Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Gwiazdy
#1
–-–
Chyba musiałem się wyrzygać
–-–
                 Szczęk klucza, obracanego w zamku, przerwał przenikliwą nocną ciszę. Powietrze było lekkie i rześkie, a każdy oddech smakował jego świeżością. Zupełnie tak, jakby przyniosły ją opady chłodnego, letniego deszczu, jednak okolice nie uświadczyły go od co najmniej dwóch tygodni. Na nieboskłonie górował srebrzysty glob, a leżące nieopodal łąki, oddzielone od domu wąskim pasmem koryta płynącej wartko rzeki, zapraszały, by odkryć ich tajemnice, ukryte w unoszących się nad nimi aksamitnymi, delikatnymi obłokami letniej mgły.

                Zakręcił smyczką na palcu wskazującym, po czym włożył je do kieszeni spodni. Pociągając za klamkę, upewnił się, że zamknął drzwi wejściowe, choć doskonale wiedział, że o tej porze w tych okolicach nie zjawi się nikt, kto zechciałby nieuprawniony przekroczyć ich progi. Przeszedł przez podjazd i popchnął furtkę, która odwdzięczyła się cichym skrzypnięciem. Zamknąwszy ją za sobą, ruszył ścieżką prowadzącą od domu do starego, drewnianego mostku – najbliższego miejsca, umożliwiającego przekroczenie rzeki.
                Ta noc była wyjątkowa. Jego uszu dawno nie przenikała tak nieskazitelna cisza. Choć były to obrzeża miasta, zazwyczaj bez zbytniego wysiłku można było usłyszeć tiry i samochody, od czasu do czasu przejeżdżające przez położoną niedaleko trasę. Tym razem było inaczej. Wszystko dookoła było pogrążone w głębokim, cichym śnie. Jakby cały świat umilkł, zastygł w jednym momencie, w idealnej harmonii. Jedynie sporadyczne podmuchu chłodnego wietrzyku przerywały pozorny bezruch, przyjemnie głaszcząc skórę.
                Dla wielu byłoby to niezrozumiałe. Właściwie, kto o zdrowych zmysłach w środku nocy, zamiast spać lub opróżniać kolejną butlę etanolu, wybierał się na samotne spacerki? Uśmiechnął się lekko, zdając sobie sprawę, jak absurdalne byłoby to z perspektywy większości ludzi. Nie oczekiwał jednak zrozumienia. Już dawno przyjął do wiadomości fakt, iż, pomimo jego codziennej wesołości i towarzyskości, praktycznie żadna osoba, z którą świetnie się dogadywał na co dzień, nie potrafiłaby pojąć tego, co teraz nim kierowało. Świetnie odnajdywał się wśród ludzi, rozumiał ich potrzeby, dostrzegał przyczyny i  skutki nimi kierujące… Ale praktycznie nikt nie byłby w stanie pojąć tego, co kierowało nim w tym momencie.
                Każdy ma w sobie cząstkę, skrzętnie ukrywaną przed większością. Ten ukryty w najgłębszej otchłani serca element, który, choć znacząco wpływa na to, kim się naprawdę jest, nie jest przeznaczony do ujrzenia światła dziennego.
                Każdy, czy tylko on?
                Zabawne, jak bardzo rozumiał ludzi, którzy nie byli w stanie pojąć tego, kim on naprawdę jest. Ludzi, kochających lub nienawidzących go za jego skorupę.
                Krocząc ścieżką, ograniczoną z obu stron morzami wysokiej trawy i oceanami różnobarwnych kwiatów, w końcu dotarł do niewielkiego wzgórza – ostatecznego celu swojej wędrówki. Klifu, nieśmiale górującego nad bezkresem zielonych wód, podmywających jego podnóża. Wspiął się po jego łagodnym, porośniętym drobnymi krzewami zboczu, po czym usiadł na jednym z dwóch niewielkich kamieni, znajdujących się na szczycie.
                Uniósł wzrok w górę, ku czystemu niebu, upstrzonemu błyszczącymi z oddali gwiazdami i majestatycznie górującej nad nimi pełni księżyca. Nie znał piękniejszego widoku niż ten i podejrzewał, że choćby zrealizował jedno z wielu swoich marzeń – objechanie całego świata dookoła – górująca nad światem nieskończoność byłaby nierozłącznym towarzyszem każdego jego wieczoru. Zapalił papierosa, a wydobywający się z niego siwy dym leniwie unosił się w górę.
                Próbował objąć wzrokiem piękno roztaczającego się przed nim krajobrazu. On sam, przyjemnie odprężony przez rozchodzącą się w krwioobiegu nikotynę, naprzeciw płynących w dole chmur i jaśniejących w górze gwiazdozbiorów.
                Uwielbiał to miejsce. Dzięki spędzaniu w nim czasu miał wrażenie obcować z czymś większym, potężniejszym od niego, niezauważanym w codziennym wyścigu za codziennymi sprawami. Sprawami, które w tym momencie wydawały się zupełnie nieistotne, jakby majaczące gdzieś w oddali, na drugim lub dalszym planie. A może nie miały one w ogóle najmniejszego znaczenia, a były jedynie iluzją, stworzoną przez ludzkie wady?
                Perseusz. Kasjopeja. Andromeda. Wielka Niedźwiedzica. Orion. Dla reszty jedynie chaotyczny zlepek przypadkowych punkcików, zupełnie nieważnych w obliczu dokonywania wyboru sukienki na najbliższą imprezę czy nowego modelu butów. Nie dla niego. Widział w nich wieczność, bezkres, absolut… Widział w nich przeszłość, ludzi, którzy żyli tysiące lat przed nim, a mimo to również kierowali na nie swój wzrok, szukając odpowiedzi na trapiące ich pytania, czegoś, co pomogłoby zrozumieć sens ich codziennej gonitwy i nieustannego poczucia odmienności od społeczeństwa. Wędrowców, którzy tylko w nocy, widząc krystaliczny nieboskłon, mogli zrzucić swoje brzemię, skorupę, maskę, przyszytą im już w momencie narodzin, wrzynającą się głęboko w skórę, nieustannie ją raniąc… A co gorsza, mających świadomość, że nikt lub niewielu jest w stanie dostrzec powodowany tym ból, do którego przyzwyczajają nas upływające, zlewające się ze sobą lata.
                Widział historie antycznej księżniczki, myśliwego, herosa, postaci, które swoimi dokonaniami zasłużyły na uwiecznienie w wiecznym panteonie. I widział tam siebie.
                Nie potrafił powiedzieć, dlaczego. Nie potrafił określić, po co. Czuł, że tam jest jego miejsce, że to, że tu jest, to, że dostrzegał więcej, niż inni, ma swój konkretny cel.
                A mimo to, bał się. Bał się, że skruszy go bezlitosna codzienność, wyrywająca sny wraz ze szczęściem. Nienawiść,  ból, które go dusiły, niszczące w nim wrażliwość, przysłaniające mu właściwą drogę. Wszystkie sprzeczne emocje, konwenanse, które go więziły, nie pozwalając na odsłonięcie prawdziwej części siebie, okalających jego umysł wstydem… Były jak tworzywa, idealne do wytworzenia nowej maski.
Ale… wszystkie pytania, które towarzyszyły mu od najmłodszych lat, ciekawość, która popychała go do różnych miejsc, sytuacji. Do spoconych dłoni dilerów, przekazujących mu woreczki z uszczęśliwiającymi substancjami. Do zawierania najbardziej nietypowych znajomości, do odbywania najdziwniejszych wędrówek, do poszukiwania najbardziej nieuchwytnych odpowiedzi. Do popełniania najgorszych błędów, podejmowania najgłupszych decyzji. Niczego nie żałował. To właśnie one sprawiały, że był tym, kim był. I właśnie te poszukiwania własnego, indywidualnego sensu, patrzenia na świat dawały mu namiastkę szczęścia, ograniczały duchotę wprowadzaną przez ciasną skorupę. Dawały mu oddychać. Dawały mu żyć.
                   Zawsze szukał czegoś więcej, jednak nigdy właściwie nie wiedział, czego. I to również przynosiło mu cierpienie. Jak znaleźć odpowiedzi na pytania, których nie da się właściwie sformułować, a da się je jedynie… czuć?
                Gorzkie łzy napłynęły do jego oczu. Czasami wątpił w to, że istnieją jakiekolwiek pytania.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(13-12-2015, 03:09)Coolerini napisał(a): Szczęk klucza,(zbędny przecinek) obracanego w zamku, (zbędny przecinek) przerwał przenikliwą nocną ciszę. (...) zapraszały, by odkryć ich tajemnice, (zbędny przecinek) ukryte w unoszących się nad nimi aksamitnymi, delikatnymi obłokami letniej mgły.

                Zakręcił smyczką na palcu wskazującym, po czym włożył je (Zakładam, że mowa o kluczach, ale poprzednie długie zdanie było o czymś zupełnie innym, więc zamiast "je" potrzebny jest konkretny podmiot, żeby wszystko było jasne) do kieszeni spodni.

 Zamknąwszy ją za sobą, ruszył ścieżką prowadzącą od domu do starego, drewnianego mostku – najbliższego miejsca,(zbędny przecinek) umożliwiającego przekroczenie rzeki.
 Choć były to obrzeża miasta, zazwyczaj bez zbytniego wysiłku można było usłyszeć tiry i samochody,(zbędny przecinek) od czasu do czasu przejeżdżające przez położoną niedaleko trasę.

Jedynie sporadyczne podmuchu(y) chłodnego wietrzyku przerywały pozorny bezruch, przyjemnie głaszcząc skórę.
        Właściwie,(zbędny przecinek) kto o zdrowych zmysłach w środku nocy, zamiast spać lub opróżniać kolejną butlę etanolu, wybierał się na samotne spacerki?

  Już dawno przyjął do wiadomości fakt, iż, (zbędny przecinek) pomimo jego codziennej wesołości i towarzyskości,(zbędny przecinek) praktycznie żadna osoba, z którą świetnie się dogadywał na co dzień, nie potrafiłaby pojąć tego, co teraz nim kierowało.
                Każdy ma w sobie cząstkę, (zbędny przecinek) skrzętnie ukrywaną przed większością.
                Każdy,(zbędny przecinek) czy tylko on?
Ludzi,(zbędny przecinek) kochających lub nienawidzących go za jego skorupę.
                Krocząc ścieżką, (zbędny przecinek) ograniczoną z obu stron morzami wysokiej trawy i oceanami różnobarwnych kwiatów, w końcu dotarł do niewielkiego wzgórza – ostatecznego celu swojej wędrówki. Klifu, (zbędny przecinek) nieśmiale(nieśmiało) górującego nad bezkresem zielonych wód, (zbędny przecinek) podmywających jego podnóża. Wspiął się po jego łagodnym, porośniętym drobnymi krzewami zboczu, po czym usiadł na jednym z dwóch niewielkich kamieni, (zbędny przecinek) znajdujących się na szczycie.
                Uniósł wzrok w górę(Unieść coś można wyłącznie w górę – masło maślane), ku czystemu niebu, (zbędny przecinek) upstrzonemu błyszczącymi z oddali gwiazdami i majestatycznie górującej nad nimi pełni księżyca.
On sam, (zbędny przecinek) przyjemnie odprężony przez rozchodzącą się w krwioobiegu(krwiobiegu) nikotynę, naprzeciw płynących w dole chmur i jaśniejących w górze gwiazdozbiorów. (Zdanie super hiper, ale gdzie jest w nim orzeczenie?)
Dzięki spędzaniu w nim czasu miał wrażenie obcować(obcowania) z czymś większym, potężniejszym od niego, niezauważanym w codziennym wyścigu za codziennymi sprawami. Sprawami, które w tym momencie wydawały się zupełnie nieistotne, jakby majaczące gdzieś w oddali, (zbędny przecinek) na drugim lub dalszym planie. A może nie miały one w ogóle najmniejszego znaczenia, a były jedynie iluzją, (zbędny przecinek) stworzoną przez ludzkie wady?
                Wędrowców, którzy tylko w nocy, widząc krystaliczny nieboskłon, mogli zrzucić swoje brzemię, skorupę, maskę, (zbędny przecinek) przyszytą im już w momencie narodzin, wrzynającą się głęboko w skórę, nieustannie ją raniąc…
  Czuł, że tam jest jego miejsce, że to, że tu jest, to, że dostrzegał więcej, (zbędny przecinek) niż inni, ma swój konkretny cel.
                A mimo to, (zbędny przecinek) bał się.(Unika się zostawiania "się" na końcu zdania) Bał się, że skruszy go bezlitosna codzienność, (zbędny przecinek) wyrywająca sny wraz ze szczęściem.

Były jak tworzywa, (zbędny przecinek) idealne do wytworzenia nowej maski.

Do spoconych dłoni dilerów,(zbędny przecinek) przekazujących mu woreczki z uszczęśliwiającymi substancjami.

I właśnie te poszukiwania własnego, indywidualnego sensu, patrzenia na świat(przecinek) dawały mu namiastkę szczęścia, ograniczały duchotę wprowadzaną przez ciasną skorupę.


Prawdę mówiąc, trudno mi powiedzieć o tym tekście coś więcej, jak zresztą o większości miniaturek, które mam okazję czytać. Napisany jest bardzo bogatym w opisy językiem, bo w sumie sam w sobie jest jednym wielkim opisem. Czytało się nieźle, nie miałam problemów z odbiorem nawet dłuższych zdań. Niemniej umyka mi dokładny sens tego, co chciałeś przekazać tą miniaturką. Może to twoje własne doświadczenia, sądząc po zdaniu, które widnieje przed tekstem, może to coś innego... Niby czuję, o co tutaj chodzi, ale nie mogę mieć pewności, skoro nawet bohater tego kawałka jej nie ma.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości