Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Mordercze Wyspy
#1
Witam. Jest to pierwsza moja opowieść na tej stronie. Nie jest krótka i nie jest też długa, podzieliłem ją na rozdziały. Jeśli przeczytacie, dajcie znać w komentarzach, co myślicie. Krytykę przyjmuję na klatę ;) 
Miłej lektury.
    
Rozdział 1
I
Zimy na wyspach Senrige od zawsze były surowe. Zdarzało się, iż śnieg sypał tyle, że chodząc po niektórych miastach lub wsiach, sięgał powyżej kolan, a temperatura sprawiała, że szron pokrywał nawet twarze ludzi, malując na biało ich włosy, brwi i brody, pokrywając ubrania i szaty. Zimy były wnet najgorszą porą roku, zdolną zdziesiątkować miasto lub wybić wsie, a ludzie, którzy wybywali wtedy na zewnątrz często nie wracali.
Ta zima nie była inna, we wiosce Thardo właśnie się skończyła, zostawiając po sobie odwilż, kałuże, błotniste drogi i nagie drzewa. Dla owej wioski, zima nie była tak surowa jak zawsze, ludzie zawczasu przygotowali się na nią rąbiąc drewno, zbierając zapasy i polując, by skórami zwierząt okryć się w lodowate noce.
Tego roku zabójcza pora odebrała im cztery osoby: dwójkę starego małżeństwa, co byli u kresu życia, niemowlę i matkę dwójki rosnących synów. Właśnie odbywał się pogrzeb tej ostatniej. Iranelda była młodą kobietą, matką synów Edmarda, który żegnał właśnie miłość swojego życia, ściskając mocno ramiona swych dzieci.
Pierworodny syn, starszy, nazywał się Arbjon po swoim dziadku, a drugi, dwa lata młodszy, zwał się Agnar. Ich ojciec, Edmard, kochał ich całym swoim sercem, broniąc ich przed zimnem i wpływem okrutnego świata. Ich wyspa była bowiem największą, leżącą bardzo blisko kontynentu i często najeżdżaną przez ludzi, chcących wykraść ich skarby i nie tylko. Jednak wiosną mogli czuć się bezpiecznie.
Edmard zacisnął mocno powieki widząc trumnę kładzioną na zdobną, niewielką łódź. Jego synowie mieli łzy w oczach, bardzo starali się nie płakać, lecz uczucie, które nimi teraz targało wygrało, i po chwili łzy pojawiły się na ich twarzach. Starszy syn szybko przetarł je rękawem, a młodszy zacisnął zęby i wbił spojrzenie w swoje buty. Edmar puścił ich ramiona, kiedy łódź została odepchnięta od brzegu i porwał ją prąd. W oddali dało się widzieć jeszcze inne płonące łodzie z innych wiosek. Mężczyzna chwycił więc łuk i sięgnął po strzałę, którą podpalił. Napiął z żalem cięciwę i wycelował w niebo, przeklinając w myślach bogów. Nienawidził ich za to, że odebrali mu Iraneldę, przeklinał ich, ale nigdy nikomu z tych przemyśleń się nie zwierzy. Z tą myślą wypuścił strzałę, a ta świsnęła w powietrzu, pozostawiła po sobie kilka iskier i zawirowała w powietrzu pchnięta wiatrem. Trafiła w łódź, a ta po krótkiej chwili zapaliła się jak inne.
Abjorn pociągnął nosem i spojrzał na ojca. Mocno niebieskie oczy chłopaka zdobiły błyszczące łzy. Ojciec wiedział, że starszy syn przeżywa to prawie tak samo jak on. Stracił matkę, kobietę, która oddałaby za niego życie i skoczyła w ogień. Jedyną kobietę, która zawsze kochałaby go bezgranicznie. Rozejrzał się za drugim synem i ujrzał go idącego szybko w stronę wioski. Agnar, mimo że młodszy o rok od Abjorna, był o wiele bardziej skryty, nie lubił, gdy ludzie widzieli jego żal. Był silny, przypominał matkę, której już nigdy nie zobaczy.
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Edmar zarzucił łuk na ramię i spojrzał na Abjorna.
— Chodźmy – powiedział tylko, bo czuł, że nie da rady wypowiedzieć nic więcej. Nie może pokazać synom uczuć, które teraz ranią jego duszę i serce.
Ruszyli w stronę domu, idąc przez błotnistą ziemię, pokrytą zieloną trawą, która dopiero zaczynała wyrastać z gleby. Po ich prawej stronie był las, rozciągający się aż do następnej wioski i zamieszkiwany przez zwierzynę i różnorakie potwory. Jednak, jeśli nie naruszy się terytorium monstrów, nie ma powodów do obaw.
Wioska nie była daleko i zaraz do niej trafili, mijając zawaloną kamienną wieżę, robiącą kiedyś za punkt obserwacyjny dla wojów. Teraz nie było ani wojów, ani wieży obserwacyjnej.
— Ojcze, patrz! – krzyknął Abjorn wyciągając przed siebie rękę i wskazując w stronę wioski. Mężczyzna wyrwał się z zamyślania i natychmiast ujrzał powóz, i dwa konie. – To ciotka Sigrid! 
I faktycznie, miał rację. To była Sigrid, siostra Iraneldi. Z daleka mógł ją poznać, miała takie same złociste włosy falujące nawet przy lekkim powiewie wiatru. Iranelda lubiła je ścinać, żeby sięgały nieco poniżej ramion, ale jej siostra miała włosy sięgające bioder.
Abjorn nagle zerwał się do biegu, a Edmar zatrzymał w miejscu, patrząc tępo przed siebie. Widział jak jego pierworodny biegnie w kierunku ciotki aż wpada jej w ramiona, mówiąc coś szybko. Edmar w końcu otrząsnął się i również do nich podszedł.
— Witaj, Sigrid – przywitał się, uchylając lekko czoło i spoglądając na dwóch uzbrojonych mężczyzn stojących przy powozie.
— Edmarze – przywitała się również i spojrzała na chłopca. – Abjornie, mógłbyś zostawić nas na chwilę? Muszę porozmawiać z twoim ojcem.
Abjorn kiwnął niechętnie głową i ruszył w stronę domu.
— Co cię tutaj sprowadza, Sigrid? – zapytał, patrząc w jej piękne niebieskie oczy. Sigrid i Iranelda były bardzo podobne pod wieloma względami, ale charaktery miały całkiem odmienne.
— Co się stało, pytasz? Naprawdę, nie wiem, czy zadawanie takich pytań w takiej sytuacji jest odpowiednie, Edmarze. Moja siostra zmarła, moja ukochana siostra… A ty się pytasz, co mnie sprowadza?
— Wybacz – powiedział szorstko. – Ale spóźniłaś się. Iranelda odpłynęła do krainy bogów, a ciebie w ten czas nie było. Powiedz zatem, co zatrzymało cię na tyle długo, że spóźniłaś się na pogrzeb?
— Drogi nie są teraz przyjazne – powiedziała, krzywiąc usta w dziwnym grymasie i mrużąc oczy. Na jej czole pojawiły się leciutkie zmarszczki.
— Dotarcie końmi nie sprawiłoby ci problemów, ale widzę, że przyjechałaś powozem.
— To… To już inna sprawa – powiedziała unikając jego spojrzenia, – Zaprosisz mnie do środka, czy nadal będziemy rozmawiać na zewnątrz?
Edmar zmusił się wymuszony uśmiech i pokręcił głową, po czym odwrócił się i ruszył w stronę chaty. Ich dom, nieco większy od innych był położony przy wzgórzu, niedaleko granicy lasu. Oboje weszli do środka i ściągnęli grube szaty, wieszając je na ścianie. Edmar zaprosił Sigrid do salonu, wskazując jej miejsce przy stole i siadając naprzeciwko.
— Więc, jaka to sprawa? – zapytał szybko, zbyt nerwowym głosem jak zrozumiał po zmieniającym się wyrazie twarzy kobiety. Ta spojrzała na niego krzywo, uderzyła palcami w stół sprawiając wrażenie zamyślonej i wbiła spojrzenie w kominek, w którym przygasał ogień.
— Chodzi o Jarla – zaczęła po chwili. – Wiesz, że jest już u kresu życia, a jego śmierć może spowodować kolejną wojnę domową, co nie jest nam rękę, biorąc pod uwagę nasze zatargi z kontynentem. Krótko mówiąc: zbliża się wojna. A dla ciebie wojna nie jest na rękę, ani dla mnie. Ani dla króla. Jeśli Jarl Tharden umrze, inni Jarlowie chwycą za broń.
— I co ja mam z tym wspólnego? – spytał chłodno.
— Jak to, co? – uniosła głos, zaciskając pieść. – Jesteś bratankiem Jarla, jedynym jego krewnym, od czasu śmierci Thorima.
— Thorim nie żyje? – zapytał zaskoczony, unosząc brwi i nieco otwierając usta. – Jak? Kiedy? Co się stało?
— W tę zimę. Wziął pięciu ludzi i wypłynął w morze, w poszukiwaniu lekarstwa. Pewien guślarz powiedział mu, że kropla krwi i łza syreny wyleczą Jarla, a on głupi wypłynął. Próbowałam go powstrzymać, mówiłam, że to szaleństwo, ale nie słuchał. Jego drakkar nie wrócił do portu.
Edmar zaklął cicho pod nosem i po raz kolejny tego dnia przeklął bogów. Najpierw odebrali mu żonę, a teraz kuzyna.
— Musisz wrócić – ciągnęła Sigrid. – Jarl cię przyjmie, wybaczył ci. Mówi, że chciałby zobaczyć Abjorna i Agnara.
— Więc z nim rozmawiałaś?
— Tak. Posłuchaj. Zbliża się wojna, twoi synowie mogą nie być bezpieczni, a jeśli zostaniesz…
— Jarlem? Nie, Sigrid, nie mam zamiaru odwiedzać mojego wuja i wchodzić na pozycję Jarla. Wygnał mnie, nie wrócę tam choćby posłał za tobą setkę swoich wojowników. Możesz wracać, powiedz mu, że nie wrócę, że nie jestem jego bratankiem, od kiedy oskarżył mnie o zamordowanie własnego ojca. Powiedz mu to, Sigrid. I powiedz, że nigdy nie zobaczy Abjorna i Agnarna.
Sigrid spojrzała na niego, szukając oznak wątpienia we własne słowa, oznak tego, że się waha lub zastanawia. Ale widziała tylko zdecydowanie i upartość, za którą był doskonale znany.
— Dobrze, ale nie dzisiaj – odezwała się cicho. – Chcę pożegnać moją siostrę i… jeżeli to możliwe, zostać tutaj na kilka dni.
— Oczywiście. Chłopcy z pewnością się ucieszą z twojej wizyty, zwłaszcza, że stracili matkę.
Po tych słowach wstał i skierował się do wyjścia, zostawiając Sigrid samą w salonie. Poszedł w stronę wzgórza, na którym stał kamienny krąg, miejsce modłów i składania ofiar bogom. Jednak on nie szedł tam, aby złożyć ofiarę, ani dla modłów. Szedł tam dla szczerości. Ze szczytu wzgórza widział całą wioskę, słońce powoli zachodziło, odbijając swoje złote promienie na wzburzonej tafli morza. Nie było już żadnych łodzi, żadnych drakkarów ani statków kupieckich. Tylko morze.
Stanął przed kręgiem, nie przekraczając kamiennego progu.
— Nienawidzę was – zaczął cichym głosem. Nie wiedział, dlaczego dokładnie to mówi, w jakim celu mówi do kupy kamieni, ale czuł, że przynosi mu to ulgę, więc mówił dalej. – Nienawidzę z całego serca. – Drzewa nagle zaszumiały niebezpiecznie, jakby ostrzegawczo, ale on nie przerywał. – Odebraliście mi Iraneldę, Thorima, mojego ojca. Zawsze was czciłem, składałem wam ofiary i modliłem się do was, nie prosząc o nic. Robiłem to, bo wierzyłem, że okażecie łaskę i nie stanie się to, co się stało. Odebraliście moim synom matkę. Nienawidzę was za to. – Zerwał się lekki wiatr, który z każdą chwilą stawał się silniejszy. – Dzisiaj staliście się dla mnie martwi. Już nigdy więcej nie oddam wam ofiary i nie wzniosę modłów. To koniec, odwracam się od was.
Po tych słowach wiatr zawiał dużo mocniej, a gdzieś w oddali złowieszczo coś huknęło, jakby uderzenie piorunu. Przy granicy lasu coś przebiegło, poruszając licznymi krzewami i łamiąc ich gałęzie. Edmar rozejrzał się, czując jakby wielki ciężar spadł mu z barków i odetchnął. Odwrócił się od kręgu i zaczął iść w stronę wioski.
Tymczasem jego młodszy syn, Agnar, spoglądał na ojca z gałęzi drzewa, bawiąc się złotym pierścionkiem swojej matki. Gdy tylko jego ojciec zniknął z jego pola widzenia, zeskoczył na niższą gałąź, później na kolejną, aż wylądował na miękkiej ziemi. Podszedł do kręgu, ziewnął leniwie i rzucił pierścionek na sam środek.
— To ostatnia rzecz, jaką wam oddaję – powiedział głośno i odszedł śladami ojca.

* * *
II
Abjorn i Agnar stali przed sobą, mierzyli się wzrokiem ściskając obie dłonie na długich kijach, żłobionych na kształt mieczy. Starszy spoglądał czujnym okiem, w każdej chwili gotowy skontrować szybki atak narwanego brata. Agnar zaś ściskał swój miecz, opuścił go na wysokość pasa i stanął szerzej, by móc zręczniej i szybciej odskoczyć. Obaj wiedzieli jak się walczy, ojciec ich nauczył. Znali pozycję, ataki, podstawy. W lesie przy ich wiosce grasowały potwory, zajmowały wielki jego teren, a kiedyś las trzeba będzie oczyścić.
Agnar nagle zamachnął się pionowo mieczem, a Abjorn natychmiast odbił jego atak i odskoczył na bok, próbując trafić brata w plecy. Ten odskoczył jednak, odbił atak i prężnie skoczył w jego stronę, wymachując wściekle mieczem. Starszy brat unikał ataków, obijał się i cofał się pod ich naporem. Lewa, prawa, uchylenie się przed atakiem w głowę i uniknięcie ciosu w łydkę. Musiał przyznać, że jego brat, mimo że młodszy, z każdym dniem nabierał większego doświadczenia.
Abjorn w końcu odbił potężnie jeden ze słabszych ataków, a broń Agnara prawie wyleciała mu z rąk. Prawie. To właśnie zdecydowało o zwycięstwie. Abjorn, mając nadzieję, że miecz brata odleci hen daleko, pchnął swoim, ale zanim sięgnął celu poczuł ostry ból w czaszce, a zaraz po tym wylądował w mokrym błocie.
— Wystarczy!
Krzyk ich ojca poniósł się mocno, docierając do obu chłopców, którzy teraz tarzali się na błotnistej glebie, w zażartej walce na pięści, ostatecznym końcu pojedynku, który skończył się na uderzeniu Agnara z główki.
— Agnar! – krzyknęła jasnowłosa kobieta i podbiegła do młodszego chłopca. – Nic ci nie jest?
Chłopiec potrząsnął głową odganiając mroczki.
— Wygrałem! – krzyknął uradowany Abjorn, za co dostał karcące spojrzenie od swojego ojca.
— Gdyby były to prawdziwe miecze – zaczął wyższym głosem młodszy – to rozpłatałbym ci czaszkę. Na dwie części. O tak!
— Więc mamy remis – powiedziała Sigrid i pomogła wstać siostrzeńcowi. – Abjorn, nie bijcie się już tak.
— Dlaczego? – zapytał z żalem.
— Ciotka Sigrid – rzekł ojciec – miała na myśli to, że na takie pojedynki przyjdzie jeszcze czas. Poza tym z pewnością nie chcielibyśmy, byście rozpłatali sobie głowy lub co gorsza, pozabijali się podczas głupiej walki na drewniane miecze. Prawda, Sigrid?
— Właśnie, słuchajcie ojca, a teraz do domu. Obiad już gotowy.
Chłopcy uśmiechnęli się szeroko i pobiegli w stronę domu, popychając się i próbując powywracać po drodze. Edmar wydał z siebie zabawny dźwięk irytacji.
Minął już tydzień od pogrzebu ich matki, a oni, mimo że tego nie okazują, próbują się z tym pogodzić. Ta właśnie walka była ich sposobem, żeby wyżyć się i wyrzucić gniew, bo obaj byli zdenerwowani i sfrustrowani. Tak samo jak Edmar.
— Są niesamowici – powiedziała Sigrid z lekkim westchnieniem.
— Są dziećmi – rzekł mężczyzna. – Dzieci mają łatwiej, bo dorastają. A dorastanie jest adaptacją się do otoczenia, do sytuacji. Cokolwiek by się teraz nie wydarzyło, oni zaadaptują się i poradzą sobie. Bo są dziećmi. Nam przyszłoby to trudniej.
Sigrid spojrzała na niego mrużąc oczy, a później wzruszyła ramionami.
— Adaptacja, mówisz? Chcesz, żeby twoi synowie zaadaptowali się do sytuacji, która się zbliża? Żeby stali się kolejnymi maszynami do zabijania, żeby walczyli przeciw swym braciom, kiedy za morzem czai się realne zagrożenie?
— Nie, Sigrid. Za morzem nie ma zagrożenia. Tam jest inny świat, z innymi zasadami. My tutaj żyjemy po swojemu, swoim prawem, a oni swoim. To, że z nimi walczymy, nie ma nic do rzeczy. To my jesteśmy zagrożeniem dla samych siebie, dla innych.
— Co nie zmienia faktu, że powinieneś ich stąd zabrać. Daleko stąd.
Edmar milczał wpatrując się w dom.
Abjorn pałaszował obiad szybko i zachłannie, podobnie jak jego brat. Zmęczyła ich walka. Zmęczyły ich ostatnie dni spędzone na bezczynności i zmęczyła ich bezsilność. Agnar nagle odłożył pusty talerz na bok i przeciągnął się, wzdychając ciężko.
— A się najadłem – powiedział cicho.
— Mhm…
— A ty, co myślisz? – zapytał, a jego brat spojrzał na niego pytająco. – No wiesz, tata rozmawiał z ciocią o Jarlu. Podobno ciocia chce nas tam zabrać, ale tata nie pozwala. Myślisz, że się zgodzi?
— Nie wiem. Może.
— Może – powtórzył po nim. – A może sami się tam wybierzemy? Pan Klant co jakiś czas wyrusza na północ, mógłby nas…
— Nie – przerwał mu. – Po co mielibyśmy tam jechać? Jarl nas nawet nie zna, poza tym pan Klant cię nie lubi, bo zeszłego lata rozkradłeś jego ogród.
— To nie ja! – krzyknął oburzony chłopiec, zacisnął pięści i przybrał na twarz obrażony wyraz.
— Ta… I tak wszyscy wiedzą, że to ty, bo kto inny? – Wycelował w niego oskarżycielsko łyżką. – Potwory? Wszyscy wiedzą, że one nie lubią warzyw.
— E tam… raz widziałem jak Narker jadł jabłka.
— Narkery nie jedzą jabłek – odpowiedział mu. – Są małe, szybkie, ale nie wspinają się na drzewa. Polują głównie na zwierzynę w lesie, wiesz o tym.
Agnar szybko chwycił łyżkę umazaną jeszcze w zupie i rzucił nią w brata, który uchylił się w ostatnim momencie. Wtedy też do domu wszedł ich ojciec.
— Co tu się znowu dzieje? – zapytał.
— To prawda, że jedziemy do Jarla? – zapytał szybko Agnar.
— Nie – rzekł twardo. – Nigdzie nie...
— EDMAR!
Wrzask Sigrid sprawił, że mężczyzna automatycznie przestał mówić, podbiegł do kufra i wyciągnął z niego stalowy miecz. Po tym natychmiast wybiegł z domu. Obaj chłopcy zaskoczeni reakcją ich ojca wybiegli również i to, co zastali, zmroziło im krew w żyłach.
Na wodzie, tuż przy wiosce, płynął długi statek z liczną załogą wymachującą szablami i toporami. Wszyscy wrzeszczeli, mieli różne stroje, inni czerwone, niebieskie, szare, a inni różnobarwne. Zrozumieli od razu, nikt z wysp nie nosi różnorakich ubrań na rajdy. To byli piraci.
— Abjorn! Agnar! – ryknął ojciec, dobywając miecza. – Jazda, za Sigrid! Do powozu i jazda!
— A ty? – zapytał szybko Agnar, patrząc jak statek najeźdźców coraz bardziej zbliża się do brzegu. – Co z tobą?
— Dołączę do was – uklęknął przed nimi i spojrzał w ich oczy. – Sigrid zabierze was do mojego wuja, do Jarla. Tam będziecie bezpieczni. Dołączę do was po wszystkim.
Abjorn mechanicznie skinął głową i wyszukał wzrokiem ciotkę. Edmar ścisnął jego ramię i wysilił się na najpoważniejszy ton, ukrywając strach, który trząsł jego głosem.
— Masz pilnować brata, nie rozdzielajcie się. Cokolwiek się stanie, nie rozdzielajcie się. Musicie trzymać się razem, choćby nie wiem co. Rozumiesz?
— Rozumiem.
I wtedy coś uderzyło, ktoś ryknął, rozległy się wrzaski i krzyki przerażenia, a Abjorn pociągnął Agnara w stronę powozu z końmi. Sigrid szybko otworzyła im drzwi, ona też trzymała miecz. Wskoczyła na przód, chwyciła wodze i ruszyli.
— Do broni! – rozległ się krzyk Edmara słyszalny nawet w powozie. – Do broni! Obrońmy nasz dom!
— Abjorn! Musimy wracać! – wykrzyczał brat, ściskając w dłoni drewniany miecz.
— Nie. Ojciec zabronił – sprzeciwił się, a na twarzy Agnara pojawił się smutek zmieszany z przerażeniem.
— Nie pozwolę, żeby tata też umarł! – krzyknął i sięgnął ręką w stronę drzwi do powozu, ale jego brat go powstrzymał. – Zostaw mnie! Puszczaj!
— Nie! Nie pusz… – nie dokończył, bo znowu dzisiejszego dnia poczuł ostry ból w głowie i pociemniało mu w oczach. Tym razem jednak cios brata był silniejszy i Abjorn stracił przytomność, lądując na podłodze powozu.
Agnar otworzył drzwi i wyskoczył, akurat wtedy, kiedy rozległ się donośny trzask z oddali. Sigrid nie usłyszała upadku i pędziła dalej. Już bez Agnara.
Edmar odskoczył przed atakiem topora, uskoczył przed ostrzem włóczni, przeturlał się na bok i wstał, odbijając atak. Ciął szybko, poziomo, w brzuch wroga, z którego popłynęła krew. Drugi zaatakował chwilę później, Edmar skoczył w jego stronę, chwycił drewnianą część topora i wbił swój miecz w klatkę przeciwnika, przeszywając go na wylot.
Piraci niszczyli wioskę, zabierali wszystkie kosztowności, plądrowali. Edmar widział jak jeden z piratów macha olbrzymim mieczem, odcinając nogi pana Klanta, a później ścinając mu głowę. Rozwścieczony tuszył w jego stronę.
— Hej, bydlaku! – krzyknął, machając mieczem, a ten spojrzał w jego stronę.
Edmar natychmiast uniknął ciosu, mającego na celu ścięcie jego głowy i jak wcześniej, doskoczył do przeciwnika, z zamiarem wykonania ciosu. Jednak nie trafił, przeciwnik uskoczył, a zaraz kopnął go w klatkę. Edmar wylądował na ziemi, przeturlał się bok, uniknął ataku i wstał. Machnął mieczem, później znowu, przeciwnik mu umykał. Edmar spojrzał na cień, słońce świeciło od strony lasu. Powoli zaczął krążyć w tamtą stronę, pirat go obserwował. Ledwo sparował cios wymierzony w jego bok, siła wielkiego pirata była ogromna, ale nagle zmrużył oczy, porażony słońcem.
Edmar wykorzystał to natychmiast, szybko odbił jego miecz, zawirował i ciął jego szyję. Krew bryznęła, ozdobiła jego twarz i koszulę, a pirat wypuścił miecz, łapiąc się za ranę, próbując powstrzymać krwawienie. Nie powstrzymał i po chwili padł martwy.
Krzyki ustawały, piraci szybko się uwinęli i już wracali na statek. Edmar odetchnął, jego synowie są bezpieczni, on przeżył walkę, a wrogowie odchodzą. Nagle, ku jego przerażeniu, ujrzał swojego młodszego syna na ramieniu jednego z nich. Ogarnął go strach i wściekłość, przez chwilę nie wiedział, co robić, ale szybko otrząsnął się i pobiegł.
— AGNAR! – krzyk wydarł się z jego ust, a dwóch piratów zagroziło mu drogę. Pierwszy stracił rękę, tuż nad łokciem. Edmar nie wiedział nawet, kiedy wykonał cios. Drugi po prostu padł martwy. 
— AGNAR! – ryknął znowu, a nagle niewidzialna siła odepchnęła go w tył i wylądował na ziemi.
— Jest mój – usłyszał cichy, opanowany głos i spojrzał. 
Między nim, a synem, stał mężczyzna z długim kosturem zaostrzonym po jednej stronie, a po drugiej wyszczerbionym na wzór korony drzewa. Od razu wiedział, z kim ma do czynienia. Przed nim stał czarodziej.
Wstał na równe nogi, utrzymał miecz przed sobą.
— Oddajcie mojego syna – powiedział groźnie.
— Syna? Nie, to nie jest już twój syn. Teraz to nasz łup, przy odrobinie szczęścia stanie się częścią naszej załogi, a przy jeszcze większej odrobinie szczęścia, przeżyje. Pewne jest tylko to, że już go nie ujrzysz. Oddać ci syna? A co ty teraz możesz? Twoja wioska jest martwa, ludzie uciekli do lasu. Zostałeś sam.
— Oddaj mi mojego syna – powtórzył, zaciskając dłonie na rękojeści miecza, czując jak ta ślizga się we krwi. – Oddaj, albo was pozabijam.
— Możesz spróbować – odpowiedział czarodziej. – Jeśli mnie zabijesz, zwrócimy ci chłopca.
W następnej chwili Edmara ogarnął szał, prawdziwa wściekłość. Z krzykiem na ustach zaczął biec w stronę wroga, ale nie ubiegł daleko. Nagle, nie wiadomo skąd jakaś wiązka jasnego światła trafiła go prosto w pierś. Czuł jak leci w powietrzu, jak upada na twarde kamienia, słyszał trzask łamanej ręki. Podniósł się, chwycił miecz w jedną dłoń i pobiegł znowu. Znowu wiązka światła wysłała go w tył. Tym razem było gorzej, czuł jak uderzenie miażdży jego klatkę, jak wnętrzności się przewracają. Upadł, kolejna wiązka trafiła w jego nogi. Znowu trzask łamanej kości. 
— Oddaj… mojego… syna… – wycharczał, leżąc na ziemi.
Czarodziej wycelował w niego wyszczerbioną stroną kostura i powiedział tylko jedno słowo.
— Nie.
Później Edmara ogarnęła ciemność i zimo. Nie zdążył nawet zauważyć potworów, które wyszły z lasu zwabione tutaj ogniem i zapachem śmierci. Nim potwory dobiegły do wioski, piratów już nie było.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(27-06-2016, 03:05)Kill336 napisał(a): Krytykę przyjmuję na klatę ;) (No, mam nadzieję :D)

    
Rozdział 1
I
Zdarzało się, iż śnieg sypał tyle(tak), że chodząc po niektórych miastach lub wsiach, sięgał powyżej kolan,(Śnieg nie mógł chodzić po niektórych miastach i wsiach, bo w ogóle nie chodzi – złe zastosowanie imiesłowu) a temperatura sprawiała, że szron pokrywał nawet twarze ludzi, malując na biało ich włosy, brwi i brody, pokrywając ubrania i szaty. Zimy były wnet(To "wnet" tu nie pasuje, bo znaczy "zaraz po czymś") najgorszą porą roku, zdolną zdziesiątkować miasto lub wybić wsie, a ludzie, którzy wybywali(To słowo z języka potocznego, lepiej dobrać inne) wtedy na zewnątrz(przecinek) często nie wracali.

Ta zima nie była inna, we wiosce Thardo właśnie się skończyła, zostawiając po sobie odwilż, kałuże(Zostawiłabym samo "odwilż", bo kałuże są jak dla mnie skutkiem odwilży. Błotniste drogi w sumie tak samo), błotniste drogi i nagie drzewa.

Dla owej wioski,(zbędny przecinek)  zima nie była tak surowa jak zawsze, ludzie zawczasu przygotowali się na nią(przecinek) rąbiąc drewno, zbierając zapasy i polując, by skórami zwierząt okryć się w lodowate noce. (Brzmi to tak, jakby tylko w tej wiosce tak robiono, co jest dość absurdalne)

Tego roku zabójcza pora odebrała im cztery osoby: dwójkę starego małżeństwa, co byli u kresu życia(stare małżeństwo, które było u kresu życia), niemowlę i matkę dwójki rosnących synów. Właśnie odbywał się pogrzeb tej ostatniej. Iranelda była młodą kobietą, matką synów Edmarda, który żegnał właśnie miłość swojego życia, ściskając mocno ramiona swych dzieci.

Pierworodny syn, starszy, nazywał się Arbjon(przecinek)  po swoim dziadku, a drugi, dwa lata młodszy, zwał się Agnar. Ich ojciec, Edmard, kochał ich całym swoim sercem, broniąc ich przed zimnem i wpływem okrutnego świata. Ich wyspa była bowiem największą, leżącą bardzo blisko kontynentu i często najeżdżaną przez ludzi, (zbędny przecinek) chcących wykraść ich skarby i nie tylko.

Edmard zacisnął mocno powieki(przecinek)  widząc trumnę kładzioną na zdobną, niewielką łódź. Jego synowie mieli łzy w oczach, bardzo starali się nie płakać, lecz uczucie, które nimi teraz targało(przecinek)  wygrało, i po chwili łzy pojawiły się na ich twarzach.

Starszy syn szybko przetarł(otarł/starł) je rękawem, a młodszy zacisnął zęby i wbił spojrzenie w swoje buty.

Z tą myślą wypuścił strzałę, a ta świsnęła w powietrzu, pozostawiła po sobie kilka iskier i zawirowała w powietrzu pchnięta wiatrem. (Gdyby strzały wirowały w powietrzu, nikt by z nich nie korzystał :p)

Ruszyli w stronę domu, idąc przez błotnistą ziemię, (zbędny przecinek) pokrytą zieloną trawą, która dopiero zaczynała wyrastać z gleby.

— Ojcze, patrz! – krzyknął Abjorn (przecinek) wyciągając przed siebie rękę i wskazując w stronę wioski. Mężczyzna wyrwał się z zamyślania i natychmiast ujrzał powóz,(zbędny przecinek)  i dwa konie.

Iranelda lubiła je ścinać, żeby sięgały nieco poniżej ramion, ale jej siostra miała włosy sięgające bioder.

Widział(przecinek)  jak jego pierworodny biegnie w kierunku ciotki(przecinek)  aż wpada jej w ramiona, mówiąc coś szybko.

— Witaj, Sigrid – przywitał się, uchylając(pochylając) lekko czoło i spoglądając na dwóch uzbrojonych mężczyzn stojących przy powozie.

— Co się stało, pytasz? Naprawdę, (zbędny przecinek) nie wiem, czy zadawanie takich pytań w takiej sytuacji jest odpowiednie, Edmarze.

— To… To już inna sprawa – powiedziała(przecinek)  unikając jego spojrzenia,(kropka, nie przecinek) – Zaprosisz mnie do środka,(zbędny przecinek)  czy nadal będziemy rozmawiać na zewnątrz?

Edmar zmusił się wymuszony uśmiech (brakuje "na", poza tym albo "zmusił się", albo "wymuszony uśmiech", bo wychodzi na to samo)i pokręcił głową, po czym odwrócił się i ruszył w stronę chaty. Ich dom, nieco większy od innych(przecinek)  był położony przy wzgórzu, niedaleko granicy lasu.

Edmar zaprosił Sigrid do salonu, wskazując jej miejsce przy stole i siadając naprzeciwko.(Mieszkając na wsi, mieli salon? Nie widzi mi się to)

— Więc,(zbędny przecinek)  jaka to sprawa? – zapytał szybko, zbyt nerwowym głosem(przecinek)  jak zrozumiał po zmieniającym się wyrazie twarzy kobiety. Ta spojrzała na niego krzywo, uderzyła palcami w stół (przecinek) sprawiając wrażenie zamyślonej(przecinek)  i wbiła spojrzenie w kominek, w którym przygasał ogień.

— Chodzi o Jarla("Jarl" to nie jest nazwa własna, tylko tytuł szlachecki, powinien być zapisany z małej litery) – zaczęła po chwili. – (...)Jeśli J(j)arl Tharden umrze, inni J(j)arlowie chwycą za broń. (W tym zdaniu sam odpowiedziałeś sobie, dlaczego "jarl" nie powinien być zapisywany dużą literą – jest wielu jarlów, nie jeden, to tytuł wielu osób)

— Jak to,(zbędny przecinek)  co? – uniosła głos, zaciskając pieść. – Jesteś bratankiem J(j)arla, jedynym jego krewnym, (zbędny przecinek) od czasu śmierci Thorima.

— W tę zimę(Tej zimy). Wziął pięciu ludzi i wypłynął w morze,(zbędny przecinek)  w poszukiwaniu lekarstwa. Pewien guślarz powiedział mu, że kropla krwi i łza syreny wyleczą Jarla, a on głupi wypłynął.

Wygnał mnie, nie wrócę tam(przecinek)  choćby posłał za tobą setkę swoich wojowników.

I powiedz, że nigdy nie zobaczy Abjorna i Agnarna(Agnara?).

Ale widziała tylko zdecydowanie i upartość, za którą(z której) był doskonale znany.

— Oczywiście. Chłopcy z pewnością sięucieszą z twojej wizyty, zwłaszcza,(zbędny przecinek)  że stracili matkę.

Jednak on nie szedł tam, aby złożyć ofiarę,(zbędny przecinek)  ani dla modłów.

Edmar rozejrzał się, czując (przecinek) jakby wielki ciężar spadł mu z barków(przecinek)  i odetchnął.

II
Abjorn i Agnar stali przed sobą, mierzyli się wzrokiem(przecinek)  ściskając(zaciskając) obie dłonie na długich kijach, (będny przecinek) żłobionych na kształt mieczy.

Obaj wiedzieli(przecinek)  jak się walczy, ojciec ich nauczył.

Agnar nagle zamachnął się pionowo mieczem, a Abjorn natychmiast odbił jego atak i odskoczył na bok, próbując trafić brata w plecy. Ten odskoczył jednak, odbił atak i prężnie skoczył w jego stronę, wymachując wściekle mieczem.

Starszy brat unikał ataków, obijał się i cofał się(zbędne) pod ich naporem.

Abjorn, mając nadzieję, że miecz brata odleci hen daleko, pchnął swoim, ale zanim sięgnął celu(przecinek) poczuł ostry ból w czaszce, a zaraz po tym wylądował w mokrym błocie.

Krzyk ich ojca poniósł się mocno, docierając do obu chłopców, którzy teraz tarzali się na błotnistej glebie,(zbędny przecinek) w zażartej walce na pięści, ostatecznym końcu pojedynku, który skończył się na uderzeniu Agnara z główki.

Chłopiec potrząsnął głową (przecinek)odganiając mroczki.

Edmar wydał z siebie zabawny dźwięk irytacji.(To słabe określenie, bo nic nie mówi i bynajmniej nie jest zabawne. Lepiej po prostu "prychnął z irytacją" albo coś)

Minął już tydzień od pogrzebu ich matki, a oni, mimo że tego nie okazują(okazywali), próbują(próbowali – skąd ta zmiana czasu?) się z tym pogodzić. Ta właśnie walka była ich sposobem, żeby wyżyć się i wyrzucić gniew, bo obaj byli zdenerwowani i sfrustrowani.

A dorastanie jest adaptacją się(zbędne) do otoczenia, do sytuacji.

Sigrid spojrzała na niego(przecinek) mrużąc oczy, a później wzruszyła ramionami.

Edmar milczał(przecinek) wpatrując się w dom.

— A(Ale) się najadłem – powiedział cicho.

— E (przecinek)tam… raz widziałem (przecinek)jak Narker(narker – to też nie jest nazwa własna) jadł jabłka.

Wszyscy wrzeszczeli, mieli różne stroje, inni(jedni) czerwone, niebieskie, szare, a inni różnobarwne. (Jak dla mnie opis ubrań można spokojnie sobie podarować, jeśli tak ma on wyglądać, bo obecnie ta informacja nic nie daje, zwłaszcza "a inni różnobarwne". Zapisałabym to inaczej, na przykład: "Nosili różnorakie stroje, żaden z nich nie był odziany tak samo – to musieli być piraci" czy coś)

— A ty? – zapytał szybko Agnar, patrząc(przecinek) jak statek najeźdźców coraz bardziej zbliża się do brzegu.

— Dołączę do was(kropka) – u(U)klęknął przed nimi i spojrzał w ich oczy.

Drugi zaatakował chwilę później, Edmar skoczył w jego stronę, chwycił drewnianą część(rękojeść) topora i wbił swój miecz w klatkę(piersiową) przeciwnika, przeszywając go na wylot.

Edmar widział(przecinek) jak jeden z piratów macha olbrzymim mieczem, odcinając nogi pana Klanta, a później ścinając mu głowę. Rozwścieczony(przecinek) t®uszył w jego stronę.

Edmar natychmiast uniknął ciosu, mającego na celu ścięcie jego głowy(przecinek) i jak wcześniej,(zbędny przecinek) doskoczył do przeciwnika,(zbędny przecinek) z zamiarem wykonania ciosu. Jednak nie trafił, przeciwnik uskoczył, a zaraz kopnął go w klatkę(klatkę piersiową/pierś).

Edmar wylądował na ziemi, przeturlał się (na) bok, uniknął ataku i wstał.

Edmar wykorzystał to natychmiast, szybko odbił jego miecz, zawirował i ciął jego szyję. Krew bryznęła, ozdobiła jego twarz i koszulę, a pirat wypuścił miecz, łapiąc się za ranę, próbując powstrzymać krwawienie.

Krzyki ustawały, piraci szybko się uwinęli i już wracali na statek. Edmar odetchnął, jego synowie są bezpieczni, on przeżył walkę, a wrogowie odchodzą. (Zaraz, tak po prostu? Tak spokojnie? Piraci nie gwałcą, nie rabują, tylko się "szybko uwinęli"? No nie, bohater brzmi, jakby miał w nosie krzywdę, która spotkała jego dom)

— AGNAR! – krzyk wydarł się z jego ust, a dwóch piratów zagroziło(zagrodziło) mu drogę. Pierwszy stracił rękę,(zbędny przecinek) tuż nad łokciem.

Między nim,(zbędny przecinek) a synem,(zbędny przecinek) stał mężczyzna z długim kosturem zaostrzonym po jednej stronie, a po drugiej wyszczerbionym na wzór korony drzewa. Od razu wiedział, z kim ma(miał) do czynienia.

— Oddaj mi mojego syna – powtórzył, zaciskając dłonie na rękojeści miecza, czując(przecinek) jak ta ślizga się we krwi. – Oddaj, (zbędny przecinek)albo was pozabijam.

Z krzykiem na ustach zaczął biec w stronę wroga, ale nie ubiegł(dobiegł) daleko. Nagle, nie wiadomo skąd(przecinek) jakaś wiązka jasnego światła trafiła go prosto w pierś. Czuł (przecinek)jak leci w powietrzu, jak upada na twarde kamienia(e), słyszał trzask łamanej ręki. Podniósł się, chwycił miecz w jedną dłoń i pobiegł znowu. Znowu wiązka światła wysłała go w tył. Tym razem było gorzej, czuł (przecinek)jak uderzenie miażdży jego klatkę(piersiową), jak wnętrzności się przewracają(Wnętrzności nie mogą się przewracać).

Czarodziej wycelował w niego wyszczerbioną stroną kostura i powiedział tylko jedno słowo.(dwukropek zamiast kropki)

Zacznę od kwestii technicznych – masz plusa za dobre sformatowanie tekstu, akapity są tam, gdzie powinny być, jest przejrzyście.

Zauważyłam, że zapisujesz niektóre rzeczowniki pospolite (tutaj: "jarl" i "narker") z dużej litery. W poprawkach już zaznaczyłam, że to błąd, popraw to w reszcie tekstu. Poza tym tekst jest przyzwoicie napisany, pojawiają się błędy, ale nic, czego nie dałoby się dopracować.

Mniej podoba mi się prowadzenie akcji. Tekst wydaje mi się nieco chaotyczny – dużo się dzieje, ale wydarzenia nie są jak dla mnie dobrze ze sobą powiązane, nie ma miejsca na przejście z jednego wydarzenia do drugiego.

Rozczarowały mnie również opisy walki. Bardzo skupiasz się w nich na technice, kto czego uniknął, kto jaki cios i tak dalej, a to sprawia, że wypadają one drętwo i bez emocji, a poza tym nieco chaotycznie.

O fabule na razie nie mam nic do powiedzenia, bo na dobrą sprawę jeszcze się ona nie zawiązała.

To tyle ode mnie. Szczególnie zachwycona nie jestem, ale liczę, że dasz mi powód do zmiany zdania. :p
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości