Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Szkarłatny Kubrak
#1
Śniło mi się, że łowiłem ryby. Leżałem nad znajdującą się niedaleko mojej chatki rzeczką i odpoczywałem w wiosennym cieple. Ukryte w koronach drzew ptaki dotrzymywały mi towarzystwa, ćwierkając wesoło. Odpoczywałem tak przez parę godzin w bezruchu, aż wędka niespodziewanie drgnęła. Myślałem na początku, że przywidziało mi się, lecz po chwili ponownie wygięła się w kierunku zwierciadła. Zadowolony wstałem, zatarłem ręce i już gotowałem się do wyciągnięcia zdobyczy, gdy w oddali usłyszałem niewyraźne dudnienie. Stawało się coraz wyraźniejsze, aż po chwili zza drzew wyłoniła się grupa jeźdźców szarżujących wprost na mnie. Zakląłem szpetnie, odrzuciłem wędkę i wyciągnąłem ręce przed siebie.
Obudziłem się, gdy konie były ze dwa lub trzy metry ode mnie, a ja żegnałem się ze światem. Oddychałem ciężko, w głowie miałem pustkę – minęło trochę czasu, nim uświadomiłem sobie, że to był tylko sen. Ale jaki realny! Dźwięk nadciągających koni nie ustawał, cały czas rozbrzmiewał mi w uszach. To był tylko sen...
Podniosłem się z łóżka i zacząłem szukać zapałek, by zapalić świecę. Dzień co prawda jeszcze formalnie się nie zaczął, ale nie robiło mi to już różnicy – nie chciało mi się spać. W końcu znalazłem malutkie pudełeczko, w którym znajdowały się chude, drewniane żołnierzyki w siarkowych czapeczkach. Błysnął jasny, ciepły płomień, rzucający bladopomarańczowe światło na ściany. Cały czas słyszałem dudnienie.
Naciągnąłem na siebie spodnie, wsłuchany w ówdźwięk, który zaczynał mnie powoli drażnić. Wywnioskowałem wówczas, że ktoś zmierzał w moim kierunku i niedługo powinien minąć mój skromny dobytek. Ubrałem się zatem szybko i umywszy tylko twarz, zaciekawiony wyszedłem na ganek.
Mieszkałem dziesięć kilometrów od Birkerotu – miasta kupieckiego, jednego z trzech tak zwanych „Pereł północy”. Były to osady, od których i między którymi wiodły najważniejsze szlaki handlowe. Czasem konwój jeździł po drodze, przy której żyłem. Była to stara, mało eskploatowana ścieżka, której rzadko używano. Lubiłem od czasu do czasu podejść do drogi i poobserwować, jak przejeżdżają – w końcu leśnicy również mogą się nudzić.
Natura powoli budziła się do życia. Zapaliłem na ganku lampę i rozsiadłem się w fotelu, wpatrzony we wdrapującą się na drzewo wiewiórkę. Galop nie ustawał, lecz zanim przyjdzie koniom minąć moją leśniczówkę, upłynie trochę czasu. Mieszkałem w terenach górzystych, gdzie pochyłe ścieżki wiły się serpentynami – niemożliwym było przejechanie ich w linii prostej. Choćby najlepszy jeździec dosiadł najlepszego konia, szlaku szybko nie pokona. Między innymi dlatego owa ścieżka nie była popularna.
Wsłuchany w echo rytmicznego stukotu, zamyśliłem się. Przypomniałem sobie, że powinienem wybrać się w końcu do miasta, by uzupełnić niezbędne zapasy. Zdałem sobie przy okazji sprawę, że niedługo nadejdzie zima. Pozornie niewinna myśl zasmuciła mnie jednak, bo uświadomiła mnie, że się starzeję. Nie byłem żonaty i coraz częściej zdawałem sobie sprawę, że nastanie niedługo czas, gdy nie będzie mi już dane zaznać miłości. Ten czas powoli nadciągał. Moi rodzice, kiedy jeszcze żyli, radzili mi, bym częściej jeździł do miasta i próbował odnaleźć swoją wybrankę. Uznawali samotność za coś, delikatnie mówiąc, ubliżającego prawdziwemu mężczyźnie. W cholerę z męskością! To ja brałem udział w wielkiej krucjacie Cesarza Jerzego III! To ja walczyłem o moją ojczyznę, sojusznika Cesarza, który w ramach podzięki nie zaaneksował jej, a nonszalancko przyjął jej lennictwo! To ja byłem więźniem wroga i to ja straciłem palec u ręki! Czyż to nie wystarczy, by nazwać mnie prawdziwym mężczyzną? Rodzice zmarli, lecz kwestia ożenku wracała do mnie coraz częściej, zsyłając uczucie dyskomfortu. Z biegiem lat nasilało się, aż przerodziło się w moje osobiste kredo – czas ucieka.
Z kontemplacji wyrwał mnie piskliwy głos, krzyczący: „Nie zwalniać tempa!”. W oddali dostrzegłem blask pochodni. Było ich siedmiu, każdy dzierżył w ręce jasny płomień. Dostrzegli mnie z daleka i zaczęli zwalniać, aż zatrzymali się koło mnie.
– Piękny dzień! – podjąłem rozmowę niechętnie.
– Ano. – Stojący najbliżej mnie splunął na ziemię i podrapał się po gęstej, ciemnej brodzie. – Nie wiecie, mosterdzieju, czy dobrze zmierzamy do Zguby Viborgu?
– Co was tam ciągnie?
– Ponoć córkę barona Winckler znaleziono w ruinach martwą – odezwał się jeden z jeźdźców, stojący za brodaczem. W jego głosie czuć było młodzieńczą ekscytację.
– I co wam do tego? Nie żyje to nie żyje.
– A wiesz, staruszku, co mówią w mieście?
– Jak widać. – Rozłożyłem ręce na bok, by zaakcentować, że jesteśmy w lesie. Zdążyłem już zrazić się do brodacza, który nazwał mnie per „staruszku”. Nie powinienem w sumie – jestem człowiekiem starszej daty, mógłbym już mieć wnuki.
– Mówią, że poszła nazbierać kwiatów, by uprząść wianek dla ukochanego. – Brodacz ponownie splunął. – Był już wieczór, a jej ni widu, ni słychu. No to zagonił baron ludzi, by ją odszukali i przyprowadzili. W ruinach odnaleziono tylko jej kubrak, cały umorusany krwią.
– Mówią teraz na nią „Szkarłatny kubrak”! – Wesoło wtrącił kolejny z jeźdźców, dotychczas zajadający się jabłkiem.
– A skąd wam wiadomo, że to był jej kubrak?
Nastała krępująca cisza. Najbliższy mnie otworzył usta, lecz po chwili je zamknął, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Uśmiechnąłem się krzywo pod nosem.
– Mniejsza o kubrak. Baron wydał list gończy, a my chcemy odebrać nagrodę. To którędy do ruin, dziadu?
– Zawróćcie lepiej. – Zignorowałem kolejną obelgę. – Jeśli jest, jak myślę, Baronówka wtargnęła na teren Boruty, który podobno grasuje właśnie w tamtych okolicach.
– Pieprzysz od rzeczy.
– To jedźcie i sprawdźcie sami – odpowiedziałem najchłodniej, jak tylko potrafiłem. – Jesteście na dobrym szlaku.
– Nie dało się tak od razu? Za mną! – Uśmiechnął się, splunął mi pod nogi i ruszył naprzód. Za nim ruszyli jego kamraci, a jeden z nich pokazał mi „takiego”. Odpowiedziałem mu tym samym i odprowadzałem ich wzrokiem, aż płomienie pochodni nie zniknęły w oddali. Znów byłem sam.
Usiadłem z powrotem w fotelu i założywszy nogę na nogę, ponownie dałem się ponieść myślom. Prawdziwa męskość może, wbrew temu co wcześniej uważałem, nie odnosi się wcale do umiejętności machania mieczem? Widziałem przed chwilą grupę ludzi, których prędzej nazwałbym rębajłami aniżeli prawdziwymi mężczyznami, mimo iż wpisywali się w moją poprzednią myśl. Między żołnierzem armii carskiej a najemnikiem istnieje wiele różnic, lecz obaj używają jednego środka, by osiągnąć cel – przemocy. Nie potrafię zatem odpowiedzieć, kim jest „prawdziwy” mężczyzna. Wydaje mi się to teraz pojęciem abstrakcyjnym, którego definicja nigdy nie będzie jednolita. Istotnie, dla każdego obraz męskości maluje się inaczej – dla kogoś będzie to osoba potrafiąca obronić swoją rodzinę i ojczyznę przed każdym niebezpieczeństwem, i będzie miała świętą rację. Znajdą się jednak również jednostki, które uznają, że umiejętność zapewnienia sobie i rodzinie bytu jest równie ważna i istotna dla kogoś, kto chce się tytułować mężczyzną, i również nie będą w błędzie. Dla mnie prawda leży gdzieś pomiędzy i nie jest możliwe jej dokładne zdefiniowanie.
Nie był to pierwszy raz, gdy doszedłem do takich wniosków. Niestety, za każdym razem, po upływie paru dni, odchodziły one w niepamięć. Mam już swoje lata i nawyki – w tym i skłonność do melancholii. I tak już chyba będzie do końca. Zrezygnowany, wzruszyłem  ramionami i spoglądając na wschodzące powoli słońce, przysnąłem. Znów śniło mi się, że łowiłem ryby.
Nie ujrzałem już nigdy napotkanych jeźdźców. Podejrzewam, że bynajmniej nie zignorowali mojej radę i ujrzawszy stare ruiny, ruszyli na północ, gdzie znajduje się najbliższa osada. Co się zaś tyczy Baronówki – podejrzewam, że faktycznie musiała wkroczyć na terytorium ducha lasu, który urażony kradzieżą zemścił się na niej.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(05-04-2016, 20:00)JTM napisał(a): Zaklnąłem (Zakląłem) szpetnie, odrzuciłem wędkę i wyciągnąłem ręce przed siebie.

Błysnął jasny, ciepły płomień, rzucający blado-pomarańczowe (bladopomarańczowe) światło na ściany.

Naciągnąłem na siebie spodnie, wsłuchany w owy (ów) dźwięk, który zaczynał mnie powoli drażnić. Wywnioskowałem wówczas, że ktoś zmierzał w moim kierunku i niedługo powinien minąć mój skromny dobrobyt (dobytek). Ubrałem się zatem szybko i umywszy tylko twarz, wyszedłem na ganek, zaciekawiony (zaciekawiony wyszedłem na ganek).

Lubiłem od czasu do czasu podejść do drogi i poobserować (poobserwować), jak przejeżdżają – w końcu leśnicy również mogą się nudzić.

Galop nie ustawał, lecz zanim przyjdzie koniom minąć moją leśniczówkę, minie (powtórzenie) trochę czasu.

Pozornie niewinna myśl zasmuciła mnie jednak, bo uświadomiła mnie (mi), że się starzeję. Nie byłem żonaty i coraz częściej uświadamiałem (powtórzenie) sobie, że nastanie niedługo czas, gdy nie będzie mi już dane zaznać miłości.

Uznawali samotność za coś, delikatnie mówiąc, ubliżające (ubliżającego) prawdziwemu mężczyźnie.

To ja walczyłem o moją ojczyznę, sojusznika Cesarza, który w ramach podzięki nie zaaneksował (zaanektował; aneksja, anektować) jej, a nonszalancko przyjął jej lennictwo!

Z kontemplacji wyrwał mnie piskliwy głos, krzyczący: „Nie zwalniać tempa!” (kropka i zbędny myślnik)w (W) oddali dostrzegłem blask pochodni.

– Piękny dzień! – Podjąłem (małą literą) rozmowę niechętnie.

– Nie wiecie, mosterdzieju (że co?), czy dobrze zmierzamy do Zguby Viborgu?

– Ponoć córkę barona Winckler znaleziono w ruinach martwą – odezwał się jeden z jeźdźów (jeźdźców), stojący za brodaczem.

Rozłożyłem ręce na bok, by zaakcentować, że jesteśmy w lesie. Zdążyłem już zrazić się do brodacza, który nazwał mnie per „staruszek” ('który zwracał się do mnie per "staruszku"' albo 'który nazwał mnie staruszkiem').

– Mówią, że poszła nazbierać kwiatów, by uprząść (upleść) wianek dla ukochanego.

– Jeśli jest (przecinek) jak myślę, baronówka (baronówna) wtargnęła na teren Boruty, który podobno grasuje właśnie w tamtych okolicach.

Widziałem przed chwilą grupę ludzi, których prędzej nazwałbym rębajłami, (zbędny przecinek) aniżeli prawdziwymi mężczyznami, mimo iż wpisywali się w moją poprzednią myśl. Między żołnierzem armii carskiej a najemnikiem istnieje wiele różnic, lecz obaj używają jednego środku (środka), by osiągnąć cel – przemocy.

Podejrzewam, że bynajmniej nie zignorowali moją radę (mojej rady) i ujrzawszy stare ruiny, ruszyli na północ, gdzie znajduje się najbliższa osada. Co się zaś tyczy baronówki (baronówny) – podejrzewam, że faktycznie musiała wkroczyć na terytorium ducha lasu, który urażony kradzieżą, (zbędny przecinek) zemścił się na niej.

Pracuj z edytorem, bo zbyt wiele jest błędów ortograficznych i literówek. Pisałem wcześniej o zapisie dialogów, ale nie podałem odnośnika do naszego forumowego poradnika w tym temacie – czynię to zatem teraz: http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...logow.html

Jeśli to już koniec opowiadania, to... no właśnie... Nie jestem w stanie wyczuć, o co tu chodzi, do czego zmierzasz, czego mam się dowiedzieć, co tu jest istotne... Ot, jakiś tekst z dywagacjami starszego człowieka.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Poprawione. Dziękuję za opinię.

W zamyśle opowiadanie miało być takim wycinkiem.
Mosterdziej: http://sjp.pl/mosterdziej
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości