Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Złoty Gepard
#1
Mój chyba drugi tekst na tym koncie i wstawiam go z nadzieją, że wytkniecie mi, co jest z moim warsztatem nie tak. Może i początkującym nie jestem, ale na pewno nie mogę siebie nazwać w jakikolwiek sposób doświadczonym. Kiedyś już tu byłem, ale to zamierzchłe czasy. Jak mawia klasyk – dawno i nieprawda. ;)

"Złoty Gepard" to zbiór opowiadań połączonych ze sobą fabularnie, ale same posiadające pojedyncze historie, niektóre zupełnie niezwiązane z głównym wątkiem.


Spis treści:
Spoiler:



*******************************
### Bir'Oak ### Część 1 ###
*******************************


Ork wszedł do chaty, zatrzaskując za sobą drewniane drzwi, zakurzyło się. Spojrzał na meble, przeanalizował i z zadowoleniem się uśmiechnął. Wyjął z kieszeni małą kuleczkę, pośrodku niej widniał niewielki przycisk, który to odmieniec ostrożnie wcisnął.
Niebieskie opary wyleciały z kulki, spowijając całą chatę. Ciemności, które tu panowały, powoli zostały przysłonięte przez błękitną poświatę. Ork zaczął się cofać, aż stanął pod ścianą.
Czekał, stał sztywno, aż nagle pojawiła się błyskawica. Uderzyła parę razy w podłogę, nie robiąc jej przy tym szkód, nawet nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Na środku izby zapłonął ogień, który począł się rozszerzać i rozszerzać, przyciągając do siebie wszystko dookoła. Meble lgnęły do niego niczym muchy, dało się słyszeć zdzieraną lekko podłogę. Mieszaniec ledwo trzymał się ściany, od której odrywało małe kawałki.
Meble i wszystkie inne przedmioty spłonęły w mgnieniu oka, gdy tylko dotknęły dzieła włochacza. Zaczął on dzięki temu nabierać kształtów, na początku przypominały one samego twórcę, który był całkiem postawny, lecz później przerodziło się to w kształty zgrabnej kobiety. Następnie ogień zaczął gasnąć, a spod niego wyłoniła się skóra, całkiem ludzka i nienaruszona.
Ork uśmiechnął się i z podziwem obserwował przemianę, odrywając się wreszcie od ściany. Niebieski dym zniknął, płomienie także, a teraz pośrodku izby stała obnażona, piękna kobieta o szpiczastych uszach. Padł na kolano, szczęknęły nagolenniki, brzęknęło złoto w sakwach, zatrzeszczała żałośnie podłoga.
– Pani moja... – mruknął gardłowym głosem.
Czarnowłosa kobieta chwilę stała na baczność, po jakimś czasie otworzyła oczy i odetchnęła. Miała intensywnie zielone tęczówki różniące się od ludzkich, to one przykuwały największą uwagę. Jak trawa wpleciona w oko, jak liście wygniecione przez silną rękę; kawałki różnych odcieni zielonego komponowały się tak idealnie, że jeśli się nie przyjrzysz, nie zauważysz różnicy.
– Dziękuję ci, Garaku, że nadal posłusznie wykonujesz przeznaczone ci zadanie. Odkąd jesteś orkiem, nie musisz już...
– Ależ muszę, pani Raben, muszę. Nie powinnaś mi ciągle tego wmawiać, nie kieruje mną natura.
– Więc mów.
Ork wstał i spojrzał elfce w oczy, zahipnotyzowały go, na chwilę przeniósł się do innego świata, gdzie podróżował między skrawkami zielonych chmur oderwanych od jednej ogromnej, do której właśnie zmierzał, lecz nie zdążył, zabrała go z powrotem, pociągnęła w dół, znów znalazł się w stęchłej chatce naprzeciwko Niej. Cóż, tak czy inaczej nie miał na co narzekać.
– W Elenborze znalazłem jednego – oznajmił. – Zmiennokształtny, bez dwóch zdań. A tutaj, w diamentowym borze, spoczywa zakopany Bir’Oak. Co dziwne, nie wyczuwam jego aury, możliwe, że już go tutaj nie ma, ale i tak sprawdzę to miejsce. Jeśli jest tym prawdziwym Bir'Oak'iem, mógł ukryć swoją obecność, więc muszę przygotować wywar z pateksuli. Znajdę je bez problemu, nie masz się o co martwić, pani...
– Jak zwykle wykonujesz wszystko celująco – stwierdziła kobieta, robiąc krok w stronę Garaka, na policzkach wykwitł jej ogromny rumieniec, a nieco niżej słodki uśmiech.
– Pani... – niemal pisnął, była tak blisko niego, że nie mógł się oprzeć. Usłyszał pochwałę, zuchwałość znów dostała się do jego serca. – Czy mogę prosić o te… kilka minut? Proszę, to dla mnie ważne...
– Jesteś mi lojalny i nigdy nie spoglądasz na mnie z pożądaniem. Starasz się z całych sił i wierzysz we mnie. Zawsze przedkładasz moje życie ponad swoje. Ale proszę, nie ryzykuj dla mnie, nigdy tak nie rób. Nie powinieneś, zadanie nie jest najważniejsze. – Dotknęła jego policzka. On czuł się jak potwór niczego nie warty, brzydził się swoim wyglądem, a ona dotykała go, tak piękna, młoda, mądra, perfekcyjna, prawdziwa natura świata... – Myślę, że zasługujesz na to, o co prosisz. Zasługujesz na wiele więcej, choć nie mogę ci wiele dać... Ale jeśli przyjmiesz to, co jestem w stanie...
– Pani... – powtórzył ork, a w jego głosie drżał zachwyt i podniecenie.
Raben położyła palec na jego ustach. Poczuł tę delikatność, to ciepło, przeszyły jego ciało. Poczuł się młodziej, tak jakby wykąpał się w gorącej wodzie lub obudził się wyspany po długim męczącym dniu. Spojrzał na swoje ręce, już nie były takie same, wyglądały zupełnie inaczej, tak jak chciał, by wyglądały. Skóra miała tę delikatność i piękno. Dotknął swojej twarzy i nie czuł już paskudnych orkowych włosów, które niegdyś pokrywały mu całą twarz, teraz znajdowała się tam zwyczajna skóra, napięta i jędrna. Dotknął uszu, znów były szpiczaste jak należy, nie położone, nie wygięte.
Stał się elfem. Na te kilka minut, za pozwoleniem jego pani. Życie wróciło, nabrało znów sensu, nabrało nowej barwy. Czuł, że przed sobą ma przyszłość pełną szczęścia. A Ona, jego idealna Pani, stała przed nim naga i zbliżała się do niego. Jej usta były tak kuszące, tak zniewalające. Kutas nigdy nie zawładnął nad nim, nigdy nie czuł się tak jak teraz. Kolana miękły, uginały się, nogi miał jak z waty. Mimowolnie sięgnął ręką, dotknął jej piersi delikatnie, przez ciało przebiegł dreszcz i zachwyt.
Poczuł to coś w jej oczach. Bez przerwy się w nie wpatrywał, czyżby ona także uległa? Powiedziała, żeby nie ryzykował życia... Zależy jej na nim? Jego wargi nie były już napuchnięte, nie wstydził się ich, chciał postawić wszystko na jedną kartę. Pocałował ją, rozerwał to, co ich dzieliło i niemal rozpłynął się w błogości. Ta jedna chwila była tą upragnioną, mógł zatrzymać się w czasie i nigdy nie wracać.
– Posiądź mnie – rzekła, odklejając się od jego warg i spoglądając mu w oczy. Widział tę przeszywającą ciało zieleń, bał się jej, ale i ją kochał. To ona wskazała mu drogę, także teraz. – Posiądź mnie teraz. Chcę cię wynagrodzić, a mogę tylko tak, gdyż... – Zamarła, z oczu popłynęły jej łzy, tak niebiańsko błękitne. Wytarł je swoim kciukiem, który już nie był szorstkim paluchem. – Kocham cię, Garaku.
I pośród drzew w tym gęstym lesie, ten pierwszy raz, zrobił to, czego naprawdę chciał. Jeszcze raz wykonał jej życzenie.

***


Uciekł stąd dokładnie dziesięć lat temu, a wrócił dopiero teraz – z ciekawości i po zarobek. Sam nie wiedział, dlaczego zdecydował się tutaj przybyć, kiedyś omijał to miejsce szerokim łukiem. Elenbor – miasto wspomnień, miasto tętniące kulturą, brakiem kurestwa i wiecznymi, ciągnącymi się zachciankami bana. Wady i zalety, jak zawsze.
Strażnicy przy bramie przepuścili go bez problemu, wybałuszając swoje pełne barbarzyństwa oczy w zdumieniu. Bo kim byli żołnierze potwora Herbena, jeśli nie barbarzyńcami bez sumienia?
Zwykli mieszkańcy miasta już go nie znali, nie poznawali, może nie pamiętali, a może nie chcieli znać. Ignorowali, jakby nigdy go tu nie było. Cóż, w końcu nie każdy musiał... Skarcił siebie za zuchwałość i ruszył dalej, dzierżąc w ręce zwitek papieru. Zlecenie, bardzo korzystne zresztą. Musiał się widzieć z banem tych okolic, z samym Herbenem Agaranem.
Idąc pod górkę i mijając plac targowy, szybko można było dostać się do ratusza, gdzie przesiadywał aktualnie ban. Było to odludne miejsce, ubocze miasta, rzadko ktoś się tutaj zapuszczał, a mieszkała tutaj głównie biedota utrzymująca się z posług ich wielkiemu panu.
Elenbor odznaczał się dość szczególnym układem ulic. Brukowane i szerokie znajdowały się jedynie na uboczu miasta, stanowiły swoistą obwodnicę dla właściwej części miasta – akademia, w której wykładali uczeni i czarodzieje, balwierz słynny na całe Ralock z najbardziej ekskluzywnymi cenami, jakie można było znaleźć, a nawet muzeum, w którym legendarne traktaty, pokoje, rozejmy i wszystkie inne wartościowe starocie znalazły sobie miejsce. Atrakcji, jeśli tak można było to nazwać, było o wiele więcej, niestety najemnik niezbyt się tym interesował i nie wiedział zbyt wiele, zawsze stronił od miejsc kultury, w tłumie czuł się tak zwyczajny jak reszta. A przecież nie był.
Wszedł przez główne drzwi i skręcił w prawo. Z tego, co pamiętał, to właśnie tam znajdowała się komnata bana. Bruk, wszędzie wokoło bruk, aż trudno było uwierzyć, że w tak biednym, ociekającym obskurnością miejscu mieszka szlachetny ród Agaranów. Widząc, że strażnik ma w poważaniu nowo przybyłego gościa i woli grać w karty z kompanem, popijając jakieś śmierdzące piwsko, zapukał.
– Kogo licho znowu niesie, do jasnej...
Drzwi otwarły się na oścież, a stanął w nich postawny mężczyzna w żupanie i z ciemnobrązowymi, schludnie ułożonymi włosami. Twarz jegomościa przywodziła na myśl małpę o żuchwie wyciągniętej do przodu. Orangutan, tak chyba nazywał się ten gatunek, o ile pamięć go nie myliła.
– Nosz kurwa, a już myślałem, że ci zwiadowcy to albo mają pizdy zamiast oczu, albo mnie w chuja robią dla zachcianek – rzucił powitalnie Herben, zapraszając gościa gestem do środka. Strażnik zamknął za nimi drzwi.
W komnacie siedział jeszcze ktoś inny, również znajomy. Sam syn Herbena, Lee Agaran, wysoki, szczupły, o delikatnych rysach twarzy, zielonych oczach i w znacząco różnym od ojca stroju, bo w skórzanej kurtce. Jej ćwiekowane naramienniki były charakterystyczne dla uzbrojenia Elenboru.
– Domenic... – mruknął syn bana, wstając nagle. Na jego twarzy malowało się zdziwienie podobne do tego, które czuł sam gość. Dopiero teraz zauważył, że zza jego pleców wystawały rękojeści dwóch mieczy, co spotęgowało zdumienie.
– Tak, w rzeczy samej. Domenic – powtórzył Herben nieco ciszej, wzdychając i siadając na fotelu. Lee również wrócił na miejsce, wydawał się być nieco nieśmiały.
Ban pokazał wolne krzesło przed sobą, więc usiadł, czując pod stopami kłujące niczym kolce bąble. Zbyt długo był w podróży.
– Może się sobie poprzedstawiamy? – zagadnął ban, uśmiechając się serdecznie. Wszyscy robią taki sam fałszywy uśmiech, kiedy próbują wypaść w czyichś oczach dobrze.
– Nie przyszedłem tu, by wymieniać uprzejmości, a i przecież dobrze się znamy, nieprawdaż? – odburknął najemnik.
– Hm. Nie takim cię zapamiętałem. Byłeś raczej małym, zasmarkanym gnojkiem bez zadatków na wojaka. A tu proszę, co trzyma w ręce...
– Zlecenia na miecz jeszcze nie miałem. To może być ciekawe.
Chwila ciszy i bacznych spojrzeń. Lee obserwował Domenika, jakby był czymś do smakowania i podziwiania, a Herben z ciekawością i zadowoleniem, jak na nowy nabytek.
– Hm, przeanalizujmy naszego gościa. Niepoukładane kruczoczarne włosy, rzadkie niebieskie oczy, przystojna, zacięta twarz przypominająca moją w młodości, budowa ciała godna niejednego wojaka, miecz półtoraręczny u pasa, lekka zbroja z... – Powąchał, przerywając na chwilę wypowiedź. – Och! Zapach niedźwiedziej skóry, jeszcze świeże... Ogoniary?
– Blisko. Leszczanowo – odparł Domenic, udając, że nie jest zdziwiony. Nie każdy potrafi wyczuć tak słaby zapach, a już na pewno nie siedzący wśród komnat i ksiąg szlachcic. A określić, skąd pochodzi?
– Argh... No nic, widać, że nie obchodzi cię styl, wygląd czy nawet jakość. Zostałeś więc najemnikiem? Mieczem do wynajęcia?
– Mhm, dlatego wiem, że postąpiłeś bardzo lekkomyślnie, rozsyłając zlecenie dotyczące legendy na cztery strony świata. Jeśli ona okaże się prawdą, to z pewnością każdy zrobi cię w chuja.
– Głupiś. Spójrz na nagrodę.
– Jeśli zobaczą, jaka jest za niego nagroda, zaryzykują i sprzedadzą go u jakiegoś kolekcjonera, a nuż zapłaci im więcej...
– Obeznanyś...
– Doświadczony. Więc zacznij wreszcie gadać, gdzie on dokładnie leży, nie mamy całego dnia – skłamał, mieli mnóstwo czasu.
Herben spojrzał kątem oka na swojego syna, który nadal siedział cicho, obserwując każdy gest Domenika. Uśmiechnął się, jakby czytając mu w myślach. Najemnik też chciał wiedzieć, ale musiał się obejść bez tego. Przynajmniej na razie. Nawet te pytania, które tak długo chciał zadać, musiały zaczekać.
– Elfie podania głoszą, że ostatni elf w bitwie z łowcami, jakieś sto lat temu, dzierżył niezniszczalny miecz z mindynu. Trwały, nieskazitelny, ostry, coś jak ulepszona stal.
– Daruj sobie opisy mindynu, bo sam wiem o tym co nieco i znam jego możliwości. Możemy przejść do konkretów? – przerwał Domenic, czując znużenie.
– Będziesz tego żałował, nawet nie wiesz, jak świetnie opowiadam... – stwierdził z niezadowoleniem Herben, ale widząc zdecydowaną twarz najemnika, zaczął: – Niedaleko, jakieś dwie staje stąd, leży diamentowy bór, a pośrodku niego znajduje się wielka polana. To tam odbyło się to starcie i to tam wykończono rasę elfów. Bir'Oak musi gdzieś tam leżeć, zakopany, więc musisz się nieco napracować, jeśli chcesz zarobić.
– Bir'Oak... – powtórzył Domenic, czując, jak ta nazwa wydrąża w umyśle dziurę i osadza się w niej. Przez chwilę nie potrafił myśleć o niczym innym, jakby wszystko prócz tej jednej myśli było nic niewartą stratą czasu.
– Hipnotyzująca nazwa. Podobno klinga ta jest tak piękna, że ludzie szaleli na jej punkcie i tracili zmysły. Elfia robota, więc w sumie nie dziwota – odezwał się Lee, krzyżując ręce na piersi. Najemnik spojrzał na niego i zmierzył wzrokiem. Pewnie też był najemnym mieczem.
– Dlatego chcę go mieć. Dla siebie. Może wystawię w jakimś muzeum, chuj wie. Bądź co bądź, ktoś mi go kiedyś przyniesie albo...
– Albo straci palce? Przypalisz mu stopy? Nabijesz język na gwóźdź? Jakie macie tutaj metody tortur?
Herben oniemiał na chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Po samej jego minie najemnik domyślił się, że nie miał nic na swoją obronę. Wiedział to już zresztą wcześniej, kiedy wieśniacy narzekali na niego, a chłopi klęli, że kiedyś dopadnie go kara boska.
– Nie udawaj, że nie słyszałeś – dodał. – Jesteś zwykłym skurwysynem, którego powinni wybatożyć za wszystkie krzywdy wyrządzone tym ludziom...
Kurwa, po co to teraz wyrzucam? – skarcił się w myślach.
– Jakim ludziom? – zdumiał się ban, rozkładając ręce. Jego spokój był zadziwiający. – Wszystkim chłopom i wieśniakom zapewniłem dobrobyt. Handel i kultura rozwija się, gospodarka pnie w górę, Elenbor dawno nie miał w skarbcu tylu złotych monet, których nie musi teraz nawet wydawać! Wydajna praca i dobra płaca, to wszystko. A to, że czasem znajdzie się jakiś szczyl, który próbuje mnie zdetronizować to...
– To?
Herben momentalnie zmienił wyraz twarzy, oparł się łokciami na kolanach i spojrzał najemnikowi prosto w oczy. Był w nich chłód i zawzięcie, jakie objawiało się także w oczach Domenika.
– Elenbor jest najbardziej rozwiniętym pod względem gospodarki miastem w tym zawszonym kraju – rzekł wreszcie beznamiętnym głosem. Brzmiało to tak, jakby nie odczuwał żadnych emocji mimo używanego słownictwa. – Zamierzasz mnie nienawidzić tylko dlatego, że stosuję niekonwencjonalne metody? Własne metody? Ludzie muszą czuć szacunek i strach, tylko tyle jest potrzebne do utrzymania władzy. Dzięki mnie ród Agaranów będzie panował w Elenborze po kres Ralock. Nawet wbrew temu, co mówisz, Lee...
Kończąc wypowiedź, spojrzał na swojego syna, który nie zareagował na bezpośredni zwrot do niego. Ban znów odwrócił głowę w stronę gościa.
– A gdzie twoje sumienie?! – fuknął Domenic, niemal krzycząc. Uważał, by Lee nie stanął w obronie ojca, ale ten najwyraźniej nie zamierzał, bo przyglądał się całej rozmowie z niemym zainteresowaniem.
– Sumienie wjebałem do gnoju i codziennie pierdolę się z nim, by mi przebaczyło. Znasz ten cykl?
– Znam, i równie dobrze, patrząc na twoją zdolność do opowiadania, mógłbyś wykładać na akademii w Elenborze zamiast nim rządzić.
– Myślisz, że na wykładach nie przypierdoliłbym niesfornym gnojkom jakimś wskaźnikiem?
Twarz bana wykrzywił zgniły uśmiech, prawdopodobnie z satysfakcji z błędu rozmówcy.
– Racja, to jednak zły pomysł...
– Posłuchaj... – zaczął, zniżając ton głosu. Brzmiał teraz jak bajarz opowiadający o mrocznych czasach i śmierci. W sumie to dużo się te wypowiedzi nie różniły. – Polityka to polityka i, jak zauważyłem, gówno o niej wiesz. Nigdy nie musiałeś wymyślić dobrej intrygi przeciwko swojemu przeciwnikowi, który chciał posadzić zad na twoim stołku. Nigdy nie musiałeś się poświęcać i upokarzać, by wreszcie przegnać intruza albo nie dać się upokorzyć przez przeciwników politycznych. I czekać na, kurwa, kolejnych, których zawsze przybywało i nigdy nie ubywało. Nie wiesz, co to znaczy, Domenic, więc nie pierdol, że sumienie w polityce jest ważne. Nie ma miejsca na sumienie. Koniec rozmowy.
Herben machnął krótko ręką, ucinając temat. Widocznie jego cierpliwość miała swoje granice.
– Jak chcesz... – odparł Domenic, czując, jak gniew w jego ciele przybiera rozmiarów ego bana. Niestety nie mógł z tym teraz nic zrobić, nie mógł tego pokazać, przynajmniej nie teraz.
– Właściwie to czemu cię to interesuje? Przecież przyjechałeś tutaj w interesach.
Zmełł w ustach przekleństwo. Tak nie było, ale oficjalnie musiało być. Przynajmniej teraz. Założył maskę ponownie i kiwnął nieśmiało głową. Herben z satysfakcją uśmiechnął się i spytał:
– Napijesz się?
Masko, nie mogę pozwolić ci pęknąć drugi raz – pomyślał, gryząc się w język.
– Chętnie – skłamał.
Lee chwycił antałek i wyciągnął z szafki kufel do pary z dwoma już stojącymi na stole. Nalał piwo do wszystkich trzech, jeden z nich podał Domenikowi.
– Pij, prosto z Konkordii. Importowałem specjalnie, by zasmakować, ale kopa ma takiego, że kilka dni się nieświadomy krzątałem.
– Za co pijemy? – zapytał Domenic z uprzejmości.
– A za co piją prawowici Raloccy obywatele? – odparł Lee, unosząc kufel wysoko.
– Chuj, jebał pies – skwitował Herben, biorąc potężny łyk. Reszta zrobiła to samo.
Domenic poczuł, jak piwo wpływa mu do żołądka i gdyby nie wiedział, że alkohol nie zadziała tak szybko, po jednym łyku, pomyślałby, że staje się pijany. Dziwne uczucie, pierwszy raz takiego doświadczył.
– Argh... Gorzkie w cholerę! – krzyknął. Po chwili jednak wziął drugiego łyka, przy którym pociągnął całość kufla. Ban niemal zachłysnął się trunkiem z podziwu.
– O kurwa, nasz mały Domenic ma spust jak twoja matka biust! Ha! – skwitował, zwracając się do Lee, choć on nie podzielił tego entuzjazmu.
Domenic dopiero teraz rozejrzał się po komnacie i dojrzał na przeciwległej ścianie wielki portret samego bana. Obok wisiał miecz dwuręczny, dość mocno zardzewiały, ale pewnie stanowił pamiątkę rodową, tylko dlaczego nikt go nie wypolerował? Z pewnością miał od tego służących, ale nie miał ochoty o to pytać... Zdobione meble, baldachim nad łożem i wytworny dywan nadawały temu miejscu charakter oficjalny, choć dziwił się, że Herben ignorował błoto, którego on naniósł na jego piękną podłogę.
– Duży ten bór? – spytał nagle, wpatrując się w obraz przedstawiający okolice Elenboru.
– W chuj i w pizdu. Jak się tam ktoś zgubi, to jak amba. Moi ludzie, na ten przykład, poszli tam w pięciu woja i nie wrócili. Pewnie wilki ich rozszarpały, albo chuj wie co.
– Czyli polany nie znaleźliście!? – warknął Domenic, po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. W pogoni za legendą miał ryzykować życie?
– Nie znaleźliśmy, ale na pewno tam jest, tylko że głębiej, prawdopodobnie bliżej Selrodu. Może nawet za jego granicą. No, już, ruszaj. Ja tutaj jeszcze muszę się rozmówić z Lee...
Najemnik prychnął w odpowiedzi i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi. Na co on liczył? Odpowiedzi nie uzyskał, a jedynie wypił przyjacielskiego kufla ze starymi znajomymi. Mógł chociaż przywalić Herbenowi w ryj, ale na to już też za późno. Przygryzł wargę, by powstrzymać się od powrotu do środka.
Ruszył ku wschodniej bramie, mijając przy tym targ i plac wisielców. Łopatę złapał gdzieś po drodze, stała oparta o dom niedaleko ratusza. Skoro nikt jej nie używał, to czemu potrzebujący nie mógł jej sobie pożyczyć?
– Tyćko słaba tera zima, nie? – rzucił jakiś obywatel, wychodząc z chaty. Domenic nie widział jego rozmówcy, dopóki nie wylazł z drzwi zaraz za nim.
– Ano. Mówią, że następna będzie w śniegi obfitować, więc nie narzekajmy – odparł po chwili. Obaj minęli wędrującego najemnika, nawet nie zwracając na niego uwagi.
W rzeczy samej. Dawno nie było porządnej zimy, w Ralock to nie pierwszyzna. Śnieg spadał raz na dziesięciolecie, ale gdy już był, to okna pękały od zimna, a strzechy niemal zapadały się od ciężaru śniegu. Nie są to wtedy dobre czasy dla najemników, dla łowców głów, dla myśliwych i wszystkich innych, którzy pracują w terenie. Dlatego już teraz Domenic musiał szukać miejsca na zimowanie, a także i pieniędzy na przeżycie do tej pory. Czasy ciężkie, każdy trzyma każdy grosz przy duszy, więc najemnicy łatwego życia nie mają. Szczególnie tacy osobliwi, z sumieniem, z zasadami.
Rozejrzał się tuż przed wyjściem z miasta. Ludzi była cała kupa, to tutaj właśnie miasto zaczynało dzielić się na dzielnicę biedy i dzielnicę kultury, w samym centrum zaś znajdowała się słynna na cały kontynent Akademia Elenborska. Ściągało tutaj mnóstwo młodzianów pragnących wiedzy z całego świata, przed powstaniem łowców mieszańców przybywali tu także odmieńcy, ale te czasy odeszły w zapomnienie… Westchnął i ruszył dalej, mijając zgraję ośmiolatków. Mimowolnie się uśmiechnął. Mimo że ban torturował mieszkańców i często zabijał niektórych z nich, z niewiadomych nikomu powodów, ludzie byli szczęśliwi i mieszkali tutaj, jakby miasto było  najcudowniejszym miejscem na świecie.
Ze wschodniej bramy ruszył prosto, tak jak mówił Herben. Dwie staje i jest bór. To na granicy z Selrodem, państwem, które nie podpisało reformy łowców mieszańców. Widocznie ostatnie elfy próbowały dostać się za granicę, ale w borze napadli ich łowcy. Tak polegli, tak wyginęli. A teraz hieny cmentarne naruszały ich naturalny pochówek.
Świadom był, że z pewnością jacyś poszukiwacze się już znaleźli, możliwe nawet, że ktoś miecz znalazł i z nim uciekł. Chociaż tysiąc sztuk złota to łakomy kąsek dla każdego, a jedynie Herben, jedyny wśród banów Ralock, mógł poszczycić się tak sowitą zapłatą za jakiś miecz, nawet jeśli był legendarny. Cóż, w legendach nie zawsze istnieje choć ziarnko prawdy, w większość pozostają one jedynie bajaniem.
Zachmurzone niebo dało o sobie znać, burknęło złośliwie i ściemniło się jeszcze bardziej. Zbliżała się burza. Krople deszczu spadały wokoło wędrującego najemnika, jakby go omijając, a liście napędzane wzmożonym wiatrem biły go po twarzy. Mimo że śniegu nie było, to ta zima nadal była niezwykle irytująca.
Bór znalazł dwie staje od Elenboru. Tak jak mówił ban, był ogromny i z pewnością cały dzień zajmie szukanie tej całej polany, na dodatek zbliżała się burza. Zmełł przekleństwo, splunął w bok z myślą o Herbenie i ruszył w głąb, mając przed oczami wyobrażenie legendarnego ostrza, które miał tam znaleźć…
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Początek odrobinę sztywny, powiedziałbym, że za sztywny. Później, szczególnie po prologu, wydaje mi się, że jest lepiej. Albo się po prostu przyzwyczaiłem, ale raczej to pierwsze. Gdzieniegdzie powkradały się dodatkowe akapity w środku zdań, a w niektórych miejscach ich zbrakło z kolei, ale to pomniejsza kwestia.

Rozumiem, że ban to coś w rodzaju lorda/namiestnika? Jeżeli to jest dosyć popularne, to najwyraźniej jestem jakiegoś rodzaju ignorantem, to z kolei nie jest dziwne :D W każdym razie, odrobinę drażniło mnie to, że ban tak luźno rozmawiał z najemnikiem. Może coś tam ich łączyło w przeszłości, co można wywnioskować gdzieś z rozmowy, ale nie wiem, czy to było aż tak poważne. Ale, jak napisałem, to tylko trochę mnie drażniło.

Dialogi są całkiem niezłe. Luźne, podoba mi się to (taki trochę paradoks, patrz wyżej xD). Jak czasami ciężko zbalansować bluzgi w dialogach, by to nie brzmiało po prostu obscenicznie i nader wulgarnie, to myślę, że ci się całkiem udało. Ot, trochę jak zwykła rozmowa.

Fabularnie przyciągnąłeś moją uwagę. Poczułem się jednak zainteresowany dopiero we fragmencie z najemnikiem. Ciężko mi powiedzieć coś więcej, chociaż pomysł elfa zaklętego w orka ma potencjał.

W każdym razie, z chęcią przeczytam więcej, jak coś wrzucisz :)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#3
Dobra, to i ja dorzucam porcję od siebie.
(07-06-2016, 14:00)DeadHuman napisał(a): Wyjął z kieszeni małą kuleczkę, po środku(pośrodku) niej widniał niewielki przycisk, który to odmieniec ostrożnie wcisnął.

Ork zaczął się cofać, aż stanął pod ścianą. Czekał, stał sztywno, aż nagle pojawiła się błyskawica.

Na środku izby zapłonął płomień, który począł się rozszerzać i rozszerzać, przyciągając do siebie wszystko dookoła.

Meble lgnęły do inspirującego (Zupełnie nie pasuje mi to słowo w takim kontekście) ognia niczym muchy, dało się słyszeć zdzieraną lekko podłogę.

(akapit)Meble i wszystkie inne przedmioty spłonęły w mgnieniu oka, gdy tylko dotknęły dziwnego płomienia. Zaczął on dzięki temu nabierać kształtów, na początku przypominały one samego orka, który był całkiem postawny, lecz później przerodziło się to w kształty zgrabnej kobiety.

(zbędny akapit)
Odmieniec padł na kolano, szczęknął ekwipunek(Napisałabym dokładniej, bo na sobie mógł mieć rozmaite rzeczy oprócz pancerza), zatrzeszczała żałośnie podłoga.

(akapit)Ork wstał i spojrzał elfce w oczy, zahipnotyzowały go, na chwilę przeniósł się do innego świata, gdzie podróżował między skrawkami zielonych chmur oderwanych od jednej ogromnej, do której właśnie zmierzał, lecz nie zdążył, zabrała go z powrotem, pociągnęła w dół, znów znalazł się w stęchłej chatce naprzeciwko Niej.

– Jak zwykle wykonujesz wszystko celująco – stwierdziła kobieta, robiąc krok w stronę Garaka, na ustach wykwitł jej ogromny rumieniec i słodki uśmiech. (Na ustach nie wykwita rumieniec)

(...) Zawsze przekładasz(przedkładasz) moje życie ponad swoje.

Młodość niemal wsiąkła w jego tożsamość, nie czuł tego od tak dawna. (Nie ogarniam tej... metafory?)

Spojrzał na swoje ręce, już nie były takie same, wyglądały zupełnie inaczej, tak,(zbędny przecinek) jak chciał, by wyglądały.

Skóra miała tę delikatność, miękkość, gładkość i młodość, piękno. (Według mnie zbyt często powtarzają się podobne określenia, nudą trochę zawiewa)

Życie wróciło, nabrało znów sensu, nabrało... życia. (Życie nabrało życia? Ubrałabym to w nieco inne słowa, naprawdę dziwnie brzmi, celowo czy nie)

Nigdy jego dolna część(To również ujęłabym inaczej, bo ta dolna część dziwnie brzmi) nie czuła tego, co teraz, kolana miękły, uginały się, a nogi stały się watą. (Lepiej według mnie "jak/niczym z waty" czy coś)

Ręka mimowolnie wyruszyła(Mimowolnie wyciągnął rękę – po co komplikować, ręce się same nie wyciągają, a tym bardziej donikąd nie wyruszają), dotknął jej piersi delikatnie(delikatnie dotknął), przez ciało przebiegł dreszcz i zachwyt.

(akapit)– Posiądź mnie – rzekła, odklejając się od jego warg i spoglądając mu w oczy.

Wady i zalety, jak każde(wszędzie/zawsze).

Bo kim byli żołnierze potwora Herbena, jak(jeśli) nie barbarzyńcami bez sumienia?

(akapit)Wszedł przez główne drzwi i skręcił w prawo. Z tego, co pamiętał, to właśnie tam znajdowała się komnata (zbędny akapit)bana. Widząc, że strażnik ma bynajmniej(Nie pasuje tutaj to słowo, nie widzę powodu, by tutaj było) w poważaniu nowo-przybyłego(nowo przybyłego) gościa i woli grać w karty z kompanem, popijając jakieś śmierdzące piwsko, zapukał.


Drzwi otwarły się na oścież, a stanął w nich postawny mężczyzna w żupanie i z ciemno-brązową(ciemnobrązową), schludnie ułożoną fryzurą. (Lepiej "ciemnobrązowymi, schludnie ułożonymi włosami", "ciemnobrązowa fryzura" jakoś mi nie brzmi – trochę jakby mowa była o peruce :p)

Sam syn Herbena, Lee Agaran, wysoki, szczupły, o smukłych rysach twarzy(Rysy twarzy nie mogą być smukłe, ale łagodne lub ostre), zielonych oczach i w znacząco różnym od ojca stroju, bo w skórzanej kurtce.

Dopiero teraz zauważył, że zza jego pleców wystają(wystawały) dwie rękojeści mieczy(Lepiej według mnie "rękojeści dwóch mieczy", od razu wiadomo, ile było mieczy :p), co spotęgowało zdumienie.

(akapit)Namiestnik pokazał wolne krzesło przed sobą, a Domenic usiadł, czując pod stopami kłujące niczym kolce bąble.

(akapit)Chwila ciszy i mierzących spojrzeń. (Co mierzących? "Bacznych spojrzeń/uważnych spojrzeń/niepewnych itd." owszem, ale nie "mierzących")

– Nieskładne włosy(Okej, to wypowiedź, ale włosy nie mogą być nieskładne, bo to nijak nie pasuje znaczeniem), przystojna, zacięta twarz przypominająca moją w młodości... Miecz półtora-ręczny(półtoraręczny) u pasa, lekka zbroja z... – Powąchał, przerywając na chwilę wypowiedź. – Och! Zapach niedźwiedziej skóry, jeszcze świeże... Ogoniary?

– Argh... No nic, widać, że nie obchodzi cię styl, wygląd,(zbędny przecinek) czy nawet jakość.

– Mhm, dlatego wiem, że postąpiłeś bardzo lekkomyślnie, rozsyłając zlecenie na cztery strony świata dotyczące legendy(Wypowiedź, wiem, ale ten szyk jest trochę słaby, lepiej "zlecenie dotyczące legendy na cztery strony świata").

– Bir'Oak... – powtórzył Domenic, czując(przecinek) jak ta nazwa wydrąża w umyśle dziurę i osadza się w niej.

(...) Bądź co bądź, ktoś mi go kiedyś przyniesie, (zbędny przecinek) albo...

Herben oniemiał przez(na) chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Po samej jego minie najemnik domyślił się, że nie ma(miał) nic na swoją obronę.

Był w nich chłód i zawzięcie, jakie było także w oczach Domenika.

– A gdzie twoje sumienie!?(?!) – fuknął Domenic, niemal krzycząc.

– Znam, i równie dobrze, patrząc na twoją zdolność do opowiadania, mógłbyś wykładać na akademii w Elenborze, (zbędny przecinek) zamiast nim rządzić.

(akapit)Twarz bana wykrzywił zgniły uśmiech, prawdopodobnie z satysfakcji z błędu rozmówcy.

(...) Nigdy nie musiałeś się poświęcać i upokarzać, by wreszcie przegnać intruza, (zbędny przecinek) albo nie dać się upokorzyć przez przeciwników politycznych. I czekać na, kurwa, kolejnych, których zawsze przybywało i nigdy nie malało(ubywało – tak, wiem, wypowiedź).

– Jak chcesz... – odparł Domenic, czując, jak gniew w jego ciele przybiera niewyobrażalnych rozmiarów(niewyobrażalne rozmiary) (Jak dla mnie trochę to bez sensu – gniew nie ma wyobrażalnych rozmiarów, więc nie może przybrać niewyobrażalnych. Ujęłabym to inaczej).

(zbędny akapit)
Nie mógł tego pokazać, przynajmniej nie teraz.

Zmełł (w ustach) przekleństwo.

Lee chwycił antałek i wyciągnął z szafki kufel. Nalał piwo do wszystkich trzech(No to raczej "wyciągnął kufle", a nie jeden kufel, skoro potem nalał do trzech), które teraz stały na stole pomiędzy nim a banem.

– Pij, prosto z Konkordii. Importowałem specjalnie, by zasmakować, ale kopa ma takiego, że kilka dni żem nieświadomy się krzątał. ("Żem" zupełnie mi nie pasuje do sposobu wypowiadania się bana, wcześniej, nawet z wulgaryzmami, wysławiał się dość dopracowanym językiem, a "żem" byłoby bardzie charakterystyczne dla osoby z niższej warstwy społecznej)


– A za co piją prawowici Raloccy obywatele? – odparł Lee, unosząc kufel do góry.(Unieść można tylko w górę – pleonazm)

Domenic poczuł, jak piwo wpływa mu do żołądka, powoli przejmując władzę nad jego ciałem i umysłem. (Ej, no serio? To z czego oni to pędzili? Nawet dzisiejsze piwo nie jest na tyle mocne, żeby po jednym łyku "przejąć władzę nad ciałem i umysłem", nie wspominając już o tym, jak słabiutkie piwa pito w średniowieczu. Pewnie się czepiam, ale cóż, zainteresowania...)

Obok wisiał miecz dwuręczny, dość mocno zardzewiały, ale pewnie stanowił pamiątkę rodową. (E, to nie miał kto władcy miecza rodowego polerować? Jakoś mi się to nie widzi)

–(...)Pewnie wilki ich rozszarpały, (zbędny przecinek) albo chuj wie co.

Odpowiedzi nie uzyskał, a jedynie schlał mordę jak świnia. (Jednym kuflem? Słabiak :D)

Śnieg spadał raz na dziesięciolecie, ale jak(jeśli/kiedy/gdy) już był, to okna od zimna pękały(pękały od zimna), a strzechy niemal zapadały się od ciężaru śniegu.

(...) nawet jeśli był legendarny. Cóż, to w końcu legenda, a w legendach głównie ziarnka są prawdziwe, a nie wszystko.(Albo związek frazeologiczny, albo nie. Zmieniłabym to na standardowe "ziarnko prawdy", bo to co innego niż "prawdziwe ziarnko").

Krople deszczu spadały wokoło wędrującego najemnika, jakby go omijając, a liście napędzane wzmożonym wiatrem, (zbędny przecinek)biły go po twarzy.

Bór znalazł dwie staje od Elenboru. Tak jak mówił ban, był ogromny i z pewnością cały dzień zajmie szukanie minionej polany(Miniona polana? Nie brzmi mi to), na dodatek zbliżała się burza.

Zmełł (w ustach) przekleństwo, splunął w bok z myślą o Herbenie i ruszył w głąb, mając przed oczami wyobrażenie legendarnego ostrza, które miał tam znaleźć…
Ogólnie tekst mi się całkiem podoba – motyw poszukiwania legendy nieco wionie mi sztampowym fantasy, ale tylko nieco: mam już teraz wrażenie, że udało ci się go porządnie odświeżyć. Jak wspomniał @epoN, ciekawy jest motyw elfa zaklętego w orka.

Stety-niestety, ja nie tylko na ogóle się skupiam, więc teraz będę narzekać. Dam sobie w spoiler, bo się lubię rozpisywać.
Spoiler:
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
@epoN
Cytat:Rozumiem, że ban to coś w rodzaju lorda/namiestnika?

Dokładnie o to chodziło. Namiestnik, lord – to mi nie pasowało, mogłem coś pokićkać w definicji ich, więc stworzyłem własny termin, by móc nim później dowolnie operować. Wygodne.

Cytat:W każdym razie, odrobinę drażniło mnie to, że ban tak luźno rozmawiał z najemnikiem.

Herben raczej nie jest z tych typów ludzi, którzy to się przejmują kimś tak, by nie potrafić ukryć emocji, więc wolałem nie nadawać temu jakiegoś dziwnego charakteru powagi, nie pasowało.

Miło, że coś cię zaciekawiło, zapraszam, gdy już pojawi się następna część. ;)


@Vetala
Cytat:W porównaniu z resztą tekstu prolog wypada dość słabo. Opisy są w nim według mnie sztywne, momentami topornie i niekonkretnie brzmią, tak że trudno się wczuć. A wczuć się trzeba, bo prolog to zaproszenie do reszty tekstu, powinien zachęcać do zagłębienia się w resztę.

Nie mam pojęcia, co jest tego powodem, acz sam zauważyłem to wcześniej. Dwa razy pisałem go od nowa, ale wciąż było za sztywno, bez wyczucia, a tu opisy nie tak, a to za dużo powtórzeń, a to jeszcze inaczej – niezrozumiałe wypowiedzi. Popracuję nad tym jeszcze trochę.

Cytat:Nie chodzi mi o obszerne relacje z wyglądu i funkcjonowania miasta i innych rzeczy, ale jakieś wskazówki, jak ono mogło wyglądać

Wyszedłem z założenia, że miejsce, w którym nie dzieje się akcja zbyt długo nie powinno być jakoś szerzej opisane, ale jeśli mówisz, że jest tego aż za mało, to jednak coś trzeba będzie dodać.

Cytat:Ach, i masz plusa za ogarnięte stosowanie interpunkcji, całkiem miło się to sprawdzało.

Zawsze było to moją bolączką, tutejsze poradniki bardzo poprawiły moją interpunkcję, choć nie w zadowalającym stopniu. Mimo to bardzo mnie raduje ten "komplement". :D

Cytat:A teraz z innej beczki: po co to 18+?

Przeczytałem regulamin i zauważyłem, że powinno być jakoś oznaczone, że wystąpią wulgaryzmy, a jako że ich jest tutaj dużo, to nie chciałem się mu przeciwstawić.

Dziękuję za sprawdzenie i liczę, że późniejsze części cię nie zawiodą. ;)


Ogółem to jakimś cudem popsuło mi się formatowanie i stąd te dziwne akapity w środkach zdań. Nie wiem, jak do tego doszło, wybaczcie, ale wraz z naniesieniem poprawek, poprawię także i to. Chciałbym również wspomnieć, że odzew był bardzo szybki, nie spodziewałem się aż dwóch komentarzy w ciągu doby, co bardzo miło mnie zaskoczyło. Postaram się więc i was zaskoczyć. ;)

Dzięki za komentarze.
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
#5
Miałem problem, jak to sensownie podzielić, ale w końcu się udało. Miłej lektury. ;)


*******************************
### Bir'Oak ### Część 2 ###
*******************************



Wokoło pachniało igliwiem i liśćmi, w dalszej części lasu nawet gnojem, co oznaczało jedynie tyle, że jakiś niedźwiedź miał problemy ze snem zimowym. Wzmożona ostrożność zalecana. Ewentualnie to pozostałości po wilkach, ale gdyby tutaj były, Herben nie wysłałby w te okolice nikogo. Jak miałby dostać miecz, jeśli wilki zjadłyby jego znalazcę?
Więc Elenborscy zwiadowcy musieli natknąć się na niedźwiedzia i go obudzić. Byli na tyle głupi, że nie zabili go podczas snu i zapłacili za to życiem. Prawdopodobnie.
Im dalej szedł w bór, tym bardziej zdawało mu się, że teren był pagórkowaty, a ziemia w niektórych miejscach wyryta, jakby uderzył w nią piorun. Możliwe również, że grasowały w pobliżu dziki, co też nie wróżyło dobrze. Bez mindynowego ostrza albo jakiejś włóczni porywać się na to bydlę to czysta głupota.
Diamentowy Bór, ta nazwa była bez sensu, nie odzwierciedlała tego, co widział w jego głębi. Zastanawiał się, dlaczego ktoś go tak nazwał, ale po pewnym czasie doszedł do wniosku, że myślenie o tym nic mu nie da. Zaprzestał.
Przerażające było, że wszędzie śmierdziało gównem, choć ani jednego świeżego nie znalazł. Zbawienie przyszło wraz z ostrym zapachem czegoś destylowanego, alkoholu. Bimber. Dobrze znał ten zapach, aż za dobrze. Przez chwilę zdawało mu się, że zabłądził i znalazł się przy jakiejś karczmie, ale wszędzie wokoło był tylko las. Ale ten zapach...
Możliwym było, że ktoś gdzieś rozlał gorzałkę, wędrując po borze, a on nadepnął na jego odcisk. Czyli inni poszukiwacze miecza już byli w pobliżu.
– Obyście nie znaleźli tego Bir'Oak'a... – mruknął pod nosem. Nadal pamiętał nazwę tego miecza, choć zazwyczaj nie grały one dla niego ważnej roli i je ignorował. Tutaj nie potrafił, nie mógł, to samo wyryło mu się w pamięci i jakby ciągnęło do siebie. Elfickie słowo mocy zaklęte w miecz?
Na niebie czarnym już od chmur zaczynało błyskać, a krople deszczu spadły momentalnie, szybciej niż poprzednio, zalały okolicę. Trudno było teraz orzec, która była pora dnia, ale skoro jeszcze widział własny czubek nosa…
Bimber pachniał coraz intensywniej. Czyżby szedł śladami innych hien? Pociągnął nosem raz i drugi, lecz nie potrafił zidentyfikować, z której strony bije woń. Przykucnął i powąchał ściółkę. Mokra ziemia i liście, nic więcej. Więc zapach musiał unosić się w powietrzu, wyżej. No tak, pada, podczas takiej pogody nie miał co liczyć na odpowiedź. Ruszył szybciej przed siebie, czując za kołnierzem lodowate krople deszczu. Jeśli jego prognoza okaże się prawdziwa, to w borze mieszka jakiś myśliwy bądź kłusownik albo po prostu to rzeczywiście alkohol jakiejś hieny.
Gdy zapadł zupełny mrok, Domenic nie miał siły iść, zmęczenie zabraniało mięśniom pracować, niemal słaniał się na nogach. Męcząca wędrówka, ciekawe, czy miała cel.
Pośród nieprzyjemnych myśli dojrzał jednak płomień nadziei. Był on płonny, odległy, lecz rzeczywisty. Naprawdę wydawało mu się, że widział światło. Podobno widzi się je podczas śmierci, ale to było zbyt realistyczne... Zapach gówna i mokrej ziemi na pewno nie należał do krainy umarłych.
Ruszył ile sił w nogach, a światło stale się wzmacniało, płonna nadzieja stawała się realna. Już miał krzyknąć, czy jest tam kto, kiedy usłyszał niezbyt wyraźnie i cicho:
– Ja pierdolę!
Stanął w miejscu i jedynie deszcz przerywał nocną ciszę. Nikt się więcej nie odezwał. Ponowił wędrówkę, mając podejrzenia. Gotowa na wszystko dłoń leżała na rękojeści miecza, by w razie czego ciąć i dźgać. Możliwym było w końcu, że to jakieś hieny cmentarne założyły obóz i rozpaliły ognisko, ale jakim cudem ono nie zgasło, gdy deszcz lał jak z cebra?
Mylił się. Gdy podszedł bliżej, okazało się, że światło biło z jakiejś jamy, a wewnątrz trwała rozmowa, niestety niezbyt zrozumiała, głównie bełkot. Spojrzał obok i okazało się, że stała tam mała chatka. W środku było ciemno.
Uratowany. Wszedł czym prędzej pod strop i odetchnął z ulgą. Uderzył go natychmiast smród alkoholu, mocniejszy niż przedtem.
– Nosz kurwa, ja pierdole! – usłyszał znów z głębi jaskini. Jeśli stała tutaj jakaś chatka i nie wyglądała ona na zniszczoną, to z pewnością mieszkał tam ktoś na stałe.
Poszedł cichcem głębiej, pod nogami trzeszczały kamienie i dziwne, twarde korzenie. Smród bimbru niemal kaleczył nozdrza.
– No jak, kurwa, mało dałeś, jak w pizdu! Jebie w całym lesie, że się niedźwiedzie mogą pobudzić.
– Chuja wiesz, gówno widziałeś, o!
– Weź, bo jak ci zaraz przypierdolę, to...
Domenic zajrzał kątem oka do środka i wszystkie pytania znalazły odpowiedzi. Na środku jaskini stał dziwny mechanizm, pełno kolb i fiolek, jakieś rurki, skrzynki, butelki. I ten smród… Teraz wiadomo, skąd dochodził. Wyglądało na to, że ktoś pędził bimber w tajemnicy przed ludzkością. Przeniósł wzrok na rzeczonych bimbrowników i oniemiał. Nad jednym mieszańcem, leżącym i spitym, stał drugi mieszaniec, mniej spity. Oboje byli pół orkami, pół elfami, taką mieszaną rasę nazywało się półorkiem, dla ułatwienia.
– Wstawaj, bo czuję jakiegoś człowieka... – mruknął ten mniej pijany. Z jego dolnej, bardzo wysuniętej do przodu szczęki, wystawały dwa wielkie zęby, a oczy siedziały w głębokich oczodołach, przez co trudno było w ogóle mu w nie spojrzeć.
– C-coo? – zdziwił się ten leżący. Trzymał w ręku jeszcze butlę bimbru, rozbitą i oczywiście pustą.
Mniej spity półork poruszył nozdrzami na płaskim nosie i momentalnie obrócił się w stronę Domenika.
– O tej porze po dostawę? – spytał łagodnie. Najemnik był pewien, że był niewidoczny zza tej ściany, nikt nie mógł go zobaczyć, więc czemu... – No, kurwa, wyłaź, nie mam czasu na pierdolenie.
Wyszedł powoli, mierząc wzrokiem ubranego w chłopskie ubrania odmieńca. Nie wyglądał na niespokojnego.
– Co tak gały wybałuszasz, jakby ci... Kurwa, tyś nie od Genewete... te-te... Genewete-kurwa-pracodawcy!
– Spokojnie, nie jestem łowcą – zapewnił Domenic, zdejmując rękę z rękojeści miecza i unosząc obie do góry. Półork poruszył nozdrzami i kiwnął głową.
– Wiem, że nie, tutaj łowców nie ma – oznajmił i ruszył zajmować się swoimi sprawami. – Znalazłeś więc moją pustelnię – dodał po drodze. – Coś cię sprowadza konkretnego?
Najemnik spojrzał na śpiącego pijaka.
– A ten?
– Mój brat. Idiota zresztą. Ja żem tę pustelnię stworzył, a temu się nudziło, to przylazł mi, kurwa, gorzałę chlać. I śpi teraz tak od kilku dni i weź go stąd wypierdol... – odparł mieszaniec, przekładając skrzynki z dźwięczącymi, pustymi butelkami po bimbrze. – Zwą mnie Ogier, a jego Rejeg.
– A mnie Domenic.
– Domenic – powtórzył, zniżając na chwilę głos. – Zapamiętam.
Ogier chwycił pustą skrzynię i postawił ją pod ścianą, gdzie stała reszta.
– Słyszałem, że niedźwiedzie lubią bimber – rzucił od niechcenia najemnik.
– Jasne, ale mam mordę od niego paskudniejszą, to i spierdala, gdzie spierdalać powinien, ha!
– Więc... handlujesz z kimś? – dodał po chwili, by przedłużyć rozmowę. Nadal szukał pytań, na które ktoś z jego możliwościami mógłby mu odpowiedzieć.
– Z Genewete-te-te... Kurwa, mój język nie umie tak się wygiąć, żeby powiedzieć jego imię, wybacz.
– Nie ma sprawy – zapewnił Domenic. Pozwolił sobie usiąść na taborku niedaleko całej konstrukcji do robienia bimbru, przy której grzebał teraz Ogier. – Nie obawiacie się łowców?
Półork spojrzał ze zdumieniem na najemnika i prychnął pod nosem, wracając do swoich czynności, cokolwiek tam robił.
– Łowcy w Selrodzie. Dobre sobie. Już prędzej bym uwierzył, że jesteś miejską kurwą, co zabłądziła w lesie, ha!
W Selrodzie? – pomyślał Domenic, składając fakty. Diamentowy Bór leżał na granicy z Selrodem. Tutaj łowcy nie polują na odmieńców. Pacnął się ręką w czoło. Więc to tutaj kończy się granica Ralock. W głowie zaświtało jeszcze jedno pytanie.
– Znacie okolicę? – spytał, a Ogier mruknął coś pod nosem i odchrząknął.
– Kogo pytacie? – odparł zgryźliwie. Na jego twarzy pojawił się chytry uśmiech.
– Ciebie.
– Więc czemu w liczbie mnogiej?
Domenic westchnął tylko, przypominając sobie, że ma czas na mitrężenie, w końcu jest noc, i to burzowa, nigdzie teraz nie ruszy.
– Więc znasz okolicę, Ogierze?
– Owszem. Znam ten bór tak dobrze jak ork wnętrze swojego zada.
– Jest tu gdzieś jakaś wielka polana?
– Ano jest, dalej na wschód, tylko taka zarośnięta, że po szyję wleziesz, a w nogi cię jakiś pateksul upierdoli.
– Pateksule w Ralock? – zdziwił się Domenic, przypominając sobie rzadki gatunek węża egzotycznego o jaskrawożółtej łusce. Jedne z najbardziej śmiercionośnych, paskudnych i jadowitych.
– Czemu by nie? Raz tu nawet czerwońca żem spotkał, to nic mnie nie zaskoczy.
– Czerwońca?
– Czerwony robal wielki jak moja pięść, o – odparł, ściskając pięść i pokazując ją najemnikowi, który porównał ją ze swoją i stwierdził, że jego jest o wiele większa. – A one żyją tylko w górach przecie. Gdzie masz tutaj góry?
– Nie masz.
– Ano właśnie. Dobra, siedzisz o suchej gębie, to byś się napił może mojego wyrobu?
– Może w drodze powrotnej, lepiej, żebym był trzeźwy o brzasku.
– Mhm. Niebezpieczna okolica, więc baczenie trzeźwe też musisz mieć. Nie ma sprawy, ja się nigdzie nie wybieram.
Domenic oparł się łokciem o kolano i zamyślił. Wyglądało na to, że aktualnie znajdował się po stronie Selrodu, gdzie wojska Ralock wstępu nie miały. Taki układ, pakt o nieagresji, zawarto. Więc skoro polana, na której wyrżnięto elfy, była na wschodzie, głębiej w Selrod, to wcale niewykluczone, że zwiadowcy Herbena znaleźli polanę, ale nikomu nie zdążyli o niej powiedzieć. Niemniej zeżarci przez niedźwiedzia też by mogli być, może nawet pogryzł ich ten cały pateksul i poumierali. Ten bór był jak dzicz pełna niebezpieczeństw nawet dla całej kompanii żołnierzy, choć on jeszcze niczego nie uświadczył…
Ogier, mimo swego dziwnego imienia, wydawał się sympatyczny i gościnny, pewnie dawno z nikim o niczym nie gadał. Najemnik postanowił przeczekać u niego noc.
– Hej – mruknął.
– Hmph?
– Mogę się u ciebie zdrzemnąć? O brzasku ruszę, nie musisz się niczym przejmować.
– O brzasku, mówisz? – zamyślił się Ogier, wstając od bimbrownicy i kończąc swoją robotę. Otrzepał ręce i usiadł na ławie stojącej naprzeciwko Domenika. – Więc musisz wiedzieć o jednym.
– O czym? – zaciekawił się najemnik, widząc poważny wyraz twarzy mieszańca.
– Jakiś tydzień temu, chuj wie, czy na pewno tyle, czy nie więcej, czy nie mniej... No, przybył wtedy do mojej pustelni ork. Nie połowa, a cały, rasowy ork. Upadły elf, zasrany... – Splunął w bok i złapał jedną z butelek bimbru, odkorkował i pociągnął potężnego łyka. – Mówił, że jakiegoś miecza elfiego szuka, że mu niby potrzebne jest do wykonania ważnego zadania. Też szukał polany jak ty.
– W Ralock, w Elenborze, pół dnia drogi stąd, złożono zlecenie na ten miecz. Ale ork wykonujący zlecenie? W kraju pełnym łowców? – zdziwił się Domenic. – Mów.
– Napił się ze mną, narąbałem się jak Rejeg i o brzasku miał wyruszyć, zupełnie jak ty. To potem zajrzałem do chaty, a tam, kurwa, pusto, jakby amba wpierdoliła moje rzeczy. Rozumiesz? Koszule, świecznik, stół, łóżko... Jebał go pies, opierdolił mnie, drań, ze wszystkiego! Wiedziałem, że będą z nim kłopoty, że to jakiś zabijaka, bo jakąś broń ostrą miał przy sobie i blizny na mordzie... Ale, kurwa, żeby nawet moją pamiątkę opierdolił? Taką koszulę, co mi babka uszyła kiedyś. Podpierdolił wszystko.
– Sam ograbił ci dom? W pojedynkę i w jedną noc?
– No, kurwa, sam żem nie dowierzał...
– Wygląda na to, że nieźle się urżnąłeś... – zażartował Domenic, ale Ogierowi do śmiechu najwyraźniej nie było, bo prychnął gniewnie i pociągnął jeszcze większy łyk z butelki, ostatki plusnęły na dnie.
– Jasne, kurwa, urżnąłeś... Od tamtej pory nie chleję tyle, coby mi gaci z dupy nie ściągnęli, nie ukradli. Mówię ci, że to jakaś grubsza sprawa z tym całym mieczem i polaną, i lepiej, żebyś trzymał się od tego z daleka.
– Niestety, ale pobudziłeś moją ciekawość. Co to za broń miał ten ork? – dopytywał najemnik. Półork westchnął smutno, odstawił butelkę i podrapał się po łbie.
– Topór, ale taki jakiś mieczowaty. Duży wiem, że był, ale dziwnie zakręcony i grubaśny. Polerował to przez cały czas i przerywał tylko, kiedy ciągnął z gwinta. Śmieszne znaczki wygar-ra-rawe… wyrysowane były na ostrzu, a samo ostrze czarne jak nasze niebo teraz.
– Dużo szczegółów zapamiętałeś.
– No ba, w końcu nieczęsto miewa się na tym chędożonym zadupiu gości, i na dodatek tak ciekawych i różnorodnych. No, ale dość pierdolenia, lepiej idź spać, a ja was popilnuję. Jeśli spotkasz gdzieś tego orka, to spytaj o moje rzeczy albo wpierdol kosę pod żebra. Tak dla zasady.
– Nie omieszkam – zapewnił Domenic, układając się na ziemi. Kamienie nie były dobrym posłaniem, ale lepsze to niż taboret albo mokra ziemia.
Długo myślał i dumał, nim w końcu zasnął i odpłynął z prądem opowieści Ogiera. Miał nadzieję spotkać tajemniczego orka i dowiedzieć się, co się stało z dobytkiem bimbrownika, lecz jego priorytetem był Bir'Oak, a zdobycia go był znacznie bliżej.


***


– Na wschód, kurwa... Ile można iść na ten wschód?! – krzyczał Domenic, przypominając sobie słowa Ogiera. Na wschodzie miał znaleźć polanę, a w ciągu czterech godzin od brzasku nawet nie natrafił na jej ślad. Przestał także czuć  bimber, więc pewnie znacznie się oddalił. Diamentowy Bór był większy niż nawet sam Herben sądził. Miał być tylko ogromny, a okazało się, że był wielkości stolicy Ralock, może większy. Aż dziw brał, że nikt nie wyrżnął tego lasu i się tam nie osiedlił.
Słońce zastąpiło chmury już o brzasku, kałuże po pamiętnej burzy zostały tylko gdzieniegdzie, a i żadne do tej pory napotkane drzewo nie było przewrócone. Widocznie pioruny mijały Diamentowy Bór szerokim łukiem. Teraz przynajmniej można było podziwiać jesienne widoki w pełnej okazałości, wreszcie bór nie wydawał się taki mroczny.
Kolejne minuty podróży upłynęły tak wolno, że wydawać by się mogło, że czas stał w miejscu, choć w tak magicznym miejscu byłoby to możliwe. Cały ten las miał swój urok, mimo że iglaki dawno zmieniły swój kolor i przypominały zardzewiałe odrosty. Gdzieniegdzie dało się dostrzec ślady rycia dzików, co jakiś czas zajęcze bobki wielkości żołędzi, a nawet raz przebiegał tamtędy lis.
Może i bór piękny, ale jakiś... mało żywy – pomyślał Domenic. Choć widział ślady wszelakiej maści, to jej właścicieli nigdzie nie było. Ani zająców, ani niedźwiedzi, nawet dzików, które wszędzie pozostawiały po sobie najwięcej. Wszystkie wyparowały.
Chłodne powietrze smagało go po policzkach, zapach jeszcze mokrej ziemi wiercił w nozdrzach, łopata ciążyła w ręku. Próbował nie zwracać na to uwagi, ale zaczął czuć się zmęczony. Przyglądał się każdemu szczegółowi i podziwiał go, sam nie wiedział dlaczego, przecież to tylko zwykły las iglasty, pośrodku którego leży z pewnością polana, a w niej zakopany miecz.
Jednak bardziej niż zapłaty za miecz chciał odpowiedzi. Liczył, że po znalezieniu Bir'Oak'a Herben wyświadczy mu takową przysługę i wyjaśni, co się stało w dzieciństwie. W końcu jedyne, co pamiętał z dzieciństwa to właśnie Elenbor, ale drugim powodem było także coś innego. Nie miał bowiem tego, co miał każdy inny. Przez lata zabijał ludzi i sprawdzał, czy oni także to posiadali. Niestety tylko on był odstępcą. Niektórzy nazywali to pępkiem, a niektórzy klątwą nadaną przez bogów, który zmusili kobiety do rodzenia dzieci w cierpieniu. Wyglądało na to, że on nie był z tym powiązany.
Pagórek. Dosyć stromy. Nieczęsto się je spotyka w tak gęstych lasach. Mógł spróbować ją ominąć albo się wdrapać. Wybrał to drugie. Nigdy tego nie robił, ale zawsze chciał, a teraz miał pretekst, przecież z tej górki mógł zobaczyć więcej niż spod niej.
Gdy już wdrapał się na górę i skończył kląć na Ogiera i jego wskazówkę: „na wschód”, rozejrzał się dookoła i nieomal spadł z wrażenia. To tutaj. Tuż za tym pagórkiem rozciągała się zarośnięta już polana, na której to miała się kiedyś odbyć ostatnia bitwa w życiu elfów. Zszedł szybko na dół i pobiegł w jej stronę. Nareszcie.
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
#6
(10-06-2016, 12:04)DeadHuman napisał(a): ******************************
### Bir'Oak ### Część 2 ###
*******************************


Im szedł dalej (dalej szedł) w bór, tym bardziej zdawało mu się, że teren jest(był) pagórkowaty, a ziemia w niektórych miejscach wyryta, jakby uderzył w nią piorun.

Diamentowy bór(Diamentowy Bór – skoro to nazwa własna, to tak powinna być zapisana), ta nazwa była bez sensu, nie odzwierciedlała tego, co widział w jego głębi. Zastanawiał się, dlaczego ktoś go tak nazwał, ale po pewnym czasie doszedł do wniosku, że myślenie o tym nic mu nie da.

Gówno i igliwie(E, no bez przesady, wiele lasów odwiedziłam i w żadnym nie śmierdziało niczym tak, by mi to przeszkadzało (a kupy zwierząt też widziałam xD). A co igliwie ma do doskwierania nozdrzom tym bardziej nie rozumiem :p) po jakimś czasie zaczęło doskwierać nozdrzom Domenika, dlatego kiedy poczuł zapach alkoholu, wiedział, że coś go zbawiło.

Trudno było teraz orzec, która jest(była) pora dnia, ale skoro jeszcze widział własny czubek nosa, to nie mogło być nocy. (Nie lubię takich oczywistych stwierdzeń – dobra, podczas burzy jest ciemno, ale nigdy nie aż tak jak w nocy, o ile nocy nie ma).

Pociągnął nosem raz i drugi, lecz nie potrafił zidentyfikować, z której strony bije(biła) woń.

Więc zapach musiał unosić się w powietrzu,(zbędny przecinek) wyżej, więc bił z daleka. (Zupełnie nie widzę związku między pierwszą a drugą częścią zdania. Zapach bił z daleka, bo unosił się wyżej w powietrzu? No nie, to nie jest żadna prawidłowość, pozostawanie zapachu na gruncie i w powietrzu zależy od wielu czynników).

Pośród chłodnego spojrzenia(To nie ma sensu) i nieprzyjemnych myśli dojrzał jednak płomień nadziei.

Naprawdę wydawało mu się, że widzi(widział/dostrzegł) światło. Podobno widzi się je podczas śmierci, ale to było zbyt realistyczne...

– Ja pierdole(ę)!

Możliwym było w końcu, że to jakieś hieny cmentarne założyły obóz i rozpaliły ognisko, ale jak(jakim cudem/jak to możliwe, że) ono nie zgasło, gdy deszcz lał jak z cebra?

Gdy podszedł bliżej, okazało się, że światło biło z jakiejś jamy, a w środku niej trwały odgłosy rozmowy(wewnątrz trwała rozmowa/z wnętrza dobiegały odgłosy rozmowy), niestety niezbyt zrozumiałej, głównie bełkot. Spojrzał obok i okazało się, że stała tam mała chatka. W środku było ciemno.

– Nosz kurwa, ja pierdole(ę)! – usłyszał znów z głębi jaskini.

Na środku jaskini stał dziwny mechanizm, pełno koleb(kolb – "koleb" to odmiana całkiem innego słowa: http://sjp.pwn.pl/szukaj/koleb.html) i fiolek, jakieś rurki, skrzynki, butelki.

Teraz wiadomo (przecinek) skąd dochodził. Wyglądało na to, że ktoś tworzył(Bimber się pędzi, nie tworzy :p) bimber w tajemnicy przed ludzkością.

Oboje byli pół orkami i pół elfami(Lepiej "pół orkami, pół elfami"), taką mieszaną rasę nazywało się pół-orkiem(półorkiem), dla ułatwienia.

Mniej spity pół-ork(półork) poruszył nozdrzami na płaskim nosie i momentalnie obrócił się w stronę Domenika.

– O tej porze po dostawę? – spytał łagodnie. Najemnik był pewien, że jest(był) niewidoczny zza tej ściany, nikt nie mógł go zobaczyć, więc czemu...

Pół-ork(Półork) poruszył nozdrzami i kiwnął głową.

– Domenic – powtórzył, zniżając na chwilę ton(głos).

Ogier chwycił pustą skrzynię i postawił ją w(zbędne) pod ścianą, gdzie stała reszta.

Pół-ork(Półork) spojrzał ze zdumieniem na najemnika i prychnął pod nosem, wracając do swoich czynności, cokolwiek tam robił.

– Owszem. Znam ten bór tak dobrze,(zbędny przecinek) jak ork wnętrze swojego zada.

– Pateksule w Ralock? – zdziwił się Domenic, przypominając sobie rzadki gatunek węża egzotycznego o jaskrawo-żółtej(jaskrawożółtej) łusce.

– Może w drodze powrotnej, lepiej(przecinek) żebym był trzeźwy o brzasku.

Wyglądało na to, że aktualnie znajduje(znajdował) się po stronie Selrodu, gdzie wojska Ralock wstępu nie mają(nie miały wstępu). Taki układ, pakt o nieagresji(przecinek) zawarto.

– O brzasku(przecinek) mówisz? – zamyślił się Ogier, wstając od bimbrownicy i kończąc swoją robotę.

(...)Upadły elf,(zbędny przecinek) zasrany... – Splunął w bok i złapał jedną z butelek bimbru, odkorkował i pociągnął potężnego łyka.

Zaszumiało dno. (Dno raczej nie szumi, ewentualnie je widać albo płyn pluska czy coś)


Pół-ork(Półork) westchnął smutno, odstawił butelkę i podrapał się po łbie.

– No ba, w końcu nie często(nieczęsto) miewa się na tym chędożonym zadupiu gości (przecinek)i na dodatek tak ciekawych i różnorodnych.

Miał nadzieję spotkać tajemniczego orka i dowiedzieć się, co się stało z dobytkiem bimbrownika, lecz jego priorytetem był Bir'Oak, a ku zdobyciu go był o wiele bliżej(zdobycia go był znacznie bliżej/był znacznie bliżej zdobycia go).

Na wschodzie miał znaleźć polanę, a w ciągu czterech godzin od brzasku nawet nie natrafił na jej ślad. Przestał już nawet czuć bimber, więc pewnie znacznie się oddalił. diamentowy bór(Diamentowy Bór) był większy niż nawet sam Herben sądził. Miał być tylko ogromny, a okazało się, że jest(był) wielkości stolicy Ralock, może nawet większy.

Widocznie pioruny mijają(mijały) diamentowy bór(Diamentowy Bór) szerokim łukiem.

Kolejne minuty podróży upłynęły tak wolno, że wydawać by się mogło, że czas stoi(stał) w miejscu, choć w tak magicznym miejscu byłoby to możliwe.

Gdzieniegdzie dało się dostrzec rycie dzików(Napisałabym to inaczej, bo "dostrzec rycia" się nie da, można jedynie dostrzec ślady po ryciu dzików), co jakiś czas zajęcze bobki wielkości żołędzi, a nawet raz przebiegał tamtędy lis.

Choć widział spuściznę wszelakiej maści(Czyli co dokładnie? Jaka "spuścizna" może być w lesie? Według mnie przydałoby się to rozwinąć, bo o ile nic nie przeoczyłam, ta informacja obecnie nic nie wnosi. Chyba że pisząc "spuścizna", masz na myśli ślady zwierząt, ale w takim razie trzeba zmienić to określenie, bo stanowczo nie pasuje do takiego kontekstu i wprowadza zamęt)., to jej właścicieli nigdzie nie było.

Próbował nie zwracać na to uwagi, ale powoli czuł się(zaczynał czuć się – nie można powoli się czuć) zmęczony. Przyglądał się każdemu szczegółowi i podziwiał go, sam nie wiedział czemu(Lepiej: dlaczego), przecież to tylko zwykły las iglasty, pośrodku którego leży(leżała) z pewnością polana, a w niej zakopany miecz.

Jednak bardziej niż zapłaty za miecz, (zbędny przecinek) chciał odpowiedzi.

W końcu jedyne, co pamięta(pamiętał) z dzieciństwa to właśnie Elenbor, ale drugim powodem było także coś innego. Nie miał bowiem tego, co miał każdy inny. Przez lata zabijał ludzi i sprawdzał, czy oni także to posiadają(posiadali). Niestety tylko on był odstępcą. Niektórzy nazywali to pępkiem, a niektórzy klątwą nadaną przez bogów, który zmusili kobiety do rodzenia dzieci i cierpień.("Rodzenie dzieci i cierpień" zdecydowanie nie brzmi, lepiej "rodzenia dzieci w cierpieniu" czy coś).
Nie często(Nieczęsto) się je spotyka(spotykało) w tak gęstych lasach. Mógł spróbować ją ominąć, (zbędny przecinek) albo się wdrapać.

Dobrze mi się czytało, lepiej niż poprzedni fragment. Zdarzają się potknięcia, ale nic, czego nie dałoby się łatwo naprawić. Mam tylko jedną większą uwagę: pilnuj czasu narracji. Zasadniczo w narracji utrzymuje się jeden czas: teraźniejszy lub przeszły. U ciebie raz pojawia się taki, a raz taki, przydałoby się to ujednolicić.

Ciekawie rozwija się fabuła, również bohater zaczyna nabierać głębi, pozostaje mi tylko czekać na dalszy ciąg. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Czas narracji. Tutaj będę się kłócił i bronił ._.
Zawsze używałem czasu teraźniejszego, gdy dla bohatera jest to czas teraźniejszy, zawsze sądziłem, że tak jest trudniej się pogubić w narracji i wiadomo wtedy, że na pewno jest to w tym samym czasie, kiedy dzieje się akcja, a nie w przeszłości. Czy to już nie zależy od stylu narracji? Jak wiadomo, każdy ma swój styl, więc się dziwię, że jest to takim problemem. Oczywiście poprawki naniesione, ale jestem ciekaw, czy koniecznym jest tak, niemal regulaminowe, trzymanie się jednego czasu w takich przypadkach, jak u mnie. :/

Co do reszty poprawek nie mam zastrzeżeń, następny, ostatni fragment gruntownie przejrzę, by pozbyć się jak największej liczby takich głupotek, bo tutaj było tego całkiem dużo. :P

Cieszę się, że cię zaciekawiłem, wciągnięcie czytelnika było zawsze moją bolączką. ^^
Dzięki za komentarz i poprawki. ;)
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
#8
(13-06-2016, 09:57)DeadHuman napisał(a): Zawsze używałem czasu teraźniejszego, gdy dla bohatera jest to czas teraźniejszy, zawsze sądziłem, że tak jest trudniej się pogubić w narracji i wiadomo wtedy, że na pewno jest to w tym samym czasie, kiedy dzieje się akcja, a nie w przeszłości.
Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, by narracja w czasie przeszłym sprawiała, że nie wiadomo, czy akcja ma miejsce teraz czy w przeszłości. Poza tym jakim cudem? Chyba nawet w najdzikszym tekście nie dzieje się tak, że jedno zdanie opisuje akcję z teraźniejszości, a następne z przeszłości, coś takiego oddziela się akapitami albo w inny wyraźny sposób. Twój tekst nie jest w tej kwestii wyjątkiem i ja nie widzę w nim żadnego momentu, w którym zmiana czasu na przeszły mogłaby stworzyć taką wątpliwość.

Druga sprawa: w moim odczuciu wychodząc z założenia, że w czasie teraźniejszym piszemy to, co dla bohatera jest czasem teraźniejszym, można by równie dobrze napisać praktycznie cały tekst w czasie teraźniejszym, bo w końcu dla bohatera wszystko dzieje się teraz. I znów to samo, co w pierwszym przypadku: czy w czymś takim jak ten przykład: "Usłyszał coś dziwnego. Od razu zapragnął sprawdzić, skąd dobiegał ów dźwięk" można mieć jakąkolwiek wątpliwość, że dla bohatera ów dźwięk dobiega teraz, a nie w przeszłości? Jak dla mnie nie. Moim zdaniem mieszanie czasu narracji z takiego powodu, jaki podałeś, nie ma większego sensu i tyle. Jeśli jednak jesteś aż tak wyczulony, że czas przeszły w podobnych przypadkach wzbudza u ciebie niepewność, to róbta co chceta, twój tekst, nie mój. :p
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#9
Przejrzałem wszystkie swoje teksty i zauważyłem, że korzystam z tej zmiany czasu tylko sporadycznie, w ściśle określonych sytuacjach. Odkryłem, że to po prostu mój nawyk, więc naniosłem te poprawki także na nie, gdyż przekonałaś mnie, że to moje przyzwyczajenie nie miało sensu i pochodzi z odległych czasów, gdzie mój warsztat był nieco gorszy. Niemniej dzięki za wytłumaczenie, jestem zdania, że "początkujący pisarze" powinni dyskutować o prozie i dzielić się swoim zdaniem z innymi, to pomaga i jest bardzo satysfakcjonujące, dlatego jeszcze raz dzięki. ;)


"Bir'Oak" to pierwsze opowiadanie z tomiku opowiadań pt. "Złoty Gepard" składającego się z dziesięciu takich opowieści. Poniższy fragment jest ostatnim z "Bir'Oaka", ale kolejna część jest już gotowa, więc jeśli zakończenie to spotka się z takim odbiorem, jakim bym chciał, "Mertainer" również tutaj trafi, a że jest kontynuacją, to w tym samym wątku. Tam wyjaśnia się całkiem wiele zagadnień, które można było tutaj przyuważyć. Jestem fanem spójnej fabuły i wydarzeń, więc chciałbym was na tym polu nie zawieść. ^^

Tutaj był jeszcze większy problem z podzieleniem, dlatego jest tutaj prawie pięć i pół strony, więc trochę dużo, wybaczcie. Mimo wszystko miłej lektury. ;)



*********************************************
### Bir'Oak ### Część 3 – Ostatnia ###
*********************************************


O ile w lesie przyjemnie pachniało igliwiem, to tutaj czuć było zgniliznę. Stuletnie trupy wylazły spod ziemi i smród rozlazł się po okolicy?
Trawa urosła dorodna, brodził w niej po pas, a stopy stąpały po grząskiej ziemi. Żyzna ziemia, bo wszystko najlepiej rośnie na trupach. Nawet go interesowało, dlaczego nie zebrano stamtąd ciał i nie pochowano, ale wyglądało na to, że nikt nie chciał się trudzić, tym bardziej, że były nimi elfy.
W końcu jednak znalazł źródło tego zapachu. Pod jedną z choinek pod lasem znajdowało się dawno wypalone ognisko, a obok niego elenborska zguba. Pięciu wojów, kilku bez niektórych kończyn, leżeli poharatani i cali we krwi. Był to dowód na to, że w tym borze nie mieszkały wilki, inaczej ciała byłyby choć tknięte. A one leżały nienaruszone od chwili śmierci.
Spojrzał na rany. Głębokie i szerokie, zadane z ogromną siłą. Kości, żebra, palce, wszystkie okryte zbroją miejsca zostały zmiażdżone. Więc to nie do końca rany sieczne, na pewno nie zadane mieczem. Topór?
– Więc nawet ty, orku, zostawiłeś po sobie ślady. Hm... Chyba nie znalazłeś tego, czego szukałeś – wymamrotał pod nosem.
Rozejrzał się wokoło, ale trawa nigdzie nie była wgnieciona, wycięta czy wyrwana, więc nikt jeszcze nie zaczął tu szukać. Dziwne.
– Więc Herben nadal jest lekkomyślny. Przewidział, że polana może znajdować się po stronie Selrodu, ale z pewnością ubzdurał sobie, że skoro jego zwiadowcy nie wrócili, to dorwali ich Selrodczycy. Cóż za bezsens… – mówił sam do siebie, analizując poczynania bana. – Zapewne zakładał to także wcześniej. Nie ma mowy o pomyłce, ten narcyz musiał wiedzieć, że nie ma tutaj jakiegoś specjalnego zagrożenia, więc zaryzykował podanie zlecenia. Żadnych najemników Selrodczycy w końcu nie tkną, więc nie mógł sam się zająć wydobyciem miecza. No i nie pomyślał, że nie wszyscy się go boją, a na pewno nie ci, którzy mieszkają poza Elenborem. Cholerny sukinkot...
Spojrzał w niebo. Słońce wisiało prawie w zenicie, więc południe się zbliżało. Wyjął miecz i odłożył łopatę. Dopiero początek, najgorsze przed nim, prawie sto jardów do przekopania, ale nagroda warta ceny. Gdyby tylko miał kogoś do pomocy... Zmełł w ustach przekleństwo, besztając siebie, że nikogo nie namówił do tej wyprawy, nawet Ogiera czy jego brata, przecież mógł go zabić zaraz po wykonaniu zadania, więc nagroda przypadłaby i tak tylko jemu.
Westchnął.
I właśnie w tym momencie ciął pierwszą kępę trawy. Nie miał nic, czym mógłby oczyścić teren przed rozpoczęciem kopania, więc musiał sobie radzić. Siekał i ciął, mozolnie, długo, pot zaczął lepić się do ubrań, więc zdjął kurtkę i kontynuował. Zimny, przyjemnie chłodny wiatr wdarł się pod koszulę, orzeźwił ciało.
Chrzęst badyli. Może i to częsty dźwięk w lasach, ale wywołało to w nim dziwne poczucie niepokoju. Dochodził od strony pagórka. Czyżby ktoś go śledził? Musiał być przygotowany, jeśli to miał być ten ork.
– Nie no, kurwa, nie wierzę! – krzyknął ktoś z górki i zaczął z niej zbiegać. Domenic skrył się wśród trawy. Kurtka i łopata zostały obok ogniska i trupów.
– Zamknij mordę, bo jeszcze ten inny nas wyczai... Szybciej, Grzesiek, bo ci wpierdol spuszczę.
– A chuj ci w dupę! Mówiłem ci, że sobie nogę zwichnąłem!
– Ciszej, powiedziałem!
I tak to słyszał, wszystko, co do słowa. Nie byliby dobrymi szpiegami, więc jak w takim razie nie zauważył, że go śledzą?
– Jakbyśmy zaczekali ten jeden dzień w Elenborze i ruszyli za nim dopiero wtedy, to by Miśka niedźwiedź nie wpierdolił.
– Sam jest sobie winny, jak mu odjebało i chciał na pięści z nim iść. Że brzydki jak on, to nie znaczy, że i silny.
Czyżby napotkali mnie dopiero po tym, jak wyszedłem z bimbrowni? Ogier miał szczęście, że nie znaleźli jego zamiast mnie – myślał Domenic. Obserwował przez wysoką trawę wchodzących na polanę obdartusów. Może i byli bandytami, może najemnikami, a może nawet i dezerterami, ale stanowili dla niego niebezpieczeństwo. Na pewno mu nie popuszczą, jeśli go znajdą.
Kurtki brak, więc na ochronę nie miał co liczyć. Grząskie podłoże, ale nie na tyle, by stracił płynność ruchów. Przeciwnicy? Góra pięciu, więc wyzwanie. Obdarte ubrania, miecze w pochwach z powyrzynanymi, niewygodnymi rękojeściami, słabe opancerzenie.
Ruszyli na szczęście w innym kierunku, byli od siebie jakieś dwadzieścia, trzydzieści jardów. Nie mógł ich w jakikolwiek sposób zaatakować, więc usiadł spokojnie, próbując nie ruszać trawą i nie wzbudzić podejrzeń. Każdy z nich miał łopaty, chyba przygotowywali sobie obóz. Nie, jednak zaczęli ciąć trawę sierpami. Byli nieźle przygotowani i zdeterminowani.
Nasłuchiwał, lecz wciąż tylko cięcie. Westchnął i wszedł nieco głębiej w trawę, z pewnością nie mogli go tam zauważyć. Nie oni, ale był ktoś, kto mógł. Jaskrawożółty pełzający po jego nodze wąż patrzył na niego zielonymi oczami i podążał od buta w górę. Nie czuł go ani trochę, może i był wąski, ale i długi. Powinien coś ważyć! Lodowa bryła opadła na dno żołądka, zacisnął zęby, jedno ugryzienie i mógł pożegnać się z życiem.
Pateksul syknął, skręcając w bok i wchodząc w trawę. Jego ogon jeszcze przez chwilę był widoczny, później zniknął w gęstwinie, syki jeszcze słyszał. Domenic przełknął ślinę, poruszył się i sięgnął do miejsca, gdzie uciekł wąż.
Chyba zwariowałem… – skarcił się w myślach, ale coś mu nie pasowało. Pateksule są inteligentnymi stworzeniami i choć agresywnymi, to rozsądnymi, a ten go nie zaatakował. Rozchylił źdźbła i spojrzał głębiej. Coś żółtego leżało pomiędzy nimi. Spojrzał na bandytów, lecz ci nadal cięli trawę, więc wszedł za wężem, próbując nie szeleścić i jak najmniej poruszać zielenią. Dojrzał to, wytrzeszczył oczy.
Tam, wśród traw, leżały rozcięte, martwe pateksule, ich jaskrawożółta łuska zamieniła się w ciemnozieloną, jakby życie napędzało ich barwę. Krew była już zaschnięta, wypłynęła gęsto z węży. Obok ciał leżał teraz jeden żywy, sycząc i patrząc na Domenika, jakby czegoś chcąc. Ktoś zabił te węże i zabrał głowy, jako że nigdzie ich nie było widać.
– No dobra, to teraz mówta, gdzie mamy kopać, mistrzuniu – rzekł bandyta, najemnik natychmiast wychylił się z trawy i spojrzał na nich. Miał podejrzenia, kto to zrobił, ale nie mógł teraz o tym myśleć. Bir’Oak.
Jeden z nich od razu zabrał się do roboty. Jako jedyny nie miał podartych ubrań, a na głowie tkwił kapelusz osłaniający przed bijącym w oczy słońcem.
– Stamtąd – rzekł specjalista, pokazując południe. Jego kompani stanęli w osłupieniu i patrzyli po sobie.
– O co chodzi? Że stamtąd przyjechali? Ralock jest na zachodzie.
– Na południu także, ale na północy już nie. Spójrz na drzewa, szeroki rozstaw, tworzą swoisty gościniec, teraz już zarośnięty. Pewnie sto lat temu taki tutaj był. Po drugiej stronie polany jest to samo, a przez ten pagórek też nie przejechali, bo mieli konie – odparł, oglądając okolicę. Ci najemnicy zapłacili sporą sumę, żeby znaleźć takowego specjalistę. Mimo że miał przy sobie miecz, pewnie nie wojował zbyt dobrze, może nawet nie chciałby wojować, więc Domenic miał w razie czego ułatwioną sprawę.
Tropiciel, badacz, jakkolwiek go nie nazwać, zaczął szwendać się po polanie, oglądając okolicę i glebę. Na szczęście omijał ognisko i trupy szerokim łukiem, jakby nie interesował go tamten skrawek ziemi.
– Czujecie ten zapach?
– Czuliśmy już Elenborze, bo się nie umyłem – zażartował jeden z nich, ale poważny wzrok specjalisty natychmiast przywrócił go do porządku. – Tak, czujemy. Zgnilizna, rozkładające się ciało. Jak myślicie, co to?
– Herben pewnie wysłał tutaj swoich zwiadowców, a skoro nie wrócili, to postanowił dać zlecenie, a najemnicy są zbywalni – skwitował krótko.
Domenic wiedział, że miał do czynienia z kimś nadzwyczaj inteligentnym. Na podstawie tak małej ilości danych domyślił się wszystkiego i spuentował w jednym zdaniu, gdzie on musiał się natrudzić, by to sobie poukładać.
– Ciała muszą być niedaleko, ale kto mógł ich zabić… Wątpię, by ciała były tutaj dłużej niż tydzień, nie śmierdzi aż tak, więc z pewnością nie ten, którego śledziliśmy. No i także nie wilki, tutaj ich nie ma.
– Skąd ta pewność?
– Bo jeszcze żyjemy.
Trafna uwaga – pomyślał Domenic.
Specjalista zmierzył rękoma miejsce bitwy, przesunął dłonie delikatnie w dół i zrobił kilka kroków ku lasowi.
– Gdzieś tutaj. Biorąc pod uwagę, że łowcy zastawili na nich pułapkę, musieli ostrzelać ich ze wzgórka. A skoro tak, to reszta wybiegła z lasu, a konne elfy były już w co najmniej połowie. Próbowali się przebić. I tak polegli.
– Wyczytałeś to z jakiejś książki?
– Znam wszelkie rewelacje na temat stosowanych formacji walk sprzed stu lat. Interesuję się poczynaniami łowców i znam ich sposoby polowań. Tak właśnie zrobili. Jeśli nie tak, ja nie nazywam się Jan Erbel.
Jan Erbel! – krzyknął w myślach Domenic. To właśnie z jego bestiariuszy nauczył się, czym są potwory, wszelkie upiory i inne groźne stworzenia. To właśnie z jego książek nauczył się czegoś o historii południowego wybrzeża. Był jednym z najbardziej znanych Ralockich pisarzy i kronikarzy, więc dlaczego...
– Tutaj? A jak nie?
– Już mówiłem. Inaczej nie nazywam się Jan Erbel.
Najemnicy spojrzeli po nim czujnym wzrokiem, po czym chwycili za szpadle i zaczęli kopać w miejscu wskazanym przez Erbela. Patrzyli na niego przez cały czas, pilnowali albo szukali jakiejś wskazówki, skąd on brał te wszystkie informacje. Nie tylko oni byli pod wrażeniem, Domenic także był ciekaw, czy jego założenia są poprawne.
– A teraz powiesz nam, dlaczego to robisz. Obiecałeś – rzekł jeden z kopiących.
– Po wydobyciu, nie wcześniej, nie później.
– A ja myślę, że teraz, inaczej wepchnę ci worek mrówek w dupsko.
Pisarz rozejrzał się ostrożnie, powąchał powietrze, jakby smakując zgniliznę lub próbując odgadnąć, skąd ona pochodziła, i westchnął.
– Nie będzie takiej potrzeby. Jestem tutaj, ponieważ chcę zapisać w kronikach, jak naprawdę przebiegła bitwa. Jeśli moje przemyślenia okażą się prawdziwe, odgadnę także wszystko inne, a potem zapiszę w kronikach historię miecza Bir'Oak'a. To dla mnie bardzo ważne. Dlatego prosiłem was o eskortę, a wy się zgodziliście. Ja mam informację, wy pieniądze.
Przyjrzał się mu dokładnie, przeanalizował, obmyślił, uśmiechnął. Ten zgniły uśmiech, zdradziecki uśmiech. Domenic bardzo dobrze wiedział, co on oznacza, Jan niestety również, co było można łatwo wywnioskować po jego minie.
– Nikt nie powiedział, że oddam ten miecz banowi Elenboru, pisarzyno...
– A jednak. Chyba nie chcesz być ścigany listem gończym, hm? – odparł Erbel, chcąc załagodzić sytuację. Wszyscy wiedzieli, do czego dąży, ale jaki mieli wybór?
– Lubię dreszczyk emocji.
– Jak chcecie. Mimo wszystko chciałbym, byście dotrzymali warunków umowy, jak na honorowych ludzi przystało.
– Oczywiście, zawsze dotrzymuję raz danego słowa – zapewnił najemnik.
Nacisk na „raz” był wskazówką. Większość takich zbrodniczych niby-inteligentów zdradza swoje plany, zanim kogoś zabije, rozmawia z ofiarą, wyładowuje się emocjonalnie albo daje powody, by czuła niepokój. Brzmiało to dość książkowo. Perwersja i fetysz? Niestety nie przewidział on, że w trawie siedział najemnik, który szukał tego samego, co oni...
Musiał siedzieć. Chciał uratować Erbela, może nawet jakąś nagrodę by dostał? Ale nie mógł. Jeszcze nie. Lenistwo? Możliwe. Ale musiał zaczekać jeszcze chwilę, a potem wpaść tam w odpowiednim momencie. Mógł zabić ich wcześniej, a potem współpracować z samym pisarzem, ale…
Uciekaj, cholero jedna! Pierdol to! – krzyczał Domenic w myślach, nogi rwały mu się do biegu, chciał mu pomóc już teraz, ale dlaczego nie potrafił…? Przecież to takie proste… Wystarczyło ich zabić, nim coś zrobią!
– Jest! – wrzasnął jeden z kopaczy. Wszyscy zwrócili się w jego stronę, nawet ciekawski kapelusznik, choć niemal trząsł się ze strachu.
Na pewno jest? Może to tylko ciało? Nie, trudno pomylić zbroję z mieczem i to zwłaszcza z mindynowym… Może zobaczył tylko blask? – myślał Domenic, niecierpliwiąc się z każdą chwilą. Dłoń świerzbiła, trzymała miecz, ale Bir'Oak... Ta nazwa wzywała go, niemal czuł, jak obraz klingi materializuje się w jego umyśle... Nie, najpierw trzeba uratować Erbela!
– Przykro mi, pisarzyno, ale nie możemy dopuścić, byś...
– Wiedziałem! – wrzasnął żałośnie Erbel. Brzmiało to jak wezwanie pomocy, ale znikąd jej przybyć nie mogło.
Ale Domenic usłyszał go, choć było już za późno, bariera pękła, emocje nim zawładnęły w jedną chwilę. Syk miecza wyjmowanego z pochwy, jakiś skok. Wiedział, co musi zrobić, wcisnął nogi w ziemię i przedarł się przez trawę. Te trzydzieści jardów to jednak zbyt wiele, by zdążyć.
– Zabić go, byle prędko!
Biegł, wyłonił się z zieleni, zobaczył wszystko. Kronikarz trzymał gotowy miecz, machnął nim, ale najemnik zręcznie to sparował. Był zbyt dobry dla nowicjusza, zbyt szybki, zbyt silny. Cholera, nie!
Ostrze zasmakowało krwi.
Domenic rzucił się naprzód, skoczył, tnąc pierwszego napotkanego najemnika. Ręka wystrzeliła z barku, opryskując krwią wszystko dookoła, obdartus nawet nie wiedział, co go raniło. Rozległ się wrzask. Skoczył ku drugiemu, czując w ustach i na twarzy ciepłą posokę.
Zaskoczeni bandyci wyjęli oręż. Jeden z nich dźgnął w kierunku szybkiego jak gepard napastnika, ale zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy ten bez większych problemów uniknął niezgrabnego ciosu i wymierzył cios w jego tętnicę. Krew znów zarysowała w powietrzu łuk, wszystko działo się tak szybko, nie byli przygotowani.
– Skąd ty... – jęknął przywódca, dźgając mieczem na oślep, byle utrzymać napastnika z dala.
Domenic dopadł do przedostatniego i sieknął go po nogach. Ów sparował to i wymierzył mu kopniaka w kolano. Strzyknęło, wygięło się, napęczniało od bólu.
Zaklął pod nosem. Był zbyt nieuważny, zbyt dużo emocji rzuciło nim w wir walki, powinien tego unikać. A jednak...
– Skąd się żeś wziął, co?!
Nie odpowiedział, nie rozmawiał z szujami. Po trochu sam też nią był, ale nie on zabił bogu ducha winnego człowieka.
Ustawił się bokiem, w pozycji bojowej. Już wiedzieli, że będzie z nimi krucho, jeśli dadzą mu podejść. Mimo że grunt nie był zbyt dogodny do walki, a kolano piekło i bolało, to nadal miał ogromne szanse. Dwóch poprzednich wyeliminował za zaledwie jednym zamachem, ale z tymi będzie musiał się nieco natrudzić. Sam był zdumiony, że poszło mu tak łatwo, widocznie źle ocenił wyzwanie. Zaklął głośno, myśląc o tym, że mógł bez problemu uratować pisarza, gdyby tylko wyszedł wcześniej…
– Nie wkurwiaj mnie!
Ruszyli w jednym momencie, cała trójka starła się mieczami. Domenic zrobił piruet, tnąc po nogach. Musieli to sparować. Z półobrotu ciął nieco wyżej. Rozległo się wycie, miecz upadł na ziemię, a obok niego sikająca krwią dłoń. Wyraźnie zdenerwowany przywódca zadał cios z boku, więc napastnik musiał odskoczyć, ale za chwilę rzucił się z powrotem, robiąc pełny obrót i skracając cierpienia drugiego o głowę. Dosłownie.
– Skurwiel... – burknął bandzior, wiedząc już, co go czeka. Patrzył bezradnie, jak mistrz ukrywania się podchodzi do pierwszego z jego kompanów i wbija mu miecz w gardło. Odwrócił wzrok, czując napływające łzy do oczu. Spojrzał na twarz Domenika. Zobaczył te niebieskie jak lód oczy, chłodne i zdecydowane. Otaczała je cała paleta czerwonego, wszystkie odcienie zafarbowały mu koszulę i ciało, całą twarz i trochę włosy. Już wiedział, co z nim będzie. Był zbyt słaby.
Natarł na niego z pełną siłą, parując i atakując, próbując wykonywać finty i parady, ale z miernym skutkiem. Wkrótce musiało się tak skończyć, nie miał żadnych szans. Domenic szarpnął z boku, myląc go efektownie i wymijając z lewej strony. Zaszedł go od tyłu. Ostrze błysnęło w słońcu. Potem krew. Trysnęła obficie z otwartej rany na piersi. Klinga przeszyła na wylot. Zdrajca i krętacz padł na podłoże, wijąc się w agonalnym bólu. Ściskał w ręku trawę, tarzał się w mokrej ziemi, krzycząc najróżniejsze przekleństwa. Ale nikt już tego nie słyszał. Umarł zabity przez swoją chciwość. Tak powinno być, punkt dla sprawiedliwości.
– Dlaczego nie wyszedłeś stamtąd wcześniej? – usłyszał nagle Domenic. Dyszał ciężko, czuł pulsowanie w kolanie, napływ emocji, gniew, strach. Ale Erbel jeszcze dychał. Podbiegł do niego, sprawdził rany. Zero szans, by to przeżył, miecz przebił śledzionę, rychły krwotok gwarantowany. – Zresztą nieważne...
– Widziałeś mnie? – spytał bardziej z grzeczności niż zdziwienia, choć zdziwiony był, owszem.
– Oczywiście. Te tępaki nigdy by cię nie zau... khe-khe... Wybacz...
– Nie mam czego wybaczać, panie...
– Racja – przyznał Erbel, nie patrząc na rozmówcę. Spojrzał w niebo. – To miała być moja ostatnia wyprawa. Kiedy usłyszałem to słowo… Bir'Oak. Wiedziałem, że muszę o tym napisać, udokumentować to, znaleźć, zobaczyć. Napatoczyli się oni, zaoferowali się, a ja bezmyślnie... Bir'Oak to potężne elfie słowo mocy, ciągnie do siebie, prawda? Też to czujesz, mam rację? Musisz czuć. Byłem zaślepiony. A teraz mam za swoje... Ekh... Mam w kurtce książkę. Moją ostatnią. Proszę, daj ją mojej rodzinie w Elenborze. Tam mieszkałem, tam żyłem, ale ta ksią... argh!
– Janie?
– To tutaj zapisywałem swoje ostatnie dni. Wyjaśniałem, tłumaczyłem. To... coś jak dziennik... Proszę...
Teraz mógł jedynie patrzeć na egoistyczne, ostatnie życzenie zmarłego. Ostatnie tchnienie uleciało z wiatrem, który teraz się wzmógł, jakby poruszony faktem, iż Erbel umarł. Ciemne chmury nadchodziły, widocznie to zjawisko ów obserwował w swych ostatnich chwilach, gdyż spoglądał tam bez przerwy. Nawet po śmierci.
Domenic zajrzał za pazuchę kurtki pisarza i znalazł chudą książeczkę z twardą okładką. Nie wiedział, co tam jest, nie była podpisana. Chwycił ją mocno i schował pod koszulą, wkładając w spodnie. Kurtka została przecież przy trupach żołnierzy.
Bir'Oak. Dopiero teraz sobie przypomniał. Usiadł obok truchła Erbela i spojrzał na dziurę, w której to mieli znaleźć legendarny, mindynowy miecz elfów. Z tej perspektywy nie było go widać, ale może gdyby tam spojrzał... Zbyt dużo emocji, musiał odsapnąć. Czuł zawód, nie zdołał go uratować, mimo że chciał. Nie wiedział dokładnie dlaczego, może dzięki jego dziełom, jego książkom, opisom, bardzo wszechstronnej wiedzy na temat wielu rzeczy. Dzięki właśnie temu mógł wyruszyć w podróż, swoją pierwszą. Dlatego chciał, by nadal żył i pomagał nie tylko jemu. Światowej klasy pisarz umarł na zadupiu, pośród drzew, razem z szujami, pomiędzy szujami i w szczytnym celu. Z jednej strony gówniana śmierć, z drugiej natomiast godna, pewnie tak właśnie chciał umrzeć.
Odetchnął głęboko i ruszył po swoją kurtkę, zabrał ją i zostawił łopatę. Wystarczyło, że w jedną stronę tachał ją na darmo, w drugą nie zamierzał. Schował książkę pod pazuchę i podszedł wolno do dziury i spojrzał w nią. Coś błyszczało bardzo jasno i nawet ziemia nie potrafiła zgasić blasku tego metalu. Chwycił szpadel i zaczął rozkopywać dziurę jeszcze bardziej. Powoli zaczęły ujawniać się kolejne skrawki mindynu. To była zbroja, prawdopodobnie dowódcy elfów. A więc musiał być też miecz, niekoniecznie Bir’Oak.
Erbel, ty dokładny sukinsynu – pomyślał z zadowoleniem i podziwem.
Kopał coraz szybciej, coraz mocniej, głębiej. Z każdą chwilą wydawało mu się, że Bir'Oak sam wyskoczy spod ziemi. Jeśli podania o pradawnych, legendarnych ostrzach są prawdziwe i mają one własny rozum i unikalne zdolności, to temu mieczowi z pewnością znudziło się już leżenie pod ziemią.
Rękojeść. Chwycił ją szybko i wyciągnął ostrze, przewracając się na plecy. Ziemia zasypała mu twarz, wpadła za koszulę.
Czuł w ręce kozią skórę. Była niezwykle wygodna, choć powszechnie stosowano inną albo wcale. Spojrzał na niego, uniósł nad swoją głowę. Był ciężki, cięższy niż jego półtoraręczny miecz. Ale to, jak wyglądał...
Klinga była gruba i szeroka, cała biała i błyszcząca. Ziemia nie utrzymała się na nim, nie było żadnego śladu rdzy czy choćby zęba czasu. Idealnie zakonserwowany, robotę elfów widać z daleka. Z pewnością miał w sobie coś magicznego, coś więcej niż inne miecze z mindynu. Dotknął go, poczuł chłód, gładką powierzchnię. Wybałuszył oczy, wpadając w zachwyt. Był wręcz idealny.
Jelec zrobiony chyba do celów ozdobnych, bo Domenic nigdy takiego wydumanego i dziwnego nie widział, jakieś zawijasy, rozszerzenia, trochę niepraktyczne. Klinga natomiast wręcz przeciwnie, choć również nietypowo, sztych był rozszerzony, niedużo, ale zdecydowanie nie pasowało to do ostrzy ludzi. Wstał szybko, by spróbować zmieścić go w pochwie. Zbędny trud, był zbyt wielki. Schował swój miecz półtoraręczny i wyciągnął zza pazuchy szmatę, w którą owinął Bir'Oaka. Planował to zrobić już na samym początku.
Nagle jednak coś go uderzyło. Uczucie przywiązania. Gdy obwiązał miecz w szmaty, przypomniał sobie, co musiał z nim zrobić. Ale dlaczego właściwie ma go oddać osobie, którą gardzi? Której nienawidzi? Odpowiedzi, nagroda... Przecież to logiczne, więc dlaczego ciągnęło go ku zatrzymaniu go? Czyżby działała tu jakaś magia przywiązania? Bir'Oak. Sama ta nazwa hipnotyzowała.
Dał się zwieść, dał się ponieść, skusił się. Teraz już wiedział, co zrobi. Pieniądze zdobędzie gdzie indziej, pochwę zleci jakiemuś płatnerzowi za pieniądze za poprzedni miecz.
Snuł plany i wizje, odpowiadał na pytania samemu sobie, stał tak w miejscu całą godzinę, ściskając Bir'Oaka przy piersi. Nie rozumiał tego, nie chciał go, a jednak musiał go wziąć, inaczej poczułby pustkę... Nawet jego przeszłość już go nie interesowała, nawet to, że Herben mu tego nie popuści. Musiał go mieć i musiał żyć. To było pewne, to wiedział.
Zdecydował, samodzielnie, po raz pierwszy w życiu.
"Jeszcze się nie ciesz. Nie ma takiego szczęścia, którym się nie udławisz, Lee."
~ Neogor z Zimnej Kołyski

"Życie jest jak pyłek, a kwiat jak ciało. Pyłek ulatuje czasami tak niespodziewanie, tak szybko... A ja jestem wiatrem."
~ Gariusz ze Świnioujścia
Odpowiedz
#10
(16-06-2016, 12:58)DeadHuman napisał(a): *********************************************
### Bir'Oak ### Część 3 – Ostatnia ###
*********************************************

Trawa urosła dorodnie(dorodna), brodził w niej po pas, a stopy stąpały po grząskiej ziemi.

Żyzna ziemia, bo wszystko najlepiej rośnie na trupach. Nawet go interesowało, dlaczego nie zebrano stamtąd trupów i nie pochowano, ale wyglądało na to, że nikt nie chciał się trudzić, tym bardziej, że były nimi elfy.

Pod jedną z choinek pod lasem znajdowało się dawno wypalone ognisko, a obok niego Elenborska(elenborska – przymiotnik) zguba.

Był to dowód na to, że w tym borze nie mieszkają(nie mieszkały) wilki, inaczej ciała byłyby choć tknięte. A one leżały tak od chwili śmierci nienaruszone. (A one leżały tak nienaruszone od chwili śmierci)

Rozejrzał się wokoło, ale trawa nigdzie nie była wgnieciona, wycięta,(zbędny przecinek) czy wyrwana, więc nikt jeszcze nie zaczął tu szukać. Dziwne. (od nowej linijki i akapitu)– Więc Herben nadal jest lekkomyślny. Przewidział, że polana może znajdować się po stronie Selrodu, ale z pewnością ubzdurał sobie, że skoro jego zwiadowcy nie wrócili, to dorwali ich Selrodczycy. Cóż za bezsens… – mówił sam do siebie, analizując poczynania bana. – Zapewne zakładał to także wcześniej. Nie ma mowy o pomyłce, ten narcyz musiał wiedzieć, że nie ma tutaj względnego(Nijak mi to tutaj nie pasuje) zagrożenia, więc zaryzykował podaniem zlecenia(podanie zlecenia).

Zmełł (w ustach – trzeba to zaznaczyć, bo samo "zmełł" trąci mieleniem mąki) przekleństwo, besztając siebie, że nikogo nie namówił do tej wyprawy, nawet Ogiera czy jego brata, przecież mógł go zabić zaraz po wykonaniu zadania, więc nagroda przypadłaby i tak tylko jemu.

I właśnie w tym momencie ciął pierwszą trawę(Dziwnie to brzmi, lepiej "uciął pierwszą kępkę trawy" czy coś). Nie miał nic, czym mógłby oczyścić teren przed zaczęciem(rozpoczęciem) kopania, więc musiał sobie radzić.

Nie no, kurwa, nie wierzę! – krzyknął ktoś z górki, (Lepiej "i zaczął") zaczął z niej zbiegać.

Zmełł (w ustach) przekleństwo. (Coś często mieli te przekleństwa, dobrałabym inne określenie, bo powtarzanie tego samego zbyt wiele razy daje wrażenie, że autor nie ma czegoś lepszego w zanadrzu :p)

– Ciszej (przecinek) powiedziałem!

Na pewno mu nie popłacą, jeśli go znajdą. (Nie pasuje to określenie, sam zobacz: http://sjp.pwn.pl/szukaj/pop%C5%82aci%C4%87.html. Nie potrafię się jednak domyślić, co tu miało być, więc nie zasugeruję zamiennika).


Nie mógł na nich zaszarżować(Dziwnie mi brzmi ta niemożność szarżowania, skoro niemożliwy byłby dla niego jakikolwiek atak, o tak brawurowym już nie wspominając), więc usiadł spokojnie, próbując nie ruszać trawą i nie wzbudzić podejrzeń.

Rozrzedził źdźbła(Źdźbła można raczej rozchylić, nie rozrzedzić, bo to określenie dobre dla cieczy) i spojrzał głębiej.

Jako jedyny nie miał podartych ubrań, a na głowie siedział("tkwił" albo coś – kapelusz nie może siedzieć) mu kapelusz osłaniający przed bijącym w oczy słońcem.

– Herben pewnie wysłał tutaj swoich zwiadowców, a skoro nie wrócili (przecinek) to postanowił dać zlecenie, a najemnicy są zbywalni – skwitował krótko.

Domenic wiedział, że ma(miał) do czynienia z kimś nadzwyczaj inteligentnym. Na podstawie tak małej ilości danych,(zbędny przecinek) domyślił się wszystkiego i spuentował w jednym zdaniu, gdzie on musiał się natrudzić, by to sobie poukładać.

Specjalista zmierzył rękoma miejsce bitwy, przesunął dłonie, delikatnie przesuwając je w dół(przecinek) i zrobił kilka kroków ku lasowi.

Patrzyli na niego przez cały czas, pilnowali,(zbędny przecinek) albo szukali jakiejś wskazówki, skąd on bierze(brał) te wszystkie informacje.

Pisarz rozejrzał się ostrożnie, powąchał powietrze, jakby smakując zgniliznę, (zbędny przecinek) lub próbując odgadnąć, skąd ona jest(była/pochodziła)(przecinek) i wetchnął(westchnął).

Nacisk na „raz” był wskazówką. Większość takich zbrodniczych niby-inteligentów zdradza swoje plany(przecinek) zanim kogoś zabije, rozmawia z ofiarą, wyładowuje się emocjonalnie albo daje powody, by czuli(czuła – ofiara) niepokój. Perwersja i fetysz? Niestety nie przewidział on, że w trawie siedzi(siedział) najemnik, który szuka(szukał) tego samego, co oni...

Ale musiał zaczekać,(zbędny przecinek) jeszcze chwilę, a potem wpaść tam w odpowiedniej chwili.

Uciekaj, cholero jedna! Pierdol to! – krzyczał Domenic w myślach, nogi rwały mu się do biegu, chciał mu pomóc już teraz, ale dlaczego nie potrafił…(znak zapytania)

Jeden z nich dźgnął w kierunku napastnika, ale zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy ten bez większych problemów uniknął niezgrabnego ciosu i wymierzył cios w jego tętnicę.

– Skąd ty...(Pasowałby wykrzyknik) – wrzasnął przywódca, dźgając mieczem na oślep, byle utrzymać napastnika z dala.

Mimo że grunt nie był zbyt dogodny do walki, a kolano piekło i bolało, to nadal miał ogromne szanse. Dwóch poprzednich wyeliminował za zaledwie jednym zamachem, ale z tymi będzie musiał się nieco natrudzić. (Trochę mi teraz nie pasuje fakt, że wcześniej tak się wzdragał przed atakiem, a teraz rozniósł przeciwników na mieczu, mimo że mieli przewagę)

– Dlaczego nie wyszedłeś stamtąd wcześniej? – usłyszał Domenic nagle(usłyszał nagle). Dyszał ciężko, czuł pulsowanie w kolanie, napływ emocji, gniew, strach.

Ostatnie tchnienie uleciało z wiatrem, który teraz się wzmógł, jakby wkurzony(Średnio to pasuje) faktem, iż Erbel nie żyje(umarł/nie żył).

Domenic zajrzał za pazuchę kurtki pisarza i znalazł chudą książeczkę o(w) twardej okładce.

Z tej perspektywy nie było go widać, ale może, (zbędny przecinek) gdyby tam spojrzał...

Odetchnął głęboko i ruszył po swoją kurtkę, zebrał(zabrał) ją i zostawił łopatę.

Coś błyszczało,(zbędny przecinek) bardzo jasno i nawet ziemia nie potrafiła zgasić blasku tego metalu.

Zmełł przekleństwo.(Zmełł w ustach. I ta sama uwaga co wcześniej)

Ziemia nie utrzymała się na nim, nie było żadnego śladu rdzy,(zbędny przecinek) czy choćby zęba czasu.

Klinga natomiast wręcz przeciwnie, choć również nietypowo, sztych był rozszerzony, niedużo, ale zdecydowanie nie pasowało (to) do ostrzy ludzi. Wstał szybko, by spróbować zmieścić go w pochwie. Zbędny trud, był zbyt wielki. Schował swój miecz półtoraręczny i wyciągnął zza pazuchy szmatę, w którą owinął Bir'Oak'a(Bir'Oaka).

Gdy obwiązał miecz w szmaty, przypomniał sobie, co musi(musiał) z nim zrobić. Ale dlaczego właściwie ma go oddać osobie, którą gardzi? Której nienawidzi? Odpowiedzi, nagroda... Przecież to logiczne, więc dlaczego ciągnęło go ku zatrzymaniu(spacja)go?

Trochę szkoda, że już koniec, spodziewałam się czegoś dłuższego.

Prawdę mówiąc, czuję się trochę zawiedziona. Zakończenie niczym mnie szczególnie nie ujęło ani nie zaskoczyło, liczyłam, że ten pisarz przyda się na coś więcej, ale tutaj również się zawiodłam, bo został zabity zaraz po tym, jak się pojawił i w sumie póki co niewiele to wniosło poza tym pamiętnikiem. Spodziewałam się też czegoś oryginalniejszego niż samotna zwycięska walka przeciwko przeciwnikowi z przewagą liczebną. Liczyłam na jakiś podstęp czy coś w tym guście. Tu podkreślę też to, co zaznaczyłam już w poprawkach: w sytuacji, gdy bohater samotnie i, nie oszukujmy się, z łatwością rozwala pięciu(?) wrogów, dość nieuzasadnione wydaje mi się to, że wcześniej wahał się i krył w trawie. Zwłaszcza że gdyby zaatakował wcześniej, uratowałby pisarza, więc efekt byłby jeszcze lepszy. No i przywłaszczenie sobie miecza też nieszczególnie mnie zaskoczyło – to byłoby za proste. :p

Ogólnie rzecz biorąc, czytało mi się przyjemnie, zgrabnie poprowadziłeś fabułę, było ciekawie. Ale pewne "ale" wciąż pozostaje.

Tyle ode mnie, liczę, że jeszcze się jakimś tekstem tutaj pochwalisz, bo zostawiłeś dość sporo otwartych spraw. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Złoty amalet Blockfush 8 1,901 17-02-2018, 21:44
Ostatni post: Vetala

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości