrany motocyklista nie miał najmniejszych oporów przed dobiciem targu, przed (powtórzenie) zgodą na spowodowanie wypadku.


Chapter 4

Szmacianka (Szmaciana) lalka.

Ból przenikał jego ciało, wiedział, że prawdopodobnie połamał kończyny, być może ma też obrażenia wewnętrzne, ale wiedział (powtórzenie), że jeżeli zostanie na drodze, niechybnie zginie. Dlatego powoli, zaciskając zęby i próbując nie wyć w niebogłosy (wniebogłosy), zaczekał, aż siła wypadku przestanie bawić się nim jak zabawką (przecinek, bo to było wtrącenie) i przesunął się w stronę pobocza.

Podpełznął do celu i padł, (zbędny przecinek) kompletnie wyczerpany.

Wierna maszyna leżała na boku, zniszczona, ranna, obolała...(spacja)ale czy wciąż sprawna?
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości