Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Dom pośród gwiazd – Hibernatus
#1
Wielu może pamięta mój poprzedni projekt o podobnej nazwie. Śpieszę zatem wyjaśnić, że tamten nie będzie kontynuowany – uniwersum, które tam stworzyłem, zbyt mnie ograniczało. Prezentuję zatem nową odsłonę.

Opowiadanie w formacie epub



I — Przypadek nr 2376

Życie na Deitrox-27 było nudne jak flaki z olejem. Czasem zdawało się, że jest to planeta zapomniana przez wszystkich. Z drugiej strony wielu ceniło sobie spokój, jaki tu panował.
Planetę zamieszkiwały dwie rasy: Lateminów i Seratów. Latemini przypominali ludzi, mieli jednak czerwone oczy. Byli rodowitymi mieszkańcami Deitrox-27, dumnymi i pracowitymi. Natomiast Seraci bardziej już odbiegali wyglądem od człekokształtnych. Przede wszystkim mieli cztery nogi i cztery ręce, zielony kolor skóry i podłużną głowę. Ich rodzima planeta stała się zbyt ciasna, więc zaczęli emigrować na inne. Spora grupa trafiła na Deitrox i tak im się tu spodobało, że po trzystu latach stanowili jakieś dwadzieścia procent społeczeństwa. Byli silniejsi od Lateminów, ale nigdy z tego powodu nie próbowali nad nimi górować. Z czasem powstały miasta, w których to oni wiedli prym — mieszkania, urzędy, transport miejski i temu podobne były dostosowane do ich potrzeb. Ale nie stanowiły zamkniętych rejonów, wręcz przeciwnie, chętnie gościli Lateminów ciekawych ich stylu życia. Spora część Seratów wolała jednak mieszkać wspólnie z Lateminami. Miało to dobre i złe strony, ale rozważanie teraz wszystkich aspektów takiej koegzystencji zajęłoby zbyt wiele czasu i na dłuższą metę nie ma sensu. Istotne jest to, że obie te rasy żyły w jakiej takiej zgodzie.
Nad Krausdon, jednym z wielu miast, powoli zapadał mrok i gwar z minuty na minutę przegrywał z ciszą nocy. W małym mieszkaniu na piętrze migotał plazmowy telewizor z ekranem na całą ścianę, rzucając bladą poświatę na wnętrze pokoju. Spiker z przejęciem relacjonował wydarzenia minionego dnia, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Nikt nie oglądał wieczornych wiadomości i jedynie otwarta butelka z czymś, co przypominało piwo, zdradzała obecność gospodarza, który brał w tej chwili prysznic w przyległym pomieszczeniu. Z łazienki nie dobiegał jednak żaden odgłos z wyjątkiem szumu natrysku i plusku wody uderzającej o dno brodzika.
Młody mężczyzna, Latemin, zakręcił w końcu wodę i wyszedł z kabiny prysznicowej. Zanim jednak zaczął się wycierać ręcznikiem, spojrzał na swoje odbicie w dużym lustrze nad umywalką i z zadowoleniem ocenił swój wygląd. Uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: „Witaj, ciasteczko”. Był średniego wzrostu, czerwone tęczówki jego oczu wyglądały jak mała pestka liczi. Zaczesał do góry krótko przystrzyżone, czarne włosy. Ubrany jedynie w slipy wszedł do pokoju. Poczuł nieprzyjemny chłód, więc podszedł do okna, by je zamknąć.
— Wystarczy tego wietrzenia — burknął pod nosem, przekręcając klamkę.
Usiadł na łóżku i wziął do ręki pilota. Zaczął przeskakiwać z kanału na kanał, szukając interesującego go programu. W końcu natrafił na coś, co sprawiło, że odłożył pilota i sięgnął po butelkę z piwem. Pociągnął kilka łyków, opróżniając ją do końca.
— Cholera, mogłem kupić dwie — powiedział poirytowany.
Zrezygnowany wsunął się pod kołdrę. Lubił zasypiać przy włączonym telewizorze, ale dziś niestety nie było mu to dane. Leżący obok pilota komunikator zaczął wibrować i wygrywać dość irytujący zestaw dźwięków. Powolnym ruchem sięgnął po urządzenie i odebrał połączenie.
— Słucham — rzekł spokojnie.
Saverix, przyjedź do pracy. Potrzebuję twojej pomocy — usłyszał w słuchawce.
— Chyba cię pogięło, stary. O co chodzi? — zapytał lekko zdenerwowany.
To nie jest rozmowa na telefon. Mam duży problem. — Przeciągnął przy tym wyraz „duży”, chcąc podkreślić powagę sytuacji. Ton jego głosu również wskazywał, że nie żartuje.
— Coś ty tam zrobił?! — powiedział Saverix przez zaciśnięte zęby.
Błagam. Przyjedziesz?
— Hmm… Mogę przyjechać najszybciej za… pół godziny — stwierdził z ociąganiem i zakończył połączenie, nie czekając na reakcję rozmówcy.
Saverix był doktorem chirurgii ogólnej, zaliczył też podstawowy kurs uzupełniający z medycyny paliatywnej. Obecnie większość czasu spędzał jako rezydent w miejscowym instytucie. Nie znosił pracy po godzinach, ale nie mógł odmówić swojemu przyjacielowi, którego znał jeszcze ze studiów.
Stał przez chwilę z komunikatorem w ręku. W końcu rzucił go na łóżko i zaczął się ubierać. Czarne spodnie fakturą przypominające zamsz, bluza z golfem i marynarka mogąca być kompletem do spodni. Wsadził komunikator do kieszeni i wyszedł, zatrzaskując drzwi. Zszedł szybko schodami na tył budynku, gdzie stał jego samochód. Dziesięcioletni Flamen-113 wciąż dobrze się prezentował. Jego czerwone nadwozie i aluminiowe, siedmioramienne felgi błyszczały jak nowe. Otrzymał go w prezencie od rodziców, gdy dostał się na studia.
Wsiadł do środka, włożył kluczyk do stacyjki i przekręcił — celitronowy silnik odpalił na pyknięcie. Ustawił dźwignię kierunku jazdy w pozycji „przód” i powoli wyjechał przez wąską bramę na opustoszałą ulicę. Dopiero tutaj potraktował samochód bardziej stanowczo, wyciskając z silnika wszystkie zapasy mocy. Szybko nabierał prędkości, by przed skrzyżowaniem ostro hamować, zmuszając pojazd do zastosowania odwróconego ciągu. Minął ze cztery skrzyżowania i dotarł pod bramę, nad którą widniał dumny napis: Instytut Krioniki i Hibernacji. Zatrzymał się przy budce strażnika, zgasił silnik i wyszedł z samochodu. Zbliżył się do małego okienka, w którym pokazała się głowa pracownika ochrony.
— Słucham, o co chodzi? — zapytał ochroniarz. Saverix wyjął swój identyfikator i podsunął mu pod nos. — Ach tak, jasne. Co to, nocny dyżur się trafił?
— Szkoda gadać — odpowiedział wymijająco Saverix. Strażnik machnął tylko ręką, wziął formularz i wpisał w odpowiedniej rubryce nazwisko Saverixa, a po dopełnieniu wszystkich formalności uruchomił silnik otwierający bramę. Saverix wsiadł do samochodu, wjechał na teren zakładu i zatrzymał się przed samym wejściem do budynku. Za przeszklonymi drzwiami czekał już na niego Kradol — przyczyna całego zamieszania. Chociaż poznali się na studiach, kończyli różne specjalizacje. Kradol był chirurgiem plastykiem.
— Dzięki, że przyjechałeś — przywitał go w progu.
— No, też się cieszę — odpowiedział ironicznie Saverix. — Może wreszcie mi powiesz, o co chodzi?
— A, nic takiego — odparł podniesionym głosem, gdy mijali jakąś starszą kobietę, zapewne również pracującą na nocnej zmianie. Skręcili w boczny korytarz.
— Miałem mały wypadek — powiedział ciszej Kradol, prowadząc przyjaciela do windy. — Przeglądałem kartoteki hibernatów, klasyfikując ich do późniejszych zabiegów kosmetyki pooperacyjnej. Przenosiłem sarkofagi, by ustawić je w odpowiedniej kolejności. Nie wiem, jak to się stało, ale jeden z eksponatów uległ uszkodzeniu…
— Tak, sam się uszkodził — przerwał mu Saverix, wsiadając do windy. Wcisnął guzik z napisem „-1” i spojrzał na towarzysza. — Sarkofagi są raczej odporne na uszkodzenia — stwierdził.
Miał rację. Hibernaci byli zatopieni w karbonicie, który w formie roboczej był twardy jak skała.
Zjechali windą o jedną kondygnację niżej, wysiedli i ruszyli korytarzem.
— Źle się wyraziłem… Hibernat uległ uszkodzeniu, bo… wysmyknął mi się jakoś z chwytaka.
Saverix zatrzymał się na chwilę i spojrzał na przyjaciela.
— Zdolny jesteś, nie ma co.
— To nie moja wina. Te szczypce chwytaka...  — Kradol zaczął machać rękami, próbując pokazać na migi całą sytuację. Jego przyjaciel nic jednak z tej gestykulacji nie rozumiał, ale na szczęście dotarli właśnie do laboratorium i weszli do środka.
Saverix zatrzymał się osłupiały, gdy ujrzał, że na środku pomieszczenia na podłodze leżał sarkofag, a w środku znajdował się ciemnobrunatny blok. Zajrzał do środka przez przeszklone wieko. Jeden z rogów był wyraźnie nadpęknięty.
— Trochę się odłamało — dokończył relację Kradol.
— Widzę. Przeprowadziłeś skanowanie? — Tamten tylko pokiwał głową. — I co?
— Odłamana część na wysokości kości piszczelowej. Może da się to jakoś skleić? — zaproponował Kradol.
— No pewnie — odpowiedział mu Saverix z ironią w głosie. — Posmaruj obie części klejem fibrynowym, ściśnij oba elementy na dziesięć sekund i gotowe. — Spojrzał z politowaniem na Kradola. — Ty debilu, to nie jest żywa tkanka, tylko bryła lodu! — wrzasnął. — Myślisz, że nikt nie zauważy, jak po odmrożeniu noga mu odpadnie?
— Ale…
— Lepiej w ogóle się nie odzywaj. Muszę pomyśleć. — Zapadło milczenie.
Saverix zaczął chodzić po pomieszczeniu, oglądając wszystko badawczym wzrokiem.
— Takie coś w ogóle nie powinno się stać. Karbonit pękł, a szklane wieko nie. Może pęknięcie nastąpiło wcześniej? Sarkofag nie ma nawet ryski. — Chodził wkoło eksponatu, oglądał go z każdej strony i na głos przeprowadzał analizę. W końcu zatrzymał się i powiedział:
— Dobra, odstaw go na miejsce.
— Tak, jak jest?
— Nie, nogę weź sobie na pamiątkę — odparł drwiąco. — Nie zadawaj głupich pytań, tylko rób, co ci mówię.
Kradol uruchomił robota, za pomocą którego podniósł sarkofag i odstawił na odpowiednią półkę. Saverix tymczasem usiadł przy komputerze i zaczął przeglądać elektroniczne dokumenty. Zaczął wpisywać coś za pomocą klawiatury.
— Co robisz? — zapytał Kradol.
— Zmieniam wpisy w karcie twojego nieszczęsnego eksponatu. — W jednej z rubryk wprowadził zapis: „Eksponat 2376 uszkodzony. Prawdopodobna przyczyna: ukryta wada materiału chłodniczego”. W dodatkowym okienku opisał krótko owe uszkodzenia.
— I co? To wszystko?
— Uspokój się wreszcie, bo blady jesteś jak ściana. Takie rzeczy się zdarzają.
— Ale dlaczego akurat mnie?
— Bo masz pecha? — Saverix po raz pierwszy od momentu przyjazdu uśmiechnął się. — Stare przysłowie mówi: Jakby Latemin wiedział, że się przewróci, to by się położył. Ale powiedz mi tak szczerze: po jaką cholerę bierzesz te nocne dyżury?
— Potrzebuję forsy. Chcę kupić sobie porządny wóz.
— Kosztem zdrowia? Może ten dzisiejszy wypadek jest wynikiem przemęczenia. Pomyślałeś o tym?
— Już niewiele mi brakuje. Jeszcze ze dwie, trzy nocki…
Kradol bagatelizował problem, ale zamilkł, zobaczywszy pochmurną minę Saverixa. Dostrzegł wreszcie, że przyjaciel naprawdę się o niego martwi.
— Stanie się coś, jak kupisz sobie ten samochód tydzień później? — padło kolejne pytanie.
Kradol westchnął tylko i usiadł ciężko w fotelu. Saverix miał rację — to zabrnęło za daleko.
— Chodź. Powyłączaj to wszystko i zawiozę cię do domu.
Chwilę później obaj wracali windą na parter. O ile na niższej kondygnacji nikogo poza nimi nie było, tutaj co chwilę kogoś mijali, jednak nikt nie zwracał na nich uwagi.

***

Rok później. Instytut Krioniki i Hibernacji.

Upał dawał się we znaki wszystkim. Od miesiąca nie spadła ani jedna kropla deszczu, ale trudno było spodziewać się opadów, skoro na niebie nie było żadnej, choćby najmniejszej chmurki. Noc również nie przynosiła ulgi z temperaturami powyżej dwudziestu dwóch stopni, a świt zwiastował jedynie kolejny dzień „zlany potem”. Saverix cieszył się, gdy przekraczał próg instytutu — w odróżnieniu od wynajmowanego mieszkania tu była klimatyzacja. Jednak tego dnia przeczuwał, że wydarzy się coś złego. Ta myśl nie dawała mu spokoju i nie pozwalała rozkoszować się przyjemnych chłodem. Niepewnym krokiem w białym kitlu wszedł na oddział operacyjny.
— Witam pana doktora. Jak tam, gotowy do przeprowadzenia zabiegu? —  usłyszał na wejście.
— Dzień dobry, panie profesorze. Co dziś mamy ciekawego? — zapytał Saverix.
— Proszę, oto karta pacjenta. — Profesor podał mu palmtop z otwartym plikiem dotyczącym omawianego przypadku.
Młody doktor zaczął czytać na głos:
— Eksponat 2376. — Saverixa przeszył prąd. Jego przeczucia się spełniły. W ciągu jednej sekundy przeleciały mu w umyśle wszystkie obrazy sprzed roku, jednak nie dał po sobie niczego poznać i czytał dalej: — Rekonstrukcja lewej nogi jedenaście centymetrów poniżej kolana.
Saverix oddał palmtopa i spytał, ironizując:
— To co? Rozmrażamy go i składamy do kupy?
— Hmm… — Profesor uśmiechnął się delikatnie. — Można tak powiedzieć. Mamy w komputerze profil jego DNA, więc miesiąc temu zaczęto wytwarzać niezbędny zapas tkanki, aby połączyć obie części kończyny… A pacjent jest już rozmrożony i czeka na pana. — Zaśmiał się. — Chociaż „czeka” to za dużo powiedziane, bo jest w śpiączce farmakologicznej.
Rozebrali się i weszli do komory sterylizacyjnej, w której wzięli prysznic jonowy i pobrali wysterylizowane radiacyjnie kombinezony. Tak przygotowani przeszli na blok operacyjny i stanęli z profesorem po przeciwnych stronach stołu. Pozostała część zespołu operacyjnego, czyli instrumentariuszka, anestezjolog i pielęgniarka, już na nich czekała.
— Od czego zaczniemy? — spytał profesor.
— Połączymy śrubami kości. Później zestawimy naczynia krwionośne. Na końcu mięśnie, ścięgna i połączenia nerwowe — powiedział Saverix.
— Świetnie. No to zaczynajmy.
Zabieg trwał pięć godzin. Wszystko zostało spięte, związane i zszyte, oczywiste jednak było, że będzie paskudna blizna. Tym jednak zajmie się oddział chirurgii plastycznej. Saverix zdjął zakrwawione rękawiczki i wyrzucił do kosza na odpadki medyczne.
— Bardzo dobrze panu poszło — pochwalił go profesor. — Która to pana samodzielna operacja?
— Szósta, a z panem profesorem druga.
— Świetnie. Asystowanie przy pańskich zabiegach to czysta formalność.

***

Ambulans po drugiej stronie miasta.

— Wieziemy rannego w wypadku drogowym — mówił jeden z sanitariuszy przez radionadajnik. — Do którego szpitala mamy jechać?
— Jakie obrażenia?
— Nieprzytomny, ale stabilny. Rana cięta prawego ramienia i zmiażdżona lewa stopa. Nie da się jej uratować, więc trzeba będzie amputować. Pacjent to Kradol Barexiv, lekarz chirurgii plastycznej.
— Wieź go do 37-11. Powiadomię ich, by przygotowali się do operacji.
Odwiesił mikrofon i złapał obiema rękami kierownicę. Dźwięk koguta torował mu drogę przez zakorkowane miasto. Ratownik siedzący z tyłu zajmował się poszkodowanym — zmieniał opatrunek na ramieniu pacjenta i podłączał kroplówkę.
— Uwaga, zakręt w lewo! — krzyknął kierowca, ostrzegając swego kolegę. Ten złapał się uchwytu, a karetka przechyliła się lekko na prawy bok. Po chwili jednak ambulans znów jechał prosto, więc wszystko wróciło do normy. Jeszcze kilka skrzyżowań i podjechali pod izbę przyjęć, gdzie na podjeździe czekali już na nich dwaj sanitariusze, którzy otworzyli tylne drzwi karetki i pomogli w przetransportowaniu rannego na oddział operacyjny.
Dwie godziny później Kradol był już po zabiegu i leżał na sali. Powoli dochodził do siebie. Rana na ramieniu nie była zbyt groźna — wystarczyło raptem dwanaście szwów. Gorzej z nogą. Odcięto ją w połowie kości piszczelowej i założono na kikut metalowy cylinder, z którego wychodziły różnobarwne kable. To urządzenie miało za zadanie utrzymywać ranę w należytej czystości, nie dopuszczając do jej zarastania. Podtrzymanie tkanek w ciągłej aktywności zapewniało później łatwiejszą implantację sklonowanej kończyny.
Gdy Kradol otworzył oczy, zobaczył Saverixa, który stał przy jego łóżku.
— Popatrz, na co mi przyszło. — Kradol wskazał na nogę. — Wystarczył moment nieuwagi i… pół roku wyrwane z życiorysu.
— Jak nie chcesz czekać, daj się zamrozić — odpowiedział ironicznie. — Wtedy szybko zleci.
— Cha, cha, cha. Bardzo śmieszne — odburknął Kradol.
— A tak przy okazji zamrażania… Pamiętasz eksponat 2376? — Było to raczej retoryczne pytanie. Ten numer długo śnił mu się po nocach. — Wyobraź sobie, że dziś go operowałem… Co za ironia losu. Ty gościowi odrąbałeś nogę, dzisiaj tobie ją odrąbali. — Saverix był wyraźnie zadowolony z tego dowcipnego komentarza.
— Widzę, że się dobrze bawisz.
— To karma, chłopie.
— W takim razie musisz przyznać, że dziś spłaciłem losowi swój dług. — Obaj zaczęli się śmiać, ale już po chwili zapadła cisza. Po kilkunastu sekundach Kradol w końcu powiedział:
— Dziękuję, że mi wtedy pomogłeś.
— Nie ma sprawy. Jak mógłbym postąpić inaczej. A swoja drogą, zobacz: tak chciałeś wtedy nowy samochód, a dziś przez niego wylądowałeś w szpitalu.
Obaj na chwile się zadumali.
—  Potrzebujesz czegoś? —  spytał w końcu Saverix. —  Coś ci przynieść?
— Kawę z automatu.
— Dobra. Zaraz wracam — powiedział, wychodząc z sali.
Kradol spojrzał na kikut i na urządzenie. Za dwa dni wypiszą go ze szpitala i będzie poruszał się na wózku z tym „ustrojstwem”. Za kilka miesięcy implantacja, a potem z miesiąc rehabilitacji. Chyba pojedzie na ten czas do swoich rodziców. Od wielu lat obiecał im przecież, że ich odwiedzi, ale nigdy nie miał na to czasu. Teraz nadrobi wszystkie takie zaległe obietnice.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
Ciekawe opowiadanie. Podoba mi się ta zwyczajność ich życia. Postawiłeś dosyć wyraźną puentę, jakby to była seria krótkich historyjek, a nie jedno, długie opowiadanie. Tym bardziej jestem ciekaw tego, jak to się wszystko potoczy, jeżeli to faktycznie będzie jedno, długie opowiadanie. :)

Tutaj jest dziwny odstęp w tekście:
"— To nie moja wina. Te szczypce chwytaka...  — Kradol zaczął machać rękami, próbując pokazać na migi całą sytuację. Jego przyjaciel nic jednak z tej gestykulacji nie rozumiał, ale na szczęście dotarli właśnie do laboratorium i weszli do środka."
Odpowiedz
#3
Czytając na początku o planecie i dwóch rasach miałem wrażenie, że nawiązujesz do polityki mulikutli, o jej zwolennikach i przeciwnikach :P (wiem głupie :D)
Opowiadanie bardzo ciekawe i przyjemne. Oby tak dalej :D
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#4
@Artur – dobrze wyczułeś: Na początku miała być miniaturka, ale za bardzo się spodobała i były głosy, by zrobić kontynuację :) Udało mi się to zrobić, dodając dwa lub trzy rozdziały, a potem się urwało, bo miniatura była osadzona w konkretnym miejscu i czasie – na dłuższą metę to mnie ograniczało. Tutaj dokonałem zmiany uniwersum, ale akcji starałem się nie zmieniać. Zobaczymy, co będzie dalej.

@marookko – o ile nie mam uprzedzeń do innych ras i narodowości, to już daleki jestem od akceptowania wszystkiego: innych religii, seksualności (a raczej dewiacji seksualnych) itp. Dostrzegam bowiem różnicę między akceptacją a tolerancją. Ale nie o tym będzie powieść. Wielość ras będzie jednak nieodzownym elementem tego nowego uniwersum.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#5
Nie bardzo rozumiem. Miniatura była osadzona w konkretnym miejscu i czasie, jednak poza tym miejscem muszą istnieć inne, bardzo od niego różne. Tamta chwila miała swoją niekończącą się przeszłość i prowadzi do przyszłości, której nikt nie potrafi przewidzieć.

Cieszę się jednak, że znalazłeś rozwiązanie. Tamtego opka nie czytałem, więc to będzie dla mnie świeże.
Odpowiedz
#6
:) Nie uważasz, że Sosnowiec w pierwszej połowie XXI w. jest zbyt konkretnym miejscem i czasem? Coś, co było dobre dla miniatury, dla fabularnej powieści SF jest sznurem na szyi. Owszem, można było poszerzać bazę o przeszłość i przestrzeń, ale bardzo łatwo wtedy wpaść w banał i przesadę. Tworząc przeszłość, narażamy się na niezgodność z faktami historycznymi. Gdy pisałem "Drogę do domu", musiałem sprawdzać wiele rzeczy: stroje, pojazdy, wydarzenia, osoby itp.
Teraz jest to wymyślona lokalizacja w nieznanym czasie.
Tamtego opka chwilowo nie ma na forum (problem z implantacją danych do nowego forum).
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Sosnowiec... nie mam więcej pytań. :)
Odpowiedz
#8
(10-12-2015, 23:33)StuGraMP napisał(a):
I —  Przypadek nr 2376

 Był średniego wzrostu, czerwone tęczówki jego oczy (oczu) wyglądały jak mała pestka liczi, krótko przystrzyżone, czarne włosy zaczesał do góry. 

Zrezygnowany wsunął się pod kołdrę i kontynuował oglądanie programu na leżąco.(z tej części zdania bym zrezygnowała, gdyż następne sugeruje, że oglądał dalej tv) Lubił zasypiać przy włączonym telewizorze, ale dziś niestety nie było mu to dane. Leżący obok pilota telefon komórkowy zaczął wibrować i wygrywać dość irytujący zestaw dźwięków. 

Tak, życie bywa zaskakujące. Ja nawet wierzę w to, że dobro i zło zawsze się bilansuje na zero. Pamiętam ten tekst. Świetnie, że zabrałeś się za to i zamierzasz wziąć zamach na coś dużego. Masz talent do pokazania zwyczajności w niezwykłych okolicznościach. Nie ma w tym nadęcia wielkiego sci-fi z bohaterami uzbrojonymi w super artefakty. Zwykli ludzie, lekarze, przyjaciele, pokazani w dość niekomfortowej sytuacji. Trochę się domyślam, w jakim kierunku to ruszy, choć mogę się mylić. Jak zwykle u ciebie, lekki styl, normalność dająca przyjemność czytania. Czekam na rozwój sytuacji i mam nadzieję, że będziesz dryfował w stronę, o której myślę :)
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#9
Mrau.
Naprawdę solidny kawałek, Stu :3 Cieszę się, że podjąłeś na nowo Hibernatusa, bo to był świetny tekst, szczególnie w sci-fi, gdzie jest mało ruchu. Czekam, aż pojawi się większa rozbieżność względem poprzedniej wersji, ale już teraz daje łapkę w górę :D
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#10
Przeczytałem i daję łapkę w górę :3.
–"We are leaves in the wind. Where will we fall? Nobody knows."
-Nadejdzie czas, kiedy zniknę stąd. Słońce zgaśnie, nadejdzie mrok. Stojąc na granicy, zrobię krok. Rozliczony zostanie, każdy mój błąd. Odejdę w wieczny byt. Czy zdążę dojść na szczyt?
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Sci-Fi W świetle gwiazd Elas 19 4,167 23-08-2015, 16:01
Ostatni post: Nawka

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości