Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Kryminał Nie wierz nigdy kobiecie
#1
"Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy” – Albert Einstein
Wyobraźnia zabiła człowieka” – autor nieznany

Jak co dzień, Kaśka siedziała w autobusie. Jak co dzień, był to inny autobus i inna część miasta. Jej plan był dopięty na ostatni guzik, a dekolt do ostatniego rozpięty – w końcu to tylko kolejny raz. Czerwona sukienka odkrywająca kolana i podkreślająca wydatny biust tak, że trudno było go przegapić… i przegapiać wiele razy. Sandały i gołe nogi. Rozpuszczone włosy koloru kasztanów i okulary przeciwsłoneczne. Oraz miejsce tyłem do kierunku jazdy, jak najbliżej kierowcy i przejścia.
To wszystko gwarantowało możliwość dyskretnego rozglądania się po prawie wszystkich twarzach, a w razie „namierzenia celu” dawało łatwość zwrócenia na siebie uwagi.
Robiła to już chyba z tysiąc razy. Mniej więcej tyle. Zaczęła jakieś 3 lata temu. Na początku bywało nawet 2 razy dziennie, a potem pojawiały się czasami przerwy – wychodzi jakieś tysiąc akcji. Miała teraz 27 lat i wciąż wyglądała jak sucz. A że chętni frajerzy z przyjemnością dla siebie tak ją traktowali, to przez pierwszych kilka minut wszyscy byli zadowoleni.
Ale najważniejsze, że była z tego kasa. Konkretna kasa! Poprzedni miesiąc był jednym z lepszych; wyciągnęła prawie piętnaście tysięcy.
Interes nie mógł umrzeć, dopóki w Warszawie byli faceci gotowi na skok w bok po godzinach pracy w biurze. Żyć, nie umierać.
Wczoraj na przykład wyhaczyła właściciela jakiejś firmy. Wyglądał na dzianego. Jeszcze dziś uśmiechała się na wspomnienie o tym, jak tłumaczył, dlaczego siedzi w autobusie, a nie w samochodzie. Miała to gdzieś, naprawdę. Ale on nie – tłumaczył się tak długo, że w końcu zatkała mu usta własnym językiem.
Facet miał klasę, fajnie pachniał. Za to głupi był, jak inni. Wystarczyło zdjąć okulary i włączyć numer 2, czyli spojrzenie wyrachowanej suki (wiecie: uporczywe wpatrywanie się, kamienna twarz, od czasu do czasu spojrzenie na rozporek). Kilka razy zakręciła kosmyk włosów przy uchu, raz przełożyła skrzyżowane nogi. Na 5 sekund przed postojem na przystanku wstała, bardzo szybkim krokiem podeszła do niego, nachylając się powiedziała rozkazująco „chodź” i złapała go za rękę. Wysiedli.
Według tego, co pamięta, to chwycenie za rękę działało w 99 przypadkach na 100.
Potem również według planu: ona ciągnie go za rękę, on się rzekomo opiera, rozgląda się, czy przypadkiem nie mija kogoś znajomego, potem zaczyna zadawać debilne pytania w stylu „przepraszam, czy mogę jakoś pani pomóc?”. Faceci na chwilę zamykają się, gdy za najbliższym rogiem ostrożnie, ale stanowczo popycha ich na ścianę domu, przykleja się całym ciałem do nich, ociera udami, piersiami i namiętnie całuje (jakby chciała zjeść ich wargi). Po chwili ciągnie ich dalej, opór maleje, chuć rośnie. Tu jest chwila na wyjaśnienie, że oni nie z tych, co tak robią, że na ogół jeżdżą Audicą, Lexusem czy nawet jachtem (tak, tacy też się zdarzali!) albo pada trochę obleśnych przechwałek o tym, co będą jej robić. Wszystko to już słyszała. Nikt nie powiedział niczego oryginalnego od dwóch lat.
Kluczową częścią planu zawsze było to, aby do chaty było najwyżej 3 minuty drogi. Najlepiej, jeśli było to dosłownie kilkadziesiąt kroków. Celowała w stare, jak najbardziej opuszczone kamienice, ale takie, które nie zabiją smrodem. Ze względów logistycznych ważne było to, aby mieszkanie znajdowało się na 1. piętrze, a z parteru dało się przejść budynek na wylot.
Kamienice były różne; na ogół taki typ faceta by się tam nie zapuścił, więc trzeba było znów wczepić się w jego usta zaraz za drzwiami do budynku. To było drugie odwrócenie uwagi. Trzecie było na schodach: ona szła pierwsza, potem były jej czerwone majtki prawie niewidoczne między pośladkami, a na końcu twarz faceta. Czwarte i ostatnie kuszenie było na progu do mieszkania. Ponieważ drzwi były zawsze otwarte, a wnętrze mogło straszyć, to zaczynała całować już na progu i kończyła po dokładnym zamknięciu drzwi, a wrażenia potęgowała dłonią rozpinającą spodnie.
Reszta planu była równie niezawodna i powtarzalna: drzwi tak naprawdę zamykał Sławas, jej młodszy brat o posturze karkowca i sercu gołębia. Nie byłby zdolny do świadomego skrzywdzenia muchy, ale dużo mięśni i tatuaży, a mało szyi mówiło raczej co innego.
Sławas za każdym razem czekał w mieszkaniu. Zamykał drzwi na klucz, a klucz miał od prawdopodobnie legalnego właściciela speluny – wszystko załatwiała Kaśka, jej uśmiech i bonus w postaci litrowej „Finlandii”. Chata wynajęta na około 3 godziny. Im głośniej zamykał drzwi, tym lepiej – dzięki temu spragniona seksu ofiara prawie natychmiast stawała przerażona. Zbyt przerażona, aby zrobić coś rozsądnego. Krótki dialog z użyciem słów na „k”, na „ch” i na „wpierdol”, zamachanie plastikowym sprężynowcem (to był od początku warunek Sławasa), a potem Kaśka zmieniała rolę z uwodzicielki na kieszonkowca. Interesowały ją głównie portfel i zegarki, czasami tylko zabierała komórkę i podawała bratu, aby zrobił im fotkę, gdy delikwent za bardzo się rzucał. Sugestia, że zdjęcie zaraz może trafić do „Serduszka”, „Słoneczka” czy „Skarbeczka”, zawsze działała.
Po opróżnieniu kieszeni Sławas i Kaśka wychodzili, a kolesia zamykali. Nóż sprawiał, że mijały sekundy zanim napaleniec był w stanie trzeźwo myśleć, klucz w drzwiach zatrzymywał w mieszkaniu na co najmniej pół minuty, pierwsze piętro demotywowało do skoku, a możliwość ucieczki przez drzwi od podwórka sprawiała, że pościg był w zasadzie beznadziejny.
Plan działał, jak nowiutki Zenith zdjęty z czyjegoś nadgarstka tydzień temu.
Dzisiejszy frajer wyglądał jak zwykle: dobrze ubrany, wewnętrzna kieszeń marynarki wypchana, wzrok sugerujący nieprzystępność. Za wiele razy patrzył na jej cycki, aby takie pierdoły mogły ją zmylić.
Wędka zarzucona, haczyk połknięty.
Uśmiechnęła się tylko zalotnie, nawet szczerze, na myśl o tym, że dziś chłopaczek ma farta. Dziś Sławas ma urodziny i przygotowała dla niego coś specjalnego. „Do następnego razu, frajerze” – pomyślała i wysiadła na najbliższym przystanku. Sama.
A Sławas czekał w śmierdzącej ruderze na pierwszym piętrze i bawił się scyzorykiem Victorinox, który dostał dziś rano od swojej dziewczyny. Widziała już kilka razy u niego zabawkowy nożyk i choć nigdy jej nie powiedział, po co mu taki szajs, to kupiła mu w końcu ostrze dla prawdziwego faceta. Nie był tak poręczny, jak sprężynowiec, ale to w końcu prezent – dziś zrobi wyjątek.
W domu tak cuchnęło, że zrobił sobie chustę na nos z koszulki. Znalazł jakieś lusterko i stwierdził, że wygląda dziś jak prawdziwy gangsta, jak wojownik stadionów.
Odgłosy kroków na schodach były znakiem, że trzeba schować się za drewnianymi drzwiami oddzielającymi to, co na wejściu, czyli połączenie kuchni, salonu i sypialni z wiadrem do sikania, z tym, co za progiem, czyli… kuchnią, salonem i sypialną w jednym. Różnicę stanowił brak wiadra.
Nawet jeśli pęknięcia w drzwiach będą niewystarczające do obserwacji, to potrzebuje jakieś 5 sekund od wejścia Kaśki, by wyskoczyć z nożykiem.
Drzwi otwarte – drzwi zamknięte. Żadnego stękania i mruczenia. Nierówne kroki i jakby szuranie. Sławas czeka i zastanawia się, bo dziś jest inaczej. I nagle łup! Widzi przez szpary głowę Kaśki – walnęła właśnie o drewnianą podłogę, poznał ją po włosach. Po chwili głowa zaczyna podrygiwać rytmicznie w górę i w dół (właściwie w lewo i prawo). I prawie w tej samej chwili jakaś dłoń obraca jej głowę – otwarte, nieruchome oczy wpatrują się w sufit.

– Dziwka nie żyje, chciała mnie oskubać – powiedział ktoś z drugiej strony drzwi.

Sławas nie zastanawiał się, po prostu robił.

– Ty chuju! – wrzasnął. Facet leżał między nogami Kaśki i chyba gapił się na jej cycki, które teraz falowały z resztą ciała. Sławas miał do niego jakiś metr – najpierw dźgnął go w kark kilka razy, a potem odrzucił jak zabawkę na przeciwległą ścianę. Dobiegł do niego i jeszcze dwa razy wbił ostrze w klatkę piersiową – ciało już się nie broniło.
I za moment usłyszał, jak Kaśka się śmieje.

– Dałeś się nabrać! Ha-ha-ha! Wszystkiego najlepszego, Sławas! – wykrzyczała podnosząc się z ziemi i prawie zataczając się ze śmiechu.

Napotkała zrozpaczone spojrzenie Sławasa, a po chwili dużo krwi na białej koszulce swojego kolegi, Marasa.

– Sławas, coś ty narobił, debilu!?
Podbiegła, żeby…, chyba żeby ratować Marasa, ale tylko pośliznęła się i przejechała trochę na jego krwi. Nawet dla takiego laika, jak ona, chłopak wyglądał jak trup.
– Kurwa, Sławas, co ty zrobiłeś!?
– Myślałem…, ja myślałem, że on cię… – nie umiał dokończyć.
– Noż kurwa! – wrzasnęła i pobiegła do wyjścia. Złapała za klamkę, drzwi dziwnie lekko puściły, ktoś z drugiej strony otwierał je w tym samym czasie.

Nie zdążyła rozpoznać twarzy menela, od którego wynajęła tę norę na 3 godziny – oni przecież wyglądają tak samo. Niski ludzki śmieć w tej chwili wbił jej w brzuch wielki i błyszczący jak ze sklepu nóż kuchenny. I z lubieżnym uśmiechem, napierając na trzonek, wepchnął zdziwioną i piszczącą na wdechu dziewczynę do mieszkania.
Sławas wciąż siedział na trupie Marasa – to był wspólny kolega Kaśki i jego, taki, który to ma łeb pełen różnych chorych pomysłów. Odwrócił głowę dopiero wtedy, gdy Kaśka huknęła o podłogę. Wydawało się, że minęła chyba minuta zanim mięśniak oderwał wzrok od ciała siostry i przeniósł go na żebraka. I tylko trochę mniej czasu potrzebował ten drugi, aby ocknąć się ze zdziwienia. Chyba nie spodziewał się nikogo więcej. Zerwał się do ucieczki. Sławas, co dziwne, dopadł go zaraz za progiem. Nie wyhamował przed drewnianą poręczą. A ta tylko trzasnęła i jej szczątki poleciały prawie pięć metrów w dół razem z oboma mordercami. Ten mniejszy poleciał na plecy z ostrzem w skroni, ten drugi uderzył czołem w granitową posadzkę.
Pierwszą osobą, która znalazła dwa ciała, był jakiś ćpun – postanowił schować się na chwilę, aby coś przyjarać. Gdy zobaczył pod nogami zwłoki i sporo krwi, przestraszył się i zwiał. Wcześniej jednak wdepnął jedną stopą w czerwoną kałużę, a później wpadł na maskę samochodu. Nie mógł ani uciec, ani nie zwrócić na siebie uwagi.
Ktoś potem wysilił wyobraźnię, powiązał ucieczkę, zakrwawiony but, trochę narkotyków w kieszeniach przerażonego uciekiniera. Dzięki tym staraniom śledztwo było już tylko udokumentowaniem, potwierdzeniem domysłów. Gwoździem do trumny były dwa rozkładające się ciała dziewczyn leżące w wersalce u menela, który jeszcze niedawno zarządzał nieruchomością i odstąpił ją na chwilę tej ślicznej pani za jedną „Finlandię”. Kozioł ofiarny i zarazem seryjny morderca – trampolina awansu i źródło dodatkowej kasy z przyszłych książek i wywiadów – był gotowy.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:A że chętni frajerzy z przyjemnością dla siebie tak ją traktowali, to przez pierwszych (pierwsze) kilka minut wszyscy byli zadowoleni. (istotny jest tu szyk, bo "przez pierwsze kilka minut", ale "przez kilka pierwszych minut")

Za to głupi był, (zbędny przecinek) jak inni.

Według tego, co pamięta, to chwycenie za rękę działało w 99 (po pierwsze 'dziewięćdziesięciu dziewięciu', a nie 'dziewięćdziesiąt dziewięć' – brak odmiany; po drugie, w tekstach literackich liczby zapisujemy słownie – darowałbym jedną albo dwie takie wstawki, ale co za dużo to niezdrowo) przypadkach na 100.

Kluczową częścią planu zawsze było to, aby do chaty było najwyżej 3 (i kolejna liczba) minuty drogi.

Ze względów logistycznych ważne było to, aby mieszkanie znajdowało się na 1. (i kolejna) piętrze, a z parteru dało się przejść budynek na wylot.

Chata wynajęta na około 3 godziny.

Interesowały ją głównie portfel i zegarki, czasami tylko zabierała komórkę (a może by tak we wszystkich przypadkach dać liczbę pojedynczą, bo jakoś nie widzę kolesia z kilkoma zegarkami na reku) i podawała bratu, aby zrobił im fotkę, gdy delikwent za bardzo się rzucał.

Nóż sprawiał, że mijały sekundy (przecinek) zanim napaleniec był w stanie trzeźwo myśleć, klucz w drzwiach zatrzymywał w mieszkaniu na co najmniej pół minuty, pierwsze piętro demotywowało do skoku, a możliwość ucieczki przez drzwi od podwórka sprawiała, że pościg był w zasadzie beznadziejny.

Plan działał, (zbędny przecinek) jak nowiutki Zenith zdjęty z czyjegoś nadgarstka tydzień temu.

(...) z tym, co za progiem, czyli… kuchnią, salonem i sypialną (sypialnią) w jednym.

Nawet jeśli pęknięcia w drzwiach będą niewystarczające do obserwacji, to potrzebuje jakieś 5 sekund od wejścia Kaśki, by wyskoczyć z nożykiem.

Po chwili głowa zaczyna podrygiwać rytmicznie w górę i w dół (właściwie w lewo i prawo). (o co chodzi z tymi kierunkami?)

– Dałeś się nabrać! Ha-ha-ha! (Cha, cha, cha!) Wszystkiego najlepszego, Sławas! – wykrzyczała (przecinek) podnosząc się z ziemi i prawie zataczając się (zbędne – jedno 'się' w zdaniu wystarczy) ze śmiechu.[/align]

– Sławas, coś ty narobił, debilu!? (?! – kolejność znaków ma znaczenie)

Nawet dla takiego laika, (zbędny przecinek) jak ona, (zbędny przecinek) chłopak wyglądał jak trup.

– Kurwa, Sławas, co ty zrobiłeś!? (?!)

Nie zdążyła rozpoznać twarzy menela, od którego wynajęła tę norę na 3 godziny – oni przecież wyglądają tak samo. Niski (przecinek) ludzki śmieć w tej chwili wbił jej w brzuch wielki i błyszczący jak ze sklepu nóż kuchenny.

Wydawało się, że minęła chyba minuta (przecinek) zanim mięśniak oderwał wzrok od ciała siostry i przeniósł go na żebraka.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
Witaj.
I dziękuję, wspaniała analiza.
Pozwalam sobie na uwagi do uwag.
Pierwsze dwie uwagi – masz rację, dziękuję. Ewidentna nieuwaga z mojej strony.
Trzecia: nie zgadzam się. Nie spotkałem jeszcze wykładni, według której MUSZĘ zapisywać liczebniki wyrazami. Owszem, musiałem w szkole, ale później nie, bo i nie było żadnego przymusu. O ile wiem, nie ma takiej konieczności. Odmiana przy liczebnikach zapisanych cyfrowo jest domyślna (o ile nie jest to liczebnik porządkowy, który zapisuje się z kropką). Dlatego 99 czytający odczytuje tak, jak chce (albo lepiej: tak, jak powinien).
Czwarta, piąta i szósta: jak wyżej.
Siódma: racja. Miały być "portfele".
Ósma: dla mnie nadal kontrowersyjna (bo wynika z konieczności rozdzielania czasowników, a nigdy nie spotkałem się z pisemną, czyli kategoryczną wersją tej zasady).
Dziewiąta: zgadzam się, przecinek postawiłem niepotrzebnie.
Dziesiąta: znalazłeś literówkę. Dzięki.
Jedenasta: już o tym pisaliśmy.
Dwunasta: wystarczy zwizualizować sobie sytuację i popatrzeć na scenę oczami Sławasa.
Trzynasta: "Cha, cha"? Według jakiej zasady? Według tej, którą znam, to obie wersje są poprawne.
13A: nic podobnego. Nie ma potrzeby oddzielać czasownika od imiesłowu przecinkiem.
13B: być może wystarczy (nie znam zasady), ale ciąg wyrazów traci sens, bo nagle pojawia się "i prawie zataczając ze śmiechu", a można jedynie zataczać SIĘ.
Czternasta: czy aby na pewno? Jedyny raz, gdy badałem tę kwestię, kolejność znaków była (w tej sytuacji) dowolna.
Piętnasta: masz rację (choć jeśli się uprę, że to wtrącenie, to da się obronić).
Szesnasta: jak wyżej.
Siedemnasta: liczebnik już omawialiśmy. A 17A: niestety nie masz racji. To nie jest po prostu oddzielenie przymiotnika od przymiotnika, tylko jest tam mowa o "ludzkim śmieciu", który był niski. W tej sytuacji nie stawia się przecinka (choć niełatwo przyswoić tę zasadę).
Osiemnasta: ponownie kontrowersyjna dla mnie kwestia przecinka przed "zanim".

Jestem wdzięczny za Twój komentarz i naprawdę jest dla mnie bardzo znaczący. Masz rację w (chyba) większości przypadków. A przy okazji chętnie nabywam aktualizacji wiedzy, którą nabywałem w szkole średniej (bo zasady pisowni w języku polskim się zmieniają). Najchętniej przyswajam wiedzę z linków do autorytatywnej wykładni, ale zdaję sobie sprawę, że nie zawsze istnieją i rzadko kiedy chce się ich szukać.
Dziękuję za Twój wkład i mam nadzieję częściej tu publikować, by dopracować przede wszystkim zasady poprawnej polszczyzny.
Odpowiedz
#4
Trzecia: nie zgadzam się. Nie spotkałem jeszcze wykładni, według której MUSZĘ zapisywać liczebniki wyrazami. Owszem, musiałem w szkole, ale później nie, bo i nie było żadnego przymusu. O ile wiem, nie ma takiej konieczności. Odmiana przy liczebnikach zapisanych cyfrowo jest domyślna (o ile nie jest to liczebnik porządkowy, który zapisuje się z kropką). Dlatego 99 czytający odczytuje tak, jak chce (albo lepiej: tak, jak powinien).
Nie będę się długo nad tym rozwodził, zacytuję tu dwa źródła:
Cytat:O sposobie zapisu liczb decyduje przynależność gatunkowa tekstu. W tekstach beletrystycznych liczby zapisuje się słownie (z określonymi wyjątkami), w tekstach niebeletrystycznych można wybrać jedną z kilku konwencji. Niezależnie od wyboru jednak liczba zapisana cyframi nie powinna otwierać zdania. (http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-liczb;12987.html)
Cytat:Schody zaczynają się, kiedy mówimy o tekście literackim. Dopuszcza się zapis godzin cyframi, w pamiętnikarstwie też dat, zawsze jeśli wplatamy w tekst wzór matematyczny, fizyczny itd. zapisy procentów. W pozostałych przypadkach zapis słowny wygląda w opowiadaniu lepiej, bardziej literacko, pozwala na zabawę odmianą, precyzuje zamysł autora. Często umieszczenie samej cyfry w zdaniu sprawia, że straci ono sens albo czytelnik musi się nad nim zastanowić. I o ile samo przemyślenie sensu zdania nie jest celem autora, należy czytelnikowi ułatwić odbiór. Często też, przy cyfrach z wieloma zerami, zapis słowny nie zmusza czytelnika do zastanawiania się nad ilością tych zer.Jest napisane milion i ok.
Wszystko też zależy od zamysłu autora i funkcji tekstu. Jeśli zdanie z liczebnikiem ma być esemesem albo notatką, normalne, że cyfra, a nie zapis słowny. Styl zapisu dobierać należy tak, żeby wypadł jak najbardziej naturalnie, był przede wszystkim zrozumiały i precyzyjny. Liczebniki porządkowe opatrujemy więc kropką, jeśli dajemy cyfrę. Użycie danego zapisu powinno być konsekwentne dla tekstu. Rozpatrywanie na przykładzie jednego zdania nie ma sensu. Pisanie jest bowiem zabiegiem całościowym, pokazuje zamysł i... dobra, to też trzeba napisać, erudycję autora, jego umiejętność zabawy znakiem. U jednych ta umiejętność opiera się na wykuciu na blachę zasad, u innych staje się zabawą z czytelnikiem, ma mu coś pokazać i zrobić to jakoś.
W opowiadaniu nigdy motywem do zapisu cyfrą liczebnika nie może być pośpiech. Jeśli w tekście pojawia się cyfra, należy zadać sobie pytanie, dlaczego nie słowo. (http://www.portal-pisarski.pl/forum/tema.../strona:12)

Ósma: dla mnie nadal kontrowersyjna (bo wynika z konieczności rozdzielania czasowników, a nigdy nie spotkałem się z pisemną, czyli kategoryczną wersją tej zasady).
Chyba żartujesz... W pierwszym momencie chciałem zrobić tu mały wykład z gramatyki, ale po co? Wszystko można znaleźć w internecie. Cytat z mojego poradnika:
"Główną funkcją przecinka jest oddzielenie od siebie samodzielnych informacyjnie części, czyli wypowiedzenia pojedyncze, wchodzące w skład wypowiedzenia złożonego, oraz niektóre wyrazy w wypowiedzeniu pojedyn­czym. Zadaniem przecinka jest więc zaznaczanie takich miejsc wewnątrz wypowiedzenia, które są granicami między częściami tekstu, stanowiącymi mniejsze niż wypowiedzenie całości składniowe." – http://podziemieopowiadan.pl/forum/threa...57#pid8957
Zatem przecinkiem rozdzielamy zdania złożone: złożone współrzędnie, gdy nie ma spójnika; złożone podrzędnie – zawsze. Każdy czasownik w formie czynnej tworzy zdanie, dlatego nie mówimy o rozdzielaniu czasowników, lecz o rozdzielaniu zdań. ["Zdanie podrzędne (określające) zawsze oddzielamy przecinkiem od zdania nadrzędnego bez względu na kolejność tych zdań" – Słownik języka polskiego PWN]
W omawianym przypadku mamy do czynienia ze zdaniem podrzędnym wprowadzonym wyrażeniem "zanim", a zatem konieczny jest przecinek – http://sjp.pwn.pl/zasady/363-Wyrazy-wpro...29774.html
(Chyba prościej i krócej nie jestem w stanie tego wyjaśnić)

Dwunasta: wystarczy zwizualizować sobie sytuację i popatrzeć na scenę oczami Sławasa.
Sławas nie jest narratorem tekstu, więc nie interesuje mnie jego punkt widzenia. To Twoja rola polega na tym, aby tekst był zrozumiały i czytelny. A ja mam otrzymać konkretne informacje, a nie sprzeczne. Poza tym, jak mam sobie zwizualizować sytuację, która jest źle opisana?

Trzynasta: "Cha, cha"? Według jakiej zasady? Według tej, którą znam, to obie wersje są poprawne.
Owszem, wiele współczesnych słowników podaje obie formy zapisu jako poprawne, ale żaden słownik nie popiera zapisu z myślnikami "ha-ha-ha".

13A: nic podobnego. Nie ma potrzeby oddzielać czasownika od imiesłowu przecinkiem.
Naprawdę? A to co? http://sjp.pwn.pl/zasady/;629779

13B: być może wystarczy (nie znam zasady), ale ciąg wyrazów traci sens, bo nagle pojawia się "i prawie zataczając ze śmiechu", a można jedynie zataczać SIĘ.
Nie jest to jakimś ogromnym błędem, a raczej wskazówką techniczną poprawiającą czytelność tekstu. Chodzi tu o to, że gdy mówimy o dwóch czynnościach z zaimkiem zwrotnym 'się', to nie ma potrzeby go powtarzać, np.:
Karol umył się i uczesał.
Marek umył się i wytarł ręcznikiem.
Jeśli bowiem nie wskazujemy innej osoby lub rzeczy, na której dokonywana jest czynność, to 'się' jest automatycznie domyślne. Dla porównania inne przykłady:
Karol umył ręce i się uczesał.
Marek umył się i wytarł ręcznikiem lustro.

Czternasta: czy aby na pewno? Jedyny raz, gdy badałem tę kwestię, kolejność znaków była (w tej sytuacji) dowolna.
Na pewno, bo albo się dziwisz, że zadajesz pytanie, albo pytanie jest wykrzyczane – jest różnica? Jest!
Zatem jeśli pytanie jest wykrzyczane, to najpierw stawiamy pytajnik, a za nim wykrzyknik. (http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Co-pier...13870.html)

Piętnasta: masz rację (choć jeśli się uprę, że to wtrącenie, to da się obronić).
Jeśli uda ci się udowodnić, że omawiana wypowiedź nie jest porównaniem paralelnym, to możesz postawić przecinek :) Konstrukcja "taki ... jak" wskazuje jednoznacznie na to, że jest to porównanie paralelne.

17A: niestety nie masz racji. To nie jest po prostu oddzielenie przymiotnika od przymiotnika, tylko jest tam mowa o "ludzkim śmieciu", który był niski. W tej sytuacji nie stawia się przecinka (choć niełatwo przyswoić tę zasadę).
Owszem, zgadza się. Nie rozumiem wobec tego, po co występuje tu owo 'ludzki'. Czy tam może występować jakiś inny śmiech? Np. szczurzy? albo ptasi?
Tak dla wyjaśnienia innym (gdyby kogoś z czytelników zainteresował ten temat). Chodzi tu o to, że słowo 'ludzki' nie jest odpowiedzią na pytanie 'jaki?', lecz 'czyj?'. Mamy więc do czynienia z różnymi typami przymiotników: pierwszy odpowiada na pytanie 'jaki?', a drugi na pytanie 'czyj?'. W takim przypadku nie ma potrzeby rozdzielać ich przecinkiem. Co ciekawe, przymiotniki możemy stopniować (niski, niższy, najniższy), ale jak tu stopniować określenie 'ludzki'? Czy coś może być bardziej czyjeś? Czy np. światło może być bardziej słoneczne?

Osiemnasta: ponownie kontrowersyjna dla mnie kwestia przecinka przed "zanim".
Pozostaje mi powtórzyć: http://sjp.pwn.pl/zasady/363-Wyrazy-wpro...29774.html



Cieszę się, że mogliśmy trochę popolemizować :)
Zapomniałem wcześniej zwrócić uwagę na pewną sprawę techniczną – wcięcia akapitów na naszym forum robimy tagiem [p], który umieszczamy na początku akapitu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Romans Nigdy 1/6 rurencja93 4 2,200 06-05-2013, 17:22
Ostatni post: Mezaara

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości