Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Valarand
#1
Prolog

TRZASK!
Mężczyzna w czerwonych szatach obrócił głowę w kierunku, z którego doszedł go odgłos łamanej gałązki. Z całej siły starał się oddychać jak najciszej, jednak przerażone serce łomotało tak szybko, iż niemal się dusił. Schowany w wysokich chaszczach porastających bagna, rozglądał się z trwogą w poszukiwaniu możliwej drogi ucieczki, jednak w którymkolwiek kierunku by nie pobiegł, zostałby zauważony przez te wielkie, brązowoskóre, włochate humanoidy. Usłyszał pomrukujący oddech jednego z nich dość blisko miejsca, w którym się skrywał. O wiele za blisko. Niemal mdlejąc ze strachu, modlił się w duchu do Soliosa, by ten wybaczył mu zdradę i pozwolił przeżyć, choć jednocześnie wiedział, że Świetlisty Bóg jest surowy…
Goblin oddalił się nieco, na moment pozwalając magowi odczuć ulgę. Co ciekawe, wszystkie kreatury rozproszyły się tak, że mógł teraz spokojnie odetchnąć. Uznał to za szansę od swojego boga. W dalszym ciągu nie miał jednak szans, by wydostać się stąd niepostrzeżenie. A walka z bestiami, przy jego osłabionej mocy, oznaczała samobójstwo. Zdawał sobie sprawę z tego, jak nikłe jest prawdopodobieństwo przeżycia.
Powoli, tak by nie spowodować żadnego ruchu trawska, sięgnął za pazuchę. I znów otoczenie zaczęło mu sprzyjać, jak gdyby bogowie zlitowali się nad nim. Zerwał się lekki wiatr, który zaczął kołysać wszystkimi trawami. Nawet gdyby szturchnął kilka źdźbeł, nikt z zewnątrz nie mógłby tego zauważyć. Wyciągnął kawałek świńskiej skóry i mały sztylet, którym naciął lekko swoją skórę po wewnętrznej stronie dłoni. Szpiczastym końcem ostrza powoli, ostrożnie, wyrysował na powierzchni pergaminu tajemnicze znaki, z nieco dziwnym uczuciem obserwując, jak jego własna krew zamienia się w runy. Potem schował sztylet z powrotem za pazuchę. Zdjął z dłoni pierścień, w który zaklęto czar teleportacji do nieco oddalonego od tego miejsca, zwinął pergamin w mały rulonik i wetknął go w obręcz sygnetu. Nawet jeśli nie przeżyje, być może uda mu się dzięki temu pośmiertnie okupić swoją winę…
Wiatr wzmógł się i teraz, zamiast pomagać, narażał go na niebezpieczeństwo. Chaszcze w każdej chwili mogły zostać przygniecione do ziemi, przez co stałby się widoczny jak na dłoni. „Jeszcze tylko trochę”, modlił się w duchu, gdy gobliny znów postąpiły kilka kroków dalej od miejsca, w którym przebywał. To nie mógł być po prostu pech. Zawsze powracał dokładnie tutaj, w to miejsce. Dla pewności sprawdził je wraz z paladynami i magami, zbadali teren w promieniu kilkuset metrów od niego i nie natknęli się nawet na ślady goblinów, a co dopiero ich obóz! I właśnie dziś, gdy osiągnął swój cel, odnalazł to, na co wszyscy magowie czekali od tak wielu lat (i za co miał zdobyć kufer złota od króla) teleportował się tu dokładnie w chwili, gdy wokół pełno było goblinów.
Zamarł, słysząc nawoływania brązowoskórych. Odpowiedzią na nie były nosowe pomruki goblinów. Po chwili stworzenia zebrały się wokół najwyższego, który miał na sobie czarną, brudną, metalową zbroję i potężny miecz dwuręczny w łapie. Odwrócił się i ruszył przed siebie, wlokąc ostrze po ziemi, a za nim poczłapała reszta stworów, pozostawiając bagna i samotnego maga, którego nawet nie zauważyli.
– Dzięki ci, Soliosie – westchnął mężczyzna w czerwonych szatach.
Uznał, że lepiej nie wstawać, dopóki oddział brązowoskórych się nie oddali. Wtem poczuł na karku wilgotny, ciepły powiew. Do jego nozdrzy wdarła się ohydna woń rozkładu i zgnilizny. Odwrócił się powoli i tuż przed sobą zobaczył kłapiący cichutko dziób morgypsa. Stworzenie patrzyło na niego z ciekawością złośliwymi czerwonymi oczkami, kręcąc łebkiem. Rozmiary kreatury wskazywały na bardzo młody wiek co tłumaczyło, dlaczego wciąż nie został zaatakowany. Najwyraźniej ten osobnik dotąd nie spotkał człowieka i nie był pewien, czy może go bezpiecznie zaatakować. Mag siedział nieruchomo, w myślach przygotowując najprostszy (i najcichszy) z możliwych czarów bojowych.
Nagle morgyps zaskrzeczał głośno, cofnął szyję i z rozmachem natarł na mężczyznę dziobem ostrym jak grot włóczni. Ten uchylił się i nawet nie przywołując zaklęcia, chwycił za cienką jeszcze szyję stworzenia, po czym zdecydowanym ruchem złamał mu kark. Z dala rozległy się rozgorączkowane krzyki goblinów. Wiatr nagle się wzmógł i chaszcze, dotąd zakrywające maga, zetknęły się z ziemią. Długi, przeciągły ryk goblina w zbroi dał pozostałym bestiom sygnał do ataku. Mag nie czekał, aż się do niego zbliżą. Wstał i najszybciej jak tylko mógł, skupił się na zaklęciu teleportującym. Nie miał czasu na dokładne określenie jakichkolwiek parametrów, więc mogło go ono przenieść dosłownie wszędzie. Nagle poczuł duszność i okropny ból w klatce piersiowej, a ziemia runęła na spotkanie jego plecom. Skupiony na magii, zapomniał zupełnie o obserwowaniu nadbiegających goblinów. Z żeber wystawał mu jeden z metalowych toporków, których te bestie używały jako głównej broni dystansowej.
– Soliosie…
Ból zaczął ustępować miejsca otępieniu, które powoli przyćmiewało jego zmysły. Gdzieś z bardzo daleka dobiegały go jeszcze okrzyki bestii i powoli gasnące, nierytmiczne bicie własnego serca. Ostatkiem sił skupił się na trzymanej w dłoni wiadomości i to na niej skoncentrował czar teleportacji. Gdy zobaczył nad sobą owłosioną, stwardniałą twarz, pergamin rozwiał się w obłok białej mgiełki, która uleciała z wiatrem. Mag miał wrażenie, że czas zaczął płynąć niezwykle powoli, gdy bestia wyciągnęła zza pasa pokaźnych rozmiarów siekierę i wzniosła ją nad głowę, by dobić człowieka.

***

Wzgórze zamkowe w Cieszynie było miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów oraz uczniów pobliskich szkół. Pamiątką po nich były zazwyczaj podpisy, nabazgrane lub wydrążone między innymi na drewnianych belkach podtrzymujących daszek nad basztą lub śmieci, zalegające na dnie walcowatego dołu owej baszty, do którego dostępu broniła żelazna krata. Teraz, o północy, nie było tam nikogo, tak więc nikt nie zauważył tego, co właśnie się stało. Zalegający śmieciami dół rozbłysnął na moment silnym, niebieskim światłem, po czym na samym wierzchu stosu pojawił się zwinięty w rulon pergamin, na który zatknięto pierścień z błękitnym kamieniem.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(25-12-2015, 02:13)Crazy Halfling Mage napisał(a): Prolog

 Z całej siły (Zrezygnowałabym z tego – całe zdanie mówi o wyciszeniu) starał się oddychać jak najciszej, jednak przerażone serce łomotało tak szybko, iż niemal się dusił.

Schowany w wysokich chaszczach porastających bagna,(bez przecinka) rozglądał się z trwogą w poszukiwaniu możliwej drogi ucieczki, jednak w którymkolwiek kierunku by nie pobiegł, zostałby zauważony przez te wielkie, brązowoskóre, włochate humanoidy.

Usłyszał pomrukujący (chrapliwy?) oddech jednego z nich dość blisko miejsca, w którym się skrywał. 

I znów otoczenie zaczęło mu sprzyjać, jak gdyby bogowie zlitowali się nad nim (okazali litość). Zerwał się lekki wiatr, który zaczął kołysać wszystkimi trawami (rozkołysał trawy?).

 Wyciągnął kawałek świńskiej skóry i mały sztylet, którym naciął lekko swoją skórę po wewnętrznej stronie dłoni (wewnętrzną stronę swojej dłoni).

 Zdjął z dłoni pierścień, w który zaklęto czar teleportacji do nieco oddalonego od tego miejsca (Moim zdaniem ten fragment jest zbędny, samo słowo 'teleportacja' oznacza możliwość zmiany miejsca.), zwinął pergamin w mały rulonik i wetknął go w obręcz sygnetu. 

 Dla pewności sprawdził je wraz z paladynami i magami, zbadali teren w promieniu kilkuset metrów od niego (zbędne – nie wiadomo, czy odnosi się do miejsca, czy też do samego maga) i nie natknęli się nawet na ślady goblinów, a co dopiero ich obóz!

Stworzenie patrzyło na niego z ciekawością złośliwymi czerwonymi oczkami, kręcąc łebkiem. (Zmieniłabym szyk – Stworzenie patrzyło na niego złośliwymi, czerwonymi oczkami, z zaciekawieniem kręcąc łebkiem.) 

Rozmiary kreatury wskazywały na bardzo młody wiek(przecinek) co tłumaczyło, dlaczego wciąż nie został zaatakowany. 

Nagle poczuł duszność i okropny ból w klatce piersiowej, a ziemia runęła na spotkanie jego plecom (to raczej on runął na ziemię).

 Gdzieś z bardzo daleka dobiegały go (zbędne) jeszcze okrzyki bestii i powoli gasnące, nierytmiczne bicie własnego serca. 

***

 Pamiątką po nich były zazwyczaj podpisy,(bez przecinka) nabazgrane lub wydrążone między innymi na drewnianych belkach podtrzymujących daszek nad basztą lub (oraz) śmieci,(bez przecinka) zalegające na dnie walcowatego dołu owej baszty, do którego dostępu broniła żelazna krata. 

Jeśli chodzi o uwagi techniczne, to zawarłam je w tekście.
Prolog jest ciekawie skonstruowany, szczególnie zakończenie z pojawiającym się listem maga. Zrobiłeś sprytne przejście z przeszłości w teraźniejszość sugerujące dalszy rozwój akcji. Trochę zbyt oczywiste. Byłoby bardziej tajemniczo, gdyby to, co się stanie, zdarzyło się poza prologiem. Mówiąc ściślej, gdyby papirus pojawił się przed oczami przypadkowego turysty zwiedzającego wzgórze zamkowe, co zapowiedziałeś już w prologu. Chyba że akcja pójdzie w zupełnie innym kierunku niż myślę.
Ogólnie tekst jest napisany dobrze, przejrzyście i zrozumiale, choć opisów sporo, aż za dużo jak na tak krótki fragment. Nie są jednak nużące, a od momentu ataku goblinów, akcja biegnie już dość szybko. Mam okazję prześledzić dalsze fragmenty, zobaczymy więc, jak to się rozwinie.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#3
Rozdział I
– METAAAAAAAAAL!
Wysoki, głośny okrzyk solisty zespołu Dream Evil (jak na ironię) gwałtownie i nieprzyjemnie obudził Mirka. Starając się nie zapomnieć swojego snu, zwlekł się z łóżka i na oślep pacnął dłonią w nocną szafkę, próbując wymacać komórkę. Wyłączył utwór ustawiony jako alarm budzika i spojrzał na liczby wskazujące godzinę. Już dziesięć po szóstej…
Walcząc z przemożną ochotą położenia się z powrotem, wstał i po omacku znalazł załącznik światła. Już po chwili stał przy biurku i szybko, niewyraźnie, niezbyt szczegółowo zapisywał swój sen (tak cudacznego już dawno nie miał…) do czarnego zeszytu, który był czymś pomiędzy pamiętnikiem, dziennikiem oraz notatnikiem. Gdy tylko skończył, wrzucił go do torby, by w dalszej części porannego rytuału o tym nie zapomnieć. Załączył komputer i uruchomił komunikator. Jak można się było spodziewać, większość osób była niedostępna. I jak zawsze, Marek miał status „zaraz wracam”. Było to dość względne, bo gdy Mirek do niego pisał, jakoś nigdy nie mógł się na ów powrót doczekać… Fifi – „At life’s end”. Bardzo pocieszające z samego rana… Gabrysia – „czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy…” – i opis się urywał. Pozostawało tylko domyślać się zakończenia lub po prostu nie zaśmiecać sobie z samego rana głowy poezją. Wybrał drugą opcję. Krzysiek – nigdy nie miał opisu, Pierre też. Justyna – „świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci”. Przewrócił oczami, przeżuwając w ustach przekleństwo. Kobiety… non stop na nich narzekają, non stop mają do nich pretensje i non stop żalą się sobie nawzajem, jakich to okrutnych chłopaków mają lub miały. I co ciekawe – non stop wszystkie obracają się w towarzystwie akurat tych chłopaków, po których niczego innego się spodziewać nie można. Shawn – „zagra ktoś przez neta w HoMM III?”. Żeby miał czas, to i sam by zagrał… Przez krótką chwilę się rozmarzył, wracając do czasów, kiedy to on miał 13 lat. Grał w tę grę nałogowo, wyobrażał sobie, że faktycznie jest dowódcą armii elfów, ludzi, lub – najczęściej – potężnym nekromantą prowadzącym do boju szeregi nieumarłych. Zamrugał kilka razy i wrócił myślami do rzeczywistości. „IIIF na jutro deklaracje do matury!” I w ten sposób Ania, nie robiąc zupełnie nic, popsuła mu humor na najbliższe kilka godzin. Myśl o nieuchronnie zbliżającej się maturze PRZERAŻAŁA go. Nieco podłamany na duchu, przeglądał kontakty dalej. Ewa – znów jakiś opis wskazujący na stan zakochania. Patryk – kolejny fragment tekstu Witkacego, zupełnie nieznanego Mirkowi. I na tym opisy się skończyły.
Zainicjował wyłączanie maszyny, pstryknął przełącznik na monitorze i ruszył do łazienki. Od tego momentu wszystko działo się już zupełnie rutynowo. Poranna toaleta, szklanka herbaty (najpierw wsypać cukier, potem zalać, żeby się szybciej wymieszało), szybki dobór stroju na dzisiaj (czyli pół–retoryczne pytanie z serii „którą z pięciu czarnych koszulek dziś wybrać”), pospieszne pakowanie torby, potem do przedsionku, glany, płaszcz, kapelusz – i marszobiegiem na przystanek, bez śniadania, bo w tym pośpiechu zupełnie nie miał apetytu. I wszystko dokładnie tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, trzy dni temu, w poniedziałek… Trans, w którym znajdował się od przebudzenia do momentu wejścia do szkolnej szatni, był na tyle mocny, że mógłby wyminąć na ulicy ET’ego i nawet nie zauważyć. Na przystanku kilka, kilkanaście minut czekania, zależnie od tego, który kierowca miał poranną zmianę. Klik klamki, „dzień dobry, miesięczny”, trzask zamykanych drzwi i pierwsze z brzegu wolne miejsce. Chapeaux bas i z głową niemal wbitą w oparcie znajdującego się przed nim fotela próbował nadrobić braki w dziennej normie snu. Fakt, że jazda trwała tylko pół godziny i odbywała się polską, wyboistą drogą, nie był tu okolicznością sprzyjającą.

***

Szatnia licealna miała dwie ciekawe cechy. Pierwszą z nich był fakt, że niemal wszyscy (poza nielicznymi wyjątkami), którzy znajdowali się jej obrębie, byli bardzo ożywieni. Było to o tyle dziwne, że ci sami ludzie, wchodząc tu jeszcze przed kilkoma chwilami, mieli niemal wy-pisane na twarzach zdanie: „Boże, spraw, by mi się tak chciało, jak mi się nie chce”. Drugą z istotnych właściwości było to, że niezależnie od pory dnia i roku, przed remontem generalnym i tuż po nim, w pomieszczeniu można było odczuć wciąż ten sam, przyprawiający wchodzących o mdłości smrodek nieszczelnych rur kanalizacyjnych.
– O nie!
Mirek uśmiechnął się słabo, słysząc z daleka przeciągły jęk Pierre'a.
– Cześć, cieciu – mruknął, podając mu rękę.
– Cześć, nerdzie – odpowiedział tamten, odwzajemniając gest.
– …Ja już wszystkie okna w domu zasłaniam – usłyszał spomiędzy rzędów szafek znajomy, dziewczęcy głos. – Już trwa to na tyle długo, że mogliby złapać tego zboczeńca.
Niska, szczupła dziewczyna o kasztanowych włosach wyminęła go, nie uraczywszy nawet krótkim, powitalnym spojrzeniem. On również starał się zachowywać tak, jak gdyby nigdy nic. Mimo to ukradkiem spojrzał na moment w jej kierunku. Fioletowa bluzeczka, biała koszulka, jeansy i czarne balerinki na małych stopach przybranych w zupełnie nie pasujące do reszty (przynajmniej jego zdaniem) białe „stópki” w czarne czaszki.
W kilka minut później siedział już w klasie. Ktokolwiek zadecydował o końcowym układzie planu lekcji, musiał mieć jakiś uraz do humanistów – w piątek, gdy tydzień szkolny łaskawie się kończył, oni zaczynali matematyką, w dodatku w sali sąsiadującej z pokojem nauczycielskim. Kątem oka dostrzegł niską dziewczynę z szatni i przypomniał sobie, że chciał o coś zapytać. Podszedł do jednego ze znajomych, który pochodził z tego samego rejonu co ona.
– Michał, dzieje się coś ciekawego w Ustroniu?
– W sensie?
– Aneta coś w szatni gadała o jakimś zboczeńcu…
– A, no tak. Jakiś dziwacznie poubierany facet łazi po mieście i ludzi śledzi albo podgląda przez okna. No i kręcił się wokół jej domu trochę częściej niż gdzie indziej. Wczoraj siedział tam do późnego wieczora podobno.
– Mhm.
Michał uznał rozmowę za skończoną i korzystając z ostatnich chwil przed rozpoczęciem lekcji, odchylił głowę w tył i pozwolił, by Ewa, dotąd mierzwiąca jego włosy, schyliła się i pocałowała go.
– Dzień dobry, wyciągamy karteczki – rzuciła jednym tchem wchodząca do klasy matematyczka.
Ponad wydobywający się z kilkudziesięciu gardeł jęk rozpaczy i niezadowolenia przedarł się zszokowany okrzyk Patryka.
– Ale przecież mieliśmy kartkówkę w zeszłym tygodniu!
– No tak – odpowiedziała ze swoim zimnym uśmiechem nauczycielka. – To dzisiaj też będzie. I tak co tydzień, aż mnie znienawidzicie.
Siedzący obok Mirka chłopak, który wcześniej nazwał go „nerdem”, teraz odwrócił się do okna i wymamrotał pod nosem dłuższą litanię, z której jedynym zrozumiałym wyrażeniem było: „I zaś, kurwa, pała”. Kolejny kwadrans upłynął w niemal zupełnej ciszy, zakłócanej tylko skrobaniem piór i stukaniem długopisów. Podobna cisza utrzymywała się już do końca lekcji, jak gdyby klasa pogrążyła się w żałobie, którą przerwał dopiero dzwonek.
– Co teraz? – zapytał Pierre.
– Polski – mruknął Mirek.
On również nie był w najlepszym humorze, bo choć matematykę rozumiał, to ta konkretna kartkówka poszła mu fatalnie.
– Ale dzisiaj są jakieś wykłady… chyba? – rzucił niepewnie idący za nimi chłopak.
– No fakt! O sektach coś jest! Ale tylko na jednym polskim…
– I tylko dla katolików – wtrącił się ten przezwany „cieciem”. – I tylko tych, którzy się na to zapisali.
– No, Pierre, to my mamy okienko.
– Krzysiek, ty się zapisałeś?
– Nie, Robert też nie. Idziemy do Bagietki?
W nieco lepszym nastroju zeszli całą czwórką do szatni, gdzie chwilową rozrywką było dla nich parodiowanie Mirka zakładającego glany (siłą rzeczy, mocowanie się z wysokim do kolana butem wyglądało nieco komicznie). Gdy wyszli ze szkoły, feralna matematyka była już odległym wspomnieniem.
– Robert, na jakiej mapie wczoraj rajdowałeś? – zapytał nagle Krzysiek. – Nie mogłem cię nigdzie znaleźć… kurde, byłem tak zajęty swoim rajdem, że nawet nie zdążyłem sprawdzić…
– Nie rajdowałem, bo nie miałem neta.
– Aha... Bo wiesz, wczoraj, u mnie w gildii, robiliśmy rajd i powiem ci, było hardo. No to, wszyscy, wiadomo, lecą przed inste, a tam co? Alluchy! No to wiesz, od razu – trzasnął pięścią w dłoń – tuba w pysk, później jeszcze profilaktycznie skampiło się ich dwa razy…
– Nie! Miro, ratuj! – Pierre błagalnie spojrzał na kolegę. – Oni znów gadają o WoWie!
– Nagraj ich…
– …co to była za masakra… ale stary, jakie on rzucał epaxy! Głowa mała!
Chłopak sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej telefon.
– Dyktafon włączony – uśmiechnął się zawadiacko. – No, gadajcie dalej.
– Ee, ok, Pierre jest głupim…
Mirek tylko przewrócił oczami. Krzysiek i Robert przynajmniej raz dziennie musieli przeprowadzić dość długą dyskusję na temat pewnej gry (od której obaj byli notabene uzależnieni), co na niego i Pierre’a działało jak płachta na byka. Początkowo nawet ciekawiła go ta materia, jednak po ponad dwóch latach słuchania wiecznie jednakowych relacji typu „zrajdowałem, zbafowałem, skampiłem, alluchy” (samo znaczenie tych słów poznał dopiero po roku) można było się znudzić.
Bagietka znajdowała się dość blisko szkoły. Co szybsi mogli nawet wybrać się do niej w czasie przerwy międzylekcyjnej i wrócić jeszcze przed jej końcem. Nawet, jeśli była kolejka – tak jak dziś. Mirek zawsze z pewnym rozbawieniem patrzył na ekspedientki, które pracowały niemal jak roboty.
– Co podać – powiedziane głosem tak mechanicznym, że aż trudno było wyczuć w tym pytający ton.
– Jednego pączka z lukrem i drożdżówkę z kruszynką.
– Pączek z lukrem i drożdżówka z kruszonką dwa razy po złoty dziesięć – bez jakichkolwiek przerw między wymawianymi wyrazami; miało się wrażenie, że to jakaś maszyna żywcem wyjęta z filmu Alternatywy 4.
– Dwa dwadzieścia – odpowiadał drugi robot płci żeńskiej, beznamiętnie patrząc na klienta.
Każdy z czterech kolegów kupił sobie jakiś smakołyk (lub dwa), po czym udali się z powrotem do szkoły. Mimo, że była dopiero połowa września, pogoda kojarzyła się raczej z wczesną zimą.
– Ej, panowie – zagadnął nagle Pierre. – Gdzie jest Robert?
– O kurde, zgubiliśmy Roberta! – zawołał z udawanym przejęciem Mirek.
Rozejrzeli się i po chwili dostrzegli kolegę, który został gdzieś w tyle.
– To jest po prostu ON – skwitował to Krzysiek, gdy ich zguba leniwym krokiem się ku nim zbliżała.
– Ej, zielone! Szybko!
Prędko wbiegli na pasy i w kilkoma długimi susami dostali się na drugą stronę ulicy. Jak się po chwili okazało, pośpiech był zupełnie zbędny. Kolejne kilka minut i tak musieli czekać na Roberta, który nie miał ochoty na bieganie i zamiast gnać za nimi, po prostu zaczekał aż zielone światło zapali się po raz kolejny.
Następne pół godziny spędzili w sklepiku, siadając wokół jednego ze znajdujących się tam okrągłych stołów. Spokojnie spożywając swoje drugie śniadanie, rozmawiali na różne tematy, możliwie daleko odbiegające od problematyki szkoły. Mirek wykorzystał moment przed jedzeniem, by zapisać w zeszycie fakt o dziwnych zdarzeniach w Ustroniu. Same w sobie nie były niczym ważnym, ale dotyczyły Anety – więc warto było je zanotować. W którymś momencie dyskusja zbliżyła się do wątku pieniędzy.
– A słyszeliście, jaka dziś jest kumulacja? – mruknął nieco rozmarzonym głosem. – Dwadzieścia milionów… chyba jedna z wyższych.
– Kupa kasy – westchnął Krzysiek. – Jakbym tyle miał, to bym olał szkołę.
– Teraz? – zdziwił się Pierre. – W trzeciej klasie? Ja bym jednak dokończył.
– Prawda – poparł go pierwszy z rozmówców. – Bez sensu byłoby teraz sobie odpuścić. Po tylu latach jeszcze wytrzymałbym ten rok, żeby chociaż zrobić tą maturę. Ot tak, dla papierka.
– No to tak. To zrobiłbym maturę i olał studia.
– Olej studia, zostań ninja!
– A ty, Miro, co byś zrobił?
– No na pewno coś na jakieś lokaty powpłacał, żeby z procentów żyć… A dalej to nie wiem. Na pewno część bym oddał na Drachmę, jedną fundację charytatywną…
– Ta, znalazła się Matka Teresa z Kalkuty – prychnął na wpół żartobliwie, na wpół uszczypliwie Krzysiek.
– Ale! Nie do końca z dobrego serca. Po pierwsze, i tak bym nie rozwalił tej całej kasy. Nie mam aż tylu zachcianek. A poza tym… no mniejsza.
– No dokończ, jak już nas zaciekawiłeś, to mów!
Chłopak na moment wpatrzył się w okno, po czym westchnął.
– Obiecałem sobie kiedyś, że jak wygram coś, to połowę oddam na cele charytatywne. Wiesz, tak dla „spokoju sumienia” – wykonał palcami gest oznaczający cudzysłów. – A moja eks działała tam jakoś w ramach tej fundacji… tak że tego. Dwie pieczenie na jednym ogniu, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Zmieńmy temat. Co, już?!
Zabrzmiał dzwonek. Ponownie tego dnia tracąc dobry humor, wstali od okrągłego stolika i powolnym krokiem ruszyli na drugie piętro, gdzie mieli mieć teraz kolejną lekcję. Jak to zazwyczaj było na zajęciach z ich ojczystego języka – sala była otwarta i kilka osób znajdowało się już wewnątrz. Tych, którzy poszli na wykłady o sektach, jeszcze nie było. Mirek dostrzegł jednego ze swoich kolegów, który chodził po klasie, podrzucając w lewej dłoni kluczyki do samochodu.
– Paweł, a ty nie na wykładach? – zapytał zdziwiony.
– Co? Nie, wyszedłem wcześniej. Do kitu to wyszło, serio.
Kilka minut po dzwonku w klasie nadal nie było nauczycielki ani pozostałych uczniów, co jako tako ucieszyło obecnych w sali. Im krótsza lekcja tym lepiej… Poza tym panowała nie-pisana zasada, że dziesięciominutowe spóźnienie tej konkretnej nauczycielki oznaczało, że nikt nie zostanie odpytany owego dnia z poprzednich lekcji. Gdy jednak w kwadrans po dzwonku do klasy nadal nie weszła polonistka, Mirek zaczął się nieco niecierpliwić: jeśli miało jej w ogóle nie być, mogli zostać zwolnieni z polskiego (który był ich ostatnia lekcją tego dnia) i byłby wcześniej w domu.
Zbliżające się głosy jego znajomych uświadomiły go, że nie ma się już o co denerwować. Usiadł do swojej ławki i już po chwili uprzytomnił sobie, że lekcji praktycznie nie będzie. Wszyscy ci, którzy właśnie powrócili z wykładów, byli bardzo czymś poruszeni, włącznie z nauczycielką.
– Fatalnie to wyszło – zaczęła, gdy tylko usiadła za biurkiem – totalna klęska moim zdaniem…
– Co się tam stało takiego? – zaciekawił się Krzysiek.
I tak przez resztę lekcji dyskutowano o niezbyt udanej pogadance. Okazało się, że publiczność, którą w głównej mierze stanowili uczniowie pobliskiej zawodówki, niezbyt dobrze oddziaływała na księdza prowadzącego zajęcia, a ów w pewnym momencie stracił nad sobą panowanie. Dalsza relacja nie była już potrzebna, ale ci wszyscy, którzy nie mieli ochoty na rozpoczynanie kolejnej lekcji, starali się utrzymać dyskusję.
– I nareszcie fajrant! – zawołał zadowolony Krzysiek, gdy po lekcji wyszli przed gmach szkoły. – Dzisiaj będzie całodniowe kampienie…
– Dziewczynę byś sobie znalazł, a nie WoW i WoW – skwitował kwaśno Pierre.
– Nie masz pojęcia, co to jest WoW…
– A ty nie masz życia!
– Cicho, ludzie się na was gapią – mruknął Mirek. – Odłóżcie sobie to na później.
– A ty nie lecisz na busa? Bodom, bodom, bodom…
Był to kolejny sposób Pierre’a na denerwowanie Mirka – razem z Robertem powtarzali w kółko to słowo. Powodem były T–shirty chłopaka – wszystkie były do siebie bardzo podobne: czarne, z niewielkim nadrukiem nazwy zespołu Children of Bodom.
– Walnę ci. Nie, nie zdążę i tak. Jadę następnym.
– W sumie to mi też się nie śpieszy – dodał Krzysiek.
– Może pójdziemy do Biedronki? – zaproponował Robert. – Muszę sobie kupić nowy zeszyt do matematyki…
– No można… Pierre, Miro idziecie z nami?
– Nie, ja idę na dworzec – powiedział Pierre – zaraz mam autobus a obiecałem, że prosto po szkole przyjadę do domu.
– No to na razie. Miro, rajdujesz z nami na Biedronkę?
– Em… No w sumie mogę.
– Je, mamy party!
Zaśmiewając się z tego, jak bardzo gra komputerowa może wpłynąć na realne życie, ruszyli w stronę sklepu, gdy wtem Mirek poczuł wibracje w kieszeni spodni. Wyciągnął komórkę i nieco zaciekawiony spojrzał w ekran. Raczej rzadko dostawał wiadomości. Zwłaszcza z obcych numerów.
„Piszę od mamy. Spotkajmy się za pół godziny na wzgórzu zamkowym, mam sprawę. Fifi”
– No, panowie, chyba jednak się rozdzielamy – mruknął. – Na wzgórze idę.
– A, no to do poniedziałku. Narczos.
– Bywaj. Cześć, Kulok.
Pożegnawszy się z kolegami, skierował się na wzgórze zamkowe, gdzie miała do niego dołączyć koleżanka. Nieco podwyższona podeszwa glana i jego skłonność do szybkich marszów sprawiły, że przybył na miejsce kilkanaście minut przed czasem. Jak się tego spodziewał – dziewczyny jeszcze nie było. Chcąc sobie jakoś zająć najbliższy czas, skierował się na basztę. Z zachmurzonego nieba zaczął powoli siąpić delikatny deszcz i chłopak wolał schować się pod jakimkolwiek zadaszeniem, zanim rozpada się na dobre. Usiadł na kracie, chroniącej dostępu do zasypanego śmieciami dołu i wyciągnął komórkę. Chciał zadzwonić do dziewczyny i spytać jej, czy zamierza tu przyjść mimo deszczu. W chwili, gdy wysunął urządzenie z kieszeni, nadeszła kolejna wiadomość i z powodu wibracji telefon wyśliznął mu się z dłoni. Nim zdążył go złapać, wpadł w otwór w kracie i już po chwili zasilił znajdującą się poniżej stertę śmieci.
– Jasny szlag!
Spojrzał w dół, jakby mógł samym tylko wzrokiem wyciągnąć sprzęt z powrotem. Po chwili zreflektował się i zaczął przeczesywać torbę, szukając czegoś, co mogłoby się okazać pomocne. Zawsze nosił ze sobą pewnego rodzaju niezbędnik, w którym był między innymi sznurek.
Na szczęście, nie zapomniał włożyć go do torby. Wyciągnął z woreczka sporą szpulę mocnego sznurka i mały zwój miedzianego drutu, dość grubego, by można było nadać mu relatywnie trwały kształt. Szybko uformował z niego coś na podobieństwo sieci. Cztery rogi owej sieci przewiązał sznurkiem, tak, by móc przynajmniej częściowo manewrować prowizoryczną konstrukcją i opuścił ją przez kratę. Ekran telefonu wciąż się świecił, co bardzo ułatwiało mu zadanie.
Nagle dostrzegł obok niego inną rzecz. Wyglądało to jak krótki, drewniany klocek. Bardziej zainteresowało go coś błyszczącego pośrodku tego klocka. Wytężył wzrok i ze zdziwieniem zobaczył, że jest to pierścień. Obrączka wydawała się srebrna, z kolei błękitny kamień nie wyglądał na sztuczny. Zaciekawiony, zdecydował, że najpierw wyciągnie ów przedmiot. Kilka minut manewrowania i w końcu udało mu się sprawić, że klocek zsunął się do miedzianej siatki. Przeszło mu przez myśl, że dla kogoś z zewnątrz musi wyglądać dość idiotycznie…
Jedną dłonią schwycił cztery kawałki sznurka i mocno je zacisnął, drugą wepchnął w otwór w kracie i wyciągnął przedmiot leżący w miedzianej siatce. Dopiero teraz zorientował się, że jest to zrulowany pergamin. Co go bardzo zaciekawiło – zwój nie wyglądał wcale na zużyty, jak gdyby był wyprodukowany bardzo niedawno. Sprawiał też wrażenie autentycznego.
Pod kratą rozległa się melodia z filmu Noddy, która była przypisana do Fifi. To przypomniało mu, że wciąż nie wyciągnął urządzenia i że czeka na przybycie dziewczyny. Już powinna tu być… Gdy dzwonek brzmiał nadal, domyślił się, że najprawdopodobniej telefonuje do niego by odwołać spotkanie lub powiedzieć mu, że jednak będzie czekała gdzie indziej. Kobiety…
Stwierdziwszy, że chwila zwłoki nie zaszkodzi, bo i tak wyciąganie telefonu trochę potrwa, ściągnął sygnet z pergaminu i rozwinął go. Kolejny przypływ zaciekawienia wywołało to, co zobaczył. Na jasnobrązowej powierzchni skóry znajdował się ciąg runów. Przynajmniej kilka z nich już kiedyś widział. Najważniejszy jednak był ich kolor. Oczywiście, mogła to być atrapa, stworzona do celów na przykład teatralnych, jednak miał niemal pewność, że znaki są zapisane krwią. Momentalnie przeszły mu przez myśl różne możliwe scenariusze znalezienia się owego zwoju tutaj i jeszcze ciekawsze wizje dotyczące możliwości jego powstania i przeznaczenia.
Telefon zadzwonił po raz kolejny. Mirek, tym razem przezorny, otworzył swoją torbę i zapakował do niej zwój. Spojrzał mimochodem na sygnet. Błękitny kamień, oszlifowany w przyjemny dla oka wielościan, nie mógł byś tylko barwionym szkłem. Musiał być sporo wart… Uznał, że o wiele mądrzej będzie go mieć wciąż przy sobie. Założył pierścień na środkowy palec prawej dłoni i sięgnął do torby, w poszukiwaniu swoich skórzanych rękawic. Wtem zdał sobie z czegoś sprawę. Z niedowierzaniem spojrzał na kamień, który w tej chwili rozjarzył się delikatnym, lecz wzmacniającym się światłem.
– Co do… – szepnął.
Zamarł, bo całe jego ciało zaczęło emanować tym dziwnym światłem. Poczuł coś obcego a jednocześnie znajomego, coś, co zdarzyło mu się odczuć dotąd tylko kilka razy we śnie. Jak gdyby będąc w podeszłym wieku wrócił do miejsca, które pozostało w jego pamięci jedynie w zatartych wspomnieniach z dzieciństwa. Uczucie było tak dziwne i przerażające, a jednocześnie przyjemne, że w oczach poczuł łzy. Zafascynowany, sięgnął do torby po zeszyt, jeszcze dokładnie nie wiedząc, co zamierza w nim zapisać. Prawą dłonią chwycił zwój i przesunął go, by dostać się do zeszytu. Złapał lewicą jego okładki – po czym zniknął.

***

– Napisałam mu, że ma czekać na wzgórzu – powiedziała Fifi, niepewnie rozglądając się po okolicy. – Powinien tu być…
– Zadzwoniłaś, żeby mu powiedzieć, że się spóźnimy? – zapytała idąca obok niej dziewczyna.
– Tak, ale nie odbierał…
– Zadzwoń jeszcze raz. Może jeszcze nie wrócił do domu.
Posłusznie chwyciła telefon i po raz kolejny w ciągu tych kilkunastu minut wybrała numer kolegi. Po kilku sekundach usłyszała dochodzącą z baszty melodyjkę ze swojej ulubionej bajki.
– Ktoś Noddy’ego słucha – zaśmiała się druga z dziewczyn.
Fifi uśmiechnęła się i rozłączyła. Wtem odnotowała coś dziwnego.
– Ej… Gaba… Cicho teraz.
Znów wybrała numer. I znów, po kilku sekundach, rozbrzmiał znajomy dzwonek. Obie spojrzały na siebie ze zdziwieniem i szybkim krokiem zbliżyły się do źródła dźwięku. Okazała się nim baszta.
– Ej, to jest torba Mirka – powiedziała zdziwiona Gabrysia.
– A tam na dole jest jego telefon – dodała cicho Fifi.
Obie zamilkły na moment i spojrzały na siebie zmieszane.
– Natala…
– Gaba, dzwoń po kogoś, proszę, kogokolwiek…
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#4
(13-01-2016, 12:45)Crazy Halfling Mage napisał(a): Rozdział I
– METAAAAAAAAAL!

Walcząc z przemożną ochotą położenia się z powrotem, wstał i po omacku znalazł załącznik (raczej włącznik) światła.

 Gdy tylko (zbędne) skończył, wrzucił go do torby, by w dalszej części porannego rytuału o tym nie zapomnieć.

 Jak można się było spodziewać, większość osób była niedostępna.

Poranna toaleta, szklanka herbaty (najpierw wsypać cukier, potem zalać, żeby się szybciej wymieszało), szybki dobór stroju na dzisiaj (czyli pół–retoryczne pytanie z serii „którą z pięciu czarnych koszulek dziś wybrać”) (nie wiem, czemu stosujesz tyle nawiasów), pospieszne pakowanie torby, potem do przedsionku, glany, płaszcz, kapelusz – i marszobiegiem na przystanek,(bez przecinka) bez śniadania, bo w tym pośpiechu zupełnie nie miał apetytu.

***

Szatnia licealna miała dwie ciekawe cechy. Pierwszą z nich był fakt, że niemal wszyscy (poza nielicznymi wyjątkami) (wystarczy oddzielić przecinkami jako wtrącenie), którzy znajdowali się (w) jej obrębie, byli bardzo ożywieni.

– …Ja już wszystkie okna w domu zasłaniam(kropka)(U)usłyszał spomiędzy rzędów szafek znajomy, dziewczęcy głos. 

 Fioletowa bluzeczka, biała koszulka, jeansy i czarne balerinki na małych stopach przybranych w zupełnie nie pasujące do reszty (przynajmniej jego zdaniem) (tu też wystarczyłyby przecinki) białe „stópki” w czarne czaszki.

W kilka minut później siedział już w klasie. Ktokolwiek zadecydował o końcowym układzie planu lekcji, musiał mieć jakiś uraz do humanistów – (tu dałabym kropkę zamiast myślnika i dalej wielką literą) w piątek, gdy tydzień szkolny łaskawie się kończył, oni zaczynali matematyką, w dodatku w sali sąsiadującej z pokojem nauczycielskim. 

 Kolejny kwadrans upłynął w niemal zupełnej ciszy, (bez przecinka) zakłócanej tylko skrobaniem piór i stukaniem długopisów. 

Mirek tylko przewrócił oczami. Krzysiek i Robert przynajmniej raz dziennie musieli przeprowadzić dość długą dyskusję na temat pewnej gry (od której obaj byli notabene uzależnieni) (tu też wystarczą przecinki), co na niego i Pierre’a działało jak płachta na byka. 

– Co podać (?) – powiedziane głosem tak mechanicznym, że aż trudno było wyczuć w tym pytający ton.

Każdy z czterech kolegów kupił sobie jakiś smakołyk (lub dwa) (bez nawiasów), po czym udali się z powrotem do szkoły. Mimo, (bez przecinka) że była dopiero połowa września, pogoda kojarzyła się raczej z wczesną zimą.

Prędko wbiegli na pasy i w (zbędne) kilkoma długimi susami dostali się na drugą stronę ulicy.

 Kolejne kilka minut i tak musieli czekać na Roberta, który nie miał ochoty na bieganie i zamiast gnać za nimi, po prostu zaczekał(przecinek) aż zielone światło zapali się po raz kolejny.

 Po tylu latach jeszcze wytrzymałbym ten rok, żeby chociaż zrobić tą(ę) maturę. Ot tak, dla papierka.

 Poza tym panowała nie-pisana (stanowczo bez tego myślnika) zasada, że dziesięciominutowe spóźnienie tej konkretnej nauczycielki oznaczało, że nikt nie zostanie odpytany owego dnia z poprzednich lekcji. 

– Nie, ja idę na dworzec – powiedział Pierre – zaraz mam autobus(przecinek) a obiecałem, że prosto po szkole przyjadę do domu.

Jak się tego spodziewał – (przecinek zamiast myślnika) dziewczyny jeszcze nie było.

 Usiadł na kracie,(bez przecinka) chroniącej dostępu do zasypanego śmieciami dołu i wyciągnął komórkę. 

– JASNY SZLAG! (wiem, że chciałeś podkreślić złość, ale wystarczy wykrzyknik)

 Zaciekawiony, (bez przecinka) zdecydował, że najpierw wyciągnie ów przedmiot.

 Co go bardzo zaciekawiło – (Przecinek zamiast myślnika – układ z myślnikiem stosuje się raczej w sytuacji, gdy zdanie oddzielone nie jest kontynuacją, a tu obie części mają ścisły związek. W moim zdaniu pierwsza część mówi 'zastosuj przecinek zamiast myślnika', a druga jest wyjaśnieniem tej prośby.) zwój nie wyglądał wcale na zużyty, jak gdyby był wyprodukowany bardzo niedawno. 


 Oczywiście, mogła to być atrapa, (Bez przecinków, to nie jest wtrącenie, ponieważ zdanie wtrącone ma to do siebie, że wyjęte ze zdania nie powoduje zmiany jego sensu. Na przykład: Podaj mi nóż, ten z czarnym trzonkiem, z drugiej szuflady.) stworzona do celów na przykład teatralnych, jednak miał niemal pewność, że znaki są zapisane krwią.

Błękitny kamień, oszlifowany w przyjemny dla oka wielościan, nie mógł byś(ć) tylko barwionym szkłem.

 Założył pierścień na środkowy palec prawej dłoni i sięgnął do torby, (bez przecinka) w poszukiwaniu swoich skórzanych rękawic.

 Poczuł coś obcego(przecinek – to jest wtrącenie) a jednocześnie znajomego, coś, co zdarzyło mu się odczuć dotąd tylko kilka razy we śnie.

Jak gdyby będąc w podeszłym wieku (przecinek) wrócił do miejsca, które pozostało w jego pamięci jedynie w zatartych wspomnieniach z dzieciństwa.

Zafascynowany, (bez przecinka) sięgnął do torby po zeszyt, jeszcze dokładnie nie wiedząc, co zamierza w nim zapisać.
Początek tego tekstu wydawał mi się zbyt szczegółowy. Rozumiem, że chciałeś przedstawić bohaterów, ale chyba lepiej pokazywać ich dokładniej w czasie akcji, niż w takich szczegółowych opisach wszystkiego, co robią, dokąd idą i o czym gadają. Druga część znacznie ciekawsza, kiedy dochodzi do tej akcji ze znalezionym przedmiotem i zniknięciem chłopaka – bez szczegółów, bo nie chcę dawać spoilerów. Napisane jest dobrze, zdania są płynne, a dialogi wiarygodne, nie ma do czego się przyczepić. Trochę błędów interpunkcyjnych, ale ogarniesz to i będzie dobrze :)
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#5
Poprawki na niesione :)
Wielkie dzięki za wyjaśnienia, te przecinki to jest po prostu moja największa bolączka. Acz staram się, naprawdę się staram ich nauczyć!

Rozdział II
Przez kilka sekund nie było nic. Nie słyszał szumu krwi w uszach, który staje się hałasem przy najgłębszej ciszy. Nie widział kolorowych punktów pojawiających się, gdy zamkniemy oczy. Nie czuł swojego ciała, które tak często mu po prostu ciążyło. Zupełnie żadnych bodźców, jedynie ogromna, potworna pustka. Potem nagle dotarła do niego fala informacji. Pierwszą, z jakiej zdał sobie sprawę był fakt, że stoi na łące. Przede wszystkim, że stoi. Poprzednie wrażenia nasuwały mu na myśl wyłącznie utratę przytomności, a trudno zemdleć i zachować pionową pozycję. Rozejrzał się wokół, kompletnie zdezorientowany. Było ciemno. Bardzo ciemno. Jedynym źródłem światła był księżyc…
Księżyc?!
Czując, że zaczyna go ogarniać lekka panika, usiadł na trawie. Zamknął oczy i włożył głowę między kolana, oddychając głęboko. Przecież to niemożliwe, żeby był nieprzytomny przez kilkanaście godzin i stał jednocześnie!
W nozdrza wdarł mu się zapach mokrej ziemi, trawy… i słodka woń kwiatów. Nie potrafił stwierdzić, jakiego gatunku. W pierwszej chwili na myśl przyszedł mu tulipan, ale w zapachu było jeszcze coś, coś obcego.
Przez dłuższą chwilę po prostu oddychał, starając się uspokoić mętlik w głowie i rozkołatane ze strachu serce. Poczuł na twarzy lekki, chłodny wiatr. Z jakiegoś powodu to nieco ukoiło jego nerwy. Otworzył oczy, podniósł się z ziemi i rozejrzał ponownie. Znajdował się na szczycie niewielkiego wzniesienia. Wokół rozciągała się porośnięta krótką trawą ziemia, gdzieniegdzie przywalona skałami. Jedne były krągłe i gładkie, na pierwszy rzut oka tylko nieco zagrzebane w gruncie. Inne z kolei miały ostre, poszarpane krawędzie, co w bladym świetle księżyca czyniło je podobnymi do połamanych zębów wystających wprost z trzewi ziemi. Z każdej strony horyzont ograniczały kolejne wzniesienia. Na jednym z nich widać było granicę lasu. Nie wiedząc, gdzie indziej mógłby się udać, postanowił obrać za swój cel tamten kierunek. Odruchowo schylił się po torbę, ale przekonał się, że nigdzie jej nie ma. U jego stóp leżał jedynie zeszyt z czarną okładką i tajemniczy zwój. Przyszło mu na myśl, że sytuacja, w której się znalazł, może wymagać od niego zapamiętywania wielu rzeczy. Dziennik byłby w takim wypadku bardzo pomocny. Podniósł z ziemi swój pseudo–pamiętnik i sprawdził go. Wyglądało na to, że nie ucierpiał w czasie „podróży”, jednak wewnątrz nie było długopisu.
– No to tyle w kwestii notowania – mruknął niezadowolony.
Zatknął zeszyt za pasek na plecach i sprawdził zawartość kieszeni. Jego portfel również gdzieś zniknął. Niezbyt pokrzepiony tym faktem, podniósł jeszcze z ziemi rulon, schował go w płaszczu i ruszył przed siebie żwawym krokiem. Po chwili marszu doszedł do wniosku, że jest mu ciepło. Bardzo ciepło jak na jesienną porę. Rozpiął płaszcz. Mimowolnie dotknął pierścienia palcami drugiej dłoni. Zastanowił się przez moment, po czym zdjął go i schował do kieszeni. Czymkolwiek był, lepiej, żeby nie miał bezpośredniej styczności z jego ciałem… zdążył się już przekonać, że nie jest to zwyczajna biżuteria.
Droga nie była łatwa. Rozmokła ziemia nie dawała solidnego oparcia, a zmieszane z leżącym gdzieniegdzie śniegiem błoto trudno było dostrzec wyłącznie w świetle księżyca, za to dużo łatwiej było się na nim poślizgnąć. Kilka razy niewiele brakowało, by chłopak upadł. Jedyną rzeczą, która jako tako ułatwiała wędrówkę były solidne podeszwy glanów. Pewne utrudnienie stanowiły również znajdujące się w pobliżu stworzenia. Gdy któreś z nich, spłoszone dźwiękiem jego kroków, uciekało w głąb lasu, wzniecając tym samym głośny szelest, Mirek przystawał w miejscu z duszą na ramieniu. To mógł być po prostu zając, ale równie dobrze mógłby to być wilk. Albo jeszcze coś innego, czego nie znał…
Powoli docierało do niego, że gdziekolwiek się znajduje i cokolwiek zaszło, nie jest to zupełnie normalne. Nie mógł to być sen: wszystko było zbyt realne, z nerwicowym bólem brzucha na czele. W magię nie wierzył… a w tej chwili przynajmniej starał się nie wierzyć. Bo to, co stało się z pierścieniem…
Pacnął się dłonią w czoło. Pierścień! Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał?
Sięgnął do kieszeni i ponownie założył go na palec, mając nadzieję, że przyniesie to jakikolwiek skutek. W końcu znalazł się tutaj w kilka sekund po dotknięciu go. Przez chwilę patrzył się w kamień, czekając aż wreszcie rozbłyśnie, potem potarł, obrócił pierścień dookoła palca, chuchnął na niego. Ku jego rozczarowaniu, nie stało się nic. Tym razem nie było ani poświaty, ani uczucia, ani żadnych niespodziewanych reakcji. Miał w dłoni zwykłą błyskotkę. Zawiedziony, schował sygnet z powrotem do kieszeni i znów ruszył przed siebie.
Co jakiś czas księżyc przysłaniały chmury, pogrążając cały teren w nieprzeniknionych ciemnościach. To zmuszało go do częstych przerw w marszu. Raz, po takiej przerwie, gdy księżyc znów wychynął zza chmur, Mirek dostrzegł coś, co przykuło jego uwagę. Chociaż wokół panował półmrok, gdzieś w oddal dostrzegł mały, skaczący punkt światła, niedaleko drzew. Nie miał wątpliwości – to musiało być ognisko. Zmotywowany w ten sposób zaczekał, aż wokół znów nieco się rozwidni i zsunął się w dół stoku. Po raz kolejny podszedł do linii oddzielającej pustkowie od gęstej kniei. Szybszym niż poprzednio tempem pomaszerował w kierunku świecącego, chybotliwego punktu, modląc się w duchu, by dane mu było spotkać kogoś przyjaźnie nastawionego. Raz po raz musiał przystawać, bo chmury coraz częściej i coraz dłużej odcinały go od światła, aż wreszcie, gdy na karku poczuł pojedyncze krople deszczu, zrozumiał, że tej nocy już prawdopodobnie nie zobaczy księżyca. Brnął dalej naprzód, niczym ślepiec wyciągając przed siebie ręce i chwytając pnie kolejnych drzew. Nim dotarł do ogniska, rozpadało się na dobre.
W początkowym odcinku lasu znajdowała się niezbyt szeroka, okrągła polanka. Jej regularny kształt oraz brak jakiejkolwiek roślinności na wydeptanej ziemi wskazywały na to, iż już wcześniej przysposobiono ją jako miejsce na obóz i nie po raz pierwszy wykorzystywano w ten sposób. Pośrodku płonęło spore ognisko, wokół niego zaś rozstawiono cztery namioty. Z jednego dochodziło bardzo głośne chrapanie, pozostałe wydawały się puste. Chłopaka zaciekawił ich wygląd. Materiał, z którego je wykonano, z pewnością nie był tworzywem sztucznym.
Chrapanie ustało i zamiast niego posłyszał głośne, przeciągłe ziewnięcie.
– Czego tak stoisz przed tym namiotem?
Przestraszony Mirek cofnął się o krok. Musiał z kimś porozmawiać, by się dowiedzieć, gdzie jest, ale jednocześnie bał się choćby odezwać.
– Brego?
W głosie mężczyzny dopiero teraz zabrzmiała niepewność. Kimkolwiek był, musiał wcześniej uznać chłopaka za kogoś znajomego, a dopiero jego milczenie uświadomiło mu pomyłkę. Tkanina zaszeleściła i z namiotu wyłonił się niski, dość krępej budowy człowiek. W pierwszej chwili Mirek skojarzył go ze średniowiecznym chłopem. Rozczochrana czupryna sięgająca do ramion, nieogolona twarz i gęsty wąs, workowata koszula i takie same spodnie, na stopach skórzane, miękkie obuwie. W tej chwili ów trzymał w dłoni mały toporek, ale chyba nie zamierzał już go użyć. Patrzył w górę, na wyższego od siebie o głowę chłopaka, z rosnącym przerażeniem na twarzy. Z otwartych ust dobył się urywany jęk.
– Na… Soliosa…
A zaraz potem okrzyk. Nim Mirek zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna padł na kolana, upuszczając toporek. Złożył dłonie jak do modlitwy i z żałosnym wyrazem na twarzy zwrócił się do niego przerażonym, przerywanym łkaniem głosem.
– Nie! Panie! Błagam… N–nie zabijaj mnie! Proszę, ja… młody… Ja mam dzieci… Ja się przydam, naprawdę, żywy… Panie, błagam, co ci po m–mnie… znaczy mojej śmierci… Ja nikomu nie powiem, pary z gęby nie puszczę… ja nic nie widziałem! Panie, błagam… Ulituj się, panie… Nie!
Ostatnie słowo było przeciągłym, beznadziejnym okrzykiem. Mężczyzna upadł twarzą do ziemi, wstrząsany łkaniem. Mirek, kompletnie ogłupiały, rozejrzał się z niedowierzaniem. Oczywiście nikogo innego nie było w pobliżu, więc musiał uznać, że to on w jakiś sposób tak przeraził tego człowieka. Spojrzał jeszcze raz pod swoje stopy, gdzie ów kulił się i moknął, wciąż trzęsąc się ze strachu. Nim zdążył cokolwiek zrobić, usłyszał głośny szelest i zbliżający się odgłos pośpiesznych kroków.
– Na Sol… NEKROMANTA!
Dotarło do niego, że lepiej się gdzieś schować. Skoczył za najbliższe drzewo i w następnej chwili usłyszał złowieszczy furkot, gdy w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stał, przemknęła strzała.
– Do diabła, człowieku, popieprzyło cię?! – wrzasnął na wpół przerażony, na wpół wściekły. – Chcesz mnie zabić?!
Jedyną odpowiedzią było milczenie. Leżący na ziemi mężczyzna nadal łkał. Deszcz wzmagał się i zaczął przygaszać ognisko. Mimo to nadal dawało ono sporo światła – dość, by zorientować się, że ktoś zbliża się ku niemu. Dziękując Bogu za swoje upodobanie do czarnych ubrań, przykucnął i podciągnął kołnierz płaszcza tak, by stać się jak najmniej widocznym. Wychynął lekko zza pnia i zobaczył, że zmierza ku niemu dwóch mężczyzn. Obaj trzymali łuki i nałożyli strzały na cięciwy.
„Niedobrze”, pomyślał. Rozejrzał się za czymś, co mogłoby mu pomóc, ale w pobliżu nie było niczego takiego. Jedynie małe, wdeptane w grunt kamyczki. Były zbyt głęboko, by móc je szybko odkopać. Wtem do głowy przyszedł mu inny pomysł. Sięgnął dłonią pleców i wyciągnął zatknięty za pasem zeszyt. Poczekał, aż napastnicy się zbliżą, po czym z całej siły rzucił nim w jednego z łuczników. Zadziałało idealnie. Słysząc głośny szelest kartek, zaatakowany błyskawicznie napiął łuk i wystrzelił w brulion, tracąc cenny pocisk, a drugi z mężczyzn wycelował w przestrzeń przed nim, chcąc go asekurować. Nim zdążył zorientować się, że nie celuje do wroga, poczuł tępy ból z tyłu czaszki i upadł nieprzytomny na ziemię. Nawet nie starając się zdobyć żadnej broni, Mirek po prostu stanął przed powalonym przeciwnikiem i wyciągając dłoń w kierunku drugiego ryknął:
– Stój!
Coś w jego postawie sprawiło, że mężczyzna posłusznie zastygł w bezruchu, patrząc na niego przerażonymi oczyma.
– Już? Możemy normalnie porozmawiać?
Tamten przełknął ślinę, nerwowo strzelił wzrokiem na boki i skinął głową.
– Świetnie. Więc opuść ten cholerny łuk i wytłumacz mi, dlaczego, do jasnej cholery, próbujecie mnie zabić?!
W ciągu kilku godzin wydarzyło się zbyt wiele jak na jego znerwicowaną psychikę. Nie starał się nawet powstrzymać swoich emocji, choć wiedział, że nie jest to najlepsza forma prowadzenia dialogu.
– Ty… Ty nie chcesz… nas… zabić…?
Pytanie było tak idiotyczne, że miał ochotę się roześmiać, jednak jego rozmówca pozostawał autentycznie przerażony. To zmusiło go do chwili namysłu.
Nekromanta.
– Wygląda na to, że wzięliście mnie za kogoś, kim nie jestem. – Starał się mówić spokojnie. – To ty zawołałeś „nekromanta”, prawda?
Zapytany skinął głową.
– Czy ja wyglądam na jakiegoś cholernego popaprańca od umarlaków?!
Jego rozmówca uśmiechnął się nerwowo, ale wyraz strachu zaraz wrócił na jego twarz. Powoli skinął głową, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z podniesionej dłoni Mirka.
Krępy mężczyzna leżał na ziemi, oddychając szybko i patrząc to na jednego, to na drugiego.
– Że co? Niby dlaczego?
– Twój… twój ubiór… – Jakby nie wiedząc, co robić, wskazał palcem na niego w jakiś nieokreślony punkt. – Oni noszą takie szaty… Chyba. Ty… naprawdę nie jesteś…?
Chłopak trzasnął się dłonią w czoło, przeklinając pod nosem, po czym spojrzał na niedoszłego oprawcę z taką wściekłością, że tamten aż cofnął się o krok.
– Chcieliście mnie ustrzelić przez cholerne ciuchy?!
– To nie moja wina! – odkrzyknął wreszcie tamten, odpierając zarzut. – Tylko nekromanci noszą takie szaty i wszyscy o tym wiedzą! Nikt normalny nie łazi po świecie w takim ubiorze!
Mirek już chciał się odgryźć, gdy coś do niego dotarło. „Nikt normalny nie łazi po świecie w takim ubiorze”... po świecie… Jakim świecie?! Przecież na świece jest mnóstwo ludzi chodzących w czarnych płaszczach! Chyba że…
Tego już było dla niego za wiele. Nie uwierzy w to. Po prostu nie uwierzy. Oparł się plecami o drzewo i ukrył twarz w dłoniach.
– Panie… Nie jesteś nekromantą, prawda? Nie chcesz nas zabić?
– Nie, nie chcę, to wy zaatakowaliście mnie pierwsi. Musiałem się bronić.
Odetchnął głębiej i z pewnym trudem wykrztusił z siebie pytanie.
– To miejsce… gdzie my dokładnie jesteśmy?
– Dokładnie to ja nie wiem – odparł tamten, z pewnym zażenowaniem. – Będzie z dzień drogi od Thrant…
– Od CZEGO?!
– Od Thrant, naszej wioski.
Zdziwienie na twarzy chłopaka było dla mężczyzny dostatecznie jasnym komunikatem. Podrapał się w głowę, już niemal zupełnie spokojny, gdy gdzieś w głębi lasu ozwał się kolejny szelest.
– Dunda?! – zawołał ktoś.
– Brego… Brego! – odkrzyknął chłop, wstając z ziemi.
– Co się dzieje?!
– Ee… przybysz…
Po chwili wokół ogniska stało pięć innych osób. Brego okazał się być dojrzałym, silnym chłopakiem w skórzanym ubiorze. Światło ogniska rzucało barwne odbłyski na jego długie, ciemnoblond włosy. W prawej dłoni trzymał pokaźnych rozmiarów łuk myśliwski, zaś w lewej nóż o krótkim ostrzu. Razem z nim do obozu przybyło dwóch mężczyzn uzbrojonych w łuki oraz dwóch nieco młodszych od przywódcy chłopców. Tłumaczenie wszystkim, że Mirek nie jest nekromantą, zajęło kilka minut, aż wreszcie chłopak nie wytrzymał i wrzasnął:
– Gdybym był jakimś cholernym czarnomagiem, to już dawno bym was wszystkich chyba pozabijał, nie?! Może wreszcie dacie spokój z tą paranoją?!
Decyzję podjął Brego. Skinął głową i powiedział:
– Dobrze. Nie jesteś nekromantą, wierzymy ci. Narazie.
Podczas gdy wszyscy usiedli na ziemi, dwóch mężczyzn wniosło nieprzytomnego do namiotu, gdzie zajął się nim Dunda. To przypomniało Mirkowi, że w walce ucierpiał jego dziennik. Po chwili odnalazł go, w niezbyt dobrym stanie.
– Trzeba ci przyznać, że na pewno jesteś nietutejszy – stwierdził Brego. – Gdyby jakiś strażnik spotkał cię w takim stroju, najpewniej zabiłby cię na miejscu.
– To już zdążyłem zauważyć – odburknął Mirek niewesoło. – Możesz mnie teraz uświadomić, gdzie jestem?
– Nie potrafię powiedzieć dokładnie, na pewno jesteśmy dzień drogi od Thrant…
– Tak, to już wiem. Ale nie mam pojęcia, czym jest Thrant, gdzie leży, w jakim okręgu i tak dalej.
– Thrant to mała wioska rybacka. Jeśli idzie o jej położenie, mogę ci tylko powiedzieć, że jest najbardziej północną częścią Valarandu Wschodniego…
– Czego?!
– Królestwa Valarandu Wschodniego – powtórzył chłopak, patrząc na niego ze zdziwieniem. – Widzę, że nie spodziewałeś się tego. A myślałeś, że gdzie jesteś? Rozumiem, że te lasy mogły…
– Jakiego znowu królestwa?! Jakiego Valarandu?! Człowieku… o czym tu do mnie mówisz?! Gdzie… – Ukrył twarz w dłoniach, oddychając głęboko. – Chwileczkę… jeszcze raz. Jak się nazywa miasto czy chociaż okręg, w którym się znajduję? Nie wiesz, dobrze… Jestem w państwie… o nazwie Valarand, tak?
– Nie Valarand, tylko Valarand Wschodni. Królestwo jest podzielone.
– Dobrze, mniejsza… Na jakim kontynencie jesteśmy? W Europie, zgadza się?
Sześć osób spojrzało po sobie z nieukrywanym zdziwieniem.
– Dziwnym jesteś przybyszem… – powiedział w końcu Brego, nieco zaniepokojony. – Jak możesz nie wiedzieć nawet tego, na jakim jesteś kontynencie? Oczywiście na Tercy…
Jeden z obozowiczów szturchnął dowódcę drużyny i szepnął mu coś do ucha. Mirek był zbyt rozkojarzony, by się przejmować tym, że właśnie wyłączono go z rozmowy. Terca… Co to za kontynent?
Deszcz po kilkunastu minutach ustąpił zupełnie i teraz ognisko płonęło z poprzednią mocą. Mirek wbił wzrok w płomienie. Powoli godził się z faktem, że stało się coś, czego nie może racjonalnie wytłumaczyć. Światło w pierścieniu nie było odbłyskiem, łuna na jego ciele nie była złudzeniem. Przed założeniem pierścienia był na wzgórzu zamkowym w Cieszynie, w godzinach południowych wczesnojesiennego dnia. I w kilka sekund znalazł się tu, na nieznanej ziemi, w środku nocy, a biorąc pod uwagę warunki pogodowe, prawdopodobnie kończyła się zima. To po prostu nie było normalne.
– Przybyszu…
Otrząsnął się i spojrzał na młodzieńca. On też był dziwny… Kto dzisiaj chodzi w takich ubraniach? I jego towarzysze – wzięli go za nekromantę! Przecież takie postacie istnieją chyba tylko w powieściach fantasy, a nie w realnym świecie!
– Tak?
– Nie znamy nawet twojego imienia…
– Mirek.
Brego uniósł brwi.
– Dziwne imię… obce. Ale nie o tym chciałem pomówić. – Na moment zamilkł, zbierając myśli. – Jesteś… bardzo nietutejszy. Nosisz na sobie szaty, na które nie każdy człowiek mógłby sobie pozwolić, i których żaden normalny człowiek nie waży się nosić. Twoje imię jest obce, ale posługujesz się tutejszym językiem, mimo że nie wiesz nawet, gdzie jesteś. I nie masz pojęcia o ponad tysiącletnim królestwie. A to wie byle chłop…
Jakby na zobrazowanie ostatnich słów z namiotu wychylił się Dunda. Mirek roześmiał się, bardziej z powodu starganych nerwów niż z rozbawienia.
– Neb jest cały – powiedział ów, gdy chłopak ucichł. – Raczej nic mu nie będzie, ale powinien kilka dni odpocząć, zanim wróci do polowania… Trzeba go zabrać do wioski.
– No to chyba czeka nas jutro długi marsz – westchnął Brego, po czym nagle spojrzał na przybysza. – Jesteś chyba zagubiony, prawda?
– Nawet bardzo.
– Hm… w wiosce stacjonuje pewien Soliosan. Może mógłby ci pomóc. Oni zazwyczaj znają się na takich… tajemniczych sprawach.
Zgodził się bez wahania, nawet nie pytając, kim jest Soliosan. Ustalili, że ruszą skoro świt. Według Brega nie zostało im w tym wypadku wiele czasu na sen. Zdecydował, że Mirek będzie spał w jego namiocie, a jako koca użyje swojego płaszcza, który następnego dnia spali. Chłopak w pierwszej chwili gwałtownie zaprotestował, jednak po kilku minutach przekonywania, że i tak nigdzie nie będzie mógł się pokazać w takim ubiorze, dał za wygraną. Obiecał też ponieść bagaż Neba – w końcu, słusznie czy niesłusznie, rozbił mu głowę.
Położył się w namiocie z desperacką nadzieją, że gdy się obudzi, wszystko okaże się tylko widziadłem.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#6
(16-01-2016, 14:44)Crazy Halfling Mage napisał(a): Rozdział II

Przez kilka sekund nie było NIC (nie działo się nic – niepotrzebnie używasz wielkich liter).

Nie widział kolorowych punktów,(bez przecinka) pojawiających się(przecinek) gdy zamkniemy oczy.

 Przede wszystkim, że STOI (znów wielkie litery). Poprzednie wrażenia nasuwały mu na myśl wyłącznie utratę przytomności, a trudno zemdleć i stać (i zachować pozycję stojącą?).

Rozejrzał się wokół,(bez przecinka) kompletnie zdezorientowany. 

 Przecież to niemożliwe, żeby był nieprzytomny przez kilkanaście godzin i stał jednocześnie (Nie może tego wiedzieć, że przez te kilkanaście godzin stał, ponieważ był nieprzytomny. Być może wstał, odzyskując przytomność.) !

 Nie potrafił stwierdzić, jakiego typu (gatunku)

Znajdował się na szczycie niewielkiego wzniesienia terenu (zbędne).

Przyszło mu na myśl, że sytuacja(przecinek) w której się znalazł(przecinek) może wymagać od niego zapamiętywania wielu rzeczy. 

 Bardzo ciepło,(bez przecinka) jak na jesienną porę. 

 Kilak(Kilka) razy niewiele brakowało, by chłopak upadł.

 Pewnym (Pewne) utrudnienie stanowiły również znajdujące się w pobliżu stworzenia.

Gdy któreś z nich, spłoszone dźwiękiem jego kroków (przecinek zamykający wtrącenie) uciekało w głąb lasu, wzniecając tym samym głośny szelest, Mirek przystawał w miejscu z duszą na ramieniu.

Powoli docierało do niego, że gdziekolwiek jest (się znajduje) i cokolwiek zaszło, nie jest to zupełnie normalne. 

 Zmotywowany w ten sposób,(bez przecinka) zaczekał, aż wokół znów nieco się rozwidni i zsunął się w dół stoku.

 Materiał, z których (którego) je wykonano, z pewnością nie był tworzywem sztucznym.

A zaraz potem żałosny (zbędne) okrzyk. Nim Mirek zdążył cokolwiek powiedzieć, mężczyzna padł na kolana, upuszczając toporek. Złożył dłonie jak do modlitwy i z żałosnym wyrazem na twarzy zwrócił się do niego przerażonym, przerywanym łkaniem głosem.

 Oczywiście nikogo innego nie było w pobliżu(przecinek) więc musiał uznać, że to on w jakiś sposób tak przeraził tego człowieka.

Dziękując Bogu za swoje upodobanie do czarnych ubrań, przykucnął i podciągnął kołnierz płaszcza,(bez przecinka) tak, by stać się jak najmniej widocznym. 

Jedynie małe, wdeptane z (w)grunt kamyczki.

– STÓJ! (niepotrzebne tu wielkie litery, do podkreślenia wagi rozkazu służy wykrzyknik)

Coś w jego postawie sprawiło, że mężczyzna posłusznie zastygł w bezruchu, patrząc w (na)niego przerażonymi oczyma.

– Świetnie. Więc opuść ten cholerny łuk i wytłumacz mi, dlaczego, do jasnej cholery, próbujecie mnie zabić?! (bez wykrzyknika)

Pytanie było tak idiotyczne, że miał ochotę się roześmiać, jednak jego rozmóca (rozmówca) pozostawał autentycznie przerażony. 

NEKROMANTA. (Nekromanta)

(Zapytany) Skinął głową.

Jego rozmówca uśmiechnął się nerwowo, ale zaraz wrócił do przestraszonego wyrazu twarzy. (Dziwna ta część zdania – to nie on powrócił do takiego wyrazu twarzy, to raczej ten wyraz powrócił na jego twarz.)

Krępy mężczyzna leżał na ziemi, oddychając szybko i patrząc się (zbędne) to na jednego, to na drugiego.

– Twój… twój ubiór… – Jakby nie wiedząc, co robić, wskazał palcem na niego,(bez przecinka) w jakiś nieokreślony punkt. – Oni noszą takie szaty… Chyba. Ty… naprawdę nie jesteś…?

– Chcieliście mnie ustrzelić przez cholerne CIUCHY?! (ciuchy)

 Chyba, (bez przecinka) że…

Światło ogniska rzucało barwne odbłyski na jego długie(przecinek) ciemnoblond włosy.

 Tłumaczenie wszystkim, że Mirek nie jest nekromantą (przecinek) zajęło kilka minut, aż wreszcie chłopak nie wytrzymał i wrzasnął:

– Trzeba ci (zbędny) przyznać, że na pewno jesteś nietutejszy – stwierdził Brego. – Gdyby jakiś strażnik spotkał cię w takim stroju, najpewniej zabiłby cię na miejscu.

– Królestwa Valarandu Wschodniego – powtórzył chłopak, patrząc na niego ze zdziwieniem. – (W)widzę, że nie spodziewałeś się tego.

 Gdzie… – (U)ukrył twarz w dłoniach, oddychając głęboko. – Chwileczkę… jeszcze raz. Jak się nazywa miasto czy chociaż okręg, w którym się znajduję?

Jeden z obozowiczów szturchnął dowódcę drużyny i szepnął mu coś na ucho (do ucha)

Deszcz, po kilkunastu minutach, (zbędne przecinki) ustąpił zupełnie i teraz ognisko płonęło z poprzednią mocą.

Przed założeniem pierścienia był na wzgórzu zamkowym w Cieszynie, w godzinach południowych,(zbędny przecinek) wczesnojesiennego dnia. 

Zgodził się bez wahania, nawet nie pytając, czym (raczej kim) jest Soliosan.

Chłopak w pierwszej chwili gwałtownie zaprotestował, jednak po kilku minutach przekonywania, że i tak nigdzie nie będzie mógł się pokazać w takim ubiorze, zgodził się ('się' nie powinno kończyć zdania)

Położył się w namiocie z desperacką nadzieją, że gdy się obudzi wszystko(przecinek) okaże się tylko widziadłem.
Dalsza część później. Wstawiasz tak duże fragmenty, że ciężko je sprawdzać na ekranie laptopa za jednym podejściem. W każdym razie jest ciekawie.
Skończyłam. Sprytnie przeniosłeś bohatera do innego świata. Chłopak jest zagubiony i dobrze to oddałeś. Trochę to imię, Mirek, jakoś przeszkadza – imiona tamtejszych ludzi brzmią obco, nazwa krainy też. Może to tylko moje odczucie. Zobaczymy dalej, pewnie można się przyzwyczaić. Nie bardzo podoba mi się podkreślanie wszystkiego, co dziwne, wielkimi literami. Nie wszędzie zaznaczyłam, ale raczej z tego zrezygnuj. Sam opis i dialogi wystarczająco oddają szok Mirka. Z pewnością to nie koniec zaskoczeń, wobec tego większość tekstu należałoby napisać drukowanymi literami. Poza tymi uwagami, opowieść czyta się bardzo dobrze.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Chciałbym powiedzieć, że za bardzo demonizujesz takie gadki do WoWie jak w pierwszym rozdziale, po czym... Cóż, mieszkam blisko szkoły i takie rozmowy słyszę nierzadko od gimnazjalistów ;)
Jeżeli chodzi o uwagi, to w dużej mierze podpinam się pod Nawkę. Trochę zaskoczyły mnie długości fragmentów, ale to raczej wyszło na dobre, bo czytało się przyjemnie. Szkoda mi jedynie Sprawdzających, bo to naprawdę kawał tekstu :) Rozumiem też, że miałbyś duży problem z rozsądnym podzieleniem na fragmenty.
Ech, zabranie się za czytanie po tak długim czasie i sięganie po pewną markę opłaciło się. Trzy dobre opowiadania pod rząd :)
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#8
Nawka, wielkie dzięki, doceniam pracę :P i domyślam się jak jest ciężka, mnie samemu się już czasem nie chce tego czytać a co dopiero komuś innemu ;)
epoN – wielkie dzięki za motywacyjnego kopa. A co do tekstów o WoWie... Są AUTENTYCZNE! :D Niemalże słowo w słowo, wyciąłem jedynie "ee" i "yyy" które się kumplom zdarzało. Z okresu 1-2 klasa liceum.

Rozdział III

Był w jakimś obcym miejscu, a ludzie na jego widok łapali za łuki i go ostrzeliwali. Jako jedyną ochronę miał tylko swój zeszyt. Próbował zajść swoich wrogów od pleców, ale nogi miał jak z ołowiu. W dodatku wszystko działo się na otwartym terenie, więc przez cały czas go widzieli. Właściwie czy to w ogóle byli ludzie? Dopiero teraz przyjrzał się im i uświadomił sobie, że mają wilcze pyski, i usłyszał, że nie nawołują do siebie, ale wyją. Chwila dekoncentracji kosztowała go życie, kilka strzał dosięgło celu. Nie poczuł ich, ale widział drzewce wystające ze swojej klatki piersiowej. W panice chciał uciekać, odczołgać się, zrobić cokolwiek, choć powoli docierała do niego przerażająca myśl, że śmierć jest już kwestią minut, w ciągu których się wykrwawi.
Wtem wszystko spowiły krwistoczerwone płomienie. Zdawało mu się, że stoi pośrodku morza ognia, które wirowało i kotłowało się jak w czasie sztormu. Przed nim zamajaczyła kobieca postać, ale nie był w stanie określić jej szczegółów.
– Obudź się! – warknęła na niego z nienawiścią i wściekłością.
W ułamku sekundy znalazła się bliżej i poczuł bijący od niej nieznośny żar. Uświadomił sobie, że kobieta sama jest tym ogniem i to w niej mają początek otaczające go płomienie.
– Obudź się! – powtórzyła agresywnie.
Chwyciła go mocno za ramię i potrząsnęła nim.
– Ejże, obudź się! Słońce już dawno wzeszło!
Mirek otworzył oczy i z pewnym przestrachem stwierdził, że nadal jest w tym świecie. Fakt, że leżał na ziemi i słyszał znajomy głos Brega, był dla niego jak ostry policzek. Zdruzgotany sytuacją wstał powoli i otrzepał się. Przypomniał sobie, co obiecał poprzedniego dnia. Opróżnił kieszenie płaszcza i rzucił go na świeżo rozpalone ognisko.
– Napij się.
Jeden z młodszych chłopaków podał mu bukłak z wodą i wpatrzył się w niego ciekawskim wzrokiem. Mirek przyjął worek, kilka razy przepłukał usta, po czym wziął spory łyk wody. Co bardzo go zaciekawiło, miała przyjemny smak, mimo że zdawała się być po prostu czystą wodą.
– Nie zdążyliśmy upolować nic na śniadanie – powiedział inny, jakby się tłumacząc.
Mirek mruknął w odpowiedzi coś o braku apetytu. Poranek był bardzo ciepły i chłopak musiał zdjąć sweter, żeby się nie zgrzać. Gdy tylko to zrobił, usłyszał gwizd aprobaty.
– No, niezła robota… Brego!
Drugi z młodszych chłopców z ciekawością wpatrywał się w jego ćwiekowany pasek. Zawołany przywódca przybył po chwili i również zainteresował się tym elementem garderoby.
– Jesteś pełen niespodzianek – powiedział ze śmiechem. – Cały w czerni, jak jakiś nekromanta, ale pas nosisz jak jakiś barbarzyńca z północy. I ten materiał… – dodał po chwili, a wyraz jego twarzy nieco się zmienił. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem…
– To jeans – uprzedził jego pytanie Mirek, choć po chwili uprzytomnił sobie, że to pewnie i tak nie jest satysfakcjonująca odpowiedź.
– Pierwsze słyszę… To skóra jakiegoś zwierza? Nie, wygląda raczej na tkaninę… jakaś forma impregnowanego lnu?
– Słuchaj… wiele by tłumaczyć. Po prostu zostawmy to.
Brego spojrzał na niego z pewnym zawodem, ale wzruszył ramionami. Widać było, że jest ciekawski wszystkiego, co niecodzienne.
– Ale buty masz jak gobliny – powiedział zdecydowanie Dunda. – Naprawdę, dziwny z ciebie człowiek… Chcesz trochę? – zapytał, wyciągając ku niemu małą, skórzaną sakiewkę.
Chłopak sięgnął do wnętrza i poczuł palcami kulisty, mały kształt. Uchwycił coś lepkiego. W świetle dnia dostrzegł brązowy kolor tego czegoś. Przypominało miniaturowe, bardzo ususzone jabłko.
– Co to?
– Cipella. Spróbuj…
Urwał, bo Mirek w tej chwili śmiał się w najlepsze. Spojrzał na niego niezdecydowany.
– Co w tym takiego zabawnego?
– No nazwa… a zresztą nieważne – przyjrzał się owocowi. – To się JE? Nie wygląda apetycznie.
– Nie je, tylko żuje, póki daje soki, a potem wypluwa. Naprawdę jesteś nietutejszy…
Powstrzymując się od powiedzenia, co myśli o ciągłym przypominaniu mu, że jest „dziwny” bądź „nietutejszy”, wziął do ust nieznany owoc. Z początku miał wrażenie, jakby trzymał na języku kawałek drewna, ale po chwili poczuł delikatny smak mięty i anyżu. „Niezłe”, pomyślał już w nieco lepszym humorze. Związał sweter na wysokości pasa, przełożył przez ramię skórzany rzemień kołczanu i z nieco mieszanymi uczuciami ruszył za przewodnikiem. Dwóch innych łuczników trzymało nosze naprędce sklecone ze znalezionych gdzieś kijów i tkaniny wcześniej użytej do budowy namiotu. Już po pierwszych minutach marszu Mirek przekonał się, że nie będzie to spacerek. Brego narzucił szybkie tempo, z utrzymaniem którego nie mieli problemu nawet niosący poszkodowanego, w przeciwieństwie do przybysza. Już w południe, kiedy weszli w głęboki las, zaczął się potykać i momentami powłóczyć nogami. W pewnym momencie całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością i po prostu brnął przed siebie za innymi, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, gdzie idzie. Ów stan półświadomości utrzymał się do wieczora, kiedy to wyszli spomiędzy drzew na udeptaną ścieżkę. Zaczynała się na skraju lasu i prowadziła w dół delikatnego zbocza. U jego podnóża majaczyła średnich rozmiarów wioska.
– Słyszałeś, co powiedziałem?
Brego szturchnął Mirka, przywracając go do rzeczywistości.
– Co? Co, proszę?
– Powiedziałem, że jesteśmy w Thrant – powtórzył nieco zdezorientowany. – Wyglądałeś, jakbyś szedł we śnie. Dobrze się czujesz?
– Tak, tak… Chodźmy do tej wioski.
Na końcowym odcinku ścieżki, po dwóch jej stronach ustawiono trzy pary wysokich pali, na które zatknięto spore lampiony. Ich światło z powodzeniem mogło być dostrzeżone z granicy lasu nawet w księżycową noc. W tej chwili jakiś mężczyzna wkładał do ostatniego rozżarzone kawałki drewna przy pomocy tyczki, która z bliska okazywała się ciekawie skonstruowanym podajnikiem. Latarnie były jakby bramą prowadzącą do wioski, bo kilkanaście kroków za nimi stała już pierwsza chata. Wszystkie były do siebie podobne: drewniane, ze słomianą strzechą i kamiennym kominem wystającym ponad całość. Gdy podeszli, Mirek mógł przyjrzeć się budynkom dokładniej. Zaciekawiły go skrzydła okien. Nie były wykonane ze szkła, ale z czegoś niemal równie przezroczystego, co w pierwszym momencie przypominało folię lub raczej jakąś błonę.
– Brego, co ty tu…
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna około czterdziestki wyszedł na spotkanie chłopaka. Sądząc z tego samego koloru włosów oraz podobnych rysów twarzy, mógł być jego ojcem. Widząc chłopaka na noszach, stanął jak w ziemię wryty. Jego spojrzenie przeniosło się na obcego w czerni. W szeroko otwartych oczach malował się strach.
– Brego… – powtórzył strwożonym szeptem, po czym zawołał na cały głos: – RODRIGUEZ!
Mirek przewrócił oczami i mruknął pod nosem: „znów się zaczyna”. Nie uszło to uwadze młodego przywódcy drużyny, który parsknął śmiechem.
– Wybacz, ale musisz to znieść… Ojciec nie uspokoi się, dopóki jakiś kapłan nie przekona się, czy aby na pewno nie jesteś nekromantą. Po prostu twój ubiór…
– Tak, tak, wiem, jest dziwny i niecodzienny – rzucił zniecierpliwiony. – No, tego mi do szczęścia brakowało…
Wokół zaczynało się tworzyć małe zbiegowisko ciekawskich gapiów. Niektórzy z mężczyzn, trafnie interpretując ton krzyczącego, przybiegli do niego z różnorakim uzbrojeniem.
– Trupiarz! – szepnął jeden. – Sprowadzili do wioski trupiarza!
– Nekromanta!
– Syna ci opętał! – wypluł z siebie otyły mężczyzna.
– No, no, no! – Brego zdenerwował się nagle. – Uważaj na pysk, Thorbel, żebyś w niego nie dostał! Nie jestem byle dzieckiem, żeby mnie ot tak można było do czegoś zmusić!
– Co się tu dzieje?
Tłum rozstąpił się, pozwalając przejść młodemu mężczyźnie o nieco władczym głosie. Miał na sobie czerwoną szatę ze złotymi zdobieniami, sięgającą ziemi. Ściągnięta była skórzanym pasem, na którym po lewej zaczepiono kilka skórzanych pojemników. Krótkie, dobrze uczesane czarne włosy, elegancko przycięty wąsik i okalający twarz lekki zarost świetnie pasowały do ostrych rysów i szpiczasto zakończonej bródki. W prawej dłoni trzymał kostur, opleciony czterema spiralnie przecinającymi się metalowymi wstęgami, które na końcu kija tworzyły coś w rodzaju siatki wystającej kilka centymetrów ponad drewno i zwężającej się do szpica. Wewnątrz owej siatki zamknięto czerwony przejrzysty kamień.
– Mistrzu, czy mój syn… czy ten trupiarz opętał mojego… – odezwał się znów mężczyzna, ale Mirek wszedł mu w słowo.
– Nie jestem… żadnym… trupiarzem. A jeśli potrafisz to w jakikolwiek sposób sprawdzić, kimkolwiek jesteś, proszę, zrób to, bo mam serdecznie dość ciągłych podejrzeń!
Wszyscy spojrzeli na niego z nieukrywanym zdziwieniem.
– „Kimkolwiek jesteś”? – powtórzył Thorbel, drapiąc się po głowie. – Na oczy mu padło? Szaty nie poznaje?
– Nie pochodzi stąd – powiedział szybko Brego. – U nich nawet strój nekromanty nie jest czymś oczywistym.
– Jezu Chryste – przewrócił oczami. – Nie mam pojęcia, kim jesteś, gdzie jestem i tak dalej. Jeśli złamałem jakąś zasadę, odzywając się do ciebie, to bardzo mi przykro, ale ja NAPRAWDĘ nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem ani jak się tu znalazłem… Czemu tak na mnie patrzysz?
Rodriguez od dłuższego czasu stał i po prostu przyglądał się Mirkowi, jednak po słowach „Jezu Chryste” ożywił się nieco.
– Powiedziałeś coś dziwnego. Możesz powtórzyć to zawołanie?
– Zawołanie? „Jezu Chryste”?
– Tak, tak… Chodź ze mną. Nie, Donadzie, twój syn nie jest opętany, a to nie jest nekromanta, nawet jeśli tak wygląda. Chodź.
Ruszyli w głąb wioski, jednak Mirek po kilku krokach zawrócił.
– Wybacz, zapomniałem się… – powiedział szybko do Brega. – Dzięki za doprowadzenie mnie tutaj.
– Powodzenia, przybyszu – odpowiedział wesoło chłopak, skinąwszy głową na pożegnanie.
„Przybysz”, nie bardzo wiedząc, jakie panują tu zwyczaje, również skinął głową i odszedł, podążając za mężczyzną w czerwieni. Wtem chłopak krzyknął przestraszony, bo między jego nogami przebiegł jakiś mały, psowaty stwór o okropnej, pomarszczonej białej skórze bez sierści.
– Co to było?! – zawołał, zszokowany i obrzydzony jednocześnie.
– To? Somien.
Wysoko uniesione brwi chłopaka dały mężczyźnie do zrozumienia, że odpowiedź nie jest wystarczająca.
– Trzyma się je w wioskach, bo polują na szkodniki. A jak zdechną, można wykorzystać ich skórę jako niskiej jakości pergamin. Albo użyć do budowy okna.
– Aha…
Myśl o patrzeniu przez okno, w którym szybę zastępuje skóra jakiegoś psowatego niezbyt przypadła mu do gustu. Obejrzał się za stworzeniem, ale nigdzie go już nie było. Przez chwilę stał w miejscu, patrząc w przestrzeń, po czym opamiętał się, machnął ręką, jakby odganiając od siebie to zdarzenie, i ponownie ruszył za mężczyzną. Jednocześnie zdał sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, jak powinno być… Jeszcze raz rozejrzał się i spojrzał pod nogi. Była tam tylko ziemia.
Tylko ziemia.
Jego cień nie istniał. W innej sytuacji by go to zaskoczyło i przyprawiło o lekką panikę, ale dziś zdarzyło się już tyle, że po prostu nie umiał się tym przejąć.
Po chwili był już w centrum wioski. Znajdował się tam większy od pozostałych dom. Z powodzeniem mógłby pomieścić dwie mniejsze rodziny. Po dwóch przeciwnych stronach dachu wystawały dwa kominy. Przez okna w lewym skrzydle sączyło się chybotliwe światło. W niewielkim oddaleniu od niego stała mała stajnia, w której teraz trzy z czterech boksów zajmowały konie.
– Wejdź – powiedział mężczyzna w czerwieni, otwierając drzwi i zapraszając go gestem do prawej strony budynku.
Znów czując się trochę dziwnie na myśl o skórach w oknach, posłusznie podążył za nim. Przeszli krótką sień, będącą jednocześnie łącznikiem między częściami chaty, i weszli do sporego, acz skromnie urządzonego pomieszczenia. Pod ścianą stało drewniane łóżko pokryte skórami. Na nim leżał zwinięty koc. Środek pokoju zajmował prosty, topornie ociosany, ale równy stół. Znajdowały się przy nim cztery krzesła. Ich twórca również postawił bardziej na prostotę niż wygodę. Mimo to, na każdym krześle leżała swojego rodzaju poduszka ze słomy. Tuż przed przeciwległą do drzwi ścianą stał mały, kamienny piec, w którym ułożono w stosik szczapy drewna i mniejsze gałązki chrustu.
– Usiądź – polecił mężczyzna, wskazując na jedno z krzeseł.
Nim chłopak zdążył się ruszyć, odziany w czerwień wycelował kosturem w palenisko. Przejrzysty kamień zalśnił światłem, a w następnej chwili ze szpiczastego końca wystrzelił długi język płomieni, którymi szybko zajęło się drewno w kominku, napełniając izbę przyjemnym światłem i ciepłem.
– Coś się stało?
Mirek patrzył na zjawisko szeroko otwartymi oczami.
– To… to była… magia? – wydusił z siebie w końcu.
Tamten skinął głową, nieco zdziwiony, iż ktoś pyta go o coś tak oczywistego.
Cokolwiek stało się wcześniej, trudno było znaleźć na to jakieś logiczne wyjaśnienie, jednak nie mógł też mieć pewności, że jest to paranormalne. To, co teraz zobaczył, było dostatecznym dowodem. Nie zasnął, nie śnił, nie zabłądził. Teleportował się tutaj za sprawą pierścienia, który miał w kieszeni. A przed chwilą widział kolejny dowód na to, że magia istnieje.
Zmęczony koszmarną nocą, całodniowym marszem i przytłoczony tym, co przed chwilą zobaczył, upadł nieprzytomny na drewnianą podłogę.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#9
(27-01-2016, 13:15)Crazy Halfling Mage napisał(a): Rozdział III

Był w jakimś obcym miejscu, a ludzie na jego widok łapali za łuki i ostrzeliwali go (go ostrzeliwali).

Właściwie, (zbędny przecinek) czy to w ogóle byli ludzie? Dopiero teraz przyjrzał się im i uświadomił sobie, że mają wilcze pyski (przecinek) i usłyszał, że nie nawołują do siebie, ale wyją.

Fakt, że leżał na ziemi i znajomy głos Brega były dla niego jak ostry policzek. ('znajomy głos Brega' co? Słyszał go? Rozbrzmiewał?... I jeśli 'fakt', to 'był', a nie 'były'!) (to powinno wyglądać mniej więcej tak: "Fakt, że leżał na ziemi i słyszał znajomy głos Brega, był dla dla niego jak ostry policzek".)


Co bardzo go zaciekawiło, miała przyjemny smak mimo, że (smak, mimo że) zdawała się być po prostu czystą wodą.

– Nie zdążyliśmy upolować nic na śniadanie – powiedział jakby tłumacząc się inny (powiedział inny, jakby się tłumacząc).

„Niezłe”, pomyślał, (zbędny przecinek) już w nieco lepszym humorze.

Brego narzucił szybkie tempo (przecinek) z utrzymaniem którego nie mieli problemu nawet niosący poszkodowanego, w przeciwieństwie do niego (Moment... Niesiony poszkodowany nie wytrzymywał tempa? Co... za szybko go nieśli?).

– Co? Co (przecinek) proszę?

Gdy podeszli, Mirek mógł przyjrzeć się budynkom bliżej. (bliżej można podejść, a przyjrzeć się dokładniej)

Mirek przewrócił oczami i mruknął pod nosem (dwukropek) „znów się zaczyna”.

W prawej dłoni trzymał kostur (przecinek) opleciony był czterema spiralnie przecinającymi się metalowymi wstęgami, które na końcu kija tworzyły coś w rodzaju siatki wystającej kilka centymetrów ponad drewno i zwężającej się do szpica.

Nie jestem. Żadnym. Trupiarzem (Nie jestem... żadnym... trupiarzem).

– Nie mam pojęcia, kim jesteś, gdzie jestem i tak dalej, (raczej kropka) jeśli złamałem jakąś zasadę (przecinek) odzywając się do ciebie (przecinek) to bardzo mi przykro, ale ja NAPRAWDĘ nie mam pojęcia, gdzie się znalazłem ani jak się tu znalazłem…

Jednocześnie, (zbędny przecinek) zdał sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, jak powinno być… jeszcze (dużą literą) raz rozejrzał się i spojrzał pod nogi.

Przeszli krótką sień, będącą jednocześnie łącznikiem między częściami chaty (przecinek) i weszli do sporego, acz skromnie urządzonego pomieszczenia.

To, co teraz zobaczył (przecinek) było dostatecznym dowodem.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Rozdział IV

Te kilka dni, które spędził w Thrant, było dla Mirka najciekawszym okresem w życiu. Wizja świata wyrobiona w ciągu kilkunastu lat życia upadła w jednej chwili. Gdy obudził się, ułożony na sienniku Rodrigueza, zapytał tylko, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, a gdy usłyszał krótkie „tak” od uśmiechniętego maga, niemal rozpłakał się z radości. Przestało być ważne, że nie wie, gdzie jest, przestało się liczyć, że nie wie, jak wrócić. Nawet fakt, że wszyscy jego bliscy są gdzieś daleko, prawdopodobnie dalej, niż mógłby to sobie wyobrazić, wydawał się błahy w porównaniu z tym, że jego największe marzenie się spełniło: żył w świecie, w którym istniała prawdziwa magia.
Rodriguez nie mógł poświęcić mu zbyt wiele czasu, bo do wioski został wysłany w pewnej misji, której też nie zamierzał zdradzać. Nie miał nawet chwili, by wypytać go o cokolwiek, choć pewnym było, że ma taki zamiar. Pozwolił Mirkowi zamieszkiwać w swojej części Domu Maga, a sam wciąż gdzieś jeździł, co dzień zmieniając konia. Przez te kilka dni chłopak dowiedział się co nieco o tym świecie. W tej chwili trwała tu wiosna, dokładnie pierwszy jej miesiąc. Co go bardzo zaciekawił, tutejszy kalendarz różnił się od tego, który znał ze swojego świata. Każdy z dwunastu miesięcy miał dokładnie trzydzieści dni, nigdy nie następował tu rok przestępny. Również pojęcie tygodnia nie było znane, zamiast niego funkcjonował dziesięciodniowy dekameren, pospolicie nazywany dekadniem lub po prostu dekiem, z kolei ostatni jego dzień, będący zazwyczaj dniem wolnym, zwano jasirem. Chciał również zmierzyć długość doby, ale okazało się to niemożliwe. Jedyny czasomierz, jaki miał, leżał teraz gdzieś na wzgórzu zamkowym w Cieszynie.
Poznawanie tego świata nie było wcale takie łatwe. Ilekroć próbował się dowiedzieć czegoś dokładniejszego, spotykał się z bezradnymi spojrzeniami wieśniaków, którzy najczęściej odsyłali go z pytaniem do maga. Jako, że jeden z nich był wciąż w trasie, a drugi zajmował się jakimiś alchemicznymi eksperymentami i wpadał w gniew, gdy ktoś mu przeszkadzał, jego ciekawość na razie pozostawała niezaspokojona.
Czarny strój musiał porzucić i spalić już pierwszego dnia. W zamian za to Rodriguez zaoferował, iż ufunduje mu prosty ubiór. Jedynymi rzeczami, które pozostawił sobie z dawnej garderoby, były glany i ćwiekowany pas. Niezbyt dobrze pasowały do brązowych, skórzanych spodni i płóciennej koszuli czy kamizelki z owczej wełny, jednak mimo to chłopak odrzucił propozycję chociażby tymczasowego przywdziania tutejszych substytutów tych części ubioru.
Gdy pierwszy zachwyt nad tym światem minął, pojawiły się pewne wątpliwości odnośnie przyszłości. Z całą pewnością nie mógł być na utrzymaniu maga do końca życia. Nie znał się też zbytnio na żadnej pracy, którą mógłby zarobić na chleb. Jak na razie jedynym pomysłem było sprzedanie pierścienia, który wciąż miał przy sobie, ale byłoby to wyłącznie tymczasowym rozwiązaniem jego problemów. Zastanawiał się również, czy da się zrobić jakiś użytek z pergaminu, który zdobył razem z sygnetem.
W dekameren później, wczesnym południem, do wioski wjechał Rodriguez. Po raz pierwszy nie przejawiał żadnych oznak pośpiechu, był natomiast wyraźnie zmęczony. Zjadł obiad, powiedział zwięźle Mirkowi, że następnego dnia skoro świt ruszają w drogę, więc ma być gotowy po czym dodał, by pod żadnym pozorem nikt mu nie przeszkadzał i poszedł spać. Mirek miał spore problemy z zaśnięciem. Po pierwsze, łóżko było teraz zajęte i musiał spać na kocach rozłożonych na podłodze. Po drugie, Rodriguez nie wysilił się na najkrótsze choćby wyjaśnienia co do celu i powodu ich wyjazdu. Dał jedynie do zrozumienia, że nie będzie to tymczasowy wypad poza wioskę, a raczej opuszczenie jej na stałe. Z tego też powodu w jego głowie kłębiły się dziesiątki pytań, na które po prostu nie był w stanie dać sobie odpowiedzi.
Rodriguez bardzo dosłownie ustosunkował się do wypowiedzianej wczoraj deklaracji. Nim na zewnątrz zrobiło się w pełni widno, zbudził Mirka i kazał mu się jak najszybciej zbierać do drogi. Przepłukali twarz i usta w wodzie z pobliskiej studni, mag zjadł lekkie śniadanie (Mirek, sam nie wiedząc czym dokładnie, był tak zdenerwowany iż nie mógł nic przełknąć), poczęstował chłopaka owocem cipelli i obaj udali się do stajni. Boksy dwóch gniadych koni były otwarte, zaś na grzbiety zwierząt założono już siodła. Stał przy nich Brego wraz z dwoma nieznanymi Mirkowi chłopakami. Wskazał na zwierzęta.
– Gotowe do drogi, mistrzu Rodriguezie.
Mag skinął głową. Chwycił pierwszego za uzdę i wyprowadził z małego budynku.
– Ee… Mistrzu… Rodriguezie – powiedział niepewnie Mirek, patrząc na zwierzę. – Ja nie umiem jeździć konno.
Wszyscy spojrzeli na niego z nieukrywanym zdziwieniem.
– No tak, nietutejszy – mruknął mag lekko zdezorientowany.
W tym momencie trzeci zamknięty w boksie koń, czarny jak węgiel, zaczął gwałtownie rżeć i wierzgać. Brego i jego dwóch pomocników odskoczyli szybko, niemal wpadając do otwartego boksu. Mirek natomiast stał w miejscu i patrzył na zwierzę, czując coś dotąd nieznanego. W tym wierzchowcu było coś, co działało na niego jak magnes, choć nie miał pojęcia, co dokładnie. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, postąpił krok naprzód i wyciągnął do zwierzęcia dłoń.
– Hejże, lepiej się odsuń! – ostrzegł go syn zarządcy. – To najdziksza…
Zaniemówił, bo gdy tylko kary wierzchowiec poczuł bliskość Mirka, momentalnie się uspokoił. Co więcej, postąpił nieco do przodu, na ile pozwalała mu jego ograniczona przestrzeń i przytknął łeb do wyciągniętej ku sobie dłoni, najpierw delikatnie szturchając ją chrapami, a wreszcie pozwolił się pogłaskać i poklepać po grzbiecie nosa.
– Dobry koń – powiedział spokojnym, niskim tonem, przeciągając nieco sylaby. – Spokojnie…
– Niesamowite!
Chłopak obejrzał się na Brego. Ów patrzył na niego z takim samym zainteresowaniem jak przy pierwszym spotkaniu. Jednocześnie strzelał wzrokiem w bok, z niedowierzaniem wpatrując się w karego konia.
– To najdziksza rasa w całym Valarandzie – dokończył. – Ogniokrwiste, tak na nie mówią. Trzeba je oswajać latami, żeby się móc do nich bezpiecznie zbliżyć, a do nowej osoby nie przywykną wcześniej niż przed kilkoma miesiącami… A ty ot tak – pstryknął palcami dla podkreślenia efektu – go okiełznałeś… jak to zrobiłeś?
Mirek zastanowił się nad odpowiedzią, po czym wzruszył bezradnie ramionami.
– Nie mam pojęcia. Po prostu czułem, że ten koń mnie polubi. – Spojrzał jeszcze raz na wierzchowca. – To klacz czy ogier? I jak się nazywa?
– Ogier. I nie ma jeszcze imienia.
– Jednak wolałbym się pośpieszyć – przypomniał mu o sobie Rodriguez. – Wsiądź już na swojego wierzchowca i jedźmy.
Mirek westchnął i cofnął się, zbliżając się do boksu z osiodłanym zwierzęciem. Jednak gdy tylko włożył nogę w strzemię, kary zaczął ponownie wierzgać i głośno rżeć.
– Drze się jakby go zarzynali! – rzucił jedne z pomocników Brego.
– Całą wioskę zaraz na nogi postawi.
Mirek po prostu czuł, że wystarczy mu podejść, by koń się uciszył. Tak też się stało. Ledwie opuścił nogę z powrotem na ziemię i zbliżył się do oszalałego rumaka, ten uspokoił się w mgnieniu oka. Jedynie gwałtowne ruchy chrapów świadczyły o jego podenerwowaniu.
– Jest niespokojny, kiedy go opuszczasz – odezwał się zdziwiony Brego. – Mistrzu… może przepniemy siodło na karego?
– Zrzuci go! – zaoponował drugi pomocnik. – Jest prawie nieoswojony!
– Przybyszu… – odezwał się mag.
– Mirek! – warknął wściekle. – Mam na imię Mirek!
– Pośpiesz się. Jeśli chcesz jechać na tym koniu, to po prostu przepnijcie siodło, ale ruszajmy już!
Mirek spojrzał jeszcze raz w oczy stworzenia. Była w nich jakaś inteligencja… albo tylko jemu się tak wydawało. Jednak cokolwiek myślał, czuł mocno, że ten koń już zaczął traktować go jako swojego właściciela. Było to zupełnie irracjonalne, a jednocześnie bezsprzecznie pewne.
– Przełóżcie siodło – powiedział, otwierając boks. – Postoję przy nim, żeby nie wierzgał.
Wbrew obawom trzech chłopców, siodłane zwierzę było tym razem zupełnie opanowane. Mirek głaskał je po nasadzie nosa i karku, jednocześnie mówiąc do niego cicho, możliwie jak najspokojniejszym tonem. To również było bardziej instynktowne niż wyuczone. Brego sprawdził jeszcze raz wszystkie rzemienie i gestem zaprosił Mirka, by dosiadł konia.
– Wypadałoby nadać mu imię – powiedział, spoglądając na chłopaka.
– Pomyślę o tym – obiecał, po czym włożył nogę w strzemię i nieco niepewnie odbił się drugą od ziemi. – Ech, dajcie mi jakiś manual.
Wbrew obawom, nie okazało się to zbyt trudne. Nieco gorzej był z ruszeniem. Chwycił za lejce zbyt gwałtownie i koń poderwał przednią część ciała, rżąc przy tym dziko. Gdyby nie błyskawiczne chwycenie się przedniego łęku, Mirek leżałby już na ziemi.
– Ty naprawdę nie umiesz jeździć.
Zignorował docinkę jednego z chłopaków i przypomniawszy sobie coś niecoś z filmów, lekko popędził go, bodąc go łydkami w boki. Zadziałało i zwierzę ruszyło przed siebie, parsknąwszy lekko. Najdelikatniej, jak tylko mógł, pociągnął wodze, ukierunkowując swojego wierzchowca, by wyszedł ze stajni i stanął obok Rodrigueza.
– Dasz sobie radę? – zapytał ów z wyraźnym niepokojem.
– Mam nadzieję…
– No dobrze. Ruszajmy.
– Powodzenia, obcy! – zawołał za nim Brego i pomachał mu krótko ręką na pożegnanie.
W ciągu pierwszych kilkunastu minut Mirek nawet nie miał czasu myśleć o pytaniach, które od wczoraj zamierzał zadać. Skupiał się natomiast na dosiadanym ogniokrwistym i wskazówkach, udzielanych mu na bieżąco przez maga. Po kilkunastu minutach stwierdził, że jazda wcale nie jest tak straszna, jak mu się wydawało. Rodriguez podkreslał, iż w dużej mierze było to zasługą samego zwierzęcia. Z jakiegoś powodu było bardzo posłuszne, szczególnie biorąc pod uwagę opinię jego rasy czy fakt, że po raz pierwszy miało styczność z chłopakiem. Wreszcie, grubo ponad godzinę od wyjechania z Thrant, mógł jako tako się odprężyć, choć nadal czuł pewien dyskomfort związany z brakiem nawyku do siodła. Spojrzał na maga i w końcu poruszył kwestię, która dręczyła go od kilkunastu godzin.
– Dokąd tak właściwie jedziemy?
– Do Uthron, stolicy Valarandu Wschodniego. Zakon Soliosa bardzo chce cię przesłuchać.
Chłopak poczuł, że coś ciężkiego i zimnego uformowało się na dnie jego żołądka.
– Przesłuchać? Jestem o coś podejrzany?
– Nie. – Mag nadal mówił z pełnym spokojem i pewnością siebie. – Po prostu niecodziennie mamy tu gości z innych planów. A przybycie Terrańczyka jest już prawdziwy ewenement.
– Kogo?
– Wasz plan nazywa się Terra. I wydawało mi się, że znacie tą nazwę – dodał, marszcząc brwi. – Dlaczego więc jesteś taki zdziwiony?
– Tak, tak, znam… nieważne. Więc mam być tylko przesłuchany, bo moje pojawienie się jest niecodziennym… Ejże! – Nagle coś sobie uprzytomnił. – Skąd wiesz, że jestem z Terry?
– W wiosce zawołałeś „Jezu Chryste”, zgadza się?
– Tak, i co?
– To jedno z imion Wszechojca. I używa się go praktycznie wyłącznie na Terrze.
– Wszechojca?
– Owszem, najwyższego z boskiego panteonu…
– Panteonu?!
– Chłopcze, ty naprawdę dużo nie wiesz – rzucił wreszcie Rodriguez, wyraźnie zdezo-rientowany. – Zachowujesz się zupełnie, jakbyś nie miał zielonego pojęcia o czymkolwiek! Dziwnie reagujesz na imię Najwyższego, a przecież go wyznajesz, prawda?
– Nie… to znaczy, tak… Znaczy się, wyznaję Chrystusa… Ach, cholera, to chyba trochę bardziej skomplikowane.
– Przed nami trzy dni drogi, więc mamy dość czasu.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości