Podziemie Opowiadań
Zaloguj się
Login/Adres e-mail::
Hasło:
Nie pamiętam hasła
Nie masz konta?
Rejestracja



Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Tryby wyświetlania wątku
Sci-Fi Gorycz słowa
#1
Gorycz słowa
Cz. 1 — Znalezisko

Już wkrótce wszystko się zmieni. Ludzkość upadnie. Człowiek nie będzie miał żadnego wpływu na swoją przyszłość. Czasami łut szczęścia ocali go przed śmiercią, innym razem przypadek zakończy jego marny żywot. Najsłabsi sami podejmą decyzję o odejściu, reszta przeżyje dzięki instynktowi. Zatrze się podział między dobrem i złem. A wszystko to stanie się przez jedną, małą książkę. Przez książkę, która miała wszystkich ocalić.

* * *

Deszcz dzwonił w blaszaną płytę udającą dach prowizorycznego schronienia. Zimne podmuchy wiatru wdzierały się do środka przez szpary w ścianach pozbijanych z połamanych desek i gałęzi. Wejście było zasłonięte przez podarty skrawek grubego materiału. W kącie pomieszczenia na przemoczonym kocu leżał wychudzony pies. Wsłuchiwał się spokojnie w rytmiczne stukanie kropel. Kiedy usłyszał zbliżające się kroki i towarzyszące im błotniste chlupanie, nerwowo podniósł głowę. Do kryjówki wszedł powoli brodaty mężczyzna ubrany w ubłoconą kurtkę moro, czarne bojówki i skórzane oficerki. Był kompletnie przemoczony, ale zdawało się, że nie jest to dla niego problem. Ostrożnie zdjął karabin wiszący na ramieniu, odstawił go na bok i zaczął ściągać plecak.
— To już prawie koniec, przyjacielu — powiedział chrypiącym głosem. — Za kilka dni stąd spieprzamy, nasi są już niedaleko.
Pies spokojnie oparł głowę o przednie łapy i przyglądał się mężczyźnie, który powoli zaczął wyciągać zawartość plecaka, rozkładając rzeczy na środku pomieszczenia. Na kupce wylądowały kolejno: dwa podgniłe jabłka, stara konserwa, kilka płaskich akumulatorów, dwa podłużne urządzenia elektroniczne z krótkimi antenami i książka w skórzanej, bordowej oprawie.
— To był dobry dzień, przyjacielu. — Mężczyzna zamknął plecak, podniósł książkę i zaczął przerzucać kartki. — Szczęście się do nas wreszcie uśmiechnęło!
Mocny podmuch wiatru zerwał płachtę podartego materiału wiszącą w wejściu, a krople deszczu zaczęły strugami wpadać do środka. Blaszany dach zadrżał, wydając dźwięk podobny do uderzenia pioruna. Zapadał zmrok.

Padało do rana. Mężczyzna przykryty kocem, na którym wcześniej leżał pies, czytał całą noc. Mimo wszystko nie czuł zmęczenia i co chwila przerzucał kolejne strony. Pies stał w wejściu i wpatrywał się w gruzowisko, które było kiedyś niewielkim miasteczkiem. W oddali nad lasem widniały czarne chmury, które zbliżały się w ich kierunku. Ciszę przerwał stłumiony odgłos wystrzału. Pies poruszył się, ale nie zaczął szczekać. Mężczyzna podniósł szybko głowę, odrzucił książkę na bok i skoczył do broni, po drodze rozsypując zgromadzone wcześniej przedmioty. Błyskawicznie przeładował karabin i wcisnął się w kąt, mierząc w kierunku wejścia. Wiatr na chwilę ustał. Kolejny strzał padł zdecydowanie bliżej. Tym razem zwierzę wystrzeliło jak z procy i wybiegło w labirynt zrujnowanych zabudowań. Sekundy zdawały się być godzinami. Trzeciemu wystrzałowi towarzyszył psi skowyt. Po chwili przez dziurawe ściany mężczyzna zawaużył zarys trzech skulonych postaci. Wycelował lufę w ich kierunku.
— Simus, jesteś tu? — zawołała jedna ze zbliżających się osób, jej głos był nienaturalnie zniekształcony.
— Tutaj! — krzyknął mężczyzna w szałasie. — Mało się przez was nie zesrałem. Psa mi, chuje, zastrzeliliście!
Simus szybko wstał i wybiegł przed swoją kryjówkę. Naprzeciw niego stanęło trzech mężczyzn w czarnych kombinezonach z połyskującego materiału. Wszyscy mieli maski na twarzach. Każda maska była połączona siecią kabli i przewodów z płaskim, stalowym urządzeniem na plecach. Cała czwórka po krótkiej wymianie spojrzeń opuściła broń.
— Szybko się uwinęliście, Boyen to ty? Przez tę maskę cię nie poznaję — powiedział Simus.
— Powiedz lepiej, czy udało ci się znaleźć jakieś transmitery?
— Mam w sumie siedem, wczoraj znalazłem dwa. Nikogo przy nich nie było, ale jest coś lepszego! — W głosie można było wyczuć podniecenie. — I to właśnie tutaj, w ruinach Ogne.
Simus szybko wskoczył do swojego schronienia i jeszcze szybciej wybiegł, trzymając książkę w wyciągniętej ręce. Wyszczerzył żółte zęby w uśmiechu i wcisnął na siłę swój skarb postaci, która stała najbliżej.
— Zobacz, Boyen, to wszystko zmieni. Wczoraj zacząłem ją czytać, Varield miał rację! Rozumiesz? Będzie jak dawniej. Ta książka wszystko zmieni!
Odpowiedziała mu cisza i puste spojrzenie.
— Dlaczego nie ściągacie masek? Kurwa, Boyen, co jest grane? — Jego głos zaczął drżeć.
Pierwszy strzał padł z lewej strony. Simus spojrzał w stronę, z której usłyszał huk, i zobaczył, że jedna z zamaskowanych postaci trzyma wycelowany w niego pistolet. Przy kolejnym strzale poczuł ból. Nogi się pod nim ugięły i runął na ziemię. Dosięgnęła go jeszcze jedna kula. Poczuł chłód, nie mógł się ruszyć. Chciał coś powiedzieć, ale zamiast słów z ust popłynęła jedynie krew.
— Wybacz, Simus, ale dużo się pozmieniało od naszego ostatniego spotkania. Varield się pomylił. Mówiłem ci, żebyś go nie słuchał. Nie wygramy tej wojny. Przegraliśmy, zanim się w ogóle zaczęła. I wszystko przez tę jebaną książkę!
Mówiąc ostatnie słowa, wycelował w jego głowę i pociągnął za spust. Schował pistolet i pochylił się nad ciałem, aby podnieść książkę. Delikatnie otworzył i przeczytał kilka pierwszych zdań. Spod maski dało się usłyszeć kilka głębszych wdechów.
— Szkoda, że tak późno — powiedział do siebie. — Zabierzcie transmitery i zawijamy się stąd! — rozkazał głośno towarzyszom.
Znowu zaczął padać deszcz.
Odpowiedz
Reklama AdSense
#2
(04-09-2015, 12:24)Palazzo2k napisał(a): Gorycz słowa
Cz.(spacja)1 (myślnik i spacja)Znalezisko

Już wkrótce wszystko się zmieni. Ludzkość upadnie. Człowiek nie będzie miał żadnego wpływu na swoją przyszłość. Czasami łut szczęścia ocali go przed śmiercią, innym razem przypadek zakończy jego marny żywot. Najsłabsi sami podejmą decyzję o odejściu, reszta przeżyje dzięki instynktowi. Zatrze się podział między dobrem i złem. (moim zdaniem to wszystko mamy już obecnie)

Zimne podmuchy wiatru wdzierał (wdzierały) się do środka przez szpary w ścianach pozbijanych z połamanych desek i gałęzi.

Kiedy usłyszał zbliżające się odgłosy kroków i towarzyszące im błotniste chlupanie (jak zatem brzmią te odgłosy kroków?), nerwowo podniósł głowę. Do kryjówki wolnym krokiem (powtórzenie) wszedł brodaty mężczyzna ubrany w ubłoconą kurtkę moro, czarne bojówki i skórzane oficerki.

(wcięcie – każdy nowy akapit zaznaczamy wcięciem, kwestie dialogowe też)— To już prawie koniec (przecinek) przyjacielu – powiedział chrypiącym głosem. — Za kilka dni stąd spieprzamy, nasi są już niedaleko.
(wcięcie) Pies spokojnie oparł głowę o przednie łapy i przyglądał się mężczyźnie, który powoli zaczął wyciągać zawartość plecaka, rozkładając rzeczy na środku pomieszczenia.

(wcięcie) — To był dobry dzień (przecinek) przyjacielu (kropka) — Mężczyzna zamknął plecak, podniósł książkę i zaczął przerzucać kartki. — Szczęście się do nas wreszcie uśmiechnęło!
wcięcie) Mocny podmuch wiatru zerwał płachtę podartego materiału wiszącą w wejściu, a krople deszczu zaczęły strugami wpadać do środka.

Padało przez całą (noc). Mężczyzna przykryty kocem (przecinek) na, (zbędny przecinek) którym wcześniej leżał pies (przecinek) czytał całą noc (powtórzenie).

Mężczyzna podniósł szybko głowę, odrzucił książkę na bok i skoczył do broni. (raczej przecinek i dalej małą literą, bo wprowadzasz imiesłowowy równoważnik zdania, który nie może istnieć samodzielnie) Po drodze rozsypując zgromadzone wcześniej przedmioty.

(wcięcie) — Simus, jesteś tu? — zawołała jedna ze zbliżających się postaci, jej głos był nienaturalnie zniekształcony.
(wcięice) — Tutaj! — krzyknął mężczyzna w szałasie. — Mało się przez was nie zesrałem. Psa mi (przecinek) chuje (przecinek) zastrzeliliście!
(wcięcie – i tak do końca!) Simus szybko wstał i wybiegł przed swoją kryjówkę.

Każda maska była połączona siecią kabli i przewodów z płaskimi (płaskim), stalowym urządzeniem na plecach.

— Szybko się uwinęliście, (raczej kropka) Boyen (przecinek) to ty? Przez (tę) maskę cię nie poznaję — powiedział Simus.
— Powiedz lepiej (przecinek) czy udało ci się znaleźć jakieś transmitery?

Simus szybko wskoczył do swojego schronienia i jeszcze szybciej wybiegł (przecinek) trzymając książkę w wyciągniętej ręce.

— Zobacz (przecinek) Boyen, to wszystko zmieni. Wczoraj zacząłem ją czytać, Varield miał rację! Rozumiesz? Będzie tak (zbędne albo wstaw tu przecinek) jak dawniej.

— Dlaczego nie ściągacie masek? Kurwa, Boyen (przecinek) co jest grane? – Jego głos zaczął drżeć.

Simus spojrzał w stronę (przecinek) z której usłyszał huk (przecinek) i zobaczył, że jedna z zamaskowanych postaci trzyma wycelowany w niego pistolet.

— Wybacz (przecinek) Simus, ale dużo się pozmieniało od naszego ostatniego spotkania.

Przegraliśmy (przecinek) zanim się w ogóle zaczęła. I wszystko przez (tę) jebaną książkę!

Mówiąc ostatnie słowa (przecinek) wycelował w jego głowę i pociągnął za spust.

— Zabierzcie transmitery i zawijamy się stąd (skoro rozkazał, to gdzie wykrzyknik?) — rozkazał głośno towarzyszom.

Każdy akapit ma mieć wcięcie!
Fabuła jest interesująca, dobrze prowadzisz akcję. Oczywiście bardzo dobrze spotęgowałeś zainteresowanie, nie mówiąc zbyt wiele o tajemniczej książce. Czytelnik musi czytać dalej, żeby się dowiedzieć, co to za książka :)
Powodzenia w dalszym pisaniu.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#3
No, ciekawie się zapowiada. Wybacz, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ten człowiek z książką to Denzel Washington ;-P. Zobaczymy, co będzie dalej...
Odpowiedz
#4
Well, zapowiada się bardzo ciekawie. Jest klimatycznie, mrocznie – Czekam na więcej :D
–"We are leaves in the wind. Where will we fall? Nobody knows."
-Nadejdzie czas, kiedy zniknę stąd. Słońce zgaśnie, nadejdzie mrok. Stojąc na granicy, zrobię krok. Rozliczony zostanie, każdy mój błąd. Odejdę w wieczny byt. Czy zdążę dojść na szczyt?
Odpowiedz
#5
@StuGraMP Dzięki, bardzo cenne uwagi, mam nadzieję, że z kolejnymi częściami nie będzie potrzebna taka korekta :)

@Kurojatka Wybaczam, bo nie kojarzę filmu :) Podrzuć tytuł to obejrzę :D

@Samotny wilk myślałem, że przez weekend przeleję myśli na papier, ale niestety... Na szczęście koncepcja jest już na kilka kolejnych części, tylko czasu brakuje :)
Odpowiedz
#6
(04-09-2015, 12:24)Palazzo2k napisał(a): Gorycz słowa
Cz. 1 – Znalezisko

Kiedy usłyszał zbliżające się kroków(się kroki) i towarzyszące im błotniste chlupanie, nerwowo podniósł głowę.

— To już prawie koniec(przecinek – wskazał to Stu, koniecznie trzeba poprawić) przyjacielu – powiedział chrypiącym głosem.

Pies stał w wejściu i wpatrywał się w gruzowisko, które było kiedyś niewielkim miasteczkiem. W oddali nad lasem było widać (widniały – unikniesz powtórzenia) czarne chmury, które zbliżały się w ich kierunku.

Po chwili dało się usłyszeć(słyszeć) zbliżające chlupanie błota towarzyszące stawianym krokom. (To zdanie jest niemal identyczne jak na początku tekstu, poza tym 'zbliżające chlupanie błota' nie brzmi dobrze. Dobrze byłoby wymyślić coś nowego.)

Przez dziurawe ściany mężczyzna widział zarys trzech skulonych postaci. Wycelował lufę w ich kierunku.
— Simus, jesteś tu? — zawołała jedna ze zbliżających się postaci, jej głos był nienaturalnie zniekształcony.(zawołał jeden ze zbliżających się mężczyzn, zawołała jedna ze zbliżających się osób)

Na przeciwko('Naprzeciwko', ale lepiej 'naprzeciw') niego stanęło trzech mężczyzn w czarnych kombinezonach z połyskującego materiału.

Każda maska była połączona siecią kabli i przewodów z płaskimi, stalowym (z płaskim, stalowym) urządzeniem na plecach.

Przez (tę – też wskazał to Stu) maskę cię nie poznaję — powiedział Simus.

— Powiedz lepiej(przecinek wskazany przez Stu) czy udało ci się znaleźć jakieś transmitery?

Simus szybko wskoczył do swojego schronienia i jeszcze szybciej wybiegł(przecinek wskazany przez Stu) trzymając książkę w wyciągniętej ręce.

Zacznę od tego, że sprawdzamy teksty w tym celu, by autor wiedział, co zrobił nie tak, jakie popełnił błędy, a najważniejsze, poprawił je, żeby nie straszyły. Nie postarałeś się w poprawianiu. Mam nadzieję, że szybko to nadrobisz.

O ile przepowiednia nie jest zbyt odkrywcza ani tajemnicza, a taka powinna być moim zdaniem, o tyle książka, z powodu której zginął Simus, owszem. Szkoda, że nie włożyłeś więcej trudu w stworzenie proroctwa, które byłoby równie zaskakujące, co dalsza część tekstu. Dobrze napisane, dość mroczne postapo. Kluje się coś fajnego, ale poczekajmy.
– To wódka? – słabym głosem zapytała Małgorzata.(...)
– Na litość boską, królowo – zachrypiał – czy ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus.
Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
Odpowiedz
Reklama AdSense
#7
Tak jeszcze przy okazji coś zauważyłem: w tekście są pauzy i półpauzy. Trzeba się zdecydować: albo na jedno, albo na drugie.
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#8
Gorycz słowa
Cz. 2 — Rodzina jest najważniejsza

Przy kawiarnianym stoliku usiadł starszy mężczyzna w kremowym garniturze. Jego siwe włosy przykrywał gustowny, brązowy kapelusz. Założył nogę na nogę, wyciągnął spod pachy gazetę i położył ją przed sobą. Z kieszeni marynarki wyciągnął powoli okulary i założył je na nos. Zdążył przeczytać tylko nagłówki, kiedy pojawiła się przed nim młoda kelnerka.
— Dzień dobry, profesorze Hawks. Podać to, co zawsze? — zapytała rezolutnie.
— Tak, moja droga — odpowiedział ciepłym głosem.
Nie minęło kilka chwil, kiedy na stoliku wylądowała filiżanka świeżo palonej kawy. Aromatyczny zapach szybko rozniósł się po okolicy.
— Proszę bardzo, panie Hawks, niestety zostało nam już tylko kilka porcji. Trzymamy specjalnie dla pana, ale chyba będzie pan musiał przerzucić się na syntetyczną.
— Smutne to, ale rozumiem. Takie czasy — westchnął.
Upił mały łyk czarnego płynu, delektując się jego smakiem, po czym powrócił do czytania gazety. Z każdą chwilą jego twarz stawała się coraz bardziej posępna. Na chwilę oderwał wzrok od papieru i popatrzył w niebo. Poranek był słoneczny, chociaż chłodny. Promienie światła tańczyły na liściach drzew poruszanych przez lekki wiaterek. Z zamyślenia wyrwało go klepnięcie w ramię.
— Cześć, tatku!
— Ale mnie przestraszyłeś! — powiedział podniesionym głosem i odwrócił się do tyłu.
Za nim stał młody, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna ubrany w czarny mundur z czerwonymi wstawkami w spodniach. Jego twarz szpeciło kilka blizn, co sprawiało, że pomimo przyjaznej aparycji wyglądał groźnie. Na klapie marynarki miał wyszyte: Cainar R. Hawks.
— Nic się nie bój, a przynajmniej nie mnie! — zaśmiał się.
— No nie wiem, synek. Jak czytam te straszne rzeczy, to mam wrażenie, że świat się kończy. Zresztą sam najlepiej wiesz, co się dzieje.
— Ty i te twoje gazety. Zastanawiam się, kto je w ogóle jeszcze drukuje. No i ta twoja kawa… Stać cię w ogóle na nią? — zapytał z uśmiechem. — Musisz iść z duchem czasu.
— Nigdzie nie muszę iść! A ty... co ty wiesz o kawie, pewnie nawet nie znasz smaku tej prawdziwej! — zaśmiał się szyderczo.
Uściskali się serdecznie i usiedli naprzeciwko siebie. Przez chwilę siedzieli uśmiechnięci. Starszy mężczyzna odłożył gazetę na stolik i wziął kolejny mały łyk kawy. W drzwiach kawiarni pojawiła się kelnerka, ale żołnierz odprawił ją kiwnięciem głowy. Zapanowała niezręczna cisza. Cainar wziął głęboki wdech.
— Tato, mam dwie wiadomości, dobrą i złą — rzucił młodzieniec w żołnierskim skrócie.
— Zacznij od złej — powiedział po chwili zastanowienia profesor.
— Nie opanujemy dłużej sytuacji w regionie, przenosimy wszystkich na wschód. To jest jakieś kompletne szaleństwo. Lokalne zamieszki zamieniają się w wojny domowe. Minął dopiero tydzień, a cały zachód stoi w ogniu. Zaczynamy pełną mobilizację. Nawet Ogne nie jest już bezpieczne — mówił bardzo spokojnie, nie dawał po sobie poznać żadnych emocji. — Wszystko dzieje się tak szybko. Nie mamy już kontaktu z żadną sprzymierzoną Republiką.
— To nasza wina, nie umieliśmy pomóc tym ludziom. Zamiataliśmy przez lata problem pod dywan. Wszystkiego można było uniknąć...
— Czasami zastanawiam się, jak to się stało, że zostałeś fizykiem, a nie filozofem albo księdzem. Chociaż może lepiej, że nie księdzem — Cainar zaśmiał się i pokręcił głową. — Prawda jest taka, że oni nigdy nie chcieli pomocy. Czekali tylko na dobry moment, żeby wszystko nam odebrać.
Chłopak zacisnął zęby i zrobił kilka głębokich wdechów.
— To nie są ludzie, to szarańcza — ciągnął dalej. — Pomagaliśmy im i byliśmy ślepi. Przez lata tolerowaliśmy to, że nas wykorzystywali, a cały czas chcieli więcej i więcej. Oto co dostaliśmy w podzięce: chaos i uzależnienie od Błękitnego Nieba. Skończmy już ten...
— Synek, nie mów tak! To my ich wykorzystywaliśmy przez tyle lat. Błękit Nieba to część ich kultury. Poza tym dzięki niemu wyciskaliśmy z nich ile się dało. Potrafiłbyś pracować przez kilka dni bez przerwy? Sami sobie ich wyhodowaliśmy. Prawdą manipuluje się na bieżące potrzeby. Popatrz na historię obiektywnie. Zresztą historię piszą zwycięzcy, pamiętaj o tym!
— Pewnie masz rację, ale liczy się tu i teraz. W tej chwili najważniejsze jest bezpieczeństwo, dlatego twój projekt zostaje zamknięty. W zasadzie od dzisiaj nikt nie ma wstępu do waszego laboratorium. Musimy je przenieść w bezpieczne miejsce. Wyniki waszej pracy zostają utajnione. Prototypy przechodzą pod nadzór naszych jednostek. Ponieważ dowództwo wie, jakie to dla ciebie było ważne, pozwolili mi przekazać ci tę informację. Projekt kończy się do odwołania.
— A mogliśmy zrobić tyle dobrego — zawiesił głos. — Teraz chcecie zakończyć naszą pracę? Już dzisiaj mogę zacząć budowę naszych filtrów higroskopijnych, transmiterów energii. Czysta woda i energia dla każdego...
— Nie mówmy już o tym! To nic nie zmieni — przerwał wyraźnie zdenerwowany Cainar. — Zapomnij o tym, nie zmienią decyzji. W sumie to nawet dobrze się złożyło, bo dobra wiadomość jest taka, że zostaniesz dziadkiem.
Na twarzy profesora pojawił się szczery uśmiech.
— Chłopiec czy dziewczynka?
— Chłopiec, damy mu na imię Varield.
— Varield… to naprawdę dobra wiadomość! A jak Marie...
— Jest w siódmym niebie, nie myśli teraz o niczym innym, tylko o tym, żeby uciec stąd jak najdalej. Chciałbym, żebyś pojechał razem z nią. Zrobisz to dla mnie?
— Oczywiście, synku! — krzyknął i rzucił się dziecku na szyję. — Mam tylko jedną prośbę. Zostawiłem w laboratorium jedną prywatną rzecz. Czy mógłbyś ją dla mnie odzyskać?
— Spróbuję, ale nie mogę niczego obiecać. Też nie mam tam wstępu. Co to jest?
— Chciałbym dać wnukowi coś osobistego. W moim biurku został rękopis w czerwonej okładce. Mam w nim spisanych kilka ciekawych rzeczy, wam na pewno się nie przydadzą. Myślisz, że mógłby do mnie wrócić?
Odpowiedz
#9
(07-09-2015, 14:57)Palazzo2k napisał(a): Gorycz słowa
Cz. 2 — Rodzina jest najważniejsza

Zdążył przeczytać tylko nagłówki, kiedy z (zbędne) pojawiła się przed nim młoda kelnerka.

— Dzień dobry, profesorze Hawks, (tu raczej dałbym kropkę i dalej nowe zdanie) podać to, co zawsze? — zapytała rezolutnie.
— Tak (przecinek) moja droga — odpowiedział ciepłym głosem.

— Proszę bardzo (przecinek) panie Hawks, niestety zostało nam już tylko kilka porcji.

Z każdą chwilą, (zbędny przecinek) jego twarz stawała się coraz bardziej posępna.

Promienie światła tańczyły na liściach drzew, (zbędny przecinek) poruszanych przez lekki wiaterek.

Jego twarz szpeciło kilka blizn, co sprawiało, że pomimo przyjaznej aparycji, (zbędny przecinek) wygląda (wyglądał – nie zmieniaj czasu) groźnie. Na klapie marynarki miał wyszyte imię (zbędne – a zwłaszcza, że to nie jest tylko imię): Cainar R. Hawks.

No i ta twoja kawa… Stać cię w ogóle na nią? — zapytał z uśmiechem (kropka) — Musisz iść z duchem czasu.

Uściskali się serdecznie i usiedli naprzeciwko siebie. Przez chwilę uśmiechali się do siebie (powtórzenie).

Nie mamy już kontaktu (z) żadną sprzymierzoną Republiką.

— Oczywiście (przecinek) synku! — krzyknął i rzucił się dziecku na szyję.

Taki sobie fragment. Nie pcha to zbytnio akcji do przodu. Jedynie wprowadza kolejnych bohaterów. Zatem czekam na kolejny rozdział :)
Wita gospodarz, właściciel, przełożony, osoba starsza. Jeśli nie jesteś żadnym z nich, używaj zwrotu WITAJ.
Odpowiedz
#10
Gorycz słowa
Cz. 2 — Ucieczka

Czarne niczym atrament chmury pokrywały niebo. Na ziemię padały strugi czarnego deszczu. Wydawało się, że wszystko przybrało barwę szarości. Trzy zamaskowane postacie jak cienie przemierzały uliczki pełne gruzu. Dzięki czarnym strojom były praktycznie niezauważalne. Poruszały się bezszelestnie na lekko ugiętych nogach. Każda postać trzymała wyciągniętą przed siebie broń. Pomimo niesprzyjającego terenu poruszały się bardzo szybko. Szeroka droga, którą się przemieszczały, zaczęła się zwężać, przypominając coś na kształt lejka. Gruz, cegły i stalowe kawałki konstrukcji zaczęły tworzyć niewielki przesmyk o szerokości około półtora metra.
— Jesteśmy już przy wyjściu. Przygotować się, może być gorąco! — rozkazała jedna postać niskim, zniekształconym przez maskę głosem.
Cała trójka ustawiona wcześniej w formację przypominającą trójkąt, nie zwalniając, ustawiła się w szeregu. Po kolei zaczęli znikać w ciemnym korytarzu. Jego ściany z każdym metrem robiły się coraz wyższe. W końcu zlały się czarnym niebem. Robiło się coraz ciemniej. Krople deszczu przestały spadać na ich głowy. Co jakiś czas w wątłych promieniach światła można było zauważyć unoszący się sennie dym. Zrobiło się trochę cieplej. Drużyna przyspieszyła kroku, kiedy nagle z góry posypały się drobne kamienie. Dwa pistolety, niemalże w tym samym czasie zaczęły szukać w górze celu. Prowadzący nawet nie drgnął, cały czas mierzył przed siebie. Nie zwalniali kroku. Na ich głowy sypały się kolejne kawałki gruzu. Przyspieszyli. W zupełnej ciszy było słychać jedynie ich kroki. Nagle z cienia przed grupą z krzykiem wyskoczyła wysoka, mierząca co najmniej dwa metry, szara postać. Dwa strzały w głowę rzuciły nią o podłogę. Nie zwalniali. Z tyłu dobiegał coraz głośniejszy szum. Z przodu cztery kolejne wystrzały i dwa szare trupy na ziemi. W tej samej chwili na głowę żołnierza zamykającego zespół spadły dwa popielate ciała i zniknęły razem z nim w cieniu. Cztery strzały w ciemność. W tym samym czasie prowadzący oddał kilka wystrzałów przed siebie i przeładował magazynek tak szybko, że kolejne strzały padły praktycznie od razu.
— Boyen! Straciliśmy Charlesa — zameldował drugi żołnierz.
— Nie zwalniamy! Widzę wyjście!
Zaczęli biec. Z góry zeskakiwały kolejne szare istoty. Na szczęście lądowały za żołnierzami, którzy skutecznie spowalniali je ołowianymi kulami. Przed nimi wyraźnie rysowało się wyjście oświetlone mocnym światłem. Gruz, po którym biegli, zaczął zamieniać się w błoto. Musieli zwolnić. Pomimo ostrożnie stawianych kroków, Boyen poślizgnął się i upadł na kolano. Jego kompan wpadł na niego i obaj przewrócili się na ziemię. Zanim się podnieśli, trzy szare istoty zdążyły ich dogonić. W mocniejszym świetle wyglądały jak normalni ludzie. Biegały boso. Ich jedynym okryciem były spodnie z ciemnego, matowego materiału. Były bardzo dobrze umięśnieni, a ich skóra miała szary kolor, miejscami bardzo ciemny, prawie czarny. Ich oczy połyskiwały w ciemności niebieskim blaskiem. Boyenowi udało się trafić jeszcze jednego z nich, pociągnął za spust i wymierzył w kolejnego, jednak zamiast wystrzału usłyszał głuche kliknięcie. Magazynek był pusty. Jego kompan znikał w ciemności. Krzyki i rozpaczliwe próby łapania wystających prętów nie pomagały. Boyen wstał i zaczął biec do wyjścia. Nie słyszał już krzyków za swoimi plecami, nie słyszał nawet swoich kroków. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Biegł i nie oglądał się za siebie. Kiedy wyskoczył z tunelu, na jego głowę znowu polały się strugi czarnego deszczu. Rzucając się na ziemię, wykonał obrót w locie i ustawił się w kierunku wyjścia z korytarza. Czekał, przygotowany do strzału. Mijały sekundy, ale nikt się nie pojawił. Korytarz oświetlały reflektory na dwóch pickupach, zaparkowanych kilkanaście metrów dalej. W promieniach światła zaczęły poruszać się cienie. Do Boyena podbiegły dwie osoby w czarnych mundurach z maskami na twarzach, złapały go pod pachy i przeciągnęły w kierunku samochodów. Teraz było widać cały mur otaczający miasteczko. Miał co najmniej pięć metrów, był usypany z pozostałości po budynkach, prętów i desek. Sprawiał wrażenie jakby za chwilę miał się zawalić. Stał tak jednak od kilku dobrych lat. Do środka prowadziło tylko jedno wejście. To, w którym zostali dwaj towarzysze Boyena.
— Co z Charlesem i Brickiem? — zapytał żołnierz stojący najbliżej.
— Zostali w bramie — odpowiedział Boyen, łapiąc oddech.
— Dotarliście do laboratorium?
— Tylko się zbliżyliśmy, zaczęli produkować tam Błękit Nieba. Nie znaleźliśmy żadnych ocalałych — zawiesił na chwilę głos. — Ogne jest stracone.
— Co teraz? Mieliśmy nie wracać bez...
— Nic tu po nas! — przerwał Boyen. — Oni są zorganizowani lepiej, niż myśleliśmy. Szaraki mają nas tylko zmylić. Varield… Muszę z nim szybko porozmawiać.
— Jak to zmylić, o czym ty mówisz?
Boyen nie odpowiedział. Wstał z ziemi i wszedł na tył pickupa. Uderzył trzy razy w dach. Silnik w aucie zawarczał, a spod kół wystrzeliły fontanny błota. Pozostali żołnierze wskoczyli na drugi samochód i ruszyli w ślad za pierwszym pojazdem. Jechali przez ponad godzinę, mijając opustoszałe domy i wioski. Drogi porastała dzika roślinność. Z pęknięć asfaltu wyrastały długie trawy i chwasty. Miejscami powalone drzewa blokowały całą szerokość jezdni. Im bardziej oddalali się od Ogne, tym słabiej padał deszcz i robiło się jaśniej. Minęli tabliczkę informującą o wjeździe do miejscowości Broge, zaraz za nią skręcili w prawo w leśną, żwirową drogę. Jechali nią jeszcze przez kilometr. Zatrzymali się, kiedy dotarli do dużej, okrągłej polany. Boyen wysiadł z samochodu i ruszył w prawą stronę wzdłuż drzew. Po kilku metrach schylił się i podniósł z ziemi łańcuch. Zarzucił go na plecy i z trudem przeciągnął masywną płytę, która zasłaniała zejście w dół. Zbiegł po stromych schodkach i stanął przed stalowymi drzwiami. Nacisnął zielony przycisk na interkomie po prawej stronie.
— Boyen, otwierajcie! — krzyknął.
W górnym rogu ciasnego pomieszczenia zapaliła się czerwona lampka. Przy światełku można było zauważyć niewielką kamerę. Po chwili długi brzęk oznajmił, że drzwi są otwarte. Boyen szarpnął je mocno w swoją stronę i wszedł do środka. Szedł długim korytarzem. Co kilka metrów drogę oświetlało słabe światło jarzeniówek. Ściany z surowego kamienia były wilgotne. Dzięki stalowej kratce na ziemi nie trzeba było schodzić po śliskich kamieniach. Korytarz prowadził w dół przez kilkanaście metrów. Na końcu znajdowała się stalowa kurtyna. Boyen przysunął twarz do kamery, która znajdowała się po prawej stronie wejścia. W zupełnej ciszy było tylko słychać echo spadających kropel. Po chwili kurtyna zaczęła unosić się powoli w górę. Za nią znajdowało się nie duże pomieszczenie przypominające łaźnie. Całe w białych, popękanych kafelkach. Pod sufitem wisiały trzy dysze oraz niewielka kratka wentylacyjna. Po przeciwnej stronie wejścia kolejna stalowa kurtyna. Boyen stanął na środku i rozłożył ręce. Z dysz buchnęła para i drobne kropelki białego płynu. Po chwili mgiełka opadła i otworzyła się kurtyna po przeciwnej stronie, odsłaniając przejście do szatni. Stały w niej cztery rzędy szafek. Boyen odnalazł swoją i zostawił w niej kostium. Dyskretnie przełożył czerwoną książkę do nowego ubrania i udał się do wyjścia po lewej stronie. Minął kilka bardzo surowych pomieszczeń przypominających schrony, witając się z przebywającymi tam osobami. W końcu dotarł do gabinetu, w którym za dużym drewnianym biurkiem siedział mężczyzna ubrany w granatowy garnitur. Pokój był urządzony bardzo przytulnie. Ściany wyłożone drewnem, beżowy dywan, szafy pełne książek i komoda, na której stał gramofon.
— Witaj, Boyen! — odezwał się z uśmiechem mężczyzna w garniturze. — Znaleźliście coś dla mnie?
— Tak — odpowiedział przez zęby Boyen. — Kłamstwa i śmierć!
Odpowiedz
« Starszy wątek | Nowszy wątek »


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości