Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Fantasy Darkstory
#1
Po dłuższej przerwie powracam z materiałem napisanym w (tak sądzę...) dużej zgodzie z radami i wskazówkami wyniesionymi z tego oto forum. Zobaczmy, na ile mi się to udało :)
Tytuł skrajnie roboczy, zarówno w przypadku rozdziałów jak i samego dzieła.


W lochach

Mroczny, ciasny korytarz oświetlało zaledwie parę pochodni, stanowczo zbyt rzadko rozmieszczonych wzdłuż kamiennej ściany. W tej chwili powoli rozbrzmiewał echem kroków. Odziane w ciężkie, metalowe buty stopy wybijały równy rytm. Siedzący za kratami więźniowie reagowali na to różnie – jedni podnosili głowy, z ożywieniem nasłuchując jakby w nadziei na coś; inni, wyraźnie bardziej sponiewierani, ledwie raczyli się poruszyć, okazując tym samym, ile ich całe to zamieszanie obchodziło. Jeden z obecnych, niemal kompletnie nagi, przyskoczył do kraty i zaczął nią szarpać, wykrzykując stek przekleństw pod adresem idących.
– Otwórz.
Chłodny głos wydał krótkie polecenie. Czterech zbrojnych stanęło przed celą, ostrzami mieczy zmuszając więźnia do cofnięcia się, a klucznik otworzył zamek. W kilka chwil przekleństwa zmieniły się w odgłosy uderzeń i okrzyki bólu, a zaraz potem oba ucichły kompletnie. Kroczący na samym końcu młody elegancik w długiej szacie z pewnym przestrachem zerknął do środka celi i skrzywił się, widząc zmasakrowane zwłoki.
Idący przodem mężczyzna nie zareagował w jakikolwiek sposób. Mijane pochodnie oświetlały pooraną bliznami i zmarszczkami twarz, a ich światło podkreślało kontrast między głęboką czernią przepaski na jego oku a mlecznobiałymi, rzadkimi włosami sięgającymi karku. Z każdym kolejnym śmiałym krokiem zawieszony u pasa miecz odbijał się od jego nogi. Przeżuwał coś, aż do momentu, kiedy stanął przed jedną z cel. Przyjrzał się siedzącemu w niej mężczyźnie i splunął przez ramię tym, co miał w ustach.
– To on, panie.
Głos klucznika nie wyrażał żadnych emocji. Można było odnieść wrażenie, że stojący obok nich starzec z kilkoma pękami kluczy zawieszonymi u pasa był już tylko skorupą, która pamiętała, jak należy chodzić i oddychać. Zbrojni dołączyli do swojego dowódcy, bez słowa stając w pewnym dystansie za nim.
– Szpieg Detheroka?
Siedzący w kącie celi więzień uniósł głowę i ze znudzeniem przyjrzał się rozmówcy jednym okiem. Drugie stracił wyraźnie niedawno, pusty, okrwawiony oczodół ledwie było widać pod obrzydliwą opuchlizną. Miał na sobie szmaciany ubiór poplamiony krwią, błotem i innym brudem. Tłuste, poplątane, krucze włosy sięgały ramion.
– Pierdolcie się – mruknął smętnie i opuścił głowę.
Elegancik dołączył do pozostałych i zmarszczył brwi. Jednooki starzec zwrócił na niego spojrzenie.
– Ile powiedział?
– Nic a nic. – Pokręcił głową, patrząc na więźnia z mieszaniną odrazy i rozczarowania. – Albo jest naprawdę dobrze zastraszony, albo rzeczywiście nic nie wie.
Starzec przyjrzał się jeszcze raz więźniowi.
– Stracił oko podczas schwytania czy przesłuchania?
– Przesłuchania.
– I nadal nie udało się wam wyciągnąć z niego kompletnie nic.
Elegancik skrzywił się na dźwięk pogardy w głosie swojego rozmówcy. Odchrząknął.
– Musieliśmy przerwać. Wrócimy do niego, wtedy…
– Nie wrócicie. – Przerwał mu machnięciem ręki i spojrzał na klucznika. – Otwieraj.
Tamten tylko skinął głową i zaczął przebierać wśród kluczy. Elegancik stał z szeroko otwartymi ustami niczym ryba wyciągnięta z wody, ale zaraz się otrząsnął.
– Co to ma znaczyć?!
– Pójdzie ze mną. I nie drzyj się.
– Jak… I gdzie niby go zabierasz?!
– Do azylu.
Elegancik pokręcił głową.
– Nie ma mowy. To szpieg, nie wiemy…
– To już wasz problem, balishu, trzeba było go przesłuchać albo zabić zawczasu.
– Nie! – Mężczyzna skrzyżował ręce na piersiach. – Nie pozwolę…!
Zadziwiająco szybkim ruchem jak na swój wiek jednooki odwrócił się, złapał jedną ręką głowę krzykacza i rąbnął nią o ścianę. W korytarzu rozległo się głuche łupnięcie i elegancik osunął się na ziemię. Stary klucznik patrzył na to z odrobiną zainteresowania na twarzy, niezbyt jednak wielkiego. Przeniósł wzrok na agresora.
– Otwórz celę.
Wzruszył tylko ramionami i zaczął przebierać między kluczami, a gdy znalazł właściwy, bez ociągania otworzył kłódkę blokującą kratę. Siedzący za nią mężczyzna nawet nie drgnął. Dwaj zbrojni podeszli do niego i po prostu dość brutalnie podciągnęli go na nogi. Jednooki zmierzył go wzrokiem i pokiwał głową. Zerknął jeszcze na leżącego na ziemi elegancika, z którego potylicy płynęła strużka krwi.
– Nic nie widziałeś – warknął, wskazując palcem na klucznika.
Ów tylko rozłożył ręce.
– Wielmożny balish powinien był się odsunąć od krat, gdy otwierałem celę, łatwo było przewidzieć, że ofiara jego przesłuchania zechce się zemścić.
Jednooki pokiwał głową z aprobatą.
– Nieźle. Chodźmy.
Dwaj zbrojni ruszyli tuż za nim, a w pewnym odstępie od nich kroczyła para trzymająca między sobą więźnia. Na samym końcu spokojnie dreptał stary klucznik, rzucając jeszcze ostatnie, znudzone spojrzenie leżącemu na posadzce martwemu balishowi.
Na zewnątrz panowała zimna, jesienna noc. Deszcz lał się strugami z nieba. Jednooki skrzywił się, ale nawet nie drgnął, gdy pierwsze krople spadły mu na głowę. Idący za nimi więzień westchnął głęboko, kiedy zimne powietrze i woda dotknęły jego twarzy.
– To musi być ulga – stwierdził starzec, patrząc na niego. – Proszę, proszę, jesteś młodszy niż sądziłem…
Rzeczywiście, w świetle latarni dało się wyraźniej dostrzec twarz chłopaka. Mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia lat. Rozczochrane włosy oklapły teraz nieprzyjemnie niby kupa sczerniałej, przegniłej słomy.
– Chwilę sobie pogawędzimy. Jak cię zwać?
Chłopak rzucił mu tylko szybkie spojrzenie, po czym odwrócił głowę bez słowa.
– To nie przesłuchanie, dzieciaku, nie musisz mi podawać swojego prawdziwego imienia. Chyba że sam mam cię jakimś ochrzcić.
– Yan.
Jego głos był cichy, ale niesamowicie przyjemny dla ucha. Można byłoby wręcz powiedzieć, że uwodzicielski. Na starcu nie zrobiło to wrażenia.
– Diego.
Pojedyncze, z rzadka mijane przez nich osoby unikały choćby patrzenia na nich. Yan z pewnym zaskoczeniem dostrzegł, że nawet straż miejska starała się odwracać od nich wzrok i zmieniała swoje ścieżki patrolu, byle tylko trzymać się jak najdalej od tego starca. Nikt nie zwracał uwagi na zbrojnych, którzy go eskortowali.
– Łatwiej jest się urodzić księżniczką niż szpiegiem – rzekł jednooki, kiedy przekroczyli bramy miasta. – W jaki sposób zwerbował cię Detherok?
– Gówno cię to obchodzi.
Mężczyzna odchrząknął, po czym odwrócił się i zdzielił chłopaka wierzchem dłoni w twarz.
– Słuchaj uważnie, gnoju. – W jego głosie nie brzmiał gniew, był wręcz zadziwiająco spokojny, niemal przyjazny. – Wyciągnąłem cię z psiej dupy, jaką są lochy Uriela. I zamierzam wysłać cię teraz do piekła, jakim jest azyl trupów. Najprawdopodobniej zdechniesz tam w przeciągu deka, ale jeśli się postarasz i pokażesz, że masz jaja, uda ci się przeżyć i nawet kiedyś stamtąd wrócić. Ale w tej chwili twoje gówno warte życie jest w moich rękach i jeśli mnie wkurwisz, to też trafisz do azylu, tyle że już bez drugiego oka i bez ręki. Dotarło?
Chłopak milczał, ale z jego oblicza biły gniew i nienawiść. Z rozciętej wargi powoli sączyła się maleńka strużka krwi.
– Dobrze. A teraz odpowiesz mi: jak zwerbował cię Detherok.
– Z ulicy – odwarknął Yan. – Jak każdego szpiega. Nikt nie szuka uliczników. Nikt ich nie zna. My wiemy wszystko. Musimy. Inaczej każdy z nas zdechłby z głodu.
– Jak długo cię szkolił?
– Pół roku.
– Dość. Może przeżyjesz.
Odwrócił się i ruszył w dalszą drogę. Zbrojni bez choćby jednego słowa podążyli za nim. Mimowolnie odnotował, że teraz przestali iść równym, żołnierskim krokiem, raczej zaczęli się wlec.
– O co chodzi z tym azylem?
Diego odwrócił się znów do niego. Jego twarz wykrzywiał uśmiech, trochę obleśny, jak na myśl o bardzo niesmacznym, ale zabawnym żarcie.
– Dowiesz się w swoim czasie.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(22-10-2015, 11:23)Crazy Halfling Mage napisał(a): W lochach

Siedzący za kratami więźniowie reagowali na to różnie – jedni podnosili głowy, z ożywieniem nasłuchując, (zbędny przecinek) jakby w nadziei na coś;(Tutaj dałabym przecinek zamiast średnika) inni, wyraźnie bardziej sponiewierani, ledwie raczyli się poruszyć, okazując tym samym, ile ich całe to zamieszanie obchodzi(obchodziło – czas narracji).

Chłodny ton(Jak dla mnie polecenie może wydać głos, nie ton) wydał krótkie polecenie.

Mijane pochodnie oświetlały jego pooraną bliznami i zmarszczkami twarz, a ich światło podkreślało kontrast między głęboką czernią przepaski na jego oku a mlecznobiałymi, rzadkimi włosami, (zbędny przecinek) sięgającymi karku.

Przyjrzał się siedzącemu w niej mężczyźnie i splunął przez ramię tym (przecinek) co miał w ustach.

Można było odnieść wrażenie, że stojący obok nich starzec z kilkoma pękami kluczy zawieszonymi u pasa jest(był) już tylko skorupą, która pamięta(pamiętała)(przecinek) jak należy chodzić i oddychać. Zbrojni dołączyli do swojego dowódcy, bez słowa stając w pewnym dystansie za nim.

Siedzący w kącie celi więzień uniósł głowę i ze znudzeniem przyjrzał się jednym okiem rozmówcy. (Wg mnie lepiej "przyjrzał się rozmówcy jednym okiem")

Drugie stracił wyraźnie niedawno, pusty(przecinek) okrwawiony oczodół ledwie było widać pod obrzydliwą opuchlizną. Miał na sobie szmaciany ubiór poplamiony krwią, błotem i innym brudem. (To trochę mi kiepsko brzmi)

Ów(Na początku zdania lepiej zabrzmi wg mnie "tamten") tylko skinął głową i zaczął przebierać wśród kluczy. Elegancik stał z szeroko otwartymi ustami, (zbędny przecinek)niczym ryba wyciągnięta z wody, ale zaraz otrząsnął się(się otrząsnął – "się" na końcu zdania jest be).

Zadziwiająco szybkim ruchem jak na swój wiek, (zbędny przecinek)jednooki odwrócił się, złapał jedną ręką głowę krzykacza i rąbnął nią o ścianę. W korytarzu rozległo się głuche łupnięcie i elegancik osunął się na ziemię. Stary klucznik patrzył na to z odrobina(ą) zainteresowania na twarzy, niezbyt jednak wielkiego.

Dwaj zbrojni podeszli do niego i po prostu podciągnęli go na nogi, dość brutalnie. (Lepiej "i po prostu dość brutalnie podciągnęli")

Jednooki zmierzył go wzrokiem i pokiwał głową. Zerknął jeszcze na leżącego na ziemi elegancika, z którego głowy płynęła stróżka(strużka – "stróżka" to żona dozorcy domu lub kobieta-stróż) krwi.

Ów(Tamten – tym razem argumentem może być też to, żeby dwa razy nie zaczynać zdania tak samo) tylko rozłożył ręce w geście bezradności. (Pozbyłabym się tego "w geście bezradności" – rozłożenie rąk jest raczej powszechnie stosowanym gestem bezradności)

Jednooki skrzywił się na twarzy(zbędne)(przecinek) ale nawet nie drgnął, gdy pierwsze krople spadły na jego głowę. Idący za nimi więzień westchnął głęboko, kiedy zimne powietrze i woda dotknęły jego twarzy.

Rozczochrane włosy teraz leżały nieprzyjemnie na jego głowie, (zbędny przecinek)niby kupa sczerniałej, przegniłej słomy.

Chyba, (zbędny przecinek)że sam mam cię jakimś ochrzcić.
– Yan.
– Diego. (Dwa imiona z Gothica... Przypadek? Nie sondze :D)

Yan z pewnym zaskoczeniem dostrzegł, że nawet straż miejska stara(starała) się odwracać od nich wzrok i zmienia(zmieniała) swoje ścieżki patrolu, byle tylko trzymać się jak najdalej od tego starca.

Mężczyzna odchrząknął, po czym odwrócił się i zdzielił wierzchem dłoni chłopaka(zdzielił chłopaka wierzchem) w twarz.

Chłopak milczał, ale z jego oblicza bił(biły) gniew i nienawiść.

Odwrócił się i ruszył w dalszą drogę. Zbrojni bez choćby jednego słowa ruszyli za nim.

O, cieszę się, że wróciłeś, i to razem z tekstem. O ile dobrze pamiętam, twoje poprzednie opowiadanie całkiem mi się podobało, więc i tym razem jestem ciekawa, co tam masz. :)

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia, ale w moim przypadku to raczej dobrze, bo wydaje mi się, że im dłuższe są moje komentarze, tym mniej w nich pochwał. :D
Interesujący wstęp, podoba mi się nastrój tajemniczości, który zbudowałeś w tym fragmencie. Wiele się nie wydarzyło, ale mam wszelkie powody, żeby śledzić dalsze części.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#3
Mam słabość do tych imion ;) niemniej, na brzmieniu podobieństwo będzie się kończyć.

Z tą stróżką to faktycznie nieźle pojechałem... Dzięki wielkie za poprawki :) No i yay, jak słodko, ktoś się gdzieś cieszy na mój powrót :P
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#4
Ciekawość Jacka

Mocarne, umięśnione ciało budziło respekt, tym większy, gdy spojrzało się na twarz mężczyzny. Spaloną przez słońce, pooraną wieloma bruzdami, w szczególności zdobiła jedna, podłużna blizna, ciągnąca się od lewej brwi aż do kącika ust. Fakt, że udało mu się zachować w pełni sprawne oko, zakrawał o cud. Nie nosił chusty na głowie, bo zarazem nie miał po co – krótkie, siwe włosy nie były dostatecznie długie by choć trochę przysłonić jego twarz. Mężczyzna odziany był w wysokie do połowy kolan buty, proste spodnie i cienką koszulę, wszystko to w odcieniach czerni, wyraźnie wyblakłej i znoszonej. Miał przytroczoną do pasa szablę, jednak oprócz niej, w niewielkich, zgrabnych kieszonkach, znajdowało się kilkanaście identycznych noży, z całą pewnością służących za pociski.
Jack, bo tak się nazywał, usiadł do stolika i postawił na nim zakorkowaną, nieprzejrzystą flaszę. Siedzący naprzeciw niego około trzydziestoletni mężczyzna uśmiechnął się na ten widok. Wziął butelkę w dłoń i jednym szybkim ruchem odkorkował ją, po czym nalał do pełna trunku do swojego kubka. Gdy wyciągnął rękę ponad stołem, Jack uniósł dłoń w zrozumiałym geście.
– Nie pijecie własnego rumu? – zapytał z rozbawieniem, po czym pociągnął spory łyk. – Mhm, pyszny.
– Grogu – poprawił go Jack, pociągając z fajki. – Czysty rum to najlepszy sposób żeby na statku przestała panować dyscyplina. A ja lubię mieć jasny umysł.
– Rozsądnie.
Uniósł szklankę, przepijając do kapitana i pociągnął kolejny łyk.
– Zaczynam was lubić, kapitanie – rzekł wesoło.
– To miło. – Ani ton, ani mimika Jacka nie szły w parze z tym stwierdzeniem. – Ale mamy do ubicia interes, więc może przejdźmy do sedna?
– Zgadzam się.
– Opowiedz mi wszystko, co wiesz o Wszechpłomieniu.
Mężczyzna uniósł wysoko brwi.
– Wszechpłomień? – Pociągnął kolejny, niewielki łyk. – Zaskakujecie mnie, kapitanie… Zdawało mi się, że wiedza o takich artefaktach jest dobrze strzeżona.
– Jest wielu takich, jak ty – rzekł bez ogródek starzec, pociągając z fajki i dmuchając prosto w twarz rozmówcy. – Wiedza ma swą cenę, a każdą cenę prędzej czy później można zapłacić. A teraz mów. Chyba, że mam na statku niewłaściwego człowieka i powinienem poszukać kogoś bardziej kompetentnego?
Jego rozmówca prychnął.
– Jestem Wielkim Mówcą, a moją specjalnością są artefakty – powiedział twardo. – Możesz sobie opłynąć świat trzy razy wzdłuż i wszerz, ale prędzej znajdziesz Serpenta niż kogoś bardziej kompetentnego ode mnie.
Po raz pierwszy od początku całej rozmowy kapitan uśmiechnął się. Dał dłonią znak, by ów kontynuował.
– Wszechpłomień, zgodnie z tym, co mówią legendy, miał powstać z ręki niejakiego Tormentiusa, najpotężniejszego nekromanty mrocznej ery. To jedno z jego pięciu dzieł – lampa z czarnego metalu i zielonego szkła, we wnętrzu której można uwięzić człowieka. Jeśli komuś się to uda, lampa będzie świecić tak długo, aż dusza pechowca umrze. Podobno można nawet dojrzeć w szkle oblicze więźnia, jak długo tam przebywa. Hm…
Wziął ponownie butelkę i nalał sobie do pełna. Spojrzał tylko na kapitana, uśmiechnął się porozumiewawczo, i zakorkował ją ponownie. Kolejny łyk skwitował długim, błogim westchnieniem.
– Wszechpłomień zawsze świeci, nawet pod wodą – podjął ponownie – i dla prostego ludu ta informacja jest wystarczająca. Plebs wierzy, że to po prostu zabawka nekromanty, taka tam latarnia, która nigdy nie zgaśnie. Ci, którzy wiedzą więcej, znają jej prawdziwe przeznaczenie.
– Nie jesteśmy w karczmie – ton kapitana był spokojny, lecz bardzo chłodny – a ja nie jestem jasnowłosą, brązowooką kelnerką, którą możesz oczarować piękną mową. Nie marnuj mojego czasu opowieścią tylko przejdź do konkretów.
Uśmiech zniknął z twarzy Wielkiego Mówcy. Przeżuł w ustach przekleństwo, opróżnił do połowy kubek i otarłszy usta ręką odchrząknął.
– Wszechpłomień – kontynuował, już o wiele bardziej znudzonym tonem – miał mieć moc zapamiętywania miejsc. Raz zabrany do jakiegokolwiek miejsca na świecie miał być w stanie doprowadzić do niego każdego, kto nad nim zapanuje, ale zarazem tylko tę jedną osobę. Dla wszystkich innych, którzy nie dzierżą lampy w ręku, będzie kompletnie bezużyteczna.
– Wszystko się zgadza! – Kapitan pokiwał głową, powoli się uśmiechając. – Może rzeczywiście jesteś dość kompetentny. Zatem, powiedz jeszcze…
– To nie wszystko – mężczyzna wszedł mu w zdanie.
Jack zamilkł i zmrużył oczy. Postukał palcem po fajce.
– Czyżby? Nie lubię, gdy mi się przerywa.
Jego rozmówca prychnął, niemal z rozbawieniem.
– Jeśli chcecie wiedzieć o artefakcie tylko tyle, ile jest napisane w muzeum, to proszę bardzo, ale sądziłem, że zostałem opłacony za trochę głębszą analizę?
Starzec odwrócił głowę w stronę drzwi, zza których doszły go podniesione głosy. Po chwili ktoś zapukał nieśmiało.
– Kapitanie! – Głos mężczyzny przywodził na myśl biadolącego żebraka. – Gołąb wrócił!
– Niech zaczeka – odpowiedział drzwiom, po czym pociągnął z fajki i skupił uwagę ponownie na swoim rozmówcy. – Mów dalej.
– Artefakty Tormentiusa nie zostały nigdy do końca zbadane. Żeby to zrobić, trzeba by było poświęcić czyjeś życie, by móc je uruchomić. Dlatego część informacji na ich temat jest niepewna i nie ostała się w bibliotekach cechu. Niemniej, udało mi się do nich dotrzeć. Według pewnych doniesień, Wszechpłomień ma w jakiś sposób wpływać na umysł tego, kto go dzierży, stopniowo go zmieniając. Kiedy taka zmiana zajdzie, nie ma już odwrotu.
– Zmieniając JAK?
– Nie wiem! – Rozłożył ręce. – To jest właśnie ten problem, część zapisków jest mętna, czasem niespójna i kompletnie niepotwierdzona. Istnieje teza, że latarnia pochłania umysł swojej ofiary i dzięki temu pozwala wskazywać nowe miejsca. Gdzie indziej z kolei można znaleźć informacje o tym, że artefakt jest przeklęty i ten, kto choć raz go użyje, zazna klątwy, która na nim spoczywa. Klątwa ma w jakiś sposób odbierać zmysły. Jeszcze inna wersja mówi o tym, że w lampie mieszka demon, a ludzie, którzy do niej trafiają, nie zostają uwięzieni, tylko stają się jego posiłkiem. Z tego powodu użytkujący lampę z wolna zostaje opętany przez demona, który chce, by ten stał się jego niewolnikiem i karmił go kolejnymi ludźmi. Możliwe, że żadna z tych informacji nie jest prawdziwa, ale faktem jest, że wszystkie zapiski zgadzają się co do jednej kwestii – Wszechpłomień ma mieć negatywny wpływ na ludzką psychikę. Szczerze mówiąc, wątpię w to, by w tej lampie drzemała jakakolwiek magia, ale z klątwami lepiej uważać.
– Zdobyłeś informacje o miejscu, w którym się znajduje?
– Oh, to akurat proste. – Uśmiechnął się i wypił kolejny łyk grogu. – Wszechpłomień znajduje się w muzeum w Aarestii. Znajdziesz go bez trudu, stoi na stoliczku, otoczony kryształową szybą, a przed nim jest tabliczka z nazwą. Tylko ślepy mógłby nie zauważyć.
Jack wyprostował się w krześle.
– Jak to?
– Tak to.
– Sprawdzałem muzeum w Aarestii, nie było tam przedmiotu, który choćby przypominał Wszechpłomień!
– Kiedy je sprawdzaliście? Dwa lata temu? Trzy? Dziesięć? – Mężczyzna zaśmiał się znowu. – Wszechpłomień trafił tam przed dwoma dekami. Osobiście go przenosiłem.
Zamilkł, a uśmiech powoli zaczął schodzić z jego twarzy. Błysk, który zobaczył w oczach kapitana, przyprawiał go o dreszcze. To było spojrzenie człowieka w pełni owładniętego żądzą. Sam nie wiedząc czemu, zaczął nagle żałować, że w ogóle wdał się z nim w rozmowę.
– Miałeś Wszechpłomień w rękach? – zapytał, nachylając się ku niemu. – Czułeś coś?
– Nie dotykałem tego cholerstwa – odparł z niechęcią, mimowolnie wciskając się w krzesło. – Miałem je w torbie i przekazałem tamtejszemu kustoszowi muzeum.
– Fencho, zgadza się?
– Ten sam.
– Świetnie! – Jack zatarł dłonie. – W takim razie, wkrótce wyruszymy do Aarestii. Okazałeś się przydatny.
– Cieszę się – odrzekł kwaśno, równie szczerze jak wcześniej jego rozmówca, i sięgnął znów po butelkę grogu. – Jeśli zamierzacie płynąć do Aarestii, zabiorę się z wami. Podróż morska będzie o wiele bezpieczniejsza, niż poruszanie się lądem, szczególnie teraz, kiedy znów jacyś demoniczni fanatycy dają znać o swoim istnieniu…
– W dobrym tonie byłoby zapytać kapitana okrętu, czy zamierza cię na nim nadal trzymać.
– Dajcie spokój. – Machnął ręką z niechęcią. – Kajut jest dość, a ja mogę wam się wciąż przydać. A jeśli chodzi o koszty, możecie mi uszczuplić obiecaną zapłatę o tę jedną monetę którą wam zużyję.
Kapitan nie odpowiedział ani słowa. Po dłuższej chwili jednak uśmiechnął się szeroko.
– Niech tak będzie.
Wstał i ruszył ku wyjściu, pozostawiając za sobą wciąż siedzącego mówcę, który teraz polał sobie po raz kolejny.
Na pokładzie panował spokój i porządek. Sternik, wpatrzony w dal, trzymał mocno koło steru, zdając się nie zauważać świata wokół. Można by wręcz uznać, że gdzieś daleko na horyzoncie dostrzega punkt, którego nie widzą inni, a do którego będzie wkrótce zmierzał. Obok niego, oparty o burtę, stał Diego.
– Zbuchtujcie resztę wolnych lin – rzekł kapitan, a gdy marynarze rozbiegli się po statku, zwrócił się do jednookiego starca. – Który to już raz pomagam ci przemycać tych biednych drani do azylu, co?
– Czort wie.
Splunął przez burtę. Wiatr bezlitośnie szarpał resztkami jego siwych włosów.
– Powiedziałeś im już, co ich czeka?
Pokręcił głową.
– Wiesz…
– Wiem. – Przejechał dłonią po głowie, co nie dało żadnego efektu w walce z porywistym wiatrem. – Nie zaczynaj znowu. Dostajesz dobrą monetę za to, co robisz. Transportujesz towar tam i z powrotem, nie musisz wiedzieć nic więcej.
– Bogowie, niech serpent ucztuje jeszcze dziś nad moim truchłem, jeśli znam bardziej upartego człowieka od ciebie!
Diego splunął ponownie, dając do zrozumienia, ile robi sobie z obietnic kapitana. Ów przez moment mierzył go jeszcze wzrokiem, po czym ruszył na drugą stronę statku. Przez burtę gramolił się tam właśnie chudy i żylasty człowiek około sześćdziesiątki. Miał na sobie krótkie do kolan spodnie i rozpiętą koszulę – obie równomiernie szare i okropnie sprane. Jego szyję zdobiła prosta ozdoba w postaci sznurkowej obręczy, na której wisiało kilkanaście gołębich piór. Paru marynarzy pomagało mu stanąć na nogi. Jack machnął ręką, każąc im się rozejść.
– Wieści? – Zapytał krótko Jack, opierając się o burtę.
– Wyspa pusta jak zawsze – odparł ów ze znudzeniem.
– Jak dobrze umiesz się skradać?
– Póki nie trzeszczę – zgiął rękę, by zobrazować, co ma na myśli – najlepiej.
– Zbierzesz chłopców, rozpowiesz, że na wyspie widziałeś… diabli wiedzą, wymyślisz coś. Wrócą bez ciebie. Ty zostaniesz na wyspie, pójdziesz za Diego i dowiesz się, co się tam dzieje.
Gołąb skinął głową.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#5
Hm, gdzieś w pamięci mam jeszcze Ignisa, którego wstawiałeś... dawno temu. Dosyć dawno temu. Musiałbym jakoś dokładniej odnieść się do samego tekstu, na co obecnie nie bardzo mam i czas, i chęci (najmniej tego drugiego niestety, mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczysz ;d), ale już teraz jestem w stanie stwierdzić jedno.

Jest lepiej. Nie wyglądało na tym, bym musiał ominąć kilka opisów. Dostałem to, co chciałem i na co zasługiwałem jako czytelnik. Połechtałeś moją wyobraźnię skromnymi, lecz celnymi opisami, dając mi możliwość skupienia się na samym tekście i fabuły, jaką kleisz. Muah! *tutaj wyobraź sobie krasnoluda, który robi taki gest szefów kuchni, że coś jest dobre, no wiesz, złożone palce do ust i takie tam*

Błędów interpunkcyjnych trochę się i tak wkradło, ale to akurat trzeba szlifować i szlifować. Oczywiście nie sprawdzałem, bo Vet będzie mi znowu suszyć głowę, że imigranci zabierają jej pracę :>

Fabuła... Oi, monsieur, potrzebuję więcej. Przez te dwa fragmenty zainteresowałeś mnie historią, którą starasz się opowiedzieć. Wincyj i wincyj, co tutaj wincyj rzec ;D

Ach. Jedna sprawa, o której chciałbym ci powiedzieć – oznaczaj jakoś fragmenty, które wrzucasz. Łatwiej później użytkownikowi się do nich odnosić, szczególnie kiedy jest ich więcej. A jeszcze lepiej Sprawdzającym, wtedy to już w ogóle!
"A więc jedyne, czym się potrafisz pochwalić, to tym, ile przeleciałeś dziewczyn? Super, to stawia cię niewiele wyżej niż małpy. Przewagę daje ci to, że potrafisz obsłużyć telewizor i spuścić wodę w kiblu."
Odpowiedz
#6
(24-10-2015, 16:52)Crazy Halfling Mage napisał(a): Ciekawość Jacka

Spaloną przez słońce, pooraną wieloma bruzdami, w szczególności zdobiła jedna, (zbędny przecinek) podłużna blizna,(zbędny przecinek) ciągnąca się od lewej brwi aż do kącika ust.

Nie nosił chusty na głowie, bo zarazem nie miał po co – krótkie, siwe włosy nie były dostatecznie długie (przecinek) by choć trochę przysłonić jego twarz. Mężczyzna odziany był w wysokie do połowy kolan buty, proste spodnie i cienką koszulę, wszystko to w odcieniach czerni, wyraźnie wyblakłej i znoszonej.

Jack, bo tak się nazywał, usiadł do stolika(Lepiej "przy stoliku") i postawił na nim zakorkowaną, nieprzejrzystą flaszę.

 – Czysty rum to najlepszy sposób (przecinek) żeby na statku przestała panować dyscyplina. A ja lubię mieć jasny umysł.

Uniósł szklankę, przepijając do kapitana (przecinek) i pociągnął kolejny łyk.

– Jest wielu takich, (zbędny przecinek) jak ty – rzekł bez ogródek starzec, pociągając z fajki i dmuchając prosto w twarz rozmówcy. – Wiedza ma swą cenę, a każdą cenę prędzej czy później można zapłacić. A teraz mów. Chyba, (zbędny przecinek) że mam na statku niewłaściwego człowieka i powinienem poszukać kogoś bardziej kompetentnego?

Po raz pierwszy od początku całej rozmowy kapitan uśmiechnął się. (się uśmiechnął)

Spojrzał tylko na kapitana, uśmiechnął się porozumiewawczo, (zbędny przecinek) i zakorkował ją ponownie.

(...)Nie marnuj mojego czasu opowieścią (przecinek) tylko przejdź do konkretów.

Przeżuł w ustach przekleństwo, opróżnił do połowy kubek i otarłszy usta ręką (przecinek) odchrząknął.

– Może rzeczywiście jesteś dość kompetentny. Zatem, (zbędny przecinek) powiedz jeszcze…
– To nie wszystko – mężczyzna wszedł mu w zdanie(w słowo).

Jego rozmówca prychnął, (zbędny przecinek) niemal z rozbawieniem.

(...)Niemniej, (zbędny przecinek) udało mi się do nich dotrzeć.

– Oh(Och), to akurat proste. – Uśmiechnął się i wypił kolejny łyk grogu. – Wszechpłomień znajduje się w muzeum w Aarestii. Znajdziesz go bez trudu, stoi na stoliczku, (zbędny przecinek) otoczony kryształową szybą, a przed nim jest tabliczka z nazwą. Tylko ślepy mógłby nie zauważyć.

– W takim razie, (zbędny przecinek) wkrótce wyruszymy do Aarestii. Okazałeś się przydatny.

A jeśli chodzi o koszty, możecie mi uszczuplić obiecaną zapłatę o tę jedną monetę (przecinek) którą wam zużyję.

– Zbuchtujcie resztę wolnych lin – rzekł kapitan, a gdy marynarze rozbiegli się po statku, zwrócił się do jednookiego starca.(dwukropek zamiast kropki) – Który to już raz pomagam ci przemycać tych biednych drani do azylu, co?

– Bogowie, niech serpent(Dobrze pamiętam, że pisownia słowa "serpent" raz wielką, raz małą literą wynika z tego, że "serpent" to gatunek, a "Serpent" to imię tego konkretnego serpenta? :P) ucztuje jeszcze dziś nad moim truchłem, jeśli znam bardziej upartego człowieka od ciebie!

Diego splunął ponownie, dając do zrozumienia, ile robi(robił) sobie z obietnic kapitana.

 – Wieści? – Z(z)apytał krótko Jack, opierając się o burtę.

Robi się ciekawie, a czyta się chyba jeszcze przyjemniej niż pierwszy fragment. Dialogi są żywe, wyraźnie czuć w nich emocje bohaterów i czającą się w nich intrygę – za to duży plus ode mnie.:) Czekam na dalszy rozwój fabuły.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
(24-10-2015, 16:52)Crazy Halfling Mage napisał(a): – Jest wielu takich, jak ty – rzekł bez ogródek starzec, pociągając z fajki i dmuchając prosto w twarz rozmówcy. – Wiedza ma swą cenę, a każdą cenę prędzej czy później można zapłacić. A teraz mów. Chyba, że mam na statku niewłaściwego człowieka i powinienem poszukać kogoś bardziej kompetentnego?

– Wszechpłomień, zgodnie z tym, co mówią legendy, miał powstać z ręki niejakiego Tormentiusa, najpotężniejszego nekromanty mrocznej ery. To jedno z jego pięciu dzieł – lampa z czarnego metalu i zielonego szkła, we wnętrzu której można uwięzić człowieka. Jeśli komuś się to uda, lampa będzie świecić tak długo, aż dusza pechowca umrze. Podobno można nawet dojrzeć w szkle oblicze więźnia, jak długo tam przebywa. Hm… (Może: "Podobno w szkle da się dojrzeć oblicze więźnia...")

– Wszechpłomień zawsze świeci, nawet pod wodą – podjął ponownie – i dla prostego ludu ta informacja jest wystarczająca. Plebs wierzy, że to po prostu zabawka nekromanty, taka tam latarnia, która nigdy nie zgaśnie. Ci, którzy wiedzą więcej, znają jej prawdziwe przeznaczenie. (Może: "...taka tam nigdy niegasnąca latarnia.")

– Wszechpłomień – kontynuował, już o wiele bardziej znudzonym tonem – miał mieć moc zapamiętywania miejsc. Raz zabrany do jakiegokolwiek miejsca na świecie miał być w stanie doprowadzić do niego każdego, kto nad nim zapanuje, ale zarazem tylko tę jedną osobę. Dla wszystkich innych, którzy nie dzierżą lampy w ręku, będzie kompletnie bezużyteczna.

– Artefakty Tormentiusa nie zostały nigdy do końca zbadane. Żeby to zrobić, trzeba by było poświęcić czyjeś życie, by móc je uruchomić. Dlatego część informacji na ich temat jest niepewna i nie ostała się w bibliotekach cechu.

Na pokładzie panował spokój i porządek. Sternik, wpatrzony w dal, trzymał mocno koło steru, zdając się nie zauważać świata wokół. Można by wręcz uznać, że gdzieś daleko na horyzoncie dostrzega punkt, którego nie widzą inni, a do którego będzie wkrótce zmierzał. Obok niego, oparty o burtę, stał Diego. (Może: "...dostrzega punkt niewidoczny dla innych,...")

*dźwięki wydawane przez imigrantów kradnących pracę uczciwych sprawdzających* :lol:

A tak poważnie, nie jestem dobry w poprawianiu, ale postanowiłem jakoś pomóc. Mam nadzieję, że przynajmniej zrobiłem to dobrze, bo jak znam swoje szczęście to wyjdę na czepialskiego ;_;. Tekst świetny, naprawdę fajnie się czyta. Z niecierpliwością czekam na więcej.
Odpowiedz
#8
Ciekawość Jacka II

Skąpana w zimnym blasku księżyca wyspa miała w sobie coś upiornego. Łodzie przybiły do brzegu i kilkadziesiąt osób, głównie mężczyzn, wysiadło z nich, zostawiając w mokrym piasku ślady bosych stóp. Choć w różnym wieku, wszyscy wyglądali podobnie – odziani w łachmany, każdy miał ze sobą jedynie niewielki tobołek zawieszony na kiju. Mimo braku jakiegokolwiek uzbrojenia, jedno spojrzenie na twarz każdego z nich wystarczyło, by na czoło wystąpił zimny pot strachu.
Ostatni dopłynął Diego wraz ze swymi czterema przybocznymi strażnikami. W dalszym ciągu każdy skrawek ich ciała zasłaniała zbroja. Wyciągnęli łódkę na ląd i dopiero wówczas jednooki starzec wyszedł. Rozpalił pochodnie i podał je swoim zbrojnym, samemu również zachowując jedną.
– W tobołach, które dostaliście, jest żywność i nic więcej – zawołał głośno, zwracając się w ich stronę. – Wystarczy, żebyście byli w stanie przetrwać dek. Kto chce przetrwać dłużej, pójdzie za mną. I bez głupich pomysłów, nie jesteście pierwszymi, których tu sprowadziłem. Ruchy!
I nie oglądając się za siebie, ruszył w głąb wyspy. Przeszedł zaledwie kilkanaście kroków, gdy za nim rozległy się odgłosy szamotaniny i walki. Bez szczególnego przejęcia odwrócił się i dostrzegł, że dwaj jego zbrojni się nie ruszają. Za nimi stali najwyżej dwudziestoletni chłopcy, przykładając pokryte rdzą noże do ich gardeł.
– Rzućcie broń – warknął jeden z nich – albo oberżnę mu łeb!
Diego wzruszył ramionami i skrzyżował ręce na piersiach, spluwając sobie pod nogi.
– Rżnij – rzucił bez przejęcia.
Pozostali zbrojni odwrócili się, dobywając mieczy i spokojnym krokiem ruszyli ku napastnikom. Ci, nie zwlekając ani chwili, wbili noże w gardła swoich ofiar. Nie zdążyli jednak się cofnąć, bo okute w żelazo dłonie teoretycznie umierających już wojowników zacisnęły się na ich nadgarstkach. Zaraz potem pochodnie, które zbrojni dzierżyli wystrzeliły ku tyłowi, opalając twarze młodzieniaszków i oślepiając ich. Nocną ciszę rozdarły krzyki bólu i przerażenia. Chwilę później tłum obdartusów miał okazję obserwować egzekucję chłopców. Bezlitosne dłonie zbrojnych przebiły ich kilkukrotnie mieczami.
– Możecie tu zdechnąć jak oni! – Diego wskazał pochodnią na świeże trupy leżące w rosnącej kałuży krwi. – Możecie wsiąść do łodzi i odpłynąć, a wtedy albo zarżnie was załoga Jacka, albo zdechniecie z pragnienia. Możecie iść, gdzie chcecie, a wtedy zdechniecie trochę później, kiedy skończy wam się żywność. A teraz, jeśli chcecie zdechnąć trochę później, dupy w troki!
Ruszył przed siebie, nie oglądając się już na pozostałych. Zbrojni schowali miecze i podążyli za nim, wznosząc wysoko pochodnie. Z gardeł idących na tyle wciąż sterczały drewniane trzonki noży podrygujące komicznie przy każdym kroku. Powoli, niepewnie, tłum zaczął iść za nimi. Szybko znaleźli się ochotnicy, którzy zaopiekowali się leżącymi na piasku tobołkami dwóch pechowców.
Droga trwała zaledwie kilkanaście minut. Nie zdążyli wejść zbyt głęboko w pokrywający wyspę las, gdy u ich stóp znalazły się pierwsze kamienne odłamy bezsprzecznie będące szczątkami jakiejś budowli. Przed nimi zamajaczył szeroki, walcowaty, niezbyt głęboki dół. U podstawy wyłożony był mozaiką, kiedyś zapewne piękną, teraz już ledwie widoczną. Diego zatrzymał się u jego krawędzi i splunął.
– Do środka – rzekł krótko, wskazując pochodnią w dół.
Zbrojni otoczyli go, stając doń plecami, i dobyli mieczy. Trzymane nad głowami pochodnie sprawiały, że wystające trzonki noży rzucały na ich kirysy długie cienie niby makabryczne gadzie jęzory wystające z zamkniętych paszczy.
Nikt nie oponował. Posłusznie jak prowadzone na rzeź bydlątka, weszli do dołu. Kiedy ostatnia osoba przekroczyła kamienną granicę, Diego uśmiechnął się, upuścił pochodnię, która zaraz zgasła, postąpił krok naprzód i rozłożył szeroko ramiona.
– Witam! – zawołał niemal radośnie. – Mordercy, złodzieje, szpiedzy! Witam w azylu!
Wszystkie oczy skierowały się ku niemu. Obserwując tę scenę z zewnątrz, można było odnieść wrażenie, że ma się do czynienia ze spotkaniem sekty. Światło księżyca przebijające przez rzadkie listowie padało na niektóre twarze, upodabniając je do trupich. Jednocześnie blask czterech pochodni skupiony na Diego stojącym nieco wyżej od pozostałych nadawał mu niemal mesjańskiego charakteru.
– Lepiej było wam zostać i zgnić w dziurach, z których was wyciągnęli! Każda cholerna ciupa, każdy szafot i każdy loch był luksusem w porównaniu do piekła, które przeżyjecie tutaj! Pozostaniecie tutaj tak długo, jak długo tego zechcę, a kiedy uznam za stosowne, wrócę tu po JEDNEGO Z WAS. Będę na niego czekał na drugim końcu wyspy.
Opuścił ręce i wskazał przed siebie, w środek dołu.
– Klapa w ziemi zaprowadzi was do miejsca, w którym znajdziecie uzbrojenie. Idąc dalej, dotrzecie do drugiego końca wyspy. Możecie też po prostu ruszyć przed siebie z tym, co macie. Decyzję musicie podjąć już.
Zapanowało lekkie poruszenie, po czym ktoś szybko otworzył klapę i zgodnie ze słowami starca opuścił się w dół po przywiązanej doń linie. Nie trzeba było długo czekać, aż doszło do przepychanek i walk o kolejność. Diego obserwował to ze stoickim spokojem. Nie zareagował nawet wówczas, gdy jeden z młodszych chłopców niemal wleciał przez otwór, rękami i nogami czepiając się krawędzi. Uśmiech nie zniknął z jego twarzy i wówczas, gdy brutalny kopniak jednej z kobiet dosłownie wbił go w otwór. Jego okrzyk ucichł dopiero po paru sekundach, co wskazywało na głębokość miejsca, do którego schodzili.
Kilku z zebranych zdecydowało się wyjść z walcowatego dołu. Spojrzeli na Diego, jakby oczekując pozwolenia czy przynajmniej reakcji. Wzruszył ramionami i niedbałym gestem dłoni kazał im odejść. Po kilku minutach jego jedynymi towarzyszami pozostali czterej zbrojni. Jeden z nich drgnął i ociągając się podszedł do klapy w ziemi. Jednym szybkim uderzeniem odciął linę i kopniakiem zamknął ją, uciszając tym samym przerażone okrzyki protestu dobiegające z dołu.
Diego splunął jeszcze raz i żegnając się w ten sposób z tym miejscem, zawrócił. Czterej zbrojni powłóczyli się za nim. Poza zgaszoną pochodnią i wydeptaną trawą nie było śladu, że jeszcze parę minut temu ktoś tu był.
W niecałą godzinę później wchodził już po sznurowanej drabinie na pokład pirackiego statku.
– Możemy ruszać – rzucił kapitanowi, nie patrząc nawet na niego.
– Nie możemy.
Starzec zatrzymał się wpół kroku i w końcu uraczył Jacka spojrzeniem.
– Bo?
– Przyjacielu – rzekł ów z uśmiechem, obejmując go ramieniem jak dobrego druha. – Nie każ mi się zamęczać marynarską terminologią i problemami. Wyruszymy za godzinę lub dwie. Na razie udaj się do swojej kajuty i nie kręć mi się po pokładzie, kiedy moi chłopcy będą naprawiać szkody wyrządzone przez paru młodych półgłówków.
Diego wolnym, ale zdecydowanym ruchem chwycił dłoń kapitana i strącił ją ze swojego ramienia, niemniej posłusznie udał się pod pokład.
– Nie jestem twoim przyjacielem – rzucił przez ramię, nim zniknął za drzwiami.
Jack pokiwał głową.
– Nie jesteś – warknął pod nosem.
Przeszedł na dziób statku i oparł się rękoma o drewnianą barierkę. Mimo że utkwił oczy gdzieś w oddali, jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, by upewnić się, że niczego nie obserwował. Po kilkunastu minutach podszedł do niego jeden z młodszych majtków i szepnął mu coś na ucho. Kapitan skinął głową i podniósł wysoko rękę, po czym zamachał nią. Wszystkie latarnie na statku niemal w tym samym momencie zostały zgaszone. Tymczasem w oddali, na wyspie, spośród drzew wychynął chudy starzec. Spokojnie wszedł do wody, nie wydając niemal najmniejszego szmeru, po czym zniknął pod jej powierzchnią. Jedynie kawałek bambusowej rurki nad taflą znaczył miejsce, w którym się znajduje.
Mężczyzna dopłynął do statku i powoli wgramolił się na jego pokład, uważając przy tym, by nie wydać nawet najcichszego dźwięku.
– Ruszamy! – zawołał Jack.
Otworzył drzwi swojej kajuty i gestem nakazał Gołębiowi, by do niej wszedł. Rozejrzał się jeszcze pobieżnie po pokładzie. Marynarze na powrót rozpalali lampy i przygotowywali statek do podróży.
– Kapitanie…
Zamknął drzwi i stanął jak wryty. Gołąb był jednym z jego pierwszych ludzi, niejednokrotnie zdarzyło mu się spojrzeć śmierci w oczy i niejedno już widział. A mimo to siedział teraz przed nim roztrzęsiony, kurczowo trzymając rękę na bukłaku grogu, którego sporo zdążył już rozlać.
– MÓW.
Usiadł naprzeciw niego i wbił w niego świdrujące spojrzenie. Strach, który dojrzał w jego oczach, przyprawiał go o dreszcze. Tego człowieka trudno było wyprowadzić z równowagi…
– Zombie – wyszeptał strwożony marynarz, oddychając szybko i wlewając w siebie kolejną dawkę grogu. – On ma zombie. Ci zbrojni to zombie. Czterech zombie.
Jack zamrugał.
– Gołąb, uspokój się…
– NIE BREDZĘ – odwarknął, a ręka trzymająca grog zaczęła trząść się tak bardzo, że wychlapywał zawartość bukłaka nawet trzymając go w pionie. – Nie spiłem się. Jeszcze. Bo dziś się nawalę, choćby mi kapitan zabronił. Widziałem, jak wbili im noże w gardło. Wbili im te cholerne noże w gardło. Po trzonek. Nie złamały się, nie minęły. Wbiły się. I zostały w tych gardłach. A oni wciąż szli. Oni nie oddychają. Nie jedzą. Nie piją. Nie mówią. To cholerne, przeklęte żywe trupy. Diego ma na swoich usługach zombie.
Jack zacisnął zęby. Walczył teraz z ochotą, by wyrwać rozmówcy bukłak i samemu się napić.
– Co z wyspą? – zapytał zamiast tego.
– Rozesłał ich w cholerę, bez uzbrojenia, z żywnością. Powiedział, że wróci po jednego za jakiś czas. Zeszli do podziemia, do jakichś ruin. Nie wiem, co tam było, i za żadne pieniądze nie pójdę sprawdzić.
– Gołąb, uspokój się…
Po raz kolejny mężczyzna przytknął bukłak do ust, obficie rozlewając zawartość. Nie cofnął ręki, dopóki w środku nie pozostało już nic.
– Zombie! – wysapał znów. – On ma zombie!
Głos, jakim wypowiedział te słowa, i jego mimika wskazywały, że miał ochotę zwyczajnie się rozpłakać.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
#9
(26-10-2015, 17:26)Crazy Halfling Mage napisał(a): Ciekawość Jacka II

Łodzie przybiły do brzegu i kilkadziesiąt osób, głównie mężczyzn, wysiadło z nich, zostawiając w(na) mokrym piasku ślady bosych stóp.

Choć w różnym wieku, wszyscy wyglądali podobnie – odziani w łachmany, mieli ze sobą(Napisałabym "każdy miał ze sobą", bo teraz wychodzi na to, że mieli jeden tobołek na wszystkich) jedynie niewielki tobołek zawieszony na kiju.

Ostatni dopłynął Diego,(zbędny przecinek) wraz ze swymi czterema przybocznymi strażnikami.

Bez szczególnego przejęcia odwrócił się i dostrzegł, że dwaj jego zbrojni nie ruszają się(się nie ruszają). Za nimi stali najwyżej dwudziestoletni chłopcy, przykładając pokryte rdzą noże do ich gardeł.
– Rzućcie uzbrojenie(Mówi się raczej "rzućcie broń", to "uzbrojenie" jakoś dziwnie tutaj brzmi) – warknął jeden z nich – albo ci (zbędne) oberżnę mu łeb!

Pozostali zbrojni odwrócili się, dobywając swoich (zbędne) mieczy i spokojnym krokiem ruszyli ku napastnikom.

Nie zdążyli jednak cofnąć się(się cofnąć), bo okute w żelazo dłonie teoretycznie umierających już wojowników zacisnęły się na ich nadgarstkach.

– Możecie tu zdechnąć, (zbędny przecinek) jak oni! – Diego wskazał pochodnią na świeże trupy leżące w rosnącej kałuży krwi. – Możecie wsiąść do łodzi i odpłynąć, a wtedy albo zarżnie was załoga Jacka, albo zdechniecie z pragnienia.

Z gardeł idących na tyle wciąż sterczały drewniane trzonki noży, (zbędny przecinek) podrygujące komicznie przy każdym kroku.

Nie zdążyli wejść zbyt głęboko w pokrywający wyspę las, gdy u ich stóp znalazły się pierwsze kamienne odłamy, (zbędny przecinek) bezsprzecznie będące szczątkami jakiejś budowli. Przed nimi zamajaczył szeroki, walcowaty dół, niezbyt głęboki. (szeroki, walcowaty, niezbyt głęboki dół)

Zbrojnie(Zbrojni) otoczyli go, stając doń plecami(przecinek) i dobyli mieczy. Trzymane nad głowami pochodnie sprawiały, że wystające trzonki noży rzucały na ich zbroje długie cienie, (zbędny przecinek)niby makabryczne gadzie jęzory wystające z zamkniętych paszczy.

Posłusznie jak prowadzone na rzeź bydlątka,(zbędny przecinek) weszli do dołu. Kiedy ostatnia osoba przekroczyła kamienną granicę, Diego uśmiechnął się, upuścił pochodnię, która zaraz zgasła, postąpił krok naprzód i rozłożył szeroko ramiona.

Witajcie! – zawołał, (zbędny przecinek) niemal radośnie. – Mordercy, złodzieje, szpiedzy! Witajcie w azylu! (Moment, on tutaj jest rodzajem gospodarza, więc to on  powinien witać, wołając "Witam", a nie mówić im, żeby jego witali :P)

Obserwując tę scenę z zewnątrz (przecinek) można było odnieść wrażenie, że ma się do czynienia ze spotkaniem sekty.

Światło księżyca,(zbędny przecinek) przebijające przez rzadkie listowie,(zbędny przecinek) padało na niektóre twarze, upodabniając je do trupich. Jednocześnie światło czterech pochodni skupione na Diego, (zbędny przecinek) stojącym nieco wyżej od pozostałych,(zbędny przecinek) nadawało mu niemal mesjański charakter.(mesjańskiego charakteru)

(...)Pozostaniecie tutaj, (zbędny przecinek) tak długo, jak długo tego zechcę, a kiedy uznam za stosowne, wrócę tu po JEDNEGO Z WAS. Będę na niego czekał na drugim końcu wyspy.

Idąc dalej (przecinek) dotrzecie do drugiego końca wyspy. Możecie też po prostu ruszyć przed siebie, (zbędny przecinek) z tym(przecinek) co macie.

Zapanowało lekkie poruszenie, po czym ktoś szybko otworzył klapę i zgodnie ze słowami starca, (zbędny przecinek) opuścił się w dół po przywiązanej doń linie.

Nie zareagował nawet wówczas, gdy jeden z młodszych chłopców niemal wleciał przez otwór, rękami i nogami zaczepiając(czepiając) się krawędzi.

Spojrzeli na Diego, jakby oczekując jego pozwolenia czy przynajmniej reakcji. Wzruszył ramionami i niedbałym gestem dłoni kazał im odejść. Po kilku minutach jego jedynymi towarzyszami pozostali czterej zbrojni. Jeden z nich drgnął i ociągając się(przecinek) podszedł do klapy w ziemi.

Poza zgaszoną pochodnią i wydeptaną trawą,(zbędny przecinek) nie było śladu, że jeszcze parę minut temu ktoś tu był.

Starzec zatrzymał się w pół(wpół) kroku i w końcu uraczył Jacka spojrzeniem.

Mimo,(zbędny przecinek) że utkwił oczy gdzieś w oddali, jedno spojrzenie na jego twarz wystarczyło, by upewnić się, że niczego nie obserwuje(obserwował).

Spokojnie wszedł do wody, nie wydając niemal najmniejszego szmeru, po czym zniknął pod jej powierzchnią. Jedynie kawałek bambusowej rurki nad jej taflą znaczył miejsce, w którym się znajduje(znajdował).

Głos, jakim wypowiedział te słowa(przecinek) i jego mimika wskazywały, że ma(miał) ochotę zwyczajnie się rozpłakać.

Znów nie mam nic do powiedzenia. Początek fragmentu czytało mi się nieznacznie gorzej niż całą resztę, jakoś takie bardziej sztywne mi się opisy wydały. Może to tylko przelotne wrażenie, w sumie trudno powiedzieć. :p
Robi się coraz ciekawiej, czekam na więcej.
Roboty nie wyrywają ludziom rąk, gdy tamci robią błędy w opowiadaniach, a Vetbacca – tak ~ Nidrax
Odpowiedz
#10
Poprawki naniesione :) Dzięki za motywujące słowa!

Marchewa – raczej nie poprawiam stylistyki dialogów. Staram się, by ludzie brzmieli w miarę naturalnie, a to wiąże się momentami z celowym naruszaniem składni. Na ten przykład, moi bohaterowie często się powtarzają.
"Jesteś tak chuda, że gdyby nastała zombie apokalipsa, zamiast Cię pożreć wykorzystaliby Cię od razu jako wykałaczki..."
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości