Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Obyczajowe Byłem torturowany w szkole
#1
Była przerwa. Na szkolnym korytarzu panował gwar i chaos. Każdy siedział na ławce lub stał, każdy we własnym towarzystwie. Mi akurat nie chciało się z nikim rozmawiać, a na ławkach nie było miejsca, więc stanąłem z boku przy parapecie. Z nudów zacząłem intensywnie myśleć. Gdy tak stałem przez dłuższą chwilę zobaczyłem, jak podchodzi do mnie pani pedagog. Miała blond włosy spięte z tyłu w warkocz a na nosie okulary. Ubrana była stosownie do pory roku, a był maj. Była szczupła i młoda, przez co wyglądała dość atrakcyjnie. Na nogach miała sandały na obcasach, w których było widać młodo wyglądające, gładkie i zadbane stopy. Były dość płaskie i miały obcięte paznokcie, pomalowane na kolor jaskrawo czerwony z białymi brzegami.
– Dzień dobry! – powiedziałem, zobaczywszy ją.
– Dzień dobry. Uśmiech proszę! – odpowiedziała łagodnym tonem sama uśmiechając się szeroko ukazując swe białe zęby.
– Słucham? – spytałem zdziwiony.
– Uśmiech proszę. – powtórzyła. – Bo widzę, że jesteś jakiś przygnębiony? Uśmiechnij się do mnie.
– Ach, nie, nie jestem. – odparłem.
– Na pewno?
– Tak. – Zapewniłem.
– To uśmiechnij się! – rzekła, skrobiąc mnie lekko po ramieniu. Spuściłem głowę bezradnie.
– Ale dlaczego? – spytałem.
– Bo wtedy – zaczęła wyjaśniać – do naszego mózgu wpływa hormon szczęścia. Im więcej się uśmiechamy, tym bardziej jesteśmy szczęśliwi.
– Ale ja nie potrafię. – odparłem. – Ale w sumie dobrze, że panią widzę. Muszę przyjść po lekcjach, żeby pani zrobiła mi zdjęcie na gazetkę klasową. – uprzedziłem.
– Ach! No faktycznie. Dobrze, przyjdź do mnie do gabinetu. – stwierdziła zadowolona i poszła.

Gdy skończyłem lekcje podszedłem do drzwi jej gabinetu. Zapukałem i usłyszawszy „Proszę!” wszedłem.
– Ach, jesteś. – stwierdziła z nutą zadowolenia w głosie i równie szerokim uśmiechem co wcześniej. – Już idę po aparat, usiądź sobie na krześle.

Usiadłem więc a ona wyszła, a po chwili wróciła z niewielkim aparatem cyfrowym. Już zacząłem się obawiać, że ponowi prośbę i po chwili moje obawy okazały się słuszne. Usiadła naprzeciwko mnie, po drugiej stronie biurka i włączyła aparat. Skierowawszy obiektyw w moją stronę znów powiedziała:
– No! Uśmiechnij się.
– Ale dlaczego? – spytałem.
– Żebyś ładnie wyszedł na zdjęciu.
– Ale nie chcę.
– Chcesz być poważny? – spytała nieco bardziej zrezygnowanym tonem.
– Tak. – odpowiedziałem stanowczo.
– Dobrze, ale jak zrobię ci zdjęcie to zostań dłużej, okej? Jesteś już po lekcjach? Masz czas?
– Właściwie tak. – odparłem.
– To dobrze. – stwierdziła i zrobiła mi zdjęcie. Na moment oślepił mnie błysk flesza, lecz po chwili schowała aparat i zapytała mnie, czy coś się stało, że stałem na przerwie taki smutny. Wyjaśniłem jej, że nic – jedynie się trochę zamyśliłem. Potem spytała, czy często się uśmiecham i po krótkiej chwili myślenia odpowiedziałem, że prawie wcale.

Więc zaczęliśmy rozmawiać na ten temat. Wyglądała na bardzo zdziwioną. Dłuższą chwilę mnie przekonywała, że warto się uśmiechać bo to robi dobre wrażenie, pozytywnie działa na zdrowie itp. Zaczęła opowiadać mi o terapii śmiechem, o tym, że „śmiech to zdrowie” i ile przynosi korzyści. Rozmawialiśmy tak przez dłuższą chwilę, a po mojej kolejnej odmowie na prośbę o uśmiech odrzekła:
– To wiesz co? Połóż się tu. – nakazała wskazując palcem stojący w kącie dziwny obiekt, który wyglądał jak łóżko z przymocowanym do niego siedzeniem, do którego wchodziło się po drabinie. W jej głosie dał się słyszeć przebłysk nadziei. Zdawało się, że wpadła nagle na pomysł, który wydawał się jej genialny. – Aha, tylko najpierw zdejmij bluzkę, podkoszulkę, buty i skarpetki. – dodała.

Położyłem się posłusznie a ta kazała mi unieść ręce za siebie. Gdy to zrobiłem „przypięła” mnie pasami do owego łóżka za nadgarstki, później za stopy a następnie za biodra. Następnie weszła po drabinie i usiadła nade mną. Zobaczyłem, że odpina i mozolnie zdejmuje buty a następnie podłożyła mi palce stóp pod nos.
– Będziesz wąchał moje stopy aż się uśmiechniesz. – zagroziła wesoło. Moje nozdrza natychmiast podrażnił zapach potu. Odwróciłem głowę tyle, ile mogłem lecz ona wciąż trzymała palce pod moim nosem i patrzyła na mnie z uśmiechem. – Brzydko pachną, co? – spytała po chwili.
– Noo... tak. – odparłem.
– Ale nie zabiorę stópek dopóki nie zobaczę banana na buzi. – powtórzyła. Próbowałem kilka razy „kręcić” głową by nie czuć woni jej stóp, lecz jedynym efektem był jej chichot i ponowne podłożenie ich pod mój nos. – Zawołała „Smile!” a po chwili „Cheese!” – rozciągając palcami swych stóp moje kąciki ust.

Leżałem tak wdychając ów zapach. Nie wiem jak długo to trwało. Co najmniej pół godziny, może więcej. Widziałem przed sobą jedynie palce lub pięty a momentami także jej twarz, cały czas radosną, opromienioną uśmiechem. Po jakimś czasie, jakby zauważyła, że nic nie wskóra, spytała ironicznie:
– Tak ładnie pachną moje stópki?
– Niezbyt. – odparłem.
– Ale uśmiechu nie zobaczę? – upewniła się.
– Wolałbym nie.
– To poczekaj. Chyba mam jeszcze jeden sposób. – powiedziała i mrugnąwszy do mnie zeszła na podłogę i usiadła na krześle, aby z powrotem ubrać buty.

Byłem przerażony, zastanawiając się co wymyśli następnego. Pomyślałem, że to wszystko jest jakieś chore. Po co jej to? I do czego będzie zdolna? Czyżby miała mnie zacząć torturować? Czy będę bity lub w inny sposób dręczony? Nachodziły mnie różne myśli. Lecz ona wpadła na pomysł, którego w życiu bym się nie spodziewał. Podeszła do mnie bliżej i spytała rozradowana:
– Masz łaskotki? – serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Nie miałem pojęcia co powiedzieć, by się wykręcić.
– Nie wiem. No... ra-raczej nie. – wyjąkałem. Lecz mój wyraz twarzy i wzrok najprawdopodobniej nie był zbyt przekonujący.
– Na pewno? – spytała.
– Chyba tak.
– A może sprawdzimy?
– Nie! Proszę! – jęknąłem a następnie wybuchnąłem śmiechem czując tarcie jej opuszków palców oraz długich paznokci na moim odsłoniętym brzuchu. Usiłowałem się wyrywać, lecz skórzane pasy trzymały mocno moje ręce, nogi oraz biodra. Rzucałem się jak oszalały wyjąc ze śmiechu.
– Gili gili gili! – powtarzała wesolutkim głosem patrząc na me daremne, desperackie próby ucieczki oraz słysząc jedynie mój śmiech.

Histeryczny, niekontrolowany śmiech wywołany jedynie jej wyrafinowanym łaskotaniem i skoordynowanymi ruchami. Czułem się potwornie bezsilny. Miałem wrażenie, że tracę kontrolę nad swym ciałem nie będąc w stanie pohamować swych ruchów oraz głośnego śmiechu, który – kiedy „kursowała” swymi palcami między brzuchem, pachami, żebrami, przechodząc niekiedy do boków i szyi – przeradzał się w totalny rechot. Nie wiem ile to trwało, po ilu minutach do oczu napłynęły mi łzy.
– Twardy jesteś. – skomentowała przerywając tortury. – Ale teraz wymiękniesz. – zapewniła, po czym podeszła do biurka i otwarła szufladę.

Gdy coś z niej wyjęła, usłyszałem ponownie stukot jej obcasów o linoleum. Podeszła do mnie trzymając ręce z tyłu. Po chwili pokazała mi, że w jednej z nich trzyma czerwone, sztywne piórko.
– Ta da! – zawołała stojąc przy moich skrępowanych stopach. Przeraziłem się jeszcze bardziej szykując na najgorsze, lecz wiele nie porozmyślałem, gdyż po chwili ponownie wybuchnąłem panicznym, bezsilnym śmiechem rzucając się desperacko z podobnym skutkiem jak wcześniej, gdy ta łaskotała mnie niemiłosiernie piórkiem raz w jedną stopę, raz w drugą. – Ha ha! Tu cię mam! Gili gili gili! Nie masz wyboru! Tego nie wytrzymasz! – wołała wesoło a następnie odłożyła piórko i łaskotała mnie w obie stopy naraz, pocierając palcami pięty, śródstopia, palce a momentami... co było chyba najpotworniejsze – miejsca między palcami, przy którym aż wyłem ze śmiechu.
– Do... Ha ha ha ha... dobrze! – wyjąkałem. – Tylko p-pro-proszę! Niech pani... hi hi hi!!! Niech pani przestanie!!! B-bł-błagam ha ha ha ha!!! – krzyczałem.
– Okej. – odparła podchodząc bliżej mej twarzy. – To teraz szeroki uśmiech. – powiedziała szczerząc zęby i pokazując palcem gest na swej twarzy. Poczułem się tak, jakby moja twarz była z ołowiu. Chcąc nie chcąc uniosłem w górę kąciki swych ust.
– Pięknie! – zawołała. Tylko teraz tak szeroko! Pokaż ząbki! – resztkami sił „zmolestowałem” swe usta odsłaniając zęby w dziwacznym grymasie. – Super! – stwierdziła, po czym usłyszałem odgłos robionego zdjęcia.

Odłożywszy aparat odpięła mi pasy i pozwoliła się ubrać.
– Jutro cię widzę w szkole wesołego! – oświadczyła. – Bo jak nie to wiesz... – mrugnęła – znów się spotkamy w wesołej sali tortur hi hi.
– Do widzenia! – pożegnałem się jak najszybciej wyjść.
– No dobrze – zmykaj. Do widzenia!
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(26-12-2015, 00:49)Buryzenek napisał(a):
(Akapit)Była przerwa. Na szkolnym korytarzu panował gwar i chaos.(Podczas przerwy na szkolnym korytarzu panował...?) Każdy siedział na ławce lub stał, każdy we własnym towarzystwie.(Czyli każdy stał czy siedział? Do tego wszyscy są samotnikami?) Mi akurat (Nie potrzebne.) nie chciało się z nikim rozmawiać, a na ławkach nie było miejsca, więc stanąłem z boku przy parapecie (Tu też mi coś nie pasuje, jedno z tego jest niepotrzebne.). Z nudów zacząłem intensywnie myśleć. Gdy tak stałem przez dłuższą chwilę zobaczyłem, jak podchodzi do mnie pani pedagog.(Nie rozumiem tego "zobaczyłem". Gdy tak stałem podeszła do mnie pani pedagog) Miała blond włosy spięte z tyłu w warkocz a na nosie okulary.(Ja bym to napisał nieco inaczej.) Ubrana była stosownie do pory roku, a był maj. Była szczupła i młoda, przez co wyglądała dość atrakcyjnie. Na nogach miała sandały na obcasach, w których było widać młodo wyglądające, (to bym usunął) gładkie i zadbane stopy.  (W sandałach, które nosiła, widać było gładkie i zadbane stopy?) Były dość płaskie i miały obcięte paznokcie, pomalowane na kolor jaskrawo czerwony z białymi brzegami. (Mało skupiłeś się na dzieciach, ale za na jej stopach..)
(Akapit)– Dzień dobry! – powiedziałem, zobaczywszy ją.
(Akapit)– Dzień dobry. Uśmiech proszę! – odpowiedziała łagodnym tonem sama uśmiechając się szeroko ukazując swe białe zęby.
(Akapit)– Słucham? – spytałem zdziwiony.
(Akapit)– Uśmiech proszę.(bez kropki) – powtórzyła. – Bo widzę, że jesteś jakiś przygnębiony? Uśmiechnij się do mnie.
(Akapit)– Ach, nie, nie jestem.(bez kropki) – odparłem.
(Akapit)– Na pewno?
(Akapit)– Tak. – Zapewniłem.
(Akapit)– To uśmiechnij się! – rzekła, skrobiąc mnie lekko po ramieniu. Spuściłem głowę bezradnie.
(Akapit)– Ale dlaczego? – spytałem.
(Akapit)– Bo wtedy(kropka) (od dużej litery)zaczęła wyjaśniać(Kropka)(od dużej) do naszego mózgu wpływa hormon szczęścia. Im więcej się uśmiechamy, tym bardziej jesteśmy szczęśliwi.
(Akapit)– Ale ja nie potrafię.(bez kropki) – odparłem. – Ale w sumie dobrze, że panią widzę. Muszę przyjść po lekcjach, żeby pani zrobiła mi zdjęcie na gazetkę klasową. – (od dużej)uprzedziłem.
(Akapit)– Ach! No faktycznie. Dobrze, przyjdź do mnie do gabinetu. – (od dużej)stwierdziła zadowolona i poszła.

(Akapit)Gdy skończyłem lekcje podszedłem do drzwi jej gabinetu. Zapukałem i usłyszawszy „Proszę!” wszedłem.
(Akapit)– Ach, jesteś. –(od dużej) stwierdziła z nutą zadowolenia w głosie i równie szerokim uśmiechem co wcześniej. – Już idę po aparat, usiądź sobie na krześle.
(Nie rozumiem tej przerwy)
(Akapit)Usiadłem więc(niepotrzebne) a ona wyszła, a po chwili wróciła z niewielkim aparatem cyfrowym. Już zacząłem się obawiać, że ponowi prośbę i po chwili moje obawy okazały się słuszne. Usiadła naprzeciwko mnie, po drugiej stronie biurka i włączyła aparat. Skierowawszy obiektyw w moją stronę znów powiedziała:
(Akapit)– No! Uśmiechnij się.
(Akapit)– Ale dlaczego? – spytałem.
(Akapit)– Żebyś ładnie wyszedł na zdjęciu.
(Akapit)– Ale nie chcę.
(Akapit)– Chcesz być poważny? – spytała nieco bardziej zrezygnowanym tonem.
(Akapit)– Tak.(bez kropki) – odpowiedziałem stanowczo.
(Akapit)– Dobrze, ale jak zrobię ci zdjęcie to zostań dłużej, okej? Jesteś już po lekcjach? Masz czas?
(Akapit)– Właściwie tak. (bez kropki)– odparłem.
(Akapit)– To dobrze. – (od dużej)stwierdziła i zrobiła mi zdjęcie. Na moment oślepił mnie błysk flesza, lecz po chwili schowała aparat i zapytała mnie, czy coś się stało, że stałem na przerwie taki smutny.(To też inaczej bym napisał. Oślepił mnie blask flesza. Pedagog schowawszy aparat, zapytała mnie, dlaczego byłem taki smutny na przerwie.) Wyjaśniłem jej, że nic (żeś jej pocisnął :D )– jedynie się trochę zamyśliłem. Potem spytała, czy często się uśmiecham i po krótkiej chwili myślenia(po co to? Unikasz też powtórzenia.) odpowiedziałem, że prawie wcale. (Czemu nie zrobiłeś z tej ostatniej cześć dialogu?)

Więc zaczęliśmy rozmawiać na ten temat. Wyglądała na bardzo zdziwioną. Dłuższą chwilę mnie przekonywała, że warto się uśmiechać bo to robi dobre wrażenie, pozytywnie działa na zdrowie itp. Zaczęła opowiadać mi o terapii śmiechem, o tym, że „śmiech to zdrowie” i ile przynosi korzyści. Rozmawialiśmy tak przez dłuższą chwilę, a po mojej kolejnej odmowie na prośbę o uśmiech odrzekła:
– To wiesz co? Połóż się tu. – nakazała wskazując palcem stojący w kącie dziwny obiekt, który wyglądał jak łóżko z przymocowanym do niego siedzeniem, do którego wchodziło się po drabinie. W jej głosie dał się słyszeć przebłysk nadziei. Zdawało się, że wpadła nagle na pomysł, który wydawał się jej genialny. – Aha, tylko najpierw zdejmij bluzkę, podkoszulkę, buty i skarpetki. – dodała.

Położyłem się posłusznie a ta kazała mi unieść ręce za siebie. Gdy to zrobiłem „przypięła” mnie pasami do owego łóżka za nadgarstki, później za stopy a następnie za biodra. Następnie weszła po drabinie i usiadła nade mną. Zobaczyłem, że odpina i mozolnie zdejmuje buty a następnie podłożyła mi palce stóp pod nos.
– Będziesz wąchał moje stopy aż się uśmiechniesz. – zagroziła wesoło. Moje nozdrza natychmiast podrażnił zapach potu. Odwróciłem głowę tyle, ile mogłem lecz ona wciąż trzymała palce pod moim nosem i patrzyła na mnie z uśmiechem. – Brzydko pachną, co? – spytała po chwili.
– Noo... tak. – odparłem.
– Ale nie zabiorę stópek dopóki nie zobaczę banana na buzi. – powtórzyła. Próbowałem kilka razy „kręcić” głową by nie czuć woni jej stóp, lecz jedynym efektem był jej chichot i ponowne podłożenie ich pod mój nos. – Zawołała „Smile!” a po chwili „Cheese!” – rozciągając palcami swych stóp moje kąciki ust.

Leżałem tak wdychając ów zapach. Nie wiem jak długo to trwało. Co najmniej pół godziny, może więcej. Widziałem przed sobą jedynie palce lub pięty a momentami także jej twarz, cały czas radosną, opromienioną uśmiechem. Po jakimś czasie, jakby zauważyła, że nic nie wskóra, spytała ironicznie:
– Tak ładnie pachną moje stópki?
– Niezbyt. – odparłem.
– Ale uśmiechu nie zobaczę? – upewniła się.
– Wolałbym nie.
– To poczekaj. Chyba mam jeszcze jeden sposób. – powiedziała i mrugnąwszy do mnie zeszła na podłogę i usiadła na krześle, aby z powrotem ubrać buty.

Byłem przerażony, zastanawiając się co wymyśli następnego. Pomyślałem, że to wszystko jest jakieś chore. Po co jej to? I do czego będzie zdolna? Czyżby miała mnie zacząć torturować? Czy będę bity lub w inny sposób dręczony? Nachodziły mnie różne myśli. Lecz ona wpadła na pomysł, którego w życiu bym się nie spodziewał. Podeszła do mnie bliżej i spytała rozradowana:
– Masz łaskotki? – serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Nie miałem pojęcia co powiedzieć, by się wykręcić.
– Nie wiem. No... ra-raczej nie. – wyjąkałem. Lecz mój wyraz twarzy i wzrok najprawdopodobniej nie był zbyt przekonujący.
– Na pewno? – spytała.
– Chyba tak.
– A może sprawdzimy?
– Nie! Proszę! – jęknąłem a następnie wybuchnąłem śmiechem czując tarcie jej opuszków palców oraz długich paznokci na moim odsłoniętym brzuchu. Usiłowałem się wyrywać, lecz skórzane pasy trzymały mocno moje ręce, nogi oraz biodra. Rzucałem się jak oszalały wyjąc ze śmiechu.
– Gili gili gili! – powtarzała wesolutkim głosem patrząc na me daremne, desperackie próby ucieczki oraz słysząc jedynie mój śmiech.

Histeryczny, niekontrolowany śmiech wywołany jedynie jej wyrafinowanym łaskotaniem i skoordynowanymi ruchami. Czułem się potwornie bezsilny. Miałem wrażenie, że tracę kontrolę nad swym ciałem nie będąc w stanie pohamować swych ruchów oraz głośnego śmiechu, który – kiedy „kursowała” swymi palcami między brzuchem, pachami, żebrami, przechodząc niekiedy do boków i szyi – przeradzał się w totalny rechot. Nie wiem ile to trwało, po ilu minutach do oczu napłynęły mi łzy.
– Twardy jesteś. – skomentowała przerywając tortury. – Ale teraz wymiękniesz. – zapewniła, po czym podeszła do biurka i otwarła szufladę.

Gdy coś z niej wyjęła, usłyszałem ponownie stukot jej obcasów o linoleum. Podeszła do mnie trzymając ręce z tyłu. Po chwili pokazała mi, że w jednej z nich trzyma czerwone, sztywne piórko.
– Ta da! – zawołała stojąc przy moich skrępowanych stopach. Przeraziłem się jeszcze bardziej szykując na najgorsze, lecz wiele nie porozmyślałem, gdyż po chwili ponownie wybuchnąłem panicznym, bezsilnym śmiechem rzucając się desperacko z podobnym skutkiem jak wcześniej, gdy ta łaskotała mnie niemiłosiernie piórkiem raz w jedną stopę, raz w drugą. – Ha ha! Tu cię mam! Gili gili gili! Nie masz wyboru! Tego nie wytrzymasz! – wołała wesoło a następnie odłożyła piórko i łaskotała mnie w obie stopy naraz, pocierając palcami pięty, śródstopia, palce a momentami... co było chyba najpotworniejsze – miejsca między palcami, przy którym aż wyłem ze śmiechu.
– Do... Ha ha ha ha... dobrze! – wyjąkałem. – Tylko p-pro-proszę! Niech pani... hi hi hi!!! Niech pani przestanie!!! B-bł-błagam ha ha ha ha!!! – krzyczałem.
– Okej. – odparła podchodząc bliżej mej twarzy. – To teraz szeroki uśmiech. – powiedziała szczerząc zęby i pokazując palcem gest na swej twarzy. Poczułem się tak, jakby moja twarz była z ołowiu. Chcąc nie chcąc uniosłem w górę kąciki swych ust.
– Pięknie! – zawołała. Tylko teraz tak szeroko! Pokaż ząbki! – resztkami sił „zmolestowałem” swe usta odsłaniając zęby w dziwacznym grymasie. – Super! – stwierdziła, po czym usłyszałem odgłos robionego zdjęcia.

Odłożywszy aparat odpięła mi pasy i pozwoliła się ubrać.
– Jutro cię widzę w szkole wesołego! – oświadczyła. – Bo jak nie to wiesz... – mrugnęła – znów się spotkamy w wesołej sali tortur hi hi.
– Do widzenia! – pożegnałem się jak najszybciej wyjść.
– No dobrze – zmykaj. Do widzenia!


Święta i nikomu się nic nie chce. Mnie też nie chce się czytać całego. :D
Błędów jest dużo. Nawet w sprawdzonych przez mnie fragmentach jest ich więcej. Interpunkcji nie sprawdzałem, bo jestem w tym po prostu słaby. Zobaczymy, jak weźmie się za to jakiś sprawdzający.
Akapity wstawiaj [p.] (bez kropki)
O fabule może się wypowiem, jak przeczytam resztę.
Dam ci radę. Poczytaj opowiadania innych na forum, poczytaj poradniki i może coś wykorzystasz do poprawy.
Pozatym, jeśli przeczytasz teksty innych, może ktoś będzie czuł się zobowiązany przeczytać Twój? Bo tak wpadłeś, nie przedstawiłeś się, dodałeś tekst i czytajcie mnie..xd
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#3
(26-12-2015, 00:49)Buryzenek napisał(a): Gdy tak stałem przez dłuższą chwilę (przecinek) zobaczyłem, jak podchodzi do mnie pani pedagog. Miała blond włosy spięte z tyłu w warkocz (przecinek) a na nosie okulary. Ubrana była stosownie do pory roku, a był maj. Była (powtórzenia) szczupła i młoda, przez co wyglądała dość atrakcyjnie. Na nogach miała sandały na obcasach, w których było widać młodo wyglądające, gładkie i zadbane stopy.
(po co ta dodatkowa interlinia? dlaczego dalej jest od nowego akapitu?)
Były dość płaskie i miały obcięte paznokcie, pomalowane na kolor jaskrawo czerwony z białymi brzegami (po co mi te wszystkie informacje?).

– Dzień dobry. Uśmiech (przecinek) proszę! – odpowiedziała łagodnym tonem (przecinek) sama uśmiechając się szeroko (przecinek) ukazując swe białe zęby.
– Słucham? – spytałem zdziwiony.
– Uśmiech (przecinek) proszę. (zbędna kropka) – powtórzyła. – Bo widzę, że jesteś jakiś przygnębiony? Uśmiechnij się do mnie.
– Ach, nie, nie jestem.(zbędna kropka) – odparłem.
– Na pewno?
– Tak. (zbędna kropka)Zapewniłem (małą literą).

– Ale ja nie potrafię. (zbędna kropka) – odparłem. – Ale w sumie dobrze, że panią widzę. Muszę przyjść po lekcjach, żeby pani zrobiła mi zdjęcie na gazetkę klasową. (zbędna kropka) – uprzedziłem.
– Ach! No faktycznie. Dobrze, przyjdź do mnie do gabinetu. (zbędna kropka) – stwierdziła zadowolona i poszła.

Gdy skończyłem lekcje (przecinek) podszedłem do drzwi jej gabinetu. Zapukałem i usłyszawszy „Proszę!” (przecinek) wszedłem.
– Ach, jesteś. (zbędna kropka) – stwierdziła z nutą zadowolenia w głosie i równie szerokim uśmiechem co wcześniej.

Usiadłem więc (przecinek) a ona wyszła, a (powtórzenie) po chwili wróciła z niewielkim aparatem cyfrowym.

Skierowawszy obiektyw w moją stronę (przecinek) znów powiedziała:
– No! Uśmiechnij się.

– Tak. (zbędna kropka) – odpowiedziałem stanowczo.
– Dobrze, ale jak zrobię ci zdjęcie (przecinek) to zostań dłużej, okej? Jesteś już po lekcjach? Masz czas?
– Właściwie tak. (zbędna kropka) – odparłem.
– To dobrze. (zbędna kropka) – stwierdziła i zrobiła mi zdjęcie.

Dłuższą chwilę mnie przekonywała, że warto się uśmiechać (przecinek) bo to robi dobre wrażenie, pozytywnie działa na zdrowie itp.

– To wiesz co? Połóż się tu. (zbędna kropka) – nakazała (przecinek) wskazując palcem stojący w kącie dziwny obiekt (...)

– Aha, tylko najpierw zdejmij bluzkę, podkoszulkę, buty i skarpetki. (zbędna kropka) – dodała.

Położyłem się posłusznie (przecinek) a ta kazała mi unieść ręce za siebie. Gdy to zrobiłem (przecinek) „przypięła” mnie pasami do owego łóżka za nadgarstki, później za stopy (przecinek) a następnie za biodra. Następnie weszła po drabinie i usiadła nade mną. Zobaczyłem, że odpina i mozolnie zdejmuje buty (przecinek) a następnie podłożyła mi palce stóp pod nos.
– Będziesz wąchał moje stopy (przecinek) aż się uśmiechniesz. (zbędna kropka) – zagroziła wesoło. Moje nozdrza natychmiast podrażnił zapach potu. Odwróciłem głowę tyle, ile mogłem (przecinek) lecz ona wciąż trzymała palce pod moim nosem i patrzyła na mnie z uśmiechem. – Brzydko pachną, co? – spytała po chwili.
– Noo... tak. (zbędna kropka) – odparłem.
– Ale nie zabiorę stópek (przecinek) dopóki nie zobaczę banana na buzi. (zbędna kropka) – powtórzyła. Próbowałem kilka razy „kręcić” głową (przecinek) by nie czuć woni jej stóp, lecz jedynym efektem był jej chichot i ponowne podłożenie ich pod mój nos. – Zawołała „Smile!” a po chwili „Cheese!” (przecinek, a nie myślnik) rozciągając palcami swych stóp moje kąciki ust.

Leżałem tak (przecinek) wdychając ów zapach. Nie wiem (przecinek) jak długo to trwało. Co najmniej pół godziny, może więcej. Widziałem przed sobą jedynie palce lub pięty (przecinek) a momentami także jej twarz, cały czas radosną, opromienioną uśmiechem.

– Niezbyt. (zbędna kropka) – odparłem.

– To poczekaj. Chyba mam jeszcze jeden sposób. (zbędna kropka) – powiedziała i mrugnąwszy do mnie (przecinek) zeszła na podłogę i usiadła na krześle, aby z powrotem ubrać buty.

Byłem przerażony, zastanawiając się (przecinek) co wymyśli następnego.

Nie miałem pojęcia (przecinek) co powiedzieć, by się wykręcić.
– Nie wiem. No... ra-raczej nie. (zbędna kropka) – wyjąkałem.

– Nie! Proszę! – jęknąłem (przecinek) a następnie wybuchnąłem śmiechem (przecinek) czując tarcie jej opuszków (opuszek) palców oraz długich paznokci na moim odsłoniętym brzuchu. Usiłowałem się wyrywać, lecz skórzane pasy trzymały mocno moje ręce, nogi oraz biodra. Rzucałem się jak oszalały (przecinek) wyjąc ze śmiechu.
– Gili gili gili! – powtarzała wesolutkim głosem (przecinek) patrząc na me daremne, desperackie próby ucieczki oraz słysząc jedynie mój śmiech.

Histeryczny, niekontrolowany śmiech (przecinek) wywołany jedynie jej wyrafinowanym łaskotaniem i skoordynowanymi (nieskoordynowanymi) ruchami. Czułem się potwornie bezsilny. Miałem wrażenie, że tracę kontrolę nad swym ciałem (przecinek) nie będąc w stanie pohamować swych ruchów oraz głośnego śmiechu (...)

Nie wiem (przecinek) ile to trwało, po ilu minutach do oczu napłynęły mi łzy.
– Twardy jesteś. (zbędna kropka) – skomentowała (przecinek) przerywając tortury. – Ale teraz wymiękniesz. (zbędna kropka) – zapewniła, po czym podeszła do biurka i otwarła szufladę.

Podeszła do mnie (przecinek) trzymając ręce z tyłu.

– Ta da! – zawołała (przecinek) stojąc przy moich skrępowanych stopach. Przeraziłem się jeszcze bardziej (przecinek) szykując na najgorsze, lecz wiele nie porozmyślałem, gdyż po chwili ponownie wybuchnąłem panicznym, bezsilnym śmiechem (przecinek) rzucając się desperacko z podobnym skutkiem jak wcześniej, gdy ta łaskotała mnie niemiłosiernie piórkiem raz w jedną stopę, raz w drugą. – Ha ha! Tu cię mam! Gili (przecinek) gili (przecinek) gili! Nie masz wyboru! Tego nie wytrzymasz! – wołała wesoło (przecinek) a następnie odłożyła piórko i łaskotała mnie w obie stopy naraz, pocierając palcami pięty, śródstopia, palce (przecinek) a momentami... (raczej przecinek, a nie wielokropek) co było chyba najpotworniejsze – (raczej przecinek, a nie myślnik) miejsca między palcami, przy którym aż wyłem ze śmiechu.
– Do... Ha ha ha ha (w języku polskim śmiech zapisujemy 'cha, cha, cha')... dobrze! – wyjąkałem. – Tylko p-pro-proszę! Niech pani... hi hi hi (chi, chi, chi)!!! Niech pani przestanie!!! B-bł-błagam (przecinek) ha ha ha ha (cha, cha, cha)!!! – krzyczałem.
– Okej. (zbędna kropka) – odparła (przecinek) podchodząc bliżej mej twarzy. – To teraz szeroki uśmiech. (zbędna kropka) – powiedziała (przecinek) szczerząc zęby i pokazując palcem gest na swej twarzy.

– Pięknie! – zawołała. (myślnik) Tylko teraz tak szeroko! Pokaż ząbki! – resztkami sił „zmolestowałem” swe usta (przecinek) odsłaniając zęby w dziwacznym grymasie. – Super! – stwierdziła, po czym usłyszałem odgłos robionego zdjęcia.

Odłożywszy aparat (przecinek) odpięła mi pasy i pozwoliła się ubrać.
– Jutro cię widzę w szkole wesołego! – oświadczyła. – Bo jak nie (przecinek) to wiesz... – mrugnęła – znów się spotkamy w wesołej sali tortur (przecinek) hi hi (chi, chi).
– Do widzenia! – pożegnałem się (przecinek) (by) jak najszybciej wyjść.
– No dobrze (przecinek) zmykaj. Do widzenia!

Bezsensowne i z powalającą ilością błędów
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#4
(26-12-2015, 00:49)Buryzenek napisał(a):
Była przerwa. Na szkolnym korytarzu panował gwar i chaos. Każdy siedział na ławce lub stał, każdy we własnym towarzystwie. Mi akurat nie chciało się z nikim rozmawiać, a na ławkach nie było miejsca, więc stanąłem z boku przy parapecie. Z nudów zacząłem intensywnie myśleć. Gdy tak stałem przez dłuższą chwilę zobaczyłem, jak podchodzi do mnie pani pedagog. Miała blond włosy spięte z tyłu w warkocz a na nosie okulary. Ubrana była stosownie do pory roku, a był maj. Była szczupła i młoda, przez co wyglądała dość atrakcyjnie. Na nogach miała sandały na obcasach, w których było widać młodo wyglądające, gładkie i zadbane stopy. Były dość płaskie i miały obcięte paznokcie, pomalowane na kolor jaskrawo czerwony z białymi brzegami.
– Dzień dobry! – powiedziałem, zobaczywszy ją.
– Dzień dobry. Uśmiech proszę! – odpowiedziała łagodnym tonem sama uśmiechając się szeroko ukazując swe białe zęby.
– Słucham? – spytałem zdziwiony.
– Uśmiech proszę. – powtórzyła. – Bo widzę, że jesteś jakiś przygnębiony? Uśmiechnij się do mnie.
– Ach, nie, nie jestem. – odparłem.
– Na pewno?
– Tak. – Zapewniłem.
– To uśmiechnij się! – rzekła, skrobiąc mnie lekko po ramieniu. Spuściłem głowę bezradnie
.

– Ale dlaczego? – spytałem.
– Bo wtedy – zaczęła wyjaśniać – do naszego mózgu wpływa hormon szczęścia. Im więcej się uśmiechamy, tym bardziej jesteśmy szczęśliwi.
– Ale ja nie potrafię. – odparłem. – Ale w sumie dobrze, że panią widzę. Muszę przyjść po lekcjach, żeby pani zrobiła mi zdjęcie na gazetkę klasową. – uprzedziłem.
– Ach! No faktycznie. Dobrze, przyjdź do mnie do gabinetu. – stwierdziła zadowolona i poszła.

Gdy skończyłem lekcje podszedłem do drzwi jej gabinetu. Zapukałem i usłyszawszy „Proszę!” wszedłem.
– Ach, jesteś. – stwierdziła z nutą zadowolenia w głosie i równie szerokim uśmiechem co wcześniej. – Już idę po aparat, usiądź sobie na krześle.

Usiadłem więc a ona wyszła, a po chwili wróciła z niewielkim aparatem cyfrowym. Już zacząłem się obawiać, że ponowi prośbę i po chwili moje obawy okazały się słuszne. Usiadła naprzeciwko mnie, po drugiej stronie biurka i włączyła aparat. Skierowawszy (mało fortunne sformułowanie) Może lepiej: Skierowała obiektyw prosto w moją stronę znów powiedziała:
– No! Uśmiechnij się.        <–-–-–    tutaj też rozmowy o niczym, brakuje jakiegoś tematu, akcji
– Ale dlaczego? – spytałem.
– Żebyś ładnie wyszedł na zdjęciu.
– Ale nie chcę.
– Chcesz być poważny? – spytała nieco bardziej zrezygnowanym tonem.
– Tak. – odpowiedziałem stanowczo.
– Dobrze, ale jak zrobię ci zdjęcie to zostań dłużej, okej? Jesteś już po lekcjach? Masz czas?
– Właściwie tak. – odparłem.
– To dobrze. – stwierdziła i zrobiła mi zdjęcie. Na moment oślepił mnie błysk flesza, lecz po chwili schowała aparat i zapytała mnie, czy coś się stało, że stałem na przerwie taki smutny. Wyjaśniłem jej, że nic – jedynie się trochę zamyśliłem. Potem spytała, czy często się uśmiecham i po krótkiej chwili myślenia odpowiedziałem, że prawie wcale.

Więc zaczęliśmy rozmawiać na ten temat. Wyglądała na bardzo zdziwioną. Dłuższą chwilę mnie przekonywała, że warto się uśmiechać bo to robi dobre wrażenie, pozytywnie działa ( wpływa? może lepiej brzmi) na zdrowie itp. Zaczęła opowiadać mi o terapii śmiechem, o tym, że „śmiech to zdrowie” i ile przynosi korzyści. Rozmawialiśmy tak przez dłuższą chwilę, a po mojej kolejnej odmowie na prośbę o uśmiech odrzekła:
– To wiesz co? Połóż się tu. – nakazała wskazując palcem stojący w kącie dziwny obiekt, który wyglądał jak łóżko z przymocowanym do niego siedzeniem, do którego wchodziło się po drabinie. W jej głosie dał się słyszeć przebłysk nadziei. Zdawało się, że wpadła nagle na pomysł, który wydawał się jej genialny. – Aha, tylko najpierw zdejmij bluzkę, podkoszulkę, buty i skarpetki. – dodała.

Położyłem się posłusznie a ta kazała mi unieść ręce za siebie. Gdy to zrobiłem „przypięła” mnie pasami do owego łóżka za nadgarstki, później za stopy a następnie za biodra. Następnie weszła po drabinie i usiadła nade mną. Zobaczyłem, że odpina i mozolnie zdejmuje buty a następnie podłożyła mi palce stóp pod nos.
– Będziesz wąchał moje stopy aż się uśmiechniesz. – zagroziła wesoło. Moje nozdrza natychmiast podrażnił zapach potu. Odwróciłem głowę tyle, ile mogłem lecz ona wciąż trzymała palce pod moim nosem i patrzyła na mnie z uśmiechem. – Brzydko pachną, co? – spytała po chwili.
– Noo... tak. – odparłem.
– Ale nie zabiorę stópek dopóki nie zobaczę banana na buzi. – powtórzyła. Próbowałem kilka razy „kręcić” głową by nie czuć woni jej stóp, lecz jedynym efektem był jej chichot i ponowne podłożenie ich pod mój nos. – Zawołała „Smile!” a po chwili „Cheese!” – rozciągając palcami swych stóp moje kąciki ust.

Leżałem tak wdychając ów zapach. Nie wiem jak długo to trwało. Co najmniej pół godziny, może więcej. Widziałem przed sobą jedynie palce lub pięty a momentami także jej twarz, cały czas radosną, opromienioną uśmiechem. Po jakimś czasie, jakby zauważyła, że nic nie wskóra, spytała ironicznie:
– Tak ładnie pachną moje stópki?
– Niezbyt. – odparłem.
– Ale uśmiechu nie zobaczę? – upewniła się.
– Wolałbym nie.
– To poczekaj. Chyba mam jeszcze jeden sposób. – powiedziała i mrugnąwszy do mnie zeszła na podłogę i usiadła na krześle, aby z powrotem ubrać buty.

Byłem przerażony, zastanawiając się co wymyśli następnego. Pomyślałem, że to wszystko jest jakieś chore. Po co jej to? I do czego będzie zdolna? Czyżby miała mnie zacząć torturować? Czy będę bity lub w inny sposób dręczony? Nachodziły mnie różne myśli. Lecz ona wpadła na pomysł, którego w życiu bym się nie spodziewał. Podeszła do mnie bliżej i spytała rozradowana:
– Masz łaskotki? – serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Nie miałem pojęcia co powiedzieć, by się wykręcić.
– Nie wiem. No... ra-raczej nie. – wyjąkałem. Lecz mój wyraz twarzy i wzrok najprawdopodobniej nie był zbyt przekonujący.
– Na pewno? – spytała.
– Chyba tak.
– A może sprawdzimy?
– Nie! Proszę! – jęknąłem a następnie wybuchnąłem śmiechem czując tarcie jej opuszków palców oraz długich paznokci na moim odsłoniętym brzuchu. Usiłowałem się wyrywać, lecz skórzane pasy trzymały mocno moje ręce, nogi oraz biodra. Rzucałem się jak oszalały wyjąc ze śmiechu.
– Gili gili gili! – powtarzała wesolutkim głosem patrząc na me daremne, desperackie próby ucieczki oraz słysząc jedynie mój śmiech.

to zdanie jest jakoś dziwnie złożone, kupy się nie trzyma-–-> Histeryczny, niekontrolowany śmiech wywołany jedynie jej wyrafinowanym łaskotaniem i skoordynowanymi ruchami. Czułem się potwornie bezsilny. Miałem wrażenie, że tracę kontrolę nad swym ciałem nie będąc w stanie pohamować swych ruchów oraz głośnego śmiechu, który – kiedy „kursowała” swymi palcami między brzuchem, pachami, żebrami, przechodząc niekiedy do boków i szyi – przeradzał się w totalny rechot. Nie wiem ile to trwało, po ilu minutach do oczu napłynęły mi łzy.
– Twardy jesteś. – skomentowała przerywając tortury. – Ale teraz wymiękniesz. – zapewniła, po czym podeszła do biurka i otwarła szufladę.

Gdy coś z niej wyjęła, usłyszałem ponownie stukot jej obcasów o linoleum. Podeszła do mnie trzymając ręce z tyłu. Po chwili pokazała mi, że w jednej z nich trzyma czerwone, sztywne piórko.
– Ta da! – zawołała stojąc przy moich skrępowanych stopach. Przeraziłem się jeszcze bardziej szykując na najgorsze, lecz wiele nie porozmyślałem, gdyż po chwili ponownie wybuchnąłem panicznym, bezsilnym śmiechem rzucając się desperacko z podobnym skutkiem jak wcześniej, gdy ta łaskotała mnie niemiłosiernie piórkiem raz w jedną stopę, raz w drugą. – Ha ha! Tu cię mam! Gili gili gili! Nie masz wyboru! Tego nie wytrzymasz! – wołała wesoło a następnie odłożyła piórko i łaskotała mnie w obie stopy naraz, pocierając palcami pięty, śródstopia, palce a momentami... co było chyba najpotworniejsze – miejsca między palcami, przy którym aż wyłem ze śmiechu.
– Do... Ha ha ha ha... dobrze! – wyjąkałem. – Tylko p-pro-proszę! Niech pani... hi hi hi!!! Niech pani przestanie!!! B-bł-błagam ha ha ha ha!!! – krzyczałem.
– Okej. – odparła podchodząc bliżej mej twarzy. – To teraz szeroki uśmiech. – powiedziała szczerząc zęby i pokazując palcem gest na swej twarzy. Poczułem się tak, jakby moja twarz była z ołowiu. Chcąc nie chcąc uniosłem w górę kąciki swych ust.
– Pięknie! – zawołała. Tylko teraz tak szeroko! Pokaż ząbki! – resztkami sił „zmolestowałem” swe usta odsłaniając zęby w dziwacznym grymasie. – Super! – stwierdziła, po czym usłyszałem odgłos robionego zdjęcia.

Odłożywszy (źle sformuuowane) aparat odpięła mi pasy i pozwoliła się ubrać.
– Jutro Cię widzę w szkole wesołego! – oświadczyła. – Bo jak nie to wiesz... – mrugnęła – znów się spotkamy w wesołej sali tortur hi hi.
– Do widzenia! – pożegnałem się jak najszybciej wyjść.
– No dobrze – zmykaj. Do widzenia!

Nie wiem czy jestem na tyle kompetentna, żeby oceniać inne osoby. W zasadzie można powiedzieć, że jest to mój pierwszy raz.
Jak dla mnie dialogi w niektórych miejscach są zbyt długie. Nie dzieje się w nich nic ciekawego, bohaterowie rozmawiają prawie o niczym. Zaznaczyłam to kolorem zielonym. Tworzysz dość proste zdania, może spróbuj bardziej pokombinować.
Interpunkcji wolę nie poprawiać, bo pewnie sama mam z nią problemy.
Ogólnie cały czas zastanawiałam się o czym właściwie to opowiadanie jest, może przed tym jak zasiądziesz do pisania byłoby dobrze
gdybyś zrobił/a plan/konspekt tego o czym właściwie chcesz pisać oraz jak to osiągnąć.
W jednym z poradników na temat pisania znalazłam radę, by na początku tworząc plan opisać ważniejsze sceny i później stopniowo zapełniać luki, które na pewno się pojawią (zwłaszcza wśród początkujących w tej dziedzinie).
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości