Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Polowanie na Czarownice
#1
Opowiadanie to popełniłam dość dawno. Pozostaje mi mieć nadzieję, że od tego czasu się rozwinęłam ;)

******************************************************

POLOWANIE NA CZAROWNICE



Skończyły się polowania na czarownice;
Teraz czarownice polują na ludzi.

Urszula Zybura

ROZDZIAŁ I

Londyn rok 2009

Słońce już dawno skryło się za widnokręgiem. Ziemię opanował mrok. Oddalona o zaledwie pięć minut drogi od wioski polana, za sprawą ogromnego ogniska, była tej nocy oświetlona niemal jak za dnia. Ognisko to było tak naprawdę stosem, który bogobojni mieszkańcy ustawili po to, by oczyścić wioskę z nieczystych sił, które tam się zagnieździły…
Niemalże wszyscy ludzie opuścili swe domostwa i przybyli w to miejsce, by z bliska przyjrzeć się spaleniu czarownicy. Niektórzy z nich głośno się modlili, inni złorzeczyli szatańskiej dziwce, a jeszcze inni nawet nie patrzyli na egzekucję, w obawie by nie zostać zaczarowanymi przez wiedźmę, zanim nie zostanie z niej tylko popiół.
Przywiązana do płonącego pala dziewczyna dogorywała. Już nie krzyczała. Zemdlała z bólu i wycieńczenia. Ogień właśnie zajął uszytą z cienkiego, czarnego płótna suknię. Na całym ciele dziewczyny powstały krwawe pęcherze, a smród siarki wydzielanej przez nadpalone włosy roznosił się po całej polanie. Nagle dziewczyna ocknęła się z letargu i zaczęła przeraźliwie krzyczeć…

W tym momencie Alice przebudziła się z koszmarnego snu. Gwałtownie usiadła na łóżku i dotknęła bosymi stopami zimnej podłogi. Oblał ją zimny pot, dostała drgawek i zaczęła się trząść. Niemal histerycznie dotykała dłońmi skóry na rękach i nogach, chcąc sprawdzić czy nie nosi śladów poparzeń, ale niczego takiego nie znalazła. Nadal czuła się tak, jakby to właśnie jej ciało trawił przed chwilą ogień. Kiedy już upewniła się, że fizycznie nic jej nie dolega, wzięła kilka głębokich oddechów, ostrożnie wstała i poszła do łazienki. Przemyła twarz lodowatą wodą i popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Wyglądam jak straszydło! Kilka niemal bezsennych nocy, brak apetytu i ciągły stres zrobiły swoje. Dziewczyna miała przekrwione oczy, które dodatkowo szpeciły ogromne worki. Cera na jej twarzy stała się ziemista, a niegdyś gęste i lśniące włosy, były teraz matowe i znacznie się przerzedziły. Od tygodnia męczył ją ten sam sen… Nigdy nie zdołała się przyjrzeć katowanej kobiecie, ale mogłaby przysiąc, że to właśnie ona płonie.
Zamknęła na chwilę oczy, a kiedy je otworzyła, zobaczyła w lustrze odbicie kogoś, kto musiał stać za nią. Dziewczyna mniej więcej w jej wieku. Miała na sobie czarną, poszarpaną sukienkę, a jej ciało nosiło ślady długotrwałego katowania. Najbardziej uderzyło ją to, że były do siebie bardzo podobne. Kiedy przyjrzała się bliżej uznała, że wyglądają niemal identycznie. Jednak tamta w odróżnieniu od Alice, która miała kasztanowe włosy, była brunetką. Jej włosy były jednak całe poplątane tak, jakby ktoś kilka miesięcy ich nie czesał. Poza tym była przeraźliwie chuda. Ale najbardziej przerażające było jej spojrzenie. Spojrzenie wyrażające tylko bezgraniczne cierpienie i obłęd.
– Czego ty do cholery ode mnie chcesz?! – Alice odwróciła się gwałtownie, ale w miejscu, w którym powinna stać tamta dziewczyna, nikogo nie było.
Mój Boże… co się ze mną dzieje? To niemożliwe żebym była chora, na… Ale przecież duchy nie istnieją! Wróciła do sypialni i wyjęła z szuflady paczkę papierosów. Zapalniczkę znalazła gdzieś na stole. Ledwie dała radę zapalić. Nadal trzęsły jej się ręce. Zaciągnęła się dymem i zaczęła się krztusić. Zaczęła palić dwa dni temu, ale nigdy nie udało jej się wypalić do końca żadnego papierosa, każda próba kończyła się dokładnie w taki sam sposób jak ta.
Zjawa ukazała się jej po raz pierwszy. Na początku tylko o niej śniła. Potem zaczęło jej się wydawać, że słyszy czyjeś błagalne szepty, a czasem, kiedy znajdowała się w hałaśliwym tłumie przechodniów na ruchliwej ulicy niemal słyszała przeraźliwy krzyk katowanej kobiety.
Po kilku minutach uspokoiła się na tyle, że mogła zacząć po raz kolejny analizować swoje beznadziejne jak jej się wydawało położenie. To niemożliwe żeby zobaczyła ducha, przecież duchów nie ma! Bardziej prawdopodobna była druga opcja, w którą do tej pory nie chciała wierzyć. Teraz musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Wszystko, co widziała i słyszała w ostatnim czasie, to tylko wytwór jej wyobraźni, a ona sama jest po prostu…
– Chora psychicznie. – Dokończyła na głos.
Zegar na ścianie wybił właśnie dziewiątą. Alice wiedziała, że nie może dłużej siedzieć w swoim mieszkaniu. Nie czuła się tam już bezpiecznie. Podeszła do szafy i wyjęła z niej jakieś ubrania. Nawet nie zwracała uwagi na to, czy są czyste. Zabrała z wieszaka jakiś sweter, wzięła torebkę i pośpiesznie wyszła z mieszkania.

***

Anglia rok 1640

Wioska była jeszcze pogrążona w głębokim śnie, kiedy pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetlały dziewczynę, idącą boso przez łąkę. Rosa, która pojawiła się nad ranem przyjemnie chłodziła jej stopy, dlatego Rebeca zdjęła buty i niosła je w ręku. Wracała właśnie z lasu, gdzie codziennie zbierała świeże zioła i inne rośliny. Sporządzała z nich potem herbaty, maści i napary, którymi pomagała w leczeniu współmieszkańcom. Oni odpłacali się dziewczynie jedzeniem albo wełną, co było jej bardzo na rękę, gdyż nie była zbyt zamożna. Rebeca mieszkała sama w rozpadającej się chatce na skraju lasu. Była sierotą, jej rodzice i młodszy brat zmarli kilka lat wcześniej podczas epidemii gorączki potowej. Od tego czasu musiała sama o siebie dbać. Jej ojciec nie prowadził ogromnego gospodarstwa, a i tak większość inwentarza i lwią część pola musiała sprzedać, bo sama nie poradziłaby sobie z uprawianiem go. Teraz cały jej dobytek stanowiła jedna krowa, owca i czarny jak smoła kot, którego kiedyś znalazła w lesie. Choć była bardzo ładna, z powodu braku posagu, nie mogła liczyć na korzystny ożenek. Skończyła już dwadzieścia cztery lata i śmiało mogła uchodzić za starą pannę. Nie narzekała jednak na swój los. Nauczyła się z pokorą i wytrwałością znosić wszystkie przeciwności losu. Zachwyciła się pięknem poranka. Przystanęła, położyła na ziemi kosz, rozpuściła swój gruby czarny warkocz i zaczęła tańczyć, nucąc przy tym jakąś starą piosenkę, której w dzieciństwie nauczyła jej babcia. Nie była jednak świadoma, że ktoś ją obserwuje. Za drzewem usadowił się miejscowy pastor. Człowiek czterdziestoletni, obdarzony skąpym owłosieniem na głowie i bardzo wydatnym brzuchem. Był on wynikiem obfitych posiłków i trunków, którymi raczyli go parafianie podczas jego licznych wizyt. Pastor często odwiedzał swoje owieczki. Była to dla niego doskonała okazja, do ucieczki od wiecznie zrzędzącej żony, dla której każdy przejaw szczęścia i radości był grzechem, zagrożonym wiecznym potępieniem. Jednak pastor i jego żona cieszyli się powszechnie nienaganną opinią. Duchowny przez chwilę patrzył na dziewczynę pożądliwym wzrokiem i oblizywał wydatne wargi, a potem skrył się w lesie…
Rebeca tymczasem doprowadziła się do porządku. Włosy związała, na powrót, w ciasny warkocz i podążyła w stronę domu, gdzie czekała na nią najbliższa sąsiadka. Kobieta miała dla niej miłą niespodziankę.
– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się do starej kobiety.
– Witaj moje dziecko, że też tobie chce się tak wcześnie wstawać. – Starsza pani uśmiechnęła się i podała dziewczynie worek, w którym znajdowała się kura. – To w podzięce za tę maść, która pomogła memu kochanemu mężowi na reumatyzm. Doprawdy jesteś prawdziwym aniołem moje droga.
– Ależ to niepotrzebne!
– Weź, weź. Będziesz przynajmniej miała swoje jajka. A taka kura nie je dużo. – Dziewczyna jeszcze przez chwilę wahała się, a potem powiedziała:
– Dobrze, wezmę tę kurę, ale dam za to pani następny słoiczek maści. Przyda się, bo szykuje się przymrozek.
Kiedy już transakcja został dokonana sąsiadka odeszła, a Rebeca weszła do domu. Za nią do izby przemknął mały czarny kociak.
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Cytat:Oddalona, o zaledwie pięć minut drogi od wioski polana,
po co ten pierwszy przecinek?

Cytat:Przywiązana do płonącego pala dziewczyna, dogorywała
zbedny przecinek

Cytat:Ogień właśnie zajął, uszytą z cienkiego czarnego płótna, suknię.

i te przecinki tez.

Cytat:Na całym ciele dziewczyny, powstały krwawe pęcherze
i tu.

Cytat:Nadal czuła się tak jakby to właśnie jej ciało, trawił przed chwilą ogień.
przestaw przecinek z miejsca po "cialo", na miejsce po "tak"

Cytat:Zamknęła na chwilę oczy, a kiedy je otworzyła zobaczyła w lustrze odbicie kogoś
przecinek po "otworzyla"

Cytat:Miała na sobie czarną poszarpaną sukienkę
przecinek po "czarna"

Cytat:Jednak tamta w odróżnieniu, od Alice, która miała kasztanowe włosy
zbedny przecinek po "odroznieniu"

Cytat:Jej włosy były jednak całe poplątane tak jakby ktoś kilka miesięcy ich nie czesał.
przecinek przed "jakby"

Cytat:Po kilku minutach uspokoiła się na, tyle, że mogła zacząć, po raz kolejny, analizować swoje beznadziejne, jak jej się wydawało, położenie.
natlok blednie uzytej interpunkcji mnie poraza

Cytat:Nawet teraz, chociaż od kilku dni niedojadała zachwyciła się pięknem poranka
przecinek po "niedojadała"
poza tym NIE DOJADAŁA

Oke, to zaczyna sie ciekawie ;) O wiele lepsze niz tekst o lordzie, ktorego wrecz nie moge przetrawic ;) wiecej wspolczesnosci, mniej tej Anglii 1600 ;p Podoba mi sie, procz tej blednie uzytej interpunkcji, ktora szpeci tekst. Czekam na dalszy ciag.
Dżon Rambo z cyckami
Odpowiedz
#3
ROZDZIAŁ II


Alice siedziała na niewygodnej, drewnianej ławce, w parku, w którym nigdy wcześniej nie była. W tej chwili nie pamiętała nawet, jak się tam znalazła, ale było to jej najmniejsze zmartwienie. Żałowała, że wychodząc z domu, nie założyła płaszcza. Teraz dygotała z zimna, smagana porywami zimnego wiatru. Słonce już całkowicie schroniło się za ciemnymi chmurami i wszystko wskazywało na to, że zaraz zacznie padać. Będzie musiała poszukać sobie innego miejsca, ale zupełnie jej to nie obchodziło. Czy właśnie tak wygląda choroba psychiczna? Ignoruje się podstawowe czynności, jak jedzenie i spanie, by pogrążyć się w nerwowych rozmyślaniach o niczym? Spojrzała na książkę, która leżała obok niej. Kupiła ją przed chwilą, bo jakimś cudem udało jej się nie zapomnieć o zabraniu pieniędzy. Wiedziała, że rozsądniej byłoby poszukać potrzebnych informacji w Internecie, ale w ostatnich dniach była tak rozkojarzona, że zapomniała zapłacić rachunek. Zaczęła się obawiać, że po powrocie do mieszkania nie będzie światła ani wody. Ale przecież i tak nie masz zamiaru tam wracać. Ponownie zmusiła się do czytania. Kilka minut temu odłożyła książkę, bo nie rozumiała z niej ani słowa. Miała przed oczami tekst. Wiedziała, że trafiał do jej głowy, ale zanim zdołała go zrozumieć, słowa ulatywały w sobie tylko znane miejsce. Nie potrafiła pozbyć się widoku katowanej kobiety. Widziała ten koszmarny obraz za każdym razem, kiedy zamykała oczy. Zupełnie jakby ktoś wypalił jej go pod powiekami.Widziałaś jak patrzyła na ciebie sprzedawczyni? Już wszyscy zaczynają widzieć, że jesteś szalona…Dlaczego sama nie chcesz się do tego przyznać? Podjęła ostatnią, desperacką próbę skupienia uwagi na czytanym tekście. Cały czas porównywała opisane przypadki z własnym. Autor nie miał dla niej dobrych wiadomości. Nikt w jej rodzinie nie zdradzał objawów choroby psychicznej. Ona sama na początku sądziła, że koszmary spowodowane są stresem związanym z pracą semestralną, którą przygotowywała. Pisała o prześladowaniach czarownic w Anglii. Najpierw czytała o procesach i torturach, potem o nich śniła, a w końcu zaczęła je widzieć na jawie… Z dnia na dzień było coraz gorzej. Wiedziała, że powinna pójść z tym do lekarza albo chociaż z kimś porozmawiać, ale bała się tego zrobić. Wciąż miała nadzieję, że to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzi. Gdyby usłyszała diagnozę, straciłaby wszelkie złudzenia. Coś jednak musiała zrobić.
Schizofrenia – prawdy i mity. Nie polecam tej książki. Czytając ją, sam miałem wrażenie, że jestem chory – usłyszała obcy głos. Przez krótką chwilę obawiała się, że to kolejna halucynacja, ale kiedy podniosła głowę i przyjrzała się intruzowi, stwierdziła, że nie wygląda jak zjawa.Świetnie! Teraz zostanę okradziona albo porwana do jakiegoś burdelu. Posłała mężczyźnie niechętne spojrzenie, ale chyba nie zrozumiał jej intencji. A może po prostu je zignorował? – Jeśli chcesz, mogę ci polecić bardziej fachową literaturę.
– Wątpię bym zrozumiała z niej coś więcej niż z tego – mruknęła. Zamknęła książkę i przycisnęła ją do piersi. Nadszedł czas żeby poszukać sobie innego miejsca. Wstała. Zrobiła to jednak zbyt szybko. Kiedy tylko stanęła na nogach pociemniało jej przed oczami, a słabe zawroty głowy, które odczuwała od jakiegoś czasu, przybrały na sile. Opadła z powrotem na ławkę.
– Wszystko w porządku? – zapytał nieznajomy. W jego głosie wyczuła niepokój.
– W najlepszym – westchnęła. Poza tym, że mam koszmary, halucynacje i chyba wariuję to… czuję się świetnie!
– Na pewno?
– Tak! Czuję się dobrze. – Kolejne kłamstwo. Gdyby pamiętała o tym, by zjeść coś dziś rano i wczoraj wieczorem, nie miałaby teraz kłopotów.
– Jeśli już kłamiesz – rób to dobrze – powiedział znużonym głosem, a potem usiadł obok niej.
– Nie musisz… no wiesz… gdzieś iść? – Sama nie dałaby rady odejść daleko. Miała tylko nadzieję, że nie zacznie padać, bo wtedy miałaby problem. Wszystko wskazywało na to, że była skazana na jego towarzystwo.
– W zasadzie tak, ale tu się przydam bardziej.
– Wątpię… – Nie miała już siły żeby go odpędzić, więc nie powiedziała nic więcej. Skoro miała już się ośmieszyć, najlepiej żeby zrobiła to przed kimś obcym.
– Przypomnij mi potem, ile ci za to wiszę… – Wziął książkę i wyrzucił ją do kosza. Alice nie zareagowała. Patrzyła przed siebie. Bała się, że zaraz usłyszy krzyki zjawy, ale nic takiego nie nastąpiło. – Zakładam, że nie czytałaś tego dla przyjemności?
– Nie – odpowiedziała cicho.
– Więc dlaczego? – Wydawał się bardziej zaniepokojony niż na początku rozmowy.
– To skomplikowane. – Powiedzenie tego, co chciała, okazało się trudniejsze, niż sądziła. Do tego robiło się coraz zimniej. Wiedziała, że nie może dłużej tu siedzieć, bo zamarznie. Przypomniała sobie ogień, o którym śniła. Wtedy odczuwała jego smagnięcia niemal fizycznie. Teraz niemal za nim tęskniła.
– Kiedy ostatni raz jadłaś? – Gwałtownie powróciła do rzeczywistości i do chłodu.
– Ja?
– Wyglądasz jakbyś miała zaraz zemdleć. – Nie czekając na odpowiedź wstał, a potem postawił ją na równe nogi. – Opowiesz mi wszystko, ale najpierw musisz coś zjeść. Chodź, to niedaleko.

***

Po kilkunastu minutach siedzieli w małej, przytulnej kawiarence, z której okien rozpościerał się widok na pobliskie jezioro. Alice zdążyła już trochę się uspokoić i ogrzać, więc przestała się trząść. Dotarła tu o własnych siłach tylko, dlatego że chłód uśpił na chwilę zawroty głowy. Po drodze rozmawiali niewiele. Zdążyła się tylko dowiedzieć, że mężczyzna ma na imię David i studiuje psychologię. Pomaganie ludziom w potrzebie, było najwyraźniej jego hobby. Aktualnie próbowała wmusić w siebie grzankę, ale nie szło jej najlepiej. Chyba już się najadła. Zaczęła rozglądać się dookoła i stwierdziła, że znajduje się w całkiem przytulnym miejscu.
– Bierzesz jakieś leki? – zapytał.
– Nie, a dlaczego?
– Jesteś pewna? To ważne…
– Jestem! – Jeszcze bardziej zdziwiła się, kiedy zobaczyła jak David przywołuje kelnerkę i szepce jej coś do ucha. Po chwili kobieta wróciła z kieliszkiem wina. – Co mam z tym zrobić? – Uznała to za zwykły żart.
– Wypić. – Widząc jej zmieszanie pośpiesznie dodał. – Rozgrzejesz się. – Podniosła kieliszek do ust. Jednym nie mogła się upić, a poza tym nie było w nim chyba środków usypiających. – Z doświadczenia wiem, że alkohol podawany w niewielkich dawkach pomaga przezwyciężyć wewnętrzne opory i rozluźnić się… – Po tych słowach zachłysnęła się. – Oczywiście nie mam na myśli nic nieprzyzwoitego. A teraz powiedz mi, co jest nie tak?
– Mam halucynacje – wykrztusiła.
– Tak? – Już nie wydawał się taki rozluźniony jak wcześniej. Raczej – zaniepokojony.
– I słyszę głosy, mam koszmary i… – mówiła coraz szybciej i coraz mniej zrozumiale.
– Spokojnie – powiedział uspokajającym głosem. – Mamy czas. Najlepiej zacznij od początku. – Dziewczyna odstawiła kieliszek i zaczęła mówić. Alkohol faktycznie dodał jej odwagi.
– To się zdarzyło po raz pierwszy miesiąc temu. Stałam na ulicy i usłyszałam coś jakby krzyk, ale wtedy myślałam, że się przesłyszałam. Potem zaczęły się sny…
– Sny?
– Za każdym razem widzę ten sam obraz. Kobietę płonącą na stosie, ale czuję się tak jakbym ja płonęła – dodała ciszej. Samo wspomnienie snu, wywoływało w niej lęk. A dziś rano ją zobaczyłam…
– W jakim sensie? – Alice faktycznie sprawiała w tym momencie wrażenie osoby szalonej. Mężczyźnie zrobiło się jej żal. Co prawda czytał o duchach, nawet w fachowej literaturze, ale absolutnie w nie nie wierzył.
– W lustrze. Co o tym sądzisz?
– Z naukowego punktu widzenia choroba psychiczna jest możliwa… – Wiedział, że nie powinien od razu burzyć jej nadziei. Powinien ją zbadać ktoś, kto się na tym zna. Do tego czasu postanowił udawać, że jej wierzy. – Ale moja intuicja podpowiada mi, że naprawdę mogłaś zobaczyć ducha. – Intuicja? Na kogo ja trafiłam: lekarza czy szarlatana? Spodziewała się, że zatelefonuje do kliniki psychiatrycznej.
– I na tej podstawie wydajesz opinię? – Cieszyła się, że jednak nie zadzwonił. Zaczęła już rozumować jak większość chorych. Próbowała sobie wmówić, że naprawdę nawiedza ją duch.
– Nie, ale do jutra obiecuję dowiedzieć się wszystkiego na temat zjawisk paranormalnych… – Nie robił sobie jednak wielkich nadziei.
– A co do tego czasu? – spytała nieśmiało.
– Najpierw musisz się porządnie wyspać… – Alice spojrzała na niego przestraszonymi oczami. – Ale pewnie boisz się wracać do siebie? Wobec tego możemy iść do mnie. Mieszkam niedaleko. – Normalnie odrzuciłaby podobną propozycję. Powinna tak zrobić, ale w tej sytuacji każda forma „ucieczki” z własnego mieszkania była wybawieniem. Każdego innego skarciłaby za takie zachowanie, ale w jego towarzystwie czuła się bezpiecznie. Nie miała siły rozważać skutków swojej decyzji.
– W takim razie, na co czekamy?

***

Rebeca wracała do domu po niedzielnym nabożeństwie. Pogoda dopisała, dlatego nie spieszyła się i postanowiła pójść dłuższą drogą przez las, by nazbierać po drodze kwiatów. W pewnym momencie zorientowała się, że ktoś idzie za nią. Kiedy się odwróciła ze zdziwieniem spostrzegła, że jest to pastor…
– Ale mnie ojciec przestraszył! – Odetchnęła z ulgą. Ksiądz nie mógł zrobić jej krzywdy. Jednak, gdy tylko popatrzyła na jego twarz zorientowała się, że coś jest nie tak. Poczuła też odór alkoholu.
– Nie boisz się chodzić sama po lesie? – wychrypiał. – Może cię odprowadzę? – Głos mu się plątał. Z trudem rozumiała, co mówił.
– Nie dziękuję. Nie chcę robić księdzu kłopotu. Żona pewnie czeka z…
– Ależ moje drogie dziecko, ona zrozumie. – Zaczął niebezpiecznie się do niej zbliżać.
– Chyba powinnam już iść… – Dziewczyna przestraszyła się nie na żarty.
– Przecież nie zrobię ci krzywdy. Nie musisz się niczego obawiać. Chyba, że zgrzeszyłaś. Wtedy będę musiał ukarać cię w imię boże…
– Naprawdę musze już iść. – Chciała się odwrócić i odejść, ale pastor dosłownie rzucił się na nią i powalił na ziemię. Próbowała się wyrwać, ale przygniótł ją całym swoim ciężarem. Chciała krzyczeć, ale płacz dławił ją w gardle. Zresztą i tak nikt by jej nie usłyszał. – Proszę, nieeeee! – Zapach potu i wina spowodował, że prawie zwymiotowała.
– Nie popełniamy grzechu! W każdym razie nie ja – wydyszał. – To niewiasty są grzeszne, bo wodzą bogobojnych mężczyzn na pokuszenie. – Zaczął obmacywać jaj piersi. Sięgnął również pod spódnicę, drąc przy okazji materiał… Jego dłoń była mokra od potu. Przywodziła na myśl okropnego węża. Mężczyzna zachowywał się jak zwierzę. Kiedy dotknął obślinionymi wargami jej szyi, poczuła do siebie obrzydzenie. Musiała coś zrobić. Z trudem wymacała w trawie kamień, chwyciła go i z całej siły uderzyła nim duchownego w głowę. Stracił na moment przytomność, a na w tym czasie zdążyła wyswobodzić się z jego uścisku i uciec. Łzy spływały po jej policzkach, nie mogła nawet oddychać… Była obolała, ale nie zatrzymała się, ani nie obejrzała za siebie. Wiedziała, że duchowny jej nie dogoni, ale chciała znaleźć się jak najdalej od niego. Natychmiast. Kiedy była już na skraju lasu, usłyszała tylko jego krzyk.
– Jeszcze tego pożałujesz! Ty ladacznico, ty wiedźmo! Spotka cię kara! Jestem sługą bożym! – Reszty nie słyszała. Dobiegła do swojej chatki. Zaryglowała drzwi od wewnątrz i rzuciła się na łóżko. Przepłakała całą noc…
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
#4
Spoiler: 'E1'

Spoiler: 'E2'

Cytat:Kupiła ją przed chwilą, bo jakimś cudem udało jej się nie zapomnieć o zabraniu pieniędzy. Wiedziała, że rozsądniej byłoby poszukać potrzebnych informacji w Internecie, ale w ostatnich dniach była tak rozkojarzona, że zapomniała zapłacić rachunek. Zaczęła się obawiać, że po powrocie do mieszkania nie będzie światła ani wody.
Ten fragment jest dla mnie trochę niejasny. Po prostu jest jakaś zbędna wstawka, dotycząca roztargnienia i zapomnienia o rachunku. Byłoby jaśniej bez tego- po prostu kupiła książkę. Znowu nie musisz spowiadać bohatera ze wszystkiego, żyje- a przynajmniej powinien, żyć własnym życiem ;–)

Cytat:kiedy zobaczyła jak David przywołuje kelnerkę
Jestem zwolenniczką niebezpośredniego przedstawiania bohaterów w toku zdarzeń; tutaj imię pojawia się po raz pierwszy i niby jest jasne, kim jest, sytuacja jest dość jednoznaczna, ale nie mogę się przez to spoufalić z nim bo nie daje mi to spokoju. Może jakbyś opisała,że dziewczyna mu się przyglądała i dodała krotką wstawkę, że to David. To tylko moje odczucie.

Pierwszy odcinek w porządku, podoba mi się to mieszanie teraźniejszości z przeszłością. Tylko jeśli o robisz to bądź konsekwentna i wprowadzanie w przyszłości czytelnika w niepewność celowo może nie być dobrym posunięciem. Jeśli chodzi o drugi fragment to też mi się podobał. Tylko ta scena gwałtu... Skupiłaś się na obrzydliwościach takiej sytuacji, a trochę za bardzo odsunęłaś strach. Wydaje mi się, że właśnie on przysłania wszystko inne i nie myśli się wtedy, a raczej działa pochopnie, czy instynktownie. Poza tym i tej wstawce o Davidzie nie mam zastrzeżeń. Zapowiada się ciekawie i nawet nie mam pomysłu jak chcesz to dalej poprowadzić– to, że trudno jest odgadnąć dalsze losy działa na Twoją korzyść. Oby tak dalej i powodzenia ;–)
Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie
Odpowiedz
#5
ROZDZIAŁ III

Pierwszą rzeczą, którą Alice uświadomiła sobie po przebudzeniu było to, iż jest ciemno.
Czyżbym spała aż tak długo?
Przeciągnęła się i usiadła. Na szczęście sofa, na której spała była wygodna i nie czuła się obolała. Rozejrzała się w poszukiwaniu zegara, ale nigdzie go nie zauważyła. Zobaczyła za to coś innego. Naprzeciwko niej, w fotelu, siedział David. Na kolanach trzymał książkę, której tytułu nie mogła dostrzec i bazgrał coś ołówkiem na kartce papieru. Podobne kartki były rozsiane po całym stole. Dostrzegła tam też kilka innych opasłych tomów. Wszystkie wyglądały na stosunkowo nowe wydania. Całość obrazu dopełniał duży dzbanek kawy.
– Dzień dobry – powiedział mężczyzna, podniósłszy głowę znad książki.
– Dzień dobry? – wymamrotała Alice. – Która jest godzina?
– Dziewiąta rano. – Obdarzył ją zmęczonym uśmiechem, który sugerował, że sam nie zmrużył w nocy oka. – Spałaś prawie całą dobę. Nawet światło ci nie przeszkadzało, więc postanowiłem nie przenosić cię do sypialni.
To niemożliwe żeby przespała całą dobę! Przez ostatni tydzień rzadko, kiedy zaznawała luksusu snu, a jeśli już udało jej się zasnąć, to dręczyły ją koszmary. Teraz miała nieodparte wrażenie, że zasnęła ledwie przed chwilą.
– Uznałem, że lepiej będzie jak posiedzę przy tobie, na wypadek gdybyś miała koszmary, ale chyba nic ci się nie śniło? Jak się czujesz? – zapytał z troską w głosie.
– Dobrze. Dziękuję.
W tym momencie jej żołądek skurczył się gwałtownie do rozmiarów orzecha, dając tym samym do zrozumienia, że pora na śniadanie.
– Drobiazg – rzucił natychmiast. – Wolisz najpierw coś zjeść, czy posłuchać, czego się dowiedziałem?
– A nie możemy tego połączyć?
– Hmmm to dobry pomysł…
Niechętnie oswobodziła się spod ochrony ciepłego koca. Ostatecznie przekonały ją do tego, nęcące zapachy dochodzące z kuchni. Po kilkunastu minutach dziewczyna kończyła jeść, a David próbował jakoś uporządkować swoje notatki.
– Gdybym wiedział, że będę miał gościa zrobiłbym jakieś zakupy.
– Dlaczego? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam coś tak pysznego – oświadczyła z ustami pełnymi jajecznicy.
Chwilowo postanowiła odłożyć na bok dobre maniery. Ciężko o nich pamiętać, gdy ma się wilczy apetyt.
– Więc czego się dowiedziałeś? – zapytała, kiedy zdołała jakoś wszystko przełknąć i popić sokiem.
– Zacznę od dobrej wiadomości… Znalazłem, kilka przypadków, kontaktów z istotami nadprzyrodzonymi. Badane osoby były, według autorów, całkowicie zdrowe psychicznie.
– A zła wiadomość?
– W zasadzie jej nie ma – skłamał.
Nie miał serca, mówić jej, co naprawdę myśli. Spędził całą noc wertując naukowe książki i szukając w Internecie sensownych artykułów. Ich autorzy byli uznanymi autorytetami i wszyscy bez wyjątku twierdzili, że duchy istnieją, ale… Podstawowy problem tkwił w tym, że on nigdy nie wierzył w zjawiska paranormalne. Nawet teraz nie miał zamiaru zmieniać poglądów. Spojrzał na Alice. Najwyraźniej trochę ją uspokoił. Wyglądała zdecydowanie lepiej niż wczoraj. Owszem nadal była trochę zmęczona, ale nie wykazywała oznak psychicznej choroby. Wiedział jednak, że nie może wyrokować na podstawie dwóch rozmów. Potrzebne były testy i obserwacja. Alice powinna zgłosić się do szpitala i… Niestety przeczuwał, że jeśli rzuci ją na pastwę pracujących tam lekarzy, tylko pogorszy sprawę. Wiedział jak oni postępują. Większość z nich wolała stosować terapię szokową. To by tylko spowodowało, że dziewczyna stałaby się kłębkiem nerwów i całkiem zamknęła się w sobie. Skoro już się w to wmieszał, powinien pomóc.
Przecież halucynacje wcale nie muszą być oznaką psychicznej choroby.
W grę mogły wchodzić jeszcze narkotyki i inne substancje psychoaktywne, a nawet zwykły brak snu. Może po prostu chciała zarwać kilka nocy ucząc się i coś wzięła? Gdy organizm długo pracuje na wysokich obrotach, różnie reaguje. Wczoraj próbował o to wypytać, ale uzyskał tylko kilka zwięzłych odpowiedzi. Niestety wszystkie wykluczały jego racjonalne teorie. Wiedział, co powinien teraz zrobić, ale jeszcze nie mógł się zebrać na odwagę.
– Masz zamiar opuścić kolejny dzień na uczelni? – zapytała, widząc, że się zamyślił.
– Dziś i tak nie mam zajęć – skłamał. – A wracając do rzeczy... Dziś nic ci się nie śniło, więc może to z twoim mieszkaniem jest coś nie tak? Jak długo tam mieszkasz?
– Od trzech lat…
– Hmm… Generalnie wyczytałem, że duchy nawiedzają ludzi z kilku powodów. Na przykład z zemsty…
Nie wiedział, dlaczego drąży ten temat. Powinien robić dokładnie coś odwrotnego. Tak tylko podsycał jej zapał.
– Zemsta? – Dziewczyna nie wierzyła własnym uszom. – Przecież ona żyła w średniowieczu, co mogłabym jej zrobić? – Poczuła, że znowu trzęsą jej się ręce.
– Spokojnie… Chodzi mi o to, że może któryś z twoich przodków… Nie miałaś może w rodzinie jakiś inkwizytorów albo czarownic?
– Nie przypominam sobie. Poza tym w Anglii wieszano czarownice, a nie je palono. – David wyraźnie posmutniał i zaczął kreślić coś na kartce.
– I tym sposobem większość moich teorii wzięła w łeb – mruknął.
– Ale jeśli był to wyjątkowy przypadek, może łatwiej uda nam się czegoś o niej dowiedzieć – dodała widząc jego zrezygnowanie.
– Jest jeszcze jedna możliwość… Dusza tej dziewczyny pragnie zaznać spokoju i wybrała ciebie żebyś jej pomogła.
– Mnie? To zamiast wpędzać mnie w chorobę psychiczną, mogłaby napisać na lustrze „POMOCY”.
W tym momencie Alice poczuła, że strach i zagubienie, które do tej pory odczuwała, ustąpiły miejsca gniewowi.
– Duchy są dziwne – stwierdził z rozbawieniem. Nie szkodziło, że w nie nie wierzył.
– I czego ona niby chce? – prychnęła. – Mszy czy sprostowania w gazecie?
Dziewczyna poczuła się wykorzystana, ale nie miała innego wyjścia, jeśli nie rozwiąże tej sprawy nigdy nie pozbędzie się natrętnego ducha.
– Czy ty w to wierzysz? – zapytała.
David zastanawiał się przez chwilę…
– Cóż zawsze miałem dużą tolerancję dla tego typu spraw. – Znów kłamstwo! – Może to wydaje się niewiarygodne, ale takie przypadki się zdarzają.
– A zauważyłeś u mnie jakieś oznaki psychicznej choroby? – Wolała jednak upewnić się, że wszystko jest z nią w porządku.
– Nie.
Alice po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła ulgę.
– Więc co teraz zrobimy? – zapytała bezradnie.
– Poszperamy archiwach i bibliotekach. Jeśli jakimś cudem coś się tam zachowało, to ja to znajdę!
– Wiem, gdzie jeszcze można poszukać…
– Dobrze, więc idź tam, a potem możesz mi pomóc – Zajmie mi to trochę czasu, więc…
– Lubisz wydawać polecenia?
W tym momencie uświadomiła sobie, że nic nie wie o swoim nowym znajomym, a przecież w zasadzie uratował jej życie. Jeszcze kilka dni wmawiania sobie schizofrenii i niewiadomo, co by się z nią stało.
– Tak to zabrzmiało? Przepraszam – nie lubię się rządzić. No może trochę, ale teraz chodźmy.
– Musiałabym najpierw wstąpić do siebie i się trochę ogarnąć. – Nie patrzyła dzisiaj w lustro, ale była pewna, że wygląda okropnie.
– Chcesz tam iść sama?
– Nie wiem… – Z jednej strony bała się ponownego spotkania ze zjawą, ale przecież nie mogła całe życie przed nią uciekać.
– Chętnie zobaczę jak mieszkasz.
Z wdzięcznością przyjęła jego propozycję.
– Dziękuję.
– Już dobrze, bo wpadnę w samo zachwyt!

***

Profesor Gregory Laurie siedział w swoim gabinecie, znajdującym się na drugim piętrze, w lewym skrzydle gmachu Wydziału Historii. Kończył właśnie jeść śniadanie i czytać poranną gazetę, w której nie znalazł nic interesującego. No może z wyjątkiem kolejnych doniesień o znalezieniu zwłok młodej studentki. To ostatecznie utwierdziło go w przekonaniu, że powinien czytać prasę po śniadaniu, bo inaczej wkrótce nabawi się wrzodów. Tego dnia nie miał zajęć, dlatego postanowił poświęcić czas na dokończenie swojej najnowszej książki o wyprawach krzyżowych. Włączył, więc komputer i już miał zamiar przystąpić do pisania, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
– Proszę! – mruknął niechętnie. W tym momencie każdy, kto odrywał go od pisania, był intruzem.
Drzwi otworzyły się powoli. Stała w nich jedna z jego studentek.
– Dzień dobry Alice – rzucił weselszym tonem. – Wejdź… Nie było cię przez cały tydzień, już zaczynaliśmy się o ciebie martwić.
– Miałam małe problemy zdrowotne.
Nie pytał o szczegóły. Zbyt dobrze wiedział, że „problemy zdrowotne”, to uniwersalna wymówka wszystkich studentów.
– Ale już wszystko w porządku? – zapytał z troską w głosie.
– Tak. Dziękuję. Mam nadzieję, że materiały, które panu wysłałam dotarły.
– Tak. Właśnie miałem zamiar zacząć je opracowywać.
– Nie zajmę panu dużo czasu.
– Wobec tego słucham. Siadaj.
Wskazał krzesło. Alice nie bardzo wiedziała jak zacząć. Przez chwilę przyglądała się swojemu wykładowcy. Dobiegał pięćdziesiątki, ale na głowie miał zaledwie kilka siwych włosów. Nadal był przystojny i podobał się wielu studentkom, ale ona widzialna w nim tylko świetnego specjalistę od historii średniowiecza. Wraz z kilkoma kolegami pomagała mu zbierać materiały do najnowszej książki. O życiu prywatnym profesora nie wiedziała zbyt wiele. Ze studentami rozmawiał głównie o pracy. Zdążyła się tylko dowiedzieć, iż ma żonę i syna, który studiuje w stanach. Zastanawiała się, ile może mu powiedzieć i co zrobiłby na jej miejscu David. Uznała, że ograniczy się do niezbędnego minimum.
– Czy zdobył pan dla mnie kroniki, o które prosiłam?
Czekała na nie już od jakiegoś czasu. Chciała wzbogacić swoją pracę o kilka udokumentowanych przypadków nietypowych procesów o czary. Profesor pochwalił się kiedyś, że ma przyjaciela, który jest w tej dziedzinie ekspertem. Jednak zdobycie dokumentów trochę trwało.
– Masz szczęście. Wczoraj je dostarczyli! – rozpromienił się. – Dziś miałem do ciebie dzwonić. Rzuciłem tylko okiem, ale wydają się bardzo obiecujące.
Dziewczyna poczuła, że robi jej się gorąco. Musiało istnieć jakieś połączenie. Miała wrażenie, że gdyby nie zaczęła pisać o czarownicach, zjawa zostawiłaby ją w spokoju.
– Możesz je zabrać. – Wskazał na sporych rozmiarów skrzynkę stojącą w rogu gabinetu.
Alice powoli podeszła w tamto miejsce, przykucnęła i dotknęła dłonią pokrywy. Powróciło uczucie, które prześladowało ją przez ostatnie noce. Czuła się, jakby stała w płomieniach, a ogień trawił całe jej ciało. Słyszała krzyk, który nie był jej krzykiem, ale wyczuwała w nim coś znajomego. Nagle pociemniało jej w głowie i straciła przytomność.

***

Rebeca zasnęła nad ranem, a już trzy godziny później obudziło ją głośne pukanie do drzwi. Dziewczyna skuliła się na łóżku i nakryła pierzyną. Bała się, że pastor znów przyszedł ją dręczyć, ale po chwili usłyszała przyjazny, znajomy głos:
– Jesteś tam moje dziecko?
Niepewnie zwlekła się z posłania i podeszła do drzwi. Odstawiła rygiel i otworzyła. Na dworze stała jej najbliższa sąsiadka.
– Już się bałam, że coś ci się stało – odetchnęła z ulgą kobieta.
– Dlaczego miałoby mi się coś stać? – zapytała. Otarła łzy i starała się zachowywać normalnie
– Nie to żebym była przesądna, ale ludzie gadają… – Na szczęście staruszka miała słaby wzrok i nie zauważyła jej opuchniętej, czerwonej twarzy.
– Co?
To nie możliwe żeby ktoś nas widział. Boże spraw żeby nie…
– Zboże nie chce kiełkować… – kobieta ściszyła głos. – krowa Hansa przestała dawać mleko, a w zagrodzie Johna urodziło się dwugłowe jagnię. Ponoć w lesie siedzi licho!
Rebeca przyjęła te rewelacje niewzruszona, w tej chwili miała większe zmartwienia. Poza tym wiedziała, że ludzie lubią wyolbrzymiać takie rzeczy. Zawsze łatwiej było zrzucić winę na diabła niż własne zaniedbanie. Nie była w nastroju do rozmów, więc postanowiła jak najszybciej się pożegnać.
– Dziękuję za ostrzeżenie, będę uważać.
– Tak, tak… Niebezpiecznie jest mieszkać samej zwłaszcza teraz… Zostałabym, ale muszę wydoić kozę.
Kobieta szybko się oddaliła, a Rebeca starannie zaryglowała drzwi i położyła się z powrotem na łóżku. Wtuliła twarz w czarne futro kociaka i powtórnie się rozpłakała.
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
#6
Spoiler:

Niezły ten rozdział, trochę wprowadzający, ale tajemniczy i intrygujący. Szczególnie podobała mi się końcówka ;–) Życzę weny i czekam na więcej
Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
ROZDZIAŁ IV

Pastor Smith kończył liczyć datki z niedzielnej mszy. Złościł go fakt, iż z tygodnia na tydzień, były coraz mniejsze. A przecież on musiał opłacić studia syna, który kształcił się w mieście. Nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu regularnego zabierania sporych sum z pieniędzy kościelnych. Za każdym razem usprawiedliwiał się, że jego pociecha kiedyś też będzie służyła Bogu i odda ten niewielki dług, który zaciągnął u stwórcy jego biedny ojciec. Wszak nie miał innego wyjścia. Jak długo wiejska społeczność, a przede wszystkim jego żona, nie wiedzieli o tych praktykach, mógł kontynuować swe podłe uczynki. Zresztą kradzież kościelnych datków nie była jego jedynym sekretem. Na wspomnienie wczorajszego zajścia w lesie zrobiło mu się gorąco. Wyjął z szuflady jedwabną chusteczkę i otarł pot z czoła. Jeszcze chwila i by ją miał… Taka urodziwa dziewczyna. Przecież gdyby była dla niego miła, nie zrobiłby jej krzywdy. Dlaczego musiała potraktować go kamieniem? Dotknął dłonią bolącego miejsca. Miał na głowie ogromnego guza. Żonie powiedział, że uderzyły go wrota od kościoła, które szarpnął porywisty wiatr. Na szczęście uwierzyła. Zresztą sama ponosi cześć winy, gdyby leżała w sypialni jak kłoda i ciągle mu nie odmawiała, nie musiałby szukać pocieszenia w ramionach okolicznych dziewek. Ale ta dziewczyna – Rebeca była jedyną, która mu się do tej pory oparła, a pragnął jej najbardziej ze wszystkich. Dlaczego miała nad nim aż taką władzę? Tak długo ją obserwował, śnił o niej, a ona nim wzgardziła. Wkrótce za wszystko zapłaci. Do siebie pretensji nie miał – wszak to niewiasty są grzeszne!
Rozważania duchownego przerwało nadejście jego małżonki. Jak zwykle weszła do izby niepostrzeżenie i zaczęła poranną rozmowę od pretensji:
– Jeszcze nie jesteś w kościele? – zdziwiła się.
– Ależ kochanie msza zaczyna się za godzinę – jeszcze nikogo nie ma w świątyni – odpowiedział znużonym głosem.
– Bo jest zamknięta – syknęła. – A może gdybyś ją otworzył, ktoś by przyszedł.
Pewnie tylko ty i kilka członkiń z kółka różańcowego.
Pastor przyjrzał się swojej żonie. Miała niewiele ponad czterdzieści lat, ale ciasno upięte włosy i ukrywająca zgrabną figurę, nijakiego koloru sukienka ją postarzały. Ich małżeństwo zaaranżowali rodzice, a całkiem spory posag był ostatecznym argumentem, dla którego się zgodził. Helena zawsze była oziębła, ale po narodzinach syna, stała się nie do wytrzymania. W pełni wystarczyło jej zaszczytne miano żony duszpasterza lokalnej społeczności i stanowisko przewodniczącej koła gospodyń. Nie było między nimi miłości.
– Przyszło do mnie kilku parafian z propozycją mszalnej intencji – obwieściła pastorowa.
– Intencji? – wysilił się na udawanie zainteresowania.
– Podobno w lesie czai się diabeł – wymówiła niemal niedosłyszalnym szeptem kobieta.
W lesie? Ale przecież ona tam mieszka. A więc to tak! Rzuciła na mnie urok! Chce mnie ściągnąć na złą drogę. Ale niedoczekanie twoje ty… ty… ty wiedźmo! Pożałujesz, że się urodziłaś
Nie wiadomo, ile w tym olśnieniu było chęci zemsty, a na ile mężczyzna szczerze wierzył w to, co przed chwilą pomyślał. W każdym razie tego ranka powziął ważne postanowienie, które wolał jednak pozostawić na razie dla siebie. Niewiarygodna myśl trafiła na podany grunt.
– Tak kochanie zajmę się tym – odpowiedział wesołym głosem.

***

Profesor Laurie wracał do swojego gabinetu, niosąc w dłoni kompres, na który zakładały się zabrane z bufetu, włożone do plastikowej torebki i zawinięte w ręcznik, kostki lodu. Skierował się na korytarz prowadzący do swojego pokoju, kiedy usłyszał za plecami znajomy głos:
– Greg?!
Mężczyzna odwrócił się. Za nim, w odległości kilku metrów, stał Samuel Adams – kolega z czasów licealnych, obecnie (mimo swoich lat) najlepszy oficer śledczy w Londynie. Specjalista od najtrudniejszych spraw.
– Myślałem już, że na starość dopadła cię głuchota – powiedział Sam i ruszył w jego stronę. Po chwili serdecznie się uściskali.
– Ja czuję się wciąż młody duchem, ale ty… dawniej byś mnie dogonił, a nie stał i błagał żebym się zatrzymał. – zachichotał profesor. – Lecz chyba nie przyszedłeś tu rozmawiać o naszym podeszłym wieku. I raczej nie masz zamiaru zaproponować mi partyjki szachów jak za dawnych dobrych lat.
– To, dlatego, że cały czas siedzisz w tych swoich książkach. Pojechałbyś ze mną na akcję, to poczułbyś, co to znaczy żyć naprawdę.
– Nie dziękuję, chciałbym jeszcze kiedyś poniańczyć swoje wnuki. Nie dałbym rady pilnować siebie i ciebie.
Obaj się roześmiali.
– A teraz do rzeczy. – Zaczął Samuel.
Gregory wyczuł, że jego przyjaciel jest śmiertelnie poważny. To musiała być sprawa nie cierpiąca zwłoki.
– Możesz liczyć na moją pełna dyskrecję.
– Wiem, inaczej bym do ciebie nie przyszedł. Możemy gdzieś spokojnie porozmawiać?
– Normalnie zaprosiłbym cię do mojego gabinetu, ale leży w nim zemdlona studentka.
– No proszę. Ty stary lisie! Wciąż pociągasz kobiety. To… to wprost niewiarygodne.
– Zazdrościsz, co? – odciął się profesor.
Sam dopiero teraz zwrócił uwagę na to, co jego przyjaciel trzyma w dłoni. Greg, chcąc wyprzedzić jego pytanie powiedział:
– Pewnie przesadziła z imprezowaniem. Sam wiesz… studenckie czasy. A teraz nabiła sobie guza. Poczekaj na mnie zaniosę to, a potem spokojnie porozmawiamy w gabinecie dziekana. Zdaje się, że wyjechał na jakąś konferencję.
Kiedy już byli na miejscu, profesor starannie zamknął drzwi na klucz.
– No, więc? – zapytał.
– Potrzebuje twojej pomocy.
– Żadna nowość. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. O co chodzi?
Inspektor zamyślił się. Zupełnie jakby nie wiedział, od czego zacząć. W końcu powiedział:
– Przydzielono mi pewną sprawę. Pewnie słyszałeś o Inkwizytorze?
Inkwizytorze?
– Naszym najnowszym seryjnym mordercy.
– Czytałem coś, na ten temat, ale…
– Wiem, że zajmowałeś się swego czasu procesami o czary.
Policjant wyciągnął z teczki zdjęcia i podał je przyjacielowi. Ten przez chwilę przyglądał im się, a potem powiedział:
– Tak. Ktoś chce żeby to wyglądało jak zabicie czarownicy. Ale w gazetach o tym nie pisali.
– Celowo nie podawaliśmy tego do wiadomości publicznej. Sam wiesz: dziennikarze, ludzie, księża… Dość już mam z tym kłopotów. Więc jak pomożesz mi? – zapytał pełnym napięcia głosem.
Greg namyślał się przez chwilę. Miał zdecydowanie za dużo zajęć, a miałby brać sobie na głowę kolejne zobowiązanie? Ale śledztwo niezmiernie go interesowało.
– Mam zaległości w pisaniu, ale dla ciebie jestem w stanie rzucić wszystko.
– Dziękuję.
– Mam też propozycję.
– Wiedziałem, że nie będzie łatwo.
– Chcę włączyć w śledztwo moją studentkę. To inteligentna i kompetentna dziewczyna, a w dodatku zgłębia temat procesów o czary. Mogłaby się przydać.
Sam przez chwile rozważał wszystkie za i przeciw, a przyjaciel spoglądał na niego badawczym wzrokiem.
– Skoro za nią ręczysz… zgadzam się. Ale niech trzyma buzię na kłódkę. Teraz muszę już iść. Jak najszybciej przyjedźcie do mojego biura. Przekażę wam wszystkie potrzebne materiały. Cześć.
Oficer wyszedł.

***

Kiedy Alice odzyskała przytomność zorientowała się, że leży na miękkiej sofie, obok siedziała znajoma postać.
– David? – wymamrotała.
Próbowała wstać, ale zakręciło się jej w głowie. Miała wrażenie, że to, co stało się zanim straciła przytomność, było snem. Wciąż dochodził do niej krzyk umierającej kobiety, a od swądu nadpalonych włosów robiło jej się niedobrze.
– Porządnie mnie wystraszyłaś – odezwał się po chwili.
Starał się wypowiedzieć te słowa najbardziej obojętnym tonem, jaki potrafił, ale mu się nie udało.
– Co tu robisz?
Był ostatnia osoba, której się spodziewała.
– Dzwoniłem do ciebie, ale odebrał jakiś mężczyzna. Powiedział mi o tym, co cię spotkało.
– A tak już pamiętam.
Z trudem usiadła. Zdziwiła się, że nie zaoferował jej pomocy.
– Co się właściwie stało? – zapytał.
– Przyszłam zapytać mojego wykładowcę, czy zdobył dla mnie pewne materiały, a on pokazał mi tamto pudło – wiem, że tam jest to, czego szukamy.
David przyjrzał się jej uważnie. Mówiła szybko jakby była w jakimś transie.
Teraz zaczynasz się zachowywać się jak szalona. Proszę przestań, bo to będzie oznaczało, że popełniłem największy błąd w życiu.
Mężczyzna uznał, że im wcześniej podejmie konieczne środki, tym lepiej.
– Powinniśmy chyba zawiadomić twoich rodziców.
– To niemożliwe. – Dziewczyna wyraźnie posmutniała.
– Dlaczego?
– Bo oni nie żyją.
I znowu palnąłeś głupotę!
– Zginęli razem z moim młodszym bratem w wypadku samochodowym, kiedy byłam mała.
– Przepraszam. Nie wiedziałem.
– Nic nie szkodzi. – Alice poczuła się na tyle dobrze, że zdołała usiąść. Czuła jak rozpiera ją dziwna energia. Wiedziała, że powinna się spieszyć. Koniecznie chciała podzielić się z nowym znajomym wszystkim, czego się dowiedziała. – Skąd mogłeś wiedzieć?
– Cóż. W takim razie wracamy do mnie. Zabiorę to pudło, a jak odpoczniesz zobaczymy, co tam jest.
– Czuję się dobrze już teraz – oświadczyła z zaskakującą pewnością siebie. – To… – Wskazała na karton. – nie może czekać.
Tego obawiał się najbardziej. Alice zaczęła popadać z jednej skrajności w drugą.
– Posłuchaj, jesteś przemęczona. Powinnaś…
– Nie! – Kobieta zerwała z kanapy i stanęła przed nim z wojowniczym wyrazem twarzy. – To ty mnie posłuchaj. To, co się ze mną dzieje, to nie przypadek. To ma związek z…
Nie dokończyła. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili do gabinetu wszedł profesor Laurie. Alice podziękowała w duchu za to, że się pojawił.
– Mam na dzieję, że czujesz się już lepiej? – zapytał z troską w głosie. – Czy moglibyśmy porozmawiać przez chwilę na osobności.
Spojrzał badawczo na jej towarzysza. Widać było, że nie przypadli sobie do gustu.
– Poczekam na zewnątrz. – powiedział, David i wyszedł.
Profesor od razu przeszedł do rzeczy. Wyraźnie było widać, że po odejściu intruza poprawił mu się humor.
– Jesteś mi potrzebna – powiedział bez zbędnych wstępów.
Właśnie za to najbardziej go ceniła. Zawsze mówił to, co myślał. Gdy coś mu się nie podobało – krytykował, ale zawsze była to krytyka konstruktywna. Potrafił docenić dobre rzeczy, ale nigdy nie rozpływał się w zachwytach nad nimi. Wielu studentów to drażniło.
– Do czego? – Nawet nie próbowała kryć zdziwienia.
– Zostałem właśnie poproszony o pomoc w śledztwie. – Mieli niewiele czasu. Musiał mówić szybko.– Chodzi o serię morderstw, które ktoś stylizuje na zgładzenie czarownic.
Alice poczuła się jakby ziemia rozstąpiła się pod jej stopami. Znowu się zachwiała, ale na szczęście utrzymała równowagę. W tym momencie odzyskała jasność umysłu. Właśnie otrzymała ostatni kawałek układanki.
– Czarownice? – wykrztusiła niepewnie.
– Tak. Ale na razie znam tylko kilka faktów tej sprawy. Wiem, że w tym stanie… że nie powinienem cię prosić…
Czuł się okropnie postępując w ten sposób, ale widział zdjęcia. Jeśli wierzyć gazetom, mieli do czynienia z prawdziwym świrem. Im szybciej zostanie złapany, tym lepiej. Każda pomoc była w tym wypadku cenna.
– Ależ zgadzam się!
A więc to, dlatego mnie wybrałaś. To przez profesora. Mam pomóc w rozwiązaniu tej sprawy, więc to zrobię..
Mężczyzna uśmiechnął się. Innej odpowiedzi nie brał pod uwagę.
– W takim razie nie mamy, na co czekać. Co prawda umówiłem się z moim przyjacielem na wieczór, ale nie będzie miał nic, przeciwko jeśli zaczniemy wcześniej. Tylko musisz to utrzymać w tajemnicy.
– Tak oczywiście. Tylko pójdę do łazienki doprowadzić się do porządku.
– Zaczekam w samochodzie.

***

Tej niedzieli w kościele zebrało się wyjątkowo dużo wiernych. Nie było jednak wśród nich
Rebeci, która nadal bała się wyjść za próg swojego domostwa, ale nikt nie zauważył jej nieobecności. Jeszcze nie. Wierni skończyli właśnie śpiewać pieśń i nastał czas kazania. Ksiądz Smith pewnie wszedł na ambonę, rozejrzał się dookoła i fałszywie uśmiechnął.
Oby datki były dziś wyższe.
Po czym wygłosił przemowę, którą układał cały ostatni tydzień:
– Bracia i siostry! Wasze dusze znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie!
W kościele dało się słyszeć zaniepokojone szepty. Biedni ludzie posiadali tak niewiele. Zgodnie z naukami kościoła starali się żyć w ubóstwie (przynajmniej niektórzy) i z pokorą czekali na nagrodę po śmierci, którą miało być obcowanie z Bogiem, a teraz zły i występny szatan, chce ich tego pozbawić. Byli bliscy histerii. Niektórzy już zaczęli lamentować. Duchowny tymczasem kontynuował.
– Moce ciemności wyciągają swe macki, żeby was porwać, niektórzy już mu ulegli!
Ludzie patrzyli na siebie nawzajem, choć nie wierzyli, by którykolwiek z diabelskich pomiotów odważył się wejść do domu bożego.
– Zło będzie podstępne! Będzie przebiegłe! Będzie was kusić pod niewinną postacią! Ale wy mu się oprzecie! Nie ulegniecie!
Smith był w swoim żywiole.
– Tak! – zawołali wszyscy zgromadzeni.
– Módlcie się i pokładajcie nadzieję w panu, a wspólnie pokonamy bestię!
– A kim gdzież ona jest? – rzucił nagle ktoś z bocznej nawy.
– Wkrótce ujawni swoje oblicze, a wtedy my będziemy gotowi! Już poczyniłem pewne kroki. Posłałem po właściwego człowieka. Nie lękajcie się. Pan jest z wami!
– Amen!
Ksiądz uczynił znak krzyża, inni podążyli za jego przykładem. Kazanie się skończyło. Ludzie zaczęli śpiewać pieśń. Smith powoli zszedł z ambony i usiadł na swoim miejscu. Po drodze uśmiechnął się pod nosem.
Ludzie, tłum, motłoch. Jak łatwo nimi manipulować…

Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapię złodzieja, ryczą dzwony Baileya,
Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
Oto ciastko – możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę .
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości