Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi EDVIR
#1
A więc skrobnąłem coś takiego, ale nie wiem, czy ma to w ogóle ręce i nogi, aby iść dalej. Byłbym bardzo wdzięczny za weryfikację, czy aktualna forma i kształt tekstu nie powodują umysłowej niestrawności :v

W założeniu to niby pierwszy rozdział, ale znając życie, to pewnie zaraz mi się znudzi.
Tak czy inaczej dzięki za zajrzenie do tematu!

EDIT: Wprowadzone poprawki Vetali i Kajtusa, za które bardzo dziękuję.

EDVIR

— Davis, pomóż mi zdjąć go z fotela!
Oniemiałem. Czas się zatrzymał. Nie czułem własnego oddechu. Okrzyki przerażenia wokół wydawały się rozciągać w nieskończoność, gdy na metalową podłogę powoli ściekała pierwsza strużka krwi. Obserwowałem, jak leci ku ziemi, błyszcząc w bladym świetle lamp i białych świetlówek. Widziałem każdy jej szczegół, gładkość, nawet gęstość, gdy obracała się, wirując i zmieniając swój kształt w powietrzu. Stałem tam razem z Rossem, który pochylał się, odwrócony bokiem do wyjścia niby zwierzę gotowe do ucieczki z nakazu swojego instynktu, z Catherine, która rzuciła się do fotela z krzykiem na ustach, zabierając ręce znad klawiatury terminalu. Ashley musiała wybiec tuż po tym, gdy zauważyliśmy, że dzieje się coś niedobrego. Pewnie Ross chciał ruszyć za nią, ale, tak jak ja, nie mógł się poruszyć i tylko patrzył. Patrzył, jak głowa Johnsona smażyła się i topniała od środka, zamknięta w metalowym hełmie, gdy on, targany konwulsjami, leżał na stanowisku pilota. Powietrze zdawało się drżeć od wyładowań, które wybuchały wewnątrz aparatu, wskazując nam, że na ratunek było już za późno. Nie dowierzając, nie mogłem oderwać od niego wzroku, chociaż do samych czubków palców przepełniały mnie przerażenie i dzika panika. Nie pozostało mi nic innego, aniżeli patrzeć i odczuwać, jak moje ciało wyrywało się do poderwania się do ucieczki. Niby widz, który potrafi zajrzeć do umysłów aktorów, czułem kłębiący się wewnątrz mnie strach i miałem wrażenie, że mogę go dotknąć i wyjąć. Nie byłem jednak w stanie drgnąć, a co dopiero poruszyć się czy zamknąć oczu. Mogłem tylko patrzyć i czekać. Czekać, aż konwulsje martwego ciała ustaną.
W powietrzu rozniósł się smród spalonych włosów i mięsa. Ciało Johnsona znieruchomiało.
Nie mogliśmy nic zrobić.
Catherine wcześniej coś do mnie krzyknęła. Jej głos odbijał się echem w moich uszach, stając się coraz wyraźniejszym i szybko zmieniając się w wybudzenie, klucz, który pozwolił mi wrócić do zmysłów. Mogłem już oddychać, odgłos biegu dobiegającego zza moich pleców należał pewnie do Rossa. Byłem pewien, że słyszałem, jak krzyczał do Ashley, co potwierdziło echo jego głosu w zimnym korytarzu.
— Johnson, mój Boże — dotarło do mnie łkanie Nadine spod ściany. Widziałem, jak zakryła usta ręką, krztusząc się haustami wdychanego przez palce powietrza. Zgięta w bok i walczyła z podchodzącym do gardła żołądkiem. Jej szeroko otwarte oczy nadal patrzyły prosto w hełm Johnsona, spod którego wydostawały się stróżki krwi łącząc się w plamy na jego białym kombinezonie.
— Boże, Boże... Boże!
Już po chwili poczułem, jak moje opanowanie zaczynało wyparowywać w chłodne, bez końca oczyszczane przez statek powietrze. Ciało oddawało mi nad sobą władzę, jednak za cenę uzyskania jej również nade mną. Strach powrócił i chociaż był słabszy, to nadal pokazywał mi w wyobraźni obrazy umierającego Johnsona, jego trzęsące się ciało i to, jak musiał teraz wyglądać pod hełmem.
Catherine stała nad fotelem, a ja w tym czasie wyprowadziłem Nadine za drzwi. Wstrząśnięty Ross okazał się być niedaleko i zabrał starszą kobietę z mojego ramienia. Na pytanie o Ashley skinął jedynie głową w głąb zakręcającego korytarza, w który zaraz się skierował, prowadząc tam łkającą Nadine.
Każde z nas zareagowało na swój własny, charakterystyczny sposób. Catherine nie mogła tkwić w miejscu, nie potrafiła się poddawać i nie znała żadnego innego sposobu oprócz walki, chociażby za największą cenę. Jak dobrze ją znałem, to już teraz myślała o przyszłości, o tym, co powinniśmy zrobić dalej, o następnym kroku, który mógł kogoś kosztować życie. Ashley po prostu uciekła, gdy Johnsonem zaczęło trząść, czemu nie mogłem się dziwić, bo gdybym tylko mógł, to zrobiłbym to samo. Ross nie widział świata poza Ashley i trudno było go obwiniać za usilne trzymanie się jej i ogromną troskę, zaś doktor Nadine przeżyła jak na swój wiek zbyt wiele i bałem się, że wkrótce jakieś zdarzenie przekroczy granicę jej wytrzymałości. A ja? Nie wiem. Z jakiegoś powodu tkwiłem tam, w tym dziwnym stanie spokoju, wrośnięty w metalowe panele podłogi. Nawet teraz strach był dalekim uczuciem, które obserwowałem w sobie niby badane zwierzę zamknięte w mojej czaszce. Po prostu byłem, patrzyłem i widziałem, ale jakoś tak... pusto. Jakby śmierć Johnsona nie zrobiła na mnie wrażenia. Wzdrygnąłem się na tę myśl.
Wróciłem do Catherine. Po podłodze jej pracowni powoli ciekła krew, kontrastując z białą podłogą. Ona sama wydawała się trwać w głębokim zamyśleniu obok nieruchomego ciała. Zdawało się, że głowa Johnsona tylko z powodu zamknięcia w hełmie nie pozwalała mu zsunąć się na podłogę. Próbowałem nie myśleć, ile z niej zostało i w jakim stopniu scaliła się ze stygnącym metalem.
— Co poszło nie tak? — wyszeptałem, splatając ręce, aby powstrzymać ich drżenie. Nie udało się, powtarzałem sobie, nie udało się, ale ktoś będzie musiał jeszcze raz zasiąść na fotelu pilota. Nie mieliśmy innego wyjścia.
Catherine milczała. Widziałem, jak głęboko oddychała, by zachować spokój. Zacząłem robić to samo, aby nie zwariować.
— Nie wiem — odparła po długim milczeniu, splatając ręce na piersiach. — Może to była moja wina. Program mógł być już uszkodzony.
— To nie tłumaczy, dlaczego usmażył się w hełmie — odparłem cicho, starając się, aby nie zabrzmiało to jak zarzut. — Wtedy program powinien po prostu nie zadziałać, prawda? Brak ciągłości kodu i błędy by go po prostu przerwały.
Milczała, zaciskając usta w wyrazie frustracji. Nie mogłem już patrzeć na ciało Johnsona. Wszystko poszło w cholerę.
— Sprawdzałam dokładnie napięcie potrzebne do utworzenia połączenia, było dokładnie takie jak powinno być. Skalibrowane pod jego umysł, nie miało prawa nie zadziałać.
— Jednak...
— Wiem, Davis. Nie mów mi o oczywistym, dobrze widzę, co się stało! Napięcie było za wysokie, ale to nie ja go tak ustawiłam. Sprawdzałam wszystko kilka razy — dodała pewnie z wyraźnym wyrzutem w głosie. — To nie miało prawa się tak skończyć. Nie miało prawa.
Catherine zamilkła. Nie byłem pewien, co powinienem robić dalej. Nie wiedziałem nawet, co powiedzieć. Czy było cokolwiek do dodania? Johnson nie żył. Jeszcze rano rozmawialiśmy, śmiał się, że jak tylko wskoczy w EDVIR-a, to nasze problemy znikną i będziemy mogli wrócić do części czołowej statku, naprawić resztę uszkodzeń, wrócić do stacji, wyjść z tego koszmaru. To nie miało tak wyglądać.
Wróciłem myślami do Rossa, Ashley i Nadine. Najpewniej zebrali się w kuchni, która była centrum życia całej załogi. Pomyślałem o nich z troską, mając nadzieję, że trzymają się i jeszcze nie oszaleli. Reszta załogi Apoxa, czworo techników, trzech pilotów i grupa inżynierów, astrogeologów i operatorów, musiała ukryć się w jego innej części. O ile jeszcze żyli. Wyciek paliwa, promieniowanie, to wszystko odcięło nas od niemal całego statku dwa miesiące temu. Komunikacja wewnętrzna i zewnętrzna oraz zdalne dowodzenie padły, cud, że podobny los nie spotkał systemu podtrzymywania życia i sztucznej grawitacji. Jakby tego było mało, Apox już dawno wypadł z orbity HJC-15Y i teraz dryfował w przestrzeni, lecąc przed siebie praktycznie donikąd, w pustkę, czarną nicość. Jeśli oba z jego reaktorów zostały poważnie uszkodzone, jeśli nie możliwe okazałoby się ich naprawienie... Nawet cząstka tej myśli wywołała we mnie strach i odrzuciłem ją jak najprędzej, wyganiając gdzieś na krawędzie umysłu i pamięci. Nie myśleć, zapomnieć, nie myśleć. Nie poddawać się. Jeszcze nie.
— Musimy ochłonąć, dać sobie kilka dni na zebranie myśli — zacząłem mówić, siląc się na opanowany ton. Nie wątpiłem też, że Catherine tak po prostu dawała sobie z tym wszystkim radę. Spojrzała na mnie i pierwszy raz zauważyłem w jej oczach zrezygnowanie, poddanie się.
— Dojdę do tego, jak to się stało. A teraz zdejmijmy go z fotela razem z hełmem — odparła, biorąc się do pracy. — Niech zajmie miejsce obok Marie. Pewnie chcieliby być razem, blisko siebie.
— Co, jeśli to wina POS-u? Od początku milczy, zupełnie jakby się wyłączył.
— Nie wiem, Davis. Za wcześnie na takie wnioski.
— To Protokół Ochrony Statku, nie załogi. — Pomogłem jej zdjąć Johnsona z fotela. Jego głowa i hełm pilota były już nie do uratowania. — Powinien być pierwszym do naprawy uszkodzeń statku, ale Ashley nie mogła nawiązać łączności z żadnego terminalu.
Catherine wzruszyła ramionami.
— Nie widzę powodu, dla którego POS miałby mieć z tym coś wspólnego. Przejrzę kod — uprzedziła mnie — i poszukam czegokolwiek dziwnego. Daj mi trochę czasu. Ty i ja, Davis, teraz wszystko zależy od nas, wiesz o tym?
— Przestań, Cath.
Spojrzała na mnie, jak na idiotę.
— Nadine miała już jedną próbę samobójczą, Ashley traci zmysły, a Ross nie może się odnaleźć we własnej głowie. Marie zabiła infekcja, bo przedział medyczny jest po drugiej stronie, akurat tam, gdzie nie możemy dojść. Johnson przed jej śmiercią jeszcze jakoś się trzymał — mówiła zimno, ale prawdziwie, coraz bardziej podnosząc głos — ale gdy zginęła, było już po nim, był już martwy! — niemal krzyknęła, kopiąc stojące obok krzesło. — Ja nie zginę w tej puszce, Davis, i nikt inny więcej. Chyba że sama kogoś zabiję.
Patrzyłem na nią beznamiętnie. Ten nagły wybuch, jej słowa, uzmysłowiły mi, że wszyscy powoli stawaliśmy się wariatami. Ale czego mogłem się spodziewać, jeśli bez łączności ze stacją w mgławicy, z najbliższymi koloniami, z nikim w promieniu kilkudziesięciu lat świetlnych, byliśmy załogą uszkodzonego statku na kursie w sam środek czarnej pustki kosmosu.
Ostrożnie włożyliśmy ciało do plastikowego worka. Catherine powoli zapięła zamek i wstała z kolan. Przez chwilę staliśmy obok siebie w ciszy, zakrwawieni, wstrząśnięci, ale opanowani.
— EDVIR jest gotowy. Potrzeba tylko pilota — odezwałem się, jakiś pewniejszy siebie po jej słowach. Od początku zdawałem sobie sprawę, kto tym razem będzie musiał usiąść w fotelu i założyć hełm.
Kiwnęła głową ze wzrokiem wbitym w ciało Johnsona. Może on jest już gdzieś z Marie w jakimś szczęśliwym miejscu, w które wierzyli, że trafią po śmierci. Może są tam razem, mówiłem sobie w myślach, z dala od tego koszmaru.
— Kiedy powiesz reszcie? — zapytała Catherine, podnosząc wzrok, w którym nie było już śladów tej chwili słabości. Była tam tylko stara, dobra Cath i pragmatyczność, która wypełniała ją do czubków palców. Jak bardzo nie lubiłem tej surowości przez kilka pierwszych miesięcy misji, to musiałem przyznać, że teraz była niezastąpiona.
— Gdy będą gotowi.
— Naprawię to, Davis — odparła szeptem. — Cokolwiek zabiło Johnsona, nie pozwolę temu zabrać ciebie. Przeżyjesz. My wszyscy przeżyjemy.
Skinąłem jej głową. Nie bałem się swojej decyzji, bo nie pozostało nam nic innego, niż stojący za moimi plecami EDVIR: dwumetrowa, humanoidalna maszyna, którą miałem pilotować własnym umysłem.
Oczywiście, jeżeli nie skończę tak jak Johnson.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(07-12-2015, 20:50)bananawarlord napisał(a): Stałem tam, (zbędny przecinek) razem z Rossem, który pochylał się, odwrócony bokiem do wyjścia, (zbędny przecinek)niby zwierzę gotowe do ucieczki z nakazu swojego instynktu, z Catherine, która rzuciła się do fotela z krzykiem na ustach, zabierając ręce znad klawiatury terminalu.

Wbrew sobie nie mogłem oderwać od niego wzroku, chociaż do samych czubków palców napełniały(Lepiej wg mnie "przepełniały") mnie przerażenie i dzika panika.

Niby jak (Albo "niby", albo "jak", bo w takim kontekście to synonimy) widz, który potrafi zajrzeć do umysłów aktorów, czułem kłębiący się w mojej czaszce strach i miałem wrażenie, że mogę go dotknąć i wyjąć.

Mogłem już oddychać, dźwięk(odgłos) biegu za mną należał pewnie do Rossa i zdawało mi się, że słyszę, jak krzyczy za Ashley, a jego głos odbija się echem w zimnym korytarzu.

Zgięta w bok, walczyła z podchodzącym jej do gardła żołądkiem. Jej szeroko otwarte oczy nadal patrzyły prosto w hełm Johnsona, spod którego wydostawały się stróżki krwi,(zbędny przecinek) wsiąkające w jego biały kombinezon i spływające po obręczach fotela.

Catherine nie mogła tkwić w miejscu, nie mogła się poddać, nie znała żadnego innego sposobu, (zbędny przecinek)oprócz walki, chociażby za największą cenę.

Jak dobrze ją znałem, to już teraz myślała o przyszłości, o tym, co powinniśmy zrobić dalej, o następnym kroku, który może(mógł) kogoś kosztować życie.

Ashley po prost(prostu) uciekła, gdy Johnsonem zaczęło trząść(przecinek) i nie mogłem jej się dziwić, bo gdybym mógł, zrobiłbym to samo.

Dla Rossa nie było już świata poza Ashley i trudno było go obwiniać za usilne trzymanie się jej i ogromną troskę, zaś doktor Nadine przeżyła jak na swój wiek zbyt wiele i bałem się, że wkrótce jakieś zdarzenie przekroczy jej granicę. (Trochę kiepskie określenie według mnie, lepiej "przekroczy granicę jej wytrzymałości" czy coś)

Nawet teraz strach był dalekim uczuciem, które obserwowałem w sobie, (zbędny przecinek)niby badane zwierzę zamknięte w mojej czaszce.

Po podłodze jej pracowni powoli ciekła krew, kontrastując ze(z) białą, sterylną podłogą.

Zdawało się, że głowa Johnsona tylko z powodu zamknięcia w hełmie nie pozwala(nie pozwalała) mu zsunąć się na podłogę. Wątpiłem jednak, ile z niej zostało i czy nie scaliła się z(ze) stygnącym metalem.
Nie udało się, powtarzałem w (zbędne)sobie, nie udało się, ale ktoś będzie musiał jeszcze raz zasiąść na fotelu pilota.
Widziałem, jak głęboko oddycha(oddychała), wdech za wydechem(Jak dla mnie niepotrzebne, każdy oddech, nawet normalny, składa się z wdechu i wydechu), by zachować spokój.
Sprawdzałam wszystko kilka razy — dodała pewnie,(zbędny przecinek) z wyraźnym wyrzutem w głosie.
Nie byłem pewien, co powinienem był(zbędne – czas zaprzeszły w języku polskim już nie funkcjonuje :P) robić dalej.
Wróciłem myślami do Ross(Ross to kobieta? Jeśli nie, to "Rossa"), Ashley i Nadine.

Reszta załogi Apoxa, czworo techników, pilot i kilku inżynierów(przecinek) musieli się ukryć w jego innej części, o ile jeszcze żyli.

Jeśli oba z jego reaktorów zostały zbyt uszkodzone dla naszych możliwości(Zbędnie skomplikowane, lepiej po prostu "poważnie uszkodzone" czy coś), jeśli nie możliwe okazałoby się ich naprawienie...
Nie wątpiłem też, że Catherine tak po prostu daje(dawała) sobie z tym wszystkim radę, (zbędny przecinek)pomimo jej nieprzeniknionej postawy. Spojrzała na mnie i pierwszy raz zauważyłem w jej oczach zrezygnowanie, poddanie się.

A teraz zdejmijmy go z fotela, (zbędny przecinek)razem z hełmem — odparła, biorąc się do pracy.
— Nie widzę powodu, dla którego POS miałby mieć coś z tym wspólnego(z tym coś wspólnego). Przejrzę kod — uprzedziła mnie — i znajdę powód.

— Ja nie zginę w tej puszce, Davis, i nikt inny więcej. Chyba, (zbędny przecinek)że sama kogoś zabiję.
Ten nagły wybuch, to, o czym mówiła, przywiodło mi jedynie myśl(Źle brzmi, "przywiodło myśl" to kiepskie połączenie, lepiej "uzmysłowiło mi" czy coś), że wszyscy powoli stawaliśmy się wariatami.

Ale czego mogłem się spodziewać, jeśli bez łączności ze stacją w mgławicy, z najbliższymi koloniami, z nikim w promieniu kilkudziesięciu lat świetlnych, lecąc(lecieliśmy) w środek czarnej pustki kosmosu na uszkodzonym cywilnym statku z nieodpowiadającym Protokołem Ochrony.(Poprawiłam imiesłów na czasownik, bo wtedy zdanie ma sens, ale nie wiem, czy dokładnie o to chodziło, więc lepiej popraw to sam. Obecnie nie ma to sensu, bo nie wiadomo tak naprawdę, o co chodzi w drugiej części zdania)
Kiwnęła głową z(ze) wzrokiem wbitym w ciało Johnsona.

Jak(O ile/Choć/Mimo że) bardzo nie lubiłem tej surowości przez kilka pierwszych miesięcy misji, to musiałem przyznać, że teraz była niezastąpiona.

Zapowiada się bardzo ciekawie, motyw samotności w kosmosie zawsze będzie w sobie miał według mnie coś pociągającego. Sam początek tekstu jakoś średnio mi się spodobał, wydał mi się nieco sztywny, ale potem zrobiło się naprawdę interesująco.Postępujące zwątpienie bohaterów, frustracja... naprawdę jest tutaj na czym budować dobre opowiadanie, więc mam nadzieję, że zrobisz z tym coś więcej, a nie rzucisz w kąt.

Pilnuj czasu narracji, jeśli jest przeszły, to ma być przeszły, a nie raz teraźniejszy, a raz przeszły. Popraw to w tekście, bo nie zaznaczałam tego wszędzie – czasem zmienienie czasu nie jest tylko przekształceniem czasownika.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Starałem się nie wytykać błędów zauważonych przez Vatalę i wskazanych w poście powyżej. Gdyby mi się zdarzyło coś powtórzyć, przepraszam.

„Widziałem jej każdy szczegół” → „Widziałem każdy jej szczegół”.

„Pewnie Ross chciał ruszyć za nią, ale[,] tak jak ja[,] nie mógł się poruszyć i tylko patrzył.” ← Wrzuciłbym to jako wtrącenie.
„Patrzył, jak głowa Johnsona smażyła się i topniała od środka, gdy on leżał na stanowisku pilota. Powietrze zdawało się drżeć od wyładowań, które wybuchały pod metalową kopułą hełmu i tylko wstrząsane konwulsjami ciało od szyi w dół pokazywało nam, że Johnson umierał.” ← Nie rozumiem drugiego zdania. Jeszcze odniosę się do niego na końcu swojego posta.
„Mogłem już oddychać, dźwięk biegu za mną należał pewnie do Rossa i zdawało mi się, że słyszę, jak krzyczy za Ashley, a jego głos odbija się echem w zimnym korytarzu.” ← Kolejne zdanie kwiatek.
„Wzdrygnąłem się na tą myśl.” → TĘ.
„kontrastując ze białą” → po prostu, z białą
„Zdawało się, że głowa Johnsona tylko z powodu zamknięcia w hełmie nie pozwala mu zsunąć się na podłogę. Wątpiłem jednak, ile z niej zostało i czy nie scaliła się z stygnącym metalem.” Wątpił jednak? A mnie wydawało się, że poprzednie zdanie również świadczy, że wątpi, aby z głową było wszystko w porządku.
„Nie byłem pewien, co powinienem był robić dalej.” ← Powinienem. Po prostu. W zdaniu podrzędnym nie ma czasu przeszłego.
„Reszta załogi Apoxa, czworo techników, pilot i kilku inżynierów musieli się ukryć w jego innej części, o ile jeszcze żyli.” → „Reszta załogi Apoxa, czworo techników, pilot i kilku inżynierów, musiała ukryć się w jego innej części. O ile jeszcze żyli.” lub „Reszta załogi Apoxa, czworo techników, pilot i kilku inżynierów, o ile jeszcze żyła, musiała ukryć się w jego innej części.”

Co do oceny... Uważam, że początek jest okropny. Tak, po prostu okropny. Miałem problemy przejść przez niego i gdyby nie to, że zacząłem go poprawiać i wyłapywać błędy, olałbym to. Co dziwne, końcówkę czyta się naprawdę miło. Dlaczego?
Męczyły mnie opisy, akcja mnie nie wciągnęła, a zdania były długie i niezrozumiałe, co wytknąłem wyżej. Kilkukrotnie musiałem czytać pewne akapity po parę razy, żeby ostatecznie znaleźć tam jakiś błąd, nielogiczność, niekonsekwencję. „Patrzył, jak głowa Johnsona smażyła się i topniała od środka, gdy on leżał na stanowisku pilota. Powietrze zdawało się drżeć od wyładowań, które wybuchały pod metalową kopułą hełmu i tylko wstrząsane konwulsjami ciało od szyi w dół pokazywało nam, że Johnson umierał.” Czytałem to zdanie naprawdę kilka razy i ok, widzę, o co Ci chodzi, ale nie jest napisane to prostym dla mnie językiem. Męczy mnie. Na początku pomyślałem sobie, trudno, są różne gusta, najwyżej Twój styl mi nie odpowiada, nie muszę więc Cię zrażać, ale końcówka jest naprawdę dobra, zainteresowała mnie.

Ergo, od kiedy pojawiły się dialogi, podoba mi się. Wcześniej masakra. Jeśli rozwiniesz, będę śledzić dalej, ale mam nadzieję, że skupisz się właśnie na uproszczeniu zdań, bo jak coś jest skomplikowane, łatwo zrobić błąd i zagmatwać czytelnika, a Tobie niestety się to zdarza.
Odpowiedz
#4
@Vetala: Dzięki za opinię!

@Kajtus: Początek miał być właśnie najlepszy, ale jak widzę, wyszło tak sobie. Co do języka, to naprawdę nie wiem. Rozumiem, że ze strony osoby, która przeczytała tekst, zdania mogą być zbyt skomplikowane i zbyt długie, ale z mojej, chociaż uprzedzonej perspektywy autora, wcale nie są aż tak trudne. Z opisami celowałem, aby były jak najmniej suche, ale w jakiś sposób chciałem właśnie opisać uczucia bohaterów, by przekazać nieco ich stanu psychicznego. Mam wrażenie, że gdybym je wszystkie wywalił, to tekst przypominał by amerykański film akcji z niskim budżetem.
Poniekąd staram się też tłumaczyć wydarzenia w najbardziej skondensowany sposób, aby czytelnik nie musiał pytać "a skąd oni się właściwie wzięli na tym statku". 
Nie, że nie wziąłem sobie Twojej opinii do serca, za której rozbudowanie dziękuję  :)  Spróbuję to wszystko jakoś ogarnąć.

EDIT: Poprawione dzięki Stu.

***

Po przeniesieniu ciała do magazynu sond planetarnych, które znajdowało się niemal na samym końcu statku, blisko milczących silników, ruszyliśmy w drogę powrotną. Oprócz lekkiego buczenia urządzeń i odgłosu naszych kroków panowała cisza.
Apox należał do fregat eksploracyjnych, cywilnych statków wyspecjalizowanych w skanowaniu planet i gwiazd. Po nas, o ile trafiły się złoża surowców godnych uwagi, miały przylatywać znacznie większe jednostki do ich konkretnych oględzin. Zwykle, gdy kolejne ogniwa korporacji pojawiły się już na miejscu, a w przestrzeni umieszczono mobilną stację kosmiczną, my znajdowaliśmy się już w następnym, niezbadanym systemie w poszukiwaniu "fantów". Bywało, że byliśmy do przodu kilka, nawet kilkanaście systemów, bo nie wszystkie miały w sobie wystarczająco surowców, aby ściągać do nich całą flotę górniczą.
Nasze badania w głębokiej przestrzeni trwały wyjątkowo długo i złudne szczęście wyprzedzenia floty górniczej, co przekładało się na więcej pieniędzy po powrocie, nagle zmieniło się w najgorszy możliwy scenariusz. Żadne z nas nie spodziewało się tak poważnej awarii, bo dopieszczaliśmy Apoxa do granic możliwości, robiąc więcej w zakresie konserwacji, niż było to wymagane. W końcu nasze życia w tej niezbadanej przez nikogo przestrzeni zależały wyłącznie od niego, a do najbliższej stacji było, lekko mówiąc, ciut daleko.
Catherine zatrzymała się przy rozsuwanych drzwiach do swojej pracowni i oznajmiła, że musi zająć się pracą. Przetłumaczyłem to jako obowiązek wytarcia krwi z podłogi jej pracowni i fotela, w którym planowałem usiąść za kilka dni. Na szczęście jakaś rozsądna osoba w Genodorze pomyślała, aby wyposażyć statek w kilka zapasowych hełmów potrzebnych do pilotowania EDVIR-a, bo inaczej musielibyśmy wyskrobać z tego jednego głowę Johnsona.
Wróciłem cichym korytarzem do przedziału żywnościowego, skąd było kilka kroków do kilku przedziałów sypialnych i innych, przeznaczonych załodze. Niemal całe wnętrze Apoxa miało nieskazitelnie czysty, jasny wygląd. Białe ściany, białe panele podłogi, lekkie błękity szczątkowych szafek w ścianach, szare uchwyty, za które wystarczyło pociągnąć, aby dostać się do żyjącej w ścianach elektroniki. Biel, błękit i szarość. Jedynie listwy łączące ściany z podłogą, idące z nimi kable i progi do niektórych przedziałów wyróżniały się z tej jednostajności mocną, ostrzegawczą czerwienią.
W kuchni połączonej z jadalnią Ross krzątał się wokół plastikowych naczyń, a Ashley i Nadine siedziały przy stole, rozmawiając szeptem, chociaż to Nadine wydawała przodować w rozmowie. Ona pierwsza zauważyła moje pojawienie się, nie przestając poruszać ustami w jakiejś mantrze. Nawet wejścia do pomieszczenia mogłem wiedzieć, jak mocno ściskają sobie nawzajem dłonie, rozmawiając w sobie znanym języku czy modlitwie.
— Ross? — Spróbowałem zagadać go, zachodząc do kuchni, ale nie odwrócił się, chodząc od garnka do garnka i zajmując się sześcioma kubkami parującego naparu. O jednym za dużo.
Byliśmy za starzy na zapewnianie się, że wszystko będzie dobrze. Na pytania typu "Jak się czujesz?" albo "Właśnie ktoś zginął na twoich oczach, ale oprócz tego wszystko w porządku, prawda?". Brakowało mi słów, a nawet samych myśli, które mógłbym w nie przekształcić. Musiałem się jednak zająć czymś konkretnym. Rola psychologa i lekarza pokładowego spoczęła na Nadine i teraz zdawała się ją wypełniać, trwając przy Ashley, która musiała uciec w jakiś lepszy świat. Cath postanowiła zostać sama, w czym wcale nie chodziło jej jedynie o posprzątanie po Johnsonie, jak dobrze ją znałem, Ross zajął się gotowaniem, a ja...
Wziąłem podręczny terminal i dosiadłem się do obu kobiet przy stole. Nie spodziewałem się zbyt wiele, ale sądziłem, że warto było spróbować. Po otwarciu czarnej walizeczki na monitorze od razu zaczęły pojawiać się cyfry, nastąpił rozruch systemu, proces logowania i uzyskałem dostęp, częściowy, do duszy Apoxa. Protokół Ochrony Statku nadal milczał i nie odpowiadał ani na komendy, ani kody awaryjne, które w teorii miały wywołać z jego strony natychmiastową reakcję. Pomimo że w jego statusie widniało zielone ONLINE, a log nie zawierał niczego, co wskazałoby na awarię czy jakiś problem, to nie było żadnego odzewu. POS działał nieprzerwanie, odkąd opuściliśmy Genodorę, a jego ostatnią czynnością było wyłączenie alarmów Apoxa, gdy wybiła godzina zaczynająca naszą tragedię. Od tamtego czasu całkowicie zamilkł.
Czyli działał, ale jednak nie działał...
Gapiłem się tak przez chwilę w ekran, mając ochotę nim potrząsnąć, jakby miało to w jakiś sposób naprawić nasze problemy. Może rzucenie o ścianę byłoby lepszym rozwiązaniem, wpadło mi na myśl w cichej frustracji.
— Davis. — Usłyszałem głos Nadine. Wyglądała, jakby postarzała się o przynajmniej kilka lat, a jej twarz zmieniła się w maskę aktora grającego w horrorze. Pewnie każde z nas tak wyglądało, zdałem sobie sprawę, nagle obawiając się mojego odbicia w lustrze. — Chcę tylko powiedzieć... Wszyscy jesteśmy w tym razem i mamy siebie nawzajem. Nikt nie zostanie z tyłu, prawda?
— Jasne, Nadine — odparłem z automatu.
— Boję się — wyszeptała chwilę później z pustką w oczach, poruszając pomarszczonymi ustami. — Ashley już straciłam. Z Rossem może stać się to samo, bo śmierć Johnsona przekroczyła jego granicę. Będzie zachowywał się normalnie, ale jeśli do czegoś dojdzie, to zostanie z niego tylko ciało, z którym będziemy musieli się dzielić racjami.
— Nadine...
— Nie przerywaj mi, proszę — wtrąciła się w połowie mojego słowa, jakby otrząsnęła się z chwilowej melancholii. — Posłuchaj, wcale nie chcę, aby do tego doszło, ale muszę cię ostrzec. Jak to teraz widzę, z roli, jaką mam na statku, jesteś teraz najbardziej — nagle zamilkła, spuszczając wzrok. — stabilny. Jak maszyna. Jeżeli dalej chcesz to wszystko naprawić, a trudno byłoby mi w to nie wierzyć, to po prostu musisz wiedzieć o rzeczywistym stanie rzeczy. Ash znosi to tragicznie, a Rossowi wcale nie jest daleko za nią, chociaż można z nim jeszcze załapać kontakt. Jednak to o Catherine boję się najbardziej, bo zawsze miała problem z agresją, jaką wyzwalał u niej bardzo silny stres. Jakkolwiek spokojna ci się wydaje, w środku walczy sama z sobą i jeśli przegra... Dla naszego bezpieczeństwa ktoś będzie musiał ją uspokoić, w taki czy inny sposób. Wybacz, ale...Wolę, żebyś wiedział o tym teraz, niż wtedy, gdy byłoby już za późno. Naprawdę myślałam, że nic złego się już nie stanie — dodała szeptem. — Że gorzej już być nie może.
Wysłuchałem jej w skupieniu i z poczuciem beznadziejnej bezradności. Byłem tylko pilotem EDVIR-a, głównie technikiem i mechanikiem, znałem też nieco zaawansowanej elektroniki, na czym kończyły się moje powody służby na Apoxie. Nie miałem pojęcia, czy słowa Nadine nie powstały z jej panicznego strachu, czy może rzeczywiście obarczyła moje barki dwoma osobami o rozwalonej przez niedawne wydarzenia psychice, dorzucając na dodatek kogoś, u której nic takiego się nie spodziewałem. Znowu nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Na głowie miałem EDVIR-a, mój możliwy zgon w fotelu pilota, stan Rossa, który wiedział najwięcej o reaktorach Apoxa i przez to był dla nas bezcenny. Najpierw EDVIR, potem Apox i awaria, a potem się zobaczy, uzgodniłem sobie w duchu, odrzucając całą resztę problemów w kąt.
— To tak dla twojej wiadomości, Davis. Nazwij to raportem stanu załogi. Dorzucę ci jeszcze, że jedzenia wystarczy nam na dłużej, niż uzgadnialiśmy dziś rano.
— Damy sobie radę, Nadine — odparłem jej tak samo, jak moment wcześniej. Z automatu.
Jej przerażone spojrzenie było wystarczającą odpowiedzią na moje głupie gadanie.
No ale, jak powiedziała, mieliśmy tę jedną, półroczną rację więcej. A właściwie to dodatkową skrzynię plastikowych torebek z jedzeniem, których magazyn akurat znajdował się w tej części statku. Szkoda tylko, że nie było tu też gabinetu naszej pani psycholog i doktor zarazem.
— Przedział medyczny — rzuciłem do niej po chwili. — Trzymałaś tam antydepresanty, prawda? Jakiekolwiek, nie wiem, tabletki na najlżejsze obniżenie nastroju?
— Tak, oczywiście. To wszystko by pomogło, ale tylko na jakiś czas. — Podniosła ku mnie swoje wygasłe oczy. — Wątpię, by coś przetrwało awarię, o ile POS nie zamknął śluz pomiędzy przedziałami. Chyba nie chcesz ich odzyskać? Nie mamy sprzętu, abyś mógł pójść tam osobiście. Nie pozwolę, abyś tak ryzykował, Davis, no chyba że...
— EDVIR — wtrąciłem jej się w słowo z wrażeniem, jakbym przypieczętował na sobie wyrok.
Krótko później Ross dosiadł się z talerzem jedzenia w jednej ręce i tacką z sześcioma parującymi kubkami w drugiej. Ustawił to wszystko przed sobą, przeleciał wzrokiem po naszych twarzach i wypalił nagle:
— A gdzie... Gdzie jest Catherine?
Pośpieszyłem mu z odpowiedzią. Nadine na chwilę wyszła, zostawiając mnie z wrażeniem, że przesadziła ze swoją prognozą zapaści stanu psychicznego reszty załogi. Nie wątpiłem w jej doświadczenie, ale trudno było mi uwierzyć w tak czarny scenariusz. Może to było lepsze: nie zadręczać się myślami. Przynajmniej do czasu, gdy ruszymy z naprawami.
— Pracuje w swoim gabinecie — odparłem mu tak, jakby Cath wcale nie wycierała krwi Johnsona, tylko jak zawsze siedziała z głową w monitorze.
Ross popatrzył się na mnie zdziwionym wzrokiem. Nie zauważyłem w nim nadmiernej ilości szaleństwa, którego nie byłoby w każdym z nas. Nagle poczułem odzew własnego sumienia, bo potraktowałem go jak pacjenta wariatkowa.
— Oczywiście masz na myśli... — Przerwał, milknąc na długą chwilę. — Nieważne. Ash? Ashie?
Kobieta powoli podniosła głowę, jakby dopiero wybudziła się z głębokiego snu. Nie przesadziłbym mówiąc, że na jej twarzy nie było miejsca, którego nie dotknęły łzy.
— Wszystko będzie w porządku. — Ross przysunął się do niej, obejmując ramionami. — Będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze — powtarzał coraz ciszej. — Będzie dobrze...
Nadine wróciła po chwili, trzymając w rękach parę koców. Mój kubek, tak jak i reszta jedzenia stojącego na stole, pozostały przez ten czas nietknięte.
— POS nadal nie odpowiada? — zapytała cicho, niby z ostatnią iskierką nadziei na widok terminalu w moich rękach.
— Nie. — Odłożyłem go i wziąłem głęboki wdech. — I to mnie najbardziej martwi.
Niedługo później udałem się z powrotem do Cath. Zastałem ją w korytarzu obok wejścia do jej pracowni, w której znajdował się mój EDVIR. Zza zamkniętych, rozsuwanych drzwi dobiegało ciche buczenie, bo od godziny trwał tam proces dezynfekcji. Oprócz tego panowała cisza, wcześniej zrobiło się też nieco chłodniej, co pierwszy zauważył Ross. Wtedy, jeszcze w jadalni, oświadczył nam krótko, że coś musiało stać się z pierwszym reaktorem, bo to z nim powiązane były systemy podtrzymywania życia, w tym regulacja temperatury. To, jak długo mógł działać i czy nie doszłoby do kolejnych uszkodzeń, stanęło pod znakiem zapytania.
Oprócz tego dokonałem niefortunnego odkrycia. Zaczęły mi drżeć ręce, co po wejściu do EDVIR-a stanowiło niemały problem. Niestety odrobina proszków Nadine, które miała przy sobie, skończyła nam się po śmierci Marie, a od jej gabinetu zostaliśmy odcięci po awarii, więc pozostało mi jedynie siłowanie się z własnym ciałem.
— Czyli coś zmieniło wartość napięcia? — zapytałem Catherine, wracając do tematu o śmierci Johnsona. Przed tym przekazałem jej powodu ochłodzenia się wnętrza całego Apoxa, zauważając też, że wyglądała, jakby nie przespała kilku ostatnich nocy, co zresztą nie było dalekie od prawdy.
— Te liczby nie zmieniają się same z siebie, Davis. To po prostu tak nie działa.
— Cała procedura zachodziła w trybie otwartym?
Kiwnęła głową.
— Czyli każdy mógł wejść i zmienić, co mu się żywnie podobało? — kontynuowałem dalej.
— Tak, na to wychodzi. Jeśli potrafił, oczywiście, ale nie podejrzewałabym o to nikogo, nawet pilotów. Tak jak oni nie podejrzewaliby mnie, że mogę siąść za sterami statku. — Przerwała, zaciskając na moment usta. — To się nie trzyma kupy. Jeśli rzeczywiście ktoś zmienił napięcie, to po co? Dlaczego? Skąd niby miał wiedzieć, co robiliśmy? Bez cholernego sensu.
— Nie wiem — odparłem cichym głosem. Miałem opory w uwierzenie w to wszystko. Na myśl przychodziły mi jakiekolwiek inne powody śmierci Johnsona, tak jak zwyczajny, ale komfortowo typowy błąd systemu. Teoria, że ktoś świadomie zmienił napięcie, była szaleństwem. — Nie mamy dowodów, więc dajmy temu spokój. Na razie.
— Łatwo ci powiedzieć. Albo to ja się pomyliłam i go zabiłam, a my jesteśmy ostatnimi ludźmi na Apoxie, albo mamy na pokładzie mordercę. Cudnie. — Westchnęła ciężko, na moment chowając twarz w dłoniach. Po chwili otrząsnęła się i oparła rękami o ścianę. — Tak czy inaczej mam dla ciebie dobrą wiadomość. Dezynfekcja wkrótce się zakończy, no i tym razem nikt nie powinien spalić się żywcem, o co zadbam osobiście.
— Sprawdź wszystko jeszcze z tysiąc razy, Cath.
— Już to zrobiłam i będę robić, gdy ty zajmiesz się leżeniem. Wątpię, abyś mógł zasnąć, ale musisz chociaż spróbować. — Uśmiechnęła się gorzko, chociaż miałem opory, aby nazwać to uśmiechem. — Jak nastroje u reszty?
— Trzymają się — odparłem krótko. — Jakoś...
— A Ross? Stracimy go i będziemy sobie mogli tylko postukać w reaktor exokluczem, po czym popełnić zbiorowe samobójstwo.
— Powinien dać sobie radę, ale według Nadine może stać się z nim to samo, co z Ashley.
— W takim razie możemy mieć tylko nadzieję, że nasza staruszka ten jeden raz się myli — odparła z pewnością siebie, która nie przekonała mnie ani trochę.
Odpowiedz
#5
(17-12-2015, 00:30)bananawarlord napisał(a): Po przeniesieniu ciała do magazynu sond planetarnych...

Panowała cisza, (zbędny przecinek) oprócz lekkiego buczenia urządzeń i odgłosu naszych kroków.

Zwykle, gdy kolejne ogniwa korporacji pojawiły się już na miejscu, a w przestrzeni umieszczono mobilną stację kosmiczną, my znajdowaliśmy się już w kolejnym (powtórzenie), niezbadanym systemie w poszukiwaniu następnych "fantów".

Nasze badania w głębokiej przestrzeni tym (zbędne) trwały wyjątkowo długo i to złudne szczęście wyprzedzenia floty górniczej nagle zmieniło się w najgorszy możliwy scenariusz.

Przetłumaczyłem to sobie, (zbędny przecinek) jako obowiązek wytarcia krwi z podłogi jej pracowni i fotela, w którym planowałem usiąść za kilka dni.

Na pytania typu: jak się czujesz, właśnie ktoś zginął na twoich oczach, ale oprócz tego wszystko w porządku, prawda? Brakowało mi słów, a nawet samych myśli, jakie chciałem w nie przekształcić.
(ten cały fragment jest do reedycji, bo pierwsze zdanie jest niekompletne i źle zapisane)
Na pytania typu "Jak się czujesz?" albo "Właśnie ktoś zginął na twoich oczach, ale oprócz tego wszystko w porządku, prawda?" brakowało mi słów, a nawet samych myśli, które mógłbym w nie przekształcić.

Po otwarcie (otwarciu) czarnej walizeczki na monitorze od razu zaczęły pojawiać się cyfry, nastąpił rozruch systemu, proces logowania i uzyskałem dostęp, częściowy, do duszy Apoxa. POS nadal milczał i nie odpowiadał ani na komendy (przecinek) ani kody awaryjne, które w teorii miały wywołać z jego strony natychmiastową reakcję. Pomimo, (zbędny przecinek) że w statusie Protokołu widniało zielone ONLINE, a log nie zawierał niczego, co wskazałoby na awarię czy jakiś problem, to nie było żadnego odzewu.

— Boję się, Davis — wyszeptała z pustką w oczach, poruszając pomarszczonymi ustami bez życia, jak (jakby) była już martwą.

— Nie przerywaj mi, proszę — wtrąciła się (w) połowie mojego słowa.

Ty jesteś teraz najbardziej — Nagle (małą literą) zamilkła, spuszczając wzrok. (zbędna kropka) — stabilny.

Na głowie miałem EDVIR-a, mój możliwy zgon w fotelu pilota, stan Rossa, który wiedział najwięcej o reaktorach i przez (to) był dla nas bezcenny.

[align=justify]No ale, jak powiedziała, mieliśmy (tę) jedną, półroczną rację więcej.

Może to było lepsze, (raczej dwukropek albo myślnik) nie zadręczać się myślami.

[align=justify]Zaczęły mi też drżeć ręce, co po wejściu do EDVIR-a stanowiło niemały problemem (problem).

Teoria, że ktoś świadomie zmienił napięcie (przecinek) była szaleństwem.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#6
EDIT: Poprawione dzięki Vetali.

— Gotowy?
Głos Catherine odbijał się w mojej czaszce niby echo w jaskini, gdy stanąłem w drzwiach jej gabinetu. Wstała od włączonego komputera, przystając tuż obok i przewiercając moje ciało z jakimś wyzwaniem, jakby tylko czekała na znak mojego tchórzostwa. Na moment nasze spojrzenia skrzyżowały się, co dodało mi otuchy, bo w jej oczach zauważyłem tę samą determinację, co zwykle. Z drugiej strony w Cath było coś przerażającego. Niemal czułem, że gdybym odmówił, to sama zaciągnęłaby mnie i podłączyła do EDVIR-a, nie żałując ani własnej, ani mojej krwi.
Skinąłem głową. Jeśli miałem umrzeć, to i tak nic nie mogło tego zmienić.
W pomieszczeniu czekał też Ross, który nie zauważył mojego pojawienia się ani pewnie nie usłyszał pytania Catherine. Był zajęty kartkowaniem opasłych tomów o metalowych okładkach, potężnych instrukcji obsługi Apoxa, istniejących na wypadek, gdyby już wszystko zawiodło i załodze zostało jedynie światło zapalniczek. Nietypowe, bo nie mające w sobie krzty elektroniki księgi miały tę zaletę, że do ich czytania nie potrzeba było żadnego zasilania. Tak na wypadek, gdyby wszystko szlag trafił do samego końca.
Obok stosu leżał zaś plazmowy przecinak do metalu. No cóż, pomyślałem, jeśli miało dojść do powtórki tego, co stało się z Johnsonem, to przynajmniej Ross zdążyłby mnie uratować z tylko częściowo stopioną czaszką. Nie mogłem nie docenić jego gestu.
Nadine nie było, bo musiała zająć się Ashley. Kilka godzin temu dostała napadu paniki, który przeciągał się i przeciągał w nieskończoność, hamując całą operację. W końcu zdecydowaliśmy się nie czekać dłużej, bo powoli popadałem w szaleństwo pod wpływem nieprzyjemnych myśli, i ruszyliśmy z całym planem do przodu.
W pomieszczeniu oprócz nas trojga znajdowała się jeszcze jedna istota, niekoniecznie żywa, nie zrobiona też z kości i tkanek, ale tytanowych płyt, kabli i labiryntów elektroniki. Mój EDVIR, moje cacko, które, jak tona różnych rzeczy, narodziło się w wojsku jako "czołg" czy jak tam nazywano te dawne pojazdy, ale na miarę dwudziestego szóstego wieku. Miał być wystarczająco wytrzymały, aby przetrwać bezpośrednie trafienie z bezzałogowego drona o długości zwykle dwudziestu metrów, który bezpiecznie wisiał sobie na niebie i walił z armat w faceta zamkniętego w dwu i pół metrowej, metalowej puszcze.
To było oczywiście zanim ktokolwiek wpadł na pomysł, by zamiast faceta do puszki wrzucić tylko jego umysł. Od tamtego czasu, po skoku technologicznym, EDVIR-y wytrzymywały pociski nawet średnich jednostek, których długość sięgała pięćdziesięciu metrów, a załoga liczyła kilkanaście osób. Nie że nam, załodze Apoxa, ta cecha była do czegokolwiek potrzebna.
Moje cacko stojące pod ścianą nie różniło się zbytnio od wersji militarnej, bo jego tors był w zasadzie jedną wielką, grubą płytą z mojego ulubionego tytanu, pod którą kryło się całe elektroniczne życie i umysł operatora. Oprócz znacznie dokładniejszej pary mechanicznych dłoni, które miały robić coś więcej niż tylko trzymać broń, mój EDVIR został wyposażony w multum innych urządzeń, jakie były potrzebne w chociażby wwiercaniu się w asteroidy czy wlatywaniu w kosmiczne obłoki gazów. No i pomalowano go na ładny, biały kolor z wyróżniającymi się pomarańczowymi pasami na naramiennikach, które to były połączone z kołnierzem ochraniającym robotyczną głowę ze wszystkim czterech stron. Efekt był taki, że cała maszyna miała spory, metalowy garb, ale oprócz tego z sylwetki przypominała człowieka.
— Przeżyję? — rzuciłem do Cath, siadając na fotelu operatora. Sam EDVIR był na to przygotowany, odkąd Johnson zajął to samo miejsce.
— Może. — Wzruszyła ramionami. — Jak bogowie pozwolą... Bogowie, boginie, wróżki zębuszki oraz moje umiejętności programistyczne.
Ross odwrócił się i zbliżył do nas z rękami skrzyżowanymi na piersi.
— Wierzysz w coś, Davis?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem jego pytania. Byłem też zajęty przypinaniem wszystkich kabelków do mojego hełmu, który miał mnie przenieść do wnętrza EDVIR-a.
— Oj, dużo się ich namnożyło, odkąd okazało się, że nie jesteśmy sami w kosmosie — wtrąciła się Cath oparta o krawędź swojego biurka. — Nie męcz naszego pilota, panie inżynier atomowy, bo jeszcze nam tu się stopi w siedzeniu, przedtem zaprzeczając wiary w cokolwiek. A tam, czy właściwie gdzie miałoby to być — spojrzała w górę, w sterylny sufit z białych paneli i świetlówek — ktoś okaże się zły i Davis skończy w jego wersji piekiełka. Weźmy się lepiej do roboty.
Udało mi się uśmiechnąć lekko do Rossa, który tylko pokiwał głową ze zrezygnowaniem i jakąś... wesołością. Na sekundę jego twarz nabrała kolorów, ale tuż po tym znowu zakryła się czarną mgłą. Catherine siadła przed komputerem w fotelu, Ross pomógł mi założyć hełm i stanął z przecinakiem w ręce kilka kroków od siedzenia pilota. Pojawiła się też Nadine i Ashley, która, ku mojemu zdziwieniu, wyglądała odrobinę lepiej niż wcześniej.
Nad moją głową, na mechanicznym ramieniu, zawisła trumna Johnsona. Zrobiło się cicho, jakby sam statek wstrzymał oddech, obserwując, co planują ludzie w jego wnętrznościach.
— Zaczynajmy — powiedziała Cath, patrząc na mnie z wyczekiwaniem zza monitorów. — Kiedy tylko będziesz gotów.
Podniosłem rękę z wyprostowanym kciukiem i chwilę później moja głowa znalazła się w ciemnym wnętrzu hełmu.
— Powinniśmy byli się z nim pożegnać. — Doleciał do mnie czyjś wytłumiony głos. — Powinniśmy byli...
Nie usłyszałem już ani jednego słowa więcej.
Umarłem.

***

— Procedura działania w możliwości wejścia w kontakt z obcą cywilizacją jest prosta. — Instruktor przeleciał po wszystkich zgromadzonych wzrokiem. — Macie nie wejść w kontakt z żadną obcą cywilizacją.
Na ekranie zajmującym całą ścianę pomieszczenia pojawił się symbol kosmity — zielona plama z dwoma ogromnymi otworami bieli obrazującymi oczy i parą dwóch kresek przypominających czułki. Sekundę później twarzyczkę przekreśliła czerwona linia. W rogu prezentacji widniało pomarańczowe logo korporacji.
Instruktor znowu zaczął wykład, a kilkadziesiąt par oczu to wodziło za nim, to tkwiło w broszurach, jakie otrzymywali wszyscy operatorzy statków cywilnych przystosowanych do podróży w głębokiej przestrzeni.
— Planety klasy A1, A2 oraz A3 są objęte absolutnym zakazem zbliżania się na odległość jednego roku świetlnego. Może nie występować na nich życie, ale zejście na powierzchnię, aby sprawdzić z ciekawości — mówiąc, skrzywił się i pokręcił głową — jest zabronione. Tam, cokolwiek uczepiłoby się waszych kombinezonów, mogłoby okazać się niebezpieczne dla ludzi i zdecydowanie nie chcielibyśmy tego na Genodorze. Zainfekowany statek zostanie zniszczony, o ile jego załoga nie będzie chciała współpracować ze stacją. To jest ostrzeżenie.
Na ścianie pojawiły się kolejne strony prezentacji. Tym razem były to zdjęcia kosmosu, kilkanaście ujęć ciemnych, podłużnych plam przypominających połączone ze sobą czarne bąble z wystającymi z nich igłami.
— Niewielu zapuszcza się tak głęboko w przestrzeń, niewielu muszę mówić to, co wam przekażę. Jesteśmy na skraju naszej galaktyki. Tam — wskazał ręką w ścianę, za którą oraz setkami innych ścian stacji pojawiała się w końcu czarna pustka kosmosu — nic nie jest znane, nic nie jest zbadane i wy jako pierwsi zobaczycie to na własne oczy. Wszyscy znamy datę pierwszego kontaktu, jak i drugiego pierwszego kontaktu z następnymi obcymi. Wszyscy też wiemy, co się w tych obu przypadkach wydarzyło. Niektórzy na własnej skórze odczuli, że lepiej dla obu stron trzymać się jak najdalej od siebie. I to właśnie macie zrobić, załogi Gremdina, Apoxa i Erwineny. Nie wejść im — powiedział, przywiązując wagę do ostatniego słowa — w drogę, nie nawiązywać żadnego kontaktu, a w razie czego, w przypadku całkowicie ostatecznym, wysyłać w ich kierunku sygnały i wiadomości ostrzegawcze. Tak, te statki zostały dostrzeżone przez obserwatorów Genodory w przeszłości, ale próby nawiązania komunikacji tak jak i poszukiwań w tym celu spełzły na niczym. Na razie nie doszło do niczego poważnego, jednak, jak pewnie już słyszeliście, rzeczywiście mogą to być statki cywilizacji eksplorującej kosmos i biorącej go we władanie. Być może nadszedł czas, aby ustanowić granice.
Instruktor odchrząknął, zwracając oczy na ścianę i wyświetloną na niej prezentację. Na sali można było wyczuć napiętą atmosferę, która nie rozluźniła się nawet w czasie następnej części wykładu na temat zasad bezpieczeństwa i sanitarki pokładowej.
Myśl, że nie byliśmy sami była nie mniej zatrważająca niż próba wyobrażenia sobie ogromu planet, słońc i czarnej przestrzeni. Jednak poczucie, że oni, kosmici, okazali się aż tak różni od nas, było jeszcze gorsze. Znałem spekulantów, według których swobodne porozumienie się byłoby niemożliwe nawet w przyszłości, bez względu na rozwój technologiczny. Barierą nie był tylko język, inny typ komunikacji czy odmienna budowa ciał. Barierą było wszystko, a nawet i więcej, niż potrafiliśmy sobie wyobrazić.
Niedługo później instruktor nas opuścił, tak samo jak załogi Gremdina i Veriasa. Przed pozostałych wyszedł mężczyzna w kombinezonie z symbolami kapitańskimi. Tak bliżej poznałem naszego dowódcę, który przez uśmiech wyjawił nam, że ma dwugodzinną prezentację do omówienia na temat samego Apoxa. Wszyscy rozluźnili się dzięki lekkości, z jaką mówił i wiecznemu uśmiechowi, z którym wałkował stronę po stronie podręcznika operowania urządzeniami górniczymi w przestrzeni kosmicznej.
— To wszystko — rzucił nagle, gdy ostatnia strona prezentacji okazała się pusta. — Macie czterdzieści osiem godzin na załatwienie reszty spraw. Przypominam: dok ósmy, miejsce A09, statek klasy fregata o nazwie Apox. To ten najładniejszy. — Wyszczerzył się. — Odmaszerować.

***

Proces przeniesienia umysłu operatora nie zawsze był w pełni komfortowym ani całkowicie bezpiecznym. Zdarzały się przypadki psychozy, stresu pourazowego i innych zaburzeń psychicznych, które objawiały się natychmiast po jego zakończeniu. Z tego powodu EDVIR miał wbudowane ograniczenie, zaprogramowaną klatkę, która miała nie pozwolić oszalałemu operatorowi na przejęcie sterów i pozabijanie wszystkich w pomieszczeniu czy rozwalenie statku.
Oczywiście do takich przypadków dochodziło rzadko, jednak nie na tyle rzadko, aby nie pomyślano o tym rozwiązaniu. Zależnie od wersji, całe zabezpieczenie trwało od kilku do kilkunastu minut, kiedy to pilot miał uspokoić siebie, czyli swój umysł, używając do tego wyuczonych technik.
W pierwszej chwili po naciśnięciu guzika rzeczywiście miałem wrażenie, jakby dotknęła mnie sama śmierć. Trwało to jednak na tyle krótko, że chwilę po tym już spokojnie, chociaż nadal będąc wstrząśniętym, czekałem na wyłączenie się blokady, odliczając sobie czas w myślach.
Dziewięć minut, dwadzieścia sekund.
Nadine odezwała się jako pierwsza, przerywając ciszę. Oprócz Cath ona i reszta przystanęli przed EDVIR-em, czekając na jakiś znak mojego życia.
— Cath?
Milczała, wpatrując się w swój monitor i zawzięcie stukając palcami w klawiaturę.
— Jego puls jest w porządku, oddech również — zaczął Ross. — Nie powinien się poruszyć czy coś takiego?
— W sumie wspominał mi o jakimś systemie, że otrzyma kontrolę dopiero po iluś minutach, ale... Nie pamiętam dokładnie... — Catherine wstała z miejsca i podeszła do reszty. Widziałem ją teraz z bliska poprzez mój elektroniczny wizjer, trójkę mechanicznych oczu. Chyba się trochę denerwowała. Powiedziałbym, że nawet bardziej niż trochę.
— Mniej niż dziesięć? Więcej? — pytał dalej Ross. — Musimy... Musimy wiedzieć, ile dać mu czasu.
Nie odpowiedziała mu, nie siląc się nawet na wzruszenie ramionami. Czas ciągnął się jak stare gacie, ale procedura była procedurą. Nie miałem możliwości obejścia zabezpieczeń. Mogłem tylko obserwować i mieć nadzieję, że nie wpadnie im coś nierozsądnego do głowy.
Przez pięć minut trwali w ciszy. Ash zaczęła się trząść, a Ross tkwił w miejscu jak słup soli.
— Davis? Możesz dać nam jakiś znak?
Nie, słodziutka, nie mogę.
Trzy minuty, pięćdziesiąt sekund.
— Jak długo jeszcze? — Dotarł do mnie cichy głos Ashley.
— Niedługo — odparł jej Ross. — Już niedługo, wytrzymaj.
Jeszcze dwie i pół minuty.
Wszystko szło dobrze. Do momentu, gdy stało się to, co poniekąd przewidziała nasza pani psycholog. A może był to pierwszy znak, złowrogie ostrzeżenie lub po prostu efekt ogromnego stresu. Cath wybuchła i, jak dobrze ją znałem, zrobiła to wyjątkowo gwałtownie.
— Jeżeli to jakiś cholerny żart! Zamorduję cię, Davis, niech tylko wyjdzie na jaw, że to idiotyczny żart!
— Uspokój się — wtrąciła jej podniesionym głosem Nadine, stając między nią a EDVIR-em. — Musimy jeszcze poczekać, Catherine. Musisz się uspokoić. Przypomnij sobie, o czym rozmawialiśmy dzisiaj rano, dobrze?
— Gówno twoje gadanie! Słyszysz mnie? — Stanęła na palcach, patrząc prosto w czarny wizjer na hełmie, gdzie wkrótce miały się zapalić trzy czerwone lampki. — Dobrze wiem, że...
— Cath! Błagam, uspokój się!
W międzyczasie Ash wycofała się niemal do samych drzwi. Jak mi się zdawało, chyba miała ochotę stąd uciec. Cóż, nie mogłem jej o to obwiniać.
Została jeszcze minuta.
Widziałem, jak wszyscy, świadomie czy nie, powoli odsuwali się od wściekłej Catherine. Jeśli tylko podniesie na kogoś rękę... EDVIR-owi nic się nie stanie, ale jeśli ona zrobi komuś z załogi krzywdę... Chyba Nadine nie miała na myśli, że miałbym ją zabić?
Osiemnaście sekund.
— Ross, daj mi ten przecinak.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko krzywo spojrzał na naszą programistkę.
— Dawaj! — ponagliła, skracając dystans.
Trzy...
— Daj mi go, do cholery! — Złapała go, próbując wyrwać mu narzędzie.
Dwa...
— Ty idio...
Jeden...
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(20-03-2016, 15:16)bananawarlord napisał(a): Głos Catherine odbijał się w mojej czaszce,(zbędny przecinek) niby echo w jaskini, gdy stanąłem w drzwiach jej gabinetu.

(...) jakby tylko czekała na moment mojego tchórzostwa. Na moment nasze spojrzenia złączyły(spotkały/skrzyżowały) się, co dodało mi otuchy, bo w jej oczach zauważyłem tą(tę) samą determinację, jak(jaką) miała od zawsze. (Nie lepiej zamienić to po prostu na "co zwykle"?)

Niemal czułem, że gdybym odmówił, to sama zaciągnęłaby mnie i podłączyła do EDVIR-a, nie żałując ani własnej(przecinek) ani mojej krwi.

Mój EDVIR, moje cacko, które, jak tona różnych rzeczy, narodziło się w wojsku,(zbędny przecinek) jako "czołg",(zbędny przecinek) czy jak tam nazywano te dawne pojazdy,(zbędny przecinek) na miarę dwudziestego szóstego wieku.

Nie że nam, załodze Apoxa, ta cecha była w czymkolwiek(do czegokolwiek) potrzebna.
Moje cacko stojące pod ścianą nie różniło się zbytnio od wersji militarnej, bo jego tors był w zasadzie jedną, (zbędny przecinek) wielką, grubą płytą z mojego ulubionego tytanu, pod którą kryło się całe elektroniczne życie i umysł operatora.

Oprócz znacznie dokładniejszej pary mechanicznych dłoni, które miały robić coś więcej,(zbędny przecinek) niż tylko trzymać broń, mój EDVIR został wyposażony w multum innych urządzeń, jakie były potrzebne w chociażby wwiercaniu się w asteroidy czy wlatywaniu w kosmiczne obłoki gazów.
Ross odwrócił się i zbliżył do nas z rękami skrzyżowanymi na piersiach(piersi).

Byłem też zajęty przypinaniem wszystkich kabelków do mojego hełmu, jaki(który) miał mnie przenieść wewnątrz(do wnętrza) EDVIR-a.

— Oj, dużo się ich namnożyło, odkąd okazało się, że nie jesteśmy sami w kosmosie — wtrąciła się Cath, (zbędny przecinek) oparta o krawędź swojego biurka.
Udało mi się uśmiechnąć lekko do Rossa, który tylko pokiwał głową z(ze) zrezygnowaniem i jakąś... wesołością.

Pojawiła się też Nadine i Ashley, która, ku mojemu zdziwieniu, wyglądała odrobinę lepiej,(zbędny przecinek) niż wcześniej.

Zrobiło się cicho, jakby sam statek wstrzymał swój(zbędny) oddech, obserwując, co robią ci ludzie w jego wnętrznościach.
— Zaczynajmy — powiedziała Cath, patrząc na mnie z wyczekiwaniem zza monitorów komputerów("Monitorów komputerów" mi jakoś nie leży na języku, więc usunęłabym drugie, sens ten sam).
— Powinniśmy byli się z nim pożegnać(skoro masz "doleciał" wielką literą, to tu kropka) — Doleciał do mnie czyjś wytłumiony głos.

Na ekranie zajmującym całą ścianę pomieszczenia pojawił się symbol kosmity — zielona plama z dwoma ogromnymi otworami bieli obrazującymi oczy i parą dwóch kresek, (zbędny przecinek) przypominających czułki.
Instruktor znowu zaczął wykład, a kilkanaście par oczu (to) wodziło za nim, to tkwiło w broszurach, jakie otrzymywali wszyscy operatorzy statków cywilnych przystosowanych do podróży w głębokiej przestrzeni.
— Planety klasy A1, A2 oraz A3 są objęte absolutnym zakazem zbliżania się na odległość jednego roku świetlnego. Może albo(zbędne) nie występować na nich życie, ale zejście na powierzchnię, aby sprawdzić z ciekawości — mówiąc, skrzywił się i pokręcił głową — jest zabronione.
 Tym razem były to zdjęcia kosmosu, kilkanaście ujęć ciemnych, podłużnych plam,(zbędny przecinek) przypominających połączone ze sobą czarne bąble z wystającymi z nich igłami.
Tam — W(w)skazał ręką w ścianę, za którą oraz setkami innych ścian stacji pojawiała się w końcu czarna pustka kosmosu.(zbędna kropka) — nic nie jest znane, nic nie jest zbadane i wy jako pierwsi zobaczycie to na własne oczy.

Nie wejść im — powiedział, przywiązując wagę do ostatniego słowa — w drogę, nie nawiązywać żadnego kontaktu, a w razie czego, (w) przypadku całkowicie ostatecznym, wysyłać w ich kierunku sygnały i wiadomości ostrzegawcze.

Myśl, że nie byliśmy sami była nie mniej zatrważająca,(zbędny przecinek) niż próba wyobrażenia sobie ogromu planet, słońc i czarnej przestrzeni. Jednak poczucie, że oni, kosmici, okazali się aż tak różnić(różni) od nas, było jeszcze gorsze.
Niedługo później instruktor nas opuścił, tak samo,(zbędny przecinek) jak załogi Gremdina i Veriasa.
  
Zdarzały się przypadki psychozy, stresu pourazowego i innych,(zbędny przecinek) natychmiastowych zaburzeń psychicznych, które objawiały się tuż po jego zakończeniu. Z tego powodu EDVIR miał wbudowane ograniczenie, klatkę, jaka(która) miała nie pozwolić oszalałemu operatorowi przejęcia sterów i przypadkowego pozabijania wszystkich w pomieszczeniu czy okazyjnego rozwalenia statku.
 Oprócz Cath,(zbędny przecinek) ona i reszta przystanęli przed EDVIR-em, czekając na jakiś znak mojego życia.

— Gówno twoje gadanie! Słyszysz mnie? — Stanęła na palcach, patrząc się(zbędne) prosto w czarny wizjer na hełmie EDVIR-a, gdzie wkrótce miały się zapalić trzy czerwone lampki.

— Daj mi go(przecinek) do cholery! — Złapała go, próbując wyrwać mu narzędzie.

Nie jestem na bieżąco, niemniej fragment przypadł mi do gustu. Bardzo trzymające w napięciu zakończenie. :)
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości