Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Szybki John i Brudny Tim cz. 1
#1
Drzwi gospody rozwarły się, z trzaskiem uderzając o ścianę, do środka zaś wtoczyło się dwóch ogorzałych gburów w podróżnych, ubłoconych płaszczach i kapeluszach na czubkach głów.
Pierwszy z nich wszedł ociężale (nic zresztą dziwnego, skoro ważył jakieś sto trzydzieści kilo albo i nawet więcej), ściągnął nakrycie głowy i wytrzepał je tak, że tumany kurzu wzniosły się w powietrze, mącąc je lepiej niż granat dymny. Drugi z kolei, łapiąc się każdej rzeczy do podparcia, wtargnął chwiejnym krokiem, śmiejąc się, tak jakby przed chwilą wszystkie siedem diabłów powiedziało mu, że jest prawym człowiekiem.
Można się spodziewać, że miejscowi nie potraktowali takiego zachowania z wielkim entuzjazmem, zwłaszcza że lokal ten do chwili ich nadejścia cieszył się względnym spokojem, pomimo faktu że wypchany był ludźmi po same brzegi. W końcu piątkowy wieczór to moment, gdy w tego typu zapuszczonych pubach na skraju miasta, gdzie alkohol nie jest wcale z najwyższej półki, trudno uświadczyć wolnego stołka, a już na pewno, gdy za oknami wieją chłody wczesnej wiosny.
Mocno wstawiony jegomość nagle zamarł w bezruchu, gdy spostrzegł, że wszystkie oczy były zwrócone na niego, po tym jaki raban zrobił, wchodząc. Stał tak chwilę i biegał wzrokiem od jednego do drugiego z wyrazem niepewności na twarzy. Sięgnął nagle w okolice swojego pasa. Ludzie w barze poruszyli się niespokojnie, wielu z nich wstało ze stołków z groźnymi minami, jednak pijany jak bela przyjezdny wyszarpnął w mgnieniu oka zza paska jakiś podłużny przedmiot. Uniósłszy go, zakrzyknął na cały lokal, rozwijając to, co okazało się być rulonikiem banknotów:
– Kolejka dla wszystkiiich!
Wtem miejscowi zaśmiali się z własnej głupoty i ucieszyli, jak gdyby to przyszedł ich zbawiciel. W zasadzie tak przecież było, bo jak mogli nazwać kogoś, kto właśnie chciał z dobrej woli ofiarować im to, co cenili najbardziej? Tym właśnie sposobem opój zaskarbił sobie szacunek miejscowych jeszcze szybciej, niż go stracił na wejściu.
Ten drugi jedynie parsknął z politowaniem i spoglądając na swojego kompana nieumiejętnie tańcującego przy barze, dosiadł się do stolika w kącie, zajętego przez chudego starca o siwych włosach sięgających szyi i wąsiku pod nosem. Starzec, nie odrywając nawet wzroku od swojego kufla, rzekł dobitnie, słysząc tylko, jak jakiś ociężały kolos zwalił się bez pytania na drewniane siedzenie:
– Za moich czasów szczeniaki miały więcej szacunku. Pytali się, gdzie mogą posadzić swoje tyłki, zwłaszcza gdy byli nowi w Oakland. A dziś? Może to kwestia wychowania.
Rosły byk podniósł w milczeniu głowę tak, że cień jego kapelusza wciąż zakrywał oczy. Wlepił wzrok w starca, po chwili wyszczerzył się mściwie i warknął:
– Szczeniaku? Nieważne jest, ile kto ma lat, starcze. Ważne to, jak ktoś je spędził. Kiedy ty siedziałeś tu i opijałeś tą durną gębę za ostatnie pieniądze swojej żony, ja działałem. Dlatego teraz muszę usiąść, gdy czas mnie zmęczył.
Starzec  najpierw wyszczerzył się lekko zbity z tropu, w końcu zaśmiał się rzężąco. Dawno już nie trafił mu się nikt tak wyszczekany i pewny siebie, dawno już nie miał okazji porozmawiać z kimś o odmiennych poglądach. W zasadzie to i od dawna nie miał komu opowiadać swoich historyjek, bo wszyscy miejscowi znali je już na pamięć. Zaintrygowała go ta bezczelność, może nawet poczuł sympatię do tego szubrawca.
– Tak chcesz zagrywać? Śmiałe. Krzykacz na obczyźnie, ważniak. Kim ty w ogóle jesteś, by mówić takie rzeczy, synu?
– Na pewno nie twoim synem... Wołają mnie Johny – po chwili ciężkiego milczenia odrzekł tamten twardym, szorstkim, beznamiętnym głosem. Ze swoim wyglądem, postawą, a także sposobem wyrażania emocji (a raczej ich braku) mógłby bez problemu zostać pomylony z zimnym kamulcem.
– Johny – Prosty Człek – rzekł tajemniczo, sięgnął do swojego przybornika, z którego dobył malutką flaszeczkę obitą w płaty skóry. Odkołkował ją i jednym haustem wypił zawartość, krzywiąc się z lekka. Z początku przez głowę przebiegła mu myśl, by rzec "Johny A-Chuj-Cię-To-Obchodzi", ale nie chciał tak naprawdę mącić spokoju tego wieczoru niepotrzebnymi burdami, do których mogło dojść po takim doborze słów. I tak na wiele sobie pozwolił, a kolejna zuchwałość byłaby jednym krokiem za daleko.
Oczy starca mimo wszystko błysnęły złowieszczo, gdy ten wciąż przyglądał się nieznajomemu z ciekawym uśmiechem na twarzy. John dobrze wiedział, że ten coś ukrywa czy też knuje, nie miało to jednak dla niego większego znaczenia. Nie czuł się zagrożony, a zawsze czuł, kiedy powinien. Starzec, wetknąwszy słomkę w usta, rzekł trochę innym, poważniejszym tonem, jak gdyby chciał mu prawić morały:
– Nadal się stawiasz, gagatku, aaa? Próbujesz ze mnie głupca zrobić, ale naprawdę sam nim zostajesz. Nie próbuj tych sztuczek na mnie, za stary na to jestem. A ty nie jesteś chyba byle kim, co? Albo i jesteś, a próbujesz to ukryć, odprawiając tę swoją szopkę. Ale i ja nie jestem byle kim, dobrze byś to wiedział. Walczyłem z wiatrakami, synu, a gdy przyszedł czas, by zebrać na siebie wszystkie karne baty, zastanawiałem się, na co mi to wszystko było. Bo one bolały bardzo. I wiesz na co? Na nic. Z czasem ludzie mądrzeją, nabierają ogłady, przestają pakować palce między drzwi a futrynę.
– Tak mówisz? Z czasem ludzie mądrzeją? Kiedy więc ty zmądrzejesz, starcze? Bo wydaje mi się, że niewiele ci zostało czasu, a nic nie pokazuje, co by cię szybko oświeciło, aaa? Mawiasz tak, jakby siedzenie na dupie było chwalebne. Godzić się na to, co ci dają, nie sięgać po to, co się należy?
– Ano nie. A zarazem właśnie tak. Wyobraź sobie, że byłem w Wietnamie.
Starzec uśmiechnął się z wielką dumą, pewien, że te słowa zrobią na rozmówcy wielkie wrażenie i wprowadzą w zakłopotanie ze względu na jego wcześniejsze docinki o próżności. John Jednak machnął tylko ręką, co nieco zdenerwowało weterana, który zacisnąwszy zęby, począł marudzić głośno:
– Wasze pokolenie tego nie zrozumie. Nie umiecie docenić dawnych bohaterów, którzy walczyli po to, żebyście wy mieli w kraju dobrze.
– Bredzisz. Jak o to walczyłeś, to straciłeś czas, bo żaden plugawy żółtek nawet nie planował wtedy postawić swojej krzywej stopy na naszych ziemiach. Tfu... Zresztą to czego by mieli tutaj szukać?
– – To nieistotne, to nieistotne! – począł machać rękami i gorączkować się starzec, na co John jedynie parsknął z pożałowaniem, co zrobił jeszcze kilkukrotnie po kolejnych słowach: – Ważne, że walczyłem, dzieciaku.
– Jak sądzisz, ile mam lat? – przerwał mu John swoim pytaniem, podnosząc głowę wyżej, tak, że kapelusz przestał już rzucać cień na jego zielone, szkliste, lodowato zimne oczy, które wnet poczęły świdrować weterana. Starcowi szybciej zabiło serce, a na twarzy pojawił się wyraz głębokiego osłupienia, szybko jednak wziął się w garść, by nie dawać pozorów. Parsknął tylko pod nosem i zgrabnie kontynuował swoje wywody, pomijając pytanie Johna:
– W Wietnamie walczyłem, jak już wiesz. I słuchaj mnie dalej, bo powtarzać dwa razy nie będę. Musicie nauczyć się wreszcie słuchać... Miotałem ołowiem w żółtków, na prawo i lewo. I prosto, i w tył. Mordowałem ich z zimną krwią. Za honor. Za naród. Za ojczyznę. Co mi z tego przyszło? – Odgarnął włosy z czoła i uśmiechnął się szyderczo. – Tyle, kurwa, że mam między jednym a drugim okiem kawałek metalu, w czaszy. To istny cud, że mię stamtąd wyciągnęli. Tydzień od tego, jak mnie ewakuowali dowiedziałem się, że mój oddział został wzięty nocą do niewoli. Niedługo później okazało się, że przegraliśmy tamtą pieprzoną wojnę. Ty musisz wiedzieć, kiedy przegrałeś i trzeba zabierać swoje śmiecie. Kiedy już nic nie da się zrobić. Jeżeli będziesz się szarpać dalej – przepadniesz. Żeby nie być przegranym, przyłącz się do zwycięzców. To jedyne wyjście.
– Dla renegatów jest specjalne miejsce w piekle. Zaraz obok donosicieli. Że najpierw o honorze, a teraz że o jego braku? Że niepotrzebny? Że dla tłuków i dzieciaków? Nie pij więcej, starcze, bo ci to źle na łeb robi.
Po raz pierwszy od początku rozmowy u Johna pojawiło się coś więcej niż zimna obojętność. Pokerową twarz zastąpiło zgorszenie i wstręt, co zdawało się wyraźnie bawić starca, który śmiał się pod nosem z wywołanego efektu. John tkwił tak w bezruchu, bombardując staruszka wzrokiem do momentu, aż Brudny Tim pijany jeszcze bardziej niż na wstępie dopadł jego ramienia, zakrzykując i ciągnąc kompana w stronę wyjścia:
– John! John, zbie-eramy si...Pora rrrruszać dalyj!
Rzeczywiście, zrobiło się już trochę późno, a z lokalu zdążyła odejść już część klienteli, z tarczą lub na tarczy.
– Nie! Zostajemy. Dobrze jest – rzekł John, nie odrywając wzroku od starca siedzącego po drugiej stronie stolika. Brudny Tim zaś z początku chyba chciał się zezłościć, ale później jego rozdwojony wzrok zatrzymał się na urodziwej pani, która właśnie opuszczała lokal, i mógłby przysiąc, że popatrzyła się na niego z uśmiechem. Tim nie czekając długo, wyszedł zaraz za nią, z trudem radząc sobie z drzwiami. Gdy już zniknął, Johny rzekł z obrzydzeniem w głosie:
– Raz mawiasz, że honor jest dla trupów i straceńców. A potem śmiesz mie zarzucić, że nie honoruję bohaterów? Twoja historyjka jest bardziej dziurawa niż czerep Śliskiego, a to już nie są byle zarzuty.
– Działania trzeba szanować – wydukał starzec po chwili ciężkiego rozmyślania. John na te słowa począł tylko parskać jeszcze bardziej, jak byk, któremu mucha uporczywie latała przed nosem.
– Jakby ci żółci dali w tym siedemdziesiątym wybór, walczyć dla nich albo wrócić do Stanów w kawałkach, albo... Nie wiem. Rąbnąć ci kulkę w głowę i zakopać na ich ziemi, to co wtedy. Byś walczył?
– Walczył. – Starzec kiwnął głową z taką powagą, jakby jego decyzja była najsłuszniejszym wyborem, jaki mógł podjąć człowiek. – Najważniejsze jest przetrwanie, trzeba się umieć dopasować do sytuacji. W innym wypadku w ziemię cię wdepczą i wtedy nie będzie już żadnego wyboru. Bo co mi z tego, że będę dumny, jak będę przy tym jeszcze martwy. Pochodzę z południa, wiesz? Z miejsca, gdzie ludzie machali flagami konfederacji i robią to nadal, po dziś dzień. Znałem niemal całe miasteczko, ba! Nic dziwnego. Lubili mnie, bo się umiałem przygotować. Dostosować do tego, czego oczekiwali, by zyskać ich względy. Do niedawna wysyłali do mnie listy, jednak gdy tylko zaczęła się nagonka na przewrotowców, sprzedałem wszystkie nazwiska władzom i powiedziałem, który z nich coś kręcił. Jednego-po-drugim – zaakcentował każde słowo – rozumiesz to, synku? rozumiesz to synku? Jak na targu, jak na przecenie. Bez mrugnięcia okiem. Rząd już zadbał o resztę. Od tamtej pory nie dostaję już listów, bo nie ma od kogo. A tamte biedne szuje nie wiedziały nawet, co ich trafiło.
John także nie mrugnął nawet okiem. Wpatrywał się w starca z na powrót kamienną twarzą. Później zaś wzruszył tylko ramionami.
– Pewnie dali ci za to jakiś... order czy inną pamiątkę. Albo dyplom dla renegata. Albo figurkę z podziękowaniami za sprzedanie matki, ojca, a nawet wuja George'a. Ja znam innych ludzi. Takich, co to próbują żyć i umierać godnie. Jakby mieli żyć tak jak ty, dziadku, posprzedawaliby się nawzajem i nikogo by już nie zostało, tchórze pierdolone. Sąsiedzi nie boją się mieszkać w pobliżu? Są zadowoleni z towarzystwa szczura?
– Proszę cię. Oni mnie uwielbiają! Widzisz... Tutaj, na północy, mamy trochę inny obraz buntowników. Ludzie uważają, że to zmutowane, kazirodcze bestie, które w gniewie złapały za strzelby i ruszyły na miasto, szukając bimbru, tytoniu i panien do wzięcia siłą. Propaganda czyni swoje! Odcięcie się od nich to najlepsze, co mogłem zrobić, a i opłaciło się to, nie powiem.  Mam dom... Pieniądze... Żyję dostatnio. Wiedzie mi się jakoś, wiesz? A za rodzinką nie tęsknię, za plugawą wsią też nie. Rebelia? Też mi coś, ci dranie byli przegrani, zanim na dobre się zebrali, teraz to kwestia czasu, aż wyginą. Ale, ale! Nie powinno to zająć długo, skoro oni sami siebie wzajemnie mordują. Spójrz na zegar, chłopcze, nim nastanie ranek, w lasach na północ od jeziora swojego żywota dokona zgraja białych śmieci, sądzona przez swoich współplemieńców. Bo jak inaczej nazwać tych brudasów? A wiesz, kurwa, dlaczego? Wstawili się za swoim czarnym kumplem. Tamten już dawno gryzie ziemię, a teraz oni zawisną za zdradę rasy, z rąk nazistowskich pobratymców. Tylko do tego są zdolni, kanalie piekielne, co by wyrżnąć się nawzajem. I nikt tak naprawdę nie może im pomóc! I nikt płakać nie będzie. Ja to się wręcz cieszę, sami sobie zgotowali ten plugawy los, tfu!
Starzec czerwienił się lekko na twarzy, a jego słowa nabierały coraz więcej goryczy, John siedział nieruchomo i wpatrywał się w niego niczym kamienny gargulec zastygły w jednej pozycji. Starzec mówił zaś, nie przerywając nawet na moment:
– Zwierzynę od człowieka trzeba umieć rozróżnić. I mądrze wybierać, z kim się przystaje, żeby cię na samo dno nie pociągnęli. W imię jakichś wartości? Życie! Życie jest najważniejszą wartością i to nie życie innych, a twoje. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie wygrywa nigdy najsilniejszy, a najsprytniejszy. A jeżeli nie wygrasz ty, jeżeli nie TY, to zwycięży ktoś inny. Takie jest życie. Jedna wielka dżungla. Po ziemi chodzi się tylko raz, więc trzeba mądrze wykorzystać swój czas, nie na walce z wiatrakami, nie uganiając się za ideałami, bo cię na samo dno zaprowadzą i zawiśniesz tak, jak dzisiejszego księżyca zawiśnie trzech wesołych gagatków. Jeden za drugim, z piekącym powrozem na szyi każdego. Pomodlą się raz jeszcze do swoich diabłów, ale to nic nie da, bo wyrok już zapadł. A kochanki i tak pomyślą, że ci zwyczajnie ulotnili się z miasta z innymi!

Za oknami na dobre zapanował mrok. W lokalu siedziało już tylko kilka pomniejszych grupek i niewielkie zbiorowisko przy ladzie. Część odpadła, spała na dobre z tłustymi gębami wepchniętymi w swoje kufle. Po Brudnym Timie w dalszym ciągu nie było żadnego sygnału, jednak odkąd wyszedł, w lokalu stało się o wiele ciszej, senniej. Jednak całą tę zadumę i apatię zdawała się rekompensować sytuacja przy ich stoliku, gdzie energia była tak natężona, że powietrze wręcz wibrowało od przemykającej mocy. Starzec siedział w bezruchu, wpatrując się w najwyższym skupieniu w swojego rozmówcę, czekając na jego reakcję, dopatrując się najmniejszej zmiany na jego twarzy spowodowanej ostatnimi słowami. Napięcie nie dawało mu spokoju, czekał, aż temu gorylowi puszczą nerwy, aż się zdenerwuje, wybuchnie...
W końcu nadeszła reakcja, chociaż raczej niespodziewana. John wybuchnął! Jednak jedynie śmiechem, a tak szczerym i tak zdumiewająco prawdziwym, jakby to JEMU siedem diabłów wyszeptało do ucha, że jest ostatnim bastionem dobroci i zrozumienia. John nie mógł się powstrzymać przez dobre kilka minut, aż w końcu złapał za kufel, który starzec męczył od kilku godzin, i jednym haustem dopił zawartość.
"Kurwa jego mać..." pomyślał starzec ślęczący z otwartymi ustami, nie dowierzając temu, co właśnie zaszło. "Dobry jest... Piekielnie dobry. Może nawet tak dobry, jak opowiadali."
– Widzę, że bardzo bawią cię moje słowa, ale czego się spodziewałem po kimś takim jak ty? Zawstydziłeś starca po raz kolejny, ale już niedługo nie będziesz się tak żywo śmiać. Cieszę się, że mogłem z tobą rozmawiać.
Starzec wsadził sobie w usta niedopałek wyciągnięty z popielniczki, odpalił go tym, co jeszcze udało mu się znaleźć w ogryzionej paczce zapałek i siedział tak, wpatrując się w Johna, który z czasem uspokoił się, aż w końcu zamilkł, a nawet do tego stopnia się wyłączył, trwając w zadumie, że zdawałoby się, jakby zasnął. Przemówił w końcu swoim pierwotnym, zgorzkniałym i nieco znudzonym głosem, czując, że przyszła już godzina na zakończenie błazenady:
– Sądziłem, że napiję się dzisiaj trochę, by zapomnieć. Zamiast tego spotkałem jednego z demonów, który bawi się głupim starcem i każe mu pleść głupoty... A co gorsza – każe mu w nie wierzyć.
– To nie demony. To rozsądek –warknął starzec, wyraźnie zmęczony całą tą rozmową.
– Sądzisz, że nie odróżnię już nawet rozsądku od... Dajże spokój, dziaduniu. Czas już na mnie. Mam nadzieję, że się już więcej nie spotkamy.
Starzec poruszył się niespokojnie, widząc, że rozmówca wyraźnie zbiera się do wymarszu, zacisnął zęby, jednak kącikiem ust uśmiechnął się nawet, nim rzekł:
– Czas już, byś położył się wreszcie do kamiennego łóżka. Nie spotkamy się więcej, a to dlatego, że mam zamiar dzisiaj odesłać prawdziwego demona, Johnie Cannonie...
Tą kwestią starzec wygrał walkowerem, dopiął swego – na twarzy Johna po raz pierwszy od samego początku ujrzeć można było coś w rodzaju zaniepokojenia
Ostatnie słowa przeleciały przez całą gospodę z taką mocą, że niemal każdy, nawet ten najbardziej zmarnowany upojnym wieczorem, stanął na równe nogi. Komuś nawet szkło z niewypowiedzianej nienawiści strzeliło w rękach, bowiem John Cannon – przywódca Drugiej Konfederacji – cieszył się takim powszechnym znienawidzeniem, że gdyby pięcioletnie dziecko zawołano jego imieniem, momentalnie zostałoby stratowane na śmierć przez tłumy żądnych krwi ludzi.
"Cholera jasna..." Tylko tyle przebiegło przez głowę Johna, gdy tak siedział, wpatrując się w rosłych drabów, którzy zaczęli powoli podchodzić w ich stronę z minami co najmniej diabelskimi. Czy ten starzec wiedział, co sprowadził na siebie i swoich sąsiadów? A może właśnie mu o to chodziło? Nieee, prawdopodobnie był po prostu głupi. Albo co bardziej prawdopodobne – zbyt pewny siebie. Albo i zbyt pewny, i zbyt głupi.
Biedni głupcy.
John przeleciał raz jeszcze wzrokiem po okolicy, po czym zacisnąwszy z wściekłości zęby, złapał za nóż zostawiony na czyimś talerzu i stanąwszy, z rozmachem wbił go od dołu w podbródek starca tak, że ten zatrzymał się gdzieś na wysokości nosa, a dziadowi oczy zaszły krwią nim zdążył choćby jęknąć. Razem ze swoim krzesłem przewalił się do tyłu oddając na ślepo strzały z rewolweru drżącą ręką, którą trzęsły niemiłosiernie nerwy. Pewnie już od dłuższego czasu trzymał na udach broń gotową do działania, szkoda tylko, że nigdy nie było mu dane użyć jej tak, jak to sobie zaplanował. Dranie ze wszystkich stolików rzucili się na Johna krzycząc jak stado ogarów piekieł, lecz ten już był na to gotowy . Pierwszemu cherlakowi rozbił ciężki kufel na skroni, tym samym zmiatając go z nóg, jednak gruby brodacz kroczący tuż za swoim kompanem zdążył odgiąć rękę i rąbnąć Johna w kaprawy, nieogolony policzek. Pomimo wagi brodacza, cios jedynie rozjuszył Johnego i sprowadził na jego twarz jeszcze więcej goryczy. Twardziel ten zrzuciwszy swój kapelusz wziął mocarny acz szybki zamach i kamienną piąchą zdzielił podbródkowym grubego tak, że ten nie dość ,że stracił przynajmniej połowę swoich zębów, to jeszcze prawdopodobnie złamał kark. Ktoś cisnął krzesłem, łamiąc je na głowie Szybkiego Johna, ktoś inny skoczył mu na plecy i począł podduszać, jednak ten stalowy golem machając swoimi ogromnymi łapskami skutecznie wybijał ludziom głupie pomysły z głów i – raz po raz – łamał jakiegoś przyjemniaczka na ciężkich, twardych przedmiotach rozmieszczonych po przybytku. Ludzie otoczyli go niczym trutnie i co chwila podbiegali, by zadać jakiś niespodziewany, zdradziecki cios, jednak nic nie było w stanie go powstrzymać. Dawno już podczas barowych burd zdążył poznać się na technikach prostych wieśniaków, pojął także, jak można je bardzo łatwo wykorzystać przeciw nim.
To był moment, gdy do gry wrócił Brudny Tim – wykopał drzwi z zawiasów swoim wzmacnianym butem bagiennym i wpadł do środka z oderwanym filarem z werandy, krzycząc niemiłosiernie "Kto następny?!". Prawdopodobnie ściągnęły go strzały oddane przez umierającego starca, a gdy już je usłyszał, nie trzeba mu było więcej tłumaczyć. Wielu mogło się zdziwić, że jeszcze przed chwilą pijany do nieprzytomności, teraz mógł walczyć sprawniej od obwiesiów, ale w przypadku Brudnego Tima najlepszym otrzeźwieniem był zastrzyk adrenaliny. Nie czekając na zaproszenie przedarł się do rozbójników na tyłach Szybkiego Johna i zaczął bardzo zgrabnie to jednego, to drugiego okładać swoim drewnianym obuchem po pustych czerepach, tym samym pozwalając przyjacielowi zmienić taktykę – John nie musiał już młócić rękami dookoła odganiając napastników z każdej strony, a pozwoliło mu to zwyczajnie skupić się na froncie i celniej, pewniej, szybciej wyciągać jednego oponenta po drugim po to, by nikczemnymi chwytami pozbawić ich sprawnych kończyn, a nawet i życia. Zdrowy, prawidłowy cios zwykle starczał by wykluczyć takich przyjemniaczków z gry, jednak Tim nie widział większego problemu w pochylaniem się nad leżącymi i smaganiem ich maczugą po twarzach tak, że krew fontannami rozlewała się po ziemi. John w tym czasie osiągał już kres swojego gniewu, z całą czerwoną, pociętą twarzą ciskał po ścianach tymi, którzy jeszcze stali na nogach (a najczęściej starali się przed nim uciec wiedząc, że ta bitwa została dawno przegrana) i często posiłkował się wszelakimi ostrymi narzędziami leżącymi na stołach – czy to nożem, czy widelcem, czy nawet łyżką. Po kilku minutach w barze nie został już zupełnie nikt, kto mógłby stanowić jakiekolwiek zagrożenie.
– Jooohn?!–  zawarczał Brudny Tim dysząc i tocząc pianę z pyska wgapiając się w swojego kompana – Coś ty kurwa zrobił?! Mieliśmy dzisiaj na spokojnie... Pić, a nie ciskać się jak petarda w wychodku!
– Ten skur... Wykryli mnie! Przyznawaj się skurwysynu, mówiłeś komuś skąd przychodzimy?!
– No.. No nie! Głupku, mówiłem ci, że z tą facjatą rozpoznają cię i na drugim, kurwa, końcu świata, rozumiesz to?!–
John nie dyszał, jednak nie wyglądał najlepiej. Z twarzy miejscami toczyła się krew, a włosy rozrzucone miał w jeszcze większym nieładzie. Przetarłszy cieknący nos rękawem postąpił dwa kroki i całym swym ciężarem nastąpił wzmacnianym butem bagiennym na grdykę czołgającego się we krwi miastowego. Głośny chrzęst, jakby zdeptano ogromnego karalucha dał się słyszeć, gdy nagle lokalny gbur już na dobre przestał się ruszać a Johny, z równym wstrętem na twarzy jak po zdeptaniu karalucha, rzekł chrapliwie:
– Nie balujemy więcej na nieznanym...
– Cooo?!– obruszył się Brudny Tim – kiedy tak jest zawsze najlepiej!
– Ci kurwa dam najlepiej... Powiedz to im!
Wtem John przejechał swą masywną ręką po powietrzu wskazując kolejno cały rozgardiasz w gospodzie, aż w końcu zatrzymał się na zbitym zegarze, który w międzyczasie spadł ze ściany. Spojrzał na niego, westchnął, wtem rzekł zmęczony jak nigdy:
– Księżyc jeszcze młody... Nie kończymy tak. Przedstawienie się jeszcze nie skończyło, a myśmy zaproszeni.
– O czym ty chrzanisz, bracie?– Brudny Tim z nieukrywanym zdziwieniem uniósł brwi
– O tym, co ten pijaczyna powtarzał. Jeżeli nie chciał mnie tylko wkurwić, trafimy dzisiaj na kawał dobrego show! Chodźmy... Sprawdzimy.
Obaj dranie poczęli kierować się w stronę wyjścia pozostawiając lokal w stanie co najwyżej do rozbioru. Gdy wyszli z lokalu, według tradycji ostał się jedynie barman, który kuląc się pod barem nie odważył się powiedzieć ani słowa – nalewacze nie mieli prawa uczestniczyć w jakichkolwiek waśniach, ale ich łby za zwyczaj zostawały nienaruszone. Za zwyczaj.
Tima zżerała ciekawość, jednak nie zadawał żadnych zbędnych pytań wiedząc, że i tak nie dostanie odpowiedzi, a może nawet oberwać.
– Mamy coś do zrobienia. Jak mówił prawdę, a nie chciał mnie tylko wkurwić, to w tych lasach dzisiaj dzieje się coś jeszcze, co moje oczy chętnie dostrzegą. Będą linczować chłopaków. Mamy to przegapić, Brudny? Tańmczy, noc młoda!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(04-04-2016, 05:01)humbas napisał(a): Drzwi gospody rozwarły się (przecinek) z trzaskiem uderzając o ścianę, do środka zaś wtoczyło się dwóch ogorzałych gburów w  podróżnych, ubłoconych płaszczach i kapeluszach na czubkach głów.
Pierwszy z nich wszedł ociężale (nic z resztą(zresztą) dziwnego  (przecinek)skoro ważył jakieś sto trzydzieści kilo), ściągnął kapelusz i wytrzepał go tak, że tumany kurzu wzniosły się w górę(Nie da się wznieść w dół – "w górę" zbędne) (przecinek) mącąc powietrze lepiej niż granat dymny.

Można się spodziewać, że lokalni nie potraktowali  takiego zachowania z wielkim entuzjazmem, zwłaszcza że lokal(Zbyt podobnie brzmi) ten do chwili ich nadejścia cieszył się względnym spokojem, pomimo faktu że wypchany był ludźmi po same brzegi.

Mocno wstawiony jegomość nagle zamarł w bezruchu, gdy też(zbędne) spostrzegł, że wszystkie oczy były zwrócone na niego, po tym jaki raban zrobił (przecinek)wchodząc. (Lepiej według mnie: po rabanie, jaki zrobił, wchodząc)

Sięgnął nagle dłonią(zbędne – sięga się zasadniczo dłonią) w okolice swojego (zbędne) pasa.

Uniósłszy go w górę(zbędne – da się unieść tylko w górę) (przecinek)zakrzyknął na cały lokal, rozwijając to, co okazało się być rulonikiem banknotów:

A wtem(Wtem – nie wiem, po co to "a") miejscowi zaśmiali się z własnej głupoty i ucieszyli, jak gdyby to przyszedł ich zbawiciel.

Starzec (przecinek)nie odrywając nawet wzroku od swojego kufla (przecinek)rzekł dobitnie (przecinek)słysząc tylko, jak jakiś ociężały kolos zwalił się bez pytania na drewniane siedzenie:

Wlepił swój(zbędne) wzrok w starca, po chwili wyszczerzył się mściwie i warknął:
– Szczeniaku? Nie ważne(Nieważne) jest (przecinek)ile kto ma lat, starcze. Ważne to, jak ktoś je spędził. Kiedy ty siedziałeś tu i opijałeś tą(tę – ale wybaczam, w końcu to wypowiedź :P) durną gębę za ostatnie pieniądze swojej żony, ja działałem.

Zaintrygowała go ta bezczelność, może nawet poczuł sympatię do tego szubrawcy(szubrawca).

– Na pewno nie twoim synem... Wołają mnie Johny(spacja)– po chwili ciężkiego milczenia odrzekł tamten swoim twardym, szorstkim, beznamiętnym głosem. Ze swoim wyglądem, postawą, a także sposobem wyrażania emocji (a raczej ich braku) mógłby bez problemu zostać pomylony z zimnym kamulcem.

– Johny –(Tutaj dywiz – krótka kreska – nie myślnik. Myślnik świadczyłby, że to koniec wypowiedzi, a nie rodzaj przydomku) Prosty Człek(spacja)– rzekł tajemniczo, sięgnął do swojego przybornika, z którego dobył malutką flaszeczkę obitą w płaty skóry.

Odkołkował(Odkorkował) ją i jednym haustem wypił zawartość (przecinek)krzywiąc się z lekka. Z początku przez głowę przebiegła mu myśl (przecinek)by rzec "Johny A-Chuj-Cię-To-Obchodzi", ale  nie chciał tak naprawdę mącić spokoju tego wieczoru niepotrzebnymi burdami(przecinek) do których mogło dojść po takim doborze słów.

John dobrze wiedział, że ten coś ukrywa czy też knuje, nie miało to jednak dla niego większego znaczenia. Nie czuł się zagrożony, a dobrze wiedział, kiedy powinien. Starzec(przecinek) wetknąwszy słomkę w usta(przecinek) rzekł trochę innym, poważniejszym tonem, jak gdyby chciał mu prawić morały:

(...)Albo i jesteś, a próbujesz to ukryć(przecinek) odprawiając tę swoją szopkę. Ale i ja nie jestem byle kim, dobrze byś to wiedział. Walczyłem z wiatrakami (przecinek)synu, a gdy przyszedł czas, by zebrać na siebie wszystkie karne baty, zastanawiałem się(przecinek) na co mi to wszystko było.

(...)Bo wydaje mi się, że niewiele ci zostało czasu, a nic nie pokazuje, co by cię szybko oświeciło, aaa?(Może się czepiam, ale starzec przed chwilą dokładnie tak samo zakończył pytanie – lepiej to jakoś urozmaicić) Mawiasz(Mówisz – "mawiać" to powtarzać wielokrotnie, a to nie wynika z tekstu) tak, jakby siedzenie na dupie było chwalebne. Godzić się na to, co ci dają, nie sięgać po to(przecinek) co się należy?

– A no(Ano) nie.

Starzec uśmiechnął się z wielką dumą(przecinek) pewien, że te słowa zrobią na rozmówcy wielkie wrażenie i wprowadzą w zakłopotanie ze względu na jego wcześniejsze docinki o próżności, jednakże John machnął tylko ręką, co nieco zdenerwowało weterana, który zacisnąwszy zęby (przecinek)począł marudzić głośno: (Potwornie długie to zdanie, rozbiłabym na dwa)


(...) Z resztą(Zresztą – żadnej reszty tutaj nie ma) to(zbędne) czego by mieli tutaj szukać?

– To nie istotne(nieistotne), to nie istotne(nieistotne)!– począł machać rękami i gorączkować się starzec, na co John jedynie parsknął z pożałowaniem, co zrobił jeszcze kilkukrotnie po kolejnych słowach(dwukropek) – Ważne, że walczyłem, dzieciaku.

– Jak sądzisz, ile mam lat?(spacja)– przerwał mu John swoim pytaniem, tym samym(zbędne – nie pasuje znaczeniowo według mnie) podnosząc głowę wyżej.

Tak, że kapelusz przestał już rzucać cień na jego zielone, szklane(Nie pasuje mi to określenie, szklane oko wkłada się, o ile wiem, kiedy nie ma się własnego :P), lodowato zimne oczy, które wnet poczęły świdrować weterana. Starcowi szybciej zabiło serce(przecinek) a na twarzy pojawił się wyraz głębokiego osłupienia, szybko jednak wziął się w garść (przecinek)by nie dawać pozorów. Parsknął tylko pod nosem i zgrabnie kontynuował swoje wywody(przecinek) pomijając pytanie Johna(dwukropek)

(...)Musicie nauczyć się wreszcie słuchać....(Wielokropek to trzy kropki) Miotałem ołowiem w żółtków, na prawo i lewo. I prosto(przecinek) i w tył. Mordowałem ich z zimną krwią. Za honor. Za naród. Za ojczyznę. Co mi z tego przyszło?(spacja)– o(O)dsłonił(Odgarnął) ręką (zbędne)włosy z czoła i uśmiechnął się szyderczo(kropka) – Tyle(przecinek) kurwa, że mam między jednym a drugim okiem kawałek metalu, w czaszy(czaszce).

Tydzień od tego(przecinek) jak mnie ewakuowali dowiedziałem się, że mój oddział został wzięty nocą do niewoli.

(...)Nie pij więcej(przecinek) starcze, bo ci to źle na łeb robi(kropka/wykrzyknik)

Po raz pierwszy od początku rozmowy na twarzy Johna pojawiło się coś więcej,(zbędny przecinek) niż zimna obojętność. Pokerową twarz zastąpiło zgorszenie i wstręt, co zdawało się wyraźnie bawić starca, który śmiał się pod nosem z wywołanego efektu. John tkwił tak w bezruchu (przecinek)bombardując staruszka wzrokiem do momentu, aż Brudny Tim pijany jeszcze bardziej niż na wstępie dopadł jego ramienia (przecinek)zakrzykując i ciągnąc kompana w stronę wyjścia:

– John! John, zbie-eramy si...(spacja)Pora rrrruszać dalyj!

– Nie! Zostajemy. Dobrze jest.(zbędna kropka)– rzekł John (przecinek)nie odrywając wzroku od starca siedzącego po drugiej stronie stolika. Brudny Tim zaś z  Timm(Nie wiem, co to jest) z początku chyba chciał się zezłościć, ale później jego rozdwojony wzrok zatrzymał się na urodziwej pani, która właśnie opuszczała lokal(przecinek) i przysiągłby(Wzrok by przysiągł? W tej części zdania to wzrok jest podmiotem), że popatrzyła się na niego z uśmiechem. Tim nie czekając długo (przecinek)wyszedł zaraz za nią (przecinek)z trudem radząc sobie z drzwiami.

– Raz mawiasz(mówisz), że honor jest dla trupów i straceńców. A potem śmiesz mie(mi) zarzucić, że nie honoruję bohaterów? Twoja historyjka jest bardziej dziurawa,(zbędny przecinek) niż czerep Śliskiego, a to już nie są byle zarzuty.

– Działania trzeba szanować(spacja)– wydukał z siebie(zbędne) starzec po chwili ciężkiego rozmyślania, które prawdopodobnie sprawiło mu wiele trudności. (To jedno i to samo – "ciężkie rozmyślanie" niesie ten sam sens co "sprawiało trudności")

John na te słowa począł tylko parskać jeszcze bardziej, jak byk, któremu mucha uporczywie latała przed nosem(kropka)

– Jakby ci żółci dali w tym siedemdziesiątym wybór, walczyć dla nich albo wrócić do Stanów w kawałkach(przecinek) albo...

– Walczył.(spacja)(spacja i "S")starzec kiwnął głową z taką powagą, jakby jego decyzja była najsłuszniejszym wyborem, jaki mógł podjąć człowiek(kropka) – Najważniejsze jest przetrwanie, trzeba się umieć dopasować do sytuacji.

Z miejsca (przecinek)gdzie ludzie machali flagami konfederacji i robią to nadal, po dziś dzień.

Dostosować do tego, czego oczekiwali (przecinek)by zyskać ich względy. Do niedawna wysyłali do mnie listy, jednak gdy tylko zaczęła się nagonka na przewrotowców(Nie ma takiego słowa. A nie "wywrotowców"?), sprzedałem wszystkie nazwiska władzom i powiedziałem, który z nich coś kręcił.

Jednego-po-drugim(Po co te dywizy? Normalne słowa, nie ma sensu ich łączyć), rozumiesz to (przecinek)synku?

– Pewnie dali ci za to jakiś... O(o)rder,(zbędny przecinek) czy inną pamiątkę.

(...)Tutaj, na północy(przecinek) mamy trochę inny obraz buntowników. (...)Rebelia? Też mi coś, ci dranie byli przegrani(przecinek) zanim na dobre się zebrali, teraz to kwestia czasu(przecinek) aż wyginą. (...)Nie powinno to zająć długo (przecinek)skoro oni sami siebie wzajemnie mordują. Spójrz na zegar(przecinek) chłopcze, nim nastanie ranek, w lasach na północ od jeziora swojego żywota dokona zgraja białych śmieci, sądzona przez swoich współplemieńców.(...)A wiesz(przecinek) kurwa (przecinek)dlaczego?

Starzec czerwienił się lekko na twarzy, a jego słowa przybierały(nabierały) coraz więcej goryczy, John siedział nieruchomo i wpatrywał się w starca,(zbędny przecinek) niczym kamienny gargulec zastygły w jednej pozycji.

(...)I mądrze wybierać (przecinek)z kim się przystaje, żeby cię na samo dno nie pociągnęli.

Starzec siedział w bezruchu(przecinek) wpatrując się w najwyższym skupieniu w swojego rozmówcę, czekając na jego reakcję, dopatrując się najmniejszej zmiany na jego twarzy spowodowanej ostatnimi słowami. Napięcie nie dawało mu spokoju, czekał (przecinek)aż temu gorylowi puszczą nerwy, aż się zdenerwuje, wybuchnie...

John wybuchł(wybuchnął)! Jednak jedynie śmiechem, a tak szczerym i tak zdumiewająco prawdziwym, jakby to JEMU siedem diabłów wyszeptało do ucha, że jest ostatnim bastionem dobroci i zrozumienia. John nie mógł się powstrzymać przez dobre kilka minut, aż w końcu złapał za kufel, który starzec męczył od kilku godzin(przecinek) i jednym haustem dopił zawartość.

"Kurwa jego mać..." pomyślał starzec ślęczący z otwartymi ustami, nie dowierzając temu, co właśnie zaszło. "Dobry jest... Piekielnie dobry. Może nawet tak dobry, jak opowiadali."(Niewłaściwe cudzysłowy)

– Widzę, że bardzo bawią cię moje słowa, ale czego się spodziewałem po kimś takim,(zbędny przecinek) jak ty?

Starzec wsadził sobie w usta niedopałek wyciągnięty z popielniczki, odpalił go tym, co jeszcze udało mu się znaleźć w ogryzionej paczce zapałek i siedział tak(przecinek) wpatrując się w Johna, który to(zbędne) z czasem uspokoił się, aż w końcu zamilkł, a nawet do tego stopnia się wyłączył (przecinek)trwając w zadumie, że zdawałoby się, jakby zasnął. Przemówił w końcu swoim pierwotnym, zgorzkniałym i nieco znudzonym głosem (przecinek)czując, że przyszła już godzina na zakończenie błazenady:

– To nie demony. To rozsądek.(zbędna kropka)(spacja)warknął starzec(przecinek) wyraźnie zmęczony całą tą rozmową(kropka)

Starzec poruszył się niespokojnie (przecinek)widząc, że rozmówca wyraźnie zbiera się do wymarszu, zacisnął zęby, jednak kącikiem ust uśmiechnął się nawet, nim rzekł:

Tą kwestią S(s)tarzec wygrał walkowerem, dopiął swego – na twarzy Johna po raz pierwszy od samego początku ujrzeć można było coś w rodzaju zaniepokojenia.

(akapit)Ostatnie słowa przeleciały przez całą gospodę z taką mocą, że niemal każdy, nawet ten najbardziej zmarnowany upojnym wieczorem, stanął na równe nogi. Komuś nawet szkło z niewypowiedzianej nienawiści strzeliło w rękach(przecinek) bowiem John Cannon – przywódca Drugiej Konfederacji (myślnik) cieszył się (a raczej martwił)(zbędne – "martwił się powszechnym znienawidzeniem" mi zdecydowanie nie gra, "cieszył się" samo zupełnie wystarcza) takim powszechnym znienawidzeniem, że gdyby pięcioletnie dziecko zawołano jego imieniem, momentalnie zostałoby stratowane na śmierć przez tłumy rządnych krwi ludzi.

"Cholera jasna..." Tylko tyle przebiegło przez głowę Johna, gdy tak siedział(przecinek) wpatrując się w rosłych drabów, którzy zaczęli powoli podchodzić w ich stronę z minami co najmniej diabelskimi.

(...) z rozmachem wbił go od dołu w podbródek starca tak, że ten zatrzymał się gdzieś na wysokości nosa, a dziadowi oczy zaszły krwią (przecinek)nim zdążył choćby jęknąć.

Razem ze swoim krzesłem przewalił się do tyłu (przecinek)oddając na ślepo strzały z rewolweru drżącą ręką, którą trzęsły niemiłosiernie nerwy.

Dranie ze wszystkich stolików rzucili się na Johna(przecinek) krzycząc jak stado ogarów piekieł, lecz ten już był na to gotowy(zbędna spacja).

(...)jednak gruby brodacz kroczący tuż za swoim kompanem zdążył odgiąć rękę i rąbnąć Johna w kaprawy(Zupełnie nie pasuje mi to określenie, definicja słownikowa: «o oku: zaropiały i zaczerwieniony; też o człowieku: mający takie oczy»), nieogolony policzek.

Pomimo wagi brodacza, (zbędny przecinek)cios jedynie rozjuszył Johnego i sprowadził na jego twarz jeszcze więcej goryczy. (Gorycz wybitnie nie pasuje mi na uczucie podczas walki)

Twardziel ten (przecinek)zrzuciwszy swój kapelusz(przecinek) wziął mocarny (przecinek)acz szybki zamach i kamienną piąchą zdzielił podbródkowym grubego tak, że ten nie dość(zbędna spacja) ,(Spacja)że stracił przynajmniej połowę swoich zębów, to jeszcze prawdopodobnie złamał kark.

Ktoś cisnął krzesłem, łamiąc je na głowie Szybkiego Johna, ktoś inny skoczył mu na plecy i począł podduszać, jednak ten stalowy golem (przecinek)machając swoimi ogromnymi łapskami(przecinek) skutecznie wybijał ludziom głupie pomysły z głów i – raz po raz – łamał jakiegoś przyjemniaczka na ciężkich, twardych przedmiotach rozmieszczonych po przybytku.

Nie czekając na zaproszenie (przecinek)przedarł się do rozbójników na tyłach Szybkiego Johna(Zdecydowanie nie użyłabym "na tyłach", tylko "za plecami" czy coś) i zaczął bardzo zgrabnie to jednego, to drugiego okładać swoim drewnianym obuchem po pustych czerepach, tym samym pozwalając przyjacielowi zmienić taktykę – John nie musiał już młócić rękami dookoła (przecinek)odganiając napastników z każdej strony, a pozwoliło mu to zwyczajnie skupić się na froncie i celniej, pewniej, szybciej wyciągać jednego oponenta po drugim po to, by nikczemnymi chwytami pozbawić ich sprawnych kończyn, a nawet i życia. (Potwornie długaśne zdanie)

Zdrowy, prawidłowy cios zwykle starczał(przecinek) by wykluczyć takich przyjemniaczków z gry, jednak Tim nie widział większego problemu w pochylaniem(pochylaniu) się nad leżącymi i smaganiem (smaganiu) ich maczugą po twarzach tak, że krew fontannami rozlewała się po ziemi.

John w tym czasie osiągał już kres swojego gniewu, z całą czerwoną, pociętą twarzą ciskał po ścianach tymi, którzy jeszcze stali na nogach (a najczęściej starali się przed nim uciec (przecinek)wiedząc, że ta bitwa została dawno przegrana) i często posiłkował się wszelakimi ostrymi narzędziami leżącymi na stołach – czy to nożem, czy widelcem, czy nawet łyżką.

– Jooohn?!–  zawarczał Brudny Tim (przecinek)dysząc i tocząc pianę z pyska(z ust)(przecinek) wgapiając się w swojego kompana(kropka) – Coś ty kurwa zrobił?! Mieliśmy dzisiaj na spokojnie... Pić, a nie ciskać się jak petarda w wychodku!

– Ten skur... Wykryli mnie! Przyznawaj się (przecinek)skurwysynu, mówiłeś komuś (przecinek)skąd przychodzimy?!
– No.. No nie! Głupku, mówiłem ci, że z tą facjatą rozpoznają cię i na drugim, kurwa, końcu świata, rozumiesz to?!–(zbędny myślnik)

Przetarłszy cieknący nos rękawem (przecinek)postąpił dwa kroki i całym swym ciężarem nastąpił wzmacnianym butem bagiennym na grdykę czołgającego się we krwi miastowego. Głośny chrzęst, jakby zdeptano ogromnego karalucha(przecinek) dał się słyszeć, gdy nagle lokalny gbur już na dobre przestał się ruszać(przecinek) a Johny, z równym wstrętem na twarzy jak po zdeptaniu karalucha, rzekł chrapliwie:

– Cooo?!– obruszył się Brudny Tim (kropka)– k(K)iedy tak jest zawsze najlepiej!

Wtem John przejechał swą masywną ręką po powietrzu (przecinek)wskazując kolejno cały rozgardiasz w gospodzie, aż w końcu zatrzymał się na zbitym zegarze, który w międzyczasie spadł ze ściany.

– O czym ty chrzanisz, bracie?(spacja)– Brudny Tim z nieukrywanym zdziwieniem uniósł brwi(kropka)

Obaj dranie poczęli kierować się w stronę wyjścia (przecinek)pozostawiając lokal w stanie co najwyżej do rozbioru. Gdy wyszli z lokalu, według tradycji ostał się jedynie barman, który kuląc się pod barem(przecinek) nie odważył się powiedzieć ani słowa (...) Za zwyczaj(Zazwyczaj).

Tima zżerała ciekawość, jednak nie zadawał żadnych zbędnych pytań(przecinek) wiedząc, że i tak nie dostanie odpowiedzi, a może nawet oberwać.

(...) Tańmczy(Tańczmy), noc młoda!

Uf, długi tekst. Po przeczytaniu niestety stwierdzam, że się wynudziłam.

Przede wszystkim zasadnicza większość tego fragmentu to dialog, a według mnie wrzucenie czytelnika prosto w długaśną rozmowę na samym początku tekstu to nie najlepszy początek. Ja prędko się pogubiłam. Raz, że ledwie ogarniałam, który bohater jest który, a dwa, że nie mam żadnego pojęcia o świecie, w którym dzieje się akcja. Na dobitkę zniechęcały mnie jeszcze podniosłe stwierdzenia o honorze i walce. W ustach bohaterów, których w ogóle nie znam, brzmiały one według mnie totalnie blado i nieciekawie. Dlatego brnęłam przez tę rozmowę ze starcem z trudnością, niewiele rozumiejąc, a jeszcze mniej odczuwając przyjemności.

Dopiero końcówka zrobiła się dla mnie nieco ciekawsza, choć karczemne burdy to totalny standard w fantasy. Bitka jednak również nie zapewniła mi rozrywki, bo zupełnie nie odczułam w niej dynamiki i emocji. Masz manierę pisania dość długich, a momentami wręcz rozwlekłych zdań, co według mnie dotkliwie pozbawia akcji wartkości i napięcia.


Nie mam nic więcej do powiedzenia. Styl masz porządny, nie robisz rażących błędów, ale tekst, prawdę mówiąc, wcale mnie nie zaciekawił. Wprawdzie na samiuteńkim końcu jest zapowiedź tajemnicy i w ogóle, ale to stanowczo za mało jak na mój gust.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Nieźle. Nie mam tak wysublimowanego gustu jak Vet, ale ma rację w paru rzeczach. Pierwsze primo, gdzie ja jestem? Świat w którym napisałeś to opowiadanie znikło bez śladu. Puf! 
Drugie primo, dużo, dużo dialogów, dialogów. Trochę za dużo. Charakterystyka bohaterów jako taka jest, ale mógłbyś trochę pomieszać w cechach charakteru ;)
Jest ok. Błędy to nie moja brożka, bo sam tworzę ich tony, tony. Czekam na ciąg dalszy, bo zaczyna się robić ciekawie
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości