Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Horror Morderca
#1
Drogi czytelniku przedstawiam Ci jedną z moich "prac", której celem nie jest w żadnym wypadku zaskoczenie(odnośnie tego kto zabił i tak dalej). Tyle tytułem wstępu.

Najważniejszy jest dobry plan, a pierwszym punktem na jego liście było rozpoznanie. Od dwóch tygodni zaznajamiał się z codzienną rutyną Adriana Wolskiego, podążając za nim jak cień.
Udało mu się ustalić, że dzień rozpoczyna dokładnie o 7:00 w małej, przytulnej kawiarence koło jednego z nowych pasażów handlowych. Zwykle zamawiał dwie bułki maślane i mocną, parzoną kawę. Jadał sam. Niski mężczyzna ze szpakowatymi włosami i bruzdą na prawym policzku zawsze wybierał stolik przy oknie. Samotny wilk z rozmarzonym wzrokiem nie potrzebował towarzystwa.
Na uczelni pojawiał się punktualnie, ale prawie nigdy nie witał swoich studentów bez kurtki przewieszonej przez oparcie krzesła; droga do szatni zabrałaby mu zbyt dużo czasu, który tak bardzo cenił. Po skończonej pracy odwiedzał najbliższy fast-food i, zapychając się karbowanymi frytkami, czytywał Newsweek’a. We środy i czwartki miał spotkania koła chemicznego, w inne dni organizował prelekcje dla uczniów politechniki. Okazyjne imprezy naukowe i wszelkie projekty lokalnej śmietanki jajogłowych składały się na całego jego życie.
Człowiek, który sprzedał kilka naprawdę niezłych pomysłów i powinien był opływać w dostatek, mieszkał w zwykłym, nieocieplonym bloku z mnóstwem rozwrzeszczanych bachorów, zapełniających obskurne podwórko, z wrednymi sąsiadami, którzy nigdy nie potrafili zastosować się do nakazu ciszy nocnej; z rodziną owadów, zamieszkującą zakamarki starej, nie naoliwionej szafy i z kompletnie głuchym, czarnym kotem. W domu pojawiał się najpóźniej w okolicach 19. Od tego momentu był zdany na towarzystwo sterty papierów, próbówek i swojej własnej osoby.

***
Wolski pchnął wielkie, mahoniowe, przeszklone drzwi i wszedł do mocno rozświetlonego przedpokoju, zasłanego starym, wysłużonym dywanem. Szybkim, nerwowym ruchem dłoni poprawił krawat w prążki. Poczuł się niepewnie, więc wyciągnął z kieszeni garnituru chusteczkę do otarcia ewentualnych kropli potu.
Odnotował dziesięć grupek żywo rozmawiających ludzi, ulokowanych bez większej prawidłowości w obszernej, przyozdobionej wymyślnymi kompozycjami kwiatowymi sali. Przywitał się z kilkoma innymi belframi i postanowił, że dołączy do nich, jednocześniej szukając lepszego towarzystwa. Udawał zainteresowanego tematem innowacyjnego leku PBOX-15, który miał wejść na rynek jako środek zapobiegający białaczce. Nie musiał jednak długo znosić tej, w jego opinii, nudnej dyskusji, ponieważ okazja zmiany rozmówców przydarzyła się sama.

– Muszę przyznać, że już dawno odszedłem od wysyłania moich pacjentów pod laser – rzekł wysoki mężczyzna o przenikliwych oczach koloru trudnego do zdefiniowania. – Nie skutkuje on tak dobrze, jakbyśmy tego chcieli i tak samo jest z implantami słuchowymi. Generatory szumu wysokopasmowego zdają się na nic, jeśli tylko uświadomimy sobie, że to zwykła lekcja panowania nad umysłem! Czy to masker, czy bardziej zaawansowany system wewnątrzuszny i zauszny, wszystko sprowadza się do jednego.
Zgromadzeni przyjmowali te słowa z pewną dezaprobatą, jednak w milczeniu dawali mówcy kredyt, z którego skrzętnie korzystał. Nabierał większej pewności siebie z każdym kolejnym słowem.
Wolski podszedł trochę bliżej ludzi zebranych wokół niego, tym samym oddalając się od dotychczasowej grupy. Stanął za mężczyzną trzymającym otwartą książkę w dłoni.
– Czy wiedzą panowie, że buddyści uznają zjawisko tinnitus za osiągnięcie pełni duchowej?
– Co to za bzdury? – stwierdził starszy doktor w przybrudzonym popiołem papierosowym garniturze. Nie ukrywał swojej irytacji. Odczekawszy stosowną chwilę, obrócił się na pięcie i odszedł.
Mówca zamilkł na chwilę, oblizał spieczone usta i przyjrzał się zebranym. Nagle wzdrygnął się w dziwny sposób. Zatrzymał wzrok na Wolskim. Przez moment wyglądał na wytrąconego z równowagi, zupełnie jakby zapomniał tekstu przemowy, spisanej wcześniej na kartce. Pojedynek spojrzeń obu mężczyzn trwał nie więcej niż kilka sekund, ale każdy z obecnych mógłby przysiąc, że w istocie odbywał się dłużej.
Mówca odsunął do siebie natłok niepotrzebnych myśli i kontynuował:
– Według nich to coś pomiędzy osiągnięciem stanu nirwany a dojściem do zaawansowanej techniki samodoskonalenia. Osobiście nazwałbym to zwiększeniem obszaru postrzegania – uśmiechnął się znacząco. – Jeśli więc szumy są w pełni naturalne, a ucho ludzkie zaczyna odbierać je jako dźwięk dopiero po większym lub mniejszym urazie, to dlaczego przy leczeniu nie spróbować iść w drugą stronę? Mam tu na myśli skrzyżowanie skroniowo-potyliczne.
– Proszę o głos – powiedział Wolski, czując, że sprawy zabrnęły za daleko.
Wszystkie twarze słuchaczy skupiły się na nim. Dotychczasowy mówca wziął tak głęboki oddech, jakby stosował jedną z technik uspokajania się, po czym wykonał symboliczny gest ręka, okazując przyzwolenie na przerwanie monologu. Nie wyglądał jednak tak, jakby chciał na cokolwiek pozwalać, a już na pewno nie temu człowiekowi.
– Mówi pan, że cała dotychczasowa praca współczesnej medycyny akustycznej jest bezcelowa?
Mężczyzna o unikalnym kolorze oczu zaczerwienił się lekko.
– Nie, skądże. Nie to chciałem…
– Jeśli chodzi o propozycję pójścia „w drugą stronę”, to mam pewne wątpliwości. Czyż nie zna pan przypadku doktora Riddera? Nie słyszał pan o nim?
– Z całym szacunkiem, ale Doktor Ridder popełnił błąd w swoim rozumowaniu!
– I błędem byłoby nie wyciągnąć z tego wniosków, prawda? Elektrody w pobliżu skrzyżowania skroniowo-potylicznego. Toż to absurd! Czy wie pan, że ten eksperyment niemal nie doprowadził do szaleństwa pacjenta?
– Tak, ale…
– Jak wielkie ryzyko mógłby pan podjąć? Przecież tu chodzi o ludzi, o ich życie!
Wysoki mężczyzna przygryzł dolną wargę, po czym powiedział:
– Śmierć jednego człowieka może sprawić, że uzdrowimy miliony innych, proszę pana.
Po sali rozległy się szmery. Były mówca zignorował szyderczy ton Wolskiego i przerażone twarze innych zebranych. Nieugięcie brnął dalej w swoim podnieceniu:
– Pomyślcie tylko. Kilka drobnych testów odnośnie tej części mózgu może dać odpowiedzi, a wtedy wiele z nękających nas pytań zniknie! Nie mówię tu już o gotowej solucji na nadwrażliwość słuchową, zaburzenia równowagi i wszelkie paraliże umysłowe. Jeśli zadbacie o dyskrecję, to zapewniam was, panowie, że w przeciągu kilku miesięcy będę w stanie przygotować mój projekt. Wtedy…
– Zaraz, zaraz, niech pan przystopuje – Wolski zmienił ton głosu na ostrzejszy i bardziej stanowczy – Zdaje się, że nęka pana jakaś okropna dolegliwość związana z pamięcią, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt zapomnienia o przysiędze Hipokratesa?
Któryś z słuchaczy roześmiał się na tyle głośno, że mężczyzna, który nie tak dawno kontynuował swój monolog, zaczął szukać źródła tego dźwięku, nerwowo rozglądając się po sali.
– … poza tym istnieją lepsze metody niż ryzykowanie i muzykoterapia jest jedną z nich.
– Muzykoterapia nie daje żadnych rezultatów! – Wyższy rozmówca wrzasnął i przerażony swoją własną reakcją, zaczerwienił się jeszcze bardziej.
– To kwestia umiejętności doboru właściwych medykamentów i bodźców dźwiękowych – ocenił starszy mężczyzna, który wrócił na dawne miejsce wraz z oparami świeżo spalonej nikotyny. – Niech mi pan uwierzy, bo skoro jestem laryngologiem od ponad trzydziestu ośmiu lat, to chyba zasługuję na zaufanie?
– Tak, niewątpliwie, ale…
– Pan doktor ma rację – zauważył Wolski i skinął głową w kierunku uśmiechniętego starca. – Jeśli nie mają państwo nic przeciwko, to chciałbym przedstawić swoje własne doświadczenia odnośnie poruszonego tu tematu.
Mężczyzna o unikalnym kolorze oczu wyglądał na zbitego z tropu i niechętnie odsunął się pod ścianę, nieudolnie przepychając się przez stojących bliżej podestu ludzi. Miejsce dawnego entuzjazmu zastąpiła wściekłość. Stał z opuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami
Był zły.
– Nie jestem co prawda specjalistą, ale udało mi się pomóc trzem osobom, które zgłosiły się do mnie z problemem tinnitusa. Swoje badania zacząłem od pogłębienia zagadnień psychologii muzyki. Szybko okazało się, że wszelkie wspomagacze mózgu w postaci tajemniczych szumów nie tylko zwiększają percepcję czy zmniejszają stres, ale przede wszystkim stanowią dla ośrodka słuchowego coś nowego i co za tym idzie cała uwaga umysłu skupia się na jednym, konkretnym dźwięku. To zadziwiające, bo przecież zwykle jesteśmy w stanie ignorować tak wiele z odgłosów otoczenia! Po jakimś czasie wpadłem na pomysł wygenerowania białego szumu i kilku zmiennych tonów. Pacjenci odbyli dwanaście sesji, dodatkowo przyjmując zwykły magnez na zasadzie placebo. W skutek terapii nauczyli się nie tylko ignorować dźwięk wytwarzany przez ich własne umysły, ale także całą gamę innych, potocznie zwanych zdrowymi szumami…
– To genialne! – ocenił ktoś z rogu sali.
Właśnie w tym momencie mówca przyjrzał się dokładniej Adrianowi Wolskiemu.

***
Siedział przy biurku zaścielonym morzem na wpół zapisanych, białych kartek, równie bezużytecznych papierów i wycinków z gazet.
„ (…) Przełomowe odkrycie prof. Adriana Wolskiego może uchronić wielu pacjentów przed koniecznością amputacji kończyn i ryzykiem ataku serca.”, „Prof. Adrian Wolski podjął współpracę z Instytutem Farmakologii PAN i według najnowszych doniesień jest coraz bliżej stworzenia nowej generacji leków psychotropowych."
Odłożył pusty kubek po kawie na zabawną podkładkę i przetarł zmęczone oczy. Zignorował potrzebę snu.
„ Czy sztuczna inteligencja jest możliwa do stworzenia? Zdaje się, że tak, zapewnia prof. Wolski, drwiąc z niepodważalnego dotąd argumentu Lady Lovelace. Niestety, uczony nie chce na razie zdradzać szczegółów swojego projektu, ale, jak zapewnia, warto czekać na rozwój badań. ”
– Jak on na to wszystko wpadł? To przecież niemożliwe, do cholery! Nienaturalne, żeby jeden człowiek…
Wstał znad biurka i rozejrzał się po pokoju. Ktoś obcy, wchodząc tutaj, mógłby pomyśleć, że to istne sanktuarium poświęcone twórczości Wolskiego. Dosłownie wszędzie walały się jego artykuły, książki, zdjęcia; wszystko, cokolwiek tylko zdołał wydać, napisać i powiedzieć.
Człowiek w niebieskim swetrze uśmiechnął się do samego siebie, z wzruszeniem oglądając dorobek ostatnich kilku miesięcy wytężonej pracy. To gra warta świeczki i cel, dla którego warto było się poświęcić!
W końcu było kilka pytań, na które chciał odpowiedzieć i rachunek do wyrównania…

***
Dobiegała dwudziesta druga trzydzieści, gdy Adrian Wolski wracał z konwentu naukowego i zmęczonym krokiem wchodził na opustoszały parking. Marzył.
(Wystarczyło tylko znaleźć granatowego opla, dojechać do domu, wziąć gorącą kąpiel, wypić kubek kakao i położyć się sp…)
Chwyciło go silne, męskie ramię. Przez moment nie mógł złapać oddechu. Próbował wyzwolić się z uścisku, jednak oczy przesłoniła mu mgła. Nie widział już parkingu ani swojego wysłużonego samochodu. Nie zdążył się nawet obrócić. Nie poczuł, jak igła z Tiopentalem wbija mu się pod skórę.
Usłyszał tylko głos:
– Teraz zaśniesz.
Usłyszał głos i odpłynął, bezwładnie padając w ręce oprawcy.

***
Doktor Bielański, miejscowy neurochirurg, biegł na złamanie karku przez hol szpitalny. Prawie wpadł na drzwi sali. Miał odruchy wymiotne i kręciło mu się w głowie.
Gdyby nie kontrola drogowa! Gdyby nie ta pieprzona kontrola byłby tu wcześniej i to o całe trzydzieści dwie minuty! Zatrzymał się przy łóżku, na którym leżał Adrian Wolski.
Coś poszło nie tak. Bielański poczuł lodowate zimno i dziwny ucisk w żołądku. Złapał się metalowej poręczy. Powoli podnosił głowę. Dopiero po dłuższej chwili miał odwagę popatrzeć na anestezjologa i medyka sądowego. Dopiero po dłużej chwili zaakceptował ich obecność na sali.
– Reakcja źrenic na światło?
Pytanie Bielańskiego wyrwało mężczyzn z zamyślenia.
– Nie stwierdzono – odpowiedział jeden z lekarzy.
– Reakcja ruchowa na bodźcie bólowe?
– Nie stwierdzono – powtórzył mężczyzna o zmęczonej twarzy i podkrążonych oczach.
(To niemożliwe!)
– Odruchy po podrażnieniu gardła i tchawicy?
– Nie stwierdzono.
Bielański wziął głęboki oddech i uniósł dłoń obleczoną w białą, przylegającą do ciała rękawiczkę. Dotknął rogówki, ale powieki Wolskiego pozostały nieruchome.
(Nie! Nie mogłem się spóźnić!)
Bielański ignorował głosy kolegów i wykonywał kolejne, rutynowe badania. Próba kaloryczna, sprawdzanie ruchu gałek ocznych przy przekręceniu głowy na bok... Nie potrafił się pogodzić z hipotezą, która już dawno pojawiła się w jego umyśle. Odsuwał tę myśl na dalszy plan, wmawiając sobie, że jeszcze nie jest za późno.
– Niestety, wydaje nam się, że pień mózgowy został uszkodzony.
– Jakim cudem?!
Bielański wrzasnął na anestezjologa, a lekarz błyskawicznie odsunął się od niego.
– Podejrzewam zwykłe niedotlenienie, ale to sekcja pozwoli nam ustalić dokładny powód.
– Tak, ma pan rację. Przepraszam za zachowanie, ale jestem odrobinę… przemęczony.
Anestezjolog popatrzył na niego podejrzliwie.
– Kiedy ostatnio pan spał?
– A kiedy ostatnio nie było nagłych przypadków?
Doktor uśmiechnął się sztucznie, wskazując ręką na ciało Wolskiego.
Medyk sądowy zauważył, że Bielański ma bardzo oryginalny kolor oczu. Wręcz nie do określenia.

***
Siedział sam na sam z martwym mózgiem geniusza.
Wszystko poszło na marne. Cała praca, którą włożył w przygotowanie planu. Każdy dzień studiowania prac i analizowania zachowań.
Wszystko na nic.
Siedział sam na sam z mózgiem, ważącym całe 1,3 kilograma, z wyższą od przeciętnej liczbą komórek glejowych.
Mógł bawić się w dalsze badania, ale wiedział, że w ten sposób nie dowie się niczego.
Nie odpowie na żadne pytanie.
Siedząc sam na sam z martwym mózgiem przyznał, że nie rozwikła zagadki geniuszu, bo spóźnił się o całe trzydzieści dwie minuty i zamiast warzywa idealnego do eksperymentów, miał trupa.
I tak, siedząc sam na sam z martwym mózgiem, doktor Bielański usnął, bo potrzeba snu była silniejsza od goryczy porażki.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
O ja, fajne opowiadanie. Wcale nie takie przewidywalne, nie domyślilam sie że spóźniony lekarz to ten styrany ziom. Szacun za terminy i sformułowania medyczne i takie tam, niby obce, niektóre pierwszy raz usłyszane a mimo to rozumiane jak w dr haus.
Odpowiedz
#3
Zgodnie z poprawką do regulaminu Art. 2, Pkt. 15, z mocą nadaną mi przez Admina, przesuwam temat do Kosza.
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Kryminał Zawodowy morderca AR-ZARO 4 3,923 07-01-2013, 00:11
Ostatni post: grafomanka

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości