Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Złoty Gepard
#41
(19-09-2016, 21:10)DeadHuman napisał(a): Ech, ta szkoła, przez nią nie ma się zbyt wiele czasu na przyjemności. (O, tak, znam to, bracie w bólu :p)

*********************************
### Moment ### Część 1 ###
*********************************


Uzbrojeni po zęby(przecinek) skrzypieli z każdym krokiem, ich rozmowy rozbrzmiewały w okolicy.

– Schowaj broń, dziecko – polecił, na jego piersi nie widniała żadna tunika, nie był więc żadnym wojskowym, a jednak posiadał uzbrojenie ludzi z Elenboru. Miał na sobie zbroję krytą przypominającą brygantynę i miecz krótki ze złotym jelcem charakterystycznym dla ludzi Herbena.(Albo zbroję krytą, albo brygantynę, to dwie różne rzeczy, nie widzę sensu, by porównywać jedno do drugiego – zwłaszcza że nie napisałeś, pod jakim względem miały być podobne. Jeśli ktoś się nie zna, w niczym mu taki zabieg nie pomoże. Inna sprawa, że ze zdania wynika, że oprócz zbroi miał na sobie miecz. Powinno być coś w rodzaju "miał na sobie zbroję krytą, a w dłoni miecz(...)")

Chłopak cofnął się o krok, mierząc żołnierza wzrokiem, po czym ustawił się bokiem(Już kiedyś się tego czepiałam – bokiem do kogo/czego? Którym bokiem? Ta informacja nie ma według mnie sensu, zwłaszcza że nie sądzę, by była to dobra pozycja do walki), chwycił swój półtoraręczny miecz mocniej i przybrał lodowate spojrzenie.

Domenic warknął jak dzikie zwierze, napinając muskuły, tylko rozbawiając żołnierza. Zaśmiał się szyderczo i wskazał go reszcie kompanów palcem. (Podmiotem nadal jest Domenic)

– Tam (przecinek)gdzie się wychował, (zbędny przecinek)tak się zachowuje!

– Nie lekceważ mnie! – ozwał się nagle chłopak. Zdumienie zstąpiło na twarz zbrojnego, gdy przechylił głowę i ujrzał swój tryskający krwią kikut.(Jak dla mnie zbyt duży przeskok w akcji – nie wiadomo, co się stało. Przydałoby się dodać, że Domenic niespodziewanie zaatakował i tak dalej)

Dopiero w tym momencie rana zaczęła boleć. (Bardzo wątpię. Ucięta kończyna boli jak cholera, a w dodatku najprawdopodobniej sika krwią – ten gościu zachowuje się więc z naprawdę nadludzkim spokojem. Znacznie bardziej na miejscu byłyby wrzaski bólu, panika, tamowanie krwawienia, a nie taka skonkretyzowana furia i składne wypowiedzi)


Blond włosy(Blondwłosy – choć lepiej jasnowłosy, o ile już koniecznie musi być określenie bohatera kolorem włosów. Jak mówiłam już wcześniej: to kiepski sposób na wyróżnianie postaci) żołnierz dopadł do chaty stojącej najbliżej miejsca zdarzenia i zaczął nasłuchiwać. Była ona cała z drewna, więc miał nadzieję usłyszeć jakieś skrzypienie desek.(To wszystko można by usunąć, gdybyś napisał "drewnianej chaty". Choć chata zasadniczo jest z drewna. Tak czy siak, wiadomo, czego nasłuchiwał z domu, więc dałabym sobie spokój z tym zdaniem)

Zaraz za nim wbiegł do środka puszysty kompan z równie puszystą brodą.(Zaraz, nie napisałeś, że blondyn wszedł do środka, tylko że "dopadł do chaty". To nie to samo. Dla mnie cały czas stał na zewnątrz. Wchodzenie do środka i gadanie trochę by im popsuło szyki, jeśli szukają kogoś, kto się tam ukrył – spłoszyliby go od razu)

Przy ścianie była także drabina na wyższe piętro, stryszek. (drabina na stryszek)

Żołnierzowi przez myśl przeszło, że to miejsce nie miało sensu istnienia w takim domu na środku folwarku. (Ale jakie miejsce? Stryszek? Dlaczego nie miał sensu? Przecież w chacie gdzieś chyba trzeba składować rzeczy? Ale fakt, samotna chata na środku folwarku to dziwna sprawa – zabudowa nie powinna być tak chaotyczna)

Miejsca tam nie było zbyt wiele, więc czternastoletni chłopak nie miałby jak się tam ukryć. (Musiało by zatem nie być miejsca w ogóle – w ciemnościach i wśród gratów chłopak – i nie tylko chłopak – ukryłby się według mnie z łatwością, zwłaszcza motywowany obecnością zbrojnych typków dyszących mu w kark)

Leżały tam głównie jakieś rozpadające się księgi i sztachety z płotu. (To potwierdza moją opinię)

Jego uszu dotarł(dobiegł) szmer pomiędzy stertą ksiąg. Lodowaty dreszcz przeszył jego kręgosłup, ale od razu sięgnął tam i odetchnął z ulgą, nic nie czując.(Czyli kręgosłup sięgnął tam, odetchnął i nic nie czuł)

Nic dziwnego, że zalęgły się tam myszy, bo to musiałby(musiały) być one, skoro nic innego tam się nie kryło.

Niespodziewanie ostry sztych miecza z precyzją królewskiego chirurga przemknął pomiędzy łączeniami jego zbroi i dźgnął go dotkliwie w pierś. (Zbroje z tego, co mi wiadomo nie mają łączenia na piersi, trzeba by się więc nieźle nagimnastykować, żeby w takie trafić: po ciemku byłoby to niemożliwe)

(akapit)Przez głowę przeszła mu myśl, że zawiódł.(Powinien raczej pomyśleć coś w typie "Kurde, ale jestem głupi" – według mnie w dość oczywisty sposób naraził swoje bezpieczeństwo, nie wyciągnął nawet broni, nie wziął światła ani nic... :p)

– Tam jest! – usłyszał z dołu domu(zbędne).

To jest ten Oyajin... – przemknęło mu przez myśl (przecinek)zanim zamknął oczy na zawsze.

Domenic zrozumiał sygnał, kiedy z dziury w dachu wyskoczyła stara książka, więc wyskoczył z ukrycia na piętrze w stodole i znalazł się za plecami jednego z żołnierzy. (Tutaj zbyt wiele się dzieje moim zdaniem. Jaki sygnał zrozumiał? Tekst dość mgliście jak na mój gust sugeruje, że sygnał tego starca. Ale nie jest to konkretna informacja, to raz, a dwa, że książka wyskakująca z dziury w dachu dziwnie brzmi. Poza tym między wyskoczeniem Domenica ze stodoły – o której czytający nie wie w zasadzie, gdzie była, bo akcja działa się dotychczas w chacie – a jego znalezieniem się za plecami jakiegoś żołnierza – o którym też nie wiadomo, gdzie się znajduje – minęłoby więcej czasu. Po tym, co napisałeś, można by śmiało wywnioskować, że nastąpił rodzaj teleportacji).

Patrzył on właśnie w stronę kukły, którą wszyscy wzięli za chłopaka. (Jakiej kukły? Gdzie ta kukła? W ogóle nie było o tym mowy, a to diametralnie zmienia postać rzeczy. Zdecydowanie zbyt mało zaakcentowana ta zmyłka)

Miałeś rację, Oyajin...  – pomyślał Domenic, przewracając swoją ofiarę i okrutnie przejeżdżając jej ostrzem po gardle, aż krew trysnęła na sążeń w górę. (A można komuś nieokrutnie przejechać ostrzem po gardle? Nie sądzę)

Echo poniosło głos po najbliższej okolicy, zawiadamiając, gdzie jest chłopak, ale nie uratowało go to od śmierci. (Trzeba napisać, kogo nie uratowało, bo wynikałoby ze zdania, że chłopaka)

Domenic (ze) zdziwieniem na twarzy podciął mu nogi i gdy ten już padł, przebił jego gardło. (Zdziwienie to nie jest wyraz twarzy, który ma się podczas podcinania komuś nóg. Zwłaszcza jeśli ten ktoś jest od nas większy i znacznie cięższy)

Spojrzał na tłuste, owłosione policzki trupa, zastanawiając się nad sensem istnienia takiej jednostki w jakimkolwiek wojsku. Domyślił się natychmiast, że tylko grupka najemników mogła posiadać takiego osła. (No tak, bo w wojsku na pewno nie było żadnych grubych ludzi. Z pewnością byli i z większą lub mniejszą trafnością powiem ci, gdzie dokładnie – w dowództwie :D)

Wniosek był jeden – intruzy(intruzi) to najemnicy, amatorscy łowcy głów.(Co się tak uczepiłeś tych najemników? Nie wiem, może u ciebie są oni jacyś niewydarzeni, ale prawdziwi najemnicy utrzymywali się z walki, służyli za pieniądze w czyichś armiach. Nie mogli więc być jakimiś nieudacznikami, bo zdechliby z głodu – nikt by im nie płacił, by dla niego walczyli. Takie tępaki od brudnej roboty to siepacze)

Przypomniał sobie natychmiast słowa szefa bandy oraz pojął, że to właśnie Wielki Ban, Herben Agaran z Elenboru(przecinek) zlecił im to zadanie. (To kiepsko płaci ten Wielki Ban, że takie ciapciaki się musiały tym zająć:p)

Jeśli przybyli po niego, mógł w tym momencie być w niebezpieczeństwie. (Łał. Niezbyt odkrywcza myśl moim zdaniem – jeśli przybyli po niego, to NA PEWNO był w niebezpieczeństwie)

Dwóch martwych, jeden z odciętą ręką, inny pewnie mu pomagający, jeszcze jednego Oyajin zabił na strychu przed oddaniem(daniem) umówionego sygnału, a więc zostało dwóch bez zajęcia.(Skąd Domenic wie, że staruszek zabił tego gościa? Jeśli czegoś nie przegapiłam, z tekstu nie wynika, że miał skąd się tego dowiedzieć. Umówiony sygnał, jak by sugerował tekst, nie dotyczył raczej zabicia kogoś? Jeśli tak, to powinno to być napisane)

Staruszek musiał wiedzieć, że po niego przybędą, nie bez powodu opracowali plan pokonania intruzów, jednak teraz wszystko spieprzył, wpadli w pułapkę, pozostała dwójka ze(z) pewnością przeszukała już resztę folwarku i wiedzieli(wiedziała), gdzie się skrył Oyajin.(Myśli Domenica są niekonsekwentne – najpierw ma wątpliwości, czy przybyli po staruszka – w końcu mówi "jeśli przybyli po niego", a teraz już jest pewny. Coś tu nie gra)

Kurwa! – wrzasnął w duchu, ryknął jak dzika bestia i wystrzelił jak z procy w stronę chaty. – Obym zdążył, obym zdążył!

Zobaczył jednego z nich już z daleka, siedział na piętrze stodoły i opierał jakąś dziwną rzecz na swoim kolanie(Z kuszy raczej nie strzelało się z kolana. W zasadzie chyba z niczego nie strzela się z kolana). Po chwili dźwięk puszczonej cięciwy rozszedł się po okolicy i pod jego nogami wylądował bełt.[b](Nie chce mi się wierzyć, by obeznany w walce Domenic, umiejący tak świetnie robić mieczem, że potrafi bez najmniejszych problemów odcinać innym ludziom kończyny i podrzynać gardła, nie potrafi na pierwszy rzut oka stwierdzić, że to kusza. To broń znacznie łatwiejsza do używania niż łuk)[/b]

Jestem w dupie, jestem w dupie! Tak bardzo zjebałem, najgorzej jak można! – myślał Domenic, widząc beznadzieję sytuacji. (Do klimatu fantasy nieszczególnie pasują takie wulgaryzmy)

Żołnierz powtórzył uderzenia, a bełt ponownie wylądował obok Domenika, który leżał teraz przygnieciony do ziemi i z żałosną miną wyrażającą ból, gniew, żal i bezsilność. (Po co ten kusznik strzelał w Domenika? Przecież już go powalono i jest nieszkodliwy. Po co marnuje bełty? Poza tym przed chwilą tak wychwalałeś tę kuszę w narracji, a teraz jej użytkownik nie potrafi trafić nawet w leżący cel :p)

To wszystko przelało się w jeden paskudny grymas nie wyrażający(niewyrażający) niczego wymienionego(Gdzie wymienionego? Trzeba to zmienić, bo nie wiadomo, o co chodzi. Inna sprawa, że zaraz po tym przecinku określiłeś ten grymas, a skoro tak, to jednak wyraża coś, co da się wymienić), wyglądało to jak obrzydzenie, zarówno tą sytuacją(przecinek) jak i jego własną osobą.

Mimo to uśmiechał się ze(zbędne) szczerbatą szczęką i nie jęknął ani razu z bólu.(Zbędne – wiadomo, z czego mógł jęknąć, bycie bitym niewielu osobom sprawia przyjemność)

Świat to okrutne miejsce – mawiał Oyajin – pełne okrutnych, podłych, nikczemnych ludzi, ale także takich, którzy czynią dobro.

Dobro jest jednak względne, czyni się je, by nie umrzeć wewnątrz, by nie pozostały po nich(Po jakich "nich"?) banały.(Nie, dobro nie jest względne, dobro to dobro. Zasadnicza większość ludzi wie, co jest dobre, a co złe – po to jest sumienie. Oczywiście bohater może mieć inne zdanie, ale powinien je jakoś uzasadnić, by było jasne dla czytającego, a on tutaj po prostu rzuca serię stwierdzeń)


Po policzku Domenika spłynęła łza, gdy przywiódł wspomnienie z czasów, kiedy jeszcze nie wiedział nic o świecie. (Trzeba się naprawdę postarać, żeby płakać tylko jedną łzą)

Stał teraz poturbowany i bez obu dłoni(A utrata krwi? O innych ranach już nie wspominając), uśmiechał się serdecznie, patrząc na swojego wychowanka.

A teraz muszę ponieść tego konsekwencje. (O, nie, znowu... Dobra, bohater może mieć obsesję, ale mnie naprawdę już męczy oglądanie w każdym fragmencie prawie takiego samego zdania)

W moment(W tym momencie) uspokoił się i pogodził. Nie udało się, druga szansa na wygraną nie nadeszła, więc nie mógł nawet tlić(żywić) nadziei.

Jeśli tego nie zrobisz, spotka cię coś gorszego, (zbędny przecinek) niż śmierć.

Głupota – pomyślał Domenic – najpierw pieprzysz o konsekwencjach, a potem każesz mi żyć za wszelką cenę. Każesz mi być hipokrytą? (O, to, to, to, dokładnie)

W moment(W tym momencie) poczuł przypływ odwagi, przypływ potęgi. W moment(W tym momencie/W tej chwili) zlał się mlask kości i krzyk żołnierza. W moment(Jak wyżej) otworzył oczy i zaklął.

Sytuacja z Garakiem to był wyjątek, nie mógł się on(nie mogła się ona – sytuacja, nie wyjątek) powtórzyć, musiał pokazać sobie, że to, o czym mówił staruszek ma(miało) sens i podążać za tym choćby w otchłań.
Fajnie, że jest kolejny fragment. :) Nie spodziewałam się w sumie retrospekcji, ale cóż, to zawsze wygodny sposób na ukazanie przeszłości bohatera. :p

Niestety, nieszczególnie mi się spodobał ten fragment. W zasadzie nie ma w nim nic, co wzbudziłoby moje zainteresowanie albo dodało coś absolutnie ważnego do tego, co już wiem o bohaterze. Motyw starca nauczającego młodzika jest dość namiętnie eksploatowany i moim zdaniem wypadł w tym fragmencie naprawdę banalnie. Dziadek nakłada bohaterowi do głowy szumnie brzmiących słówek, a potem umiera. Nic nowego, nic zaskakującego. Nie spodobały mi się sceny walk, bo w zasadzie żadnej nie było. Młody bohater idzie przez uzbrojonych po zęby przeciwników jak przez masło, a wszystkie jego "starcia" zawarte są w zasadzie w jednym, dwóch zdaniach. Staruszek nie robi też nic szczególnego poza umieraniem. "Najemnicy" dopiero pod koniec wykazują ślady inteligencji i zmysłu strategicznego.

Sama śmierć starca nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. W zasadzie moim zdaniem nie dodała też nic głównemu bohaterowi – dobra, wyjaśniło się jedynie, kto mu nakładł do głowy tej obsesji o konsekwencjach, która tak działa mi na nerwy swoją, nomen omen, niekonsekwencją. Staruszek wydał mi się takim bohaterem-tłem – jest sobie, nic nie robi, jest tylko po to, żeby były wydarzenia. Dodatkowo próbuje on prawić jakieś morały (gadka o tym, że świat jest zły i tak dalej), ale średnio mu wychodzi. W moim odczuciu nie przekazałeś ustami tego bohatera żadnej ciekawej i odkrywczej myśli, przykro mi. Same mądrze brzmiące stwierdzenia, a jak się je próbuje rozebrać i zanalizować, to w zasadzie nic nie zostaje.

Podsumowując: moim zdaniem taki nijaki ten fragment. Ani nie odkrył jakichś wielkich tajemnic, ani nie zarysował mocniej głównego bohatera. Po prostu jest.

To tyle ode mnie. Czekam na kolejny fragment – ciekawa jestem, jak sobie będzie radzić dorosła wersja Domenica. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#42
Wciąż mało dostrzegam, choć powinienem mieć tych błędów coraz mniej. Dużo skrótów myślowych, jak sądzę, muszę to jakoś przećwiczyć. Po twoich poprawkach doszedłem, nie dopiero teraz, do wniosku, że czasami wyjaśniam rzeczy oczywiste, a to, co powinno zostać rozjaśnione jest wciąż nieuchwytne dla zwykłego czytelnika. Miło mieć takiego uważnego, dokładnego czytelnika, o wiele lepiej jest usłyszeć multum uwag, niż słyszeć ponownie, że jest "spoko". Szkoła wciąż przytłacza, więc w weekendy popracuję trochę nad fabułą, która uciekła mi gdzieś bokiem. Dzięki ponownie za poprawki i uwagi, doceniam. ;)
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
#43
Fragment w porównaniu do poprzednich jest dość krótki, ale to przez brak pomysłu na rozdzielenie. Liczę więc, że uda mi się kolejny wstawić nieco szybciej niż ten. Miłej lektury. :)


*********************************
### Moment ### Część 2 ###
*********************************


Wieś Płoty, do której zmierzał Domenic, leżała niecały dzień drogi od Leitz, więc trafił tam jeszcze wczesnym rankiem. Pierwszym, co ujrzał sennymi oczami po zejściu z gościńca, było wielkie pole, na które zaczęli schodzić farmerzy, by zebrać ziemniaki. Jesienne roboty przed zimą dziesięciolecia pochłonęły także kobiety, które, jak się później okazało, szyły ciepłe ubrania przed domami, wykorzystując ostatnie ciepłe dni w roku.
Wioska zbudowana była po prawej stronie drogi i tylko tam rozciągały się zabudowania, po lewej stał natomiast wielki las iglasty dzielący tereny Leitz od stolicy – Barghis. Według słów Gromnira to właśnie w nim powinna się znajdować rezydencja przyjaciela Garaka. Jeśli wieśniacy wiedzieli o niej nieco więcej, podróż do Płotów była bardzo korzystna.
Tamtejsze zabudowania były chaotyczne, tutaj postawiono stodołę, tam chatę, gdzieś dalej oborę, po zupełnie innej stronie znajdowało się pole, do którego z budynków gospodarczych trzeba było przejść pół wioski. Na dodatek wiele z budynków wyglądało na stare, choć nieuszkodzone. Wokoło nie było też zbyt wielu starców w rodzinnej gromadce, większość z nich przebywała w samotności.
Mimo wszystko nie można się tam było czuć jak pośród śpieszących do roboty ludzi, niemających czasu do stracenia. Domenic czuł zewsząd smród oskarżeń, słyszał złowrogie szepty i widział zatrważającą grozę na twarzach wokół. Te dziwne spojrzenia nie były nadzwyczajne na wsi, gdzie rzadkim widokiem był ktoś obcy, zwłaszcza w okolicach Leitz, a jednak to miejsce czymś się wyróżniało. Jak na złość złowieszczy klimat wspomogły czarne, deszczowe chmury, które zaczęły oblegać wioskę, pojawiając się znikąd.
Domenic podszedł spokojnie do starca stojącego przy płocie i łagodnym głosem zapytał:
– Gdzie znajdę sołtysa? Mam przy sobie zlecenie i chciałbym omówić jego szczegóły – rzekł najbardziej formalnie, jak potrafił, a przy tym tak, by nie można było wyczuć od niego złych zamiarów.
– Zaraz się rozpada – odparł starzec, przenosząc wzrok na zachmurzone niebo. W rzeczy samej, na głowie Domenic poczuł chłodne krople deszczu. Jednak nijak miało się to do jego pytania. Stał tak i czekał, ale nic się nie wydarzyło, a ludzie wokoło stanęli jak wryci i przyglądali mu się bez wyrazu jak kukiełki.
To chyba najbardziej zwariowana wioska, w jakiej byłem... – pomyślał, rozglądając się. Poczuł, jak jego ciało zaczyna drżeć z niepokoju. Spojrzał jeszcze raz na żelazną minę starca i odkrył, że jego powieki się nie poruszały, a w oczodołach zbierają się łzy, by zwilżyć suche oczy.
– Gdzie znajdę dom sołtysa? – zapytał ponownie jak gdyby nigdy nic. Tym razem starzec westchnął przeciągle, popatrzył na rozmówcę i mrugnął, zgrzytając zębami.
– Odejdź i nie wracaj – rzekł ze spokojem, po czym odwrócił się i pokuśtykał do domu. Nagle wszyscy wokoło jak jeden mąż ruszyli się z miejsc, deszcz lunął jak z cebra i zaczęła się zawierucha. Matki z dziećmi popędziły do chat, a robotnicy i farmerzy porzucili swoją robotę i klnąc pod nosem również wrócili pod suchy dach.
Pośrodku zamieszania stał jak kołek Domenic. Zwykły wieśniak bez cienia strachu na twarzy, a wręcz z wrogością, odrzucił jego pytanie i kazał odejść. W tej wiosce bez wątpienia działo się coś dziwnego. Zacisnął zęby i rzucił się za starcem, chwytając go za ramię.
– Patrz! To jest zlecenie, które sami wystawiliście! Widać pieczęć banowską?! – warknął, wciskając mu papier przed nos. Starzec powędrował wzrokiem po linijkach i charknął.
– Napisane, że potwory w skórze ludzkiej? To nieważne, już poradzone – rzekł i zapominając o tym, że przed chwilą kuśtykał, pobiegł do domu i zatrzasnął drzwi. Po chwili wieś i pola opustoszały i słychać było jedynie uderzające o ziemię krople srogiego deszczu.
Co jest, kurwa... – zaklął w duchu. Stał i mókł, czując ucisk w klatce piersiowej i rozlewające się po wnętrznościach ciepło. Znalazł się w sytuacji, w której rozwiązaniem nie byłą przemoc, po raz pierwszy raz w życiu. Schował zlecenie za pazuchę i odszedł od chaty starca, by rozejrzeć się dookoła.
Nie zamierzał odpuścić tak łatwo, mimo że obawiał się magicznego podłoża problemu z wieśniakami. Te drobne szczegóły wzbudzały w nim niepokój, gdyż nigdy wcześniej nie spotkał chłopa potrafiącego czytać, a normalni ludzie nie wystawiają swoich oczu na wysuszenie, nie przymykając powiek przez dłuższą chwilę. Jedyną poszlaką na zrozumienie tego, co działo się we wsi Płoty był sołtys.
Czym prędzej zapuścił się w głąb wioski, szukając budynku wskazującego wielkością na dom sołtysa. Tylko w ten sposób mógł go znaleźć, a skoro wszyscy inni pochowali się w swoich domach, to i on powinien tak zrobić.
Deszcz nie przestawał padać i nie zanosiło się, by prędko do tego doszło, nie był zwykłym przelotnym deszczykiem, a jeśli tak, to Domenic spodziewał się nawet burzy z piorunami, więc chciał jak najszybciej znaleźć się pod dachem. Gdy przestał widzieć jakąkolwiek nadzieję, że w tej ponurej okolicy znajdzie dom sołtysa, w pośpiechu wskoczył do pobliskiej stodoły i odetchnął z ulgą. Czuł, jak palce drętwieją od zimna, a nieprzygotowane na kałuże buty przemokły i stopy w nich pływają. Zaklął cicho i otrzepał się z wody. Już wiedział, że niedługo dopadnie go przeziębienie, jeśli nie kupi porządnego ubrania na zimę.
Uchylił skrzypiące drzwi i rozejrzał się po widocznej okolicy. Dopiero teraz zauważył, że wyróżniający się, wielki dom stał tuż przed wejściem do stodoły. Pomyślał natychmiast, że był zbyt zdezorientowany i zirytowany, by go zauważyć. Spojrzał w niebo z nadzieją, że deszcz lada moment minie, ale nic na to nie wskazywało. Usiadł przy belce podtrzymującej strop, otarł mokrą twarz ręką i zdjął buty. Woda wylała się z przemokniętego skórzanego obuwia jak z wiadra. Domenic obejrzał je i stwierdził, że nie wytrzyma długo. Postawił je obok i zdjął kurtę, natychmiast poczuł ulgę. Westchnął głęboko i przymknął oczy.
Przez tą ucieczkę z Leitz nie mogłem się nawet porządnie wyspać... – pomyślał, przypominając sobie, jak bezmyślnie zachował się poprzedniego dnia, wybijając całą gospodę z obawy przed konsekwencjami. To wszystko zagnało go aż tutaj, gdzie musiał upolować coś, o czym wiedział tylko tyle, że wyglądało jak człowiek.
Siedział, dumając, kim mogły być „potwory w ludzkich skórach”, o których wspomniano w zleceniu. Nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy, ale bardzo prawdopodobnym wydawało się, że to one były odpowiedzialne za tutejsze szaleństwo. Nie miał zamiaru się poddać, ale w głębi duszy żywił nadzieję, że podoła i jakimś trafem jest to związane z rezydencją w lesie.
Ciekawe, jakiej rasy jest ten przyjaciel Garaka... – pomyślał, wyobrażając sobie białowłosego orka w żupanie i gambesonie, który zaprosił go do sytej uczty przy innych orkach-elegencikach. Zaśmiał się z niedorzeczności i od razu zmienił wizję. Tym razem stanął przed nim elegancki, ufryzowany ludzki szlachcic ze szpadą w dłoni, witający go serdecznym ukłonem i życzliwymi pochlebstwami. – Nie, nikt taki nie byłby przyjacielem orka... – stwierdził na koniec, wzdychając.
Nie mając już więcej pomysłów, spojrzał na zewnątrz stodoły. Deszcz lał, jak lał przedtem, nic się nie zmieniło.
Ile jeszcze... – pomyślał, czując, jak dziwny czeka go dzień. Miał wrażenie, że wizyta u sołtysa będzie tym, co nazywane było drogą bez odwrotu. Niezależnie od tego, jak straszne były potwory w ludzkiej skórze, musiał podołać.
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
#44
(15-10-2016, 18:40)DeadHuman napisał(a): *********************************
### Moment ### Część 2 ###
*********************************


Wieś Płoty, gdzie(do której) zmierzał Domenic, leżała niecały dzień drogi od Leitz, więc trafił tam jeszcze wczesnym rankiem.

Tamtejsze zabudowanie(zabudowania) było(były) chaotyczne, nic nie wskazywało na to, gdzie stał dom sołtysa, stodoła czy inne budynki gospodarcze. (Dom sołtysa raczej różniłby się od pozostałych choćby wielkością – szczególnie jeśli, jak napisałeś, był domem, a nie chatą. A nieumiejętność odróżnienia budynków gospodarczych od mieszkalnych wydaje mi się niedorzeczna – trudno byłoby nie zorientować się, czy coś jest chlewem, stodołą, szopą czy chatą mieszkalną)

Na dodatek wiele z nich wyglądało na stare, choć nie uszkodzone(nieuszkodzone). Wokoło nie było też zbyt wielu starców(Jak dla mnie to, że wioska była stara, nie ma większego związku z wiekiem mieszkańców – na wsiach miało się dużo dzieci, więc wielu młodzieńców nie powinno być niczym dziwnym. Chyba że w twoim świecie wszystko jest inaczej), a wręcz przeciwnie, młodzieńcy zalali(zalewali) tę wieś tuzinami.

Mimo wszystko nie można się tam było czuć jak pośród śpieszących do roboty ludzi, nie mających(niemających) czasu do stracenia.

Jak na ironię (Jak dla mnie ironiczna byłaby sytuacja, gdyby pogoda była piękna jak z obrazka, a nie pasująca do nastrojów mieszkańców) złowieszczy klimat wspomogły czarne, deszczowe chmury, które zaczęły oblegać wioskę, jakby broniąc przed intruzami.

(...) ale nic się nie wydarzyło, a ludzie wokoło stanęli jak wryci i przyglądali mu się z niemym wyrazem twarzy.(Każdy wyraz twarzy jest niemy)

Gdzie ja się, do cholery, znalazłem? – pomyślał, rozglądając się wokoło.(Jak to gdzie? W wiosce Płoty. Nawet ja to wiem. Jak dla mnie sensownym pytaniem byłoby "O co tu do cholery chodzi?" albo "Co się tu do cholery dzieje?")

Spojrzał jeszcze raz na żelazną minę starca i odkrył, że jego powieki się nie poruszają(nie poruszały).

– Gdzie znajdę dom sołtysa? – zapytał ponownie, (zbędny przecinek) jak gdyby nigdy nic.

– Czytaj! – warknął, wciskając mu zlecenie przed nos. Starzec powędrował wzrokiem po linijkach i charknął.(Domenic spodziewał się, że zwykły wieśniak, jak go nazwał, potrafił czytać? U ciebie to tak działa?)

– Już nie ważne(nieważne), poradziliśmy sobie.

Ruszył w głąb wsi, szukając budynku wskazującego architekturą i wielkością na dom sołtysa. (A więc jednak twój świat zgadza się z tym, co powiedziałam na początku – coś więc wskazywało na to, który dom jest sołtysa, czy nic?)

Deszcz nie przestawał padać i nie zanosiło się, by prędko do tego doszło. (Dopiero co zaczął, więc niezbyt sensowna taka nadzieja)

Ostatnim, czego Domenic chciał(przecinek) to(była) burza z piorunami, więc chciał jak najszybciej znaleźć się pod dachem. Gdy przestał widzieć jakąkolwiek nadzieję, że w tej ponurej okolicy znajdzie dom sołtysa, wlazł(wszedł/wkroczył – w jakim celu "wlazł"?) do pobliskiej stodoły i odetchnął z ulgą.

Dopiero teraz zauważył, że wyróżniający się, wielki dom stał tuż obok stodoły.(To musiało walić z nieba niezłym wodospadem, że przeoczył taki "szczególik")
Spojrzał w niebo w nadziei, że deszcz lada moment minie, ale nie zapowiadało się na to(Powtarzasz się), więc usiadł przy wejściu, otarł mokrą twarz ręką i zdjął buty. Woda wylała się z przemokniętego skórzanego obuwia jak z wiadra. Domenic obejrzał je i stwierdził, że nie wytrzymają(nie wytrzyma – obuwie) długo.

Postawił je obok siana(Siana w jakiej formie? Stogu? I gdzie tego siana? Leżało sobie tak poręcznie zaraz obok bohatera?) i zdjął kurtę, natychmiast poczuł ulgę.

Westchnął ciężko, siadając obok snopka i nie mając nic innego do roboty, obserwował schnące trzewiki.(Jeszcze nie zaczęły schnąć, bo parę sekund wcześniej zdjął je z nóg)

Ile ja tu już tak właściwie siedzę?(Maksymalnie parę minut, jak wynikałoby z moich obliczeń. Nieszczególnie uzasadnione rozważania) – pomyślał, czując, jak dziwny czeka go dzień.

Miał wrażenie, że wdał się w walkę pomiędzy niczego nieświadomymi wieśniakami a czymś pradawnym, przeklętym i bardzo potężnym kontrolującym ich.(A co mu dało takie wrażenie? Mnie pierwszy do głowy przyszedłby strach spowodowany tym, co wydarzyło się przed przybyciem do wioski, a nie jakaś tajemna siła, która opętała umysły wieśniaków)

Siedział, dumając, kim mogły być „potwory w ludzkich skórach”, o których wspomniano w zleceniu. (A, no i to moim zdaniem powinno być nieco wcześniej, tak żeby te rozważania o pradawnej mocy nie były z powietrza)

Nie marnotrawiąc czasu, wyszedł na srogi deszcz(Było wcześniej takie określenie, znajdź lepiej inne) i okrążył wielki dom, który stał tuż obok. Oglądał go zewsząd, lecz wszystkie jego okiennice były zabite deskami, bardziej wyglądało to na opuszczoną chatę niż dom sołtysa. (Jeszcze niedawno stwierdził, że to wielki, wyróżniający się dom, a to nieco kłóci się ze stwierdzeniem, że wyglądał jak opuszczona chata)

Zaszedł więc od drugiej strony, tam, gdzie powinny być drzwi(przecinek) i gdy już miał zapukać, ciężkie oddechy za plecami zatrzymały bicie jego serca.(Czyli umarł?)


Nie wiecie nawet, co wasz sołtys zlecał? – pomyślał Domenic, przypominając sobie, jak dziwny staruszek odczytywał listę(zlecenie) i mówił, że sprawa załatwiona.

Dopiero teraz zauważył, że obaj mieli ze sobą widły i byli gotowi do dźgania, a ich odzież przywodziła na myśl jedynie zwykłe, robocze, niczym nie wyróżniające(niewyróżniające) się ubrania.

– Potrafisz czytać? – zdziwił się Domenic.(To pytanie powinno moim zdaniem paść przy poprzedniej okazji)

Zwinnie wyjął Mertainera i sieknął w stronę(Źle to brzmi)przeciwnika, napotykając trzonek jego wideł, który dla mindynu nie był niczym twardym i został rozcięty.

Jednak chłop nie zamierzał pozostać bezbronny i zareagował najszybciej, jak potrafił, łapiąc Domenika za kurtkę i rzucając nim gdziekolwiek.("Rzucając" to kiepskie określenie)

Wieśniacy drgnęli, skrzywili się, jęknęli jednocześnie i zaczęli drżeć,(zbędny przecinek) jak z zimna.

Sytuacja diametralnie się zmieniła, teraz obaj wyglądali na przerażonych i skruszonych, nie mieli morderczych zamiarów, a chcieli jedynie przeżyć. Domenic chciał ich zabić, sprawić, by żałowali tego, co chcieli zrobić, ale widząc żałosną twarz błagającego o życie wieśniaka, nie miał serca mu go odbierać.

Wciąż nie był pewien, czy dobrze trafił(Jakim cudem? Wcześniej, o ile pamiętam, stwierdzał, że dom był większy od innych, znów zmienił zdanie?), ale skoro wieśniacy nie wyprowadzili go z błędu, to właśnie tutaj stał dom sołtysa.

Otrzepał się więc z resztek błota, przetarł twarz i włosy(Chwilę wcześniej napisałeś, że miał ręce w błocie, więc po przetarciu jego twarz i włosy byłyby jeszcze brudniejsze :p), po czym podszedł do drzwi, pod daszek, gdzie deszcz już go nie sięgał.

Po chwili drzwi zaskrzypiały i uchyliły się, ukazując ciemne wnętrze, a pośród niej(w środku/wewnątrz) małej postury człowieka(człowieka małej postury) oświetlonego przez światło dnia.

– A ty... to kto? – zapytał młodym głosem(Głos nie może być młody), który z pewnością do sołtysa należeć nie mógł(nie mógł należeć do sołtysa).

– Najemnik, Domenic, chuj wie skąd. (Przed chwilą stwierdzał, że niezbyt grzeczne będzie powitanie zleceniodawcy ubłoconą ręką, a teraz wita go wulgaryzmem?) Sołtysa zastałem może? – odparł bezzwłocznie, próbując nie pokazać krztyny strachu, żadnej słabości.

Nieznajomy nic nie odpowiadał, nastała głucha cisza przerywana grzmotami w oddali i uderzającymi wielkimi kroplami o strzechę(i szumem wielkich kropel uderzających o strzechę).

Domenic czuł narastające napięcie, nie widząc twarzy swojego rozmówcy, znów miał wrażenie, że znalazł się w sytuacji, której nie rozumie.(Jak mógł mieć wrażenie, że jest w sytuacji, której nie rozumie? Albo rozumiał tę sytuację, albo nie, innych opcji dla takiej sytuacji nie widzę, nie ma tu miejsca na "wydawanie się")

Znów nie jestem szczególnie zadowolona. W zasadzie nic konkretnego się nie dowiedziałam, nie stało się póki co nic, co wzbudziłoby we mnie niepokój. Owszem, zachowanie wieśniaków jest dziwne, ale według mnie zmarnowałeś okazję na zbudowanie napięcia i podsycenie ciekawości. Na ten moment po prostu niezbyt wiem, o co chodzi, ale nie czuję się skłoniona do rozważań, co też się wydarzyło.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Złoty amalet Blockfush 8 1,899 17-02-2018, 21:44
Ostatni post: Vetala

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości