Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Abaddon [1]
#1
Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate
Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie
– Dante, Boska Komedia
 
Obudziło mnie dziwne, aczkolwiek znajome drapanie w szafie. Odliczyłem do trzech, po czym usiadłem na łóżku i patrzyłem przez chwilę przed siebie. Czerwona wiązka lasera opadła na mój policzek, zaraz po niej na mojej twarzy utworzyła się jego siateczka. Tkwiła tam przez kolejne pięć sekund, a następnie zniknęła. Ziewnąłem przeciągle i wstałem. Przeciągając się, usłyszałem ciche strzelanie w kościach. Poczułem się jak staruszek ze sporym doświadczeniem na karku.
Przez jakąś minutę liczyłem plamy na wściekle zielonej ścianie, przywodzącej mi na myśl kolor sałaty. W jakiś sposób dawało mi to poczucie rutyny i pewnego rodzaju świadomości, że moje życie nie było aż tak bardzo odmienne. Kiedy doszedłem do wniosku, że plam wciąż było siedem, z czego dwie spowodowane były najprawdopodobniej wylaniem na nie jakiegoś napoju, spojrzałem na ciężkie, metalowe drzwi. Policzyłem do dwudziestu. Nie otworzyły się.
Podszedłem do nich bliżej i zmarszczyłem czoło, patrząc na błyszczącą srebrem powierzchnię. Znów odczekałem dwadzieścia sekund. Kiedy drzwi wciąż się nie otworzyły, zerknąłem ukradkiem na swoje łóżko i zastanowiłem się, czy dziś je pościelić. Stwierdziłem, że nie miałem na to ochoty – jak zawsze zresztą. Dlatego też poszedłem do łazienki i wziąłem szybki, zimny prysznic. Strumienie zimnej, wręcz lodowatej wody działały na mnie kojąco, a jednocześnie zdołały do końca mnie obudzić. Po wyjściu z łazienki czułem się nie jak trup, ale jak nowonarodzony.
Sprawdziłem, czy wszystkie kable i przewody podpięte do mnie wciąż są na swoim miejscu. Szczególną uwagę poświeciłem niewielkiej, czarnej skrzyneczce wykonanej z dosyć lekkiego metalu. To właśnie w niej musiało się znajdować to, co najważniejsze dla całego systemu. Chyba nie bez powodu Syringe musiał przy badaniach tak bardzo na nią uważać. Co miesiąc zdejmował skrzyneczkę i zmieniał ją na inną.
 Przeniosłem jeden z kabli z ramienia na kark. Popatrzyłem na drzwi, jednak wciąż nie były otwarte. Zaczęło mi burczeć w brzuchu. Usiadłem na krawędzi łóżka i zacząłem bawić się palcami.
Najwyraźniej dzisiaj o mnie zapomnieli.
W sumie nie miałem im tego za złe – spodziewałem się, że w końcu umknie im to, że czekam na jedzenie, a ja będę musiał obejść się bez śniadania. Przecież byłem tylko gościem w tym wielkim, niezbadanym jeszcze do końca przeze mnie świecie, który stanowił instytut badań. Nie żyłem tu po to, aby cały czas jeść i się obijać.
Tkwiłem tu od jakichś dziesięciu lat, jednak miałem w tym cel. Jako jedyny z tysięcy ludzi miałem odpowiednią krew z tajemniczym antygenem EV-I, aby zostać obiektem badań w instytucie. Do tej pory pamiętałem pierwszą wizytę u lekarza, na której to dokonano tak wielkiego odkrycia.
Pobrano mi krew. Lekarz wyszedł na chwilę, a ja rozglądałem się po pomieszczeniu, którego białe ściany wydawały mi się nudne. Biurko z jasnego drewna wcale nie pomagało w ożywieniu całości. Podniszczone książki ułożono na jasnoszarych półkach, kozetkę ustawiono przy ścianie naprzeciwko drzwi. Była strasznie niewygodna, a czarna skóra, z której ją wykonano, zaczynała się złuszczać.
Zaciskałem nerwowo palce na rozłożonym na kozetce materiale, czułem na siebie zmartwiony wzrok mamy siedzącej obok. Lekarz wrócił i zapisał coś w kartach badań. Kazał mi zostać w gabinecie trochę dłużej, po czym zawołał przełożonego, który przedstawił mi swoją ofertę. Zapewniał, że eksperyment ma służyć ludzkości, a ja po wszystkim stanę się bohaterem. Matka, która akurat ze mną była, kategorycznie zaprzeczyła całemu pomysłowi i wróciła ze mną do domu. W drodze powrotnej mówiła, jak bardzo mnie kocha i że nie ma zamiaru oddawać mnie obcym, niedobrym panom. Kiwałem wtedy głową, przyznając jej rację. Jednocześnie jednak bardziej interesowało mnie przeskakiwanie przez kałuże powstałe w wyniku wczorajszym deszczu. Jego zapach unosił się jeszcze w powietrzu. Jakoś nieszczególnie przejąłem się wtedy całą tą ofertą i eksperymentem, myśląc tylko o tym, że na kolację miały być naleśniki.
Nie minęło parę dni, jak inny lekarz, już w charakterystycznym dla Instytutu czarnym kitlu, zapukał do drzwi mojego rodzinnego domu. Otworzył tata. Facet znów musiał tłumaczyć całą sytuację. Żywo gestykulował i opowiadał z ogromnym zaangażowaniem, które różniło się od monotonnego głosu przełożonego z miejscowej kliniki. Odpowiedź taty była taka sama, jak matki, tyle że wypowiedziana ostrzejszym i bardziej stanowczym tonem głosu. Lekarz skinął głową, wymruczał ciche „rozumiem” , po czym odszedł. Czekałem, aż tata zamknął drzwi, klnąc pod nosem i jak najszybciej zniknąłem ze schodów, z których go obserwowałem. Byleby tylko mnie nie zauważył.
Nikt nie pojawił się przez następny miesiąc. Kiedy mężczyzna w czarnym kitlu zawitał do nas ponownie, miał ze sobą asystenta w meloniku. Wskazując na niego tłumaczył, że jeśli tylko się zgodzimy na przeprowadzanie eksperymentów, to on zajmie się wszystkimi formalnościami. Miało to zmniejszyć problemy w urzędach i wszelkiego rodzaju instytucjach. Odpowiedź wciąż pozostała taka sama: nie oddamy wam syna.
Następnego dnia lekarz znów przybył sam. Jednak tym razem miał już niezbity argument na to, aby moi rodzice się ze mną pożegnali. Mianowicie nakaz rządowy i oficjalne zezwolenie na eksperyment. Z czerwoną pieczęcią i niezgrabnym podpisem, wydrukowanym na pożółkłym papierze. Nie mieliśmy w takim przypadku żadnego wyboru, rozkaz prezydenta lub rady był niepodważalny.
Dali mi tydzień, przez który zdążyłem się spakować i spędzić z rodzicami ostatnie dni, podczas których staraliśmy przebywać ze sobą jak najwięcej czasu. Byliśmy w wesołym miasteczku, kinie, sklepach z zabawkami, gdzie pozwalali mi wybierać co tylko chciałem, restauracjach. Wybraliśmy się nawet w pobliskie góry, gdzie pokazali mi z daleka naszą wioskę. Mama co chwila powtarzała mi, jak bardzo mnie kocha i że nie chce mnie oddawać. Tata patrzył na mnie jak na skarb, który chciał zatrzymać dla siebie.
W dzień rozstania płakaliśmy wszyscy troje, podczas gdy lekarz w czarnym kitlu stał nad nami. Czekał, aż ta cała błazenada się skończy, a on będzie mógł w końcu zacząć swoje badania. Poprowadził mnie do dużego, czarnego auta, który prowadził jego kolega w meloniku. Kazał zapiąć pasy. Jechaliśmy w milczeniu. Ciche pobrząkiwanie gitar z radia wcale mnie nie uspokajało. Płakałem całą drogę, chowając twarz w dłoniach. Przed oczami wciąż miałem obraz rodziców, a kiedy tylko uświadomiłem sobie, że teraz będę od nich daleko, zapragnąłem krzyczeć i wrócić do ciepłych objęć mamy. Tylko w nich czułem się tak bezpiecznie. Jak się jednak okazało, nawet one nie mogły uchronić mnie przed dziwnymi mężczyznami z Instytutu. Wydawali mi się wtedy tacy wielcy…
Poczułem lekki ucisk w sercu, który oznaczał, że zboczyłem na zbyt sentymentalne ścieżki. Wziąłem głęboki oddech i oddaliłem wspomnienia, zakopując je gdzieś głęboko. Niczym zamknięty pod kluczem skarb w skrzyni, do którego dostęp miałem tylko ja.
Zacząłem liczyć. Doszedłem właśnie do tysiąca dwustu sześćdziesięciu trzech, kiedy usłyszałem szczęk zamka w drzwiach. Podniosłem głowę. Czekałem, aż się otworzą, a do środka wejdzie znajomy mężczyzna ubrany na niebiesko i poda mi moje śniadanie. Nic jednak się nie stało. Nikt nie przyniósł jedzenia.
Wstałem i przez chwilę czekałem jeszcze, aż ktoś wejdzie. Znów policzyłem do dwudziestu. Nic. Pociągnąłem za klamkę, otwierając drzwi przy asyście akompaniamentu mojego żołądka domagającego się jedzenia. Czekał już na mnie Syringe, jak zawsze w czarnym kitlu z wielkimi kieszeniami i fajką w ustach. Oparty niedbale o ścianę wydawał się być nastawiony do naszego spotkania raczej obojętnie. Przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, jakby chciał sprawdzić, czy coś zmieniło się w moim wyglądzie. Nie zauważywszy najprawdopodobniej nic ciekawego, wypuścił dym z płuc i westchnął cicho, patrząc tym razem w głąb jasnoszarego, oświetlonego korytarza. Nie musiał już nic mi mówić. Wiedziałem o co chodziło, jednak i tak wypowiedział swoją stałą formułkę:
– Idziemy, One – rzucił oschle i ruszył powoli przed siebie, zaciągając się dymem papierosowym. – Czyżbyś znowu zapomniał koszulki? – spytał mnie z wzrokiem utkwionym przed siebie. Nasze kroki odbijały się od ścian po pustym korytarzu, mieszając z głosami.
– Czyżby twoje próby rzucenia palenia znowu spaliły na panewce? – mruknąłem niechętnie, wgapiając się w znak na plecach kitla, pentagram z literą „A” w środku. Oznaczał on nazwę Instytutu, w którym obecnie się znajdowałem – Abaddon.  
– Czyżbyś znów zaczynał pyskować? – Ton Syringe’a zmienił się na ostrzejszy.
– Skądże – burknąłem niechętnie, wkładając dłonie do kieszeni i zerkając ukradkiem na ściany obok. Dziś drzwi były zamknięte, czyli wszyscy musieli już na mnie czekać. Niekiedy mogłem obserwować poranną krzątaninę naukowców na korytarzach, szukających swoich pomocników. Musiałem więc wstać później niż zazwyczaj. W sumie nie dziwiłem się sobie: wczoraj przetrzymano mnie do późnej nocy. Zanim wróciłem do siebie i zasnąłem, minęło sporo czasu. Jak zawsze zresztą.
Kiedy znaleźliśmy się na końcu korytarza, mężczyzna skręcił gwałtownie w lewo, w stronę uchylonych metalowych drzwi z numerem 7729. Nie obejrzał się za siebie, aby sprawdzić, czy idę za nim – wiedział doskonale, że podążam posłusznie niczym idealnie wytresowany piesek.
Na dzień dobry oślepiła mnie biel jarzeniówek w sali, których było tu od groma. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do jasności, dostrzegłem to, co mogłem tu dostrzec od zawsze. Dziwne łóżko okryte szarą płachtą na środku pomieszczenia, cała ściana tajemniczych komputerów, aparatów i urządzeń, błyszczące srebrem szafki i stoliki na kółkach z połyskującymi w świetle narzędziami, których nazw nie znałem. Wiedziałem tylko, że na jednej z nich, tej z białym obrusem, znajdowały się strzykawki i że było ich trzy, z czego jedna o igle tak długiej jak mój palec wskazujący. Wszystko to dawało mi jakąś dziwną ulgę, że widziałem coś znajomego, coś, z czym miałem już styczność.
Przy jednej z aparatur krzątała się już Visdom. Jej rude włosy do pasa drgały delikatnie przy każdym ruchu, okulary w fioletowych oprawkach zsunęły się na koniec nosa, a spod czarnego kitla wystawała różowa sukienka do kolan. Syringe odchrząknął znacząco, na co ona odwróciła się do nas i zmierzyła mnie wzrokiem swoim czarnych, skrzących się energią oczu.
– One. – Przywitała mnie, wymawiając moje imię miękko i łagodnie. Uśmiechnęła się delikatnie. Zauważyłem, że dzisiaj nie ubrała swojego naszyjnika z drobnym kawałkiem rubinu. Wciąż musiała być zła na swojego narzeczonego, Aldriego. Zawsze, gdy się kłócili, zdejmowała go na jakiś czas i zakładała z powrotem, kiedy facet odpowiednio ją przeprosił i odkupił w jakiś sposób swoje winy. Zważając na to, że małe spięcia występowały między nimi dość często, codziennie przyglądałem się, jak było każdego następnego dnia.
Dzisiaj mijał trzeci dzień wielkiej kłótni o to, że Aldri wrócił do pokoju później, niż zazwyczaj. Konkretnie jakieś godzinę po tym, jak już skończył pracę. Visdom czekała już w drzwiach z zegarkiem w ręce. Winny tłumaczył się korkami na ulicach, jako że pracował w Rimmonie, instytucie sąsiedniego miasta. Jednak nie znalazł dobrego argumentu na ślad szminki pozostawiony na jego policzku. Lub po prostu nie zdążył znaleźć, gdyż Visdom w mgnieniu oka znalazła się w Awaryjnym Mieszkaniu piętro wyżej. Razem z trzema pudełkami lodów czekoladowych, które podobno pochłaniała szybciej niż odkurzacz śmieci.
– Hej, Visdom. – Również wysiliłem się na uśmiech, wyjmując dłonie z kieszeni. Wielokrotnie zwracano mi uwagę na to, aby nie chować ich przy rozmowach. – Ile szampanów wczoraj obaliłaś? – Uniosłem brew.
Rudowłosa miała to do siebie, że przeciętnie co trzy dni nabierała ochoty na alkohol. Wino, szampan, wódka. Wczoraj padło na to drugie, widziałem parę butelek obok komputerów. Musieli je posprzątać dzisiaj rano.
– Jakieś sześć? – Zaśmiała się, wciskając zawzięcie jakieś guziki na aparaturze. Na jednym z ekranów zaczęły wyświetlać się ciągi cyfr i dziwnych rysunków, których nie mogłem zrozumieć. – Kto wie. Niektóre tylko próbowałam, stwierdzałam, że są ohydne i dolewałam Radyr do miski. – Wzruszyła ramionami.
Zaśmiałem się, nie mogąc powstrzymać narastającego w moim wnętrzu śmiechu.
Visdom znalazła kiedyś w pobliskim lesie sarnę o nietypowej, fioletowej barwie sierści. Uznała, że musiała być obiektem doświadczalnym i zdołała uciec, więc przygarnęła ją do siebie, aby uczynić ją swoim zwierzątkiem domowym. Wciąż dziwiłem się, że pomimo tylu mieszanek alkoholowych to zwierzę jeszcze żyło. Najwyraźniej przypuszczenia kobiety były słuszne – sarna miała nieco przemeblowań w DNA.
– Dość tego – mruknął chłodno Syringe, podchodząc do półeczek na kółkach i przeglądając narzędzia na nich. Nie był typem, który lubił rozmawiać. Liczyła się dla niego wyłącznie praca, którą miał wykonać. Jeśliby wierzyć Visdom, wymykał się wieczorami z Instytutu i wracał dopiero koło pierwszej w nocy, starając się narobić jak najmniej hałasu. Rudowłosa obstawiała kochankę, ja tajemne eksperymenty na boku.
– To jak, One? – westchnęła Visdom, wracając do zawziętego atakowania klawiatury komputera. Ciekaw byłem, czy widziała w niej twarz Aldriego, że tak dużo siły wkładała w stukanie w klawisze. – Wyspałeś się dzisiaj?
Wzruszyłem ramionami, podchodząc do łóżka na środku. Musiałem podskoczyć, aby się na nim usadowić. Jak zawsze niewygodne, jak zawsze za wysokie.
– Powiedzmy – mruknąłem niechętnie, wpatrując się w plecy kobiety i zastanawiając nad tym, jak długo jeszcze będzie skłócona ze swoim narzeczonym.
– Śniłeś o czymś? – spytała, odchodząc na chwilę od sprzętu i szperając w jednej z szuflad obok.
– Nie.
– Przypomniałeś sobie coś?
Zesztywniałem na chwilę, słysząc to pytanie, jednak przywołałem się do porządku. Przypomniałem sobie, że tak naprawdę miałem tylko jedną, stałą jak do tej pory, odpowiedź na to pytanie.
– Oprócz wspomnienia o rodzicach – nie. – Oznajmiłem. Ukradkiem zerknąłem na Syringe’a, który kiwnął głową z zadowoleniem. Wiedział, że nie kłamałem. Potrafił to wyczuć. Był niczym chodzący wykrywacz kłamstw. Te przenikliwe, brązowe oczy, które wydawały się świdrować każdego na wylot, blizna przechodząca przez jedno z nich. Ciemnobrązowe włosy ściągnięte w kucyk z pasami siwizny. Twarz, na której wypisane było doświadczenie…
– Więc kicha – westchnęła rozczarowana Vis, wyciągając z szuflady parę czarnych, gumowych rękawiczek, które włożyła do kieszeni kitla i wróciła do komputera. – Będziemy musieli powtórzyć to, dopóki się nie uda. – Oznajmiła, zerkając na mnie przelotnie. Wzruszyłem ramionami. Zapowiadało się na kolejne trzy dni nowych, dziwacznych eksperymentów.
– Więc tradycyjnie dzisiaj Edder? – westchnąłem, mając już przed oczami tę czarną, gęstą substancję w strzykawce, a następnie dwie kolejne: białą i czerwoną. Edder był rozcieńczoną wersją demonicznego jadu, Dadeliggu, wydzielanego zazwyczaj w ich kłach. Podawany stopniowo w tej samej dawce uodparniał na jego działanie.
W moim przypadku jego dawkę zwiększano z każdym dniem, od dziesięciu lat. Wprowadzano w ten sposób w mój organizm cząstkę diabła, kawałek po kawałeczku. Od jakiegoś roku doszły również inne sposoby, takie jak obcowanie z Brannem czy proces Andedre, jednak miałem je przejść ponownie dopiero jutro i pojutrze.
– Dokładnie. – Potwierdził Syringe przy akompaniamencie stukającego się ze sobą szkła strzykawek. – Vis, przygotuj go – mruknął niechętnie, przechodząc do niewielkiego zlewu w rogu i myjąc ręce.
Visdom opuściła swoje stanowisko przy sprzęcie i przewróciła teatralnie oczami. Podeszła do mnie na swoich czarnych obcasach. Ich stukot wybijał dla mnie kolejne liczby, które pojawiały się w mojej głowie. Ubrała czarne rękawiczki, wygrzebane uprzednio w szufladzie i sięgnęła po gazik leżący na pobliskiej szufladce, uprzednio nasiąkając go spirytusem. Przeniosła wzrok na mnie i zamarła na chwilę z wacikiem w palcach, głęboko wzdychając.
– I gdzie by cię tu dzisiaj ukłuć… – zastanowiła się, mrucząc cicho pod nosem i oglądając starannie moją klatkę piersiową. Wyprostowałem się, aby miała na nią lepszy widok i szybciej znalazła odpowiednie miejsce. Po chwili zaczęła błądzić po niej delikatnie palcami, naciskając na niektóre punkty mocniej i pytając, czy to boli. Odpowiedzi miałem różne, zazwyczaj były one przeczące. W końcu skinęła głową, szepcząc coś do siebie cicho. Zdezynfekowała całą moją lewą rękę, brzuch i prawe ramię, uważając na kable oraz przewody podpięte do mojego ciała.
– Masz? – burknął znad swoich strzykawek Syringe. Usłyszałem dźwięk strzelającej gumki rękawiczek, które właśnie ubierał.
Abdomen, cubitus i antebrachium. – Odpowiedziała mu Visdom po łacinie, jednak dobrze ją zrozumiałem. Nauczyłem się większości określeń parę lat temu, aby wiedzieć, w którym miejscu spodziewać się ukłucia. Wcześniej dezynfekowano połowę mojego ciała i bez żadnych ostrzeżeń wbijano igły w trzy różne miejsca, w których się ich nie spodziewałem. Dzisiaj jako cel obrali brzuch, łokieć i przedramię.
– Rozumiem. – Pokiwał głową mężczyzna. Po sali rozległy się jego ciężkie kroki, chwilę potem stał już przede mną z jedną ze strzykawek. Pozostałe dwie zostawił na swojej półeczce, jednak… – Visdom, przynieś pozostałe.
Pomieszczenie znów wypełniło się krokami, a po chwili obok Syringe’a pojawiła się rudowłosa z dwoma strzykawkami w dłoniach. Jedną z nich wypełniał szkarłatny płyn – sztuczna krew, wytworzona na podstawie próbek mojej, zaś drugą – biała substancja, lek z przeciwciałami, mającymi zniszczyć nadmiar szkodliwego jadu w razie niebezpieczeństwa.
Lekarz chwycił moją rękę w mocnym uścisku i posłał krótkie spojrzenie w stronę mojej twarzy, przymierzając igłę do wybranego miejsca na przedramieniu. Pierwszy raz pokazywał mi otwarcie, gdzie zamierza wstrzyknąć Edder.
– Nie będziesz się szarpał, One? – spytał, a w jego oczach zalśniła nutka ostrożności. Po prostu wolałby, żebym siedział spokojnie. Będzie miał ułatwioną robotę i wstrzyknie substancję szybko, jednak boleśnie dla mnie.
Potrząsnąłem głową, wlepiając wzrok w ekran komputera ponad jego głową, na którym Vis wyświetliła jakieś dziwne wykresy. Nie potrafiłem ich zrozumieć. Zielona linia unosiła się i opadała. Unosiła… Opadała… Rytm jej wzlotów i upadków pomagał mi w ignorowaniu strzykawki.
Czy się bałem? Nie. Przyzwyczaiłem się do tego już parę lat temu.
Czy bolało? Tak. Od zawsze bolało.
Zacisnąłem dłonie w pięści i przełknąłem ślinę, tylko czekając na ukłucie. Nie mogłem patrzyć. Po pierwsze – zabraniali mi tego. Po drugie – nie lubiłem widoku igły wkłuwającej się w moje ciało. Zacząłem liczyć do dwudziestu. Kiedy doszedłem do czternastu, Syringe zdecydował się na wprowadzenie Edderu do mojego organizmu.
Z początku nie bolało tak bardzo. Moje ciało zalała fala ciepła, zaczynając od  ręki, przez ramiona, klatkę piersiową, tułów i nogi. Dopiero po chwili ciepło przerodziło się w gorąco, które wydawało się rozrywać moje mięśnie i nerwy. Skrzywiłem się, próbując zdusić w sobie krzyk bólu, który jednak wydostał się z mojego gardła po dłuższej chwili. Na twarzy Syringe’a pojawił się grymas niezadowolenia, odłożył strzykawkę na bok i wyciągnął dłoń po kolejną, mimo tego, że wciąż wrzeszczałem. Chwyciłem wolną ręką miejsce ukłucia, kuląc się. Mężczyzna chwycił mnie jednak za łokieć, bez ogródek wbijając mi w niego kolejną strzykawkę, tę z białym płynem, mającym zniszczyć nadmiar jadu w razie czego.
Krzyknąłem jeszcze głośniej, prostując się nagle jak struna. Ogień rozrywający moje mięśnie, żyły i nerwy podwoił się, był teraz dla mnie prawdziwym pożarem. Zacisnąłem dłonie w pięści, jakby miało to cokolwiek pomóc. Wciąż uparcie wpatrywałem się w dziwny wykres, którego linia nagle przyspieszyła, szybciej opadała i szybciej się unosiła. Zaczęło palić mnie w płucach, z których w jednej chwili zniknęło powietrze. W ustach poczułem smak krwi.
– Przestań robić tyle hałasu – prychnął cicho Syringe, chwytając w dłoń ostatnią strzykawkę. Skinął głową do Visdom, która z cichym westchnieniem chwyciła moje ręce i przytrzymała je z tyłu, odsłaniając brzuch. Krzyknąłem głośniej, czując, jak z jej dotykiem ogień pod skórą się nasilił. Jednak nie szarpałem się, ani nie wyrywałem. Wiedziałem, że to by tylko utrudniło pracę.
Lekarz w czarnym kitlu zerknął znacząco na rudowłosą, która wzmocniła uścisk, a co za tym szło – ból. Mężczyzna powoli wbił mi strzykawkę w brzuch, konkretniej – w musculus rectus abdominis, mięsień prosty brzucha. Milimetr po milimetrze, powoli i ostrożnie. Czułem, jak sztuczna krew powoli wnika do mojego ciała. Zacząłem rozdzierać się jeszcze głośniej. Visdom puściła moje ręce, Syringe wziął swoje puste strzykawki i rzucił je niedbale do kosza przy wejściu. Brzęk szkła drażnił mnie. Czułem się jak rozjuszone zwierzę. Rudowłosa odeszła ode mnie i wstukała coś w komputer, podczas gdy ja kuliłem się z bólu, nie mogąc przestać wrzeszczeć. Czułem, jak krew miesza się z nowo wprowadzonymi w mój organizm substancjami, jak kieruje je w stronę serca. Im bliżej się go znajdowały, tym ból był większy.
Kiedy znalazły się wreszcie w miejscu docelowym, ból stał się największy. Wrzask zmieszał się z gardłowym warknięciem z mojego wnętrza, po czym zaczął powoli znikać. Krzyczałem jeszcze przez chwilę. Potem zamilkłem, krzywiąc się i próbując ignorować resztki ognia w moich żyłach.
– I gotowe! – westchnęła Vis, klikając jeszcze w jakiś guzik na urządzeniu, które wydało z siebie dziwny, cichy dźwięk i wypluło kartkę z dziwnymi znaczkami. Dziewczyna chwyciła ją w dłoń i podała Syringe’owi, stukając obcasami o posadzkę. Stukot sprawiał, że moje bębenki wydawały się wybuchać. Zamknąłem oczy i starałem się oddychać głęboko, tak jak mi radzili. Znów zacząłem liczyć. Jeden, dwa…
– Świetnie. – Usłyszałem głos lekarza, który wyjął właśnie nowe strzykawki z jednej z szuflad. Położył je na swoim stałym miejscu na metalowej szafeczce. Wiedziałem, że przeglądał teraz uważnie kartkę, śledząc każdy drobny znaczek i wykres. – Wszystko tak, jak powinno być.
– Może poza tym – mruknęła cicho Visdom, zapewnie wskazując palcem na jakiś zapis. Przez chwilę trwali w ciszy, aż w końcu Syringe prychnął cicho z oburzeniem, złożył kartkę na pół i wcisnął ją do kieszeni kitla.
– To chwilowe, przejdzie. – Oznajmił, ściągając rękawiczki i rzucając je do kosza. – Traktujesz aktualne wykresy za poważnie, Greenwethe.
– Wciąż się uczę – odpowiedziała cicho rudowłosa. Otworzyłem oczy, znów przyzwyczajając je do jasności. Ból stał się całkiem znośny, jednak palenie w ciele nie ustawało. – Może wody, One? – spytała.
Potrzebowałem chwili, aby zorientować się, że kierowała te słowa do mnie. Skinąłem powoli głową. Po chwili wepchnięto mi w dłoń zimną w dotyku szklankę z wodą.
– Poczekaj chwilę – wymruczała, szperając znów po szafkach. Kiedy znalazła to, czego potrzebowała, zatrzasnęła je z cichym trzaskiem i podeszła do mnie, uśmiechając się delikatnie. – Powinno pomóc. – Wrzuciła do wody niewielką, zieloną tabletkę, która natychmiast zaczęła się rozpuszczać. Poczekałem, aż zniknie, po czym pociągnąłem łyk napoju. Skrzywiłem się, czując jej gorzki smak.
– Odprowadź go na halę, Greenwethe. – Odezwał się stanowczym tonem głosu Syringe, kierując się do wyjścia. – Ma do niej dotrzeć w przeciągu pięciu minut, inaczej nie będzie wesoło. – Zniżył głos, czyniąc go mroczniejszym i groźnym, po czym wyszedł, wyciągając po drodze papierosa z kieszeni.
– Ponury, jak zawsze – mruknęła pod nosem Vis. Dopiłem do końca resztę gorzkiego płynu, krzywiąc się coraz bardziej i odstawiłem pustą już szklankę na jedną z półeczek. Mięśnie wciąż mnie paliły, jednak nieco mniej niż wcześniej. Cóż – przynajmniej nie krzyczałem z bólu.

 
Nidrax napisał 20-03-2016, 23:24:
Post napisany w sposób niezgodny z panującymi na forum zasadami. Proszę w pierwszej kolejności zapoznać się DOKŁADNIE z regulaminem forum, bo jest on inny od tego, co można znaleźć na byle wielotematyku.
Po tym proszę o wstawienie brakujących akapitów oraz usunięcie tego Times New Romana.
Odpowiedz
Reklama AdSense
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości