Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Kryminał Przypadek Lorda Ashby
#1
Takie tam z lekka klasyczne. Podobno początek jest denny (tak przynajmniej słyszałam)


PRZYPADEK LORDA ASHBY

Na świecie pełno jest oczywistych faktów, których jakimś zbiegiem okoliczności nikt nigdy nie dostrzega.
Arthur Conan Doyle
Pies Baskerville'ów


PROLOG

27 kwietnia 1898 roku
Wpis pierwszy.

Nazywam się William Marlowe i przyszedłem na świat dokładnie dwadzieścia osiem lat temu w Belfaście. Według większości ludzi, których spotkałem w życiu, urodzić się Irlandczykiem to prawdziwe nieszczęście. Zrozumiałem to dopiero, kiedy rozpocząłem studia. Byłbym najzupełniej zadowolony, mogąc uczęszczać na Queens University, ale mój ojciec miał inne plany…
Łatwo jest być Irlandczykiem pośród rodaków gorzej, jeśli zły los rzuci się do Oxfordu. Błagałem ojca żeby pozwolił mi pojechać do Wiednia albo Lipska, ale pozostał nieprzejednany. Nie potrafię sobie wyobrazić jak długo odkładał pieniądze, by móc zapewnić mi takie wykształcenie. Nawet dla dość zamożnego kupca, musiał być to ogromny ciężar. Tylko ta świadomość sprawiła, że spełniłem jego polecenie. Znam ojca. Kiedy jest pośród ludzi, utyskuje na Anglików, ich wygląd, sposób poruszania się i mówienia, a nawet na królową. Wiem jednak, że w głębi serca chciałby bym był przez nich poważany. Nie wiem, czy udźwignę ten ciężar. Nie mogę powiedzieć, że tęsknię za większością ludzi, których poznałem podczas studiów. Miałem jednak przyjemność uczestniczyć w wykładach Sir Taylor’a, co bardzo sobie cenię. Wiem jednak, że nie jest mi pisana kariera naukowa. Nad tym faktem mój rodziciel również ubolewa.
Poza tym jesteśmy spokojną, szczęśliwą rodziną. Ojciec nie pije, nie miewa kochanek. Matka nie cierpi na migreny i chorobliwą zazdrość. Brak małżeńskich kryzysów, nieślubnych dzieci etc. Moi rodzice są zwykłymi ludźmi… To oznacza, że prawdopodobnie ja też jestem zwyczajny, a taki być nie chcę… Jestem zbyt podobny do rodziców, by móc łudzić się, że tylko się mną opiekują, bo prawdziwi rodziciele zmarli gdzieś na nowym kontynencie szukając złota. Jedyną interesującą osobą w mojej familii jest brat mego ojca, po którym odziedziczyłem imię. Zresztą nie tylko to… Wiele znanych mi osób powtarza, że z każdym dniem nabieram coraz więcej jego cech. Nie powinienem brać tego za komplement. Stryj stanowi całkowite przeciwieństwo papy. Jest inteligentny i błyskotliwy. Uchodzi też za dziwaka i zgorzkniałego choleryka. Mam za nic ludzkie gadanie, ale jeśli już jest mi pisana podobna przyszłość to wiem na pewno, że jeśli mam zostać zgorzkniałym starym piernikiem, to będę nim we własnym stylu. Stryj przez całe lata był mi autorytetem i niezrównanym powiernikiem moich dziecięcych fanaberii. Jest detektywem, a przynajmniej tak o sobie mówi. Moim skromnym zdaniem – jednym z najlepszych. Odkąd pamiętam, spędzałem u niego każde wakacje i wszystkie dłuższe szkolne przerwy. Całymi nocami mogłem słuchać o sprawach, które prowadził. Skrycie marzyłem, że pewnego dnia przejmę po nim schedę, jednak były to tylko dziecinne mrzonki.
Dlaczego odważyłem się napisać to wszystko? Raczej nie sprawił tego strach przed starczą demencją, jaką widuję niekiedy u żebraków. Co roku, przy okazji urodzin, nachodzą mnie dziwne refleksyjne myśli na temat mojej przyszłości i tego, co po sobie pozostawię. Wpadam wtedy w melancholijny stan i jestem wprost nie do wytrzymania. Na drugi dzień to mija, a na pamiątkę zostaje mi tylko kac. Co roku mam nadzieję, że ten rok okaże się przełomowy… Wszystko wskazuje na to, że tym razem moje nadzieje mają szanse się ziścić.

Siedzę teraz w niewielkim pokoiku, który wynajmuję od czasów studenckich. Czasem zastanawiam się, dlaczego nie opuściłem jeszcze tego miasta. Patrzę na walizkę, która stoi przy drzwiach – cały mój dobytek. Jutro punktualnie o godzinie 6.00 rano wsiądę w pociąg i udam się do jednej z magnackich rezydencji położonych pod Londynem, by przeprowadzić śledztwo…
W tym miejscu uznałem za stosowne opisać okoliczności, które stały się powodem całego zamieszania. Odznaczam się dobrą pamięcią, jednak istnieje niebezpieczeństwo zniekształcenia pewnych faktów, za co siebie samego i wszystkich, którzy będą mieli w przyszłości okazję czytać mój dziennik, przepraszam.

Jak już mówiłem, dziś świętowałem swoje 28 urodziny. Ostatnio mam problemy finansowe. Jest to jeden z powodów, dla których zdecydowałem się na wyjazd, ale o tym później. Przez to musiałem też zrezygnować z pokaźnej listy gości, szampana etc. Wraz z moim najlepszym przyjacielem Albertem, który jest dla mnie jak rodzony brat, siedzieliśmy w jednym z podrzędnych pubów w pobliżu Uniwersytetu, gdzie raczyliśmy się piwem.
– Za co pijemy? – zapytał z poważną miną, choć wiedziałem, że jak zwykle ma zamiar urządzić błazenadę.
– Za oszustwo, bijatykę i kradzież. Za oszustwo, by oszukać śmierć, za bijatykę by bić się za przyjaciół i za kradzież, by skraść dziewczynie serce! – Albert popatrzył na mnie pytająco. Zorientowałem się, że musi być ze mną źle, skoro zaczynam cytować tekst z jakiejś podrzędnej sztuki, którą kiedyś miałem szczęście lub nieszczęście widzieć.
– A tak naprawdę piję za Leopolda Wagnera. Oby wpadł pod dorożkę i w efekcie cierpiał na przewlekłą amnezję – dodałem. Uznałem, że nawet największemu wrogowi nie wypada życzyć śmierci… Szczególnie w dzień własnych urodzin. – Albo za jakiegoś sympatycznego skrzata, pilnującego garnka ze złotem na końcu tęczy. Niech pozwoli mi odszukać ten koniec. Kolejna z moich wad. Zbyt często żartuję z poważnych rzeczy. Nawet teraz, kiedy mam nóż na gardle. – A tak naprawdę wznoszę toast za siebie… Obym na przyszłość miał więcej rozumu.
Wychyliliśmy kufle. Po minie Alberta poznałem, że szykuje dla mnie jakiś wykład. Uznałem, że lepiej wysłuchać go teraz, gdy obaj jesteśmy trzeźwi. Nieraz zdarzały nam się pijackie bójki.
– Mów… – powiedziałem lekko znużonym głosem.
– W tym momencie powinienem powiedzieć: „A nie mówiłem?”, ale nie powiem…
– To nie mów…
– Ale ostrzegałem cię. Jak na Boga mogłeś usiąść do pokera z Leopoldem i jego przyjaciółmi, mając nadzieję, że wygrasz!?
– Bo potrafię grać w pokera… – syknąłem. To akurat była prawda…
– To jak w takim razie wytłumaczysz swój potężny dług? – dopytywał się mój przyjaciel.
– Prosto… Oni oszukiwali… Moja tragedia polega jednak na tym, że robili to tak wprawnie, iż nie mogę tego udowodnić. – Nie lubię przyznawać się do błędów, ale tym razem to zrobiłem. – Postąpiłem lekkomyślnie. Nie zadbałem o żadnego świadka…
– Więc co teraz zamierzasz?
Opróżniłem kolejny kieliszek…
– Możliwości jest wiele. Ale tylko jedna wydaje się odpowiednia…
– W to nie wątpię. A gdybyś tak zechciał przedstawić te najbardziej prawdopodobne, pomijając cuda i anielskie interwencje?
– Muszę spłacić dług – odpowiedziałem spokojnie.
– Brawo! – Gdyby sarkazm mógł zabijać, w tej chwili padłbym martwy… I nie miałbym, za co wyprawić pogrzebu. – A jak masz zamiar to zrobić?
Każdemu innemu człowiekowi porachowałbym kości za takie słowa. Szczególnie po trzech kuflach piwa. Jednak my dwaj mieliśmy swój własny język i zasady.
– Każdy inny na twoim miejscu poszukałaby sobie majętnej narzeczonej. W twoim przypadku idealna byłaby zubożała arystokratka.
– I w tym właśnie jest problem… – westchnąłem. – Każdy inny, lecz nie ja.
W tym momencie zostanę pewnie uznany za głupca, ale mam swoje zasady. Nie chcę sprowadzać na siebie ciężaru w postaci żony. A przede wszystkim pragnę oszczędzić sobie okropnej świadomości, że wszystko zawdzięczam małżeństwu. Nie jestem karierowiczem! Sam wpakowałem się w kłopoty i sam się z nich wyplączę. Rodziców też nie zamierzam martwić!
– Od kiedy wierzysz w małżeństwo z miłości? – roześmiał się Albert.
– Wcale w nie nie wierzę! Stryj zwykł mawiać, że miłość ogłupia i odbiera zdolność racjonalnego myślenia…
– Mówisz o tym stryju, który jest zgorzkniałym, starym kawalerem?
– O tym samym, ale wróćmy do sprawy.
– Możesz napisać paszkwil ośmieszający jakiegoś wysokiego dygnitarza, a potem własnoręcznie złożyć na siebie donos. Wtedy będziesz miał gwarancję poczytności i zysków. Znam taką jedną drukarnię…
– Mam udawać człowieka idei? – skrzywiłem się.
– Zapomniałem, że gardzisz poetami…
– Toleruję ich, kiedy wierzą w to, co piszą, ale to zdarza się rzadko…
– Więc?
– Napijmy się jeszcze!
– Te twoje eksperymenty kiedyś cię wykończą…
– Przynajmniej umrę nie nudząc się…
Oczami wyobraźni widziałem siebie piszącego błagalny list do ojca, z prośbą o pożyczkę. To było jak koszmar. Wtedy coś zwróciło moją uwagę. Siedziałem na swoim ulubionym miejscu. Miałem stamtąd widok na całe pomieszczenie. Żaden wchodzący ani wychodzący nie umknął mojej uwadze. Dopiero teraz zorientowałem się, że kilka stolików dalej siedzi pewien jegomość, który nawet nie próbuje ukrywać, że się nam przygląda. Nie wiem ile to trwało. Jak mogłem wcześniej tego nie zauważyć?! W tym miejscu powinienem przytoczyć kolejną złotą zasadę, mego drogiego stryja. „Alkohol jest jak kobiety… Nie dość, że rujnuje umysł i zdrowie, to jeszcze powoduje kaca…” Z tym, że obaj alkoholu nigdy sobie nie żałowaliśmy… – Sądzisz, że Leopold już wysłał za mną jakiegoś siepacza?
– Na to jeszcze chyba za wcześnie.
– Nie odwracaj się! Wyraźnie widzę, że ktoś nas śledzi.
– Jest tu jakieś tylne wyjście?
– Na boga! Nie będę chował się jak tchórz.
– Więc co zamierzasz zrobić? – Nie odpowiedziałem mu.
W chwili, gdy wypowiadał ostatnie słowa, znajdowałem się już w drodze do stolika, przy którym siedział tajemniczy jegomość… Miałem nadzieję, że jeżeli poniosę śmierć, Albert okaże się dobrym przyjacielem i wymyśli jakieś odpowiednie epitafium…
– Dzień dobry! – zacząłem zupełnie beztrosko. – Mogę się przysiąść?
Mężczyzna wskazał mi krzesło. Z bliska nie wyglądał na zawodowego mordercę. Jeśli nim był, to Leopold zadał mi potwarz wynajmując kompletnego amatora. Miałem wrażenie, że już gdzieś widziałem tę twarz. Nie mogłem sobie tylko przypomnieć gdzie. Czasem pamięć płata nam figla w najmniej dogodnym momencie. Stryj z pewnością już znałby nazwisko jegomościa i rzucił mu je w twarz.
– Właśnie miałem zamiar się do pana przysiąść – powiedział. – Zauważyłem jednak, że pan świętuje, więc nie chciałem przeszkadzać.
Czymkolwiek była nasza rozmowa, to na pewno nie było to radosne świętowanie. Bardziej przypominało rozmowę dwóch zmęczonych życiem staruszków, a za takich się nie uważaliśmy. Może to i lepiej, że nam przerwał, bo pewnie zaczynaliśmy wyglądać żałośnie.
– Chyba wypadałoby się najpierw przedstawić – powiedziałem oschle.
Pierwsza zasada – nigdy nie dawaj po sobie poznać, że coś cię interesuje, bo wykorzystają to przeciw tobie… Wciąż nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie spotkałem tego człowieka.
– Ależ tak! Przepraszam najmocniej. Alfred Pembrooke.
Wstaliśmy i wymieniliśmy uściski dłoni. Nie pytał o moje nazwisko. Widać je znał. Ja natomiast wiedziałem, że mój rozmówca nie nazywa się Pembrooke.
– Zanim jednak wyjawię powód, dla którego pana niepokoję, chciałbym się upewnić, że mam do czynienia z Williamem Marlowe.
– W istocie. – Zauważyłem, że Albert przysłuchuje się naszej rozmowie. Sądząc po jego minie grałem swoją rolę koncertowo. By podkreślić ten efekt wyjąłem fajkę. – Mogę?
– Proszę się nie krępować.
Raczyłem się tytoniem i w napięciu czekałem na to, co ma mi do powiedzenia.
– Jestem sekretarzem. Chciałbym jednak by mój mocodawca na razie pozostał anonimowy. Sprawa jest bardzo delikatna… Chodzi o morderstwo – ściszył głos.
O mało nie zakrztusiłem się dymem. On najwyraźniej tego nie zauważył, bo mówił dalej.
– Długo szukałem odpowiedniego człowieka.
Wtedy dotarło do mnie, że pan Pembrooke pomylił mnie ze swoim stryjem. O mało się nie roześmiałem. Po dłuższym zastanowieniu uznałem to za całkiem prawdopodobne. Stryj, jak na swoje 50 lat prezentował się dobrze. Poza tym miał swoje dziwactwa i rzadko pokazywał się w mieście. Adwokat pytał o Williama Marlowe’a, ale nie sprecyzował, którego. Stryj był w Hiszpanii. Nikt nie wyjaśnił sekretarzowi, że ma bratanka o tym samym imieniu. Radość ze znalezienia mnie, a raczej stryja, była tak wielka, że nie zwracał uwagi na drobne szczegóły. Uznałem to za dobry omen. Jeśli sprawa naprawdę jest tak intrygująca, to mogę udawać. Stryj mi to wybaczy. Mam nadzieję... Nie ukrywam, że najbardziej skusiło mnie honorarium.
– Skoro mamy rozmawiać poważnie radzę przestać kłamać – powiedziałem oschle.
Przed momentem przypomniałem sobie, kim jest mój rozmówca. Wystarczy, że spojrzałem na jego sygnet.
– Słucham? – Wydawał się zdezorientowany.
– Mówi pan, że jest prostym urzędnikiem?
– Tak.
– Proszę wskazać mi człowieka, który płaci swemu sekretarzowi tyle, że może on sobie pozwolić na drogie stroje, włączając w to markowy cylinder i jedwabną chustkę do nosa, a udam się do niego błagać by i mnie zatrudnił! Można pokusić się o stwierdzenie, że ma pan jeden taki komplet, na który oszczędzał przez całe lata, ale te rzeczy są nowe. Jednym słowem… – Byłem naprawdę rozbawiony, ale musiałem się opanować. – Jeśli chce pan udawać sekretarza, proszę ubierać się jak sekretarz. Rozumiem, że Lord Ashby musiał wpaść w poważne kłopoty, które wymagały największej dyskrecji, skoro przysłał do mnie własnego brata… W dodatku musiał pan się tu fatygować, aż z Devonshire…
Przyznaję, iż ów jegomość znacząco poprawił mój humor. Wiedział tyle o życiu i zachowaniu prostego gminu, ile ja o teorii giełdy… Z tym, ze ja nigdy nie miałem zamiaru grać na giełdzie…
– Ale skąd zna pan moje nazwisko?
– W herbie waszego rodu umieszczono kruka, prawda? – Skończyłem i czekałem na jego reakcję… Wiedziałem, że zrobiłem na nim wrażenie.
– Nie wiedziałem, że interesuje się pan heraldyką.
– Interesuje mnie wiele rzeczy – odparłem z satysfakcją.
– Doprawdy – rzekł z podziwem. – Kiedy Henry polecił mi tu przyjechać miałem ochotę go wyśmiać, ale teraz widzę, że jeśli w tej sprawie jest coś niezwykłego, to pan to odnajdzie…
– Może przejdziemy do tej sprawy? – zaproponowałem.
– Zapewne czyta pan gazety, więc wie pan, że w zeszłym tygodniu syn i spadkobierca mego brata, popełnił samobójstwo…
– Ale zrozpaczona rodzina w to nie wierzy? – Rodzina nigdy nie wierzy w takie rzeczy.
– Śledztwo też to potwierdziło. Brat postarał się, by poprowadził je Konstabl Easton. Są jednak pewne niezgodności… Zniknął pamiętnik zmarłego. Towarzystwo mego bratanka też pozostawia wiele do życzenia. Chyba zdaje sobie pan sprawę, że więcej mogę powiedzieć tylko, jeśli się pan zgodzi. – Tym razem wykazał się rozsądkiem. – Rzecz jasna wynagrodzimy pana sowicie…
– Zgadzam się.
Zastanawiałem się czy aby nie wykazałem zbytniego entuzjazmu, jednak zaraz potem powiedziałem sobie: „Do diabła z tym, co radzi stryj; Masz brać jego nauki pod uwagę, a nie uważać je za jedyne i słuszne. Jego tam nie będzie, za to ty tak!”

Kiedy pan Ashby przybliżył mi wszystkie szczegóły mojego „zadania” pożegnaliśmy się i mogłem powrócić do mojego niefortunnego świętowania…
– I jak poszło…? – Zapytał Albert.
– Wyśmienicie!
Szybko przeliczyłem pieniądze, które miałem przy sobie. Kwota ta stanowiła jednocześnie cały mój majątek. Wystarczyło żeby kulturalnie się upić. Na moje szczęście ludzie pokroju Lorda Ashby mają małe pojęcie o finansach prostych ludzi. Dał mi tyle pieniędzy, że wystarczyło nie tylko na bilet kolejowy w pierwszej klasie, ale i na wystawną kolację. Zostawało też sporo na drobne wydatki na miejscu.
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:arówno ojciec jak i matka pochodzą z średniozamożnej szlachty.
Nie podoba mi się ta szlachta. Być może Polak potocznie mógłby to tak nazwać, ale w XIX wiecznej Anglii nie było szlachty, bardziej bym porównała ich wciąż do arystokracji, czy magnaterii. Albo jesli patrzeć na żyjącego chwilę wcześniej Marksa, który wprowadził pojęcie klasy społecznej, można podzielić społeczeństwo dychotomicznie, na robotników i właścicieli(którzy tę "arystokrację" tworzyli po pewnym czasie).
Nie studiuję ani historii, ani stratyfikacji przedwojennej Anglii, więc istnieje cień prawdopodobieństwa, że mogę się mylić. Więc nie wiem jak wolałabyś to określić, może najprościej: z arystokratycznej rodziny, albo jakoś inaczej. Jednak szlachta jako szlachta nie występowała w Anglii.

Cytat:siedzieliśmy w jednym z podrzędnych pubów w centrum miasta, gdzie raczyliśmy się tanim whisky.
Tutaj też odzywa się moje czepialstwo. Whisky nie uchodzi za drink tani i byle jaki. Wiec jeśli ja miałabym podkreślić, że bohater jest spłukany napisałabym po prostu browar, a jeśli to nie ma znaczenia to wywaliłabym to "tanim". Poza tym whisky ma rodzaj żeński, więc byłoby "tanią".

Cytat:– Od kiedy wierzysz w małżeństwo z miłości? – Roześmiał się.
– Wcale w nie, nie wierzę! – Choć sam zastanowiłem się czy tak właśnie jest.
Tutaj w drugiej wypowiedzi chyba niepotrzebnie i przypadkiem pojawił się przecinek.

Obraz i zarys historii wydaje się bardzo spójny i dobrze dopracowany, począwszy od imion i wyglądu bohaterów do użytych wyrazów w dialogach. Tworzy to sensowną całość, przypominającą historie Sherlocka Holmesa. Nie będę pisać, czy mnie to zaciekawiło, bo wydaje mi się, że jest naprawdę niewiele książek, które porywają od pierwszej strony(inaczej jeśli siadamy do nich z jakimś pozytywnym nastawieniem). Dlatego będę uważnie śledzić losy bohaterów, bo opowieść jest intrygująca i zapowiada się na fajną. Bardzo mi się podobało. Praca na 5+ ;–) Pozdrawiam i życzę weny.

Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie
Odpowiedz
#3
ROZDZIAŁ I
KRUCZE GNIAZDO


Detektyw właśnie kończył szykować się do podróży, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
– Wejdź Albercie! – powiedział, nie przestając zapinać guzików koszuli.
– Jestem pod wrażeniem. – Mężczyzna wszedł do środka. – Sądziłem, że po tylu butelkach będziesz spał jak kamień, a ja będę musiał wyciągać cię z łóżka.
– Dlatego właśnie nie wypada żałować pieniędzy na alkohol. Im droższy tym mniej niepożądanych skutków wywołuje.
William skończył się ubierać i wskazał przyjacielowi krzesło. Do odjazdu pociągu zostało niewiele czasu, a mieli do uzgodnienia jeszcze kilka kwestii.
– Postanowiłem przyśpieszyć swój wyjazd – oznajmił Albert.
– Bardzo mnie to cieszy! Nie chciałbym żebyś natknął się na zbirów Leopolda.
– Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy nękać moich rodziców.
– Oto mój nowy adres. – Albert Wyciągnął z kieszeni, złożoną, zapisaną drobnym pismem, kartkę i podał ją przyjacielowi, który pośpiesznie rzucił na nią okiem.
– Ładna okolica. Czy to, aby nie tam mieszka ta panna, o której mi opowiadałeś?
– Kiedyś trzeba się ustatkować. – Mężczyzna się zarumienił. – Swoją drogą tobie też przydałaby się jakaś miła…
– Bawisz się w swatkę?
– Zauważyłem tylko, że dziś wyszykowałeś się z wyjątkową starannością.
William pomyślał, że to ostatni z dobrych tematów, ale dziś miał wyjątkową ochotę na żarty. Chciał odepchnąć od siebie myśl, że może odczuwać zdenerwowanie przed czekającą go przygodą. Wstał i zaczął przeglądać się w lustrze z przesadną, wystudiowaną starannością.
– Spodziewasz się spotkać tam jakieś młode damy? – zapytał Albert.
– Czy uważasz, że wyglądam jak dandys?
– Jeśli tylko będziesz milczał jakaś panna z pewnością cię zechce.
– Chyba wymagam od losu zbyt dużo oczekując, że gdzieś istnieje panna, z którą można porozmawiać o czymś poza strojami i haftowaniem. – Mężczyzna postanowił skończyć po pijackie wybryki i wrócić do spraw poważnych. Czas naglił. – Nie dawaj nikomu mojego adresu. – Polecił stanowczo. Nie żeby podejrzewał przyjaciela o taki zamiar, ale gdyby ktoś go porwał i torturował, to, kto wie?
– Nawet pannie Smith?
– Szczególnie zdesperowanym młodym kobietom, które w wytrwaniu w panieństwie dłużej niż do dwudziestych urodzin, upatrują rodzinną hańbę i rychłą śmierć z rozpaczy!
– Cieszę się, że minęła ci ta urodzinowa melancholia. Teraz mogę ci szczerze powiedzieć, że byłeś nie do wytrzymania.
– Ja też.
W tym momencie przypomniał sobie, o czymś. Dosłownie rzucił się na podłogę, odsunął dywan, wyjął z podłogi obluzowaną deskę, a w skrytce, która tam powstała znalazł niewielkie pudełko. W nim znajdował się pistolet. Usiadł z nim do stołu.
– Uważasz, że będzie ci potrzebny? – Albert zaniepokoił się nie na żarty.
– Nawet, jeśli nie będzie, to lekkomyślnością byłoby zostawiać go tutaj.
– Nie boisz się, że cię zdemaskują albo, że nie zapłacą…?
– Myślałem o tym. – Will wstał i zaczął wkładać płaszcz. – Nawet, jeśli do tego dojdzie to z pewnością zdążę odkryć jakąś wstydliwą rodzinną tajemnicę. Taka szanująca się rodzina z tradycjami, musi mieć ich mnóstwo.
– Zamierzasz zostać szantażystą? – zdziwił się Albert.
– Jeśli zostanę do tego zmuszony.
Po raz pierwszy jednak nie miał zamiaru zakładać najgorszego scenariusza wypadków.
– Odprowadzić cię?
– Nie lubię wzruszających pożegnań – mruknął William.
– Pisz do mnie. Przyznaję, że i mnie ta sprawa wielce intryguje.
– Ty też pisz. Chcę wiedzieć o wszystkim, co się dzieje – powiedział zanim się pożegnali.

28 kwietnia 1898 roku
Wpis drugi.

Na szczęście udało mi się uniknąć tłoku w pociągu. Ostatecznie przekonałem samego siebie, że kupno biletu w pierwszej klasie było mądrym posunięciem. Teraz przynajmniej mogę skupić się i przeanalizować fakty, a tych niestety znam niewiele.

O ile mi wiadomo Lord Henry Ashby posiada, a raczej posiadał dwóch synów. Starszy odziedziczył imię po ojcu, zaś młodszy nosi imię Richard. Obaj zgodnie z rodzinną tradycją zostali prawnikami. I na tym w zasadzie, moje informacje się kończą. Poza tym dopiero dziś rano uświadomiłem sobie, że samobójca był tylko rok starszy ode mnie. Musiałem widywać go na Uniwersytecie. Naturalnie nie obracaliśmy się w tym samym towarzystwie. Pamiętam jednak towarzyszy młodego arystokraty. Ciekawe ile z tych przyjaźni przetrwało. Ashby wspominał też o pamiętniku. Skoro zniknął, musiało być w nim coś ważnego. Zbierzmy teraz wszystko.
Mamy samobójstwo, ale kochająca rodzina w nie nie wierzy. Przynajmniej takie stara się robić wrażenie. Nawet, jeśli to było samobójstwo, to chcą znać powody. Ukochany syn z przyszłością w Izbie Lordów, duma i nadzieja rodziny. Musieli wiązać z nim wielkie nadzieje. Może nie potrafił ich udźwignąć? Z pewnością był towarzyską atrakcją, co jeśli ktoś się nim posłużył? Czy wystarczy odnaleźć pamiętnik, by rozwiązać całą sprawę? Może Lordowi nie chodzi o syna tylko o własne bezpieczeństwo. Czego się boi? Co Henry mógł w napisać? Więcej dowiem się, gdy obejrzę miejsce, gdzie się zastrzelił, choć to beznadziejny pomysł! Przecież ciała już dawno tam nie ma!
Zapisawszy wszystkie swoje teorie i wymagające sprawdzenia hipotezy, postanawiam się przespać. Pociąg zawiezie mnie na stację w Londynie. Tam będzie czekał na mnie powóz.
Patrzę za okno. Jestem sam w przedziale. Po raz pierwszy od dłuższego czasu brakuje mi rozmowy z drugim człowiekiem. Z kimś obcym… Ot tak, by wymienić poglądy na jakiekolwiek temat. Czyżbym zaczął robić się sentymentalny? To śmieszne! Dotąd mój styl życia mi odpowiadał, dlaczego nagle miałoby się to zmienić?
Stryj zawsze powtarzał, że rozwiązując zagadkę należy zachować trzeźwy umysł. Fakty i logika, to podstawa. Trzeba występować jako bierny obserwator. Uczucia zaciemniają obraz. Nigdy głębiej się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze zgadzałem się ze wszystkim, co mówił. Nawet, jeśli uda mi się zastosować do jego wskazówek, to będzie to wymagało nadludzkiego wysiłku. Zwracanie uwagi na drobne szczegóły jest moją wrodzoną przywarą. Jednak zawsze, kiedy rozumuję w ten sposób, odczuwam jednocześnie, przemożną chęć postawienia się na miejscu osoby, z którą rozmawiam.
Mój styl pisania jest dziś jeszcze bardziej chaotyczny niż zwykle, ale to nic. Nie piszę powieści dla spragnionych sensacji i mocnych wrażeń czytelników, którzy to docenią. Najważniejsze żebym ja sam mógł się w nim odnaleźć. Znów spoglądam za okno. Na razie widzę tylko pola i drzewa, ale w oddali można już dostrzec zarysy Londynu – miasta snobów i karierowiczów, gdzie niepodzielnie królują pozory i rozrywka. Byłem tam tylko raz… Zdecydowanie wolę Belfast. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nawet powietrze jest tam czystsze, a ludzie na pewno milsi. Zresztą to nie czas na zwiedzanie.
Monotonia obrazu sprawia, że ogarnia mnie coraz większa senność. Za oknem widzę tylko drzewa i pola. Wszystkie tak bardzo do siebie podobne. Odkładam, więc mój dziennik, chowam go dobrze w wewnętrznej kieszeni płaszcza, choć to, że mógłby zostać skradziony wydaje mi się wręcz niemożliwe. Z drugiej jednak strony…
Powinienem odnotować jeszcze jeden ważny fakt:
Pierwszą osobą, którą wypytam o okoliczności śmieci młodego Lorda będzie stangret, który odbierze mnie ze stacji. Nie mogę się doczekać tej rozmowy.

***

William obudził się czując, że ktoś delikatnie nim potrząsa. Gwałtownie otworzył oczy, będąc przygotowanym do obrony własnego życia.
– Dojechaliśmy ma miejsce!
Marlowe odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że stoi przed nim konduktor.
– Lepiej niech się pan pośpieszy. Pociąg zaraz ruszy w powrotną drogę – powiedział mężczyzna.
– Już? – wymamrotał zaspanym głosem detektyw.
Nie minęło jeszcze południe, a poranna mgła została przegnana przez słońce, które teraz dumnie świeciło na niebie, rażąc Williama w oczy.
– Nie wierzę, że mogłem nie słyszeć semafora.
Zganił się w duchu za takie zaniedbanie. Wyraźnie brakowało mu jeszcze samokontroli. Co innego uciąć sobie krótką drzemkę, a co innego zasnąć jak kłoda i to w takim miejscu. Postanowił w przyszłości poczynić jakieś kroki by nauczyć swój organizm zażywania tyle snu, ile on uzna za stosowne, a ile mu potrzeba.
– Spał pan jak zabity. – Uśmiechnął się maszynista. – Ale proszę się nie martwić. Wielu pasażerom się to zdarza.
– Marne pocieszenie – mruknął detektyw, zbierając swoje rzeczy.
– W każdym razie życzę miłego pobytu w stolicy Anglii.
Maszynista najwyraźniej sądził, że zły humor jego pasażera wynika z niewyspania i postanowił poprawić go konwersacją.
– Pan chyba nie jest z Londynu? – ocenił po akcencie.
– I całe szczęście! – rzucił Marlowe i wyszedł na zewnątrz.
Zapowiadał się ładny, ciepły dzień. Nie było śladu po porannej mgle, a na niebie próżno było szukać nawet najmniejszej chmurki. Mężczyzna uznał jednak, że podziwianie pięknej pogody, to ostatnia rzecz, jaką powinien się teraz zająć. Ta w posiadłości lordostwa nie powinna się od niej dużo różnić. Rozejrzał się po peronie w poszukiwaniu stangreta, który miał go tam zawieść. Wyszedł z pociągu jako ostatni pasażer, inni zdążyli już zamówić dorożki, które zabrały ich ze stacji albo zostali odebrani przez krewnych. Od razu zwrócił uwagę na niskiego, przysadzistego jegomościa w średnim wieku i dobrze zachowanym ubraniu, które wyglądało na uniform. Nie tracąc czasu poszedł w jego kierunku.
– Dzień dobry. – Już miał przedstawić się i wyjaśnić powody swojego spóźnienia, kiedy mężczyzna gwałtownie mu przerwał:
– Nie jestem dorożkarzem chłopcze. – Przy tym popatrzył na detektywa z pogardą. – Czekam na bardzo ważnego gościa.
– Obawiam się, że na mnie. – odpowiedział spokojnie Will.
Można być nieprzyjemnym dla maszynisty, ale nigdy, przenigdy dla członka służby, od którego będzie się potem chciało uzyskać jakieś cenne informacje. Poza tym stangret zrobił na nim całkiem dobre wrażenie. Wyraźnie widać było, że jest zdenerwowany. Co mogło mu grozić, oprócz ostrej reprymendy, gdyby przegapił detektywa i tamten musiał sam zatroszczyć się o transport do Old Windsor? Lordowi z pewnością zależało na dyskrecji.
– Nie wydaje mi się – burknął stangret.
– Ułatwię panu zadanie. Jest pan pracownikiem Lorda Ashby, a ja jestem William Marlowe, którego… – Nie spieszył się z wyjaśnieniami. Nie wiadomo ile opowiedziano o nim służbie.
– Proszę mi wybaczyć! – Woźnica był autentycznie skruszony. – Myślałem, że będzie pan starszy, a poza tym inaczej wyobrażałem sobie detektywa…
– Nic nie szkodzi. – William nie zamierzał żywić urazy za ten mały incydent. – Uciąłem sobie małą drzemkę w pociągu. Cóż… Trwała dłużej niż planowałem.
– Okropnie się martwiłem, że zdążył się pan już oddalić! Lord nie darowałby mi tego. No i ta pomyłka.
Mężczyzna wyglądał na gadułę. To akurat była w tym momencie ogromna zaleta. Detektyw wiedział, że go polubi.
– Ale o tym Lord nie musi wiedzieć. – mrugnął porozumiewawczo do woźnicy.
– Nie traćmy czasu! – Pracownik wyrwał mu z ręki walizkę. – Pozwoli pan, że wezmę bagaże? Powoli ruszyli w stronę powozu.
– Mógłbym o coś spytać? – William na nowo podjął rozmowę, kiedy rozsiadł się wygodnie.
– Proszę bardzo…
– Jak wyobrażał obie pan człowieka mojej profesji?
Pytanie było całkiem poważne, jednak stangret musiał poczytać je jako żart, bo głośno się roześmiał.
– Na pewno kogoś starszego, niższego i słuszniejszych rozmiarów. Łysiejącego mężczyznę w okularach i z wypielęgnowanymi wąsami… i w niewygodnych butach.
– Dokładna charakterystyka. – Teraz z kolei William wybuchnął śmiechem. – Przynajmniej nie rzucam się w oczy.
– Jeszcze, ktoś pomyśli, że przyjechał pan do panienki w konkury…
– Panienki? – zainteresował się.
Rola zalotnika była ostatnią, w której się widział, ale niezmiernie interesował go rzekomy obiekt tych zabiegów. Przecież Lord nie miał córki. Niemożliwe by służącemu chodziło o ciotkę.
– Z tego, co mi wiadomo lord ma tylko dwóch synów – powiedział.
– Bo to prawda, ale mieszka z nimi jeszcze panna Wellington, córka starego przyjaciela, sierota. Nie ma krewnych w Anglii.
Jednak detektywa najbardziej interesowała służba. Służba wie więcej niż pracodawcy są w stanie sobie wyobrazić. A do tego pracownicy zawsze chętnie rozmawiają o swoich chlebodawcach.
– Kto oprócz pana jeszcze pracuje u lordostwa? – zapytał.
– Dwóch stajennych, chłopiec, który im pomaga jest synem kucharki, która z kolei jest wdową. Jest jeszcze lokaj i trzy pokojówki. No i jeszcze ogrodnik.
Dziesięcioro osób… Zadziwiająco mało.
– Często widywał pan zmarłego?
– Kiedy był dzieckiem lubił bawić się na dworze. Jak wszystkich chłopców interesowały go konie i polowania. Potem wyjechał na studia do Oxfordu i rzadziej bywał w domu. A kiedy wrócił, to jakby nie ten sam człowiek. Całe dnie tylko siedział w pokoju.
– Czy odwiedzali go jacyś przyjaciele? Jako stangret musiał pan kogoś wozić. Nie słyszał pan ich rozmów?
– Niestety. – Mężczyzna zasmucił się. – On żył prawie jak pustelnik… Ale na krótko przed tragedią znów zaczął gdzieś bywać. Pokojówki i lokaj widywali go częściej. Pomówię z nimi i powiem, że miły z pana mężczyzna. Z pewnością pomogą.
Resztę drogi pokonali w milczeniu. Jazda na świeżym powietrzu bardzo orzeźwiła umysł detektywa. Nie przeszkadzała mu nawet nierówna droga, po której poruszał się powóz. Po miej więcej godzinie jego oczom ukazała się posiadłość. Była położona na wzgórzu i wyraźnie górowała nad resztą okolicy. Po drodze mijali niewiele domów. Większość była położona z drugiej strony wioski. Przeważającą część otaczającego ich krajobrazu, stanowiły lasy. William doszedł do wniosku, że jak na Anglię, to zakątek prezentuje się całkiem nieźle. Nagle zapragnął udać się na spacer.
– I jesteśmy. – Stangret zatrzymał powóz. – Oto Krucze Gniazdo.
Z bliska posiadłość prezentowała się jeszcze bardziej okazale – wręcz monumentalnie. Zbudowano ją z ogromnym przepychem. Mury porastał bluszcz, co dodatkowo dodawało całemu miejscu atmosfery tajemniczości. Tuż przed budynkiem piętrzył się ogród o powierzchni daleko przekraczającej rozmiary zwykłego ogrodu. William niemal wyskoczył z powozu. Już po pierwszym spojrzeniu na całą scenerię zauważył kilka szczegółów, które zwróciły jego uwagę. Nie wiedział jeszcze, czy okażą się pomocne w dalszym śledztwie, ale na pewno mówiły, co nieco o jego nowym pracodawcy. Po pierwsze ogród… Kiedy go budowano, był dowodem ogromnego bogactwa właściciela. Teraz, choć na pierwszy rzut oka prezentował się wspaniale, po dłuższych oględzinach można było dostrzec nierówno przyciętą trawę i krzewy, ubytki w kwiatach, a w niektórych miejscach niedokładnie wypleniono rabatki, bo zarosły zielskiem. O czym to świadczyło? W posiadłości zatrudniono tylko jednego ogrodnika. William przyglądał się mu przez chwilę. Ostatnią rzeczą, jaką można było powiedzieć o mężczyźnie to to, że był leniwy. William z rozbawieniem zauważył, że robota dosłownie paliła mu się w rękach. Problem polegał jednak na tym, że pracy było za dużo dla jednego człowieka. Lord Ashby słynął kiedyś na salonach z zamiłowania do ogrodnictwa. Takie pasje nie znikają z dnia na dzień. Skoro Lord miał dość pieniędzy, by stworzyć tak piękny ogród, to teraz żałowałby ich na utrzymanie go na przyzwoitym poziomie? Prędzej nie miał na to odpowiednich środków, dlatego zwolnił resztę ogrodników. William bywał już w podobnych ogrodach. O ile pamięć go nie zawodziła zawsze spotykał tam, co najmniej trzech lub czterech ludzi, którzy zajmowali się wyłącznie roślinami.
– Ciekawe… – powiedział sam do siebie.
– Interesuje się pan ogrodnictwem? – usłyszał za sobą nieznajomy głos.
Kiedy się odwrócił napotkał czujną twarz lokaja. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że przez swoje „obserwacje” odszedł nieco dalej od domu i znalazł się w środku ogrodu. Z boku musiało się to wydawać dość osobliwe.
– Czasami – odpowiedział niechętnie. – Nie po to jednak tu przyjechałem.
– W imieniu Lorda witam pana w posiadłości – służący powitał go oficjalnym tonem. – Proszę za mną.
Podczas drogi do domu Marlowe mógł lepiej przyjrzeć się swojemu przewodnikowi. Mężczyzna wyglądał jak typowy angielski majordomus: wysoki i chudy, odnosił się do niego z chłodną rezerwą. Miał nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Widać było, że dużą uwagę przywiązuje do własnego stroju. Widocznie czuł się jak swego rodzaju wizytówka posiadłości. Miał na sobie starannie wyprasowany garnitur. Do tego widać było, że dobrze posługuje się brzytwą i goli się z ogromną starannością.
– Czy Lord jest w domu? – zapytał detektyw, kiedy znaleźli się na schodach.
– Ależ tak! – Rzucił pracownik. – Tylko jest zajęty i nie mógł pana powitać osobiście. Prosił, by na razie rozgościł się pan, a potem porozmawiacie przed obiadem.
– A reszta rodziny?
– Chciałby pan już z nimi rozmawiać? – zdziwił się lokaj. – Dopiero pan przyjechał.
– Jestem z natury ciekawski. – William próbował nadać rozmowie cieplejszy ton, ale widać nie trafił na podatny grunt.
– Pani jeszcze śpi.
Cudowny przywilej ludzi bogatych!
– To jej zwyczaj, czy zaczęła dłużej sypiać po?
– Proponuję, by sam pan ją o to spytał.
– A młodszy syn?
– Panicz jest na porannej przejażdżce konnej.
Jak widać tragedia na każdego wpłynęła inaczej.
– Więc nie mogę liczyć na spotkanie z żadnym z członków rodziny? – kontynuował zadawanie pytań.
– Panienka Inga jest w bibliotece. Jeśli chce pan niezwłocznie zająć się swoimi sprawami, to może pan z nią porozmawiać. W dzieciństwie dużo czasu spędzała z paniczem. W domu jest jeszcze matka lorda i jego siostra, ale też sypiają do późna.
Lokaj umilkł. Wyraźnie bał się powiedzieć zbyt dużo. Wydawał się przywiązany do lordostwa. William zgadywał, że byłby gotów bronić spokoju rodziny jak lew.
– Myślę, że najpierw odpocznę po podróży – zaproponował.
– Wyśmienicie. – Ton głosu lokaja, pozostał chłodny i nieprzyjemny.
Po chwili znaleźli się w ogromnym salonie. William uważnie rozglądał się, słuchając jednocześnie opowieści majordomusa.
– Posiadłość zbudował praprapradziadek obecnego Lorda. Od tej pory Krucze Gniazdo jest w posiadaniu rodziny. W przeszłości urządzano tu bale, na których bywała para królewska…
Mniej więcej po tym zdaniu młodzieniec przestał interesować się monotonnym, opiewającym wspaniałość tego miejsca, wykładem. Wnętrze rezydencji było bardzo zadbane. Żadnego kurzu, brudnych podłóg etc. Jednak nie to wydawało mu się dziwne. Przy całej klasie lordostwa wyglądało na nieco niemodne. Poza tym nawet najlepsze sprzątaczki nie potrafiły pomóc tam, gdzie niezbędne były farba i tynk. Gdy spojrzał w górę zauważył sypiący się tynk. Podobnie było z jedną ze ścian. Stąpając po schodach skrzętnie odnotował w pamięci, że kilka stopni i fragment poręczy są lekko spróchniałe. Idąc przyglądał się rzędowi rodzinnych portretów. Na jednym z nich zobaczył dwóch małych chłopców, mieli nie więcej niż jedenaście lat. Jeden z nich siedział na krzesełku i z dumą trzymał w ręku jakąś starą zabytkową szpadę. Drugi stał obok i próbował wyciągnąć drobną rączkę w stronę broni. Byli tak beztroscy, jak mogą być tylko dzieci.
– To panicze. – Służący zauważył jego zainteresowanie i pośpieszył z wyjaśnieniami. – Dawno temu… – Był wyraźnie wzruszony.
– Jak wyglądały ich relacje?
– O co konkretnie panu chodzi?
– Czy byli ze sobą zżyci?
– Jak to bracia.
Ta odpowiedź nie usatysfakcjonowała detektywa.
– Postanowiliśmy ulokować pana na górze – poinformował go pracownik. – Na końcu korytarza. Żeby miał pan spokój.
– Cieszy mnie to.
Znaleźli się już na piętrze. Tam William dostrzegł te same mankamenty, które rzuciły mu się w oczy na dole.
– Oto i pański pokój. Życzę miłego odpoczynku.
– Dziękuję.
Mężczyzna ucieszył się, kiedy służący wręczył mu klucz. Oznaczało to, że będzie miał, choć odrobinę prywatności. Choć przypuszczał, że ochmistrz i tak ma zapasowy. Jednak gdyby próbował wejść do pokoju pod jego nieobecność, to byłby jakiś dowód. Na co? Tego jeszcze nie wiedział, ale postanowił zastawić jakąś pułapkę.


Zamknął za sobą drzwi, odstawił walizkę i położył się na łóżku, choć absolutnie nie miał zamiaru zasypiać. Chciał pomyśleć w spokoju. Zebrać myśli… Przez kilkanaście minut leżał i wpatrywał się w sufit, rozmyślając o tym, co przed chwilą zobaczył. Pierwszym spostrzeżeniem, które się nasuwało były problemy finansowe pana domu, a to poważnie zagrażało jego honorarium.
Co robi szanująca się angielska rodzina z tytułem i pustym kontem? Po pierwsze jak najdłużej ukrywa przed światem złą sytuację materialną, a to ma tu niewątpliwie miejsce. Może jeszcze ratować się wyprzedawaniem, co cenniejszych dzieł sztuki. Można sprawdzić, czy na ścianach nie ma jakiś śladów po obrazach, które kiedyś tam wisiały, a które nagle zniknęły. Przede wszystkim jednak dbający o rodzinę ojciec stara się znaleźć dziedzicowi tytułu majętną małżonkę. Nie musi mieć tytułu, przyszły pan młody już nadto opływał w honory. Wystarczy by pieniądze i poczucie, że dzięki temu mariażowi otworzyły się przed nią bramy nieba.
– Chyba mieli nawet przygotowaną owieczkę ofiarną!
Podniósł się gwałtownie z posłania. Nagle nabrał przemożnej ochoty żeby zwiedzić bibliotekę.
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
#4
Tam, gdzie William się szykuje(na początku), dość blisko siebie jest "starannością".

Cytat:Czyżbym zaczął się socjalizować?
Co masz na myśli?

Cytat:– Panienka Inga jest w bibliotece. Jeśli chce pan niezwłocznie zająć się swoimi sprawami, to może pan z nią porozmawiać. W domu jest jeszcze matka lorda i jego ciotka. – [i] Inga… Co to za dziwne i
Chyba wcięło Ci fragment tekstu ;p

Znów nie mam zastrzeżeń. Tekst długi, nie każdy ma ochotę i czas- wygodniejsze są miniatury. Ja natomiast nie żałuję, tekst mnie nie rozczarował, zmierza w dobrym kierunku i robi się coraz ciekawiej. Powtórzę się, że jest dopracowany, uwielbiam wstawki Marlowe'a pisane kursywą ;–) Czekam na kolejne części
Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie
Odpowiedz
#5
Ucięło :( Czyżby więcej nie chciało się zmieścić ?? Zaraz sprawdzę. A z długością to masz rację,ale podzieleie tego na jekieś mniejsze partie nie powinno mi sprawić problemu. I tak muszę przeczytać cały tekst jeszcze raz żeby go poprawić. Aktualnie zajmuję się pisaniem drugiej części. Pewnie i ona wkrótce się pojawi.

Edit:

A jednak zawinił czynnik ludzki, czyli ja :P
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
#6
Dobra, zaczynamy :D Bede obiektywna, surowa, lecz z kultura (co jest do mnie niepodobne, ale nowa userka, profity, czaicie? :D)

Czesc pierwsza
Spoiler:

Czesc druga
Spoiler:
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Zmodyfikowałam też poprzednie rozdziały, gdyby ktoś był zainteresowany.

____________________________________________________________________________________________


ROZDZIAŁ II
INGA


William miał nadzieję, że nie natknie się na kogoś ze służby, a zwłaszcza na lokaja, który natychmiast zacząłby wypytywać go o cel samodzielnej wycieczki. To wyglądałoby podejrzanie, gdyby ktoś zauważył go myszkującego po domu. Pamiętał mniej więcej, które ze schodów skrzypiały najgłośniej, więc starał się iść ostrożnie żeby zminimalizować hałas. Jednocześnie próbował poruszać się jak najszybciej. Wreszcie stanął przed wielkimi, zabytkowymi, dębowymi drzwiami. Zdecydowanie, ale możliwie najciszej, nacisnął klamkę. Odetchnął z ulgą, kiedy bezpiecznie znalazł się w środku. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było chyba najlepiej oświetlone w całym domu. To z racji posiadania wielu okien, które wychodziły na wschód. Pełno w nim było rozmaitych regałów i półek z książkami, co raczej nie wywoływało zdziwienia, a co za tym idzie, było mało interesujące. W końcu nie przyszedł tu by poczytać. Najbardziej interesowała go drobna postać siedząca nieco dalej, w olbrzymim fotelu obitym miękkim, ciemnoczerwonym aksamitem. Była tak pochłonięta lekturą, że widocznie nie zauważyła intruza. Dopiero, kiedy zaczął iść w jej kierunku, a marmurowa podłoga zaczęła zdradzać jego kroki, podniosła głowę.
– Myślałam, że będzie pan starszy – odezwała się bez cienia nieśmiałości.
Zauważył, że dziewczyna bacznie śledzi każdy jego ruch. Większość panien na jej miejscu spłonęłoby rumieńcem i wbiło wzrok w podłogę, ale ona nawet nie próbowała ukrywać swojej ciekawości.
– Przykro mi, że panią zawiodłem.
– Nie… ja… nie mam nic przeciwko temu.
Podszedł bliżej. Dziewczę wyciągnęło rękę. William ujął ją delikatnie, a potem schylił się i musnął wargami. Dopiero to wywołało rumieniec na jej twarzy. Czyżby jednak nie była tak obyta w towarzystwie jak wcześniej sądził.
– Panna Wellington jak sądzę. – Skinęła głową. – Nie obawiała się pani, że mogę być jakimś włamywaczem? Posiadłość nie ma imponującej ochrony.
– Ależ nie.
Przez chwilę miał wrażenie, że miała ochotę się roześmiać, ale udało jej się opanować.
– Widziałam pana przez okno – powiedziała z przejęciem.
Jest ciekawska… To nawet dobrze.
Panienka wskazała mu fotel i sama usiadła obok niego. Kiedy już rozsiadł się wygodnie mógł dokładniej jej się przyjrzeć. Była dość drobną osóbką, ale nie wątłą. Nie zdradzała nawet cienia anemii czy innej wyniszczającej organizm choroby. Niektórzy mogliby tak stwierdzić widząc jej jasną cerę. Nie była jednak blada. William zgadywał, że zarówno jasna karnacja jak i osobliwe jak na te strony imię, są wynikiem pochodzenia. Podobnie było z rysami twarzy. Były więcej niż tylko angielskie. Złote loczki, teraz związane w ciasny kok i oczy w kolorze mocnego brandy, czyniły ją uroczą i nawet on musiał to przyznać. Natomiast wąskie zaciśnięte usta i zmarszczone brwi, były oznaką wrodzonego uporu. Nosiła angielskie nazwisko, ale imię już nie. To mogło świadczyć tylko o jednym…
– Proszę wybaczyć mi moją ciekawość – podjął na nowo rozmowę.
– Ależ nie proszę pytać. – Uśmiechnęła się. – W końcu to pańska praca.
Wydawała się spragniona rozmowy. Musiała być tu bardzo samotna. To nastręczało inne ciekawe wnioski.
– Czy pani matka nie pochodziła przypadkiem z… – Zawahał się na moment. Nie był… pewien czy wskazywać konkretny kraj i narażać się na ewentualną pomyłkę – Z Norwegii? – Wybrał bardziej ryzykowny wariant.
– Tak! – Rozpromieniła się. – Skąd pan wie?
– Znając pani imię i nazwisko oraz widząc pani rysy nie było to trudne. Proste obserwacje zawsze prowadzą do najlepszych, bo ogólnych wniosków.
– Zdradza mi pan tajniki swojego zawodu?
– Udzielam cennych rad. Kto wie, kiedy mogą się przydać. Ale… – Postanowił dalej drążyć temat, tym bardziej, że dziewczyna wydawała się zainteresowana rozmową… – chyba nie odwiedza panienka kraj pochodzenia matki?
Jej angielszczyzna była zbyt dobra by przypuszczać, że zanim się jej nauczyła płynnie władała norweskim, a to zapewniłby jej tylko długi pobyt w kraju i to od najwcześniejszych dziecinnych lat. Być może nawet nie mówiła w tym języku.
– Szczerze mówiąc nigdy tam nie byłam. – Zawstydziła się. – Nawet nie umiem się przedstawić w tym języku. Mama umarła, kiedy byłam mała.
Na jej twarzy zagościł smutek. William przypomniał sobie, że Lord i admirał Wellington, kiedyś się przyjaźnili.
Może panienka nie miała innych żyjących krewnych. Lord naturalnie spełnił prośbę przyjaciela. Zwłaszcza, że wiązało się to z korzyściami majątkowymi. Tutaj kobieta nie może dziedziczyć, ale w Norwegii tak. Zapewne na uroczą panienkę czeka jakiś majątek.
– Nie tęskni panienka za resztą rodziny? – zapytał.
– Nigdy ich nie widziałam. – Mówiła dalej bez żadnych oporów. – Zajmują się dworem. Wuj napisał tylko raz – po śmierci mamy. Chciałabym kiedyś go odwiedzić, ale…
Ale opiekunowie na to nie pozwolą. Wolą trzymać gołąbeczkę w garści niż pozwolić, żeby wraz z posagiem dostała się w ręce jakiegoś krajania. Zapewne Lord myślał o małżeństwie z własnym synem… Dlatego do tej pory trzymali dziewczynę pod kloszem. Na razie jej dziedzictwem zajmują się krewni, ale gdyby wyszła za mąż, podreperowałaby tym finanse rodziny, a do tego wmówiono by jej, że nic lepszego nie mogło jej spotkać. Oto jak załatwia się takie sprawy w wyższych sferach. .
– To musi być bardzo zabawne – powiedziała nagle Inga, wyrywając go z zamyślenia.
– Cóż takiego?
– Zgadywanie różnych rzeczy o innych, a potem obserwowanie min zdziwionych ludzi, którzy stali się pana ofiarami. Pewnie mam teraz bardzo niemądrą minę – roześmiała się.
Na szczęście nie wyczuł w jej głosie złości. Po raz pierwszy zwrócił uwagę na książkę, którą czytała.
– Tak pani myśli? – zapytał zaczepnie. – Chce pani bym powiedział jeszcze coś o niej?
– Proszę – starała się żeby jej głos brzmiał obojętnie, ale nie mogła ukryć podekscytowania. Nawet, jeśli nie miała w sobie zmysłu dedukcyjnego, bawiło ją to…
– Co pani czyta?
– „Szkice poetyckie” Blake’a.
By nie było wątpliwości pokazała okładkę…
– Na pewno? – dopytywał się.
– Tak.
Zauważył, że dziewczyna dobrze panuje nad emocjami. Cały czas patrzyła mu w oczy, a głos jej nie zadrżał. Musiała stosować tę sztuczkę od dawna.
– Czytałem je. Mam nawet w domu, takie same wydanie. Jednak nigdy nie udałoby mi się tego dokonać, gdyby mój egzemplarz był tak opasły jak ten panienki. Śmiem zatem twierdzić, że zdarła panienka okładkę z tamtego tomiku i oprawiła w nią inną książkę, której zapewne nie przystoi czytać damie. Zatem jakie niegodziwości tam pani ukrywa?
Przez chwilę gorączkowo myślała, co odpowiedzieć.
– Obiecuje pan dochować tajemnicy? – szepnęła nieśmiało.
Zawstydziła się tym, że ktoś odkrył jej mały sekret. William doszedł do wniosku, że, kiedy jest skrępowana wygląda uroczo, ale nie przyszedł tu po to by podziwiać jej urodę.
– Będę milczał jak grób.
– Dracula – powiedziała cicho, jakby to było bluźnierstwo.
Tym razem spuściła wzrok.
– Coś nie tak? – zapytała po chwili, kiedy zauważyła, że mężczyzna przygląda jej się z rozbawieniem
– Wielkie nieba! A już myślałem, że to Mnich. Swoją drogą nie dziwię się, że woli pani wampiry od Blake’a.
– Nie przypuszczałam, że pan czytuje poezję.
– Czytałem ją z konieczności. Nie ma nic gorszego niż posiadanie babki tak słabego wzroku, że nie może ona sama jej sobie czytać, a do tego rozmiłowanej w liryce na tyle, by zmuszać do tego bogu ducha winnego wnuka.
– To musiało być straszne – zachichotała.
Z zadowoleniem zauważył, że Inga ma zamiar się z nim droczyć.
– Zapewniam, że skutecznie odstręczyło mnie od poezji do końca moich dni.
– Pewnie swoim zwyczajem zastanawia się pan, dlaczego po prostu nie oszczędziłam sobie ryzyka i nie czytam tej książki, kiedy jestem sama w swoim pokoju?
– Tak, ale nie chciałem zrażać pani swoją nachalnością.
– To się pewnie wyda niedorzeczne, ale myśl, że mogliby to odkryć sprawia mi przyjemność. Z pewnością zdaje sobie pan sprawę, że w tym środowisku nie wolno mi decydować o wielu sprawach. Skoro prawdopodobnie nie będę mogła wybrać sobie męża, to, chociaż o literaturze zadecyduję sama – zakończyła zdecydowanie przemowę.
– Czy ktoś już z panienką o tym rozmawiał? – Niespodziewanie dla siebie William zaczął przejmować się losem tej wyjątkowej osóbki.
– Nie musieli – ściszyła głos, gdyż ktoś kręcił się pod drzwiami. – Ale to było dla mnie jasne, że pewnego dnia Lord powie Ingo… Wiesz, że jesteś dla nas jak prawdziwa córka. Bylibyśmy szczęśliwy gdybyś poślubiła Henry’ego. Taka jest kolej rzeczy.
Całkiem interesująco sparodiowała głos swojego opiekuna. Marlowe mógł przez to wyrobić sobie zdanie o sposobie bycia pracodawcy.
– To, że nikt nie traktuje mnie tu poważnie, czasem jest zaletą. Nie zawsze pilnują się przy mnie. Przypadkiem zdradzają różne sekrety – westchnęła. – Zupełnie jakbym była jakimś przedmiotem i nie myślała.
– A co sądził o tym niedoszły oblubieniec?
– Nic. Rozmawialiśmy o tym tylko raz. Powiedział tylko, że oboje mogliśmy trafić gorzej i poślubić kogoś, kogo kompletnie nie znamy. Proszę mnie zrozumieć. Kochałam go, ale jak brata. Nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że… – Spłonęła rumieńcem i spuściła głowę.
– Podobno Henry pisał pamiętnik?– zapytał znienacka detektyw.
Inga aż podskoczyła. Książka wypadła jej z ręki i upadła na podłogę. William schylił się po nią i jej podał.
– Przepraszam – powiedziała, kiedy się już trochę uspokoiła. – Ten pamiętnik obrósł już taką legendą. Pytano mnie o niego już z tysiąc razy. Przepraszam, ale nie mogę panu pomóc.
Jej reakcja wydała mu się podejrzana. Ktoś, kto nic nie wie na pewno się tak nie zachowuje. Jednak zasypując ją pytaniami nic od niej nie wskóra. Miał czas. Lepiej żeby sama mu tym opowiedziała. Jeśli nie pomylił się, co do niej, mogła okazać się niezastąpionym źródłem informacji. Możliwe, że celowo zgrywała głupią gąskę. Wystarczyło spojrzeć na jej czujny i rozbiegany wzrok.
– W porządku – powiedział łagodnie. – Koniec przesłuchania.
– Nie czułam się jakby to było przesłuchania – zdziwiła się.
– Tym lepiej. W takim razie, skoro szczęśliwie udało nam się znaleźć wspólne zainteresowania to proszę mi jeszcze zdradzić, skąd ma panienka tę książkę. Obiecuję jej nie wydać…
– Henry mi ją dał – jej głos wyraźnie posmutniał.
– Musiała panienka bardzo przeżyć jego śmierć – powiedział łagodnie.
– Wypłakałam już wszystkie łzy. Powinnam wiedzieć, że do tego dojdzie. On już od dawna był martwy… duchowo. Rozmawiał ze mną, jadł, spał, ale zachowywał się jak żywy trup. Od kiedy wrócił do domu był taki. Zawsze miał melancholijne usposobienie, ale kiedy pytałam mówił, że nie rozstanie się tak łatwo z życiem. Tuż przed tym jak… Przed śmiercią mu się poprawiło. Byłam w szoku, kiedy się dowiedziałam o tym, co zrobił – głos zaczął jej się łamać. – Czasem myślę, że tam gdzie teraz jest… Tam jest mu o wiele lepiej.
– Już dobrze…
Inga rozczuliła go do tego stopnia, że już miał wyciągnąć rękę by dodać jej otuchy, kiedy przeszkodził im lokaj.
– Tu pan jest! – powiedział oskarżycielskim tonem.
Nie był zachwycony, że spotkał go akurat w bibliotece.
– Szukałem pana. Trzeba było powiedzieć, że chce pan…
– Nabrałem ochoty na lekturę.
William wstał, podszedł do najbliższego regału. Z którego wyjął książkę. – O! Właśnie o to mi chodziło.
Po chwili stwierdził, że trzyma w ręku „Raj utracony”. – Panna Wellington pomagała mi szukać…
Ta natychmiast potulnie skinęła głową. William o mało się nie roześmiał. Grała swoją rolę bardzo przekonująco, choć lokaj nie dał się nabrać.
– Dobra lektura pomaga mi się skupić – stwierdził dyplomatycznie detektyw.
– Pan prosi – mruknął sługa.
– Więc nie każmy mu czekać!
William skorzystał z okazji, że lokaj odwrócił się w kierunku drzwi. Spojrzał na dziewczynę i położył sobie palec na ustach dając tym samym, znak, że pamięta o ich umowie. Tym bardziej, że przyłapał się na tym, iż z chęcią wróci do rozmowy, którą im przerwano.

***

Zaprowadzono go do gustownie urządzonego gabinetu na drugim piętrze. Lokaj nie odezwał się przez całą drogę. Nawet nie raczył spojrzeć czy William podąża za nim. Bił od niego chłód. Najwidoczniej lubił mieć wszystko pod kontrolą i coś takiego jak samowolne opuszczenie pokoju przez gościa, nawet, jeśli ów gość jest detektywem, nie mieściło mu się w głowie. On kierował całą służbą i widocznie uważał za swój święty obowiązek wiedzieć o wszystkim, co działo się w posiadłości. William uśmiechnął się do siebie. Mógł zacząć budować sobie w myślach jego obraz. Wszystko, od braku obrączki do nieco zgorzkniałego zachowania, wskazywało, że był kawalerem. Człowiek tak sumiennie wykonujący swoje obowiązki na pewno nosiłby obrączkę. Możliwe też, że w pobliżu nie mieszkali też żadni jego krewni. Zupełny brak życia osobistego sprawił, że wszystkie wysiłki skupił na pracy. Lordostwo mógł traktować jak swoją własną rodzinę. Ponadto wyglądał na perfekcjonistę. Przez całą drogę na górę uważnie badał poręcz schodów i poszczególne szczeble, w poszukiwaniu nawet najmniejszych pyłków kurzu. Oczywiście Marlowe mógł opierać się tylko i wyłącznie na swoich przypuszczeniach w nadziei, że są słuszne, jednak jednej rzeczy był całkowicie pewien. Z tym człowiekiem nie będzie łatwo. Pozostawało jednak pytanie, czy jeśli majordomus zna jakieś mroczne sekrety, które popchnęły panicza w objęcia śmierci, to czy wyjawi mu je, czy zatai w imię spokoju rodziny?
– Możesz nas zostawić Alfredzie – usłyszał niski, chłodny głos Lorda.
Mężczyzna stał przy oknie i patrzył na ogród. W świetle porannego słońca detektyw mógł jedynie dostrzec zarysy sylwetki mężczyzny, który stał odwrócony do niego tyłem. Był średniego wzrostu, ani zbyt gruby, ani zbyt chudy. Musiał jednak uprawiać jakiś sport, bowiem był całkiem nieźle zbudowany. W grę mogło wchodzić polo. Trzymał się dosyć prosto – widać niedawna tragedia nie odbiła się na nim tak jak początkowo sądził detektyw. Dopiero, kiedy Lord się odwrócił, a zrobił to bardzo powoli i majestatycznie – stosownie do swego społecznego statusu, William zauważył, że tragedia największe spustoszenie poczyniła na jego twarzy. Podkrążonych, przekrwionych i zgasłych oczu nie dało się niczym zamaskować. Podobnie było ze zmarszczkami i pasemkami siwych włosów, które zdobiły jego głowę. To wszystko świadczyło o tym, że Lord słabo ostatnio sypia, ale trudno mu się dziwić. Dodatkowo kolor cery sugerował, że arystokrata radzi sobie z problemami za pomocą starego, dobrego i wypróbowanego sposobu – alkoholu.
– Proszę usiąść – polecił arystokrata.
Sam jednak nadal stał przy oknie.
– Musi mi pan wybaczyć, ale zostanę w takiej pozycji.
– Nic się nie stało. Sam nie chciałbym siedzieć w fotelu, na którym zastrzelił się mój syn. Skarcił się w duchu. Trzymać język za zębami. Ze szlachcicami rozmawia się inaczej niż ze służbą.
– Widzę, że skrzętnie zbiera pan informacje – stwierdził ze smutkiem Ashby.
Nie zareagował na ten brak taktu. Po jego twarzy przemknął jedynie słaby, lecz widoczny dla bystrego obserwatora, grymas cierpienia…
– Traktuję poważnie to, co robię.
– Wiem, że powinienem wezwać pana, kiedy ciało jeszcze tu było.
Wzruszenie odebrało mu na chwilę głos. Zachwiał się i musiał wesprzeć się o parapet. W tej chwili nie przypominał ani trochę obytego w świecie arystokraty. Cierpienie dotknęło nawet jego. Jak każdego rodzica, który traci dziecko.
– Jednak konstabl sporządził skrupulatny raport. Mam też zdjęcia – ciągnął dalej.
Nie szczędzili pieniędzy
William spojrzał na fotografie, które leżały przed nim na blacie biurka. Jedna przedstawiała zastrzelonego mężczyznę, leżącego korpusem na biurku. Wszędzie była krew. W tle widać było pistolet, który leżał na podłodze po prawej stronie. Wyraźnie widoczna była też rana wlotowa. William rozejrzał się po pomieszczeniu. Na sąsiedniej ścianie dostrzegł miejsce, w którym utkwiła kula. Znów przeniósł wzrok na fotografię. Potem ponownie na ścianę. Wiedział, że Lord uważnie go obserwuje, ale zupełnie nie wyczuwał jego obecności. Na chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. W tej chwili istniał tylko on i szczegóły, które musiał przemyśleć. Wyobrażał sobie wydarzenia, które miały tu miejsce owego feralnego wieczoru. Słyszał tylko swoje własne myśli. Po kilku minutach ocknął się z zamyślenia i zapytał:
– Czy syn był praworęczny…?
– T-a-k… Ch-yb-a – wyjąkał zaskoczony Lord.
– Wszystko wskazuje na to, że mogło to być samobójstwo.
Zauważył, że arystokrata dziwnie się skulił. Musiał mieć zszargane nerwy. Najlepszym rozwiązaniem byłby dla niego zagraniczny wyjazd, ale William wiedział, że w obecnej sytuacji nie da się na to namówić. Drugim problemem pozostawały finanse rodziny.
– Ale równie dobrze mógł to zrobić też ktoś, kogo dobrze znał – stwierdził dyplomatycznie – Kąt strzału się zgadza, ale znajomy człowiek mógł podejść na tyle blisko żeby strzelić z takiej pozycji.
Lord z każdą chwilą wydawał się coraz bliższy omdlenia. William uznał, że mógłby mu oszczędzić dalszych szczegółów, ale z jakiegoś powodu nie chciał tego zrobić.
– Albo Henry mógł nie słyszeć sprawcy, który wszedł przez balkon – ciągnął dalej
Twarz Lorda momentalnie się rozjaśniła. William pomyślał, że na przyszłość musi uważać z publicznym rozgłaszaniem swoich hipotez, żeby nie robić nikomu niepotrzebnych nadziei.
– Z całą pewnością nie widziałby napastnika – zakończył.
Sam nadal skłaniał się ku temu, iż było to samobójstwo, ale musiał to jeszcze udowodnić.
– Drzwi były zamknięte na klucz – odezwał się Ashby. – Znaleziono go w kieszeni syna. Podał detektywowi przedmiot. William obejrzał go dokładnie. Nic nie wskazywało na to, by przekręcano go od strony korytarza za pomocą jakiejś pęsety.
– To wiele komplikuje – westchnął. – A okno?
– Było zamknięte od wewnątrz.
Zerwał się z fotela i podszedł do drzwi balkonowych. Nie oglądał okien. Zdążył już zauważyć, że mają wmontowane nowoczesne zamki. Na nieszczęście jedyna klamka znajdowała się po wewnętrznej stronie. To praktycznie ukręcało łeb całej jego teorii. Postanowił jednak się nie poddawać. Pozostawała jeszcze jedna możliwość. Kompletnie ignorował gospodarza, który stał tuż obok. Otworzył drzwi i wyszedł na balkon. Odetchnął głęboko i lekko popchnął drzwi, ale zrobił to tak by nie robić zbyt dużego hałasu. Chodziło tylko o to, by zderzyły się z framugą. O mało nie wybuchnął radosnym śmiechem. Blokada opadła i w ten sposób drzwi były zamknięte.
– Niesamowite!
– Czy tamtego wieczoru było ciepło?
– Raczej tak. Do czego pan zmierza?
Lordowie od razu przybyło sił, dlatego William wolał zakończyć rozmowę i nad resztą pomyśleć sam. Wcześniej myślał, że będzie mu to obojętne, ale teraz przekonał się, że żal mu tego człowieka i nie chciał przysparzać mu zmartwień. Jednak bardzo szybko porzucił te zamiary, kiedy jego uwagę zwrócił kominek:
– Kiedy ostatni raz coś tu palono? – zapytał.
– Od śmierci… Od kiedy to się stało nikt tu…
– Jest pan pewien?
– Całkowicie.
William przykucnął obok kominka. Wszystko wskazywało na to, że Henry musiał spalić tu coś przed tym zanim umarł. Należało ustalić co. Musiało bardzo mu zależeć żeby nikt tego nie zobaczył.
Co to mogło być? Weksle? Niewygodny list? Anonimy? Czy to ostatecznie popchnęło go do samobójstwa? A może kogoś innego popchnęło kogoś innego do morderstwa?
Stało się to, czego obawiał się najbardziej. W grze nadal pozostawały wszystkie motywy. A to nie wróżyło szybkiego zakończenia śledztwa. Teraz Will był gotów śmiać się sam z siebie. Przypomniał sobie jak łudził się, że zaraz po wstępnych oględzinach wyda wyrok, odbierze honorarium i będzie mógł odejść do swoich spraw. Niespodziewanie taki obrót spraw niezmiernie go ucieszył. Stało się z nim to, o czym wielokrotnie opowiadał mu stryj. Zaczął go wciągać wir tajemnic, które spowijały minione wydarzenia. Za każdym razem, kiedy o tym pomyślał, czuł dziwne podniecenie. Coś na kształt stanu podobnego do tego, kiedy ma się we krwi małą ilość alkoholu. Zbyt mało by się nim upić, ale zbyt dużo by go ignorować. Wszystko, co dzieje się w domu nagle zaczęło wydawać mu się fascynujące. Odsunął od siebie myśl o honorarium. Wiedział już, że dowie się, co naprawdę się tu wydarzyło nawet, jeśli nie dostanie za to złamanego grosza. Coś mówiło mu, że chodzi o coś więcej niż zwykłe samobójstwo. Morderstwo wydawało się wielce prawdopodobne.
Dźwięk gongu oznajmił porę obiadu.
– Musi być pan głodny – stwierdził Ashby.
Lord był zakłopotany, gdyż uświadomił sobie, że zaniedbano bardzo ważnego obowiązku wobec gościa. Nie godzi się żeby pod jego dachem ktokolwiek chodził głodny.
– Proponuję żeby pan odpoczął i…
– Ja… Tak. Ma pan Absolutną rację.
Mimo iż jedzenie było ostatnią rzeczą, o jakiej teraz myślał, to z ulgą był skłonny uwolnić się od tej rozmowy. Nie lubił, gdy ktoś niepożądany przeszkadzał mu, kiedy… No właśnie, kiedy co? Sam nie potrafił nazwać tego stanu, ale wiedział, że wtedy woli być sam. Z ulgą opuścił pokój.
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
#8
Spoiler:

Wybacz, ze tak późno, ale sesja się zbliża- sama rozumiesz ;–)
Ostatnio miałam okazję zobaczyć Dumę i uprzedzenie i ta urocza panna Wellington idealnie się wpisała w te klimaty, przypomina mi Jane. Zwykle sama mam uprzedzenia do bohaterek płci żeńskiej, ale opisałaś ja tak sprawnie, że od razu przypadła mi do gustu, mimo całej słodyczy jej wyglądu.
Ten rozdział również mi się podobał, zastanawiam się, jaką to intrygę szykujesz i czekam na wyjaśnienie śmierci Henry'ego ;–)
Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie
Odpowiedz
#9
PROLOG
Cytat:Łatwo jest być Irlandczykiem pośród rodaków (przecinek) gorzej, jeśli zły los rzuci się (cię) do Oxfordu.
Cytat:Nie potrafię sobie wyobrazić (przecinek) jak długo odkładał pieniądze, by móc zapewnić mi takie wykształcenie.
Cytat:Co roku, przy okazji urodzin,
Chodzi mi tu o związek frazeologiczny – co roku.
Zaznaczam, że powyższa forma jest oczywiście prawidłowa.
Mówimy: co noc, co dzień, co miesiąc, co dziesięć lat; a więc logiczne jest "co rok". Tu jednak powstała także inna forma, która się utrwaliła i jest również poprawna. Podejrzewam, że powstała ona ze zwrotu "co pół roku".
(to taka mała dygresja dla innych czytelników)
Cytat:Niech pozwoli mi odszukać ten koniec. (myślnik) Kolejna z moich wad.
Cytat:Wtedy dotarło do mnie, że pan Pembrooke pomylił mnie ze swoim (chyba powinno być 'z moim') stryjem.
Cytat:Z tym, ze (że) ja nigdy nie miałem zamiaru grać na giełdzie…

To tyle jeśli chodzi o prolog.
Świetny tekst – bardzo mnie wciągnął.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Cytat: – Bardzo mnie to cieszy! Nie chciałbym (przecinek) żebyś natknął się na zbirów Leopolda.

Cytat: – Jeśli tylko będziesz milczał (przecinek) jakaś panna z pewnością cię zechce.
Cytat: – Chyba wymagam od losu zbyt dużo (przecinek) oczekując, że gdzieś istnieje panna, z którą można porozmawiać o czymś poza strojami i haftowaniem.
Cytat: – Cieszę się, że minęła ci ta urodzinowa melancholia. Teraz mogę ci szczerze powiedzieć, że byłeś nie do wytrzymania.
– Ja też.(co też? – nie rozumiem)
Cytat:W tym momencie przypomniał sobie, (zbędny przecinek – już Sem zwróciła na to uwagę) o czymś.
Cytat:Może Lordowi nie chodzi o syna (przecinek) tylko o własne bezpieczeństwo.
Cytat:Co Henry mógł w (w nim) napisać?
Cytat:Ot tak, by wymienić poglądy na jakiekolwiek temat (albo 'jakikolwiek temat', albo 'jakiekolwiek tematy') .
Cytat:Jednak zawsze, kiedy rozumuję w ten sposób, odczuwam jednocześnie, (zbędny przecinek) przemożną chęć postawienia się na miejscu osoby, z którą rozmawiam.
Cytat:Najważniejsze (przecinek) żebym ja sam mógł się w nim odnaleźć.
Cytat:– Nie wierzę, że mogłem nie słyszeć semafora.(trudno jest usłyszeć coś, co daje tylko sygnały optyczne)
Cytat:Postanowił w przyszłości poczynić jakieś kroki by nauczyć swój organizm zażywania tyle snu, ile on uzna za stosowne, a ile mu potrzeba.(nie rozumiem tego zdania)
Cytat:– Nie traćmy czasu! – Pracownik wyrwał mu z ręki walizkę. – Pozwoli pan, że wezmę bagaże? (myślnik) Powoli ruszyli w stronę powozu.
Cytat:– Jak wyobrażał obie (sobie) pan człowieka mojej profesji?
Cytat:Po miej (mniej) więcej godzinie jego oczom ukazała się posiadłość.
Cytat:Nie wiedział jeszcze, czy okażą się pomocne w dalszym śledztwie, ale na pewno mówiły, (zbędny przecinek) co nieco o jego nowym pracodawcy.
Cytat:O ile pamięć go nie zawodziła zawsze spotykał tam, (zbędny przecinek) co najmniej trzech lub czterech ludzi, którzy zajmowali się wyłącznie roślinami.
Cytat:– Ależ tak! – Rzucił (z małej litery) pracownik.
Cytat:– To jej zwyczaj, czy zaczęła dłużej sypiać po? (po czym? – bo nie rozumiem)
Cytat:Poza tym nawet najlepsze sprzątaczki nie potrafiły pomóc tam, gdzie niezbędne były farba i tynk. Gdy spojrzał w górę zauważył sypiący
się tynk.
'tynk' – powtórzenie.
Lepiej wróć do poprzedniej wersji, tylko zamiast purchawek daj purchle na suficie.
Cytat:Jeden z nich siedział na krzesełku i z dumą trzymał w ręku jakąś starą (przecinek) zabytkową szpadę.
Cytat:– Na końcu korytarza. (przecinek zamisat kropki) Żeby miał pan spokój.
Cytat:Oznaczało to, że będzie miał, ( zbędny przecinek) choć odrobinę prywatności.
Cytat:Może jeszcze ratować się wyprzedawaniem, (zbędny przecinek – już Sem zwróciła na to uwagę) co cenniejszych dzieł sztuki.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Fantasy Pierwszy rozdział – Kroniki Imperium Lorda Reytu Lather 2 1,292 28-05-2016, 20:57
Ostatni post: Lather

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości