Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Niedzielne zakupy
#1
Na początek dodam tekst, który napisałem dość dawno, co jakiś czas wracam do niego, dopieszczam, zmieniam poprawiam. Jestem z niego całkiem dumny, lubię się nim chwalić i pokazywać go innym. Czekam na krytykę i uwagi. :)


Niedzielne zakupy

Jest to największy budynek w całym mieście. W każdy weekend rano podjeżdżam tutaj i zatrzymuję się na parkingu przed nim. Na tę okazję myję samochód, aby wszyscy widzieli, jaki ja porządny. Nie wożę się jakąś superbryką, ale nie chcę, aby inni myśleli, że jestem biedny czy potrzebujący.
Na parkingu zawsze jest miejsce. Ochrona pilnuje, aby bezdomni nie szlajali się tutaj, a żebracy nie zakłócali porządku.
Dzieci wychodzą z samochodu. Poprawiam marynarkę. Idę za nimi. Krzyczą, śmieją się, bawią. Tylko najstarsze idzie ze spuszczoną głową i rękami w kieszeni. Dawno już nie traktuje naszych wypraw jako atrakcji.
Choć niewiele zmieniło się od ostatniej wizyty, dłuższą chwilę stoję przy wejściu. Oglądam ogłoszenia. Między nimi są promocje, plakaty, zaproszenia i prośba o wsparcie finansowe dla biednych rodzin z grajdoła.
— Dzień dobry, sąsiedzie — słyszę za plecami, toteż powoli wyciągam portfel. Grzebię w nim moment.
— O! Dzień dobry! — udaję zdziwionego. — Jak tam zdrówko? — pytam z udawaną troską, a następnie wyciągam banknot pięćdziesięciozłotowy. Przez moment prostuję go, czekając, aż sąsiadka dostrzeże, co trzymam w ręce, a potem składam papierek dwa razy i wrzucam do skarbonki.
— Dobrze, dobrze, dziękuję — odpowiada, a ja wchodzę do środka, doganiając rodzinę.
Jedną ręką łapię za koszyk na zakupy. Przez moment zastanawiam się, czy lepszy nie okazałby się wózek. Dochodzę do wniosku, że nie, koszyk wystarczy. Drugą rękę moczę w wodzie święconej i niedbale wykonuję symbol krzyża.
Mijam lektorów wyprowadzających jakiegoś brodatego śmierdziela, który najwyraźniej źle trafił. Dworzec jest naprzeciwko!
— Puśćcie mnie, do cholery! Ja wiem, po co tu przyszedłem! — drze się. Opętany jakiś.
Staję koło żony i dzieci. Ceremonia się rozpoczyna.
Idziemy razem pomiędzy półkami.
— Tatusiu, a możemy jeszcze to?
Uśmiecham się.
— Oczywiście. Przecież jest niedziela.
Wrzucają kolejne produkty do koszyka. Słodycze, napoje gazowane i czipsy.
Kazanie dłuży mi się niemiłosiernie. Zdążyłem już pomyśleć chyba o wszystkim. O pracy, o szwagierce, która ma przyjechać dziś na obiad, o wczorajszej walce Pudziana i reklamie nowych płatków zbożowych. Zaczynam dłubać w nosie, ale od razu żona szturcha mnie łokciem, abym się opamiętał. A chciałem tylko jedną kozę wydłubać.
Podchodzę do konfesjonału. Nie widzę w tym sensu, ale żona prosiła, abym poszedł się wyspowiadać. Nie chcę jej złościć, bo jeszcze mi przestanie obiady gotować i skarpetki prać. Albo zacznie sprawdzać, do kogo najczęściej dzwonię.
Więcej grzechów nie pamiętam. Jakie to proste!
Dostaję rachunek, wkładam go do koszyka, zapłacę przy wyjściu.
  — Może chce pan zabić kogoś ze swojej rodziny? Tylko teraz do rozgrzeszenia za morderstwo pogrzeb gratis.
Wracam do żony. Uśmiecham się. Daję jej buziaka. Wszyscy wokół pewnie dochodzą do wniosku, że jesteśmy dobrym małżeństwem.
Widzę nadchodzącego księdza. Daję dzieciom po piątaku. To jeszcze nie rachunek, lecz dopiero dobrowolna ofiara, aby Bóg czuwał nad naszymi duszami. Za zakupy płaci się potem, przy wyjściu, tak samo jak w Supermarkecie czy zwyczajnym sklepie.
Dzieci wrzucają pieniążki. Ksiądz przesuwa się pomału, pilnując, aby nikogo nie ominąć. Kładę na tacę dwadzieścia złotych. Kapłan uśmiecha się i odpowiada formułką. Idzie dalej.
Stoję i czekam. Niedługo koniec. To dobrze, bo zaczyna mi burczeć w brzuchu. Mogłem zjeść śniadanie przed wyjściem z domu.
Nagle wszyscy ruszyli do przodu. Ocknąłem się z zamyślenia i idę za nimi. Dzieci zostały. Tylko najstarsze miało już swoją Pierwszą Komunię, ale nie chce się jednoczyć z panem Bogiem, co bardzo martwi teściową, bo podobno sąsiedzi nas obgadują. Co im do tego? Taki wiek, że się buntuje. Wkrótce zrozumie, że to na nic, i wróci do szeregu.
Do koszyka wrzucam Baranka. Czuję, jak rachunek rośnie. Na szczęście mam pieniądze.
Wracam. Idę pomału z prawą dłonią ułożoną na miejscu, w którym niegdyś było serce. Staram się wyglądać na skupionego. Wszyscy na mnie teraz spoglądają.
Klękam. Patrzę w ziemię. Chyba dawno nikt tutaj nie sprzątał. Od podłogi zabrudzę sobie spodnie.
Wstaję. Otrzepuję kolana.
Żona poprawia synowi kołnierzyk.
Ogłoszenia dłużą się i dłużą. Promocje, okazje, zbiórki.
Po co to komu?
Czarny wchodzi na scenę.
Pip. Pip. Pip.
— Pin i zielony — rozbrzmiewa błogosławieństwo. — Pokój z wami i zapraszamy ponownie.
Ludzie pchają się do wyjścia niczym świnie do koryta. Ja kulturalnie czekam. Mijają mnie, a wtedy widzą, że jestem w kościele.
Pustka.
Wychodzę, przodem puszczając żonę i dzieci. Czuję, że ubyło mi z portfela, a także z serca. Wyrzutów sumienia i czegoś jeszcze, czego nie potrafię nazwać. Ważne, że pójdę do nieba. W końcu inwestuję w bilet, przychodząc tu co tydzień.
Macham koleżankom córki. Całkiem fajne, choć młódki. Ale za parę lat…
Wsiadamy do samochodu. Jedziemy do supermarketu. Musimy zakupić rzeczy na obiad. Szwagierka dziś przyjeżdża.
Wysiadamy. Wrzucam złotówkę i biorę wózek. Drzwi automatyczne wpuszczają nas do środka. Te zakupy to kolejna, podobna ceremonia.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(03-12-2015, 20:32)Kajtus napisał(a):
Jedną ręką łapię za koszyk na zakupy. Przez moment zastanawiam się, czy lepszy nie okazałby się wózek. Dochodzę do wniosku, że nie, koszyk wystarczy. Drugą rękę moczę w wodzie święconej i niedbale wykonuję symbol krzyża.




Wracam do żony. Uśmiecham się. Daję jej buziaka. Wszyscy wokół widzą, że jesteśmy dobrym małżeństwem.
Widzę, że ksiądz rusza. Daję dzieciom po piątaku. To jeszcze nie rachunek, lecz dopiero dobrowolna ofiara, aby Bóg czuwał nad naszymi duszami. 

Stoję i czekam. Niedługo koniec. To dobrze, bo zaczyna mi burczeć w brzuchu. Mogłem zjeść śniadanie przed wyjściem z domu.
Nagle wszyscy ruszyli do przodu. Ocknąłem się z zamyślenia i idę za nimi. Dzieci zostały. Tylko najstarsze miało już swoją Pierwszą Komunię, ale buntuje się i nie chce się jednoczyć z panem Bogiem, co bardzo przejmuje teściową, bo podobno sąsiedzi nas obgadują. Co im do tego? Taki wiek, że się buntuje. Wkrótce zrozumie, że to na nic, i wróci do szeregu.
Do koszyka wrzucam Baranka. Czuję, jak rachunek rośnie. Na szczęście mam pieniądze.
Wracam. Idę pomału z prawą dłonią ułożoną na miejscu, w którym niegdyś było serce. Staram się wyglądać na skupionego. Wszyscy na mnie teraz patrzą.
Klękam. Patrzę w ziemię. Chyba dawno nikt tutaj nie sprzątał. Od podłogi zabrudzę sobie spodnie.
Wstaję. Otrzepuję kolana.

— Pin i zielony — rozbrzmiewa błogosławieństwo. — Pokój z wami i zapraszamy ponownie.
Ludzie pchają się do wyjścia niczym świnie do koryta. Ja kulturalnie czekam. Ludzie mijają mnie, widzą wtedy, że jestem w kościele.
Pustka.
Wychodzę, przodem puszczając żonę i dzieci. Czuję, że ubyło mi z portfela, a także z serca. Wyrzutów sumienia i czegoś jeszcze, czego nie potrafię nazwać. Ważne, że pójdę do nieba. W końcu inwestuję w bilet, przychodząc tu co tydzień.

Mając być szczery, nie lubię miniaturek. Zawsze mam wrażenie, że czegoś nie złapałem i boję się ustosunkowywać do opowiadania. Według mnie chciałeś pokazać, że niektórzy ludzie chodzą do kościoła „bo wypada”, a w rzeczywistości nie dbają o swoją relacje duchową z Bogiem. Księży, ludzi, głównego bohatera, a nawet dzieci pokazujesz ze złej pozycji. Jaki jest tego cel? Mogę zgadywać, że uważasz wiarę za coś śmiesznego, a księży za materialistów (i większość ludzi).

Styl mi się podoba, sama miniaturka niekoniecznie :)
Once bitten, twice shy.

Moje opowiadania:
Odcienie
Dream
Opowieści menelskie
Odpowiedz
#3
(03-12-2015, 20:32)Kajtus napisał(a):
Niedzielne zakupy
— Dobrze, dobrze, dziękuję — odpowiada, a ja wchodzę do środka, goniąc (doganiając) rodzinę.

 Ceremonia zaczyna trwać. (Ceremonia się zaczyna albo 'ceremonia trwa')

Tylko najstarsze miało już swoją Pierwszą Komunię, ale buntuje się i nie chce się jednoczyć z panem Bogiem, co bardzo przejmuje (martwi) teściową, bo podobno sąsiedzi nas obgadują.

Jeśli chodzi o styl, właściwie nie mam zastrzeżeń. Trochę drażnią mnie te krótkie zdania zupełnie nieprzystające do tekstu, który nie ma aż takiej ekspresji.
Jeśli chodzi o przesłanie, to rozumiem, że społeczeństwo oceniasz jednoznacznie: głupcy w marketach i głupcy w kościele, a rzeczywistość nie jest taka czarno-biała. Ten groteskowy obraz kościelno-marketowy wcale nie ukazuje żadnej prawdy. Ludzie idą do marketów, ponieważ nie stać ich na osiedlowe sklepiki ani eleganckie butiki. Traktują te sklepy jako okazję do wspólnej wyprawy całej rodziny, ponieważ nie stać ich na wyjście do teatru. To oczywiście uproszczenie, ale niestety tak bywa dość często. Jeśli chodzi o kościół, to uważam, że wielu ludzi idzie tam z powodu szczerej potrzeby i głębokiej wiary. Choć sama do nich nie należę, to nie oceniałabym tego jako czystej zaściankowości czy hipokryzji. Pewnie część społeczeństwa jest faktycznie tak pusta, jak to opisujesz, ale nie należy generalizować
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#4
marookko, wyłapałem wszystkie błędy, które mi wytknąłeś, dziękuję. Większość już zniknęła, nad paroma miejscami się waham, zastanawiam. Mimo że nie zniknęły jeszcze z tekstu, wiedz, że doceniłem Twoją pracę i wziąłem sobie to do serca, ale wciąż myślę.
Czy wiarę uważam za coś śmiesznego? Nie, nie nazwałbym tego, choć sam nie wierzę. Czy księży uważam za materialistów? Nie wszystkich, ale generalizując, tak. Wydaje mi się, że nikt, kto jest całkowicie normalny, nie będzie księdzem. Zakonnikiem, owszem, pastorem, dlaczego nie? Natomiast przy obecnym układzie Kościoła Katolickiego w Polsce nie wierzę, że ktoś jest w stanie wytrzymać jako ksiądz. Albo coś jest z nim gdzieś nie tak, albo nie ze wszystkim się zgadza i ma przed sobą naprawdę ciężką drogę reformowania instytucji, która reform nie chce i często sama interpretuje słowa papieża. To jednak już wybieganie na jakieś tam fakty przykryte pod moim emocjami i poglądami. Chciałem po prostu ukazać obłudę, która ma miejsce wszędzie, ale w kościele boli mnie najbardziej, bo to niby ma być ostoja dobra, miłości, nadziei i cudownych wartości.
To zdanie, które napisałeś: Według mnie chciałeś pokazać, że niektórzy ludzie chodzą do kościoła „bo wypada”, a w rzeczywistości nie dbają o swoją relacje duchową z Bogiem, chyba najlepiej oddaje, o co mi chodziło. Kluczowe jest tu słowo niektórzy, czyli nie wszyscy, a czy jest to 90% czy 10%, nie wiem, powiedzieć nie potrafię i wydaje mi się, że każdy z chodzących tam może zadać je po prostu sobie.
A skoro styl Ci się spodobał, a ten utwór nie, to może uda mi się kupić Cię jakimś kolejnym. :)

Nawko, błędy wytknięte przez Ciebie z kolei poprawiłem wszystkie i od razu. Dziękuję bardzo za ich wskazanie!
Gdy będziesz miała chwilę, czy zechciałabyś mi wskazać, jakie krótkie zdania konkretnie miałaś na myśli? Chodzi o całość tekstu napisanego krótkimi zdaniami czy o jakieś konkretne zdania niepasujące do reszty? Chciałbym się ustosunkować do tej wypowiedzi, zobaczyć, co mogę poprawić, a nie chcę zrozumieć Cię źle.
Broń Boże (sic!), nie oceniam negatywnie osób chodzących do supermarketów. Sam wolę robić zakupy w nich niż w małych sklepach, które zazwyczaj również w supermarketach zaopatrują się dzień wcześniej. Głupcy tu i tu, trochę tak, trochę nie. Nie wszyscy, a niektórzy. Jeśli ktoś jest głupcem, to nieważne, gdzie go postawimy, głupcem będzie. Nieważne, czy w teatrze, kościele czy supermarkecie. Choć również nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że ludzi nie stać na wyjście do teatru. Czy rzeczywiście? Bilety do teatru zaczynają się od 15zł, większość sztuk (zwłaszcza tych dobrych) to 40-50zł, oczywiście zależy gdzie, co, jak, ale generalizuję. Wyjście do teatru całą rodziną to wydatek 200zł. Dla kogoś, kto ledwo żyje od pierwszego do pierwszego, to naprawdę dużo kasy, zwłaszcza jeżeli wypali trzy paczki fajek w tygodniu, a co dwa tygodnie lubi sobie łyknąć głębiej. Tu nie chodzi o to, że sztuka jest droga, tylko że ludzie od niej uciekają.
Rodzice wolą zabrać dzieci do supermarketu jako atrakcję, a potem do McDonalda na obiad, za który zapłacą niewiele mniej niż jakby chcieli spędzić cały dzień w Zoo (Zoo w Chorzowie bilet ulgowy 8zł, dla dorosłego bodajże 12). Tylko ludziom się nie chce, nie czują potrzeby wykonywania pewnych działań, są przyzwyczajeni do pewnych zachowań, rozrywek.
I znowu, nie chcę generalizować, ale takie przypadki są. Ile procentowo? Nie wiem, ale to właśnie na nich się skupiłem. Na tych, którzy jadą do kościoła i do supermarketu, bo trzeba swoje zrobić tu i tu, ale przynajmniej obie te rzeczy odklepie się przy jednym wyjściu z domu. A wszystko to mechaniczne, nudne, a podniesione do rangi ceremonii i celu w życiu.
Odpowiedz
#5
(07-12-2015, 21:31)Kajtus napisał(a):
Klękam. Patrzę w ziemię. Chyba dawno nikt tutaj nie sprzątał. Od podłogi zabrudzę sobie spodnie.
Wstaję. Otrzepuję kolana.
Żona poprawia synowi kołnierzyk.
Ogłoszenia dłużą się i dłużą. Promocje, okazje, zbiórki.
Po co to komu?
Czarny wchodzi na scenę.
Pip. Pip. Pip.

Ten fragment składa się właśnie z takich krótkich, ekspresyjnych zdań. Nie chodziło mi o to, że są źle zbudowane czy niewłaściwe, ale o to, że takich jednowyrazowych zdań używa się do opisania sytuacji wymagających nadania tempa, dramatyzmu. Twój tekst jest refleksją nad stylem życia, nad obłudą każdej ze stron, lenistwem, modą, nijakością. Lepiej byłoby zwolnić tempo, pozwolić na zatrzymanie się i przemyślenie – a może i ja tak żyję? To miałam na myśli.
Oczywiście zgadzam się z tobą, że wielu uważa taki styl życia za normę i nie widzi w tym niczego niewłaściwego. Zamiast na spacer nadrzecznym bulwarem, gonitwa za okazjami, promocjami, zapychaczami życia. Zgadzam się z tobą, natomiast uważam też, że nie można generalizować. W tym kościele-markecie pewnie znalazłby się ktoś, kto przyszedł tam z autentycznej potrzeby. Szkoda że nie pokazałeś takiej postaci dla kontrastu.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
#6
Nie miałem problemów z przeczytaniem, ale muszę się podpiąć pod post Nawki powyżej i napomknąć o tych odrobinę przykrótkich zdaniach. Nie mówię, że powinny być znacznie dłuższe, ani że absolutnie niszczą miniaturkę, jednak na pewno nie byłoby minusem dodać kilka słów tu i i tam, aby zachować równowagę pomiędzy nadmierną prostotą i zbyt dużym rozbudowaniem. Jeśli oczywiście nie chodziło w tym o nadanie dynamizmu czy wskazania, że modlitwa na kolanach niewiele znaczy i jest tylko gestem właśnie poprzez krótkie zdanie. Tak czy owak aż tak mnie to nie razi.
Co do przesłania, to muszę się z nim zgodzić. Nie zgodziłbym się, jeśli z w tekście odczułbym generalizację całego społeczeństwa, ale osobiście widzę w nim jedynie krytykę postawy. Postawy niekoniecznie związanej tylko i wyłącznie z mszą, ale mającej miejsce również na co dzień, w dni powszednie. Fakt, że miejsce kościoła i sklepu wydają się mieszać i łączyć jest ciekawym zabiegiem, chociaż zaciąłem się w jednym z takich opisów, gdy zdanie mówi, że bohaterowie stoją w świątyni, a w następnym akapicie nagle poruszają się pomiędzy alejkami. Nie jest to jednak warte poprawek, bo wina leży po moim (nie) czytaniu ze zrozumieniem  :v
Nie siedzę w miniaturach, ale jak dla mnie Twoja ma dobre przesłanie w zgrabnej formie.
Odpowiedz
Reklama AdSense
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości