Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Ludwik i Dziki Orszak
#1
Pamiętam, jak dzieckiem będąc, często spędzałem czas u babci. Dość często chorowałem, a zapracowani rodzice nie mieli mnie z kim zostawić. Babcia była już samotną kobietą, więc zawsze z radością witała mnie w swoich progach – byłem jej oczkiem w głowie. To właśnie ona śpiewała mi kołysanki, które do dziś pamiętam. W pamięci utkwiło mi również, że lubiła opowiadać przeróżne historyjki, w tym i te nie z tego świata – jedna z nich odstawała jednak od reszty.
Miałem  dokładnie pięć lat, gdy pewnego deszczowego dnia babcia zrobiła mi kubek herbaty, po czym podeszła do starej szafki, z której wnętrza wyciągnęła stary, podniszczony album ze zdjęciami. Obserwowałem znad wywaru, jak siada z nim w swoim ulubionym fotelu i starannie przewraca kruche, pożółkłe strony. Siedzieliśmy razem w ciszy, sporadycznie zakłócanej szelestem papieru, aż w końcu zapadł wieczór. Kiedy odłożyła album, spojrzała na mnie i spytała, czy chcę posłuchać historii o jej ojcu a moim pradziadku – Ludwiku.
Nie znałem wówczas żadnych szczegółów o moim przodku. Chociaż w święta wraz z rodziną odwiedzałem jego grób, nie ciekawił mnie specjalnie jego żywot, w końcu nie miałem okazji nawet go poznać – zmarł długo, nim się narodziłem. Opowieść mojej babci zostawiła mnie jednak z obrazem, który od tamtej pory nawiedzał mnie w snach. Wysłuchajcie zatem historii o Ludwiku i Dzikim Orszaku – pragnę przy okazji dobitnie podkreślić, iż to, o czym zamierzam opowiedzieć, nie zostało przeinaczone.
Ludwik był nauczycielem z niemieckiej wioski, której nazwy nie pamiętam. Zła sytuacja geopolityczna zmusiła go jednak, jak i wielu ludzi w jego wieku, do porzucenia dotychczasowego stylu życia. Dla dobra ojczyzny oraz idei stali się żołnierzami armii niemieckiej. Wielu z nich trafiło do wspólnego oddziału, który wkrótce został wysłany na ich pierwszy i zarazem ostatni front.
Pradziadek pisał listy do rodziny, która została w Niemczech. W pierwszej części, skierowanej do żony i dzieci, pisał, jak bardzo za nimi tęsknił oraz że niedługo wróci. W drugiej, adresowanej już tylko do żony (to jest – mojej prababci), dzielił się swoimi przemyśleniami oraz obserwacjami. Wspominał, jak pierwszy raz widział zabójstwo człowieka. Był to podstarzały wieśniak, którego Niemcy wyszarpali z jego własnego mieszkania i rozstrzelali. Widok śmierci i cierpienia zmienił pradziadka – wspominał o snach, w których nawiedzała go cienista postać, nosząca na głowie koronę z poroża jelenia. Wyciągała do niego rękę, a on starał się od niej uciec. Biegł tak długo, aż w końcu budził się zapłakany.
Lekarze podejrzewali u pradziadka depresję, a on zapewniał, że wszystko z nim w porządku. Badania również niczego nie wykazywały – był zdrowy. Jego listy jednak temu przeczyły – podobno ostatni, jaki wysłał do rodziny, składał się tylko i wyłącznie ze zdania „Niedługo do was wrócę”, pod którym znajdował się szkic postaci, odpowiadający opisom tej ze snów.
 Więcej listów od Ludwika nie dostali – w 1944 roku  przybyło jedynie oświadczenie, że zginął pod Grodnem, gdzie również został pochowany.
Prababcia bardzo źle zniosła nagłe odejście małżonka – po wojnie przeprowadziła się z dziećmi do Katowic, które, wraz z resztą Śląska, były już częścią Polski. Nie wyszła drugi raz za mąż – nie mogła, nie potrafiła. Żyła w żałobie do samej śmierci.
O tym, co tak  naprawdę zdarzyło się pod Grodnem, prababcia miała okazję dowiedzieć się od mężczyzny o nazwisku Wagner. Był chłodny, październikowy dzień, kiedy do drzwi zapukał wysoki, chudy mężczyzna. Przedstawił się samym nazwiskiem i oznajmił, że przybył, by opowiedzieć o Ludwiku, któremu obiecał przysługę. Z beznamiętnym wyrazem twarzy odmówił poczęstunku – musiało mu zależeć na czasie. Całe spotkanie trwało podobno pięć minut.
– Wszystko wydarzyło się nagle. – Głos miał zimny, metaliczny. – Zostaliśmy napadnięci i nim zdążyliśmy się zorientować, zagoniono nas do lasku. Byłem wówczas przy Ludwiku, który płakał i śmiał się na przemian. Bełkotał coś, po czym zamilkł i zapuścił się głębiej w ciemność. W pewnym momencie dotarliśmy chyba do jądra dziczy – wystrzały i krzyki były przytłumione, a wokół nas panowała absolutna ciemność. Straciliśmy kontakt wzrokowy i rozdzieliliśmy się. Niedługo później w oddali dostrzegłem blady płomień, który stopniowo zaczął się powiększać – podpalali lasek.
– Dlaczego mi pan o tym mówi? – Prababcia nie powstrzymywała łez. – Pańska historia nic nie zmienia...
– Dokończę. – Mężczyźnie o nazwisku Wagner głos się nie zmienił. – Nie minęło sporo czasu, nim ogień ogarnął drzewa wokół mnie, a przestrzeń wypełnił ciemny dym. Zacząłem biec przed siebie, miałem łzy w oczach i kaszlałem. W końcu zabrakło mi już powietrza i upadłem na ziemię. Miałem przywidzenia – ktoś wyciągnął do mnie rękę, a ja bez zastanowienia ją pochwyciłem. Nic dalej nie pamiętam – zemdlałem. Jakimś cudem udało mi się jednak ocknąć, wrócić do żywych. Pierwszą rzeczą, którą zauważyłem, było szare niebo oraz czarne, zwęglone drzewa. Rozejrzałem się wokół – znajdowałem się w kręgu, który porastała krótka, przykryta popiołem trawa. Poza nim ziemia jednak była martwa. Przez chwilę leżałem w milczeniu, po czym zawołałem za Ludwikiem, a po chwili za resztą oddziału. Odpowiedziała mi cisza, czego się bałem. Zacząłem płakać. Musiałem przeleżeć w takim stanie wiele godzin, bo znów zrobiło się ciemno. Postanowiłem w końcu się podnieść, kiedy w oddali usłyszałem kroki. Czym prędzej zerwałem się z ziemi, po czym ujrzałem... Ludwika. Był cały we krwi, ale jednak żył. Ciągle coś do mnie mówił – z ruchu warg odczytałem pani imię.
– Skończ bluźnić! – Prababcia nie wytrzymała i aż wstała z krzesła, rozlewając kawę na parkiet. Wagner ani drgnął.
– Dokończę, a pani niech lepiej mnie wysłucha, bo...
– Won stąd! – Prababcia wskazała na drzwi.
Zgodnie z poleceniem pan Wagner cicho powstał i skłoniwszy się nisko, wyszedł. Za nim wybiegła moja babcia, która całą rozmowę podsłuchiwała. I to właśnie ona dowiedziała się prawdy o losach Ludwika.
Zatrzymała gościa przy wyjściu z kamienicy i poprosiła o wyjaśnienie. Ten przeprosił za zamieszanie, po czym przystał na prośbę babci i dopowiedział jej resztę, której zresztą było niewiele. Nie miał jej za złe, że podsłuchiwała.
– Zza drzew coś wyszło. Chciałem krzyknąć, ostrzec Ludwika, lecz paraliż odebrał mi mowę. Ten jednak nadal patrzył na mnie, powtarzając imię pani mamy. Zjawa podeszła do niego jednak i kładąc rękę na ramieniu, powiedziała: „Już czas”. Ludwik na chwilę zamilkł, po czym powiedział bardzo wyraźnie: „Niedługo do was wrócę”. W oddali usłyszałem rżenie koni. Ogarnęła mnie senność – na chwilę zamknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem, Ludwika już nie było.
Wypowiedziawszy ostatnie słowa, pan Wagner odwrócił się i wyszedł z kamienicy. Babcia wyjrzała jeszcze na ulicę, lecz nikogo tam nie było. Z niedowierzaniem pokręciła głową i wróciła do mieszkania, by uspokoić płaczącą matkę.
Wiele lat później babcia postanowiła przekazać historię mi – swojemu jedynemu wnukowi. Wydaje mi się, że postąpiła tak z wielu powodów. Najpierw uważałem, że wymyśliła tę historyjkę, by mnie przestraszyć, co, o czym warto wspomnieć, jej się wtedy udało. Jak podrosłem, uznałem, że pragnęła zmitologizować mi pradziadka, by na zawsze pozostał w mojej pamięci. Dziś uważam, że powiedziała mi to wszystko, ponieważ wiedza jej ciążyła, a jednocześnie czuła obecność śmierci. Słusznie, jak się okazało – tydzień później zmarła.
Do wczoraj powracające koszmary tłumaczyłem sobie dziecięcą wyobraźnią oraz szokiem związanym z nagłą śmiercią babci. Do wczoraj, kiedy to obudził mnie dźwięk, podobny do rżenia koni. Powtórzył się kolejny raz, gdy już przytomny, postanowiłem napić się herbaty, do której nabrałem sentymentu. Wychodząc z pokoju mimochodem wyjrzałem przez okno i serce mi zamarło – po niebie pędził orszak konny.
Nidrax napisał 02-04-2016, 21:25:
Nie przeklejaj tekstu z Worda, nie edytuj rozmiaru ani kroju czcionki, a do wcięcia akapitowego używaj tagu [p]! Wiedziałbyś większość z tego, gdybyś przeczytał regulamin albo zwracał uwagę na takie duże, czerwone ostrzeżenie nad edytorem przy zakładaniu wątku >.<

Poprawiam, ale następnym razem wywalę tekst z miejsca do kosza.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(02-04-2016, 15:20)JTM napisał(a): Kiedy odłożyła album, spojrzała na mnie i spytała, czy chcę posłuchać historii o jej ojcu, (zbędny przecinek, bo spójnik 'a' pełni tu raczej funkcję łączną) a moim pradziadku – Ludwiku.

Historia mojej babci zostawiła mnie jednak z obrazem, który od tamtej pory nawiedzał mnie w snach. Wysłuchajcie zatem historii (powtórzenie) o Ludwiku i Dzikim Orszaku – pragnę przy okazji dobitnie podkreślić, iż to, o czym zamierzam opowiedzieć, nie zostało przeinaczone.

Zła sytuacja geopolityczna zmusiła go jednak, jak i wielu ludzi w jego wieku, do porzucenia dotychczasowego życia (stylu życie – bo chyba nie popełnił samobójstwa, a tak to zabrzmiało).

W pierwszej części, skierowanej do żony i dzieci, pisał, jak bardzo za nimi tęsknił, (zbędny przecinek) oraz że niedługo wróci.

Biegł tak długo, aż w końcu budził się, (zbędny przecinek) zapłakany.

Lekarze podejrzewali u pradziadka depresję (na moje oko to raczej 'zespół stresu pourazowego', który rozpoznano już po I Wojnie Światowej jako 'nerwica wojenna' – http://www.psychiatria.pl/artykul/zespol.../3694.html), a on zapewniał, że wszystko z nim w porządku.

– Wszystko wydarzyło się nagle (kropka i po myślniku dużą literą) – głos miał zimny, metaliczny. – zostaliśmy (dużą literą – przecież po kropkce) napadnięci i nim zdążyliśmy się zorientować, zagoniono nas do lasku.

– Dlaczego mi pan o tym mówi? – prababcia (dużą literą) nie powstrzymywała łez. – pańska (dużą literą) historia nic nie zmienia...
– Dokończę (kropka i po myślniku dużą literą) – mężczyźnie o nazwisku Wagner głos się nie zmienił. – nie (dużą literą) minęło długo (styl – mija czas, czeka się długo; proponuję 'minęło sporo czasu'), nim ogień ogarnął drzewa wokół mnie, a przestrzeń wypełnił ciemny dym.

– Skończ bluźnić! – prababcia (dużą literą) nie wytrzymała i aż wstała z krzesła, rozlewając kawę na parkiet.

– Won stąd! – prababcia (dużą literą) wskazała na drzwi.
Zgodnie z poleceniem, (zbędny przecinek) pan Wagner cicho powstał i skłoniwszy się nisko, wyszedł.

Zatrzymała niedoszłego gościa (z jakiej racji nazywasz go 'niedoszłym'? przecież przybył, został wpuszczony do środka – a więc był ugoszczony, był wewnątrz budynku) przy wyjściu z kamienicy i poprosiła o wyjaśnienie.

Ten jednak nadal patrzył na mnie, powtarzając imię Pańskiej (małą literą, a poza tym, czy babcia była mężczyzną? – http://sjp.pwn.pl/sjp/panski;3033614.html) mamy. Zjawa podeszła do niego jednak i kładąc rękę na ramieniu, powiedziała (dwukropek) „Już czas”. Ludwik na chwilę zamilkł, po czym powiedział bardzo wyraźnie (dwukropek) „Niedługo do was wrócę”.

Wypowiedziawszy ostatnie słowa, pan zwany Wagnerem odwrócił się (on nie był tak zwany, on miał tak na nazwisko, a zatem powinno być: pan Wagner odwrócił się) i wyszedł z kamienicy.

Najpierw uważałem, że wymyśliła tę historyjkę, by mnie przestraszyć, co, co warto wspomnieć (o czym warto wspomnieć), jej się wtedy udało. Jak podrosłem (przecinek) uznałem, że pragnęła zmitologizować mi pradziadka, by na zawsze pozostał w mojej pamięci. Dziś uważam, że powiedziała mi to wszystko, ponieważ zakazana (Dlaczego 'zakazana'? Nie zauważyłem, by ktoś czegokolwiek zakazywał.) wiedza jej ciążyła, a jednocześnie czuła obecność śmierci.

Do wczoraj, kiedy to obudził mnie dźwięk, (zbędny przecinek) podobny do rżenia koni. Powtórzył się kolejny raz, gdy już przytomny, (zbędny przecinek) postanowiłem napić się herbaty, do której nabrałem sentymentu. Wychodząc z pokoju (przecinek) mimochodem wyjrzałem przez okno i serce mi zamarło – po niebie pędził orszak konny.

Jeśli chodzi o błędy, to początek był bardzo dobry. Końcówka wypadła gorzej. Masz też problem z zapisem dialogów, ale to drobiazg, który bez problemu skorygujesz. Jeśli masz jakieś pytania odnośnie moich uwag, jestem do dyspozycji.
Natomiast jeśli chodzi o fabułę, to była ciekawa. Puenta/zakończenie jednak mnie rozczarowało – jest tajemnicze i niejasne. Spodziewałem się czegoś więcej, ale sam tekst oceniam pozytywnie.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Bardzo dziękuję za opinię oraz wypunktowanie błędów – zostały poprawione. W sprawie zakończenia pragnę jednak poprosić o opinię – rozważałem dwie opcje, z czego jedna już jest widoczna. Druga byłaby podobna, lecz na końcu narrator nie miałby odwagi wyjrzeć przez okno. Wyglądałoby to mniej więcej tak:

Do wczoraj powracające koszmary tłumaczyłem sobie dziecięcą wyobraźnią oraz szokiem związanym z nagłą śmiercią babci. Do wczoraj, kiedy to obudził mnie dźwięk, podobny do rżenia koni. Powtórzył się kolejny raz, gdy już przytomny, postanowiłem napić się herbaty, do której nabrałem sentymentu. Kiedy byłem przy oknie usłyszałem go raz jeszcze, lecz nie odważyłem się wyjrzeć na zewnątrz...
Odpowiedz
#4
Prawdę mówiąc, bardziej podoba mi się ta wersja, którą zastosowałeś jednak w tekście :)
I uznanie za szybkie i dokładne naniesienie poprawek.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości