Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Poziom głęboki.
#1
Tuż po przebudzeniu dobiegł mnie dźwięk budzika. Od kilku tygodni dzień w dzień budziłam się na moment przed nim. Prawie jakby mój organizm wreszcie przywykł do katorżniczej pracy w szwalni.
Rok temu zmarł mój ojciec. Dokładnie rok temu. Moje życie…to był dla mnie koniec, jak gdyby ogień napotkał na swojej drodze rzekę. To prawdziwe, to moje, to które mi się podobało, zostało przygniecione, przygniecione i nieodwracalnie spłaszczone. Spłaszczone do kształtu skrzydła motyla, lecz nie byłam zdolna do lotu. Gasłam w oczach, staczając się do ziemi. W miesiąc od jego śmierci zaczęło brakować praktycznie wszystkiego, w końcu nie mieliśmy nawet co jeść.

Musiałam opuścić wieś i wyruszyć do miasta, z nadzieją że tym razem los się uśmiechnie, zamiast śmiać się prosto w oczy i dostanę jakiś etat. Z początku długo byłam bezrobotna. Żyłam na ulicy, żebrząc by jakoś przetrwać. Wolałabym od tego już chyba najbardziej uwłaczającą harówkę. Po kilku tygodniach takiego życia niewiele się zmieniło. Przyjechała ciężarówka. Coś tam mówili, że niby szukają dziewczyn do pracy w fabrykach, w strefie ekonomicznej na południu. Nie miałam wyboru. Wskoczyłam, by pojechać w nieznane mi zupełnie miejsce z taką niewolniczą łatwością. Przecież łatwo być niewolnikiem, nie trzeba myśleć.

Podniosłam się z naturalnym trudem z łóżka. Wczoraj nie padało, więc dzisiaj prysznica nie będzie. To już trzeci dzień. Albo czwarty. W południowoazjatyckim klimacie to jak miesiąc gdziekolwiek indziej na świecie.

– Jak zwykle, równo z budzikiem? – zapytała mnie leżąca jeszcze na swoim łóżku dwa metry dalej Arija.

– Jak zwykle. – uśmiechnęłam się do niej półgębkiem i zaczęłam ubierać, by jak co dzień rozstać się ze swoim przytulnym posłaniem.

Tuż po przybyciu do w baraku, wstydziłam się nagości. Teraz, po kilku miesiącach ciężkiej pracy i mieszkania z innymi dziewczynami, przestałam w zasadzie dbać o prywatność, to nie miejsce, by przejmować się czymś takim jak wstyd. Moja psychika, mój umysł…one były po prostu sparaliżowane. Przestałam zaprzątać sobie głowę otoczeniem. Skupiałam się na chwili obecnej. Na tym, co przede mną. Ale oczywiście tylko dosłownie. Co w dłoni, to w głowie. Chociażby pojedyncza myśl o przyszłości wywoływała we mnie pragnienie przerwania swojej nici życia. O ironio.

Nasz barak był prostą konstrukcją, przypominał wiatę rolniczą. Wielka buda z cienkiej blachy. Za dnia parząca, nocami lodowata, czasem niewiele brakowało, by pokryła się szronem. Wewnątrz po każdej stronie stał rząd łóżek – po sześć w każdym, między nimi nie było zbyt wiele miejsca. Łóżka były ustawione prostopadle do wejścia. Na samym końcu była toaleta, tak to się teoretycznie powinno nazywać. Żadnych drzwi, o zamku nie wspominając. Ktoś uszył nawet kotarę, ale ją zabrali. Po prostu dwa prymitywne prysznice (albo raczej konewki), podłączone do zbiornika na deszczówkę znajdującego się na dachu. Do tego kilka zlewów i dwa wychodki – byle by oszczędnie.
Na lewo od wejścia znajdowała się zielono-brązowa beczka z wodą pitną. Do picia znaczy się. Podeszłam do niej i nabrałam pół plastikowej butelki z odciętą szyjką. Wzięłam łyk. Potem drugi. Aż mną wstrząsnęło. Potem jeszcze jeden i jeszcze kilka, aż mi się cofnęło.

Kilkanaście metrów od baraku zauważyłam dwie kobiety pchające wózek, jak co ranek rozwożące jedzenie, które miało wystarczyć nam do krótkiej przerwy po południu. Zawołałam je dla pewności. Jak byłam tu nowa, zdarzyło mi się parę razy przegapić śniadanie. Wtedy pół dnia ściskało mnie z głodu, a woda w żołądku stwarzała dziwny odór. Po chwili mogłam już zacząć jeść moją smakowitą porcję owoców i odrobinę owsianki. Nie tak łapczywie, jak wcześniej. Od jakiegoś czasu zaczęłam delektować się każdym posiłkiem, zupełnie tak jakby to miał być mój ostatni.

Wyżywienie w barakach było płatne prosto z naszych pensji. Oczywiście ktoś mógł z niego zrezygnować, ale za tak małe pieniądze przeżycie w inny sposób graniczy z cudem. Cud to ostatnia rzecz, jaką miałam w głowie. Kiedy w ogóle można coś nazwać cudem? Kiedy coś jest nieprawdopodobne, ale się wydarzy? Zwykły fart, ja szczęścia nie miałam.

Jakiś czas po śniadaniu przyjechał autobus. Wsiadłam do niego razem z dziewczynami z mojego i sąsiedniego baraku. Stary, obskurny grat, który skrzypiał przy każdym hamowaniu. „Kiedyś w nim zginiemy” – zawsze sobie powtarzałam.

Kiedy człowiek nie ma zbyt wiele czasu, wykorzystuje każdą wolną chwilę, by pomyśleć albo woli nie myśleć wcale. Ja zaczęłam wspominać swoje poprzednie życie, moją rodzinę. Bardzo za nimi tęskniłam. Pragnęłam także choć raz jeszcze ujrzeć naszą małą wioskę. Spotkać uśmiechniętych, niezrażonych ludzi. Brakowało mi beztroski, przyjaciół, rodziny, zabawy, chwili dla siebie. Co mi zostało z życia? Jedynie blisko pół doby roboty co dnia. I nikogo, by móc się wtulić i wyżalić. Nawet nie mogłam nikomu do końca ufać.

A w dodatku – a w dodatku raz, niedawno, poszłam na spacer. Wyszłam trochę poza teren baraku, a tam złapała mnie dwójka chłopaków. Silne uderzenie w głowę. Cisza, ciemność. Wszystko zniknęło. Leżałam jeszcze później na wpół świadoma, zastanawiając się, czy warto w ogóle usiłować do tego, co się stało. To podobno norma, tak mówiła jedna dziewczyna.

Autobus zatrzymał się i wypluł ludzi na plac zbiórki. Oprócz naszego pojazdu dojechały jeszcze trzy inne. Rozejrzałam się dookoła, ścierając pot z czoła. Gorąco, bardzo gorąco, duszno. A to dopiero początek. Przede mną wielki budynek, słynna fabryka. Wewnątrz było równie ciepło, co na zewnątrz. Nikt tu z pracujących nie wspominał o klimatyzacji. Lepiej wymienić pracownika niż montować takie urządzenie, taniej. Udałam się do miejsca, w którym przyjdzie spędzić mi następne 12 godzin. Czasem na swoim stanowisku szyłam buty, czasem plecaki, a nieraz czapki. W gruncie rzeczy wszystko, co można sobie wyobrazić. Nawet nie myślę już, jak można narzekać, że to czy tamto drogie, przecież kosztuje tyle pracy. Już nie.

Tylko twardy drewniany stołek, maszyna do szycia i ja. Idealny mechanizm. Lewą ręką prowadziłam materiał, a prawą regulowałam obroty maszyny. Już po dwudziestu minutach zaczynały mnie gryźć oczy. Niedługo później plecy. Bywało, że gorzej było mi wstać od pracy niż z łóżka. Wytarłam spoconą twarz nadgarstkiem, jednak to tylko pogorszyło sytuację. Teraz miałam pot roztarty równomiernie po całej twarzy. Nie wiem, co wzbroniło mnie przed krzykiem, chyba suchość w gardle. Cholera. I tak nikt by nie usłyszał.
Czy moje życie już do końca ma tak wyglądać? Czy już zawsze mam pracować codziennie po 12 godzin i nie mieć ani chwili dla siebie? Jeśli tak, to wolę nie żyć, wolę skończyć to cierpienie. Śmierć czasami jest najlepszym rozwiązaniem.

Po sześciu godzinach przyszedł czas na piętnaście minut przerwy. Jak najszybciej poszłam do toalety, no i do kantyny, po miskę ryżu. Jedna mała miseczka suchej pożywki, i to za darmo! Wróciłam szybciej niż większość, hala była prawie pusta. Przy mym stanowisku stał kierownik, wołali na niego Jokrij, ale chyba nikt z pracowników nie wiedział jak brzmiało jego pełne nazwisko. Widziałam go ledwie kilka razy, strasznie zapracowany człowiek widocznie. Trochę się go bałam.

– Ile masz lat? – zapytał mnie, gdy podeszłam bliżej.

– Dwadzieścia cztery –  odparłam, kłaniając się. Hakila mówiła, że tak należy. W końcu pracowała tam najdłużej, musiała znać się na rzeczy.

– Jak długo już tu pracujesz?

– Niedługo będą trzy miesiące, proszę pana.

– Dobrze.

Jokrij odszedł, a ja wróciłam do pracy. I znów tylko ja, krzesełko, stukot wokół oraz cudeńko, które dawało mi jeść.

Po kolejnych kilku godzinach zadzwonił dzwonek. To już koniec na dziś. Wszyscy zaczęli znosić narzędzia i materiał do magazynu i przebierać się. Razem z tłumem dziewcząt podążyłam na plac. Jeden wóz mieścił tyle, co dwa baraki. Oba rzęchy były ponumerowane. Mój to ten z dwójką z boku, ponieważ mieszkałam w kwaterze C. 
Usiadłam w połowie długości pojazdu i oparłam głowę o szybę. Drgania już po chwili zaczęły mi przeszkadzać, ale nie miałam siły na zmianę pozycji. Nie czułam rąk. Plecy i szyja obolałe. Wciąż miałam w głowie odruchy towarzyszące pracy. Dość.

Jak zwykle podczas drogi, poddałam się przemyśleniom. Rozmyślałam o sobie, o tym, jak się zmieniłam. Ciężka praca za minimum potrzebne do życia wypala w człowieku duszę. Przestaje po czasie być siebie świadomy, nie dostrzega już w ogóle własnego ja. Organizm najprostszy. Nie ma marzeń, celów, ambicji, giną w nim jakiekolwiek ideały. Poprzysięgłam z tym walczyć, wszystko przede mną.

Im więcej razy zmordowana wracałam do domu, to…no właśnie, domu. Pewnego razu zrozumiałam, jak działa dom. To ludzie, z którymi człowiek samoistnie się zżywa. Na dobre i na złe. Co jakiś czas tylko wracała myśl o wielkiej ucieczce.

Kilkanaście minut po tym, jak dojechałyśmy do baraku, dostałyśmy jedzenie. Szybciej, niż zwykle. Nie było tego dużo: zupa z brukwi oraz ryż z ciecierzycą i warzywami. Położyłam się spać. Obym dzisiaj szybko zasnęła – powiedziałam cicho, starając się już nie myśleć. Za dużo.

Zasnęłam. Obudziłem się.

Jest to jedna część z cyklu opowiadań. Proszę o konstruktywną krytykę i ocenę tekstu.

[NIEDOZWOLONY LINK]
StuGraMP napisał 28-03-2016, 22:13:
Link do strony został usunięty, a tekst trafił do działu "Niepoprawione".
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(21-01-2016, 02:00)mvglk napisał(a): (Akapit)Tuż po przebudzeniu dobiegł mnie dźwięk budzika. Od kilku tygodni dzień w dzień budziłam się na moment przed nim. Prawie jakby mój organizm wreszcie przywykł do katorżniczej pracy w szwalni.
(Akapit)Rok temu zmarł mój ojciec. Dokładnie rok temu. Moje życie… to był dla mnie koniec, jak gdyby ogień napotkał na swojej drodze rzekę.(Źle mi to brzmi, ale może jestem czepliwy. Ta wstawka „Moje życie” oczywiście. Połącz to albo to usuń.)To prawdziwe, to moje, to które mi się podobało, zostało przygniecione, przygniecione (Tego też nie rozumiem.) i nieodwracalnie spłaszczone. Spłaszczone do kształtu skrzydła motyla, lecz nie byłam zdolna do lotu. Gasłam w oczach, staczając się do ziemi. W miesiąc od jego śmierci zaczęło brakować praktycznie wszystkiego, w końcu nie mieliśmy nawet co jeść.
(Po co przerwa?)
(Akapit)Musiałam opuścić wieś i wyruszyć do miasta, z nadzieją że tym razem los się uśmiechnie, zamiast śmiać się prosto w oczy i dostanę jakiś etat. (Usunąłbym to, ale to ja bym tak zrobił.) Z początku długo byłam bezrobotna. Żyłam na ulicy, żebrząc by jakoś przetrwać. Wolałabym od tego już chyba najbardziej uwłaczającą harówkę. Po kilku tygodniach takiego życia niewiele się zmieniło. Przyjechała ciężarówka. Coś tam mówili, że niby szukają dziewczyn do pracy w fabrykach, w strefie ekonomicznej (Masz na myśli specjalne strefy ekonomiczne?)na południu. Nie miałam wyboru. Wskoczyłam, by pojechać w nieznane mi zupełnie miejsce z taką niewolniczą łatwością (jaka to jest niewolnicza łatwość? Zaintrygowało mnie to. ;D). Przecież łatwo być niewolnikiem (powtórka.), nie trzeba myśleć.

(Akapit)Podniosłam się z naturalnym trudem z łóżka. Wczoraj nie padało, więc dzisiaj prysznica nie będzie. To już trzeci dzień. Albo czwarty. W południowoazjatyckim (Nie wiem, czy wcześniejsza akcja dzieje się w Polsce, czy może w Rosji, czy Chinach?) klimacie to jak miesiąc gdziekolwiek indziej na świecie. (Szybko tak przeskoczyłeś, wsiadła do ciężarówki, a następna scena jest po 3 dniach od przyjazdu. Nawet żadnego streszczenia. Czytelnik raczej chce wiedzieć, co się działo wcześniej.)
(Znowu przerwa.)
(Akapit)– Jak zwykle, równo z budzikiem? – zapytała mnie leżąca jeszcze na swoim łóżku dwa metry dalej Arija.
(Znowu niepotrzebna przerwa.)
(Akapit)– Jak zwykle. – uśmiechnęłam (Od dużej litery.) się do niej półgębkiem i zaczęłam ubierać, by jak co dzień rozstać się ze swoim przytulnym posłaniem. (Co wnosi ta scena?)

Tuż po przybyciu do w baraku, wstydziłam się nagości. Teraz, po kilku miesiącach ciężkiej pracy i mieszkania z innymi dziewczynami, przestałam w zasadzie dbać o prywatność,(Tu bym dał kropkę.) to nie miejsce, by przejmować się czymś takim jak wstyd. Moja psychika, mój umysł…one były po prostu sparaliżowane. Przestałam zaprzątać sobie głowę otoczeniem. Skupiałam się na chwili obecnej. Na tym, co przede mną. Ale oczywiście tylko dosłownie. Co w dłoni, to w głowie. Chociażby pojedyncza myśl o przyszłości wywoływała we mnie pragnienie przerwania swojej nici życia. O ironio. ( Skupiasz się, na emocjach bohaterki. Zapominasz o fabule. Tak sobie skaczesz, raz tu jesteś, potem tu jesteś.. )

Nasz barak był prostą konstrukcją, przypominał wiatę rolniczą. Wielka buda z cienkiej blachy. Za dnia parząca, nocami lodowata, czasem niewiele brakowało, by pokryła się szronem. Wewnątrz po każdej stronie stał rząd łóżek – po sześć w każdym, między nimi nie było zbyt wiele miejsca. Łóżka były ustawione prostopadle do wejścia. Na samym końcu była toaleta, tak to się teoretycznie powinno nazywać. Żadnych drzwi, o zamku nie wspominając. Ktoś uszył nawet kotarę, ale ją zabrali. Po prostu dwa prymitywne prysznice (albo raczej konewki), podłączone do zbiornika na deszczówkę znajdującego się na dachu. Do tego kilka zlewów i dwa wychodki – byle by oszczędnie.
Na lewo od wejścia znajdowała się zielono-brązowa beczka z wodą pitną. Do picia znaczy się. Podeszłam do niej i nabrałam pół plastikowej butelki z odciętą szyjką. Wzięłam łyk. Potem drugi. Aż mną wstrząsnęło. Potem jeszcze jeden i jeszcze kilka, aż mi się cofnęło.

Kilkanaście metrów od baraku zauważyłam dwie kobiety pchające wózek, jak co ranek rozwożące jedzenie, które miało wystarczyć nam do krótkiej przerwy po południu. Zawołałam je dla pewności. Jak byłam tu nowa, zdarzyło mi się parę razy przegapić śniadanie. Wtedy pół dnia ściskało mnie z głodu, a woda w żołądku stwarzała dziwny odór. Po chwili mogłam już zacząć jeść moją smakowitą porcję owoców i odrobinę owsianki. Nie tak łapczywie, jak wcześniej. Od jakiegoś czasu zaczęłam delektować się każdym posiłkiem, zupełnie tak jakby to miał być mój ostatni.

Wyżywienie w barakach było płatne prosto z naszych pensji. Oczywiście ktoś mógł z niego zrezygnować, ale za tak małe pieniądze przeżycie w inny sposób graniczy z cudem. Cud to ostatnia rzecz, jaką miałam w głowie. Kiedy w ogóle można coś nazwać cudem? Kiedy coś jest nieprawdopodobne, ale się wydarzy? Zwykły fart, ja szczęścia nie miałam.

Jakiś czas po śniadaniu przyjechał autobus. Wsiadłam do niego razem z dziewczynami z mojego i sąsiedniego baraku. Stary, obskurny grat, który skrzypiał przy każdym hamowaniu. „Kiedyś w nim zginiemy” – zawsze sobie powtarzałam.

Kiedy człowiek nie ma zbyt wiele czasu, wykorzystuje każdą wolną chwilę, by pomyśleć albo woli nie myśleć wcale. Ja zaczęłam wspominać swoje poprzednie życie, moją rodzinę. Bardzo za nimi tęskniłam. Pragnęłam także choć raz jeszcze ujrzeć naszą małą wioskę. Spotkać uśmiechniętych, niezrażonych ludzi. Brakowało mi beztroski, przyjaciół, rodziny, zabawy, chwili dla siebie. Co mi zostało z życia? Jedynie blisko pół doby roboty co dnia. I nikogo, by móc się wtulić i wyżalić. Nawet nie mogłam nikomu do końca ufać.

A w dodatku – a w dodatku raz, niedawno, poszłam na spacer. Wyszłam trochę poza teren baraku, a tam złapała mnie dwójka chłopaków. Silne uderzenie w głowę. Cisza, ciemność. Wszystko zniknęło. Leżałam jeszcze później na wpół świadoma, zastanawiając się, czy warto w ogóle usiłować do tego, co się stało. To podobno norma, tak mówiła jedna dziewczyna.

Autobus zatrzymał się i wypluł ludzi na plac zbiórki. Oprócz naszego pojazdu dojechały jeszcze trzy inne. Rozejrzałam się dookoła, ścierając pot z czoła. Gorąco, bardzo gorąco, duszno. A to dopiero początek. Przede mną wielki budynek, słynna fabryka. Wewnątrz było równie ciepło, co na zewnątrz. Nikt tu z pracujących nie wspominał o klimatyzacji. Lepiej wymienić pracownika niż montować takie urządzenie, taniej. Udałam się do miejsca, w którym przyjdzie spędzić mi następne 12 godzin. Czasem na swoim stanowisku szyłam buty, czasem plecaki, a nieraz czapki. W gruncie rzeczy wszystko, co można sobie wyobrazić. Nawet nie myślę już, jak można narzekać, że to czy tamto drogie, przecież kosztuje tyle pracy. Już nie.

Tylko twardy drewniany stołek, maszyna do szycia i ja. Idealny mechanizm. Lewą ręką prowadziłam materiał, a prawą regulowałam obroty maszyny. Już po dwudziestu minutach zaczynały mnie gryźć oczy. Niedługo później plecy. Bywało, że gorzej było mi wstać od pracy niż z łóżka. Wytarłam spoconą twarz nadgarstkiem, jednak to tylko pogorszyło sytuację. Teraz miałam pot roztarty równomiernie po całej twarzy. Nie wiem, co wzbroniło mnie przed krzykiem, chyba suchość w gardle. Cholera. I tak nikt by nie usłyszał.
Czy moje życie już do końca ma tak wyglądać? Czy już zawsze mam pracować codziennie po 12 godzin i nie mieć ani chwili dla siebie? Jeśli tak, to wolę nie żyć, wolę skończyć to cierpienie. Śmierć czasami jest najlepszym rozwiązaniem.

Po sześciu godzinach przyszedł czas na piętnaście minut przerwy. Jak najszybciej poszłam do toalety, no i do kantyny, po miskę ryżu. Jedna mała miseczka suchej pożywki, i to za darmo! Wróciłam szybciej niż większość, hala była prawie pusta. Przy mym stanowisku stał kierownik, wołali na niego Jokrij, ale chyba nikt z pracowników nie wiedział jak brzmiało jego pełne nazwisko. Widziałam go ledwie kilka razy, strasznie zapracowany człowiek widocznie. Trochę się go bałam.

– Ile masz lat? – zapytał mnie, gdy podeszłam bliżej.

– Dwadzieścia cztery –  odparłam, kłaniając się. Hakila mówiła, że tak należy. W końcu pracowała tam najdłużej, musiała znać się na rzeczy.

– Jak długo już tu pracujesz?

– Niedługo będą trzy miesiące, proszę pana.

– Dobrze.

Jokrij odszedł, a ja wróciłam do pracy. I znów tylko ja, krzesełko, stukot wokół oraz cudeńko, które dawało mi jeść.

Po kolejnych kilku godzinach zadzwonił dzwonek. To już koniec na dziś. Wszyscy zaczęli znosić narzędzia i materiał do magazynu i przebierać się. Razem z tłumem dziewcząt podążyłam na plac. Jeden wóz mieścił tyle, co dwa baraki. Oba rzęchy były ponumerowane. Mój to ten z dwójką z boku, ponieważ mieszkałam w kwaterze C. 
Usiadłam w połowie długości pojazdu i oparłam głowę o szybę. Drgania już po chwili zaczęły mi przeszkadzać, ale nie miałam siły na zmianę pozycji. Nie czułam rąk. Plecy i szyja obolałe. Wciąż miałam w głowie odruchy towarzyszące pracy. Dość.

Jak zwykle podczas drogi, poddałam się przemyśleniom. Rozmyślałam o sobie, o tym, jak się zmieniłam. Ciężka praca za minimum potrzebne do życia wypala w człowieku duszę. Przestaje po czasie być siebie świadomy, nie dostrzega już w ogóle własnego ja. Organizm najprostszy. Nie ma marzeń, celów, ambicji, giną w nim jakiekolwiek ideały. Poprzysięgłam z tym walczyć, wszystko przede mną.

Im więcej razy zmordowana wracałam do domu, to…no właśnie, domu. Pewnego razu zrozumiałam, jak działa dom. To ludzie, z którymi człowiek samoistnie się zżywa. Na dobre i na złe. Co jakiś czas tylko wracała myśl o wielkiej ucieczce.

Kilkanaście minut po tym, jak dojechałyśmy do baraku, dostałyśmy jedzenie. Szybciej, niż zwykle. Nie było tego dużo: zupa z brukwi oraz ryż z ciecierzycą i warzywami. Położyłam się spać. Obym dzisiaj szybko zasnęła – powiedziałam cicho, starając się już nie myśleć. Za dużo.

Zasnęłam. Obudziłem się.

Jest to jedna część z cyklu opowiadań. Proszę o konstruktywną krytykę i ocenę tekstu.

Jak komuś się podoba to zapraszam: https://mvglk.wordpress.com/2016/01/20/glebokosc-2/


1. Wrzuciłeś tekst używając opcji „wklej”, dużo lepiej jest użyć „wklej jako zwykły tekst". Teraz czcionka jest duża, chyba za duża.
2. Te przerwy w tekście, to po co? Nie lepiej wstawić akapity? Wstawiasz przez [p.] (bez kropki).
3. Jeśli chcesz reklamować swoją stronę, to jak się nie mylę, musisz pisać do administratora forum.
Nie przeczytałem całości tekstu, bo mi się nie podoba. Mało skupiasz się na fabule, a całą uwagę zwracasz na emocję. Spokojnie możesz rozwinąć każdy z akapitów i każdą ze scen. Jednak nie zrażaj się, bo są różne gusta. ;)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości