Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Bractwo
#1
Jest to moje pierwsze podejście do zbioru opowiadań, mających się łączyć w jedną fabułę. Jest to też moje pierwsze opowiadanie jakkolwiek. Pisane na telefonie i i z telefonu wrzucane na forum. Kiedy dostanę się do komputera, postaram się uporządkować bajzel. Na przestrzeni gramatyki i interpunkcji, układu i estetyki muszę się jeszcze wszystkiego nauczyć.. Na sam początek, ciekaw jestem jak odbierzecie mój język i pomysł. Nie boję się krytyki. Wszystkiego chcę się nauczyć. [Obrazek: aww.gif] Pozdrawiam.


EDIT 1 : Dotarłem do komputera. Pierwsza część tekstu poprawiona, dodany ciąg dalszy pierwszego fragmentu, pierwszego rozdziału.



Rozdział I (pierwsza część) :

Deszcz niesiony wiatrem znad rzeki zacinał w twarz, wbijając w nią tysiące najcieńszych igieł. Nie pomagał nawet obszerny kaptur mojego na poły „nowego” płaszcza. Otrzymałem go parę księżyców wcześniej od Hershela jako dodatek do wynagrodzenia za wykonanie pewnego zlecenia... Hershel! Cóż... Muszę przyznać, że zawsze był z niego kawał sukinsyna nawet jak na owe parszywe czasy. Mowa o herszcie miejscowych przemytników, trudniących się, jak tytuł im nakazuje – przemytem różnych towarów (choć zdarzali się też ludzie).
Wszakże celnicy i podatki to zaraza ograniczająca wolny rynek! – Jak pewnego razu klarownie i pewien czystości swojego sumienia sam wódz bandy mi to przedstawił.
Zaskakujące było, jak taki tłusty gbur potrafił poprawnie artykułować zdania. Z pewnością nie urodził się w tej dziurze wypluwającej kolejnych analfabetów, potrafiących co najwyżej upić się do porzygu. Nigdy jednak nie wnikałem w jego przeszłość, a poza osobistymi interesami niewiele nas łączyło. Grunt, że miał pieniądze, którymi mógł opłacić moje usługi. W tym wszystkim starał się nawet upatrzyć we mnie przyjaciela, jak tak też mnie traktował, wysilając się na pomniejsze uprzejmości. Muszę przyznać, że lubiłem tego dupka i nawet darzyłem wątłego rodzaju sympatią... Chociażby za sam osobliwy rodzaj poczucia humoru, który po prostu mi odpowiadał.
Właśnie zmierzałem na umówione z nim spotkanie. Jeszcze rankiem tego samego dnia przysłał do mnie chłopaka z zapieczętowanym listem, prosząc o spotkanie „w trybie pilnym.” Miałem się stawić jak zwykle sam, w dodatku na odsłoniętym z każdej ze stron terenie pomiędzy magazynami portowymi. Nie powiem, aby ostrożność nie nakazywała mi unikać takiego wystawiania się na świszczący w powietrzu bełt kuszy czy też zbyt licznego wroga, mogącego przygotować zasadzkę. Byłem jednak spokojny. Hershel nie byłby na tyle głupi. Jako jeden z niewielu, dobrze wiedział, kim jestem i ostatnią rzeczą, jaką chciałby zrobić, to narazić się tym, których nazywam swoimi braćmi. Nawet wtedy, kiedy nasze sprawy nie były powiązane z interesem bractwa, a moim własnym. Zdecydowanie wolałby się pięciokroć zesrać i zjeść własne gówno, niż się narazić i zastać w własnej sypialni przybity do ściany pergamin z pomazanym symbolem czarnej dłoni. Był to znak zdecydowanie zwiastujący kłopoty, z którymi nie może się mierzyć nawet on, dysponujący na komendę dziesiątkami uzbrojonych oprychów. Jedyne co mógłby w takiej sytuacji zrobić, to usiąść, popłakać się jak dziecko i popełnić samobójstwo. Uniknąłby w ten sposób gorszej, poprzedzanej torturami śmierci. Dlatego też muszę przyznać, że ma facet jaja, korzystając z moich czy też naszych usług! Dla wielu jesteśmy ostatecznością, gdyż każdy wie, że pisząc się na usługi Dzieci Cienia, zawiera się nieoficjalny układ, zostając dłużnikiem dla naszych struktur do końca swojego życia. 
Deszcz! Nie najgorsze to niedogodności, z jakimi się spotykałem. Grunt, że na sam czerep nie kapie. Zmierzałem wtedy właśnie wzdłuż zabłoconych, wąskich ulic wśród ledwo stojących budynków. Urocze to były potworki, kiedy wiecznie zajęci utrzymywaniem stanu nietrzeźwości panowie domu nie przejmowali się równocześnie przegniłymi i powybijanymi deskami w drzwiach i ścianach swojego mieszkania. 
Nawet za dnia dzielnica portowa Wizgardu i jej ulice z pewnością nie należały do tych, którymi ktoś by się przechadzał dla przyjemności, jaką powinien nieść zdrowy spacer. Większość mieszczaństwa, przyzwyczajonego z resztą do podobnych warunków, potrafiłaby zignorować ulatniający się smród, wżerający się w ubranie i każdy odsłonięty fragment ciała. Ale znikające sakiewki lub chłodny kawałek żelaza z nagła przylegający do twojej szyi lub pleców, połączony z groźbą... Raczej nie były to rozrywki, jakich szukałby normalny i zdrowy na umyśle człowiek. Albo potrafisz się przed tym obronić, łamiąc palce złodziejaszkowi, nim dosięgnie twojego pasa, albo zostajesz bez grosza. Albo masz oczy dookoła głowy i potrafisz rozpoznać złowrogie zamiary uprzedzając sztylet napastnika swoim własnym, wbitym zręcznie między jego żebra, albo nie zapuszczasz się w takie miejsca. No chyba że życie Ci niemiłe. W rzeczonych czasach na terenie całego cesarstwa, może z wyjątkiem stolicy, nocne spacery nigdy nie klasyfikowały się do rozsądnych pomysłów. 
Pozostała kwestia ludzi, posiadających odpowiednie umiejętności, sprawiających, iż podobne zagrożenia malały do skali zaledwie uciążliwych niedogodności. Dane mi było, być jednym z tych szczęściarzy. I choć faktycznie byłbym w stanie, poradzić sobie tu z każdym lub przynajmniej większością z tych, którzy odważyliby się wejść mi w drogę, to na szczęście nie nazbyt często byłem zmuszany, aby swoją zaradność udowadniać. Większość zaściankowych zawadiaków wolała poprzestać, na krótkim zmierzeniu mnie wzrokiem. Nie wiem co bardziej ich zniechęcało. Czy była to zimna aparycja, której maskę (choć nieudawaną) potrafiłem przybrać, kiedy tylko uznałem to za stosowne. Czy też silniejszą funkcję straszaka pełniła wystająca spod płaszcza, egzotycznie zagięta i budząca pełen podziw rękojeść miecza, który to w całej swej okazałości kunsztem nie odbiegał od prawdziwych dzieł sztuki. 
Większość swojego ekwipunku zdobywałem okazyjnie podczas zleceń w formie najemnika lub podczas misji wypełnianych dla bractwa. Niezapomniany to dzień, w którym po cichu musiałem wyegzekwować karę śmierci na pewnym ciapatym handlarzu niewolników. Było to moje pierwsze zlecenie skrytkobójcy, mające służyć za sprawdzian dla obiecująco zapowiadającego się adepta. Miałem wtedy zaledwie dziewiętnaście lat. 
Po wzorcowym wykonaniu zadania, stałem się jednym z najmłodszych w historii naszej organizacji pełnoprawnym członkiem wspólnoty. Zdobyłem w tym czasie uznanie tak samo u starszyzny, jak i wśród wielu innych starszych wiekiem i rangą braci. Oczywiście sława nawet w naszych hermetycznych strukturach, znajdowała też negatywny odbiór. Także wśród pokornych braci, znajdowali się tacy, którzy spoglądali na mnie z zazdrością. Żaden z nas nigdy nie podniesie na drugiego ręki, a przynajmniej nie bezpośrednio. Należało jednak uważać na kłody, rzucane pod nogi przez głodnych zajęcia obranej przeze mnie pozycji.
Nie mniejszą zazdrość, już nie tylko w braci, budził również wcześniej wspomniany jatagan. Tak nazywano to wspaniałe ostrze w stronach, w których powstało. Poinformował mnie o tym Czkawka, mój serdeczny przyjaciel. Pisarz i podróżnik, który przy okazji innej historii uratował mnie przed aresztem. Otrzymałem to cacko jako nagrodę w uznaniu za spełnione oczekiwania, gdy pozwolono mi wybrać jeden przedmiot z dóbr zgromadzonych przez pierwszą dedykowaną ofiarę. Próżno szukać podobnych wytworów u miejscowych rzemieślników.
Poza długim ostrzem, które nie mogło sprawdzić się w każdych warunkach, posiadałem przypięty do pasa zestaw noży, zawierający krótsze ostrza o wielofunkcyjnym, często uniwersalnym zastosowaniu. Poza tym, zawsze miałem przy sobie wytrych i kilka innych użytecznych narzędzi. Starałem się zawsze być przystosowany dalej, niż można było to przewidzieć. Kolejny krótki nóż, klasycznie schowany za cholewą buta, mógł o tym poświadczyć...
Kiedy popłynąłem z myślami, wyczułem nagły ruch. Był to tłusty i długi na przedramię szczur. Wystartował z dziury między budynkami. Był tak zaaferowany niesionym w pyszczku kawałkiem uschniętej bułki, że nie zauważając mnie, niemal skończył pod podeszwą ciężkiego buta, którego miałem okazję być właścicielem. Z żałosnym piskiem uniknął tego marnego, nawet jak na gryzonia losu. Każdy z nas kiedyś umrze, a czy było to zwierzę, czy inna, już ludzka kanalia... Nie miało to dla mnie większego znaczenia. Gdyby za to dobrze płacono w złocie lub srebrze, między misjami zleconymi przez bractwo, mógłbym nawet ganiać po łące za pasikonikami. Szczur też jednak był wskazówką, informującą mnie, że jestem już blisko celu. Była to bowiem powszechna plaga, która z szczególnym upodobaniem obierała sobie za legowiska ściany i podłogi magazynów. I nie było w tym nic dziwnego, kiedy wiadome było, że w podobnych składach, co dzień przewalają się rozmaite towary. A czego nie zeżre gryzoń? Rozmiar plugastwa był doskonałym dowodem na to, jak dobrze im się tu żyje.
Przypominając sobie o Hershelu, zastanawiałem się, co tym razem przy okazji spotkania, zaproponuje w zamian za „zabaweczkę”. Bowiem przy każdej naszej konfrontacji, z pożądaniem wodził wzrokiem za moim orężem. W takiej sytuacji, biedny ja, za każdym razem musiałem się wysilać, aby podobne propozycje wybić mu z głowy. Za bardzo ceniłem sobie to cudo, aby się go pozbywać.
Krótką chwilę po przygodzie z szczurem, dotarłem na umówione miejsce spotkania. Zgodnie z logistycznym podejściem, magazyny były postawione zaraz przy placu, który w rzeczywistości był szerszą promenadą wysypaną tłuczonym kamieniem. Przechodząc przez jej szerokość, dotarłem do murku, który ciągnął się tak daleko, jak daleko postawione były kolejne magazyny. Rzeczony murek oddzielał "plac" od pomostów na rzece. Przysiadłem na nim w jego przerwie, która równocześnie była pochylnią, stanowiącą ważny punkt komunikacyjny. To właśnie tędy za dnia woły wciągały z pomostów wozy, wypełnione towarem znoszonym z barek. Następnie wozy były rozładowywane na placu, gdzie wszystko przed załadowaniem do magazynów, skrupulatnie liczono. 
Przynajmniej tak było jeszcze jakiś czas temu. Ostatni miesiąc nie był najlepszym okresem dla lokalnego cechu handlowego. Słyszałem o trudnościach występujących na rzece, przez co towary nie docierały na czas, albo nie docierały w ogóle. Do tamtej pory słyszałem jedynie plotki, lecz obseruwjąc nerwowe nastroje w mieście, uznałem, że muszą zawierać one choć ziarno prawdy. Przeczuwałem, że może mieć to związek z sprawą w której wzywał mnie znajomy przemytnik. Nie wątpię, że jeśli sytuacja dotknęła miejscowy rynek, musiała też nadepnąć mu na odcisk nie w mniejszym stopniu jak „uczciwym przedsiębiorcom” tego regionu. Oczywiście, jeśli któregokolwiek z tych kanciarzy można nazwać uczciwym. 
Minęło parę minut. Nie spodziewałem się, że będę musiał czekać. A jednak. W myślach zalecałem Hershelowi, aby lepiej się przygotował na poważną rozmowę na temat punktualności i wartości mojego czasu. Nawet jeśli uważał mnie za przyjaciela i tak samo zawsze starał się traktować. Już obmyślałem groźby i rugi jakie zastosuję wobec tego dziadygi. Normalnie pewnie zignorowałbym to wszystko. Wróciłbym do wynajętego w mieście pokoju, planując rozliczenie z swojego czasu w innym terminie, jednak ciekawość odnosząca się do spraw na rzece, nie pozwalała mi odejść. Nie należałem do tych, którzy obawiali się ciężaru, spowodowanego nadmiarem informacji.
Podczas gdy czekałem, chmury powoli odsłoniły atramentowy firmament. Deszcz stopniowo się rozrzedzał, aż w końcu również ustał. Pomimo księżyca dopiero wyłaniającego się z nowiu, niebo było jasne i pięknie upstrzone w tysiące mniejszych jaśniejących punktów. Blask gwiazd bez żadnych przeszkód przebijał przestrzeń między niebem a ziemią. Noc wspólnie z niebem odegrały piękny spektakl, mieniąc się w odbiciu rzeki. Powoli i głęboko wciągnąłem nozdrzami wilgotne powietrze. 
– Już ja Cię nauczę punktualności... – powtórzyłem sam do siebie, tym razem na głos.
Poirytowany własną bezradnością, rozłożyłem się wygodniej na murku i nie zdejmując kaptura z głowy, wyciągnąłem dobrze zabezpieczony przed wilgocią worek z średniej jakości tytoniem. Najbliższa karczma i zamtuz znajdowały się kilka ulic dalej, więc dalszy ciąg nocy mogłem przewidzieć jako spokojny. Oddając się rozmyślaniom na temat tego co mnie czeka, zacząłem nabijać fajkę. Czekałem.




*      *      *
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(05-04-2016, 01:23)Redo napisał(a): Mowa o herszcie miejscowych przemytników, zajmujących się, jak tytuł im nakazuje – P(p)rzemycaniem wszelakiej maści dóbr, unikając niesprawiedliwości (przecinek) jaką uprawiają celnicy wraz z urzędami podatkowymi, wspierane przez swoją nieudolną straż!.(zbędna kropka lub wykrzyknik) – J(j)ak kiedyś klarownie, pewien czystości swojego sumienia sam wódz bandy mi to przedstawił. (Bardzo długie i dość zawiłe zdanie, trudno się w nim połapać. Podzieliłabym na dwa, a może nawet trzy)

Z pewnością nie urodził się w tej dziurze, (zbędny przecinek)wypluwającej analfabetów, potrafiących co najwyżej przechylić kolejny kufel...

Jednak nigdy nie wnikałem w jego przeszłość, a poza osobistymi interesami,(przecinek) niewiele nas łączyło. Grunt (przecinek)że miał pieniądze, którymi mógł opłacić moje usługi.

Właśnie zmierzałem(Zmiana czasu – narracja powinna być konsekwentna) na umówione z nim spotkanie. Jeszcze dziś,(zbędny przecinek) za dnia przysłał do mnie chłopaka z zapieczętowanym listem, prosząc mnie(zbędne) o spotkanie „w trybie pilnym.”

Nie powiem, aby ostrożność nie nakazywałaby(nakazywała) mi unikać takiego wystawiania się na świszczący w powietrzu bełt kuszy,(zbędny przecinek) czy też zbyt licznego wroga, mogącego zastawić się, przygotowując zasadzkę...

Zbyt dobrze wie(przecinek) kim jestem i ostatnią rzeczą(przecinek) jaką chciałby zrobić, to narazić się tym, od których przychodzę. Zdecydowanie wolałby się pięciokroć zesrać i zjeść własne gówno, niż otrzymać symbol czarnej dłoni odciśniętej na pergaminie papieru(Albo pergamin, albo papier, to dwie różne rzeczy)... (O, Mroczne Bractwo? :D)

Był to znak zwiastujący kłopoty(przecinek) z którymi nie może się mierzyć nawet on, dysponujący na komendę dziesiątkami uzbrojonych oprychów.

Uniknął by(Uniknąłby) w ten sposób gorszej, poprzedzanej torturami śmierci. Dlatego też z tego miejsca,(zbędny przecinek) muszę przyznać, że ma facet jaja, korzystając z moich,(zbędny przecinek) czy też naszych usług!


Nie najgorsze to niedogodności (przecinek)z jakimi się spotykałem. Grunt(przecinek) że na samą głowę nie kapie..(zbędna kropka)

Urocze to były potworki, kiedy wiecznie zajęci utrzymywaniem stanu nietrzeźwości Panowie(panowie) domu nie przejmowali się równocześnie przegniłymi i powybijanymi deskami w drzwiach i ścianach swojego mieszkania. Nawet za dnia dzielnica portowa Wizgardu i jej ulice,(zbędny przecinek) z pewnością nie należały do tych, którymi ktoś by się przechadzał dla przyjemności, jakie(jaką – jedną przyjemność) powinien nieść zdrowy spacer.

Może nawet potrafiłbyś zignorować ulatniający się smród, wżerający się w ubranie i każdy odsłonięty fragment Twojego(twojego – to nie list) ciała.. (zbędna kropka) (Nie rozumiem – i nie lubię – takiego przejścia do bezpośredniego zwrotu do czytającego. Dziwny efekt moim zdaniem)

Ale znikające sakiewki lub chłodny kawałek żelaza nagle przylegający do Twojej(twojej) szyi lub pleców, połączony z groźbą...

Albo potrafisz się przed tym obronić, łamiąc palce złodziejaszkowi (przecinek)zanim dosięgnie Twojego(twojego) pasa, albo zostajesz bez grosza. Albo masz oczy dookoła głowy i potrafisz rozpoznać złowrogie zamiary (przecinek)uprzedzając sztylet napastnika swoim własnym, wbitym zręcznie między jego żebra, albo nie zapuszczasz się w takie miejsca. No chyba że życie Ci(ci) niemiłe... Z resztą(Zresztą – żadnej reszty tu nie ma)!

Tyle na początek wystarczy Ci(ci) o mnie wiedzieć. Możesz być jednak pewien, że z całego tego portowego syfu,(zbędny przecinek) byłem odpowiednio przygotowany na każdą ewentualność...

Jak na pierwsze opowiadanie jest według mnie bardzo dobrze – styl masz całkiem porządny, zdania zgrabnie się ze sobą łączą, a pod względem poprawności też niewiele mam do zarzucenia. Masz u mnie zatem nader pokaźnego plusa (za nastawienie, jakie wyraziłeś przed opowiadaniem, również). :p

Niewiele mam do powiedzenia o tym fragmencie – jest krótki, a treści w nim niewiele. Nie mam zatem czego oceniać. Niezbyt lubię narrację pierwszoosobową, a zabiegi typu "Dlaczego o tym mówię?" czy "Tyle starczy ci o mnie wiedzieć" tym bardziej nie wywierają na mnie pozytywnego wrażenia. Brzmi to nieco jak pamiętnik, a nie "normalny" tekst. Ja podczas czytania zupełnie nie potrzebuję do szczęścia wrażenia, jakby bohater siedział sobie obok mnie przy kawce i opowiadał. Niemniej czytało się nieźle i ciekawa jestem, jak dalej pójdzie ci z fabułą.

Przyczepię się również do wielokropków – zdecydowanie nie lubię ich nadmiaru. Efekt, który daje nadużywanie wielokropków jest moim zdaniem nieco infantylny i sugerowałabym ograniczenie ich ilości do miejsc, w których ich zastosowanie będzie w pełni uzasadnione.

Tyle ode mnie na ten moment. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Pozbyłem się większości wielokropków i wspominanych zabiegów, zwracających się bezpośrednio do czytelnika.  Poprawiłem tekst według wskazówek i "naprawiłem czas", pozostając przy jednym – przeszłym. Edytowałem gotowy tekst, nieco go rozwijając, zmierzając do zdarzeń rozpoczynających fabułę pierwszej "przygody". Narracji pierwszoosobowej niestety się nie pozbędę, gdyż sam za nią przepadam. ("Sztejer" Forysia, "Cykl Inkwizytorski" Piekary -na pewno czerpię stąd wiele inspiracji. :) Uprzedzę jednak ewentualne wątpliwości – nie mam zamiaru tworzyć kalki!)

Naprawdę bardzo Ci dziękuję. Pierwszy raz trafiłem na podobne forum i szczerze jestem w szoku, że komuś chciało się zabrać do pełnej edycji tekstu. Wskazałaś nawet każdy zły, czy wybrakowany przecinek! :D Myślałem, że za takie rzeczy się płaci. hahahah :D

Tak jak wspomniałem, nieco manipulowałem tekst. Myślę, że do końca rozdziału, zdarzy się to jeszcze parę razy. Powoli wchodzę w skórę wykreowanego przez siebie bohatera i zaczynam widzieć jego oczyma. :) Sam dopiero poznaję ten świat! :D Kiedy skończę pierwszy rozdział, rozpiszę sobie plan na dalszy ciąg. (jeszcze nawet nie zdecydowałem ostatecznie o głównych cechach charakteru głównego bohatera!) Do tego momentu będę się bawił, zostawiając dla samego siebie elastyczną na zmiany fabułę.

Mam nadzieję, że poprawnie zastosowałem się do uwag!

Jeszcze raz Ci dziękuję i wyczekuję kolejnych wskazówek! :) Nie jestem pewien niektórych swoich sformułowań, czy stosowania np. nawiasów (choćby bardzo oszczędnie? : D). Powiedzmy, że pozostawiłem pewne kwiatki, których sam nie jestem pewien i czekam na reakcję.  :lol:

PS. Wiedziałem, że ktoś zwróci uwagę na podobieństwo z mrocznym bractwem z TES! :D Oczywiście to kolejne źródło inspiracji, które zawsze było moim ulubionym wątkiem pobocznym w tej serii. :) Bez obaw! To również nie będzie kalka. :) Kojarzysz Tongi z Mordimera? Powiedzmy, że przygotowuję hybrydę tych organizacji na własnym patencie. ^ Uniwersum również będzie się różnić od tego z TES.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości