Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Przygodowe Afgańskie dni
#1
Stary, pordzewiały samolot wytracał prędkość na betonowej płycie lotniska. Deszczowy szaro–stalowy pejzaż lądowiska widziany przez lotniczy bulaj ucieszył trzydziestosiedmioletniego mężczyznę, który w odróżnieniu od reszty współpasażerów od dobrych dwóch miesięcy marzył o zmianie klimatu na ten trochę chłodniejszy i bardziej deszczowy.                
Ostatnie pół roku spędził na pokładzie dużego statku przewożącego ropę z afrykańskiego kontynentu do Europy Zachodniej. Dlatego też wizja spędzenia dwutygodniowego urlopu z dala od upału, słońca i tej niepowtarzalnej aury charakterystycznej dla Czarnego Lądu była dla niego czyś niezwykle radosnym. A dżibutyjskie linie lotnicze odlatujące spod Mogadiszu na londyńskie Gatwick ułatwiły wybór miejsca do wypoczynku.
W sumie nie potrzebował wiele by się zrelaksować. Wystarczył mu jego ulubiony Guinness, towarzystwo młodej dziewczyny, być może Polki mającej ochotę spędzić tych kilka dni z doświadczonym przez życie mężczyzną, mającym tak wiele tajemnic w swojej historii, które ona będzie mogła odkrywać, i już będzie dobrze. 
Uśmiechnął się z zadowoleniem do tych planów i jako pierwszy opuścił, pokład chcąc jak najdłużej cieszyć się wolnością. Sprężystym krokiem ruszył do autobusu. Nie zważając na znudzone, pełne pogardy spojrzenie młodego kierowcy z kruczoczarnym irokezem wyciętym wzdłuż czaszki, usiadł na tyle pojazdu tuż przy oknie. Z kieszeni czarnej kurtki m65 wyjął wstrząsoodpornego smartphone’a, podpiął do niego tanie słuchawki i wkładając je do uszu, wyłączył tryb samolotowy.
Chwilę później telefon zawibrował parokrotnie, po czym jego właściciel uruchomił folder zawierający jego ulubioną muzykę i odpalił pierwszy w kolejności utwór. Wpatrując się w duży ekran, zaczął przeglądać zalegające e-maile oraz esemesy. Matka, szef, były szef, równie była dziewczyna poznana prawie rok temu w Dallas. Jednym słowem nic na tyle ważnego, by odpisywać właśnie teraz. Właściwie śmieszyło go, że inteligentna kobieta, jaką bez wątpienia była ta sierżant U.S. Army, nie może pojąć, iż stała się jedynie cynicznym mrugnięciem przeszłości.
Kiedyś bardzo dawno temu obiecał sobie, że nie zwiąże się z nikim, że tylko armia będzie mu dziewczyną, narzeczoną oraz żoną, a reszta kobiet stanowić będzie jedynie dodatek, tak by w wypadku ewentualnego zgonu nie pozostawiać po sobie zbyt wielu opłakujących go ludzi. Już po pierwszym roku zawodowej służby wojskowej zrozumiał, iż to ona zawsze będzie na pierwszym miejscu, ponieważ jeśli raz podpisało się kontrakt, należało wypełniać go bezwarunkowo albo zerwać i szukać lepszego życia w cywilu. A tam nie widział dla siebie perspektyw, więc również dlatego uciekał przed stałymi związkami, tłumacząc sobie, że tak będzie lepiej. Jednak lepiej nie było, ciągle brakowało mu kogoś, dla kogo chciałby wracać do domu. Żył więc chwilą, wdając się w krótkotrwałe romanse, i coraz częściej wyjeżdżał na misje wojskowe do krajów zapomnianych przez boga i ludzi. Gdy rozstał się z armią, nadal wyjeżdżał tym, razem pracując dla prywatnej firmy militarnej za znacznie większe pieniądze. Wolny czas, jaki miał do swojej dyspozycji pomiędzy poszczególnymi kontraktami, spędzał przeważnie w taki sposób, w jaki sobie dziś zaplanował.
Chciał szybko zrealizować koncept, więc kilkoma uderzeniami palca usunął wiadomość od Amerykanki, po czym odczekując swoje w kolejce do wyjścia, sprężystym krokiem ruszył w stronę drzwi prowadzących do terminala. Kiedy w końcu znalazł się w środku, poczuł, iż różnojęzyczny tłum niesie go wprost do stanowiska kontroli.
— Witamy w Londynie — zagaiła czarnoskóra funkcjonariuszka przed trzydziestką, uśmiechając się szeroko. — Poproszę o jakiś dokument tożsamości, a bagaż proszę położyć na taśmę i wyjąć wszystkie metalowe rzeczy.
— Proszę bardzo — odpowiedział, wręczając jej niewielką, czerwoną książeczkę ze złotym orłem na okładce wyciągniętą z wewnętrznej kieszeni kurtki oraz wykonując resztę poleceń.
— Panie Liii… Leee… Ledżutko — wysylabizowała z trudem. — Czy posiada pan coś, o czym chciałby mnie pan poinformować? Broń, narkotyki, materiały wybuchowe? — Mężczyzna zaśmiał się rozbawiony tym pytaniem.
— Już to widzę, jak terrorysta przyznaje się do posiadania bomby — skonstatował ironicznie, a głośno tonem spokojnym, prawie przyjacielskim, oświadczył. — Tak, posiadam Sig Sauera P226.
Chociaż niewysoki szatyn stojący przed nią nie należał do osób szczególnie umięśnionych, a z jego twarzy nie dało się odczytać żadnych negatywnych emocji, to to, co zakomunikował, sprawiło, że kobieta pobladła i nerwowo sięgnęła do małej krótkofalówki przytroczonej do prawego barku. Przez kilkanaście sekund meldowała stanowczym, lekko podenerwowanym głosem o zaistniałej sytuacji, a następnie poinformowała petenta już bez zwyczajowego uśmiechu:
— Proszę zachować spokój i iść za moim kolegą.
— Jasne — zgodził się bez wahania, ruszając za młodym mężczyzną o oliwkowej karnacji i dwudniowym, kruczoczarnym zarostem. Przeszli do pokoju lotniskowej ochrony odprowadzani przez kilkadziesiąt par oczu, nie odzywając się do siebie ani słowem. W końcu nie mieli o czym rozmawiać – dla szatyna o niemożliwym do wymówienia nazwisku sytuacja była już bardzo dobrze znana i nudna, a brunet wyglądał jak wystraszone dziecko oczekujące najgorszego.
Pierwszy bez pytania o zgodę usiadł na niewygodnym plastikowym krześle przy poznaczonym śladami kawy stoliku, zaplatając ręce na piersi w nonszalanckim geście. Drugi stanął pod ścianą w bezpiecznej odległości od podejrzanego i tak oczekiwali na przybycie policjanta z Metropolitan Police Service. Jednakże ten nie nadchodził przez pierwszy kwadrans, dzięki czemu napięcie między dwoma samcami opadło i teraz obaj wykazywali przejawy znudzenia.
Zdenerwowany przedłużającym się oczekiwaniem Legutko już po raz czwarty wybijał opuszkami palców werblowe tremolo na szarym blacie z dykty, gdy drzwi w końcu się otworzyły. Stanął w nich niewysoki, rudy mężczyzna o nalanej twarzy z głęboko osadzonymi, szarymi oczami i dużym mięśniem piwnym znacznie wystającym nad pasek służbowych spodni.
— Metropolitan Police Service — rozpoczął prezentację, rzucając na blat stos kartek spiętych zszywkami. — Superintendent Rian Mcdougall. Panie Robercie. — Tym razem funkcjonariusz nie bawił się w wymawianie polskiego nazwiska. — Zostałem ściągnięty tutaj z powodu posiadanej przez pana broni palnej, dlatego też chciałbym zadać panu kilka pytań, zgadza się pan?
— Oczywiście.
— W takim razie zacznijmy oficjalnie. Czy to są pana dane personalne? — Wskazał palcem dane wydrukowane na jednej z kartek.
— Tak.
— Czy przyznaje pan, że był pan żołnierzem Wojska Polskiego?
— W stopniu chorążego, jednostki podać nie mogę, tajemnica wojskowa. Uprzedzając kolejne pytanie, tak, przyleciałem tu dżibutyjskimi liniami lotniczymi z Somali. Nie, nie należę do żadnej — na ostatnie słowo położył szczególny akcent, by nadać mu większe znaczenie — ekstremistycznej organizacji, nie wyznaję też tej — znowu wyraźna emfaza — religii. Jestem po prostu żołnierzem kontraktowym firmy Armour Private Security Contractors i w tamtym rejonie świata wykonywałem powierzone mi kontraktem obowiązki. — Zakończył z triumfalnym uśmiechem, widząc, jak Irlandczyk omiata go zdziwionym spojrzeniem małych oczu.
Policjant został brutalnie wybity z koncepcji tej rozmowy. To on miał dyktować warunki. Miał zadawać pytania, a tamten jedynie udzielać odpowiedzi. Tymczasem były żołnierz w kilku zdaniach poinformował o niemal wszystkim, co chciał wiedzieć. Znaczyło to tylko tyle, że uczestniczył już w takich przesłuchaniach i może być znacznie twardszym przeciwnikiem niż przypuszczał obserwując go przez lustro weneckie wkomponowane w ścianę naprzeciwko przesłuchiwanego. Myślał chwilę nad nową strategią, następnie oparł się rękami o wątły stolik, obniżył sylwetkę tak by móc spojrzeć w oczy byłego wojskowego, i ruszył do ataku przyjaznym dyszkantem:
— Ależ nikt pana o terroryzm nie podejrzewa…
— Hmm… — mruknął cynicznie komandos.
— Proszę mi w takim razie powiedzieć czy pozwolenie na broń numer 74589SM należy do pana?
— Niestety nie mam pamięci do cyfr, ale… —  Wyjął z kieszeni brązowy skórzany portfel, a z niego mały, plastikowy prostokąt i odczytał: — 74589SM. Dokładnie tak, to pozwolenie jest wystawione dla mnie. Tutaj ma pan jeszcze kwit poświadczający moje zatrudnienie w Armour PSC — wyciągnął kolejny prostokąt tym razem będący złożoną kartką formatu A4. 
— W takim razie jak wytłumaczy pan fakt, że pozwolenie wystawione zostało na austriackiego Glocka model 17 o numerze 456S87CD, a jak poinformował mnie szef lotniska, pan przyznał się do posiadania szwajcarskiego Sig Sauera P226? — zagadnął, uśmiechając się chytrze, wiedząc, że cios sprawnie minął gardę.
— Bardzo łatwo — zaczął, wypuszczając głośno powietrze z płuc. — Glock jest moją bronią służbową, że tak to ujmę. Pistolet ten zapewnili mi mocodawcy, a Szwajcar jest moim zupełnie prywatnym nabytkiem. Na niego też mam licencję, tyle że polską — kontynuował, wyciągając z portfela kolejny świstek. — A tu ma pan klamkę, gdyby chciał pan sprawdzić numery — zakończył, wyjmując z kabury na pasku spodni rzeczony przedmiot. Widząc przerażenie na twarzy przesłuchującego, uśmiechnął się wesoło, a następnie chwycił za zamek, przeładował i postawił niewielki walec o pomarańczowo–brązowym łebku na stoliku tuż przy swoim nabytku.
— To nie odebraliście mu broni?! — warknął funkcjonariusz w stronę młodszego kolegi z lotniskowej straży.
— Sir… — Śniadolicy ewidentnie chciał podjąć próbę obrony, lecz rudowłosy teraz oparty o konsoletę lotniskowego monitoringu przerwał mu rozwścieczonym syknięciem:
— Fuck, fuck, fuck… przecież to podstawa waszego elementarza! — Chorąży rezerwy Robert Legutko z narastającym rozbawieniem słuchał tej połajanki, jednak, gdy śledczy ruszył od panelu sterującego w jego stronę kładąc mu po chwili dłonie na barkach, spojrzał na niego pogardliwie i niedbale strząsnął ręce ze swoich ramion. — No to masz Polaczku, przejebane! — zagroził wyspiarz, ocierając twarz chusteczką higieniczną. — Wiesz, że te wasze pozwolenie nie jest honorowane w Zjednoczonym Królestwie?!  
— Wiem… — bąknął były żołnierz Wojsk Specjalnych, dopiero teraz czując, iż tym razem może być naprawdę źle, jeśli zaraz nie zjawi się ktoś z firmy.
Kiedy tylko myśl ta rozbrzmiała w jego głowie, drzwi oddzielające ich od lotniskowego tumultu otworzyły się bez głośnie i do pomieszczenia wszedł czterdziestopięcioletni mężczyzna o typowo angielskiej urodzie. Po za typowo brytyjskim licem osobnik był zupełnie nietuzinkowy. Długie, smolistoczarne włosy spięte były w koński ogon i podgolone na bokach. Rozłożystą klatkę piersiową okrywał t-shirt z podobizną Boba Marleya, a na ten narzucona została skórzana kurtka od kombinezonu motocyklowego. Nogi zaś okrywały beżowe bojówki i buty US Marines. Przybysz bez słowa podszedł do wypytującego, przybił z nim piątkę i chwytając go w objęcia, przywitał się z nim po żołniersku:
— Czołem, panie majorze!
— Cześć, poruczniku — odchrząknął zaskoczony grubas, a gdy w końcu ochłonął, zagaił: — Co ty tu robisz?! Myślałem, że robisz w ochronie jakiegoś milionera, co?!
— Nie, no teraz już nie biegam za idiotami przynajmniej za tymi bogatymi — zaprzeczył wesoło, siadając na rogu stolika, który zaskrzypiał niebezpiecznie. — Przyszedłem tu po tego. — wypowiadając te słowa, odruchowo spojrzał na spoczywającego na krześle szatyna o słowiańskich rysach.
— Nie mogę go wypuścić — zanegował major, nim jego kolega zdążył wyartykułować prośbę. — Nielegalnie wwiózł na teren Królestwa broń palną z terenów o podwyższonym zagrożeniu terrorystycznym. Jeśli kogoś z tego gnata, zabije media mnie zlinczują.  
— On zabije?! Proszę cię…
— Smith, możecie już wracać do pracy, dam sobie radę sam — oznajmił grzecznie, lecz stanowczo Mcdougall. Widząc, że ochroniarz otwiera usta, by coś powiedzieć, zmierzył go piorunującym spojrzeniem, co sprawiło, że młody Hindus zamknął rozchylone wargi i bez słowa ruszył w kierunku drzwi. Gdy w końcu oddalił się na tyle, by pozostali w pomieszczeniu dżentelmeni mogli swobodnie rozmawiać, Raian nachylił się w kierunku byłego towarzysza broni i konfidencjonalnym tonem wyszeptał: — Za to, co zrobiłeś dla mnie wtedy w Iraku, chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć, ale tych kilka lat pracy w londyńskiej policji nauczyło mnie, by nie ufać ludziom. Wiesz, według jednych wzorowy mąż, ojciec i syna, a jak się mu człowiek lepiej przyjrzał okazywało się, że szlachtował prostytutki albo coś w tym stylu.
— Rai, ja rozumiem twoje obawy, ale chłopak ma pozwolenie na tego Sig Sauera, tyle że polskie — wyjaśniał ojcowskim tonem czterdziestopięciolatek. — Ma także nasze pozwolenie, lecz na Glocka, czyli jest normalny, skoro dostał w dwóch różnych krajach papiery na broń palną. Do tego badała go też nasza psycholog i nie stwierdziła żadnych odchyleń, więc za jego zdrowie psychiczne gwarantuje.
— Załóżmy, że się zgodzę, ale zostaje jeszcze problem Smitha i Bergman.
— Zawołaj ich, wezmę to na siebie. A ty — zwrócił się władczym tonem do polskiego wojaka — wypierdalaj i czekaj na mnie przed terminalem przy postoju taksówek!
— Zrozumiałem, wykonuję! — potwierdził beznamiętnie trzydziestosiedmiolatek, chowając przedmiot swoich kłopotów w kaburze i znikając za drzwiami.
Piętnaście minut i jeden papieros później przeszklona tafla oddzielająca zabudowania portu lotniczego od skąpanego w strugach deszczu parkingu rozsunęła się z elektrycznym piskiem, wypuszczając na zewnątrz kilkadziesiąt osób. Z licznego tłumu oderwał się były żołnierz SAS porucznik Gregory Ward i przystanął, poszukując wzrokiem podwładnego znad Wisły. Gdy wreszcie go dostrzegł, ten właśnie zmierzał w jego kierunku, po drodze gasząc kiepa w popielniczce.
— Czy ty, do jasnej cholery, zawsze musisz być taki uparty?! — zbeształ go na wstępie Ward, a gdy ten w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami i uśmiechną się przepraszająco, nachylił się do jego ucha, kontynuując szeptem: — Tym razem się udało, ale to już czwarty taki numer od początku twojej pracy dla nas. Przestań się w końcu wygłupiać i zacznij nosić tego pieprzonego Glocka, bo następnym razem może nie być tak przyjemnie jak dziś!
— Ojjjjj przestań… już dawno obiecaliście mi wyrobienie pozwolenia na mojego 226, i co?
— To ty przestań zachowywać się jak baba! — żachnął się emerytowany porucznik, nie przejmując się już mijającymi ich ludźmi. — Co ty w ogóle masz do Austriaków? Przecież to najnowszy model, niemal prosto z fabryki, a ty dalej swoje! 
— Już ci kiedyś opowiadałem, dlaczego mam taki uraz do tego producenta. Nie chcę o tym więcej gadać!
— Dzieciak! — zripostował lakonicznie Greg, po czym z rozzłoszczoną minął odwrócił się, ruszając w stronę stojącego nieopodal TX4. Zastukał w szybę, a gdy ta zjechała w dół i w środku auta dostrzegł niemłodego już mężczyznę w tweedowym garniturze, wyciągnął z kieszeni skrawek papieru i dokładając do niego banknot z podobizną królowej, zagadnął: — Dzień dobry, czy mógłby pan odwieźć tego mężczyznę — wskazał brodą Roberta — pod ten adres?!
Elegancki, starszy pan zmrużył powieki, by odczytać, gdzie mieszka potencjalny klient, zlustrował uważnie obu młodzieńców i zabrał z dłoni Anglika pieniądze.
— Ale to na obrzeżach — zaznaczył i ponownie omiótł wzrokiem mężczyzn, zatrzymując się nieco dłużej na krajanie, przez co dał mu do zrozumienia, że oczekuje większej sumy.
— Teraz będzie dobrze? — sondował zleceniobiorca, dokładając kolejny banknot. Nikłe kiwnięcie siwej głowy potwierdziło, że transakcja zostanie dokonana, więc były operator Special Air Service przestał przejmować się kierowcą i odwrócił się do podkomendnego. — Wsiadaj i przestań mnie wkurwiać! Widzimy się za dwa tygodnie w siedzibie. Tylko nie wpakuj się w nowe problemy — przestrzegł, otwierając mu drzwi auta.
— To dokąd jedziemy? — Zainteresował się flegmatyczny Brytyjczyk, kierując szare tęczówki na lusterko wsteczne już dziesięć sekund po tym, jak szef cudzoziemca zamknął drzwi wozu.
— Poproszę pod ten adres, który podał panu kolega — wyartykułował Legutko i opierając głowę o zimne szkło, odpłynął do krainy niezbyt przyjemnych wspomnień.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Wcięcia akapitów na naszym forum robimy tagiem [p] na początku. Wstawianie szesnastu spacji nie jest eleganckie i akceptowalne. Zupełnie natomiast nie rozumiem, po co wstawiać tyle spacji na końcu akapitu pierwszego.

(01-03-2016, 14:46)Wilczek napisał(a): Deszczowy szaro – stalowy (szaro-stalowy) pejzaż lądowiska widziany przez lotniczy bulaj ucieszył trzydziestosiedmioletniego mężczyznę (...)

Ostatnie pół roku spędził na pokładzie dużego statku przewożącego ropę z afrykańskiego kontynentu do Europy zachodniej (dużą literą – nazwa). Dlatego też wizja spędzenia dwutygodniowego urlopu z dala od upału, słońca i tej niepowtarzalnej aury charakterystycznej dla Czarnego lądu (dużą literą – nazwa) była dla niego czyś niezwykle radosnym. A Dżbutańskie (dżibutyjskie) linie lotnicze odlatujące z pod (spod) Mogadiszu na londyńskie Gatwick ułatwiły wybór miejsca do wypoczynku.

W sumie nie potrzebował wiele (przecinek) by się zrelaksować. Wystarczy (Wystarczył – nie zmieniaj czasu) mu jego ulubiony Guinnes (Guinness), towarzystwo młodej dziewczyny (przecinek) być może Polki mającej ochotę spędzić tych kilka dni z doświadczonym przez życie mężczyzną, mającym tak wiele tajemnic w swojej historii, które ona będzie mogła odkrywać (przecinek – można tez zamiast tych dwóch przecinków dać myślniki) i już będzie dobrze.

Uśmiechnął się z zadowoleniem do tych planów i jako pierwszy opuścił pokład (przecinek) chcąc jak najdłużej cieszyć się wolnością. Sprężystym krokiem ruszył do podstawionego przez port autobusu (nie rozumiem – jakiś port przestawia autobusy?). Nie zważając na znudzone, pełne pogardy spojrzenie młodego kierowcy z kruczoczarnym irokezem wyciętym wzdłuż czaszki (przecinek) usiadł na tyle pojazdu tuż przy oknie. Z kieszeni czarnej kurtki m65 wyjął wstrząsoodpornego smartphone’a, podpiął do niego tanie słuchawki i wkładając je do uszu (przecinek) wyłączył tryb samolotowy.

Wpatrując się w duży ekran (przecinek) zaczął przeglądać zalegające e-maile oraz sms’y (esemesy albo SMS-y).

Jednym słowem nic na tyle ważnego (przecinek) by odpisywać właśnie teraz. Właściwie śmieszyło go, że inteligentna kobieta, jaką bez wątpienia była ta sierżant US Army (U.S. Army) (przecinek) nie może pojąć, iż stała się jedynie cynicznym mrugnięcie (mrugnięciem) przeszłości.

Kiedyś bardzo dawno temu obiecał sobie, że nie zwiąże się z nikim, że tylko armia będzie mu dziewczyną, narzeczoną oraz żoną, a reszta kobiet stanowić będzie jedynie dodatek (przecinek) tak by w wypadku ewentualnego zgonu nie pozostawiać po sobie zbyt wielu opłakujących go ludzi. Już po pierwszym roku zawodowej służby wojskowej zrozumiał, iż to ona zawsze będzie na pierwszym miejscu, ponieważ jeśli raz podpisało się kontrakt (przecinek) należało wypełniać go bezwarunkowo albo zerwać i szukać lepszego życia w cywilu. A tam nie widział dla siebie perspektyw, więc również dlatego uciekał przed stałymi związkami (przecinek) tłumacząc sobie, że tak będzie lepiej. Jednak lepiej nie było (przecinek) ciągle brakowało mu kogoś, dla kogo chciałby wracać do domu. Żył, (zbędny przecinek) więc chwilą (przecinek) wdając się w krótkotrwałe romanse (przecinek) i coraz częściej wyjeżdżał na misje wojskowe do krajów zapomnianych przez boga i ludzi. Gdy rozstał się z armią (przecinek) nadal wyjeżdżał (przecinek) tym razem pracując dla prywatnej firmy militarnej za znacznie większe pieniądze. Wolny czas, jaki miał do swojej dyspozycji pomiędzy poszczególnymi kontraktami (przecinek) spędzał przeważnie w taki sposób, w jaki sobie dziś zaplanował.

Chciał szybko zrealizować koncept, więc kilkoma uderzeniami palca usunął wiadomość od Amerykanki, po czym odczekując swoje w kolejce do wyjścia (przecinek) sprężystym krokiem ruszył w stronę drzwi prowadzących do terminala. Kiedy w końcu znalazł się w środku (przecinek) poczuł, iż płynie w zupełnie niekontrolowanie wraz z różnojęzycznym tłumem niesiony wprost do stanowiska kontroli (sory, ale to jest jakiś bełkot – uporządkuj to zdanie).

— Witamy w Londynie — zagaiła czarnoskóra funkcjonariuszka przed trzydziestką (przecinek) uśmiechając się szeroko (kropka) — Poproszę o jakiś dokument tożsamości, a bagaż proszę położyć na taśmę i wyjąć wszystkie metalowe rzeczy.

— Proszę bardzo — Odpowiedział (małą literą) (przecinek) wręczając jej niewielką, czerwoną książeczkę ze złotym orłem na okładce wyciągniętą z wewnętrznej kieszeni kurtki oraz wykonując resztę poleceń.

— Panie Liii… Leee… Ledżutko — wysylabizowała z trudem (kropka) — Czy posiada pan coś, o czym chciałby mnie pan poinformować? Broń, narkotyki, materiały wybuchowe? — Mężczyzna zaśmiał się rozbawiony tym pytaniem.
— Już to widzę (przecinek) jak terrorysta przyznaje się do posiadania bomby — Skonstatował (małą literą) ironicznie, a głośno tonem spokojnym (przecinek) prawie przyjacielskim (przecinek) oświadczył (dwukropek) — Tak, posiadam Sig Sauera P226.

Chociaż niewysoki szatyn stojący przed nią nie należał do osób szczególnie umięśnionych, a z jego twarzy nie dało się odczytać żadnych negatywnych emocji (przecinek) to, (zbędny przecinek) to, co zakomunikował (przecinek) sprawiło, że kobieta pobladła i nerwowo sięgnęła do małej krótkofalówki przytroczonej do prawego barku. Przez kilkanaście sekund meldowała stanowczym (przecinek) lekko podenerwowanym głosem o zaistniałej sytuacji, a następnie poinformowała petenta już bez zwyczajowego uśmiechu:

Przeszli do pokoju lotniskowej ochrony odprowadzani przez kilkadziesiąt par oczu (przecinek) nie odzywając się do siebie ani słowem. W końcu nie mieli, (zbędny przecinek) o czym rozmawiać (myślnik) dla szatyna o nie możliwym (niemożliwym) do wymówienia nazwisku sytuacja była już bardzo dobrze znana i nudna, a brunet wyglądał jak wystraszone dziecko oczekujące najgorszego.

Pierwszy bez pytania o zgodę usiadł na niewygodnym plastikowym krześle przy poznaczonym śladami kawy stoliku (przecinek) zaplatając ręce na piersi w nonszalanckim geście.

Zdenerwowany przedłużającym się oczekiwaniem Legutko już po raz czwarty wybijał opuszkami palców werblowe tremolo na szary (szarym) blacie z dykty, gdy drzwi w końcu się otworzyły.

— Metropolitan Police Service — Rozpoczął (małą literą) prezentację, rzucając na blat stos kartek spiętych zszywkami (kropka) — Superintendent Rian Mcdougall. Panie Robercie (kropka) — Tym razem funkcjonariusz nie bawił się w wymawianie polskiego nazwiska (kropka) — Zostałem ściągnięty tutaj z powodu posiadanej przez pana broni palnej, dlatego też chciałbym zadać panu kilka pytań, zgadza się pan?

— Tak (kropka)

Uprzedzając kolejne pytanie, tak (przecinek) przyleciałem tu dżbutańskimi (dżibutyjskimi) liniami lotniczymi z Somali. Nie, nie należę do żadnej — Na (małą literą) ostatnie słowo położył szczególny akcent (przecinek) by nadać mu większe znaczenie(spacja)Ekstremistycznej (małą literą) organizacji, nie wyznaje (wyznaję) też tej — Znowu (mała literą) wyraźna emfaza — Religii (mała literą). Jestem po prostu żołnierzem kontraktowym firmy Armour Private Security Contractors i w tamtym rejonie świata wykonywałem powierzone mi kontraktem obowiązki (kropka) — Zakończył z triumfalnym uśmiechem (przecinek) widząc (przecinek) jak Irlandczyk omiata go zdziwionym spojrzeniem małych oczu.

Znaczyło to tylko tyle, że uczestniczył już w takich przesłuchaniach i może być znacznie twardszym przeciwnikiem (przecinek) niż przypuszczał (przecinek) obserwując go przez lustro weneckie wkomponowane w ścianę naprzeciwko przesłuchiwanego. Myślał chwilę nad nową strategią, następnie oparł się rękami o wątły stolik, obniżył sylwetkę (przecinek) tak by móc spojrzeć w oczy byłego wojskowego (przecinek) i ruszył do ataku przyjaznym dyszkantem:

Wyjął z kieszeni brązowy skórzany portfel, a z niego mały, plastikowy prostokąt i odczytał (dwukropek) — 74589SM. Dokładnie tak, to pozwolenie jest wystawione dla mnie. Tutaj ma pan jeszcze kwit poświadczający moje zatrudnienie w Armour PSC — wyciągnął kolejny prostokąt tym razem będący złożoną kartką formatu a4 (A4).

— W takim razie jak wytłumaczy pan fakt, że pozwolenie wystawione zostało na austriackiego Glocka model 17 o numerze 456S87CD, a jak poinformował mnie szef lotniska (przecinek) pan przyznał się do posiadania szwajcarskiego Sig Sauera P226? — Zagadnął (mała literą) (przecinek) uśmiechając się chytrze (przecinek) wiedząc, że cios sprawnie minął gardę.

— Bardzo łatwo — zaczął (przecinek) wypuszczając głośno powietrze z płuc (kropka) — Glock jest moją bronią służbową, że tak to ujmę. Pistolet ten zapewnili mi mocodawcy, a Szwajcar jest moim zupełnie prywatnym nabytkiem. Na niego też mam licencje (licencję) (przecinek) tyle, (zbędny przecinek) że polską — kontynuował (przecinek) wyciągając z portfela kolejny świstek (kropka) — A tu ma pan Klamkę (małą literę), gdyby chciał pan sprawdzić numery(spacja)— zakończył (przecinek) wyjmując z kabury na pasku spodni rzeczony przedmiot. Widząc przerażenie na twarzy przesłuchującego (przecinek) uśmiechnął się wesoło, a następnie chwycił za zamek, przeładował i postawił niewielki walec o pomarańczowo – brązowym (pomarańczowo-brązowym) łebku na stoliku tuż przy swoim nabytku.

Chorąży rezerwy Robert Legutko z narastającym rozbawieniem słuchał tej połajanki (przecinek) jednak, (zbędny przecinek) gdy śledczy ruszył od panelu sterującego w jego stronę (przecinek) kładąc mu po chwili dłonie na barkach (przecinek) spojrzał na niego pogardliwie i niedbale strząsnął ręce ze swoich ramion (kropka) — No to masz (przecinek) Polaczku (przecinek) przejebane! — zagroził Wyspiarz (mała literą) (przecinek) ocierając twarz chusteczką higieniczną (kropka)

— Wiem… — bąknął były Specjals (nie ma takiego słowa) (przecinek) dopiero teraz czując, iż tym razem może być naprawdę źle, jeśli zaraz nie zjawi się ktoś z Firmy (mała literą).

Długie, smolisto – czarne (smolistoczarne) włosy spięte były w koński ogon i podgolone na bokach. Rozłożysta klatka piersiowa (Rozłożystą klatkę piersiową) okrywał t-shirt z podobizną Boba Marleya, a na ten narzucona została skórzana kurtka od kombinezonu motocyklowego.

Przybysz bez słowa podszedł do wypytującego (przecinek) przybił z nim piątkę i chwytając go w objęcia, przywitał się z nim po żołniersku:
 — Czołem (przecinek) panie majorze!
 — Cześć (przecinek) poruczniku — odchrząknął zaskoczony grubas, a gdy w końcu ochłonął (przecinek) zagaił (dwukropek) — Co ty tu robisz?! Myślałem, że robisz w ochronie jakiegoś milionera (przecinek) co?!

— Nie, no teraz już nie biegam za idiotami (przecinek) przynajmniej za tymi bogatymi — zaprzeczył wesoło, siadając na rogu stolika, który zaskrzypiał niebezpiecznie (kropka) — Przyszedłem tu po tego (kropka)wypowiadając (kropka) te słowa (przecinek) odruchowo spojrzał na spoczywającego na krześle szatyna o słowiańskich rysach.
— Nie mogę go wypuścić — zanegował major (przecinek) nim jego kolega zdążył wyartykułować prośbę (kropka) — Nielegalnie wwiózł na teren Królestwa broń palną z terenów o podwyższonym zagrożeniu terrorystycznym, (raczej kropka i dalej dużą literą) jeśli kogoś z tego Gnata (mała literą) zabije (przecinek) media mnie zlinczują.  

 — Smith (przecinek) możecie już wracać do pracy (przecinek) dam sobie radę sam — oznajmił grzecznie, lecz stanowczo Mcdougall. Widząc, że ochroniarz otwiera usta (przecinek) by coś powiedzieć (przecinek) zmierzył go piorunującym spojrzeniem, co sprawiło, że młody Hindus zamkną (zamknął) rozchylone wargi i bez słowa ruszył w kierunku drzwi. Gdy w końcu oddalił się na tyle (przecinek) by pozostali w pomieszczeniu gentelmani (dżentelmeni) mogli swobodnie rozmawiać, Raian nachylił się w kierunku byłego towarzysza broni i konfidencjonalnym tonem wyszeptał (dwukropek) — Za to, co zrobiłeś dla mnie wtedy w Iraku, chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć, ale tych kilka lat pracy w londyńskiej policji nauczyło mnie (przecinek) by nie ufać ludziom. Wiesz (przecinek) według jednych wzorowy mąż, ojciec i syna, a jak się mu człowiek lepiej przyjrzał (przecinek) okazywało się, że szlachtował prostytutki albo coś w tym stylu.


(...)

Dokończę jutro!
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
(01-03-2016, 14:46)Wilczek napisał(a): Gdy w końcu oddalił się na tyle, by pozostali w pomieszczeniu dżentelmani (dżentelmeni; fajnie, że tak szybko naniosłeś poprawki, ale – błagam – rób to dokładniej :) ) mogli swobodnie rozmawiać, Raian nachylił się w kierunku byłego towarzysza broni i konfidencjonalnym tonem wyszeptał:

— Rai (przecinek) ja rozumiem twoje obawy, ale chłopak ma pozwolenie na tego Sig Sauera (przecinek) tyle, (zbędny przecinek) że polskie — wyjaśniał ojcowskim tonem czterdziestopięciolatek (kropka) — Ma także nasze pozwolenie, lecz na Glocka (przecinek) czyli jest normalny (przecinek) skoro dostał w dwóch różnych krajach papiery na broń palną.

— Zawołaj ich, wezmę to na siebie. A ty — Zwrócił (małą literą) się władczym tonem do polskiego wojaka — Wypierdala (wypierdalaj) i czekaj na mnie przed terminalem przy postoju taksówek!
— Zrozumiałem, wykonuje (wykonuję)! — potwierdził beznamiętnie trzydziestosiedmiolatek, chowając przedmiot swoich kłopotów w kaburze i znikając za drzwiami.
Piętnaście minut i jeden papieros później przeszklona tafla oddzielająca zabudowania portu lotniczego od skąpanego w strugach deszczu parkingu rozsunęła się z elektrycznym piskiem (przecinek) wypuszczając na zewnątrz kilkadziesiąt osób. Z licznego tłumu oderwał się były żołnierz SAS porucznik Gregory Ward i przystanął (przecinek) poszukując wzrokiem podwładnego Wisły (To Wisła ma swego podwładnego? I kto to jest Wisła?). Gdy wreszcie go dostrzegł (przecinek) ten właśnie zmierzał w jego kierunku (przecinek) po drodze gasząc kiepa w popielniczce.
— Czy ty (przecinek) do jasnej cholery (przecinek) zawsze musisz być taki uparty?! — Zbeształ (mała literą) go na wstępie Ward, a gdy ten w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami i uśmiechną się przepraszająco (przecinek) nachylił się do jego ucha (przecinek) kontynuując szeptem (dwukropek)

— To ty przestań zachowywać się jak baba! — żachnął się emerytowany porucznik (przecinek) nie przejmując się już mijającymi ich ludźmi (kropka) — Co ty w ogóle masz do Austriaków? Przecież to najnowszy model (przecinek) niemal prosto z fabryki, a ty dalej swoje!

— Dzieciak! — zripostował lakonicznie Greg, po czym z rozzłoszczoną minął odwrócił się (przecinek) ruszając w stronę stojącego nieopodal TX4. Zastukał w szybę, a gdy ta zjechała w dół i w środku auta dostrzegł niemłodego już mężczyznę w tweedowym garniturze, wyciągną (wyciągnął) z kieszeni skrawek papieru i dokładając do niego banknot z podobizną królowej (przecinek) zagadną (zagadnął) (dwukropek) — Dzień dobry, czy mógłby pan odwieść (odwieźć – to są dwa różne słowa!) tego mężczyznę — Wskazał (mała literą) brodą Roberta — Pod (mała literą) ten adres?!
Elegancki, starszy pan zmrużył powieki (przecinek) by odczytać (przecinek) gdzie mieszka potencjalny klient, zlustrował uważnie obu młodzieńców i zabrał z dłoni Anglika pieniądze (kropka i dalej od nowego akapitu) — Ale to na obrzeżach — Zaznaczył (mała literą) i ponownie omiótł wzrokiem mężczyzn (przecinek) zatrzymując się nieco dłużej na krajanie (przecinek) przez, (zbędny przecinek) co dał mu do zrozumienia, że oczekuje większej sumy.
— Teraz będzie dobrze? — sondował zleceniobiorca (przecinek) dokładając kolejną Elżbietę (czyli? Królowa Elżbieta jest na wielu banknotach i monetach; jeśli chciałeś udzielić ogólnej informacji, było napisać "kolejny banknot", a nie udziwniać). Nikłe kiwnięcie siwej głowy potwierdziło, że transakcja zostanie dokonana, więc były operator Special Air Service przestał przejmować się kierowcą i odwrócił się do podkomendnego (kropka) — Wsiadaj i przestań mnie wkurwiać! Widzimy się za dwa tygodnie w siedzibie. Tylko nie wpakuj się w nowe problemy — Przestrzegł (mała literą) (przecinek) otwierając mu drzwi auta.
— To, (zbędny przecinek) dokąd jedziemy? — Zainteresował się flegmatyczny Brytyjczyk (przecinek) kierując szare tęczówki na lusterko wsteczne już dziesięć sekund po tym (przecinek) jak szef cudzoziemca zamkną podwoje (podwoje «okazałe, dwuskrzydłowe drzwi» – słownik PWN; i po co było udziwniać?) wozu.
— Poproszę pod ten adres, który podał panu kolega — wyartykułował Legutko i opierając głowę o zimne szkło (przecinek) odpłyną (odpłynął) do krainy niezbyt przyjemnych wspomnień.

Jak zatem widać, sporo błędów. Czytając tego typu teksty (nie jesteś bowiem jedyny), zastanawiam się, czy język polski jest naprawdę aż tak trudny? Poświęciłem trzy wieczory, by wstawić ten komentarz, a przy szukaniu miejsca, w którym skończyłem, natknąłem się na źle wprowadzoną poprawkę. Co znajdę za tydzień, gdy będę chciał sprawdzić ten sam tekst?
Fabuła – trudno coś powiedzieć, to raczej uznałbym za prolog. Czy wyjdzie coś z tego? Nie wiem, poczekam...
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#4
— Proszę pana! Jesteśmy na miejscu, niech się pan ocknie. — Podniesiony głos mężczyzny świadczył o tym, że już od dobrych kilku minut starał się przebić z komunikatem do jego podświadomości. On jednak zbyt głęboko odpłynął do przeszłości, by od razu zdać sobie z tego, iż ktoś próbował nawiązać z nim kontakt. Gdy w końcu to do niego dotarło, ociężale uniósł głowę i starając się zrozumieć komunikat, wyrzucił z siebie ze zdziwieniem:
— To już?
— Już, już, aleś pan odpłynął — zaśmiał się dobrotliwie taksiarz.
— Czasami tak mam — wyjaśnił zawstydzony, po czym wysiadł wprost na chodnik, zabierając z tylnego siedzenia wojskowy plecak w trochę zbyt jasnym, polskim kamuflażu pustynnym, żegnając się z kierowcą, ruszył w kierunku domu.
Określenie tego miejsca domem zawsze wydawało się mu sporym nadużyciem. Zwykła kawalerka z aneksem kuchennym, którego okno wychodziło wprost na malowniczy osiedlowy śmietnik. Do tego klaustrofobiczna łazienka, wysoki materac leżący wprost na podłodze, kilka kartonów i duży, nieoheblowany regał po brzegi wypełniony książkami. Czy to można było nazwać domem?
On opłacał tę klitkę tylko dlatego, że droższe było wynajmowanie pokoi w motelach, lecz teraz dziękował sobie za to, że nie musiał przechodzić przez recepcję i dopełniać tych wszystkich formalności. Głowa mu pękała i jedyne, o czym teraz marzył to prysznic oraz trochę snu. W związku z tym zaraz po zatrzaśnięciu za sobą drzwi ruszył do łazienki, zrzucając po drodze kolejne warstwy odzieży, które kilka sekund później wraz z innymi rzeczami z plecaka wylądowała w pralce.
Wystarczył kwadrans pod strugami wody, by poczuł się jak nowonarodzony. Przeczesał palcami mokre włosy i odczuwając pierwsze symptomy głodu, ruszył do lodówki. Przez moment łudził się jeszcze, że odnajdzie w środku coś, co nadawałoby się do spożycia. Niestety gulasz w plastikowym pojemniku już od dawna żył własnym życiem, więc odtransportował swych nowo poznanych współlokatorów do kosza na odpadki i głodny wpełzł do śpiwora, szybko odpływając w objęcia Morfeusza.
Ostatnie cztery godziny, które udało mu się przespać, przyniosły ze sobą suto zakrapianą imprezę pożegnalną z podwładnymi ze statku, długi, męczący lot i późniejszą aferę na lotnisku. Musiał więc nadrobić wypoczynkowe zaległości, a to z kolei sprawiło, że na jakiś czas zapomniał o braku pożywienia.
Jednak pierwotne instynkty nie dały za wygraną i po ośmiu godzinach snu obudziło go jeszcze silniejsze ssanie w żołądku, wobec czego przetarł zaspane powieki i ruszył w kierunku jednego z kartonów. Po szybkim rekonesansie jego zawartości wybrał jeden z elegantszych zestawów ciuchów, po czym udał się na poszukiwanie pożywienia.
Pierwsze swe kroki skierował wprost do pobliskiej budki ze śmieciowym jedzeniem, gdzie za niewielką sumę upolował rybę z frytkami. Dzięki temu mógł przestać myśleć o jedzeniu i zacząć zastanawiać się, co zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu. Decyzja mogła być tylko jedna: przyspieszył i po kilku minutach żwawego marszu dotarł do swojego ulubionego pubu. Już po wejściu dostrzegł diametralne zmiany. Wcześniej był to lokal bez niepowtarzalnego stylu, za to z dobrym piwem, przez co zyskał niebywałą sławę wśród lokalnych mieszkańców. Teraz ściany pokrywała jaskrawa zieleń, a tandetne, chybotliwe krzesełka dołączone do masywnych, drewnianych stolików, zostały zastąpione przez ciemnobrązowe kanapy obite zieloną skórą. Dodatkowo w centrum sali znalazł się stół do snookera i pokaźna kolekcja szalików meczowych jednego ze stołecznych klubów. Zbiór ten wyeksponowany został wprost nad półkami wypełnionymi wszystkimi dostępnymi rodzajami alkoholi, przez co żaden z klientów nie mógł go przeoczyć.
Jednakże wszystko to szybko przestało interesować Roberta, gdyż jego uwagę przykuła wysoka rudowłosa dziewczyna o delikatnej, dziewczęcej twarzy z zapamiętaniem czyszcząca szklankę kraciastą ściereczką. Otaksował ją badawczym spojrzeniem, z uznaniem stwierdzając, iż barmanka jest niebywale piękną kobietą, a za bogato rzeźbioną ladą barową ukrywa niesamowicie zgrabne wysportowane nogi, które zakończone są niemal idealnie ukształtowanymi pośladkami.
— Co podać? — zapytała po angielsku, na krótką chwilę zatrzymując na nim hipnotyczne, butelkowozielone tęczówki.
— Pół kwarty Guinnessa proszę. — Dziewczyna bez słowa ruszyła do nalewaka i już po kilku sekundach Legutko cieszył się delikatnymi nutami czekolady rozlewającymi się po jego kubkach smakowych.
— Zmienił się właściciel pubu? Wcześniej było tu jakoś tak mniej klimatycznie — zagaił, ignorując dwóch zbyt głośno dyskutujących ze sobą młodych ludzi, którzy właśnie zajęli miejsca obok niego.
— Nie umawiam się z klientami. — Była już zmęczona, a to nie był pierwszy raz, gdy mężczyźni przychodzący tutaj, aby napić się alkoholu, próbowali ją podrywać, toteż postanowiła postawić sprawę jasno.
— Nawet przez myśl mi to nie przeszło! Po prostu chciałem dowiedzieć się, czy irlandzkość tego miejsca wzięła się ze zmiany właściciela, czy tylko z remontu?
— Dobra, dobra przez myśl ci to nie przeszło, akurat… — pomimo sarkazmu, który wręcz wyciekał z odpowiedzi na jej twarzy pojawił się nikły przepraszający uśmiech. — Co do ewolucji stylu, to zakupiła to miejsce taka jedna Rosjanka, Nadieżda Lubowczenko, właścicielka sieci dyskotek i butików w Londynie, a potem postanowiła zrobić z tego irish pub nie tylko z nazwy. — Robert pokiwał głową, po czym uznając temat za zamknięty, wrócił do sączenia piwa. — Dawno cię tu nie było, co? — Tym razem to ona robiła wszystko, by potrzymać rozmowę, czego kompletnie nie mógł pojąć.
— Pływałem przez ostatnie sześć miesięcy na statku w ciepłych krajach i pożegnalne piwo wypiłem tu na dzień przed wyjazdem, ale zmiany zdecydowanie należy zaliczyć do tych dobrych. — Zaśmiał się, kolejny raz zanurzając usta w kremowej pianie.
— Też uważam, że to miejsce wcześniej było symbolem kompletnego bezguścia.
— Nie do końca to miałem na myśli…
— Po pierwsze miałeś mnie nie podrywać — zripostowała kąśliwie. — Po wtóre, myślisz, że nie wiem, o co ci chodzi. Zapewne o to, o co innym facetom, których spotkałam. Chciałbyś sprawdzić, czy to prawda, co mówią o rudowłosych, że mają większy temperament i są lepsze w te klocki, a gdy już się na testujesz, wyrzucisz mnie jak popsutą zabawkę! Otóż muszę cię rozczarować, temperament i zdolności w zakresie ars amandi nie są zależne od koloru włosów! — Ostatnią kwestię niemal wykrzyczała, coraz intensywniej polerując trzymany w dłoni pokal. Za to Robert z narastającym spokojem stwierdził, że nie powinien walczyć z wiatrakami i pora poszukać innego obiektu westchnień.
Oceniwszy zawartość swojego kufla na dwa duże łyki, zamierzał dopić stout i odejść w niesławie. Jednak dokładnie w tym samym czasie, gdy w jego ustach znalazł się przedostatni łyk, poczuł na swoich plecach potężne uderzenie, które pchnęło go na bogato rzeźbioną, barową ladę, a zawartość jamy ustnej skierowało wprost na nieobliczalnego rudzielca.
Krztusząc się i wyrzucając z siebie lawinę polskich przekleństw, odwrócił się w stronę napastnika. Cały czas dzierżąc w dłoni szkło z trunkiem, zadarł głowę w poszukiwaniu twarzy tego umięśnionego, dwumetrowego niedźwiedzia stojącego na wprost i mówiącego coś poprzez spazmy śmiechu. Zamierzał oblać natręta resztką napoju i przynajmniej spróbować mu przyłożyć, by w ten sposób powetować sobie zakłócenie spokoju. Na szczęście nim zdążył to zrobić, dotarł do niego sens wypowiadanych słów oraz głos ich autora:
— Co, Kocie, zdziwiony? — rechotał tamten w jego ojczystym języku. — Stary na salę wchodzi, a ty na baczność nie stajesz, nie meldujesz "ile rezerwa ma na fali", to jakaś kara być musiała. — Kiedy w końcu Legutko odnalazł gadający koniec eleganckiego, czarnego garnituru zestawionego z białą prążkowaną koszulą zrozumiał wszystko. Głos, jak również niezbyt przystojna kwadratowa twarzy o szczerym, poczciwym wyrazie należała do kapitana rezerwy Sergiusza Kopackiego przełożonego Roberta z czasów, gdy obaj służyli w Pierwszym Pułku Specjalnym Komandosów.
— Panie Rezerwisto! Kot Legutko melduje się na rozkaz — wyrzucił z siebie jednym tchem, były podwładny, przepisowo stając na baczność, czym przykuł uwagę pozostałych gości, którzy teraz z całkowitym niezrozumieniem przyglądali się tej scenie.
— Chodź do szatni, opowiesz mi co u ciebie. — oznajmił Kopacki, ruszając w kierunku drzwi z tabliczką „tylko dla personelu”.
— Co może się u mnie dziać? — zapytał retorycznie Robert, opierając się plecami o obdrapaną, metalową szafkę. — Proza życia zawodowego żołnierza. Z wojska odszedłem rok po tobie. Nie potrafię siedzieć bezczynnie, więc po miesiącu zatrudnił mnie nasz stary znajomy, Gregory Ward.
— Naprawdę robisz w Armour PSC u Grzesia już pięć lat i ja nic o tym nie wiem?! — Współrozmówca skwitował szok malujący się na jego twarzy dobrodusznym uśmiechem oraz krótkim skinieniem głową. — W ogóle jak to się stało, że przez te wszystkie lata się nie spotkaliśmy? Często bywasz w Londynie? Gdzie w ogóle mieszkasz? Chyba nie w Polsce? Musisz do nas wpaść, Edyta na zawał padnie, gdy cię zobaczy, sto lat cię nie widziała.
— Odpowiadając na twoje pytania. Ja rzadko tu bywam, od tego deszczu dręczy mnie reumatyzm. Na urlopy wyjeżdżam przeważnie w jakieś suchsze miejsca. Aczkolwiek mieszkanie mam tu w stolicy, trzysta metrów od tego pubu. W Polsce nie byłem od chwili rozstania się z armią. A ty nadal z tą samą kobietą?! To chyba rekord w światowych służbach specjalnych. Co ona z tobą zrobiła? No naprawdę… — Niestety żart nie wywołał spodziewanej salwy śmiechu. Sergiusz pokręcił głową, błagalnie wznosząc oczy ku niebu, po czym zbliżył się do dawnego podkomendnego, schwycił go za kark i przyciągając do siebie, wyszeptał:
— Ty to się nigdy nie zmienisz. Z tymi swoimi sucharami jesteś gorszy od Strasburgera, ale znaj łaskę dowódcy. Ja idę odpalać samochód, a ty zbierasz manele i meldujesz się przy czarnym Audi A8, będzie przed drzwiami. Jedziesz do nas na kolację i nie chcę słyszeć żadnych dyskusji, rozumiemy się, chorąży?
— Tak jest, panie kapitanie! To ty się teraz A ósemką wozisz? To się panu kapitanowi powodzi… lepiej niż za lublinieckich czasów…
— Bo w końcu pracuję w normalnej firmie — odkrzyknął już z głębi sali Kopacki. Legutko chciał jeszcze w jakiś sposób obronić ich wspólnego byłego pracodawcę, lecz nic sensownego nie przyszło mu do głowy, a zatem udał się do piękności o płomiennych włosach. W biegu pozostawił sumę pokrywającą rachunek razem ze sporym napiwkiem, przeprosił ją lakonicznie za oplucie trunkiem i dalej wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.
Po krótkiej, acz komfortowej, podróży w wytworze niemieckiej myśli motoryzacyjnej, wylądował w objęciach byłej miss ziemi częstochowskiej, będącej żoną Sergiusza i matką dwójki rozwrzeszczanych dzieciaków. Dzięki godzinnemu przesłuchaniu, w czasie którego ich gość zmuszony był dzielić swą uwagę pomiędzy rozpytującą go Edytę, a jej potomstwo pokazujące dawno niewidzianemu wujkowi, wszystkie swoje nowe zabawki, żona Sergiusza dokładnie poznała ostatnie pięć lat z życia Roberta. Zdążyła jeszcze wyrazić swoje oburzenie wobec postępowania podoficera wojsk specjalnych względem kobiet, gdy jej mąż dawnym, dowódczym tonem zakomenderował:
— Edytka, koniec tego przesłuchania! Nie wiem, czy jeszcze ktoś kiedyś go tak wymaglował.
— Ale my tylko rozmawiamy, przecież nikt go nie zmusza do odpowiedzi prawda, Robert? — zapytała, uśmiechając się szeroko i żartobliwie trzepocząc rzęsami. Wywołany do odpowiedzi wybuch szczerym, głośnym śmiechem i przełykając ostatni kęs sernika powiedział:
— Nie no nikt mnie do udzielania odpowiedzi nie zmusza, a gdzież tam... po prostu od dziecka mam problem z opieraniem się urokowi osobistemu pięknych kobiet.
— Zmuszany czy nie, chodzi teraz do mnie do biura. Sprawę mam… — ni to prosił, ni rozkazywał gospodarz, ruszając na wyższą kondygnację przestronnego domu. Po wkroczeniu do niewielkiego pokoju, w którego wysublimowanym stylu ewidentnie czuło się kobiecą dłoń, Kopacki wskazał przyjacielowi miejsce w jednym z głębokich, skórzanych foteli, a sam ruszył w kierunku biurka. Dłuższą chwilę mocował się z sejfem sprytnie wbudowanym w strukturę mebla, lecz gdy ten ustąpił, pikając cicho. Sergiusz z zadowoleniem wyjął z niego tekturową teczkę oraz butelkę Żubrówki.
— Buhniem? (Wypijemy?) — zaproponował po rosyjsku, stawiając na szklanym stoliku obok butelki alkoholu oraz teczki, dwa kieliszki z grubego szkła, parę szklanek i karton soku jabłkowego.
— Nie wapros, towariszcz komandir(Też mi pytanie, dowódco) — zripostował młodszy mężczyzna i nim dawny dowódca zajął miejsce naprzeciwko, rozlał alkohol do kieliszków. Błyskawicznie wypili pierwszą kolejkę. Kiedy Robert chciał sięgnąć po butelkę, by napełnić szkło po raz drugi, Gusia, jak mówili na niego koledzy z wojska, powstrzymał go gestem dłoni. Otworzył przyniesioną przez siebie teczkę, na ułamek sekundy zastygł, jak gdyby zastanawiał się, czy powinien mówić to, co chciał powiedzieć. Rozmyślania nie zajęły mu jednak zbyt dużo czasu, nalał alkoholu do kieliszków, dla odwagi wlał do gardła zawartość swojego, a potem wziął głęboki oddech i rozpoczął monolog:
— Po odejściu z GROM-u tak jak ty zacząłem pracę dla Armour. Nie trwało to jednak długo, siła perswazji mojej żony jest niewyobrażalna. Po roku, przy pomocy Grzesia, znalazłem zatrudnienie u niejakiej Nadjeżdy Wiaczesławownej Lubowczenko, rosyjskiej bizneswoman, właścicielki czterech dyskotek, ośmiu luksusowych butików oraz tego baru, w którym się spotkaliśmy. — Ani na sekundę nie przerywając swojej wypowiedzi, wyjął z kieszeni marynarki najnowszego smarphone’a z logo nadgryzionego jabłka i po kilku ruchach palca wskazującego na jego ekranie pojawiło się zdjęcie czterdziestoletniej, pięknej blondynki w eleganckiej, czarnej sukni wieczorowej z kryształowym kieliszkiem szampana w dłoni — To jest właśnie wspomniana wcześniej Rosjanka, fotkę zrobiono podczas balu dobroczynnego, najdroższa śmietanka zjednoczonego królestwa, premier i tylko królowej brakowało.
— I proponujesz mi, bym zajął się panią milioner? — zapytał ironicznie.
— Yyyy… tak, ale nie w tym sensie, o którym pomyślałeś.
— To ja podziękuje, nie będę się w to bawił. A żałuj, bo już grzałem silniki — wyartykułował beznamiętnie, z aktorską obojętnością prześlizgując się spojrzeniem po obwieszonych dyplomami i zdjęciami ścianach. Pośród kilku zaświadczeń potwierdzających ukończenie kursów z zakresu ochrony, rodzinnych fotografii, dostrzegł również kilka fotosów z ich wspólnej, służby w tym te z ich ostatniej wspólnej misji w Afganistanie. Błyskawicznie powróciły wspomnienia zarówno przyjemne, jak i takie, do których wracać by nie chciał.
— Wyżej wymieniona zatrudnia mnie w charakterze dyrektora pionu ochrony. Brzmi to górnolotnie, jednak chodzi tylko i wyłącznie o to, że zarządzam ochroną wszystkich tych obiektów, o których ci opowiadałem, a dodatkowo musiałem zorganizować jej osobistych bodyguardów. W sumie osiemdziesięciu ludzi i wszystko na mojej głowie.
— Och, jaki ty biedny jesteś… — Ironia przyjęła się doskonale, o czym świadczyło lakoniczne:
— A, weź spierdalaj! Nie w tym rzecz, że narzekam. Pensja, jaką dostaje na koniec miesiąca, jest bardzo przyjemna dla oka. Problem jest w tym, że podczas ostatniego wyjazdu Nadii…
— Jesteście po imieniu? Ciekawe, co na to Edyta?— bezceremonialnie wtrącił się podoficer, wychylając kolejną pięćdziesiątkę.
— Nic, bo nie jestem z szefową po imieniu, ale skończ już te uprzejmości i słuchaj dalej. A więc podczas ostatniego wyjazdu Nadii do kurortu narciarskiego w Kanadzie jeden z jej przybocznych został potrącony na stoku. Wskutek tego wydarzenia mam wakat na etacie prywatnego kierowcy Lubowczenko.
— No to jaki jest problem? Zatrudniasz na czas rekonwalescencji kogoś nowego i jazda z tematem!
— Miałem jutro spotkać się w tej sprawie z nowym w branży Norwegiem, ale ekipa jest czesko-słowacka i tak sobie myślę, że ty łatwiej się tam odnajdziesz.
— Źle myślisz, brat, ja mam już robotę i Greg zdrady by mi nie wybaczył. Poza tym to nie jest trochę tak, że zagrożenie jest wyimaginowane, a nasi dzielni wojownicy są jedynie dodatkiem estetycznym?
— Z Wardem jestem w stanie się dogadać, w końcu potrzebuje cię jedynie na trzy dni. Za tydzień od dziś.
— Tylko na trzy dni?
— No tak, dzieciak jej siostry ma chrzciny w Moskwie, to jak, deal? Potem już kogoś znajdę na twoje miejsce.
— Nie ma mowy, zajęty jestem. Urlop mam!
— Ta… widziałem, jak ślinisz się do naszej ryżej Poli! Jednak nie będzie łatwo, ostatnio rzucił ją facet, z którym tu przyjechała.
— Pola?!
— Apolonia Kolec. Nasza barmanka jest rodowitą Warszawianką, nie wiedziałeś?
— Nie, opowiedz coś więcej.
— Pod koniec lat dziewięćdziesiątych rozwiodła się z właścicielem najpopularniejszego znaku towarowego na rynku alkoholi wysokoprocentowych w Rosji. Gość po rozstaniu został lżejszy o pięćdziesiąt procent majątku, toteż jak się domyślasz, nie przepadają za sobą. Od dobrego roku moja pracodawczyni dostawała listy z pogróżkami, lecz ostatnim tygodniach sytuacja się pogorszyła. W zeszły poniedziałek ktoś na bramie powiesił Barry’ego. — Na i tak zagraconym niedużym stoliku wylądowały kolorowe zdjęcia. Kilka z nich przedstawiało Golden Retrievera wiszącego za szyję na żelaznej bramie wjazdowej, inne uwieczniały drzwi oblane fekaliami. — A trzy dni temu ktoś zakradł się w nocy i przyozdobił drzwi wejściowe pokaźną porcją nieczystości. Kamery uwieczniły winowajcę ostatniego występku, więc zarówno moi ludzie, jak również policjanci wsiedli mu na ogon. To nie zmienia jednak faktu, iż moja posada wisi na włosku. Mam w swoich szeregach kilku byłych brytyjskich policjantów, którzy wyciągnęli dla mnie raporty techników z miejsca zdarzenia. Masz, poczytaj sobie. — Gruby plik zadrukowanego papieru wylądował w dłoniach otwierającego właśnie usta Legutki.
— Nie o tym miałeś mówić… — syknął, mimowolnie zagłębiając się w nudną lekturę.
— Wiem, o Apolonii dowiesz się więcej, gdy się zgodzisz. A wracając do tematu, moja chlebodawczyni uważa, że to jej były mąż mści się na niej za straty finansowe, dlatego też potrzebuje na ten wyjazd doświadczonego ochroniarza. Ciebie znam i wiem, że posiadasz niezbędne cechy, o doświadczeniu już nie wspomnę.
— Ale ja ostatni raz w osobistej biegałem na początku pracy u Warda.
— Ooojjj, Yogi… już nie bądź taki skromny, przecież obaj dobrze wiemy, że masz do tej roboty wrodzony talent.
— Dobra, zgadzam się, może w końcu przestaniesz mi słodzić. A poza tym jestem ci to winien, za to wtedy, za te afgańskie dni — skapitulował Robert, chcąc znów napełnić kieliszki, lecz butelka okazała się pusta.
— Nie gadaj głupot, nic mi nie jesteś winien. Tak jak i ty wykonywałem swoje obowiązki, to wszystko, ale dzięki, że się w końcu zgodziłeś — powiedział kapitan, podnosząc się z fotela po nową flaszkę ukrytą w sejfie.
— Ty nadal wedle starowojskowej tradycji trzymasz alkohol w sejfie?
— Dobre tradycje trzeba podtrzymywać — zaśmiał się oficer, wznosząc toast. — Aby nigdy nie zabrakło nam procentów w sejfie!
— Amen, kapitanie! — Zanim zegarek na ręku chorążego pokazał godzinę trzecią rano, udało im się osuszyć jeszcze absynt odnaleziony w salonowym barku. Tę niebezpieczną mieszankę oprotestowały ich organizmy, niemniej jednak oni nie zamierzali się tym obecnie przejmować. — Lecę już do domu, bo inaczej będę u was nocował — zakomunikował nadzwyczaj niewyraźnie Yogi, gdy zdobył już wystarczająco dużo informacji na temat rudowłosej.
— Zaczekaj, wezwę ci taksówkę — wybełkotał Sergiusz, chwytając za komórkę.
Pół godziny później auto przewożące obu imprezowiczów nieuchronnie zbliżało się do mieszkania Roberta. Kompletnie pijani, w ocenie kierowcy, mężczyźni siedzący na tylnej kanapie spierali się o coś zawzięcie w śmiesznym, szeleszczącym języku. Jednak to, co zdarzyło się, kiedy przejeżdżali obok grupki młodych ludzi, uświadomiło mu, że pomimo stanu upojenia są to ludzie niezwykle niebezpieczni.
— Zatrzymaj się! — ryknął niespodziewanie wyższy z pasażerów, rzucając na siedzenie po lewej stronię banknoty przewyższające kwotę, jakiej chciał zażądać za kurs i nim auto zdążyło się zatrzymać, obaj wyskoczyli na jezdnię.
— Zostaw ją! — wrzasnął po polsku Legutko i zupełnie nie przejmując się tym, że przyduszający Apolonię przeciwnik kompletnie go nie zrozumiał, wyprowadzi dwa szybkie ciosy prosto w żebra. Czarnoskóry młodzieniec jęknął przeciągle, a następnie upadł na chodnik, ciągnąc za sobą dziewczynę.
Jego kolega, ten, który jeszcze przed momentem próbował wyrwać jej torebkę, ruszył z wściekłością wypisaną na pryszczatej, brzydkiej twarzy, chcąc go obronić. Potężnym kopnięciem w klatkę piersiową obalił byłego komandosa i ze złowrogim uśmiechem klęknął przy nim, błyskając mu przed oczami ostrzem noża sprężynowego.
Przerażenie na krótko rozbłysło w źrenicach Yogiego. — Ty głupi kretynie! Ty idioto pierdolony! Dwanaście lat służby w wojskach specjalnych, dziesięć lat trenowania sztuk walki i co?! I zaszlachtuje cię jak zwierzę jakiś, głupi gówniarz na środku ulicy! — wyrzucał sobie z wściekłością, rozpaczliwie próbując znaleźć jakieś rozwiązanie z tej sytuacji, zanim zimna stal zatopi się w ciele. Zdecydował się na kopnięcie na głowę i sparowanie noża prawą ręką, lecz w tym samym czasie, gdy chciał zaatakować w charakterze odsieczy pojawiła się uzbrojona w elegancki pantofel stopa Gusia. W ostatnim momencie udało mu się czubkiem buta wyłuskać nóż z dłoni napastnika.
Gdy ten zakreślając w powietrzu imponującą parabolę, wylądował na jezdni, Robert na dobre odzyskał kontrolę nad przebiegiem starcia. Oplótł nogami szyję nożownika i nim ten zrozumiał, co się z nim dzieje położył go obok nieprzytomnego złodzieja, nad którym stała szlochająca ruda.
Trzydziestosiedmiolatek nie pamiętał, kiedy jego pięść spadła na twarz małolata, ale po jednym celnym uderzeniu stwierdził, że zwinięty w pozycji embrionalnej góra szesnastoletni brunet na dobre wyłączony jest z walki. A poza wszystkim zrobiło mu się trochę żal tego dzieciak, ponieważ teraz to jego źrenice rozszerzała adrenalina, a usta same mamrotały prośbę o pozostawienie w spokoju. Sam będąc w jego wieku, wdawał się w niepotrzebne awantury, poza tym wrzask rudowłosej skutecznie przekierował jego uwagę zupełnie gdzieindziej.
— O matko! Sergiusz uważaj, on ma nóż! — krzyczała rozpaczliwie, zaciskając dłonie torebce.
Robert szybko wstał z kolan, dopiero teraz odczuł piekący ból w miejscu, gdzie but napastnika zderzył się z jego tułowiem, lecz metalicznych szczęk rozkładającego się noże sprężynowego podziałał na niego jak najlepszy środek przeciwbólowy. Wilcza ta strona jego ja, która zawsze, gdy jego odział był pod ostrzałem, pozwalała mu przewyciężyć strach i bronić swojej watahy na dobre wzięła górę nad ludzkimi odruchami. Jednym susem doskoczył do kolejnego nożownika idącego wprost na Gusie. Wielka dłoń o długich palcach niczym imadło zacisnęła się na nadgarstku wysokiego, niezdrowo bladego małolata wyrzucając całą kończynę w tył dokładnie w tej samej chwili, gdy prawa stopa byłego wojskowego jednym płynnym ruchem obaliła go z nóg. Chłopak wykonując imponujące pół salto, znalazł się na ziemi, jednak chorąży nie zamierzał odpuścić. Bezlitośnie wykręcił uzbrojoną dłoń, tak by sprawić przeciwnikowi, jak najwięcej bólu, a gdy ten nie zamierzał puścić swojego oręża, na jego biodra spadło potężne kopnięcie. Teraz na pewno miał już dość. Sprężynowiec wyleciał mu na chodnikowe płyty, tocząc się pod nogi Poli, a on sam skupiał się już tylko na tym, by uwolnić się z rąk Legutki. Aczkolwiek szybko zrozumiał, że jest to niemożliwe. Niczym kukła został przekręcony na brzuch, a kolano Roberta przygniotło mu twarz do zimnego betonu.
— Gusia jak?
— Dam radę — zripostował były oficer, wymierzając kolejnemu nastolatkowi temu, który próbował wykręcić mu ręce do tyłu, mocny cios potylicą prosto w kartoflowaty nos. Młodzieniec odskoczył jak rażony gromem, chciał jeszcze złapać się za rozbity narząd węchu, niemniej jednak kapnięcie w splot słoneczny przewróciło go na plecy i pozbawiło oddechu. Kopacki nie tracił czasu, doskoczył do niego i związał mu ręce jego własnym paskiem.
— Melduj! — rozkazał, oglądając się na byłego podkomendnego. Yogi potoczył spojrzeniem po pobojowisku, czując jak Basior w jego wnętrzu, zawył triumfalnie. Znów zwyciężył, po raz kolejny obronił swoją watahę, gdyż to co zobaczył, upewniło go, że starcie dobiegło końca.
Małolat od złamanego żebra co prawda nadal leżał na chodniku, lecz już odzyskał przytomność i teraz toczył po wszystkich nierozumiejącym spojrzeniem. Związany nadal miotał przekleństwami, a z jego opuchniętego nosa, teraz jeszcze bardziej przypominającego ogromny kartofel, broczyła wąską strugą rdzawoczerwona substancja, lecz nie stanowił już realnego zagrożenia. Niedawni nożownicy, teraz zlęknieni mali chłopcy, spoglądali na nich z perspektywy horyzontalnej i aby podkreślić swoje pokojowe nastawienie, unosili ręce w geście poddania.
— Zagrożenie zneutralizowane, strat własnych brak! Czterech wrogów lekko rannych, przystępuje do oględzin! — zaraportował, rozpoczynając udzielanie pomocy.
— Co wyście narobili?! — Dotarło do nich chlipanie Apolonia, stojąc pośrodku pobojowiska niczym rzymska bogini wojny, Bellona.
— Obroniliśmy cię — burknął Robert, wystukując na ekranie telefonu numer alarmowy.
— Przecież wy ich prawie zabiliście!
— Prawie… mogliśmy ich głaskać, ale wtedy z tobą mogłoby być nieciekawie — zripostował czterdziestoletni szef ochrony wyprutym z emocji głosem, a z oddali doleciał ich odgłos syren karetek pogotowia.

Wprowadziłem kilka kosmetycznych zmian. Niestety dialogów urealnić nie potrafię, więc chyba pora podziękować wszystkim, którzy cierpliwie poprawiali moje liczne błędy i dać sobie na wstrzymanie. Mówią, że do wszystkiego trzeba dorosnąć, więc może kiedyś...
Odpowiedz
#5
(12-04-2016, 09:18)Wilczek napisał(a): — Proszę pana! Jesteśmy na miejscu, niech się pan ocknie. — p(P)odniesiony głos mężczyzny świadczył o tym, że już od dobrych kilku minut stara(starał) się przebić z komunikatem do jego podświadomości. On jednak zbyt głęboko odpłynął do przeszłości, by od razu zdać sobie z tego, iż ktoś próbuje(próbował) nawiązać z nim kontakt.

— Czasami tak mam — wyjaśnił zawstydzony, po czym wysiadł wprost na chodnik, zabierając z tylnego siedzenia wojskowy plecak,(zbędny przecinek) w trochę zbyt jasnym, polskim kamuflażu pustynnym, żegnając się z kierowcą(przecinek) i ruszył w kierunku domu.

Chociaż określenie tego miejsca domem zawsze wydawało się mu sporym nadużyciem. (Nie pasuje mi zapisanie tego zdania od "chociaż" osobno, a w osobnym akapicie to już w ogóle. Lepiej byłoby wybrać inny początek albo to połączyć)

Do tego klaustrofobiczna łazienka, wysoki materac leżący wprost na podłodze pokoju(Jak dla mnie "pokoju" zbędne – gdzie jeszcze mogłaby być podłoga, jeśli nie w pokoju?), kilka kartonów i duży, nieoheblowany regał po brzegi wypełniony książkami.

On opłacał tę klitkę tylko dlatego, że droższe było wynajmowanie pokoi w motelach, lecz teraz dziękował sobie za to, że nie musi(musiał) przechodzić przez recepcję i dopełniać tych wszystkich formalności.

Głowa mu pękała i jedyne, o czym teraz marzył to prysznic oraz trochę snu. W związku z tym zaraz po zatrzaśnięciu za sobą drzwi ruszył pod prysznic, zrzucając po drodze kolejne warstwy odzieży, która(Dałabym "które" – warstwy odzieży) kilka sekund później wraz z innymi rzeczami z plecaka wylądowała w pralce.

Musiał, (zbędny przecinek)więc nadrobić wypoczynkowe zaległości, a to z kolei sprawiło, że na jakiś czas zapomniał o braku pożywienia.

Jednak pierwotne instynkty nie dały za wygraną i po ośmiu godzinach snu,(zbędny przecinek) obudziło go jeszcze silniejsze ssanie w żołądku. (Tutaj znów nie pasuje mi oddzielenie tych dwóch zdań)

Pierwsze swe kroki skierował wprost do pobliskiej budki ze śmieciowym jedzeniem, gdzie za niewielką sumę, (zbędny przecinek)upolował rybę z frytkami. (Jak wyżej. Jeśli już, to "dzięki temu") Dzięki czemu mógł przestać myśleć o jedzeniu i zacząć zastanawiać się, co zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu.

Decyzja mogła być tylko jedna,(Wstawiłabym zamiast przecinka dwukropek lub myślnik) przyspieszył i po kilku minutach żwawego marszu dotarł do swojego ulubionego pubu.

Teraz ściany pokrywała jaskrawa zieleń, a tandetne, chybotliwe krzesełka dołączone do masywnych, drewnianych stolików,(zbędny przecinek) zostały zastąpione przez ciemnobrązowe kanapy obite zieloną skórą.

Dodatkowo w centrum sali znalazł się stół do snookera i pokaźna kolekcja szalików meczowych,(zbędny przecinek) jednego ze stołecznych klubów.

Jednakże wszystko to szybko przestało interesować Roberta, gdyż jego uwagę przykuła wysoka rudowłosa dziewczyna o delikatnej, dziewczęcej twarzy z zapamiętaniem czyszcząca szklankę,(zbędny przecinek) kraciastą ściereczką.

— Co podać? — zapytała po angielsku, na krótką chwilę zatrzymując na nim hipnotyczne, butelkowozielone źrenice. (Oj, nie znoszę takich smaczków. Raz, że nie da się zwrócić na kogoś samych źrenic, dwa, że jeszcze nigdy nie widziałam kolorowej źrenicy. No, chyba że u królika albinosa)

— Pół kwarty Guinnessa,(zbędny przecinek) poproszę(kropka) — Dziewczyna bez słowa ruszyła do nalewaka i już po kilku sekundach Legutko cieszył się delikatnymi nutami czekolady rozlewającymi się po jego kubkach smakowych.

— Zmienił się właściciel pubu? Wcześniej było tu jakoś mniej klimatycznie.(zbędna kropka) — Z(z)agaił, ignorując dwóch zbyt głośno dyskutujących ze sobą młodych ludzi, którzy właśnie zajęli miejsca obok niego.

— Nie umawiam się z klientami. — Była już zmęczona, a to nie był pierwszy raz, gdy mężczyźni, (zbędny przecinek)przychodzący tutaj, aby napić się alkoholu, próbowali ją podrywać.(Znów niepotrzebnie rozdzielone zdania) To też(Toteż) postanowiła postawić sprawę jasno. Aby jeszcze wyraźniej dać mu do zrozumienia, że kompletnie jej nie interesuje, za pośrednictwem butelkowozielonych oczu,(zbędny przecinek) wyzwoliły(a) z siebie maksimum pogardy, na jaką było ją stać.(Nie podoba mi się to stwierdzenie, wydaje mi się przerysowane)

(...)Kiedyś uczono mnie, abym nie angażował się w operację(e), które nie mają szans na powodzenie, więc nie mam zamiaru cię uwodzić. Chciałem tylko dowiedzieć się, czy nagła irlandzkość tego miejsca wzięła się ze zmiany właściciela, (czy) tylko z remontu?

— Dobra, dobra przez myśl ci to nie przeszło, akurat… — prychnęła sarkastycznie(zbędne według mnie, sarkazm aż bije ze zdania i bez tego), jednak na jej twarzy pojawił się nikły przepraszający uśmiech(kropka) — Co do ewolucji stylu (przecinek)to wynika ona ze zmiany dysponenta oraz renowacji. Zakupiła to miejsce taka jedna Rosjanka, Nadieżda Lubowczenko, właścicielka sieci dyskotek i butików w Londynie, a potem postanowiła zrobić z tego irish pub nie tylko z nazwy. — Robert pokiwał głową, po czym uznając temat za zamknięty, wrócił do sączenia piwa(kropka) — Dawno cię tu nie było, skoro twierdzisz, że ta przemiana była nagła.

— Pływałem przez ostatnie sześć miesięcy na statku w ciepłych krajach i pożegnalne piwo wypiłem tu na dzień przed wyjazdem, ale zmiany zdecydowanie należy zaliczyć do tych dobrych. — z(Z)aśmiał się, kolejny raz zanurzając usta w kremowej pianie.

— Po pierwsze miałeś mnie nie podrywać.(zbędna kropka) (...) co mówią o rudowłosych, że mają większy temperament i są lepsze w te klocki, a gdy już się na testujesz(natestujesz), wyrzucisz mnie jak popsutą zabawkę! Otóż muszę cię rozczarować, temperament i zdolności w zakresie ars amandi nie są zależne od koloru włosów!

Oceniając(Lepiej "Oceniwszy") zawartość swojego kufla na dwa duże łyki, zamierzał dopić stout i odejść w niesławie.

— Co(przecinek) Kocie (przecinek)zdziwiony? — rechotał tamten w jego ojczystym języku(kropka) — Stary na sale(ę) wchodzi, a ty na baczność nie stajesz, nie meldujesz "ile rezerwa ma na fali", to jakaś kara być musiała. — Kiedy w końcu Legutko odnalazł gadający koniec eleganckiego, czarnego garnituru w(zbędne) zestawionego z białą prążkowaną koszulą (przecinek)zrozumiał wszystko. Głos, jak również niezbyt przystojna kwadratowa twarzy o szczery(szczerym), poczciwym wyrazie należała do kapitana rezerwy Sergiusza Kopackiego (przecinek)przełożonego Roberta z czasów, gdy obaj służyli w Pierwszym Pułku Specjalnym Komandosów.

— Chodzi(Chodź) do szatni, opowiesz mi (przecinek)co u ciebie?(Kropka, nie znak zapytania) Bo tu coś za dużo ludzi, a ja jak wiesz, tłoku nie lubię.(zbędna kropka) — oznajmił Kopacki, ruszając w kierunku drzwi z tabliczką ”tylko dla personelu” (cudzysłów najpierw na dole, potem na górze, ten tutaj nie jest polski)

— Naprawdę robisz w Armour PSC u Grzesia już pięć lat i ja nic o tym nie wiem?! — Współrozmówca skwitował szok malujący się na jego twarzy, (zbędny przecinek) dobrodusznym uśmiechem oraz krótkim skinieniem głową.

Na urlopy wyjeżdżam, (zbędny przecinek) przeważnie w jakieś suchsze miejsca. Aczkolwiek mieszkanie mam tu w stolicy, trzysta metrów od tego pubu. W Polsce nie byłem od chwili rozstania się z armią. (...) No naprawdę…(spacja)— n(N)iestety żart nie wywołał spodziewanej salwy śmiechu.

(...)Jedziesz do nas na kolację i nie chce(ę) słyszeć żadnych dyskusji, rozumiemy się(przecinek) chorąży?

— Tak jest, panie kapitanie! To ty się teraz A Ó(ó)semką wozisz?

— Bo w końcu pracuje(ł) w normalnej firmie.(zbędna kropka) — O(o)dkrzykną(ł) już z głębi sali Kopacki. Legutko chciał jeszcze w jakiś sposób obronić ich wspólnego,(zbędny przecinek) byłego pracodawcę, lecz nic sensownego nie przyszło mu do głowy, a zatem udał się do piękności o płomiennych włosach.

Po krótkiej, acz komfortowej, (zbędny przecinek) podróży w wytworze niemieckiej myśli motoryzacyjnej,(zbędny przecinek) wylądował w objęciach byłej miss ziemi częstochowskiej, będącej żoną Sergiusza i matką dwójki rozwrzeszczanych dzieciaków.

Dzięki godzinnemu przesłuchaniu, w którego czasie ich gość zmuszony był dzielić swą uwagę pomiędzy rozpytującą go Edytę,(zbędny przecinek) a jej potomstwo, które postanowiło bezzwłocznie pokazać,(zbędny przecinek) dawno niewidzianemu wujkowi,(zbędny przecinek) wszystkie swoje nowe zabawki, żona Sergiusza dokładnie poznała ostatnich(ostatnie) pięciu(pięć) lat z życia Roberta.

— Edytka, końce(koniec) tego przesłuchania! Nie wiem, czy jeszcze ktoś, (zbędny przecinek) kiedyś go tak wymaglował.

— Ale my tylko rozmawiamy, przecież nikt go nie zmusza do odpowiedzi, prawda(przecinek) Robert? — zapytał(a), uśmiechając się szeroko i żartobliwie trzepocząc rzęsami.

Wywołany do odpowiedzi wybuch(wybuchnął) szczerym, głośnym śmiechem(przecinek) stwierdzając z rozbawieniem, że nie jest w stanie oprzeć się urokowi blondynki i oznajmia oficjalnie, że nie jest zmuszany do udziału w tym prze… to jest rozmowie. (Jakoś mi się nie podoba zapisanie tego w taki sposób, nie lepiej napisać normalną wypowiedź? Jak dla mnie byłoby sensowniej. Teraz zmienia się narracja, czego nie lubię).

— Zmuszany czy nie, chodzi(chodź) teraz do mnie do biura. Sprawę mam… — N(n)i to prosił, ni komenderował(zakomenderował) gospodarz, ruszając na wyższą kondygnację przestronnego domu.

Dłuższą chwilę mocował się z sejfem sprytnie wbudowanym w strukturę mebla, lecz gdy ten ustąpił, pikając cicho. (Przecinek zamiast kropki) Sergiusz z zadowoleniem wyjął z niego tekturową teczkę oraz butelkę Żubrówki.

— Бухнем? (Wypijemy?)(spacja)— zaproponował po rosyjsku, stawiając na szklany stolik(na szklanym stoliku) obok butelki alkoholu oraz teczki,(zbędny przecinek) dwa kieliszki z grubego szkła, parę szklanek i karton soku jabłkowego.

— Не вопрос, товарищ командир.(Też mi pytanie, dowódco.)(zbędne kropki) — zripostował młodszy mężczyzna i nim dawny dowódca zajął miejsce naprzeciwko, rozlał alkohol do kieliszków.

Kiedy Robert chciał sięgnąć po butelkę, by napełnić szkło po raz drugi(przecinek) Gusia, jak mówili na niego koledzy z wojska, powstrzymał go gestem dłoni.

Otworzył przyniesioną przez siebie teczkę, przez(na) ułamek sekundy zastygł, jak gdyby zastanawiał się, czy powinien mówić to, co chciał powiedzieć.

— Po odejściu z GROM-u, (zbędny przecinek)tak jak ty zacząłem pracę dla Armour. Nie(spacja)trwało to jednak długo, siła perswazji mojej żony jest niewyobrażalna. (...) wyjął z kieszeni marynarki najnowszego smarphone’a z logo nadgryzionego jabłka i po kilku ruchach palca wskazującego,(zbędny przecinek) na jego ekranie pojawiło się zdjęcie czterdziestoletniej, pięknej blondynki w eleganckiej, czarnej sukni wieczorowej z kryształowym kieliszkiem szampana w dłoni(kropka) — To jest właśnie wspomniana wcześniej Rosjanka, fotkę zrobiono podczas balu dobroczynnego, najdroższa śmietanka zjednoczonego królestwa, premier i tylko królowej brakowało.

— I proponujesz mi (przecinek)bym,(zbędny przecinek) zajął się panią milioner? — zapytał ironicznie, wykonując przy tym obsceniczny gest.

(...) z aktorską obojętnością prześlizgując się spojrzeniem po zawieszonych(Lepiej "obwieszonych") dyplomami i zdjęciami ścianach. Pośród kilku zaświadczeń potwierdzających ukończenie kursów z zakresu ochrony, rodzinnych fotografii, dostrzegł również kilka fotosów z ich wspólnej służby(przecinek) w tym te z ich ostatniej,(zbędny przecinek) wspólnej misji w Afganistanie.

Błyskawicznie powróciły wspomnienia zarówno przyjemne, jak i takie, do których wracać, (zbędny przecinek)by nie chciał.

— Wyżej wymienia(wymieniona?) zatrudnia mnie w charakterze dyrektora pionu ochrony.

— A(przecinek) weź, (zbędny przecinek)spierdalaj!

— Nic, bo nie jestem z szefową po imieniu, ale skończ już te uprzejmościami(uprzejmości) i słuchaj dalej. A więc podczas ostatniego wyjazdu Nadii do kurortu narciarskiego w Kanadzie,(zbędny przecinek) jeden z jej przybocznych został potrącony na stoku.

— No to,(zbędny przecinek) jaki jest problem?

— Źle myślisz (przecinek)brat, ja mam już robotę i Greg zdrady, (zbędny przecinek)by mi nie wybaczył.

— No tak, dzieciak jej siostry ma chrzciny w Moskwie, to jak(przecinek) deal?

— Pod koniec lat dziewięćdziesiątych,(zbędny przecinek) rozwiodła się z właścicielem najpopularniejszej(najpopularniejszego) znaku towarowego na rynku alkoholi wysokoprocentowych w Rosji. (...) Od dobrego roku moja pracodawczyni dostawała listy z pogróżkami, lecz ostatnim(w ostatnich) tygodniach sytuacja się pogorszyła.

— A trzy dni temu, (zbędny przecinek)ktoś zakradł się w nocy i przyozdobił drzwi wejściowe pokaźną porcją nieczystości. Kamery uwieczniły winowajcę ostatniego występku, więc zarówno moi ludzie (przecinek)jak,(zbędny przecinek) również policjanci wsiedli mu na ogon.

(...) Masz, poczytaj sobie(kropka) — Gruby plik zadrukowanego papieru wylądował w dłoniach, (zbędny przecinek)otwierającego właśnie usta, (zbędny przecinek)Legutki.

— Ooojjj (przecinek)Yogi… już nie bądź taki skromny, przecież obaj dobrze wiemy, że masz do tej roboty wrodzony talent.

(...)A poza tym, (zbędny przecinek)jestem ci to winien, za to wtedy, za te afgańskie dni.(zbędna kropka) — skapitulował Robert, chcąc znów napełnić kieliszki, lecz butelka okazała się pusta.

— Nie gadaj głupot, nic mi nie jesteś winien. Tak jak i ty wykonywałem swoje obowiązki, to wszystko, ale dzięki, że się w końcu zgodziłeś. (zbędna kropka)— powiedział kapitan, podnosząc się z fotela po nową flaszkę ukrytą w sejfie.

— Dobre tradycje trzeba podtrzymywać — zaśmiał się oficer, wznosząc toast:(kropka zamiast dwukropka) — Aby nigdy nie zabrakło nam procentów w sejfie!

— Amen (przecinek)K(k)apitanie! — Zanim zegarek na ręku chorążego pokazał godzinę trzecią rano, udało im się osuszyć jeszcze Absynt(absynt) odnaleziony w salonowym barku.

Tę niebezpieczną mieszankę oprotestowały ich organizmy, niemniej jednak oni nie zamierzali się tym obecnie przejmować.(Spacja)— Lecę już do domu, bo inaczej będę u was nocował — zakomunikował nadzwyczaj niewyraźnie Yogi, gdy zdobył już wystarczająco dużo informację(-cji) na temat rudowłosej.

— Zaczekaj(przecinek) wezwę ci taksówkę, przecież nie będziesz wracał trzydzieści kilometrów z buta, do tego w tym stanie — wybełkotał Sergiusz, chwytając za komórkę.

Pół godziny później,(zbędny przecinek) auto przewożące obu imprezowiczów nieuchronnie zbliżało się do mieszkania Roberta.

— Zatrzymaj się (zbędna spacja)! — ryknął niespodziewanie wyższy z pasażerów, rzucając na siedzenie pasażera banknoty przewyższające kwotę, jakiej chciał zażądać za kurs i nim auto zdążyło się zatrzymać, obaj wyskoczyli na jezdnię.

— Zostaw ją! — wrzasnął po polsku Legutko i zupełnie nie przejmując się tym, że przyduszający Apolonię,(zbędny przecinek) przeciwnik kompletnie go nie zrozumiał, wyprowadzi dwa szybkie ciosy prosto w żebra.

Jego kolega, ten, który jeszcze przed momentem próbował wyrwać jej torebkę, ruszył z wściekłością wypisaną na pryszczatej, brzydkiej twarzy(przecinek) chcąc go obronić.

Przerażenie na krótko rozbłysło w źrenicach(oczach) Yogiego, lecz w charakterze odsieczy pojawiła się uzbrojona w elegancki pantofel stopa Gusia.

Gdy ten(przecinek) zakreślając w powietrzu imponującą parabolę i(przecinek zamiast "i") wylądował na jezdni, Robert na dobre odzyskał kontrolę nad przebiegiem starcia.

Trzydziestosiedmiolatek nie pamiętał, kiedy jego pięść spadła na twarz małolata, ale po jednym uderzeniu stwierdził, że zwinięty w pozycji embrionalnej góra szesnastoletni brunet,(zbędny przecinek) na dobre wyłączony jest z walki.(Nie pasuje to podzielenie zdań, zapisałabym drugie w inny sposób) To też(Toteż) postanowił pozostawić go w spokoju i ruszyć na pomoc swojemu koledze, który toczył niewyrównaną,(zbędny przecinek) dla rywali,(zbędny przecinek) walkę z dwoma innymi chłopakami.

Ten najbardziej zbliżony wzrostem do Kopackiego, (zbędny przecinek)próbował zablokować jego ręce tak, by nie mógł znokautować nacierającego od frontu niezdrowo bladego blondyna śmiesznie małego(niskiego) wzrostu.

Kolejny, który próbował obezwładnić czterdziestoletniego kapitana, został brutalnie sprowadzony na ziemię szybkim ciosem potylicy, wymierzony(wymierzonym) wprost w ogromny nos zupełnie niepasujący do infantylnej twarzy.

Kiedy zalany krwią nastolatek,(zbędny przecinek) pośród lawiny wulgaryzmów wywrzaskiwał coś o złamaniu, Sergiusz bezceremonialnie wykręcił mu ręce w tył. Następnie związał je jego własnym paskiem od spodni. Tym samym obaj byli żołnierze,(zbędny przecinek) uznali potyczkę za zakończoną i przystąpili do oględzin pola walki.

Małolat od złamanego żebra, (zbędny przecinek)co prawda nadal leżał na chodniku, lecz już odzyskał przytomność i teraz toczył po wszystkich nierozumiejącym spojrzeniem.

Niedawni nożownicy, teraz zlęknieni mali chłopcy, spoglądali na nich z perspektywy horyzontalnej i aby podkreślić swoje pokojowe nastawienie, unosili ręce do góry(Nie da się unosić w dół – pleonazm) w geście poddania.

— Obroniliśmy cię.(zbędna kropka) — burknął Robert, wystukując na ekranie telefonu numer alarmowy.

— Prawie… mogliśmy ich głaskać, ale wtedy z tobą mogłoby być nieciekawie.(zbędna kropka) — Z(z)ripostował czterdziestoletni szef ochrony wyprutym z emocji głosem, a z oddali doleciał ich odgłos syren karetek pogotowia.

Nie będę wypowiadała się na temat całości, bo nie nadrobiłam pierwszego fragmentu. Wszystkie moje uwagi odnosić się będą zatem tylko do tej części.

Niezbyt dobrze mi się to czytało. Prawdę mówiąc, nudziłam się. Opisy codziennych, prozaicznych czynności wydawały mi się momentami nazbyt rozbudowane i przez to moje zainteresowanie prędko uleciało. Niepotrzebnie dzielisz zdania (zaznaczałam to w poprawkach) ze spójnikami, które normalnie raczej nie występują na początku wypowiedzi. Domyślam się, że to ze względu na dbałość, by zdania nie były zbyt długie i to się chwali, jednak sugerowałabym inny sposób – wstawienie kropki tam, gdzie powinien być przecinek, nie jest dobrą drogą. Przebudowanie wypowiedzi da znacznie lepszy efekt.

Wracając do opisów – ogólnie wydają mi się one sztywne i mało ekspresywne, nie podsycały mojego zainteresowania. Miałam wrażenie, że są taką suchą relacją. To samo dotyczy według mnie dialogów, również mało w nich dostrzegłam emocji bohaterów, są w moim odczuciu nazbyt dopracowane – nikt nie mówi z taką dokładnością. Popracuj również nad ich zapisem, bo momentami kuleje.

Jeszcze słówko odnośnie zapisu cyrylicą: z początku pomysł zdawał mi się w porządku, bo odezwały się we mnie moje językowe zainteresowania. Niemniej zmieniłam zdanie po przeczytaniu. Rozumiem twoją niechęć do "spolszczania" wymowy, ale jednocześnie nie podoba mi się efekt, jaki dało zapisywanie tłumaczenia w nawiasie. Nie znam cyrylicy, więc co z tego, że sobie popatrzę, jak wygląda kwestia zapisana w taki sposób, skoro wciąż nie mam pojęcia, jak to się powinno czytać? Oryginalny zapis wydaje mi się zatem nieco bezsensowny – i tak patrzę tylko na tłumaczenie, więc równie dobrze kwestia mogłaby być zapisana wyłącznie po polsku, skoro i tak nie mam szansy poczuć "rosyjskości" wypowiedzi. Gdybyś zapisał to alfabetem łacińskim, wyraźnie poczułabym rosyjski akcent. A tak – nic.

To tyle ode mnie. :) O fabule nie mam co mówić, bo rozwija się powoli. Wydaje się jednak całkiem ciekawa.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#6
(18-04-2016, 20:49)Vetala napisał(a):
(12-04-2016, 09:18)Wilczek napisał(a): — Proszę pana! Jesteśmy na miejscu, niech się pan ocknie. — p(P)odniesiony głos mężczyzny świadczył o tym, że już od dobrych kilku minut stara(starał) się przebić z komunikatem do jego podświadomości. On jednak zbyt głęboko odpłynął do przeszłości, by od razu zdać sobie z tego, iż ktoś próbuje(próbował) nawiązać z nim kontakt.

— Czasami tak mam — wyjaśnił zawstydzony, po czym wysiadł wprost na chodnik, zabierając z tylnego siedzenia wojskowy plecak,(zbędny przecinek) w trochę zbyt jasnym, polskim kamuflażu pustynnym, żegnając się z kierowcą(przecinek) i ruszył w kierunku domu.

Chociaż określenie tego miejsca domem zawsze wydawało się mu sporym nadużyciem. (Nie pasuje mi zapisanie tego zdania od "chociaż" osobno, a w osobnym akapicie to już w ogóle. Lepiej byłoby wybrać inny początek albo to połączyć)

Do tego klaustrofobiczna łazienka, wysoki materac leżący wprost na podłodze pokoju(Jak dla mnie "pokoju" zbędne – gdzie jeszcze mogłaby być podłoga, jeśli nie w pokoju?), kilka kartonów i duży, nieoheblowany regał po brzegi wypełniony książkami.

On opłacał tę klitkę tylko dlatego, że droższe było wynajmowanie pokoi w motelach, lecz teraz dziękował sobie za to, że nie musi(musiał) przechodzić przez recepcję i dopełniać tych wszystkich formalności.

Głowa mu pękała i jedyne, o czym teraz marzył to prysznic oraz trochę snu. W związku z tym zaraz po zatrzaśnięciu za sobą drzwi ruszył pod prysznic, zrzucając po drodze kolejne warstwy odzieży, która(Dałabym "które" – warstwy odzieży) kilka sekund później wraz z innymi rzeczami z plecaka wylądowała w pralce.

Musiał, (zbędny przecinek)więc nadrobić wypoczynkowe zaległości, a to z kolei sprawiło, że na jakiś czas zapomniał o braku pożywienia.

Jednak pierwotne instynkty nie dały za wygraną i po ośmiu godzinach snu,(zbędny przecinek) obudziło go jeszcze silniejsze ssanie w żołądku. (Tutaj znów nie pasuje mi oddzielenie tych dwóch zdań)

Pierwsze swe kroki skierował wprost do pobliskiej budki ze śmieciowym jedzeniem, gdzie za niewielką sumę, (zbędny przecinek)upolował rybę z frytkami. (Jak wyżej. Jeśli już, to "dzięki temu") Dzięki czemu mógł przestać myśleć o jedzeniu i zacząć zastanawiać się, co zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu.

Decyzja mogła być tylko jedna,(Wstawiłabym zamiast przecinka dwukropek lub myślnik) przyspieszył i po kilku minutach żwawego marszu dotarł do swojego ulubionego pubu.

Teraz ściany pokrywała jaskrawa zieleń, a tandetne, chybotliwe krzesełka dołączone do masywnych, drewnianych stolików,(zbędny przecinek) zostały zastąpione przez ciemnobrązowe kanapy obite zieloną skórą.

Dodatkowo w centrum sali znalazł się stół do snookera i pokaźna kolekcja szalików meczowych,(zbędny przecinek) jednego ze stołecznych klubów.

Jednakże wszystko to szybko przestało interesować Roberta, gdyż jego uwagę przykuła wysoka rudowłosa dziewczyna o delikatnej, dziewczęcej twarzy z zapamiętaniem czyszcząca szklankę,(zbędny przecinek) kraciastą ściereczką.

— Co podać? — zapytała po angielsku, na krótką chwilę zatrzymując na nim hipnotyczne, butelkowozielone źrenice. (Oj, nie znoszę takich smaczków. Raz, że nie da się zwrócić na kogoś samych źrenic, dwa, że jeszcze nigdy nie widziałam kolorowej źrenicy. No, chyba że u królika albinosa)

— Pół kwarty Guinnessa,(zbędny przecinek) poproszę(kropka) — Dziewczyna bez słowa ruszyła do nalewaka i już po kilku sekundach Legutko cieszył się delikatnymi nutami czekolady rozlewającymi się po jego kubkach smakowych.

— Zmienił się właściciel pubu? Wcześniej było tu jakoś mniej klimatycznie.(zbędna kropka) — Z(z)agaił, ignorując dwóch zbyt głośno dyskutujących ze sobą młodych ludzi, którzy właśnie zajęli miejsca obok niego.

— Nie umawiam się z klientami. — Była już zmęczona, a to nie był pierwszy raz, gdy mężczyźni, (zbędny przecinek)przychodzący tutaj, aby napić się alkoholu, próbowali ją podrywać.(Znów niepotrzebnie rozdzielone zdania) To też(Toteż) postanowiła postawić sprawę jasno. Aby jeszcze wyraźniej dać mu do zrozumienia, że kompletnie jej nie interesuje, za pośrednictwem butelkowozielonych oczu,(zbędny przecinek) wyzwoliły(a) z siebie maksimum pogardy, na jaką było ją stać.(Nie podoba mi się to stwierdzenie, wydaje mi się przerysowane)

(...)Kiedyś uczono mnie, abym nie angażował się w operację(e), które nie mają szans na powodzenie, więc nie mam zamiaru cię uwodzić. Chciałem tylko dowiedzieć się, czy nagła irlandzkość tego miejsca wzięła się ze zmiany właściciela, (czy) tylko z remontu?

— Dobra, dobra przez myśl ci to nie przeszło, akurat… — prychnęła sarkastycznie(zbędne według mnie, sarkazm aż bije ze zdania i bez tego), jednak na jej twarzy pojawił się nikły przepraszający uśmiech(kropka) — Co do ewolucji stylu (przecinek)to wynika ona ze zmiany dysponenta oraz renowacji. Zakupiła to miejsce taka jedna Rosjanka, Nadieżda Lubowczenko, właścicielka sieci dyskotek i butików w Londynie, a potem postanowiła zrobić z tego irish pub nie tylko z nazwy. — Robert pokiwał głową, po czym uznając temat za zamknięty, wrócił do sączenia piwa(kropka) — Dawno cię tu nie było, skoro twierdzisz, że ta przemiana była nagła.

— Pływałem przez ostatnie sześć miesięcy na statku w ciepłych krajach i pożegnalne piwo wypiłem tu na dzień przed wyjazdem, ale zmiany zdecydowanie należy zaliczyć do tych dobrych. — z(Z)aśmiał się, kolejny raz zanurzając usta w kremowej pianie.

— Po pierwsze miałeś mnie nie podrywać.(zbędna kropka) (...) co mówią o rudowłosych, że mają większy temperament i są lepsze w te klocki, a gdy już się na testujesz(natestujesz), wyrzucisz mnie jak popsutą zabawkę! Otóż muszę cię rozczarować, temperament i zdolności w zakresie ars amandi nie są zależne od koloru włosów!

Oceniając(Lepiej "Oceniwszy") zawartość swojego kufla na dwa duże łyki, zamierzał dopić stout i odejść w niesławie.

— Co(przecinek) Kocie (przecinek)zdziwiony? — rechotał tamten w jego ojczystym języku(kropka) — Stary na sale(ę) wchodzi, a ty na baczność nie stajesz, nie meldujesz "ile rezerwa ma na fali", to jakaś kara być musiała. — Kiedy w końcu Legutko odnalazł gadający koniec eleganckiego, czarnego garnituru w(zbędne) zestawionego z białą prążkowaną koszulą (przecinek)zrozumiał wszystko. Głos, jak również niezbyt przystojna kwadratowa twarzy o szczery(szczerym), poczciwym wyrazie należała do kapitana rezerwy Sergiusza Kopackiego (przecinek)przełożonego Roberta z czasów, gdy obaj służyli w Pierwszym Pułku Specjalnym Komandosów.

— Chodzi(Chodź) do szatni, opowiesz mi (przecinek)co u ciebie?(Kropka, nie znak zapytania) Bo tu coś za dużo ludzi, a ja jak wiesz, tłoku nie lubię.(zbędna kropka) — oznajmił Kopacki, ruszając w kierunku drzwi z tabliczką ”tylko dla personelu” (cudzysłów najpierw na dole, potem na górze, ten tutaj nie jest polski)

— Naprawdę robisz w Armour PSC u Grzesia już pięć lat i ja nic o tym nie wiem?! — Współrozmówca skwitował szok malujący się na jego twarzy, (zbędny przecinek) dobrodusznym uśmiechem oraz krótkim skinieniem głową.

Na urlopy wyjeżdżam, (zbędny przecinek) przeważnie w jakieś suchsze miejsca. Aczkolwiek mieszkanie mam tu w stolicy, trzysta metrów od tego pubu. W Polsce nie byłem od chwili rozstania się z armią. (...) No naprawdę…(spacja)— n(N)iestety żart nie wywołał spodziewanej salwy śmiechu.

(...)Jedziesz do nas na kolację i nie chce(ę) słyszeć żadnych dyskusji, rozumiemy się(przecinek) chorąży?

— Tak jest, panie kapitanie! To ty się teraz A Ó(ó)semką wozisz?

— Bo w końcu pracuje(ł) w normalnej firmie.(zbędna kropka) — O(o)dkrzykną(ł) już z głębi sali Kopacki. Legutko chciał jeszcze w jakiś sposób obronić ich wspólnego,(zbędny przecinek) byłego pracodawcę, lecz nic sensownego nie przyszło mu do głowy, a zatem udał się do piękności o płomiennych włosach.

Po krótkiej, acz komfortowej, (zbędny przecinek) podróży w wytworze niemieckiej myśli motoryzacyjnej,(zbędny przecinek) wylądował w objęciach byłej miss ziemi częstochowskiej, będącej żoną Sergiusza i matką dwójki rozwrzeszczanych dzieciaków.

Dzięki godzinnemu przesłuchaniu, w którego czasie ich gość zmuszony był dzielić swą uwagę pomiędzy rozpytującą go Edytę,(zbędny przecinek) a jej potomstwo, które postanowiło bezzwłocznie pokazać,(zbędny przecinek) dawno niewidzianemu wujkowi,(zbędny przecinek) wszystkie swoje nowe zabawki, żona Sergiusza dokładnie poznała ostatnich(ostatnie) pięciu(pięć) lat z życia Roberta.

— Edytka, końce(koniec) tego przesłuchania! Nie wiem, czy jeszcze ktoś, (zbędny przecinek) kiedyś go tak wymaglował.

— Ale my tylko rozmawiamy, przecież nikt go nie zmusza do odpowiedzi, prawda(przecinek) Robert? — zapytał(a), uśmiechając się szeroko i żartobliwie trzepocząc rzęsami.

Wywołany do odpowiedzi wybuch(wybuchnął) szczerym, głośnym śmiechem(przecinek) stwierdzając z rozbawieniem, że nie jest w stanie oprzeć się urokowi blondynki i oznajmia oficjalnie, że nie jest zmuszany do udziału w tym prze… to jest rozmowie. (Jakoś mi się nie podoba zapisanie tego w taki sposób, nie lepiej napisać normalną wypowiedź? Jak dla mnie byłoby sensowniej. Teraz zmienia się narracja, czego nie lubię).

— Zmuszany czy nie, chodzi(chodź) teraz do mnie do biura. Sprawę mam… — N(n)i to prosił, ni komenderował(zakomenderował) gospodarz, ruszając na wyższą kondygnację przestronnego domu.

Dłuższą chwilę mocował się z sejfem sprytnie wbudowanym w strukturę mebla, lecz gdy ten ustąpił, pikając cicho. (Przecinek zamiast kropki) Sergiusz z zadowoleniem wyjął z niego tekturową teczkę oraz butelkę Żubrówki.

— Бухнем? (Wypijemy?)(spacja)— zaproponował po rosyjsku, stawiając na szklany stolik(na szklanym stoliku) obok butelki alkoholu oraz teczki,(zbędny przecinek) dwa kieliszki z grubego szkła, parę szklanek i karton soku jabłkowego.

— Не вопрос, товарищ командир.(Też mi pytanie, dowódco.)(zbędne kropki) — zripostował młodszy mężczyzna i nim dawny dowódca zajął miejsce naprzeciwko, rozlał alkohol do kieliszków.

Kiedy Robert chciał sięgnąć po butelkę, by napełnić szkło po raz drugi(przecinek) Gusia, jak mówili na niego koledzy z wojska, powstrzymał go gestem dłoni.

Otworzył przyniesioną przez siebie teczkę, przez(na) ułamek sekundy zastygł, jak gdyby zastanawiał się, czy powinien mówić to, co chciał powiedzieć.

— Po odejściu z GROM-u, (zbędny przecinek)tak jak ty zacząłem pracę dla Armour. Nie(spacja)trwało to jednak długo, siła perswazji mojej żony jest niewyobrażalna. (...) wyjął z kieszeni marynarki najnowszego smarphone’a z logo nadgryzionego jabłka i po kilku ruchach palca wskazującego,(zbędny przecinek) na jego ekranie pojawiło się zdjęcie czterdziestoletniej, pięknej blondynki w eleganckiej, czarnej sukni wieczorowej z kryształowym kieliszkiem szampana w dłoni(kropka) — To jest właśnie wspomniana wcześniej Rosjanka, fotkę zrobiono podczas balu dobroczynnego, najdroższa śmietanka zjednoczonego królestwa, premier i tylko królowej brakowało.

— I proponujesz mi (przecinek)bym,(zbędny przecinek) zajął się panią milioner? — zapytał ironicznie, wykonując przy tym obsceniczny gest.

(...) z aktorską obojętnością prześlizgując się spojrzeniem po zawieszonych(Lepiej "obwieszonych") dyplomami i zdjęciami ścianach. Pośród kilku zaświadczeń potwierdzających ukończenie kursów z zakresu ochrony, rodzinnych fotografii, dostrzegł również kilka fotosów z ich wspólnej służby(przecinek) w tym te z ich ostatniej,(zbędny przecinek) wspólnej misji w Afganistanie.

Błyskawicznie powróciły wspomnienia zarówno przyjemne, jak i takie, do których wracać, (zbędny przecinek)by nie chciał.

— Wyżej wymienia(wymieniona?) zatrudnia mnie w charakterze dyrektora pionu ochrony.

— A(przecinek) weź, (zbędny przecinek)spierdalaj!

— Nic, bo nie jestem z szefową po imieniu, ale skończ już te uprzejmościami(uprzejmości) i słuchaj dalej. A więc podczas ostatniego wyjazdu Nadii do kurortu narciarskiego w Kanadzie,(zbędny przecinek) jeden z jej przybocznych został potrącony na stoku.

— No to,(zbędny przecinek) jaki jest problem?

— Źle myślisz (przecinek)brat, ja mam już robotę i Greg zdrady, (zbędny przecinek)by mi nie wybaczył.

— No tak, dzieciak jej siostry ma chrzciny w Moskwie, to jak(przecinek) deal?

— Pod koniec lat dziewięćdziesiątych,(zbędny przecinek) rozwiodła się z właścicielem najpopularniejszej(najpopularniejszego) znaku towarowego na rynku alkoholi wysokoprocentowych w Rosji. (...) Od dobrego roku moja pracodawczyni dostawała listy z pogróżkami, lecz ostatnim(w ostatnich) tygodniach sytuacja się pogorszyła.

— A trzy dni temu, (zbędny przecinek)ktoś zakradł się w nocy i przyozdobił drzwi wejściowe pokaźną porcją nieczystości. Kamery uwieczniły winowajcę ostatniego występku, więc zarówno moi ludzie (przecinek)jak,(zbędny przecinek) również policjanci wsiedli mu na ogon.

(...) Masz, poczytaj sobie(kropka) — Gruby plik zadrukowanego papieru wylądował w dłoniach, (zbędny przecinek)otwierającego właśnie usta, (zbędny przecinek)Legutki.

— Ooojjj (przecinek)Yogi… już nie bądź taki skromny, przecież obaj dobrze wiemy, że masz do tej roboty wrodzony talent.

(...)A poza tym, (zbędny przecinek)jestem ci to winien, za to wtedy, za te afgańskie dni.(zbędna kropka) — skapitulował Robert, chcąc znów napełnić kieliszki, lecz butelka okazała się pusta.

— Nie gadaj głupot, nic mi nie jesteś winien. Tak jak i ty wykonywałem swoje obowiązki, to wszystko, ale dzięki, że się w końcu zgodziłeś. (zbędna kropka)— powiedział kapitan, podnosząc się z fotela po nową flaszkę ukrytą w sejfie.

— Dobre tradycje trzeba podtrzymywać — zaśmiał się oficer, wznosząc toast:(kropka zamiast dwukropka) — Aby nigdy nie zabrakło nam procentów w sejfie!

— Amen (przecinek)K(k)apitanie! — Zanim zegarek na ręku chorążego pokazał godzinę trzecią rano, udało im się osuszyć jeszcze Absynt(absynt) odnaleziony w salonowym barku.

Tę niebezpieczną mieszankę oprotestowały ich organizmy, niemniej jednak oni nie zamierzali się tym obecnie przejmować.(Spacja)— Lecę już do domu, bo inaczej będę u was nocował — zakomunikował nadzwyczaj niewyraźnie Yogi, gdy zdobył już wystarczająco dużo informację(-cji) na temat rudowłosej.

— Zaczekaj(przecinek) wezwę ci taksówkę, przecież nie będziesz wracał trzydzieści kilometrów z buta, do tego w tym stanie — wybełkotał Sergiusz, chwytając za komórkę.

Pół godziny później,(zbędny przecinek) auto przewożące obu imprezowiczów nieuchronnie zbliżało się do mieszkania Roberta.

— Zatrzymaj się (zbędna spacja)! — ryknął niespodziewanie wyższy z pasażerów, rzucając na siedzenie pasażera banknoty przewyższające kwotę, jakiej chciał zażądać za kurs i nim auto zdążyło się zatrzymać, obaj wyskoczyli na jezdnię.

— Zostaw ją! — wrzasnął po polsku Legutko i zupełnie nie przejmując się tym, że przyduszający Apolonię,(zbędny przecinek) przeciwnik kompletnie go nie zrozumiał, wyprowadzi dwa szybkie ciosy prosto w żebra.

Jego kolega, ten, który jeszcze przed momentem próbował wyrwać jej torebkę, ruszył z wściekłością wypisaną na pryszczatej, brzydkiej twarzy(przecinek) chcąc go obronić.

Przerażenie na krótko rozbłysło w źrenicach(oczach) Yogiego, lecz w charakterze odsieczy pojawiła się uzbrojona w elegancki pantofel stopa Gusia.

Gdy ten(przecinek) zakreślając w powietrzu imponującą parabolę i(przecinek zamiast "i") wylądował na jezdni, Robert na dobre odzyskał kontrolę nad przebiegiem starcia.

Trzydziestosiedmiolatek nie pamiętał, kiedy jego pięść spadła na twarz małolata, ale po jednym uderzeniu stwierdził, że zwinięty w pozycji embrionalnej góra szesnastoletni brunet,(zbędny przecinek) na dobre wyłączony jest z walki.(Nie pasuje to podzielenie zdań, zapisałabym drugie w inny sposób) To też(Toteż) postanowił pozostawić go w spokoju i ruszyć na pomoc swojemu koledze, który toczył niewyrównaną,(zbędny przecinek) dla rywali,(zbędny przecinek) walkę z dwoma innymi chłopakami.

Ten najbardziej zbliżony wzrostem do Kopackiego, (zbędny przecinek)próbował zablokować jego ręce tak, by nie mógł znokautować nacierającego od frontu niezdrowo bladego blondyna śmiesznie małego(niskiego) wzrostu.

Kolejny, który próbował obezwładnić czterdziestoletniego kapitana, został brutalnie sprowadzony na ziemię szybkim ciosem potylicy, wymierzony(wymierzonym) wprost w ogromny nos zupełnie niepasujący do infantylnej twarzy.

Kiedy zalany krwią nastolatek,(zbędny przecinek) pośród lawiny wulgaryzmów wywrzaskiwał coś o złamaniu, Sergiusz bezceremonialnie wykręcił mu ręce w tył. Następnie związał je jego własnym paskiem od spodni. Tym samym obaj byli żołnierze,(zbędny przecinek) uznali potyczkę za zakończoną i przystąpili do oględzin pola walki.

Małolat od złamanego żebra, (zbędny przecinek)co prawda nadal leżał na chodniku, lecz już odzyskał przytomność i teraz toczył po wszystkich nierozumiejącym spojrzeniem.

Niedawni nożownicy, teraz zlęknieni mali chłopcy, spoglądali na nich z perspektywy horyzontalnej i aby podkreślić swoje pokojowe nastawienie, unosili ręce do góry(Nie da się unosić w dół – pleonazm) w geście poddania.

— Obroniliśmy cię.(zbędna kropka) — burknął Robert, wystukując na ekranie telefonu numer alarmowy.

— Prawie… mogliśmy ich głaskać, ale wtedy z tobą mogłoby być nieciekawie.(zbędna kropka) — Z(z)ripostował czterdziestoletni szef ochrony wyprutym z emocji głosem, a z oddali doleciał ich odgłos syren karetek pogotowia.

Nie będę wypowiadała się na temat całości, bo nie nadrobiłam pierwszego fragmentu. Wszystkie moje uwagi odnosić się będą zatem tylko do tej części.

Niezbyt dobrze mi się to czytało. Prawdę mówiąc, nudziłam się. Opisy codziennych, prozaicznych czynności wydawały mi się momentami nazbyt rozbudowane i przez to moje zainteresowanie prędko uleciało. Niepotrzebnie dzielisz zdania (zaznaczałam to w poprawkach) ze spójnikami, które normalnie raczej nie występują na początku wypowiedzi. Domyślam się, że to ze względu na dbałość, by zdania nie były zbyt długie i to się chwali, jednak sugerowałabym inny sposób – wstawienie kropki tam, gdzie powinien być przecinek, nie jest dobrą drogą. Przebudowanie wypowiedzi da znacznie lepszy efekt.

Wracając do opisów – ogólnie wydają mi się one sztywne i mało ekspresywne, nie podsycały mojego zainteresowania. Miałam wrażenie, że są taką suchą relacją. To samo dotyczy według mnie dialogów, również mało w nich dostrzegłam emocji bohaterów, są w moim odczuciu nazbyt dopracowane – nikt nie mówi z taką dokładnością. Popracuj również nad ich zapisem, bo momentami kuleje.

Jeszcze słówko odnośnie zapisu cyrylicą: z początku pomysł zdawał mi się w porządku, bo odezwały się we mnie moje językowe zainteresowania. Niemniej zmieniłam zdanie po przeczytaniu. Rozumiem twoją niechęć do "spolszczania" wymowy, ale jednocześnie nie podoba mi się efekt, jaki dało zapisywanie tłumaczenia w nawiasie. Nie znam cyrylicy, więc co z tego, że sobie popatrzę, jak wygląda kwestia zapisana w taki sposób, skoro wciąż nie mam pojęcia, jak to się powinno czytać? Oryginalny zapis wydaje mi się zatem nieco bezsensowny – i tak patrzę tylko na tłumaczenie, więc równie dobrze kwestia mogłaby być zapisana wyłącznie po polsku, skoro i tak nie mam szansy poczuć "rosyjskości" wypowiedzi. Gdybyś zapisał to alfabetem łacińskim, wyraźnie poczułabym rosyjski akcent. A tak – nic.

To tyle ode mnie. :) O fabule nie mam co mówić, bo rozwija się powoli. Wydaje się jednak całkiem ciekawa.

Tego się bałem, że ten opis codzienności będzie nużący, jednak kompletnie nie miałem pomysłu na rozpoczęcie drugiej części. Co się zaś tyczy sceny walki i rozmowy z Polą od początku wydawały mi się one sztuczne, ale tu wyszedł brak umiejętności w nadawaniu bardziej realistycznego charakteru tym scenom i przyznam szczerzę, że również tutaj liczę na jakieś podpowiedzi z waszej strony :P . A jeśli chodzi o dialog z Sergiuszem wydawały mi się najbardziej ludzkie, że tak to ujmę, jednak mogę się mylić :) . Rosyjskie wtręty, z krwawiącym sercem, ucywilizowałem ;) , o akcenty nie pytaj, ponieważ sam nie wiem gdzie wypadają. Zawsze mówię tak jak mi się wydaję, że jest dobrze i przeważnie jestem rozumiany, a w tekście i tak ich nie potrafię oznaczać. Tak w ogóle to dziękuję z pomoc i wyrozumiałość w poprawianiu tego opowiadania (że ja tego wcześniej nie zrobiłem... matko! jaki ja niewychowany jestem  :D ) .
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Cytat:Z kieszeni czarnej kurtki m65 wyjął wstrząsoodpornego smartphone’a, podpiął do niego tanie słuchawki i wkładając je do uszu, wyłączył tryb samolotowy.

Mało kto skojarzy, że m65 jest kurtką wojskową ;) chyba, że planowałbyś robić przypisy, ale to nieco mija się z celem (chociaż w takiej Żmiji Sapkowskiego źle to nie wyszło). Poza tym na mój gust za dużo przymiotników w tym zdaniu.

Cytat:Armour Private Security Contractors

Troszku śmieszna nazwa :d majo chociaż czułgi?!

Cytat:Jeśli kogoś z tego gnata, zabije media mnie zlinczują.  

Raczej zrypany przecinek, chociaż nie mam pewności jak powinno być poprawnie.

Cytat:No naprawdę… — Niestety żart

Masz tu niepotrzebny miały znak przed myślnikiem (czy tam pauzą lub półpauzą, te sprawy to Stu ogarnia :d).

Cytat:Nie wapros, towariszcz komandir(Też mi pytanie, dowódco) — zripostował

Nie nazwałbym tego ripostą.

Cytat:wyrzucał sobie z wściekłością, rozpaczliwie próbując znaleźć jakieś rozwiązanie z tej sytuacji, zanim zimna stal zatopi się w ciele. Zdecydował się na kopnięcie na głowę i sparowanie noża prawą ręką

Jeśli komandos (albo ktokolwiek mający pojęcie o sztukach walki i "obrony" przed nożem) ceni swoje życie, to wie, że jedyną słuszną techniką walki z nożem jest starożytna, francuska technika zwana le spierdalando.

Cytat:Chłopak wykonując imponujące pół salto, znalazł się na ziemi, jednak chorąży nie zamierzał odpuścić. Bezlitośnie wykręcił uzbrojoną dłoń, tak by sprawić przeciwnikowi, jak najwięcej bólu, a gdy ten nie zamierzał puścić swojego oręża, na jego biodra spadło potężne kopnięcie.

Obalenie (szczególnie jak nie zrobi się padu) już na macie potrafi nieco obezwładnić, a przynajmniej wybić powietrze z płuc. Takie coś, na chodniku czy betonie, może nawet skończyć się śmiercią jak ktoś ma pecha :d wątpliwe jednak jest, żeby po takim uderzeniu z jakąś szczególną chęcią trzymał ten nóż, szczególnie, jakby mu tą rękę jeszcze wykręcić.

Cytat:— Prawie… mogliśmy ich głaskać, ale wtedy z tobą mogłoby być nieciekawie — zripostował czterdziestoletni szef ochrony wyprutym z emocji głosem, a z oddali doleciał ich odgłos syren karetek pogotowia.

Szybkie mają te służby ratunkowe :d

Cała walka strasznie chaotyczna, niestety w tym negatywnym znaczeniu tego słowa. Niespecjalnie wiedziałem co się dzieje, bo wręcz rozdzieliłeś walkę na dwa "wątki" pomiędzy którymi skakałeś, co nie wyszło.

No i to całkiem sporo tekstu i to była jedyna scena akcji. Pierwszy fragment był nudny, tak naprawdę nic się tam nie działo, może poza sceną w lotnisku – a uwierz, to kiepski pomysł na zapoznawanie czytelnika z tekstem i jego bohaterami.
Poza tym, zbyt "kwieciste" opisy, co dodatkowo "spowalnia" dynamikę całości. Wiem, że to może wyglądać fajnie – ale minimalizm kluczem do perfekcji ;)
Niby to wszystko banalne lecz długo się uczyłem cieszyć z prostych rzeczy.
Całe dnie szare przyćmione żalem i narzekaniem gdy teraz na to patrzę ciężko mi uwierzyć.
Zawsze gdy wstaje czeka tu na mnie jakieś wyzwanie bo nieustannie mamy coś tu do odkrycia.
Nawet przegrane coś dają nam a więc idę odważnie i to, co dane mi biorę od życia.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości