Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Fantasy: ,,W ciemności – krok w przepaść"
#1

 Na dachu Administracji Techtown stał mały oddział policji z Starszą Oficer Kate oraz jej zastępcą Viktorią.
 – Myślisz że to wystarczy? – zapytała Victoria swoją partnerkę. 
 – A jak znów ucieknie?
Kate spojrzała na Viktorię. Były wyczerpane. Kilkanaście nieprzespanych nocy w pogoni za najbardziej nieuchwytną i niebezpieczną terrorystką dało się we znaki stróżom prawa. 
 – To nie może się nie udać. – Kate starała się być jak najbardziej przekonująca w swojej wypowiedzi:
-Przestudiowałam każdy jej ruch, dzisiaj to ja ją zaskoczyłam. 
 -MY ją zaskoczyłyśmy i nie zapominaj, że to dzięki mnie, zobaczyłam, jak wyskakuje z okna i że kieruje się tutaj. 
Kate wyglądała okropnie. Sine worki pod zielonymi oczami, tępy wzrok, długie kasztanowe włosy niedawno jeszcze tak pięknie same się kręciły, a teraz tworzyły nienaturalną poplątaną mieszaninę kłaków, potu i kurzu. A słabnąca z każdą chwilą koncentracja mogła być przyczyną porażki. Viktoria spojrzała się po reszcie grupy, prawie każdy z wyznaczonych krawężników już zasypiał. 
 – Kate, coś jest nie tak. Też chcę dorwać Pyper i to bardziej, niż sobie możesz wyobrazić. Ale te jej akcje wysysają z nas energię.-próbowała przekonać swoją partnerkę.
– Kate, nie możemy...
Przerażający huk rozszedł się po ulicach, a siła eksplozji zatrzęsła budynkiem. Ze ściany oderwały się cegły spadajac z ogromną prędkością, kreśląc za sobą piuropusze dymu. Olbrzymia kula ognia wyłoniła się z zakładów kowalskich w Techtown. Dach zadygotał pod wpływem fali uderzeniowej. W dole było słychać krzyki przerażonych ludzi. Victoria oglądała, jak wybuchowy koszmar przerodził się w panikę na ulicach. Z budynku dymiące szczątki powoli opadły na ziemię, a w środku zionęła czarna płonąca otchłań. 
 – Uwielbiam na to patrzeć bez końca! – powiedział znany piskliwy głos z przeciwnego budynku. 
Viktoria przeniosła wzrok na przeciwną ścianę budynku. Na sąsiednim dachu siedziała na gzymsie uśmiechnięta dziewczyna z burzą zielonych dredów zapiętych w wysoki koński ogon. Jej fiołkowe oczy odbijały blask płomieni, a na ustach pojawił się szczery, psychopatyczny uśmiech. Miała na sobie obdarte szare szorty i pokrytą plamami w różnych odcieniach czerwieni katanę bez pleców. Kryminalistka powoli i metodycznie, z lubieżnym uśmiechem, pochłaniała wzrokiem wywołane inferno. Spojrzała na dach przeciwnego budynku, wpatrując się prosto w oczy Viktorii. 
 – Hej, szeryfie, co mi zrobisz jak, mnie złapiesz? – z uśmiechem, wyciągnęła zza pleców ręczną wyrzutnie rakiet i wycelowała w Kate.
 -Złap to! – krzyknęła zanim pocisk wystrzelił, świszcząc jak efektowny fajerwerk. Viktoria szybkim ruchem doskoczyła do Kate, chwyciła pocisk w jedną z swoich hextechowych rękawic i wykonując półobrót, posłała go w stronę cały czas uśmiechniętej przestępczyni. Pyper odrzuciła granatnik i zdejmując z paska lekki karabin maszynowy typu gantling, skoczyła w stronę rakiety i odbijając się od niej, wylądowała na przeciwnej skarpie. Część ściany z przeciwnego budynku legła w gruzach, jeszcze bardziej potęgując zamieszanie w dole. 
 Kate obrała Pyper na celownik swojej strzelby. Pudło. Wykonując szybki skok na komin wentylacyjny, przestępczyni trzymając w rękach swoje trzylufowe działko, wystrzeliła szeroką serię. Kilku oficerów padło na podłodze, reszta cudem schowała się za jakąkolwiek osłoną. Bandytka skoczyła ponownie, zaskakując jednego kulącego się za kominem policjanta, wykonując chwyt na jego szyi, szepnęła mu do ucha:
 – Przytrzymasz? – Po tych słowach odczepiła od jego munduru kilka zawleczek od granatów. Silnym pchnięciem odrzuciła go w stronę jego towarzyszy. Krzyki przerażonych przerwał huk, gdy granaty wybuchły, rozdzierając powietrze i wypełniając je śmiercionośnym gradem odłamków. Kate oberwała w głowę ciężkim butem wraz z kikutem nogi jej rozerwanego na strzępy kolegi z zespołu, tracąc przytomność. Z rany na czole powoli zaczęła płynąć stróżka krwi. Eksplozja rozerwała także dosyć spory kawał kamiennego gargulca, który opadając z hukiem, przygniótł Viktorię swoim ciężarem. Po dłuższej chwili Viktoria powoli otworzyła oczy. Leżała na ziemi, przygnieciona kamiennym gargulcem. 
 "Gdzie jest Kate? " przebiegło jej przez myśl: "Gdzie są wszyscy?" 
 Rozejrzała się po dachu na ile pozwalała jej ciężka jak głaz głowa. Pisk w uszach potęgował okropny ból głowy. Została sama. Na dachu nie było nikogo oprócz wielkiej wyrwy w podłodze i wielu strzępów z mundurów, pozostałości po eksplozji granatu. Niedaleko od niej leżał zakrwawiony palec, a dwa metry dalej pozostałość tego, co niedawno było całym ramieniem. Po chwili usłyszała tylko złowieszczy szept. 
 -Viki, Viki, mała Viki. Co zrobisz, by ratować życie swojej przyjaciółki? – powiedziała do niej Pyper uśmiechając się szyderczo. Viktoria ledwo ją zobaczyła, wychodzącą z cienia, zza przygniatającego jej ciało, posągu. Jednak gdy tylko się zbliżyła, jej uśmiech znikł, a na twarzy pojawił się groźny grymas. Serce Victorii zaczęło walić jak dzwonem, roznosząc się bolesnym pulsowaniem w głowie. Psychopatka przyklękła przy niej, szepcząc:
– Masz trzy dni by znaleźć swoją drogą panią szeryf. – wstała i odeszła. Po kilku krokach odwróciła się w stronę uwięzionej Viktorii, mówiąc: 
– Inaczej jej zwłoki będą główną atrakcją na ścianach jej kochanego posterunku. Paa! 
Gdy tylko to powiedziała, rzuciła w stronę uwięzionej odbezpieczony granat. I skoczyła w przepaść, śmiejąc się histerycznie. Victoria przygnieciona ciężarem, ze strachem i desperacją zaczęła walić ciężką rekawicą w miarę wolnej ręki w dach. Złowieszczy syk zapalnika granatu dawał o sobie znać, czasu było coraz mniej. Posadzka zaczynała pękać. 
 "Jeszcze chwila!" krzyczała w myślach. Jeszcze jedno mocne uderzenie w dach i będzie bezpieczna.
 Sufit pękł i Viktoria poczuła, jak jej plecy tracą oparcie i wpada do pomieszczenia, gdy w tej samej chwili granat wybuchł, uwalniając swą destrukcyjną furię. Dziewczyna opadła z całym ciężarem na stojące niżej biurko, które natychmiast się złamało. Przetoczyła się w bok, zanim zaraz za nią wpadły do pomieszczenia resztki kamiennego gargulca. Oddychała ciężko. Była ranna, cała poobijana i wyczerpana. Jej prawa rękawica była kompletnie zniszczona, z lewej strony sprawy też nie wyglądały za dobrze. Viktoria zrzuciła z siebie resztę z rozerwanego skrzydła pomnika i spróbowała wstać. Gdy się podniosła, przed oczami jej pociemniało, a ciało niczym kłoda padło bez przytomności na podłogę. 

 Miała koszmary. Stała przed Komendą Główną Policji w Techtown, a raczej tego, co kiedyś nią było. Wszędzie unosiła się dziwna smołowata mgła która przy promieniach próbującego się przebić słońca tworzyła kontury ludzkich cieni. Dziewczyna rozejrzała się dookoła, była sama. Ani żywego ducha. Nawet bez jakiegokolwiek dźwięku. Tylko ta mgła i wszechobecna Cisza. Próbowała coś wykrzyknąć, lecz żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust. Nagle mgła zaczęła gęstnieć przed dziewczyną. Wirowała, kurczyła się i rozszerzała, z czarnej mgły zaczęły się pojawiać światełka, a kontury stawały się coraz wyraźniejsze. Nieznana, ogromna postać w czarnej zbroi stanęła przed Viktorią. Była o połowę wyższa od niej, prawdę mówiąc, wyglądała jak trup. Wielki czarny szkielet z przytwierdzoną do kości zbroją. Victoria zobaczyła twarz. Przypominała ludzką czaszkę o wydłużonej szczęce. W oczach zaświeciły się zielone światełka, patrząc gdzieś nad głową dziewczyny. Viktoria, przyzwyczajona do życia na ulicach Techtown, postawiła gardę i ze zdziwieniem zauważyła, że jej rękawice zniknęły. W tym czasie ogromna postać gdy wyczuła ruch, skierowała swe puste oczy na dziewczynę. Patrząc tak na olbrzyma, Victoria usłyszała cichy śmiech, który skądś już znała. Olbrzym szybkim ruchem chwycił dziewczynę w pasie i w żelaznym uścisku, powoli zbliżył jej przerażone oblicze do swojej twarzy. Victoria patrzyła teraz prosto na dwie czarne otchłanie, w których iskrzyły się...
 "Wszelka Hextech niech ma nas w opiece!" wykrzyczała w myślach, gdy zauważyła, że ogniki w oczach tego potwora to ludzkie kształty miotające się w agonii.
Nagle wielka paszcza otworzyła się szeroko, ukazując przerażające wnętrze...


Załączone pliki Miniatury
   
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
 Krzyk wyrwał się Viktorii z gardła. Usiadła cała spocona i rozdygotana na... drewnianym łóżku? Obok na małym taborecie stała szklanka z wodą. Viktoria złapała ją chciwie i duszkiem wypiła całą wodę. Językiem oblizała suche i popękane wargi. Rozejrzała się po nowym miejscu. 
Była to mała izba dosyć prosto zbudowana i oświetlona tylko kilkoma wiszącymi na ścianie świetlówkami. Drewniane łóżko, kilkakrotnie złamane w nogach, stało w rogu przy zasłoniętym szarą zasłoną oknie. Poobijany i poplamiony stół, znajdował się naprzeciwko łóżka. Przy nim stało wygięte rdzawe krzesło. Na blacie znajdowały się narzędzia, smary, czujniki, procesory i...
– Moje rękawice – ze zdziwieniem powiedziała Viktoria.
Wstała z łóżka i pokonując zawroty głowy, podeszła do stołu.
– Ale kto? – zapytała, gdy zobaczyła, że jej rękawice są naprawione i wyczyszczone. 
Rozejrzała się jeszcze raz po pokoju. Była w różnych sytuacjach i u różnych ludzi w ich "mieszkaniach". Podeszła do okna a gdy je odsłoniła, zobaczyła tylko pustą, zabitą dechami ramę. Wróciła więc do stołu po swoje rękawice. Nad nim wisiało pęknięte lustro, gdy się w nim ujrzała zaparło jej wdech.
Jej piwne oczy zaszły lekką mgłą. Lewe oko było podpuchnięte, a siniak widocznie zmieniał kolor z zielonego na śliwkowy. Lewy policzek wydawał się tylko lekko podrapany. Zobaczyła, że trzeci guzik od dołu jej ozdobnego gorsetu był niedopięty. Już miała go zapiąć, ale zamiast tego rozchyliła lekko zapięcie i zobaczyła że jej brzuch został opatrzony bandażem. 
– Jeśli ten ktoś – warknęła, zapinając guzik. – wsadził rękę tam, gdzie nie trzeba, to skręcę komuś kark.
Za drzwiami rozległo się głuche uderzenie. Viktoria obejrzała się i nasłuchując, szybko założyła swoje rękawice. Usztywniła paski przy nadgarstkach i trzy razy zacisnęła dłonie w pięści. Gdy trzeci raz rozprostowała palce, z rękawic wydobył się cichy dźwięk buczenia transformatora, a diody zaczęły świecić. Zdziwiło Viktorię to, że gdy uruchomiła źródło zasilania, rękawice nagle straciły na wadze, jakby w ogóle ich nie miała. 
Cicho podeszła do drzwi i przystawiając ucho do futryny, nasłuchiwała. Gdzieś na zewnątrz rozległ się kolejny stukot, a zaraz po nim ciche szybkie kroki, który zagłuszył trzask zamykanych drzwi. Victoria ostrożnie uchyliła szparę, wyglądając na zewnątrz. Nie zauważyła niczego podejrzanego, więc weszła do długiego i niskiego korytarza. Po prawej stronie znajdował się szereg wejść, prawdopodobnie do pokoi, a po lewej kręte schody prowadzące w dół. Kolejny stukot rozległ się za drzwiami z samego końca korytarza.
– Lukas zostaw go! – powiedział cichy głos.
– Za zdradę swego ludu, skazuje ciebie na śmierć! – zaraz odrzekł mu drugi.
Viktoria słysząc te słowa, z rozbiegu wyważyła drzwi. Jej oczom ukazały się przerażone dzieci, które zaczęły uciekać z krzykiem. Dziewczyna stała jak wryta w ziemię starając się zrozumieć, jak tu się znalazła.
– Edward! – krzyczały dzieci zbiegając na dół. – Edward! Pomocy!
Od strony schodów wyraźnie było słychać szybko wchodzącego na górę mężczyznę. Victoria postawiła gardę, przygotowując się do walki. W korytarzu stanął młody chłopak. Był ubrany w szarą bluzę z kapturem, na rękach miał czarne rękawice ochronne. W jednej dłoni trzymał świetlówkę. Młodzieniec spojrzał na Viktorię za gogli ochronnych.
– Obudziłaś się! – powiedział, uśmiechając się do niej. – Mam nadzieję, że już lepiej się czujesz.
Odłożył świetlówkę, stawiając ją przy ścianie. Później ściągną z głowy kaptur i gogle. Miał srebrne oczy, lekko zadarty nos i wąskie usta. Jego długie włosy zasłaniały lewe oko. Chłopak miał także worki pod oczami, co świadczyło o nieprzespanych nocach.
– Jesteś Viktoria, tak? – zapytał. 
Skinęła mu głową. 
– Kim jesteś? I gdzie ja jestem? – zapytała go, chrząkając uprzednio. 
Młodzieniec ukłonił się przed dziewczyną.
– Nazywam się Edward – odpowiedział prostując się. – Witaj w domu dziecka "Gniazdko". 
Viktoria, trochę onieśmielona szczerym przywitaniem, szybko sobie przypomniała, że nie mogła tracić czasu na wyjaśnienia. Kate była cały czas na łasce Pyper. Ile czasu była nieprzytomna, nie wiedziała.
– Chodź. Zjedz z nami kolację, będzie nam miło – powiedział do niej Edward, przesuwając się, by zrobić jej miejsce. 
Viktoria popatrzyła na niego, próbując wyczuć podstęp. Edward wyglądał na kogoś, komu można zaufać. Zza uchylonych drzwi spoglądały na nią oczka przestraszonych dzieci. Zeszła po schodach do dużej jadalni. 
– A dlaczego nie wyrzucisz tej pani? – zapytała chłopaka, na piętrze jakaś dziewczynka.
– Bo ta pani jest moim gościem – powiedział do niej.
– Edwardzie, a naprawisz naszą sypialnię? – zapytał go mały chłopiec. 
Edward przyklęknął przy nim i powiedział:
– Tak, ale dopóki się tym nie zajmę, ty i Lukas będziecie musieli spać z Michaelem i Gordonem. Dlatego zaraz po kolacji przeniesiemy wasze łóżka do ich pokoju.
Kiedy zeszli na dół, dzieci pobiegły do starej drewnianej szafy, wyciągając talerze i zaczęły przykrywać stół. Edward zaś skierował swoje kroki do kuchni, jeśli można by było ją tak nazwać. Kuchnia znajdowała się w tym samym pokoju co jadalnia. A była to tylko podniszczona komoda przerobiona na stół do przygotowania posiłków oraz stary kamienny piec. Na ruszcie, nad płonącym ogniem był zawieszony duży kociołek, w nim gotowała się jakaś zupa.
– Zjesz trochę? – zapytał Viktorię Edward, wskazując na kociołek. 
– Słuchaj, chciałbym ci podziękować za...
– Możemy pogadać po kolacji? Wiem, że pewnie masz sporo do zrobienia, ale głodna nigdzie nie pójdziesz – powiedział, wchodząc jej w słowo i chwyciwszy ciężki kocioł, zaniósł go na stół. 
– Nie rozumiesz – ciągnęła dalej, idąc za nim. – Ja naprawdę nie mam czasu. Moja przyjaciółka jest w niebezpieczeństwie. Została uprowhmmhm?!
Edward błyskawicznie przytknął dłoń do jej ust. Zaskoczona Viktoria zamachnęła się na niego, ale on podniósł tylko palec i zbliżył go do warg. 
– Wiem co się stało – szepnął.
Viktoria uniosła brwi w niemym zdziwieniu. 
– Tak, widziałem, jak o mały włos nie zginęłaś – kontynuował Edward. – Wyciągnąłem cię z tego, co zostało z administracji i przeprowadziłem tutaj. Zjedz z nami kolację i wtedy mi wszystko opowiesz, ok?
Viktoria pokiwała głową, a chłopak zdjął dłoń z jej ust. 
Kolacja, mimo wesołej atmosfery, była dla Viktorii bardzo stresująca. Dzieciaki jadły z apetytem zupę, która okazała się być bardzo dobrą jarzynową, co chwila przyglądając się nietypowemu gościowi. Przez cały posiłek Edward nie zamienił z nią ani słowa. Pilnował, aby wszyscy zjedli swój posiłek do końca. 
Po kolacji Edward pomógł dzieciakom posprzątać i przygotować się do spania. Victoria czekała w jadalni, wciąż przytłoczona wydarzeniami które miały miejsce na dachu, dziwnym koszmarem oraz jej pojawieniem się w tym domu.
Dziewczyna piła herbatę, oglądając dokładnie pomieszczenie. Zaciekawił ją obraz, wiszący w cieniu pod schodami. Przedstawiał on jakąś bitwę. Tutaj malarz skupił się głównie na siedmiu postaciach, stojących w kręgu i otoczonych runami. Wokół nich białe chmury mieszały się z czarnymi. W paru miejscach dojrzała błyski światła. 
Wstała z krzesła i zbliżyła się do obrazu. Gdy przyjrzała się dokładniej, w ciemnych chmurach dostrzegła zielone kropki. Wyobraźnia pozwoliła jej dostrzec niewidoczne kontury. Wysokie, chude postacie z ogromnymi szponami, nacierały na tych stojących w kręgu. 
– Kółko – usłyszała za sobą cieniutki głosik.
Gdy się odwróciła, zobaczyła, małą dziewczynkę wskazującą, na jej tatuaż na policzku w kształcie kół zębatych. Viktoria stała spokojnie, patrząc na dziewczynkę.
– Viktorio. Chwyć mnie za dłoń – usłyszała w głowie dorosły głos. 
Viktoria poczuła przymus, powoli podniosła prawą rękę i złapała dziewczynkę za delikatnie drżącą dłoń. 
Zobaczyła Pyper. Viktoria siedziała naprzeciwko niej. Była związana łańcuchem. Nie mogła się ruszyć.
– Czas goni nas, czas goni nas -powiedziała Pyper w swoim uśmieszku, bujając się w przód i tył, na dużym wahadle. Znajdowały się, najprawdopodobniej w mechanizmie dużego zegara. Na górze roiło się od różnej wielkości przekładni i kół zębatych, powoli poruszających się między sobą. Pyper straciła swój uśmiech. Zeskoczyła na ziemię i zbliżyła się, do dużego witraża w tarczy zegara.
– Nadchodzą – szeptała, patrząc otępiałym wzrokiem w kolorowe szkło. – W Wyjącej Otchłani otworzy się przejście. A światem będzie rządzić cień. Strażnik rozpali światło, a wrogowie złączą się w jedno. Cienia już nie zapomni nikt – Gdy skończyła mówić, spojrzała na Viktorię. 
Jej twarz się zmieniła, zniknęła histeryczna mina, a na jej miejsce zawitał strach. Przerażający strach.
– I wszyscy spłoniemy w mroku! – wykrzyknęła aż echo rozniosło się po korytarzach. 
Victoria patrzyła na małą dziewczynkę, która odsunęła się od niej aż pod ścianę. Ze schodów zszedł Edward, widząc zaistniałą sytuację, spojrzał na dziewczynkę i Viktorie. 
– Co jej pokazałaś!? – zapytał dziewczynkę.– Nicole!?
Nicole upadła na ziemię, chwile potem dostała drgawek. Edward szybko podbiegł do dziewczynki, odwrócił ją twarzą do siebie.
– Nicole! Słyszysz mnie!? – próbował jakoś ją wybudzić. Na próżno, dziewczynce zaczęły płynąć krwawe łzy, a z ust toczyła pianę. 
– Co mogę zrobić? – zapytała go Victoria, przerażona sytuacją. – Edward! Co mam robić?
Nie odpowiedział. Sytuacja stawała się coraz gorsza, Nicole krztusiła się.
– Odsuń się! – powiedział do niej Edward. Dziewczyna, słysząc ton jego głosu, odsunęła się za stół czuwając do szybkiej reakcji.
– Przepraszam, ale to dla twojego dobra – powiedział do dziewczynki i ściągnął z lewej ręki jedną z rękawic. Viktoria patrzyła teraz szeroko otwartymi oczyma na mechaniczną protezę zamiast ludzkiej dłoni, która pobłyskiwała na złoto pod pancerzem.
Edward położył na twarzy dziewczynki żelazną dłoń. Świetlówki zamrugały nierówno i po chwili przygasły, spowijając pokój w półmroku. Ze szpary między dłonią Edwarda, a twarzą małej pojawił się złoty rozbłysk. Poświata zajaśniała na kilka sekund po czym zgasła. Musiało poskutkować, Nicole przestała się trząść i toczyć pianę. Viktoria popatrzyła na Edwarda ze zdziwieniem i lekkim strachem. 
– Viktorio zanieś ją proszę do jej pokoju. Tam – powiedział Edward, wskazując na drzwi po przeciwnej stronie stołu. 
Zaczął kaszleć i chwilę później padł na ziemię bez przytomności. W pomieszczeniu znów zrobiło się jasno. Viktoria trochę się zawahała, musiała coś zrobić. Podeszła do dziewczynki, delikatnie biorąc ją na ręce. Zaniosła ją do miejsca, które wskazał jej Edward. Z ostrożnością, jakby trzymała bardzo nikły płomień świecy, położyła Nicole, na łóżku następnie wróciła do młodzieńca. 
Kilka minut później, Edward odzyskał przytomność. 
– Wszystko w porządku? – spytała podchodząc do niego. 
– Taa, jest w porządku. Co ona ci pokazała?– zapytał Viktorię próbując wstać.
Dziewczyna pomogła mu się podnieść i usiąść na krześle. Podała mu swój kubek z herbatą i zajęła miejsce naprzeciwko niego. Edward nawet nie tknął napoju. Wpatrywał się w oczy dziewczyny. Viktoria starała się wytrzymać jego spojrzenie. Patrzyli tak na siebie przez dłuższą chwilę. Viktoria mrugnęła, a jej wzrok, mimowolnie przesunął się, na obraz. 
– Więc? – ponaglał ją. 
Viktoria spojrzała ponownie na mężczyznę. Jego oczy zionęły chłodem. Przechylił głowę w prawo. Po chwili niepewności, powiedziała mu swoją historię, oraz co widziała i słyszała. Gdy skończyła mówić, Edward rozmyślał usłyszaną opowieść, spoglądając w okno i gładząc się po brodzie.
– Edwardzie? – Chłopak skierował na nią swój wzrok. Poczuła dreszcz, jakby te srebrne oczy zaglądały w głąb jej duszy. – Ile czasu byłam nieprzytomna? 
– Dwa dni – odpowiedział, nie spuszczając wzroku. 
Viktoria zamilkła. 
„Dwa dni?” – pomyślała, chwytając się za głowę.
Nie wiedziała czy ma też opowiedzieć mu o swoim śnie. Nie chciała marnować czasu i zawracać mu głowę błahostkami. Poza tym to był tylko sen, nie rzeczywistość.
– Chcesz ją ratować? – zapytał się jej Edward, przerywając zbyt długą ciszę. 
Viktoria wzdrygnęła się, wracając do teraźniejszości.
– Bezzwłocznie – przyznała się po chwili.
– Ruszamy więc – zadeklarował i wstał z krzesła, opierając dłonie na blacie. – Opisz mi to miejsce.
– To wieża ratusza, mechanizm zegarowy. Znajduje się w Techtown, niedaleko głównego placu. – odpowiedziała bez tchu.
Edward od razu pobiegł na górę. Minutę później był z powrotem na dole. Zabrał ze sobą stary plecak i dwie świetlówki przypięte na skos na jego plecach.
– Chodź – powiedział do niej, podchodząc do drzwi wyjściowych. Otworzył je szeroko i stanął obok, zapraszając, by wyszła jako pierwsza. Viktoria wstała i przechodząc obok Edwarda, wyszła z domu.
Dopiero teraz dziewczyna zorientowała się że znajdują się na granicy ze Zrester. Dom Edwarda znajdował się na wzgórzu, przy skraju lasu. Dalej na północ widać było światła w Techtown. Na południu rozciągało się miasto Zrester z gęstym zielonym smogiem. Edward wyszedł z domu i spojrzał w niebo. Gwiazdy były dobrze widoczne. Lekki południowy wiatr niósł zapach siarki i czegoś kwaśnego. Viktoria zrobiła grymas, gdy w nozdrza uderzył ją znany i tak znienawidzony zapach z ulic Zrester. 
– Zawsze mi się zdawało, że ludzie są jak gwiazdy na niebie – powiedział cicho Edward. – Na pierwszy rzut oka wydają się ciekawe, takie czyste, bez skazy. Ale jak się tak dłużej im przyjrzeć, każda jest inna i tak jak ludzie często popełniają błędy, mogą zgasnąć na moment lub na wieki. 
Victoria popatrzyła na odległe światła Techtown, zasłuchana w jego słowach. Gdzieś tam była jej przyjaciółka na łasce chorej Pyper. 
– Złap mnie za rękę – powiedział do Viktorii, podając jej dłoń. 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Co?
– Złap mnie za rękę – powtórzył. 
Viktoria przymrużyła oczy, zastanawiając się, czy Edward, nie wykorzystuje za bardzo sytuacji. 
– Spokojnie, nie gryzę – uspokoił ją, uśmiechając się lekko. 
Niepewnie podała mu dłoń, a on chwycił ją delikatnie. 
Viktoria poczuła jakby coś rozrywało ją od środka, a stopy straciły oparcie. To uczucie trwało kilka sekund. Po chwili oderwali się od ziemi. Najpierw ogarnęła ją ciemność, później światło i kolory zaczęły wracać. Już nie byli przy domu dziecka. Edward jakimś cudem przeniósł ich na dach ratusza.
– Spokojnie, sensacje zaraz powinny ustać – powiedział, rozglądając się za wyjściem na dach. 
– Jakie sensacje? – zapytała się Viktoria, zaraz jednak chwyciła się za brzuch i zwymiotowała zawartość żołądka za krawędź dachu. 
– Nie wiem, jak to zrobiłeś – powiedziała, wycierając rękawem usta.– Ale powinieneś zmienić środek transportu. 
Edward uśmiechnął się łobuzersko, otwierając skrzypiący właz. 
– Panie przodem. 
Zeszli schodami w  dół do mechanizmu zegara. Była to wysoka sala, pełna dźwigni, kół zębatych, przekładni i odważników. Labirynt rusztowań i kładek tworzyły sieć trapów dla techników i konserwatorów. Na wprost znajdowała się ogromna tarcza zegara z kolorowymi witrażami. Na dole było widać Pyper bujającą się na głównym wahadle.
Viktoria szukała wzrokiem Kate. Tam jest, nieprzytomna, związana łańcuchem po drugiej stronie wahadła. Na jego podstawie u góry były założone ładunki wybuchowe. Viktoria już ładowała moc do swoich rękawic, chcąc się przebić do przyjaciółki. Jednak Edward zdążył ją zatrzymać. Dziewczyna popatrzyła na niego z wyrzutem, on zaś położył palec na ustach i pokazał coś w górze.
– Zaminowane – powiedział Edward, pokazując na inne części pomieszczenia i mechanizmu.
– Trzeba będzie je rozbroić, znasz się na tym? – powiedziała do niego, trochę hamując swoje emocje. Edward niepewnie kiwnął głową. 
– To co zamierzasz?– zapytała go po cichu.
– Ja je rozbroję, a ty ratuj swoją przyjaciółkę, tylko zrób to po cichu, ok? Bez rozwalania połowy zegara.
Spiorunowała go spojrzeniem, ale lekko pokiwała głową.
Edward ruszył w stronę drabiny prowadzącej na wyższe rusztowania, a Victoria próbowała się przedostać do Kate. Wbiegła na stalową platformę w stronę drabiny. Starała się być jak najciszej, jednak każdy jej krok powodował suchy, metaliczny brzęk. 
– Ale gówno, ale totalne gówno – Nienawidziła podchodów, wolała rozwalić rękawicami każdą przeszkodę  która stanęłaby między nią a jej przyjaciółką.
– Dlaczego się tak skradasz? – Na dźwięk tego głosu Viktorii stanęło serce.
 Odwróciła się od drabinki. Naprzeciwko niej, trzymając się stalowej linki, na poręczy stała Pyper. Jej chory uśmiech był teraz jeszcze bardziej zuchwały, a w ręce trzymała mały paralizator. Błysnęło światło i porażona paralizatorem Viktoria, spadła, uderzając o posadzkę. Kość przedramienia chrupnęła głucho. Pyper zeskoczyła z trapu i skakała wokół swej przeciwniczki jak uradowane dziecko.
– Pomyliłam się co do ciebie – powiedziała do niej Pyper, starając się powstrzymać nerwowy chichot. – Myślałam, że już się nie zjawisz. Ale i tak najbardziej podoba mi się, jak tak leżysz. Tylko że ty i ona żyjecie! – te ostatnie słowa wykrzyknęła, lodowatym głosem. Na twarzy pojawiła się nienawiść i wrogość. Pyper, sięgając za siebie, wyciągnęła swój karabin. Od niechcenia skierowała celownik na Viktorię. 
– Niiieeeee, to zbyt banalne – powiedziała, odrzucając gantlinga od siebie. Pobiegła szybko do wahadła, oczywiście depcząc najpierw złamaną rękę Viktorii. 
– Pani szeryf będzie pierwsza! – wykrzyknęła aż echo rozniosło się do góry. 
Wyjęła zza paska granat i powoli wyciągnęła zawleczkę. 
– Pa, pa, pani szeryf!– krzyknęła i rzuciła granat w stronę Kate. 
Nagle z góry spadł Edward. W powietrzu odbił świetlówką granat w stronę zdziwionej właścicielki. Pyper cudem nie oberwała w głowę. Sekundę później doszło do eksplozji. Odłamki zabębniły w wahadło, żaden nie zrobił terrorystce krzywdy. Edward wylądował, robiąc przewrót, gdy tylko dotknął ziemi. Pyper spojrzała na nowego przeciwnika, biorąc z powrotem w ręce swojego gantlinga. 
– Puk, puk. Kto tam? Twoja zguba! – krzyknęła do niego i zaczęła strzelać ze swojego działka, śmiejąc się jak opętana.
Edward przeturlał się po podłodze, chowając się za dużą kolumną nośną budynku. Pociski odbijały się od ściany, zostawiając w niej sporo dziur, a dźwięk upadających łusek odbijał się echem od ścian. Na chwilę ogień ustał. Chłopak wychylił głowę i zerknął za kolumnę. Wariatka gdzieś zniknęła. 
– Hej, szukasz mnie? – usłyszał nad sobą jej głos. Powoli uniósł głowę i zamarł. 
Na najniższym trapie stała Pyper trzymającą na muszce sparaliżowaną Viktorię, jakby tego było mało w drugiej ręce trzymała detonator. 
– Rzuć to! – krzyknęła do niego, potrząsając bronią. Edward odrzucił świetlówkę za siebie. Jej wzrok miotał błyskawice, a spojrzenie mroziło krew w żyłach. Była pewna tego, co chce zrobić. A bardzo chciała pozbyć się dwójki policjantów, która jak para ogarów, tropiła ją krok w krok od czterech lat. Nieważne, jak Edward by się zachował, w każdej chwili ta wariatka mogła zabić ich wszystkich jednym ruchem palca. Patrzył to na Viktorię, to na Pyper. W pewnej chwili, gdy Pyper przypatrzyła się dłużej swojemu przeciwnikowi, przestała się uśmiechać, a z jej oczu zaczęły płynąć łzy.
– Ty! – wskazała na niego drżącą antenką detonatora. – Ty! Powinieneś nie żyć! 
– Nie rób nic głupiego! – próbował jakoś ją uspokoić, zyskać na czasie. Byle tylko ta wariatka przestała interesować się Viktorią. Plan poskutkował. Pyper nagle zostawiła Viktorię, a zaczęła strzelać szeroką, długą serią w Edwarda. Gdy znów zniknął za kolumną, rzuciła w jego stronę granat.
– Powinieneś zginąć! Powinieneś był zginąć jak ta suka Lily. Ty i ta twoja mała diablica! – krzyczała, zanim nastąpiła eksplozja.
Pyper, zeskoczyła z trapu i szybko podbiegła do kolumny. Gdy wyszła za nią, młodzieniec zniknął. Rozejrzała się dookoła, ale po Edwardzie nie było śladu.
– Gdzie jesteś!? – krzyczała i zaczęła strzelać dokoła na oślep.
Kule rykoszetowały, odbijając się od betonowej konstrukcji, tworząc kłęby pyłu. Przestała strzelać, z luf dymiło, po posadzce walały się dymiące łuski.
– GDZIE SIĘ KURWA SCHOWAŁEŚ!!!? – Teraz to już nie był krzyk, ale ryk wściekłości. Pyper powoli spojrzała w górę. W tej samej chwili w jej stronę poleciał snop żółtego światła. Pyper odskoczyła w ostatniej chwili, promień uderzył w podłogę, krusząc posadzkę. Zadźwięczały puste łuski. 
Pyper upuściła detonator, uderzając plecami o kamienną kolumnę. Wariatka podniosła szybko broń i zaczęła strzelać do napastnika w górnych partiach rusztowania. Edward przeskoczył na następny trap. Kule przeszyły metalowy podest jak sito. W locie wyciągnął z za pleców drugą świetlówkę, która zaczęła się świecić. Zeskoczył z trapu, do wciąż strzelającej Pyper. W powietrzu z jego prawej dłoni wyleciała kolejna błyskawica. Zanim dotarła do Pyper, eksplodowała przed jej twarzą, oślepiając ją.
Wylądował, tworząc falę uderzeniową, która rozbiła tarczę zegara i pozbawiła terrorystkę równowagi. Kolorowe rozbłyski oświetliły przez chwilę wnętrze zegara, teraz odłamki leciały w dół na niczego niespodziewających się przechodniów. Edward strzelił palcami, tworząc nową złotą błyskawicę, która trafiła Pyper w ramię. Dziewczyna zawyła z bólu, podając na ziemię. Wycelowała gantlinga, posyłając w stronę chłopaka śmiertelną ścianę z kul. Nikły błysk światła i Edward znowu znikł. Pyper podpierając się karabinem jak laską, szybko podniosła się z grymasem bólu. Jej lewy bark był ciężko poparzony. Z tyłu trafił ją kolejny snop światła. Zaraz po nim cios gorącą jak ogień świetlówką. Pyper padła na ziemię. Wiła się w bólu po podłodze. W pewnej chwili zaczęła się histerycznie śmiać, a w dłoni trzymała detonator. 
– Wszyscy już jesteśmy martwi! – Syknęła złowrogo, teatralne umieszczając palec na przycisku. 
Wcisnęła przycisk... i nic! Zdziwiona i pokonana Pyper zapłakała głośno. Jej ubranie zaczęło przesiąkać krwią. 
– Ja nie chcę umierać. Edwardzie, ja nie chcę sama umierać, zapomniana w ciemnościach – załkała cicho. 
Przez chwilę patrzyli tak na siebie. Pyper zamknęła oczy, a jej głowa powoli opadła, z ust pociekła ślina zmieszana z krwią. Edward podszedł do niej. Zemdlała, ale żyła.
 Wstał i kulejąc skierował się w stronę uwięzionej Kate. Jego ubranie na piersi zaczęło przesiąkać krwią. 
Na zewnątrz słychać było syreny. Po kilku chwilach, również krzyki, wbiegających po schodach policjantów. 
– Kurwa- zaklną Edward, chwilę później nie było po nim śladu...
 
***
– Jak to nikogo tam nie było!? – wykrzyknęła oburzona Viktoria, gdy odwiedziła swoją przyjaciółkę kilka dni później.
 Sama w szpitalu spędziła dwa dni, zanim odzyskała przytomność. Miała złamaną rękę i lekki wstrząs mózgu. 
– Viktorio, gdy wkroczyli nasi, to zobaczyli naszą dwójkę nieprzytomną, a ciężko ranną Pyper zawieziono do więziennego szpitala – powiedziała do niej Kate. 
Była w lepszym stanie niż Viktoria, jednak wycieńczona i odwodniona, musiała zostać na kilku dniach obserwacji. 
– Kate, był tam jeszcze Edward! Na pewno, nie uciekłby, gdyby wiedział że jesteśmy z policji – dalej upierała się Viktoria.
– Kazałam sprawdzić tego gościa. On nie żyje.
Viktorii rozszerzyły się źrenice.
– Ale przecież to niemożliwe! – upierała się. – Byłam tam z nim. Byłam u niego w domu, rozmawiałam z nim! 
– Zginął dwa lata temu w pożarze, w domu dziecka w okolicy Zrester... – przerwała, gdy Viktoria wyszła z Sali, zatrzaskując drzwi za sobą.
– Ale ona jest toporna – warknęła cicho Kate, wracając do czytania raportu. 
Viktoria usiadła przy jednym z wolnych stolików w szpitalnej kawiarni. Zamówiła kawę, a gdy jej ją podano, nie upiła ani łyka. Patrzyła, jak za oknem życie toczyło się swoim rytmem. 
"Więc spotkałam ducha?" – myślała.– "Ja wiem, że on żyje, czuję to."

Dzień później w Ośrodku Opieki Więziennej Viktoria szła korytarzem wraz z kilkoma strażnikami. Zatrzymali się przed solidnymi, zanitowanymi, stalowymi drzwiami. Jeden ze strażników, który trzymał wartę, zawiesił swój karabin na ramię i wpisał kod dostępu na mały pulpit tuż obok wejścia. Ekran zaświecił się na zielono i drzwi się otworzyły. Gdy je otwarto, Viktoria weszła sama do środka. Zobaczyła Pyper leżącą na łóżku, przypiętą pasami bezpieczeństwa. Była w ciężkim stanie. Cały tułów miała w bandażach, również jej ręce i nogi były zagipsowane. Trzasnęły drzwi, zamykając się za nią i usłyszała szczęk magnetycznego skobla. 
– Witaj w domu największych kretynów w całym Techtown – powiedziała spokojnie Pyper. 
Viktoria nic nie mówiła. Pyper patrzyła na nią swym świdrującym spojrzeniem.
– Ja wiem, że on żyje. On i ta mała. 
– Mówisz o Edwardzie? – zapytała Victoria. 
– Mówię o tym, co miał spłonąć w tym cholernym domu z tym małym potworem! – wykrzyknęła, aż się zakrztusiła, a z ust poleciała krew. 
– Nicole? O nią ci chodzi? 
– Ona zniszczy nas wszystkich! On myśli, że ją chroni, ale się myli. Oni ich znajdą. Jego zabiją, a ona, otworzy Im wrota! – Pyper mówiła już szeptem.
Viktoria stała przerażona, słuchając tych słów. 
– O czym mówisz? – Zapytała, robiąc krok w przód. 
Viktoria była tuż przy niej. Słyszała charczący oddech terrorystki, a oczy zachodziły mgłą. 
– Znajdź ją. Znajdź i zabij. Bo zbliża się ciemność – dokończyła głośniej Pyper, przez chwilę wpatrywała się w Viktorię z wrogością.
Minutę później wzrok uciekł jej w górę. Dopiero po chwili do Viktorii dotarło, że Pyper po prostu zemdlała. Stała tak jeszcze chwilę aż w końcu wyszła z pomieszczenia, mając mieszane myśli.
***
Daleko na północy, w mroźnej Straubii, na moście stało kilka ciemnych postaci.
– Gdzie jest teraz strażnik z kluczem!? – zapytał mężczyzna ważko podobnego stwora. 
– Voszur, śledzi ich teraz. Zmierzają w naszą stronę panie – odpowiedział stwór. 
– Moi bracia się niecierpliwią – odezwała się trzecia postać. 
– Spokojnie, Vision. Do tej pory, wypełniamy dobrze nasze obowiązki – powiedział mężczyzna do potwora. – Nim się obejrzysz, Świat Norah przestanie istnieć. 
– Ja i moi bracia jesteśmy pewni, że nas nie zawiedziesz, Kaharsarosie – kontynuował Vision. – To przymierze przyniesie nam wszystkim korzyść. Dla Pustki, jak i dla Mroku.
– Trzymam cię za słowo – odparł Kaharsaros. 
Z ciemności, w fioletowym błysku, pojawiła się zakuta w ciężką zbroję postać.
– Konwój z Askarii jest w drodze do Straubii, panie – powiedział do Kaharsarosa nowoprzybyły.
– Już wkrótce, będziemy mogli otworzyć Bramę. Potrzebujemy jeszcze klucza. Dziękuję ci Valanirze, udajcie się z Pitonirem do Voszura. Sprowadź klucz, a strażnika zabijcie. – odpowiedział Kaharsaros. – Idźcie już.
Postacie ukłoniły się i zniknęły. Vision zbliżył się do końca mostu. Tutaj znajdowała się gładka, pionowa górska ściana. 
– Już się nie powtórzy klęska sprzed wieków. Śmiertelni już zapomnieli, z kim i dlaczego odbyła się tu bitwa. Społeczność wkrótce, zostanie wyzwolona. – szeptał Vision, ocierając przytwierdzone do ramion ostrza o ścianę.
Rozłożył ręce, a na ścianie pojawiały dziwne znaki. Pulsujące na zielono symbole, połączyły się w ogromny wychodzący aż za most pierścień. 
– I znów zapanuje CIEMNOOOOŚĆ! – wykrzyknął głośno Vision. Po górach roznosiło się straszne echo, powtarzające już tylko: 
– CIEMNOOOOŚĆ! 
CIEMNOooość! Ciemnoooość!
Nidrax napisał 02-03-2016, 10:06:
Okej, powiedzmy, że minął dzień, więc odkrywam drugą część. Proszę nanieść brakujące wcięcia akapitowe (jak już zapewne pamiętasz, wstawiamy je tagiem [p]).
Odpowiedz
#3
(01-03-2016, 15:24)DjDanceCore napisał(a):
PROLOG, cz. I

Na dachu Administracji Techtown stał mały oddział policji z(ze) Starszą Oficer Kate oraz jej zastępcą Viktorią.

(spacja)Myślisz (przecinek) że to wystarczy?(spacja)– zapytała Victoria swoją przyjaciókę(przyjaciółkę).(spacja)– A jak znów ucieknie? (Może przesadzam, ale jak dla mnie trochę dziwnie określać jedną z kobiet przyjaciółką drugiej, skoro czytający wie jedynie, że razem pracują. Wybrałabym inne określenie).

Kate spojrzała na Viktorie(ę). Były wyczerpane. Kilkanaście nieprzespanych nocy, (zbędny przecinek) w pogoni za najbardziej nieuchwytną i niebezpieczną terrorystką,(zbędny przecinek) dały(dało się) we znaki stróżom prawa. 

(spacja)To nie może się nie udać(kropka, spacja)– Kate starała się być (Dodałabym tutaj: "jak") najbardziej przekonująca w swojej wypowiedzi.(spacja)(spacja)Przestudiowalam(-ałam) każdy jej ruch, dzisiaj to ja ją zaskoczyłam. 

-MY ją zaskoczyłyśmy i nie(spacja)zapominaj(przecinek) że to dzięki mnie, zobaczyłam(przecinek) jak wyskakuje z okna i że kieruje się tutaj. 

Sine worki pod zielonymi oczami, tępy wzrok, długie kasztanowe włosy, (zbędny przecinek)niedawno jeszcze tak pięknie same się kręciły, a teraz tworzyły nienaturalną poplątaną mieszaninę kłaków, potu i kurzu. A słabnąca z każdą chwilą koncentracja mogły(mogła) być przyczyną porażki.

Viktoria spojrzała się (zbędne) po reszcie grupy, prawie każdy z wyznaczonych krawężników już zasypiał. ("Krawężnik" to lekceważące określenie na policjanta patrolującego pieszo, nie pasuje mi więc tutaj, kiedy mowa o policjantach mających zaraz łapać terrorystkę. Poza tym skąd ten negatywny stosunek do kolegów po fachu?)

(...)Też chcę dorwać Pyper i to bardziej (przecinek)niż sobie możesz wyobrazić. Ale te jej akcje wysysają z nas energię -próbowała przekonać swoją przyjaciókę(przyjaciółkę – znów ta sama literówka). -Kate, nie możemy...

Ze ściany oderwały się cegły(przecinek) spadajac(–ąc) z ogromną prędkością, kreśląc piuropusze(pióropusze) dymu za sobą. (kreśląc za sobą pióropusze dymu)

Olbrzymia kula ognia wyłoniła się z zakładów kowalskich w Techtown(zbędna spacja).

Victoria oglądała(przecinek) jak wybuchowy koszmar przerodził się w panikę na ulicach. Z budynku dymiące szczątki powoli opadły na ziemię, a w środku zioneła(zionęła) czarna płonąca otchłań. (Jak dla mnie "czarna" i "płonąca" to sprzeczne określenia – no, chyba że to zamierzony oksymoron :p. Albo czarna otchłań, albo płonąca otchłań – według mnie lepiej pasowałoby drugie).

-Uwielbiam na to patrzeć bez końca! (Kto to mówi? Bo jakoś nie pasuje mi to do policjantki, chaos na ulicach to raczej ostatnie, czego powinien pragnąć stróż prawa).

Viktoria podniosła (Lepiej "przeniosła", bo podnieść mogłaby na budynek powyżej) wzrok na przeciwny budynek.

Na sąsiednim dachu siedziała na gzymsie uśmiechnięta dziewczyna z burzą zielonych dredów,(zbędny przecinek) zapięty(zapiętych – dredów) w wysoki koński ogon.

Miała na sobie obdarte szare szorty i pokrytą plamami, (zbędny przecinek)w różnych odcieniach czerwieni,(zbędny przecinek) kataną(ę) bez pleców.

Spojrzała na dach przeciwnego budynku (przecinek)wpatrując się prosto w oczy Viktorii. 

-Hej (przecinek)szeryfie, co mi zrobisz(przecinek) jak mnie złapiesz? –(spacja)w(W) uśmiechu(Z uśmiechem na twarzy), (zbędny przecinek)wyciągnęła zza pleców ręczną wyrzutnie(ę) rakiet i wycelowała w Kate.

-Złap to! – krzyknęła w odrzucie (Krzyczenie w odrzucie wyjątkowo mi nie brzmi – wiem, o co chodzi, ale opisałabym to jakoś inaczej), gdy pocisk wyleciał(przecinek) świszcząc jak efektowny fajerwerk.

Viktoria szybkim ruchem doskoczyła do Kate, chwyciła pocisk w jedną z jej (Z jej? Brzmi tak, jakby chwyciła go w rękawiczkę, która była na ręce jej przyjaciółki.) hextechowych rękawic i wykonując pół obrót(półobrót), posłała go w stronę,(zbędny przecinek) cały czas uśmiechniętej przestępczyni. (Hę? Złapała pocisk z wyrzutni rakiet? Nie jestem specem, ale wydaje mi się to skrajnie nieprawdopodobne. Rozumiem, że to fantastyka, no ale... no nie).

Pyper, (zbędny przecinek – skąd przecinek między podmiotem a orzeczeniem?)odrzuciła granatnik i zdejmując z paska lekki karabin maszynowy typu gantling, skoczyła w stronę rakiety i odbijając się od niej, wylądowała na przeciwnej skarpie. (To tak samo – totalna abstrakcja moim zdaniem).

Kilku oficerów padło na podłodze(Byli na dworze, jak sądzę, więc "na ziemię"), reszta cudem schowała się za jakąś osłoną. (Oj, nie, ze mną "jakaś osłona" nie przejdzie – to moim zdaniem pominięcie ważnego szczegółu, odbiera to resztki realizmu).

Bandytka skoczyła ponownie, zaskakując jednego kulącego się za kominem policjanta (zbędna spacja), wykonując chwyt na jego szyi(przecinek) szepnęła mu do ucha:

– Przytrzymasz? – p(P)o tych słowach odczepiła od jego munduru kilka zawleczek od granatów.

Silnym pchnięciem,(zbędny przecinek) odrzuciła go w stronę jego towarzyszy. Krzyki przerażonych przerwał huk, gdy granaty wybuchły(przecinek) rozdzierając powietrze i wypełniając je śmiercionośnym gradem odłamków.

Kate oberwała, (zbędny przecinek)ciężkim butem wraz z kikutem jej, (zbędny przecinek)rozerwanego na strzępy kolegi z zespołu,(zbędny przecinek) w głowę i upadła na podłogę(przecinek) tracąc przytomność. (To zdanie to potworek. Spróbuję poprawić: "Kate oberwała w głowę ciężkim butem wraz z kikutem nogi jej rozerwanego na strzępy kolegi z zespołu, tracąc przytomność")

Z rany na czole powoli zaczęła płynąć stróżka szkarłatnej krwi. (Nie lubię takich zbędnych określeń – każdy wie, jaka jest krew).

Eksplozja rozerwała także dosyć spory kawał kamiennego gargulca, który opadając z hukiem, przygniótł Viktorie(ę) swoim ciężarem.    

  Po dłuższej chwili Victoria(A tutaj nagle bohaterka zmieniła imię. Albo nazywa się "Victoria", albo "Viktoria" – skłaniałabym się ku pierwszej wersji, bo druga wygląda jak pół polsko, pół angielska) powoli otworzyła oczy.

-Gdzie jest Kate?– przebiegło jej przez myśl. -Gdzie są wszyscy? (Myśli lepiej zapisywać inaczej niż wypowiedzi i resztę tekstu)

Rozejrzała się po dachu na ile pozwala(pozwalała) jej ciężka jak głaz głowa.

Na dachu nie było nikogo, (zbędny przecinek)oprócz wielkiej wyrwy w podłodze i wielu strzępów z mundurów, pozostałości po eksplozji granatu. Niedaleko od niej leżał zakrwawiony palec, a dwa metry dalej leżała pozostałość tego (przecinek)co niedawno było całym ramieniem.

-Viki, Viki, mała Viki. Co zrobisz(przecinek) by ratować życie swojej przyjaciółki? – powiedziała do niej Pyper w swoim szyderczym uśmieszku. (ze swoim szyderczym uśmieszkiem)

Viktoria ledwo ją zobaczyła, wychodzącą z cienia, za przygniatającym jej ciało, (zbędny przecinek)posągu. (posągiem) (Lepiej według mnie tak: "(...) wychodzącą z cienia, zza przygniatającego jej ciało posągu")

Zaraz jednak gdy(Lepiej samo "Jednak gdy tylko") tylko się zbliżyła, jej uśmiech znikł(przecinek) a, (zbędny przecinek)na twarzy pojawił się groźny grymas.

Psychopatka przyklękła przy niej (przecinek)szeptając(szepcząc):

-Masz 3(słownie) dni (przecinek)by znaleźć swoją drogą panią szeryf- powiedziała i odeszła.

Po kilku krokach odwróciła się w stronę uwięzionej Viktorii (przecinek)mówiąc: (od nowego akapitu)– Inaczej jej zwłoki będą główną atrakcją na ścianach jej kochanego posterunku.

I skoczyła w przepaść (przecinek)śmiejąc się histerycznie. Victoria przygnieciona ciężarem, ze strachem i desperacją zaczęła walić ciężką rekawicą(ą), (zbędny przecinek)w miarę wolnej ręki w dach.

Sufit pęk(pękł) i Viktoria poczuła(przecinek) jak jej plecy tracą oparcie i wpada do pomieszczenia(przecinek) gdy,(zbędny przecinek) w tej samej chwili, (zbędny przecinek)granat wybuchł, uwalniając swą destrukcyjną furię. (Zbędne według mnie, po co tak ukwiecać?)

Dziewczyna opadła z ciężarem(całym ciężarem) na stojące niżej biurko, które natychmiast się złamało. Przetoczyła się w bok(przecinek) zanim, (zbędny przecinek)zaraz za nią,(zbędny przecinek) wpadły do pomieszczenia resztki kamiennego gargulca.

Viktoria zrzuciła z siebie resztę z(zbędne) rozerwanego skrzydła pomnika i spróbowała wstać. Gdy jej się to udało, przed oczami jej pociemniało (przecinek)a ciało niczym kłoda padło bez przytomności na podłogę. 

Stała przed Komendą Główną Policji w Techtown, a raczej tego(przecinek) co kiedyś nią było. Wszędzie była dziwna smołowata mgła (przecinek)która, (zbędny przecinek)przy promieniach,(zbędny przecinek) próbującego się przebić, (zbędny przecinek)słońca, (zbędny przecinek)tworzyła kontury ludzkich cieni.

Tylko ta mgła i wszechobecna Cisza(cisza).

Wirowała, kurczyła się i rozszerzała, z czarnej mgły zaczęły mglić się światełka, a kontury stawały się coraz wyraźniejsze.

Była o połowę wyższa od niej, prawdę mówiąc(przecinek) wyglądała ja(jak) trup, dosłownie. (Całkowicie zbędne)

Bez hełmu Victoria mogła zobaczyć twarz. (To zdanie sugeruje, że to ona miała na sobie hełm, nie ten trupek)

  W oczach zaświeciły się zielone światełka(przecinek) patrząc gdzieś nad głową dziewczyny. Viktoria, przyzwyczajona do życia na ulicach Techtown, postawiła gardę i ze zdziwieniem zauważyła (przecinek)że jej rękawice zniknęły. W tym czasie ogromna postać, gdy wyczuła ruch (przecinek)skierowała swe puste oczy na dziewczynę. Patrząc tak na olbrzyma (przecinek)Victoria usłyszała cichy śmiech(przecinek) który skądś już znała. Olbrzym szybkim ruchem chwycił dziewczynę, (zbędny przecinek)w żelaznym uścisku,(zbędny przecinek) w tułowiu(w pasie) i powoli zbliżył jej przerażone oblicze do swojej twarzy. Victoria patrzyła teraz prosto na dwie czarne otchłanie (przecinek)w których iskrzyły się...
-Wszelka Hextech niech ma nas w opiece!– wykrzyczała w myślach(przecinek) gdy zauważyła (przecinek)że ogniki w oczach tego potwora to ludzkie kształty miotające się w agonii.
Nagle wielka paszcza otworzyła się szeroko (przecinek)ukazując przerażające wnętrze...
No dobra, upomniałam cię, to teraz czas na twój tekst. :p Ogólnie pod względem stylu nie jest źle, choć wciąż mogłoby być lepiej. Fabuły na razie nie oceniam, bo jej póki co nie ma, dopiero zaczyna się zawiązywać, jak sądzę. Na pewno ma szansę być ciekawie, jeśli dobrze to poprowadzisz. Ale widzę przed tobą sporo pracy. Wstawiłam poniżej swoje ogólne uwagi w spoilerze, bo trochę tego jest.

Spoiler: Uwagi

Wprowadź poprawki, przypatrz się dobrze, zapoznaj się z poradnikami i postaraj samemu wyeliminować chociaż część błędów w następnych fragmentach, które będziesz publikował. Najlepsza jest praktyka i pamiętanie o swoich poprzednich wpadkach, żeby już ich nie powielać.

Dobra, to tyle ode mnie. Powiedziałeś, że mamy nie bać się jeździć po tobie, więc wiesz... jak coś to pretensje do siebie samego. :D
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#4
Dziękuję za opinię i sprawdzenie błędów. ;) To tak, postaci występujący w opowiadaniu są niczym herosi starożytności typu Herkules, Achilles itp. Więc wszelkie nieprawdopodobne czyny które wykonują, są dla nas niezwykłe i niewykonalne. Poprawię błędy i zdania aby tak w oczy nie wchodziły. 
P.S. "Cisza" musi być z dużej litery. Nie umiem określić dokładnie dlaczego, ale ma ona duże znaczenie w późniejszej części opowiadania. Prolog ma nas tylko wprowadzić co się będzie działo i wprowadzić Głównego bohatera. Nie miałem pomysłu na początek więc poszedłem prostą ścieżką. :p Piszę na telefonie, brak kompa daje we znaki. :( i możliwe że imię Viktorii raz czy dwa autokorekta "poprawiła".("Krawężnik" to lekceważące określenie na policjanta patrolującego pieszo, nie pasuje mi więc tutaj, kiedy mowa o policjantach mających zaraz łapać terrorystkę. Poza tym skąd ten negatywny stosunek do kolegów po fachu?) wyjaśni się później. Viktoria nie była od razu w policji. To złodziejka i recydywistka, która dostała szansę uniknięcia więzienia, pod warunkiem pomocy w schwytaniu Pyper.
Nie każ mi proszę spoilerować historii :(
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
#5
PS w języku polskim piszemy bez kropek!
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
(01-03-2016, 20:32)DjDanceCore napisał(a): Nie każ mi proszę spoilerować historii :(

Nie każę ci spoilerować historii, tylko zaznaczam, że w danym momencie tekstu mi coś nie gra, cała jego reszta nie ma w takim przypadku nic do rzeczy. Równie dobrze mogłabym się w takim wypadku wstrzymać od wyrażania jakichkolwiek innych wątpliwości, skoro być może gdzieś tam autor w tekście zawarł wyjaśnienie – no nie, to nie tak działa, w każdym razie na pewno nie ze mną. Wrzuciłeś to określenie do narracji, wprawdzie w opisie obserwacji bohaterki, ale nie dałeś żadnej wskazówki, że to jej opinia o policji, a nie po prostu dziwny dobór słownictwa z twojej strony. Takie jest moje odczucie. I wiedza, kim jest ta bohaterka, zupełnie mojej opinii nie zmienia. Chyba nie liczysz na to, że ktokolwiek na tyle zapamięta jakieś dziwne słówko, by zastanawiać się, czy to celowo użyte aż do momentu, w którym wyjaśnisz, kim jest bohaterka? :p
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(02-03-2016, 21:59)Vetala napisał(a): Nie każę ci spoilerować historii, tylko zaznaczam, że w danym momencie tekstu mi coś nie gra, cała jego reszta nie ma w takim przypadku nic do rzeczy. Równie dobrze mogłabym się w takim wypadku wstrzymać od wyrażania jakichkolwiek innych wątpliwości, skoro być może gdzieś tam autor w tekście zawarł wyjaśnienie – no nie, to nie tak działa, w każdym razie na pewno nie ze mną. Wrzuciłeś to określenie do narracji, wprawdzie w opisie obserwacji bohaterki, ale nie dałeś żadnej wskazówki, że to jej opinia o policji, a nie po prostu dziwny dobór słownictwa z twojej strony. Takie jest moje odczucie. I wiedza, kim jest ta bohaterka, zupełnie mojej opinii nie zmienia. Chyba nie liczysz na to, że ktokolwiek na tyle zapamięta jakieś dziwne słówko, by zastanawiać się, czy to celowo użyte aż do momentu, w którym wyjaśnisz, kim jest bohaterka? :p
Takiej interpretacji nie przewidziałem. Mam jeszcze sporo do nadrobienia o wiedzy książkowej i jak to może odczuć czytelnik. A jeśli chodzi o błędy i historię opowiadania? Jak to wygląda w opinii czytelnika?
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
#8
 – Ciemnoooość! – rozszedł się po lodowej krainie cichy, pochodzący gdzieś z oddali szept. 
Odbijając się, od przykrytych śniegiem gór cząstka tego głosu dotarła, do otulonej w kożuch, idącej smukłej postaci. Przystanęła nasłuchując otoczenia. Słyszała jak oddalające się echo pędzi przez lodową krainę. I nagle... Cisza. Jakby coś wyssało, wszystkie dźwięki z powietrza. Nawet mróz przed chwilą wyczuwalny, stracił swoją moc, na rzecz czegoś innego. Postać rozejrzała się dookoła, zza pagórka stado ptaków wzbiło się w powietrze. Chwilę później, zaczęły spadać na ziemię martwe.
– Co się dzieje? – powiedziała, zrzucając ze swojej głowy puchowy kaptur.
Dziewczyna odgarnęła, swoje śnieżno białe włosy z twarzy. Miała smukłą twarz. Pełne usta w kolorze dojrzałej maliny oraz duże, przyciągające błękitne oczy. Ashley Hurel, Królowa Trzech Dolin, patrzyła właśnie na miejsce w którym ptaki dokonały żywota.
Nagle ziemia zaczęła się trząść, dziewczyna straciła równowagę i upadła. Lodowiec zaczął pękać tworząc coraz szersze wyrwy. Ashley przeraziła się. 
"Trzęsienie? W Straubii nigdy do tego nie doszło!" – pomyślała, próbując utrzymać równowagę na czworaka. 
Chwilę później, trzęsienie jak nagle się pojawiło, tak zamarło zupełnie. Dziewczyna wstała i rozejrzała się dookoła. Na przykrytej śniegiem i lodem polanie, z głębokich wyrw wywołanych trzęsieniem, zaczęła powoli wypływać gęsta i czarna jak smoła mgła. Nagle, przerażający huk rozdarł powietrze.  Ashley obejrzała się za siebie, widok ten zmroził jej serce. 
 Z łańcucha gór na horyzoncie, wystrzelił w niebo ogromny zielony promień i w towarzystwie fioletowych spiral poruszających się w górę, rozbił się o podstawę chmur. Ziemię powoli zaczął ogarniać mrok, a zielona poświata była jedynym widocznym źródłem światła. Ashley ruszyła biegiem w stronę wioski. Biegła co sił w nogach, gdy poczuła jakby coś ją obserwowało. 
– Actris jest przy mnie – wyszeptała. 
Na grzbiecie rękawicy był wszyty, szeroki przezroczysty kryształ, który wydłużył się przybierając formę łuku. Znajome przejmujące zimno łuku, dodały jej otuchy, gdy tylko chwyciła majdan. Do uszu dziewczyny doszedł przeraźliwy chichot. Ashley napięła swój łuk, a natychmiast na cięciwie pojawiła się lodowa strzała. Jednak dziewczyna wydała z siebie wyduszony okrzyk. Strzała nie miała swojej bezbarwnej barwy, była czarna dokładnie tak, jak otaczające ją ciemności. 
 – Ashley – usłyszała przed sobą szept.  Natychmiast wystrzeliła strzałę w tym kierunku, nie czekając na trafienie napięła łuk po raz drugi.
 – Ashley! – ten głos, powtarzający jej imię dobiegał teraz nad jej głową.
 Ashley uważnie nasłuchiwała i obserwowała otoczenie, ale w tej przeklętej mgle nie dało się nic zobaczyć.
 – Ashley!!! – głos był dokładnie za nią.  Dziewczyna odwróciła się napięcie z łukiem przygotowanym do strzału i zamarła. Naprzeciwko niej, w czarnej mgle odbijały się kontury wysokich postaci o błyszczących złotych oczach. I było ich tysiące. Nagle ze środka tego tłumu w kierunku Ashley poleciał zielony promień.
 Dziewczyna poczuła jakby coś zaczęło wyrywać jej serce z piersi. Krew wrzała w żyłach, a płuca zmieniały się w piach. Skóra zaczęła pokrywać się bąblami i odpadać płatami od ciała. Mięśnie rozciągały się jak guma, a kości kruszyły. Dziewczyna padła na plecy i zobaczyła na niebie dziesiątki ogromnych sylwetek szybujących w powietrzu, jak wielkie węże morskie. Widziała, jak na pokrytą wiecznym lodem krainę, spadł ognisty deszcz. 
Dokładnie jak w pieśniach Doguroara. W niej ma dojść do wielkiej walki pomiędzy bogami a olbrzymami pod wodzą Szumu Morza, w wyniku której świat i Doguroarnes, siedzibę bogów, strawi ogień, wszystkie gwiazdy zgasną, a Świat Norah zaleje wielkie morze. Ostatecznie z tej toni wyłoni się nowy świat i nastąpi era strachu, zapomnienia i śmierci. 
 Ashley poczuła jak płomienie pokrywają jej ciało, a jej świadomość zaczyna znikać, odlatując coraz dalej w ciemność...

 – Nieee!!! – krzyknęła gwałtownie wybudzając się ze snu.
Jej jedwabiste, długie włosy opadły na twarz. Odgarnęła je drżącą ręką, a czoło oblał zimny pot.
 – Ashley! – krzykną Turold, po chwili wbiegając do sypialni z wyciągniętym mieczem. – Co się dzieje?
Dziewczyna spojrzała na męża.
 – N... , nic się nie stało – skłamała odgarniając włosy za uszy. 
 Turold'owi twarz złagodniała, odłożył swój miecz, stawiając go przy ścianie i usiadł na krawędzi łoża tuż przy małżonce. Spojrzał jej głęboko w oczy i otulił ramieniem.
 – Martwię się o ciebie – powiedział jej zatroskanym głosem. – Od kilku dni śnią ci się wyłącznie koszmary, dlatego chcę wiedzieć co ciebie martwi.
 – Mówiłam, że nic się nie stało! – Wykrzykneła aż echo odbiło się od ścian. 
 Ashley odwróciła wzrok od męża, bała się mu powiedzieć prawdę. Sama również nie była pewna co te sny znaczą, ale ich rzeczywistość i cykl powtarzania przerażał ją. Te złote świecące oczy i to uczucie strachu oraz oddalania się od rzeczywistości gdy została trafiona zielonym promieniem. Dreszcz przeszedł po jej ciele. 
 Turold wyczuwając dreszcz oplatający Ashley, w głębi serca postanowił zrobić wszystko co w jego mocy, aby jego Królowa czuła się bezpieczna. Dźwięk rogu przerwał tę niezręczną chwilę, Turold wybiegł z sypialni zabierając ze sobą miecz. Ashley natomiast, gdy wygrzebała się z pościeli, w tempie błyskawicy zaczęła się ubierać. Chwilę później była już przed pałacem.
 – Ktoś nas atakuje?! – krzyknęła do zdziwionego tym pytaniem strażnika wierzy.
 – Normandia!!! – wrzasną Olaf rzucając się na Turolda. 
 – Olaf zmiażdżysz go!– krzyknęła Ashley zdziwiona, nagłym pojawieniem się berserkera.  Jednak Olaf i Turold tarzali się po śniegu śmiejąc się głośno.
 – Ashley ślicznotko jak ja cię dawno nie widziałem! – ponownie krzyknął Olaf, automatycznie wstając i przytulając dziewczynę do siebie, trochę za mocno.
 – Spokojnie berserkerze ta pani jest już zajęta – powiedział Turold śmiejąc się głośno.  Olaf wypuścił Ashe z uścisku która na chwilę straciła równowagę.
 – Co cię do nas sprowadza?– zapytała go Ashley, przyglądając się mu dokładniej. 
 Olaf był z Normandii, małej krainy na północy między Lodowym Pustkowiem, a Górami Szarych Wiedźm. Jak każdy z ludów północy Olaf był wysokim mężczyzną o zwalistej posturze niedźwiedzia. Ogożała twarz zapełniona bliznami, duży, złamany kilkakrotnie nos i prawie łysa głowa z długim warkoczem z jasnych bląd włosów dodawał mu uroku typowego dla wojownika. 
 – Mam dla was wspaniałe wieści.– odpowiedział jej berserker.
 Ashley i Turold czekali na resztę zdania. Olaf uśmiechał się łobuzersko, najwyraźniej czekając aż tych dwoje straci cierpliwość. 
 – Co to za nowin... – zaczął, zniecierpliwiony Turold lecz Olaf przerwał mu donośnym okrzykiem: 
 – Będę się żenił!!!
 Turold zaśmiał się głośno, a Ashley skakała wokół berserkera na zmianę życząc mu jak najlepiej oraz wypytując go o jego wybrankę.
 – To powiedz chociaż, skąd pochodzi? – zadała mu kolejne pytanie.
 – A niedługo się dowiecie – odparł Olaf porozumiewawczo mrugając do Turolda.  Wtem rozległy się dźwięki rogów.
 – Już przybyli!!! – zakrzykną Olaf i pobiegł w kierunku głównej bramy.
 Ashley spojrzała pytająco na męża. On tylko wzruszył ramionami i chwytając ją za rękę, poprowadził w ślad za berserkerem. Szli główną ulicą w stronę bramy. Mijali sporo drewnianych domów wybudowanych z okolicznych drzew otaczających gród. Każdy dom był zupełnie identyczny do poprzedniego. Piętrowe budynki zbudowane z nakładanych na siebie prostokątnych bali, miały duże podwójne drzwi. W każdym skrzydle było wyryte małe godło Klanu Actris, czyli strzała niesiona na gołębich skrzydłach. Na górze znajdował się mały balkonik. Ręcznie  zdobione tralki tworzyły barierkę uniemożliwiającą wypadnięcie. Dachy pokryte był albo słomą, albo drewnianą dachówką, a z kominów unosił się, pachnący mięsem i sośniną dym. 
 W miarę zbliżania się do bramy głównej para królewska zauwarzyła rosnący tłum ludzi, tłoczących się przy bramie. Brama była czterdziesto metrowym lodowym łukiem z wielkimi wrotami z dębowego drzewa. Od łuku do wnętrza grodu, przez główną ulicę prowadziły sześć par olbrzymich skał, na których znajdowały się pomniki toporów należące do wielkich przodków. Na samym końcu grodu, tuż pod samotną górą lodową, znajdował się stu metrowy pomnik Actris z napiętym łukiem. U jej podstawy natomiast zbudowano Lodowy Pałac. Był to duży budynek o kształcie półksiężyca płaską stroną skierowaną w stronę głównej bramy. Wyglądał jak stromy pagórek z wierzchołkiem na samym jego środku.
 – Przejście dla Pary Królewskiej! – wydarł się jeden ze strażników.
 Ludzie po usłyszeniu rozkazu, natychmiast oczyścili główną ulicę stając pod ścianami budynków. Z daleka dało się zobaczyć orszak zmierzający w stronę bramy. Jeszcze niewidoczni przez poranną mgłę, wysokie sztandary trzepotały na wietrze w barwach złotego z niebieskim, herbem był lew.
 – Askarianie! – wykrzykną ktoś z tłumu, a cały lud rykną głosem radości. 
 Askaria i Klan Actris byli sojusznikami w walkach przeciwko wspólnym wrogom, ale też i przyjaciółmi dbającymi o honor, tradycje i układy handlowe. 
 Kolumna składała się z czterech rzędów, a każdy z nich liczył około pięćdziesięciu żołnierzy. Dwunastu z nich idących na czele orszaku, trzymało sztandary Askarii. Żołnierze, gdy przeszli przez bramę rozdzielili kolumnę na dwa dwuszeregi, z czego każdy z nich zajął miejsce po przeciwnych stronach ulicy. Za zbrojnymi przez bramę wjechała ogromna karoca ciągnięta przez...
 – To mój prezent ślubny, dla mojej ślicznej sikorki – z dumą przyznał się Olaf.
 Karocę ciągnęło sześć ogromnych, pancernych niedźwiedzi polarnych.
 – Ty je wszystkie złapałeś?– zapytała go Ashley. 
 – Co do jednego. Osobiście i własnoręcznie – odpowiedział jej Olaf rumieniąc się lekko.
 Turold spojrzał na przyjaciela z honorem, Ashley z wyrzutem. Niedźwiedzie pancerne były bardzo niebezpiecznymi zwierzętami i zaciętymi wojownikami. Wojna między ludźmi a zwierzętami trwała już ponad trzydzieści lat. Nikły pokój który zawarła Ashley, zdołał utrzymać się przez pięć lat. Złapanie tych niedźwiedzi wymagało niezwykłej siły oraz woli aby je schwytać, a co dopiero ujarzmić. 
 Za karocą jehało dwudziestu konnych, odzianych w białe futrzane płaszcze. Jeźdźcy stanęli przy bramie. Jeden z nich zsiadł z wierzchowca i zbliżył się do karocy. Tuż przy jej drzwiach zdjął kaptur. 
 Od strony tłumu rozniósł się huk okrzyków i oklasków na cześć największego wojownika Askarii, Dextera. Mężczyzna pomachał krótko do plebsu i zaraz potem chwycił za klamkę karocy, otwierając jej drzwi. Z wnętrza w kierunku Dextera wyłoniła się drobna dłoń. Pojawienie się Lany Erwin wywołało ogólne poruszenie, szczególnie wśród mężczyzn. Czarodziejka wyskakując z karety szczerze uśmiechnęła się do wojownika dziękując mu. Odeszli kawałek, a w tym samym momencie z karocy na ulicę wyszedł ciemnoskóry mężczyzna z długimi czarnymi dredami, ubranego w strój kapelana. Skylera Rolina powitały dzikie wrzaski i jeszcze większe gdy ze środka wyłoniła się Carolyn Le Borgne. Oni jednak nie patrząc na ludzi, stanęli obok Dextera i Lany. Z tłumu do karocy zbliżył się Olaf, gdy z wnętrza pokazała się smukła dłoń, podał jej rękę pomagając zejść. Ludzie zaczęli szeptać między sobą, gdy z wnętrza wyszła druga Carolyn Le Borgne. Dziewczyna miała długie kruczoczarne włosy. Jej błyszczące zielone oczy były utkwione w roześmianej buzi Olafa, jej różowe usta, również śmiały się szczerze. Tłum oklaskami witał przybyłych podczas, gdy oni oddali pokłon parze królewskiej.

 Późnym wieczorem, po uroczystym przywitaniu, odbyła się uczta na cześć gości i zaręczonych. Biesiadowali wszyscy, a stoły i ogniska były porozrzucane po całym placu. Jednak nie wszyscy odczuwali radosną atmosferę. Carolyn patrzyła na to wszystko z niesmakiem. Przy jednym z dziesiątek stołów zobaczyła, jak Dexter po niezłej ilości trunków siłuje się na ręce z rosłym i włochatym wojownikiem. Przed Lodowym Pałacem znajdował się, długi stół przy którym siedzieli głowy ważniejszych rodów. Zauważyła jak Skyler dyskutuje o czymś zawzięcie z Turoldem. Niedaleko od nich Lana, dopingowana przez innych wojowników i wojowniczki, piła już dwunasty kufel miodu. Ashley gdzieś zniknęła, miała nadzieję porozmawiać z nią. Wzrokiem szukała Olafa i Fiony, ale oni też gdzieś zniknęli. 
 Była sfrustrowana, jej siostra ma poślubić berserkera. Berserkera! Hańbiła nazwisko Le Borgne, mimo że ich honor nadal był zszargany przez jej ojca. Odrzucając zaręczyny wpływowego szlachcica z rodu Gorngoli, wszyscy w Askarii cały czas szeptali za ich plecami: 
"Jeszcze jedna", 
"Jeśli dalej tak pójdzie to zostaną z niczym", 
"Ciekawe jak Carolyn zamierza zdobyć szacunek, jak nawet własna rodzina ją odrzuca?" 
 Zacisnęła mocniej pięści. Miała tego dość. Tej uczty, tych szeptów i odwracających się ludzi gdy ich mijała. Wstała od stołu i ruszyła szybkim krokiem w kierunku bramy. 
 – Carol! A gsie isiesz? – zawołał za nią Dexter, ale ona zignorowała go. 
 Gdy wyszła za bramę, uprzednio ścierając się ze strażnikiem aby ją wypuścił, dosiadła kasztanka i ruszyła w drogę powrotną. Jechała już dobre kilka godzin. Gwiazdy nad jej głową wydawały się jaśniejsze, a pełny księżyc oświetlał jej drogę. Jej myśli przytłaczały ją tak bardzo że nie zauważyła ruchu czającego się w ciemnym lesie. Nagle wierzchowiec stanął dęba, zrzucając ją na ziemię. Carolyn szybko wstała i zobaczyła jak biegnącego konia rozrywa jasny fioletowy promień.
 Z lasu wyleciał okropny, przerażający stwór. Unosząc się w powietrzu, przypominał meduzę. Jego pięć macek były połączone z wielką, jajowatą głową z trójką oczu, które teraz wpatrywały się w nią łapczywie. Carolyn wyciągnęła swój rapier szykując się do walki. Stwór wystrzelił ze swoich macek promienie.
 Dziewczyna schowała się za pniem drzewa, a gdy promień przeleciał obok, podbiegła w stronę stwora. Z jego oka poleciała kula ognia wprost na nią. Carolyn uskoczyła przed kulą w prawo, jednak ta rozdzieliła się na dwie nowe które, poleciały w przeciwne strony. Uderzenie porwało ją na drzewo. Jej lewa część ciała została mocno poparzona, a kilka żeber złamanych wskutek uderzenia. 
 Upadła na kolana, stwór powoli się zbliżał. Gdy był już blisko, porwała z ziemi rapier i cisnęła nim w oczy bestii. Stwór uniósł się wyżej, gdy ostrze minęło go o centymetry. Chwycił jedną z macek ostrze rapiera i wyrwał je z dłoni szermierki. Oszołomiona, jeszcze Carolyn widząc unik, przeturlała się pod stworem dobywając zza cholewy buta swój sztylet i wykonując płytkie cięcie, rozcięła mu kawał podbrzusza. 
 Bestia ryknęła z bólu, a z rany polała się przeźroczysta i bardzo lepka krew. Uderzył, naładowaną prądem macką, w dziewczynę. Carolyn ponownie uderzyła plecami o drzewo, a sztylet wypadł jej z ręki. Zaraz zajaśniały oczy bestii. Dziewczyna wiedziała że nadciąga jej koniec. Była dziwnie zrelaksowana, może w końcu zazna spokoju? Zamknęła oczy.  Promień wystrzelił, gdy nagle ktoś ją osłonił. Usłyszała kolejny ryk. Podniosła wzrok na ogromnego mężczyznę, podtrzymującego jedną ręką równie ogromną jak on tarczę, który stał nad nią z wyciągniętą drugą dłonią.
 – Mam nadzieję że panience nic się nie stało – powiedział do niej olbrzym, uśmiechając się zza potężnych czarnych wąsów.
 – Hugo! – krzyknęła Carolyn.
 Hugo Barden był bardzo znanym bohaterem który wysławił się w Norah, nie tylko ogromną siłą, ale również sercem i sprawiedliwością. Hugo zaśmiał się głośno.
 – Haahaha! Widzę że z tobą nie jest jeszcze tak źle – odpowiedział jej, wciąż się uśmiechając. Po chwili jednak zmienił nastawienie widząc jej stan.
 – Trzeba by coś zrobić z tymi ranami. Dasz radę wstać?
 – Tak – przyznała się. 
 Kolejny ryk wściekłości bestii, rozszedł się po lesie. Carolyn zerknęła za tarczę olbrzyma. Zobaczyła ciemną postać walczącą z mackowatym stworem. Raz po raz postać pojawiała się i znikała, zadając przeciwnikowi ciosy świetlnymi pałkami. Podała Hugo dłoń, a gdy wstała, mężczyzna gwizdnął przeraźliwie.
 Tuż przy nich pojawiła się ta osoba walcząca z potworem. Sylwetka wskazywała na mężczyznę, trochę wyższy od Carolyn ubrany w ciemną bluzę z kapturem, a oczy przesłaniały ciemne gogle. Na plecach miał przyczepione na skos dwie świetlówki, a nie pałki jak to na początku zauwarzyła.
 – Gotowi? – zapytał się szybko i nie czekając na odpowiedź, położył im otulone w ciepłe rękawice, dłonie na barkach. 
 Ogarnęła ich ciemność i Carolyn poczuła jak jej stopy straciły oparcie. Czuła się jakby spadała, chwilę później światło i kolory zaczęły wracać. Carolyn poczuła jak grunt pod stopami stawał się pewniejszy, a obraz wyraźniejszy. Zwymiotowała na śnieg. Gdy tylko sensacje związane z przeniesieniem ustały, zobaczyła że znajdują się niedaleko bramy grodu Klanu Actris.
 – Ale jak? – zapytała patrząc na nieznajomego.
 – Mój przyjaciel przeniósł nas, gdy usłyszał... jak to nazwałeś? – zaczął Hugo, nagle zwracając się do towarzysza.
 – Zrezygnowanie z życia – odpowiedział mu chłopak ściągając z głowy kaptur i gogle. Miał srebrne oczy, a jego włosy przesłaniało lewe oko.
 Carolyn już miała zaprzeczyć, lecz przypomniała sobie że tak rzeczywiście było. Już stała gotowa na śmierć, a oni ją uratowali. Jednak nie rozumiała, jak można usłyszeć coś takiego. Patrzyła teraz na Hugo, lecz kątem oka obserwowała bacznie, nieznanego mężczyznę.
 – Dzięki – powiedziała bez szczerości, młodzieniec baczniej się jej przyjrzał, a Hugo zaśmiał się głośno.
 – Za nic nie musisz dziękować, z radością mógłbym to zrobić drugi raz – porozumiewawczo mrugnął do niej, wiedząc że najwyraźniej Askarianka nie ma ochoty na powtórkę. 
 – Co się stało, że dałaś się tak poturbować? – zapytał ją nieznajomy
 – U nas zanim się przejdzie do interesów, należy się przedstawić – skarciła go. Nieznajomy przymrużył oczy, po chwili jednak ukłonił się nisko.
 – Nazywam się Edward – przedstawił się.
 Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Carolyn nigdy wcześniej go nie spotkała, a jednak, miała wrażenie jakby go skądś znała. 
 – My, przypadkiem sienie znamy? – zapytała go nadal obserwując
 – Raczej byśmy nie musieli się sobie przedstawiać, gdyby tak było, prawda? – odpowiedział jej lekko sarkastycznie.  Spiorunowała go wzrokiem, lecz on nie zwrócił na to uwagi. Nagle przejmujący ból wstrząsną ciałem Carolyn. Dziewczyna upadła na ziemię, niemogąc złapać tchu. 
 – Potrzebuje lekarza – krzykną Hugo.
 Edward spojrzał na niego, jego oczy wyrażały niepewność i współczucie.
 – Możesz coś zdziałać? – zapytał się jego Hugo, widząc jak dziewczyna zaczyna się trząść.
 Edward nie odpowiedział. Rany zadane pustką powoli uśmiercały ofiarę. 
 – Zrobię co w mojej mocy – powiedział w końcu Edward.
 Ściągną z lewej ręki rękawice ukazując mechaniczną dłoń, pobłyskującą żółtym światłem. Hugo pobiegł w kierunku bramy chcąc sprowadzić pomoc.
 Edward popatrzył na rany dziewczyny. Cała lewa połowa jej ciała był mocno poparzona. Na niektórych odcinkach jej skóry świeciły fioletowe bąble.  
 – Wytrzymaj chwilę, to niestety zaboli – powiedział jej cicho.
 Spojrzała na niego, jej brązowe oczy powoli przysłaniała mgła. Położył na jej brzuchu swoją dłoń, a z niej zaczęło wypływać złote światło rozświetlając mrok. Nagle Carolyn wydała z siebie długi okrzyk bólu.
 – Wytrzymaj jeszcze chwilę! – wrzasną młodzieniec, starając się ją przekrzyczeć.
 Czuł jej ból, sprawił że trucizna i oparzenia powoli znikały z jej ciała. Po chwili światło przestało świecić, a Edward zdjął z niej swoją dłoń. W dziurze w ubraniu dziewczyny nie dostrzegł już żadnych ran. Tylko niczym nieskażoną gładką skórę
 – Dziękuję – cicho wyszeptała Carolyn.
 On jednak już tego nie słyszał. Upadł na ziemię tracąc resztki przytomności. Zanim Carolyn usnęła, słyszała oddalone okrzyki, którym przewodził basowy głos Hugo.
 -Szybko. Tutaj! 
 -Carolyn! 
 – Fiona – wyszeptała Carolyn. Dostrzegła zarys postaci i poczuła jak ktoś bierze ją na rękach.
 – Tato... 
 – Co jej się stało? – Usłyszała głosy z oddali. 
 – Majaczy. 
 – Co z tym chłopakiem? 
 – Ja się nim zajmę. 
 – Nie wygląda jak jeden z nas. 
 – Zapewniam że jest po naszej stronie.
 – Spójrzcie. To nie jest człowiek!
Cdn.
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
#9
 Obudziła się w miękkim łóżku. Otworzyła oczy, znajdowała się na dużym łożu w małej komnacie. Rozejrzała się dokładnie dookoła. Obok łóżka znajdowała się półka, a na niej stała szklanka wody. Carolyn chwyciła za szklankę i wypiła łapczywie całą wodę. Leżała dokładnie naprzeciw wielkiego okna. Przed oknem stała duża kanapa, pokryta niebieskim materiałem a na obręczach widniały złote znaki Actris. 
 – Carolyn! – ktoś krzykną gdy otworzyły się drzwi. 
 Dziewczyna zerknęła w tamtą stronę. W drzwiach stanęła jej siostra, Fiona. Siostry były do siebie bardzo podobne, mimo kilku różnic w wyglądzie można by było uznać je za bliźniaczki. Fiona była jednak od niej starsza o trzy lata. Fiona podbiegła do łoża swej siostry i upadła przy niej na kolana.
 -Ja przepraszam cię tak bardzo!– rozpłakała się.
 Carolyn tylko patrzyła na nią starając się zachować pozory niewzruszonej.
 -To przeze mnie wszystko runęło. Ale ty nie wiesz jak to jest się zakochać. Nie masz pojęcia jak się czuje serce, kiedy musisz poślubić kogoś kogo nawet na oczy nie widziałaś! – urwała, wycierając łzy rękawem sukni.
 W pomieszczeniu zrobiła się niezręczna cisza przerywana,przerywania cichymi łkaniami Fiony. Carolyn powoli, lecz wbrew jej woli, zaczęło ogarniać współczucie. Bądź co bądź szanowała starszą siostrę, nawet często się jej radziła jeśli czegoś nie wiedziała. Jeszcze nigdy się nie pokłóciły, nawet wtedy kiedy ich ojciec próbował wpłynąć na wynik pojedynku fechtunku w którym Carolyn brała udział. Ostatecznie Carolyn pokonała ojca w wyzwaniu oraz kazała sobie przepisać Dom Le Borgne.
 Od tamtej pory Fiona pomagała jej utrzymać Dom w dobrym stanie, podczas gdy jej młodsza siostra starała się odzyskać honor swój oraz nazwiska Le Borgne. Zanim zdążyła coś powiedzieć, Fiona wybiegła z komnaty zostawiając Carolyn samą. Dziewczyna przestała się jednak przejmować, przypominając sobie wczorajsze zajście.
  Szybko wstała z łóżka i zobaczywszy swoje ubranie na kanapie, zaczęła się ubierać. Gdy wyszła z komnaty, skierowała się w stronę wyjścia z pałacu. 
 Długi lodowy korytarz był istnym dziełem sztuki. Wyrzeźbione w lodzie portrety przodków Ashley rozciągał się dosłownie przez cały pałac. Przez okno zauważyła ginącego gdzieś między budynkami Hugo. Przyspieszyła kroku. Zeszła zabiegowymi schodami w dół do wielkiego korytarza prowadzącego na zewnątrz. 
 Gdy wyszła na plac, ruszyła biegiem klucząc między domami. Dopiero teraz skojarzyła że może wykonywać różne ruchy i żadna część jej ciała nie reaguje bólem. Zatrzymała się przy tym budynku przy którym zniknął Hugo.
 – Carol! – dziewczyna odwróciła się słysząc swoje imię. 
 To Dexter szedł w jej kierunku. Jego zbroja obijała rozbłyski słońca, przez co wyglądał jakby narodził się w blasku słońca. Jego jasne bląd włosy potęgowały to wrażenie. 
 – Jak się czujesz? – zapytał gdy się zbliżył
 – Jest Ok. Widziałeś gdzieś Hugo?
 – Nie, nie widziałe...ej! Gdzie idziesz?
 – Idę go szukać. Muszę zadać mu parę pytań – odpowiedziała mu, znikając za rogiem.
  Nie miała czasu opowiadać o sobie. Nie chciała. Dopóki sama nie dowie się więcej. Kim jest ten tajemniczy gość? Skąd przybywa i po co? Jaki miał interes żeby ją ratować? 
Owszem podziękowała mu, ale to było mimowolne. Mechaniczny odruch, który wyrwał się z jej osoby. 
 "A może jednak było coś szczerego w moim głosie?" – nie, natychmiast odrzuciła tę myśl.  Jednak ziarno niepewności zostało w jej sercu.
 – ... nie możesz! Dopiero co twoje rany się zagoiły – zza ściany jednego z budynków rozległa się kłótnia.
 Carolyn przystanęła na chwilę przysłuchując się.
 – Widziałeś jej wizje! Nie jest tu bezpieczna, cholera jasna Hugo, nikt nie jest!
 – I gdzie pójdziesz? O mało co nie dorwała was ta Wiedźma Esadora. Gdybyś nie przekroczył, mogła zabić was oboje! Albo jeszcze gorzej.
 – To jest moja sprawa!
 – Ale to dotyczy nas wszystkich! Nie tylko ciebie. Skoro i tak wszyscy umrzemy, to dlaczego pomogłeś tej dziewczynie?! – nastąpiła przytłaczająca cisza.
 Carolyn słyszała jak jej własne serce przyspiesza, a krew pulsuje jej w głowie. 
 "O czym oni mówią? Nic z tego nie rozumiem" – pomyślała Carolyn, starając się poukładać fakty w logiczną całość. 
 – Wyjdź! – krzykną, prawdopodobnie Edward. – Wyjdź i nie angażuj się, w nie swoje sprawy!
 – Nie jesteś sam Edwardzie. Pozwól sobie pom...
 – WON!!! – zagrzmiał młodzieniec.
 Przez chwilę znów zapanowała przytłaczająca cisza. Po chwili jednak w środku dało się słyszeć szurnięcie i szybkie kroki.
 Carolyn z lękiem zauważyła, że znajduje się niebezpiecznie blisko wyjścia. Zanim drzwi się otworzyły, zdążyła się schować w martwym punkcie. Ze środka wyszedł Hugo cały czerwony na twarzy. Zamknąwszy drzwi, zobaczył przyklejoną do ściany Carolyn. 
 – O, panna Le Borgne – przywitał się i zbliżył do dziewczyny.
 Przy niej przyklękną, by móc jej spojrzeć w oczy.
 – Właśnie się zastanawiam, ile z tego co tu zostało powiedziane usłyszałaś? – mimo iż to nie było pytanie, jego wzrok jakby żądał odpowiedzi.
 – Dość sporo – wybękotała, uciekając wzrokiem gdzieś nad głową olbrzyma.
 Hugo podniósł się, cały czas przyglądając się młodej szermierce.
 – Chciałbym... – tutaj urwał, Carolyn popatrzyła na niego. Wiedziała co powie, ale czekała na resztę zdania.
 – Chciałbym abyś...
 – Nikomu nic nie powiem – szybko mu przerwała.
 Hugo dziwnie na nią spojrzał, zaraz jednak zaprzeczył głową
 – To też, lecz nie w tej chwili – dziewczyna, skupiła teraz całą swoją uwagę na nim. 
 "Jeśli nie o to chodziło, to o co?" – pomyślała. 
 – Chciałbym abyś, jakoś go zatrzymała – powiedział.
 Zamrugała oczami. Nie tego się spodziewała. Raczej jakiegoś oskarżenia, że nazwie ją szpiegiem lub czymś takim. 
 – Hugo, chyba cię nie rozumiem.
 – Proszę cię byś spróbowała go zatrzymać w tej wiosce. Chociaż na parę dni.
 – Ale dlaczego? Jeśli chce wyjechać, to czemu mam go zatrzymać? 
 – Powiedzmy że bardzo mi zależy, żeby Edward mógł się oprzytomnieć i odwlec, chociaż na moment, nieuniknione... 
 – Hugo, słyszałam co mówiliście. O czyichś wizjach i jakimś niebezpieczeństwie. Powiedz mi o co chodzi?
 Mężczyzna już otwierał usta by coś powiedzieć, lecz zaraz je zamknął.
 – Powiedzmy, że mam teraz związane ręce – przyznał się po chwili.
 Carolyn popatrzyła ze zdziwieniem, to na Hugo, to na drzwi.
 – Co, tam się stało? – zapytała chcąc zmienić temat
 – O tym nie możemy rozmawiać tutaj, ani teraz, rozumiesz? – kiwnęła lekko głową.
 Zza drzwi dało się słyszeć huk. Chwilę potem głuche uderzenia. Hugo przez chwilę szarpał się z drzwiami. Gdy je otworzył we wnętrzu nie było nikogo, a na podłodze, Carolyn dostrzegła, kilka dużych kropel krwi. 
  – Edward! – krzyknął Hugo, wbiegając do środka. – Nicole!?
 Carolyn obejrzała się na mężczyznę. W środku, Hugo zaczął rozglądać się dookoła i sprawdzać każdy kąt.
 – Nicole!
 – Hugo kogo ty wołasz? – zapytała go Carolyn. 
 Ale on jej nie słuchał, pobiegł szybko na górę. Carolyn weszła do środka i rozejrzała się po pokoju. Był to dość obszerny pokój, choć słabo umeblowany. Ledwie kilka krzeseł stało porozrzucanych pod ścianą, jakaś wywrócona szafka leżała na ziemi. Stół został przepołowiony, jedna jego część znajdowała się pod oknem, po prawej stronie drzwi wejściowych.
 Słyszała szybkie, ciężkie kroki Hugo i tego jak nawołuje jakąś Nicole. To nie wszystko. Między tym zgiełkiem, miała wrażenie że słyszy muzykę. Wsłuchała się w cichutkie dziecięce nucenie starej melodyjki którą, nawet Carolyn pamiętała.
 Dźwięk dobiegał za drzwiami komórki pod schodami. Podeszła bliżej i otworzyła szeroko drzwi. W wygodnie urządzonej komórce, na prowizorycznym łóżku ze zwierzęcych futer, siedziała kilkuletnia dziewczynka. Miała krótkie kasztanowe włosy i bardzo chude rączki, którymi kołysała małą szmacianą laleczkę, nucąc jej do snu. 
 – Cześć, jesteś Nicole, prawda? – zapytała się Carolyn, dziewczynki. – Hugo, chyba ją znalazłam! 
 W górze cały czas było słychać jak Hugo hałasuje, przewracając meble na ziemię. 
 – Hugo, znalazłam... 
 – Uciekajcie! – usłyszała przytłumiony okrzyk mężczyzny. 
 Zaraz potem głuchy huk, jakby coś dużego i ciężkiego spadło na podłogę. Dwie sekundy później, strop zawalił się na parter, a wraz z nim Hugo trzymającego w uścisku wielkiego owada. Wielka ważka wiła się i wyginała, próbując uwolnić się ze stalowego uścisku Hugo.
 Carolyn skierowała rękę w miejsce przy pasku, gdzie powinna znajdować się rękojeść jej rapiera. Dłoń szermierki napotkała pustą przestrzeń, przypomniała sobie, że nie miała broni, gdy się obudziła. 
 Ważka tymczasem uwolniła się z kleszczy i wgniotła Hugo głębiej w posadzkę. Carolyn chwyciła deskę z podłogi. Zadała cios kantem deski w kark bestii z taką siłą że ta rozbiła się w drzazgi. 
 Stwór nawet nie zadrżał. Silnym ogonem uderzył Carolyn. Dziewczyna poleciała na ścianę i odbiła się od niej, wniecając tuman kurzu i padając, obolała na ziemię. Usłyszała krzyk. Spojrzała w stronę schodów. Nicole patrzyła ze strachem jak ogromny owad zbliża się do niej. Jedną kończyną zabrał dywan z dzika i używając go jak płachty, owinął ją wokół Nicole. 
 – Zostaw ją! – krzyknęła Carolyn, gwałtownie wstając. 
 Nagle między nią a monstrum pojawiło się przejście. Korytarz w kształcie elipsy, wypełniony kolorami. Ważka zniknęła w korytarzu. Nim Carolyn otrzasnęła się ze zdziwienia, portal jak nagle się pojawił tak znikł, zabierając stwora i dziewczynkę w nieznane miejsce. 
 – Panienko Carolyn? – usłyszała słaby głos Hugo i zobaczyła jak jego ręka, wystaje za krawędź posadzki.
 Podbiegła do krawędzi i chwyciła jego dłoń. Olbrzym pokazał się cały zakurzony i z kilkoma sińcami na twarzy. 
 – Gdzie ona jest? 
  – Hugo, nic nie mogłam zrobić... 
  – Zabrał ją?!– wrzasnął Hugo. 
 Carolyn spuściła wzrok, poczuła się winna że nie zatrzymała potwora.
  – Przepraszam – powiedział mężczyzna, delikatnie ujmując dłoń Carolyn. – Nie mogę winić ciebie, to coś zaskoczyło również mnie. 
 Dziewczyna popatrzyła na niego niepewnie. 
 – Carolyn, powinnaś się dowiedzieć kim jest ta mała oraz na jak dużej, kupie łajna się znaleźliśmy.
  – Co z tym chłopakiem? Czy on też jest w to zamieszany? – czuła jak wyschło jej w ustach, a wargi skleiły się z sobą. 
  – On, moja droga przyjaciółko – Hugo mówił powoli, prawie literując. – Edward ma najbardziej przesrane...
CDN...
"Ja nie boję się ciemności. Boję się swojej wyobraźni..."
Nieznany Autor. 

"Zombie najszybciej pozbyć się kulą pistoletu. Rozłupanie głowy toporem jest zabawniesze."
DjDanceCore. 
Odpowiedz
#10
(01-03-2016, 17:00)DjDanceCore napisał(a):  Drewniane łóżko, kilkakrotnie złamane w nogach, stało w rogu przy zasłoniętym,(zbędny przecinek) szarą zasłoną,(zbędny przecinek) oknie.

Poobijany i poplamiony stół(zbędny przecinek – po co przecinek między podmiotem a orzeczeniem?) stał naprzeciwko łóżka. Przy nim stało wygięte rdzawe krzesło. Na stole znajdowały się narzędzia, smary, czujniki, procesory i (zbędna spacja) ...

– Moje rękawice – ze zdziwieniem powiedziała Viktoria. 

– Ale kto?(spacja)– zapytała, gdy zobaczyła, że jej rękawice są naprawione i wyczyszczone.(od nowej linijki)Rozejrzała się jeszcze raz po pokoju. 

Była w różnych sytuacjach i u różnych ludzi i(w) ich "mieszkaniach". Jednak to miejsce miało bardzo spokojną aurę, (za dużo spacji) jakąś miłą tajemnicę. 

Podeszła do okna(przecinek)  a gdy je odsłoniła, zobaczyła tylko pustą, zabitą dechami, (zbędny przecinek) ramę. Wróciła więc do stołu po swoje rękawice. Nad stołem wisiało pęknięte lustro, gdy się w nim ujrzała (przecinek) zaparło jej wdech.

Lewe oko było nadpuchnięte(podpuchnięte) i zmieniało kolor z zielonego na śliwkowy. (Napisałabym to inaczej, bo wychodzi teraz tak, jakby to tęczówka zmieniała kolor, a mowa, jak sądzę, o siniaku)

Zobaczyła, że trzeci guzik od dołu jej ozdobnego gorsetu jest(był – czas narracji utrzymuje się raczej ten sam) niedopięty. Już miała go zapiąć, ale zamiast tego rozchyliła lekko zapięcie i zobaczyła(zbędny przecinek)  że jej brzuch jest (jak wyżej) opatrzony bandażem. 

– Jeśli ten ktoś – warknęła, zapinając guzik.(zbędna kropka) – W(w – to wciąż to samo zdanie)sadził rękę tam, gdzie nie trzeba(przecinek)  to skręcę komuś kark.

Usztywniła paski przy nadgarstkach i trzy razy zacisnęła dłonie w pięści. Gdy trzeci raz rozprostowała dłonie, z rękawic wydobył się cichy dźwięk buczenia transformatora, diody zaczęły świecić. Zdziwiło Viktorię to, (że) gdy uruchomiła źródło zasilania, rękawice nagle straciły na wadze, jakby w ogóle ich nie miała. 

Cicho podeszła do drzwi i przystawiając ucho do futryny (przecinek) nasłuchiwała. Gdzieś na zewnątrz rozległ (się) kolejny stukot, a zaraz po nim ciche szybkie kroki (przecinek) który(e) zagłuszył,(zbędny przecinek) trzask zamykanych drzwi. Victoria ostrożnie otworzyła drzwi i weszła do długiego i niskiego korytarza. Po prawej stronie znajdował się szereg innych drzwi (przecinek) a,(zbędny przecinek) po lewej kręte schody prowadzące w dół. Kolejny stukot rozległ się za drzwiami z samego końca korytarza.

 – Lukas(przecinek) zostaw go! – powiedział cichy głos.
 – Za zdradę swego ludu, (zbędny przecinek)skazuje(ę) ciebie(cię) na śmierć! – odpowiedział mu drugi.

Jej oczom ukazały się przerażone dzieci (przecinek) które, (zbędny przecinek)zaczęły uciekać z krzykiem. Dziewczyna stała jak wryta w ziemię(zbędne)[b](przecinek)[/b] starając się zrozumieć, jak tu się znalazła.

 – Edward!(spacja)– krzyczały dzieci(przecinek) zbiegając na dół.

Był ubrany w szarą bluzę z kapturem, na rękach miał założone(zbędne) czarne rękawice ochronne. W jednej ręce trzymał świetlówke(ę). Młodzieniec spojrzał na Viktorie(ę) za(zza) gogli ochronnych.

 – Mam nadzieję, że już lepiej się czujesz(kropka) – Odłożył świetlówkę (przecinek)stawiając ją przy ścianie. 

Później ściągną(–ął) z głowy kaptur i gogle

Jego długie włosy były z długą ciemną strzałką, ze srebrnymi paskami, które zasłaniało lewe oko. (To zdanie to potwór, wybacz. Kompletnie nie wiem, o co chodzi z włosami ze strzałką i srebrnymi paskami. "Które" zupełnie nie pasuje do ani jednego, ani drugiego – no po prostu nie do ogarnięcia) Chłopak miał lekko zapadniente(zapadnięte) powieki(przecinek) co świadczyło o nieprzespanych nocach. (Nie wiem, jak miałyby wyglądać zapadnięte powieki. Jak dla mnie o zmęczeniu świadczą podpuchnięte powieki albo worki pod oczami, a nie żadne zapadnięte powieki).

Skineła(–ęła) mu głową. 

– Kim jesteś? I gdzie ja jestem? – Z(z)apytała go, chrząkając uprzednio. 

– Nazywam się Edward –(spacja)odpowiedział (przecinek)prostując się. – Witaj w domu dziecka "Gniazdko". 

Victoria (przecinek)trochę onieśmielona szczerym przywitaniem, szybko sobie przypomniała (przecinek)że nie może(nie mogła) tracić czasu na wyjaśnienia. 

 – Chodź. Zjedz z nami kolację, będzie nam miło – powiedział do niej Edward, przesuwając się(przecinek) by zrobić jej miejsce. 

Za(Zza) uchylonych drzwi spoglądały na nią oczka przestraszonych dzieci. Zeszła po schodach do dużej jadalni.

 – A dlaczego nie wyrzucisz tej pani? – zapytała chłopaka, (zbędny przecinek)w górze jakaś dziewczynka. (Zapytała chłopaka w górze? Nie ogarniam tego zdania).

Edward przyklękną(–ął – tego typu literówki pojawiają się u ciebie nagminnie) przy nim i powiedział:

 – Tak, ale dopóki się tym (nie) zajmę, ty i Lukas będziecie musieli spać z Michael'em(Michaelem) i Gordon'em(Gordonem). Dlatego zaraz po kolacji,(zbędny przecinek) przeniesiemy wasze łóżka do ich pokoju.

Edward zaś skierował swoje kroki do kuchni, jeśli można by (zbędne) było ją tak nazwać.

A była to tylko stara komoda przerobiona na stół do przygotowania posiłków oraz stary kamienny piec. Na ruszcie pieca był zawieszony duży kociołek, w nim gotowała się jakaś zupa.

 – Słuchaj, chciałbym Ci(ci – zaimki z małej litery, to nie jest list) podziękować za (zbędna spacja)...

 – Możemy pogadać po kolacji? Wiem, że pewnie masz sporo do zrobienia, ale głodna nigdzie nie pójdziesz – powiedział, wchodząc jej w zdanie(słowo) i chwytając(chwyciwszy) ciężki kocioł, zaniósł go na stół. (A teraz nagle nie przeszkadza mu, że musi nieść go sam, mimo że wcześniej prosił o pomoc. I jeszcze wygląda na to, że nie sprawia mu to żadnych trudności).

 – Nie rozumiesz – ciągnęła dalej (przecinek)idąc za nim. – Ja naprawdę nie mam czasu.

Edward, (zbędny przecinek)błyskawicznie przytkną(ął) swoją (zbędne – cudzej by raczej nie używał) dłoń do jej ust. Zaskoczona Viktoria zamachnęła się na niego, ale on podniósł tylko palec do ust.

 – Wiem (przecinek)co się stało – szepnął. 

– Tak, widziałem(przecinek) jak o mały włos nie zginęłaś – kontynuował Edward. – Wyciągnąłem ciebie(cię),(zbędny przecinek) z tego(przecinek)co zostało z administracji i przeprowadziłem tutaj.

(akapit)Viktoria pokiwała głową, a chłopak zdjął dłoń z jej ust. 

Pilnował (przecinek) aby wszyscy zjedli swój posiłek do końca. 

Victoria czekała w jadalni, wciąż przytłoczona wydarzeniami (przecinek) które miały miejsce na dachu, dziwnym koszmarem oraz jej pojawieniem się w tym domu. Ale czekała(przecinek) aby Edward mógł dowiedzieć się więcej o jej położeniu. (To średnio sensowne zdanie jak dla mnie albo po prostu źle zbudowane. Czekała, aby opowiedzieć mu, jak się czuje? Jak dla mnie czekała, aby dowiedzieć się czegoś o porwanej – to już jest solidne wyjaśnienie).

Dziewczyna piła herbatę, gdy poczuła się obserwowana, odwróciła się i zobaczyła małą dziewczynkę. (Niezwykle oględny opis moim zdaniem – według mnie można by spokojnie poświęcić tutaj więcej czasu).

Viktoria poczuła mimowolny przymus(Skoro poczuła przymus, to jasne, że nie był to przymus z jej woli), powoli podniosła prawą rękę i złapała dziewczynkę za delikatnie drżącą dłoń. 

 Zobaczyła Pyper. Viktoria (Hę? Opanowała bilokację czy co?) siedziała związana naprzeciwko niej. Nie mogła się ruszyć.

– Czas goni nas, czas goni nas –(spacja)powiedziała Pyper w swoim uśmieszku(ze swoim uśmieszkiem/uśmiechając się. Twoje to źle brzmiące sformułowanie, które już raz albo dwa poprawiałam – a nie lubię się powtarzać), bujając się w przód i tył, (zbędny przecinek) na dużym wahadle. Znajdowały się, (zbędny przecinek)najprawdopodobnie(-niej) w mechanizmie dużego zegara. 

Na górze było sporej ilości i wielkości przekładni i kół zębatych powoli poruszających się między sobą. (To źle skonstruowane, proponuję: na górze było bardzo wiele/gęsto było od/roiło się od różnej wielkości przekładni i kół zębatych(...))

Wstała z wahadła, zeskoczyła na ziemię (Jak dla mnie albo to, albo to – w tym przypadku oba znaczą dokładnie tę samą czynność – przy czym lepsze jest drugie) i zbliżyła się, (zbędny przecinek)do dużego witraża w tarczy zegara.

 – Nadchodzą – szeptała, patrząc otepiałym(otępiałym) wzrokiem w kolorowe szkło.(spacja)– Nadejdzie czas naszej ziemi. Kiedy księżyc przejdzie w nów, upiór rozbije swą latarnie(ę). A więźniom da pracy w brud. W Wyjącej Otchłani otworzy się przejście. A światem będzie rządzić cień. Strażnik rozpali światło, a wrogowie złączą się w jedno. Cienia już niezapomni nikt(kropka) – g(G)dy skończyła mówić, spojrzała na Viktorię. 

 – I wszyscy spłoniemy w mroku! –(spacja) wykrzykneła(–ęła) aż echo rozniosło się po korytarzach. 

Victoria patrzyła na małą dziewczynkę, która odsuneła(–ęła) się od niej aż pod ścianę. Ze schodów zszedł Edward, widząc zaistniałą sytuację, spojrzał na dziewczynkę i Viktorie(ę)

– Co jej pokazałaś!? – zapytał dziewczynkę.(spacja)– Nicole!?

(akapit)Nicole upadła na ziemię, chwile(ę) potem dostała drgawek. 

 – Co mogę zrobić? – zapytała go Victoria, przerażona sytuacją.(spacja)– Edward! Co mam robić?

Nie odpowiedzał(odpowiedział). Sytuacja stawała się coraz gorsza, Nicole krztusiła się.(się krztusiła)

 – Odsuń się! – powiedział do niej Edward. Dziewczyna, słysząc ton jego głosu, odsuneła(–ęła) się za stół (przecinek)cały czas czuwając do szybkiej reakcji. (cały czas spięta/gotowa do szybkiej reakcji)

– Przepraszam, ale to dla twojego dobra – powiedział do dziewczynki i ściągną(ął) z lewej ręki jedną z rękawic. Viktoria patrzyła teraz,(zbędny przecinek) szeroko otwartymi oczyma na mechaniczną protezę zamiast ludzkiej dłoni(przecinek) która pobłyskiwała na żółto pod pancerzem.

Świetlówki zamrugały nierówno i po chwili przygasły, ogarniając pokój w półmroku(spowijając pokój półmrokiem)

Ze szpary między dłonią Edwarda,(zbędny przecinek) a twarzą małej pojawił się złoty rozbłysk. Poświata świeciła kilka sekund(przecinek) po czym zgasła. 

 – Viktorio (przecinek)zanieś ją proszę do jej pokoju. Tam – powiedział Edward, wskazując na drzwi po przeciwnej stronie stołu. 

Zaczął kaszleć i chwilę później padł na ziemię, (zbędny przecinek)bez przytomności. 

Zaniosła ją do miejsca (przecinek)które wskazał jej Edward. Z ostrożnością, jakby trzymała bardzo nikły płomień świecy, położyła Nicole na łóżku (przecinek)następnie wróciła do młodzieńca. 

(akapit)Kilka minut później, Edward odzyskał przytomność. 

– Co ona ci pokazała?(spacja)– zapytał się (zbędne) Viktorii(Vic/ktorię)(przecinek) próbując wstać.

 Dziewczyna pomogła mu się podnieść i usiąść na krześle. Podała mu kubek z herbatą i usiadła naprzeciwko niego i po chwili zastanowienia, (zbędny przecinek)powiedziała mu swoją historię, oraz co widziała i słyszała. (Bez obrazy, ale ich zachowanie jest dla mnie totalnie z czapy. Pomijam już fakt, że bohaterka niewiarygodnie łatwo dała mu się przekonać do spokojnego czekania, aż łaskawie zjedzą obiadek, ale teraz facet padł na ziemię, a ona po posadzeniu go, zamiast spytać, czy już w porządku i kim w ogóle jest, zaczyna mu opowiadać historię swojego życia. Nope, nadnaturalne umiejętności przejdą, ale coś takiego nie).

– Edwardzie? – c(C )hłopak skierował na nią swój wzrok. 

(akapit) Viktoria nie wiedziała (przecinek)czy ma też opowiedzieć mu o swoim śnie. Nie była pewna(przecinek)czy chce zawracać mu głowę błachostkami(błaHostkami)
Pierwsza część poprawek do drugiego fragmentu. Druga część pojawi się w kolejnym poście, kiedy wreszcie się z nią uporam. Ten fragment jest tak długi, że SAME POPRAWKI, w dodatku niecałe, do niego przekroczyły limit znaków. SAME POPRAWKI, bez mojego komentarza do tekstu. Naprawdę nie wiem, jak to skomentować. Ale mam nadzieję, że to mówi samo za siebie.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Rozmowy ze Śmiercią – współczesne fantasy. Mikado1502 4 1,715 18-11-2015, 17:27
Ostatni post: Vetala
  Sci-Fi Światło w Ciemności Amethis 7 3,616 20-04-2013, 15:07
Ostatni post: StuGraMP

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości